środa, 21 czerwca 2017

XVII MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL SZTUKI MIMU SZKOŁA BŁAZNÓW WROCŁAWSKI TEATR PANTOMIMY


WROCŁAWSKI TEATR PANTOMIMY to siła zespołu, sztuki mimu, indywidualności artystycznych. Spektakl SZKOŁA BŁAZNÓW Michela de Ghelderode’a w reżyserii Zbigniewa Szymczyka koncentruje się na nauce, drylu, treningu, tresurze okrucieństwa jako sposobie obrony przed nim samym. I jest to niezwykle przewrotny, ambitny, ważny temat, bardzo trudny do komunikatywnego, czytelnego przekazu mimicznego. Natura ludzka zakodowane ma zło, dziedziczy je z pokolenia na pokolenie. Jeśli mu stworzyć sprzyjające warunki, pozwolić na dominację, uczynić normą relacji międzyludzkich, ma się dobrze, objawia w pełni swe destrukcyjne oblicze. To niekoniecznie sama natura czy złe wychowanie ale banalność okrucieństwa jest tak podstępna. Zarządza tchórzostwem i strachem. Nakręca prowokację, agresję, ćwiczenie w stosowaniu przemocy, narzucanie i utrwalanie nagannych zachowań, ich eskalację, trudną a czasem niemożliwą przed nim obronę. Przy czym w zderzeniu z okrucieństwem świata jednostka nie ma szans. Albo przyjmując jego reguły- milczy, kamufluje się, atakuje-jest oprawcą, albo walcząc- broni się -jest ofiarą. Przy czym ofiara musi być równie bezwzględna jak oprawca, kat, jeśli chce dać sobie szansę na ocalenie. Jakby istniał przymus istnienia, akceptowania okrucieństwa jako gwaranta skutecznej obrony. Inaczej można zginąć. Tylko system, który się przemocy, okrucieństwu przeciwstawia, ma szansę wygrać.

O tym jest sztuka. Słowo"okrucieństwo" stało się inspiracją dla artystów. Dostrzegają jego siłę,  destrukcyjne oddziaływanie. Badają jego genezę. Wizualizują jego źródło, przejawy, skutki. Rolę przewodnika, obserwatora, badacza spełnia FOLIAL. Nauczyciel, którego uczniowie się buntują, osądzają i karzą. Jego motywacje odkrywane są gdy okazuje się, że sam na sobie doświadcza okrucieństwa losu, bo w jego ciele kobiety ukrywa się mężczyzna.  Dla świata w masce, która jest jego prawdziwą tożsamością płciową, jest mężczyzną, fizycznie pozostaje kobietą. I to jest symptomatyczne dla interpretacji tej sztuki. Wszystko nie jest takie, jakim się wydaje. Ma niejednoznaczny wymiar.

Krok po kroku  artyści pokazują w kolejnych scenach, jak niepozorna zabawa, rozwijająca nauka, radosne spotkanie niepostrzeżenie przekształca się w opresyjne zachowanie, uporczywe prześladowanie, brutalną przemoc, a nawet zabójcze okrucieństwo. Zbyt łatwo może przekroczyć granicę miedzy dobrem a złem, która przebiega płynnie, w takiej samej mierze za ogólnym przyzwoleniem jednych, co w postępującej bezsilności drugich.  Mimo obowiązującego prawa, funkcjonujących norm, wdrażanych kanonów zachowań. Mimo rozsądku i wiedzy. Łatwo przychodzi krzywdzenie młodszych, słabszych, obcych, innych, gdy ma się nad nimi przewagę, gdy dzierży się władzę. Natura też potrafi być nieczuła i okrutna, podobnie system bezdusznie traktuje jednostki. Najbardziej jednak zdumiewa siła okrucieństwa, jakie zadaje człowiek drugiemu człowiekowi. Jednostka jednostce.

Folial wybiera prawdę, uwalnia się od maski, kamuflażu. Zdziera męski kostium, zdejmuje perukę, usuwa wąsy. Staje się tym, kim jest w istocie.  Nie chce być błaznem a człowiekiem. Ale dopiero pod presją, gdy nie ma już wyjścia i broni się przed oskarżeniem. W samousprawiedliwieniu odsłania tajemnicę, przyczynę doświadczanego okrucieństwa. Obawiał się przemocy fizycznej i psychicznej, wykluczenia, pogardy. Niezrozumienia.

Spektakl demaskuje zło, pozwala mu się ujawnić w całym jego wymiarze. Odkrywa wiele jego twarzy, masek, kamuflaży. Stara się pokazać złożoną prawdę. Zaczyna się synchronicznym tańcem dwóch jednakowych postaci, jakby dwojaka natura człowieka: dobra i zła potrafiła współistnieć, kontrolowała jedna drugą. Mówi tym samym, że wszyscy jesteśmy do siebie podobni. Przechodzi następnie do pokazania reprezentacji społeczności-różnorodnej, beztroskiej, wolnej- na łące, relaksującej się na słońcu. To ludzie zwyczajni. Na pozór przyjaźni i dobrzy. Nie budzą strachu, nie stanowią dla nikogo zagrożenia. Jakby świat wyuczył ich w szkole na błaznów, by kamuflowali swoją prawdziwą naturę, by umieli przyczaić się, przeczekiwać niebezpieczeństwo, zwodzić innych.

Sceny realistyczne przeplatane są metaforycznymi impresjami. Akt przemocy, okrucieństwa, zbrodni rozpoczęty zabawą zestawiony jest z obrazem alegorycznym. Brutalne, ostre, bezkompromisowe, pozbawione nadziei ilustracje z tymi poetycznie tłumaczącymi naturę człowieka, jego zachowanie w społeczności, we wzajemnych relacjach, w jednostkowej samotności, bezradności wobec zła. Zawsze podkreśla się niejednoznaczność sytuacji, jej teatralność, umowność. Tak, by nie było wątpliwości, że jest to teatr w teatrze.  Optymistyczne zakończenie jest wspólnym wykonaniem ODY DO RADOŚCI Ludwiga van Beethovena, hymnu Unii Europejskiej. Zjednoczona, zgrana, jednomyślna wspólnota, wyłaniająca się spośród widzów, która z nadzieją patrzy w przyszłość, śpiewem zagłusza demony zła. Ale czy na pewno? Nie wiadomo czy wdziewa, czy odrzuca tym aktem kolejną błazeńską maskę. Przemawia jednym głosem, tłumi różnorodność. Co tak naprawdę kryje się ostatecznie pod tym wspólnotowym uniesieniem:prawda czy fałsz?

Sceny rodzajowe wydają się takie oczywiste! Podbite są wyrazistą, dobitną, krystaliczną prostotą ruchu i gestu, co czyni je rozpoznawalnymi i czytelnymi obrazami: synchroniczny taniec jednakowo ubranych mimów, wypoczynek grupy osób w parku czy etiudy okrucieństwa /ze skakanką, obręczą, siłowania się mężczyzn, najczęściej zakończone przemocą, spuentowane biciem, katowaniem, duszeniem, a nawet zadawaniem śmierci/, osąd, wymierzanie kary.  Inaczej jest z kompozycjami jednocześnie filmowanymi i wyświetlanymi na ekranie. Wyrastają z jednego działania ale  tworzą dwie różne rzeczywistości, dwa różne obrazy, bo to, co się dzieje choreograficznie na podłodze sceny-wszystkie zachowania i ruchy ciał- inaczej się komponują na oglądanym filmie. Razem dopiero przedstawiają sens ostateczny. Łączą,to, co bliskie ziemi-upadłe, pełzające, wierzgające, nieporadne, niewidoczne - z tym co ponad nią -ulotne, wolne, wzniosłe, piękne, niezwykłe. Wizualizują dwoistość natury, niejednoznaczność, nieokreśloność. Kreację, jaką jest też zakończenie spektaklu, która jednak ma siłę jednoczącą przeciwko złu, by miało szansę zwyciężyć dobro. Bo życie to walka. Nieustanna czujność, by nie dać się w tłoczyć w maskę błazna, który szyderstwem, obśmianiem, przekonaniem, że więcej może, ucieka przed trudną, niewygodną prawdą. A jej trzeba stawić czoło. Zawsze próbować działać, by zatriumfowała. Nie tylko wyszła na jaw ale też sprawiła, że człowiek nie będzie musiał walczyć z okrucieństwem używając okrucieństwa. Czy jest to w ogóle możliwe? Na to pytanie każdy musi sobie odpowiedzieć sam.



SZKOŁA BŁAZNÓW na podstawie SZKOŁY BŁAZNÓW
Michela de Ghelderode'a
reżyseria: Zbigniew Szymczyk
kostiumy: Wanda Kowalska

poniedziałek, 19 czerwca 2017

XVII MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL SZTUKI MIMU PLAN LEKCJI A3 TEATR

A3 TEATR przedstawił nam PLAN LEKCJI jak plan gry wstępnej do prawdziwego, dorosłego życia. Zastajemy scenograficzną wskazówkę- każdy jest samotną wyspą i musi chcieć znaleźć własną drogę komunikacji ze światem, z innymi ludźmi/kładki/. Szkolne ławki-każda z inną zawartością/ ściągawki, lalki, cały arsenał przedmiotów/, wnętrzem, usytuowane są na drewnianych platformach, jakby były tratwami unoszonymi nurtem życia, jakby wyrastały w naturalny sposób z gruntu istoty rzeczy/rozsypana ziemia/.  Tu nie ma drylu szkolnego, nie ma nauczycieli, przewodników i strażników systemu. Pokazana jest metoda instynktownego dążenia do poznawania, sprawdzania się, naśladowania, walki, w której przejawia się osobowość i charakter natury ludzkiej chcącej postawić na swoim, narzucić swoje, udowodnić własną siłę, rację i przywództwo. Obserwujemy, jak hartuje się stal, jak metodą prób i błędów człowiek zdobywa wiedzę. Ale jakby to czynił przy okazji zabawy, kontaktów z rówieśnikami, w czasie pozalekcyjnym. W gruncie rzeczy, nie ma znaczenia, czy jest młody czy stary. Ten pęd do ciągłego próbowania, uczenia, doświadczania, rozpoznawania poprzez prowokację, zaczepkę, zmaganie się, sprawdzanie -siebie, innych i świata- przypisany jest każdemu. Człowiek czerpie zewsząd, jest ciekawy, potrafi ryzykować, bawić się i bić.  I trwa to przez całe życie. Taki to plan ma na nas natura, instynkt, siła przetrwania. Plan lekcji życia. Nieustanny, uporczywy, sztywny. Jak matryca. Jak genotyp. Jak mus poza świadomością, racjonalnym myśleniem. Oto zamysł tego spektaklu; pokazanie pantomimiczne tego co oczywiste, samoistne, pierwotne. Co wyraża się przede wszystkim w działaniu. W samym istnieniu, obecności ciała w przestrzeni bytu. Dopiero później przychodzi czas na refleksję, myślenie, świadomość. 


Artyści doskonale wyczuwają i wygrywają swoją sztuką ten porządek rzeczy a forma jest adekwatna, nie potrzebuje słów, bo kompozycja obrazu sama mówi za siebie. Pantomima podkreśla tylko jeszcze mocniej ten pozawerbalny aspekt zjawiska, które nie chce do końca przemilczeć. I słusznie. I po to właśnie istnieje. Pokazuje, co pierwotne, instynktowne, uwięzione, zamaskowane, zakłamane, wyparte, ukryte.  W ciele, w środku, we wnętrzu. W istocie, która najwłaściwiej objawia się w ruchu, w działaniu, w mowie ciała. Co zdradza niewypowiadalne, co chce z różnych przyczyn być nie wyartykułowane lub musi być przemilczane. A jednak istnieje. I to istnienie wrażliwe, czułe, słabe ale ważne zdradza ciało, komunikuje otwierając na wrażliwość, czułość odbiorców. 

Spektakl w prosty, niewymuszony, prześmiewczy sposób wprowadza w nas tematykę odrabiania przez człowieka lekcji życia. Stosuje łagodną formę, przyjemną treść. I choć dotyka drażliwych tematów, bo musi, to czyni to w sposób delikatny, zabawny, bezpieczny. Jednak naskórkowy, incydentalny, powierzchowny, bezbolesny. Jakby sięgał do źródła, raczej udowadniając dobro niż zło początku wszystkiego, pokazując przyczynę problemów, jeszcze niewinnych, naiwnych, nieszkodliwych, które widzowie sami sobie rozwiną w wyobraźni, spuentują, z których wyciągną wnioski. Zobaczą już na własnym gruncie wiedzy i doświadczeń ich skutek w czasie przyszłym. Tymczasem lekcja przebiega poprawnie grzecznie, kontrolowanie bezboleśnie. Celowo  metodycznie poprawna nie rani, nie burzy, nie wstrząsa. Nie jest gorzką pigułką, traumą, patologią, wynaturzeniem. Jakby ten plan systematyzował. Czuwał nad szczęśliwym zakończeniem. A ono zawarte jest właśnie w początku, w tej nonszalancji, swobodzie, wolności, naturalności. W dowolności zachowań wszelkich. W luzie, beztrosce, w smaku porażki, sukcesu, z radością poznawania siebie i świata  tym zdziwieniu, któremu towarzyszy wszelkie odkrywanie czegoś nowego. Tu jesteśmy u źródeł, zanim wszystko jeszcze się dokona, spełni. Tu można korygować, poprawiać, ćwiczyć. Taki jest plan, by poznać siebie, swoje możliwości, swoją naturę. 


Ławki, klasa, lekcja zawsze będzie się nam kojarzyć z UMARŁĄ KLASĄ Tadeusza Kantora. Spektaklem, który jest już punktem odniesienia. Ale też z Witolda Gombrowicza FERDYDURKE. Z innymi artystami. Z naszym własnym doświadczeniem szkoły, nauki, jej wymogów, kontekstów.  Każdy patrzy z innej perspektywy. Co innego wnosi. I czy WE DON'T NEED NO EDUCATION musimy ostatecznie odpowiedzieć sobie sami. Powodzenia:)


PLAN LEKCJI

scenariusz, reżyseria: Dariusz Skibiński
muzyka: Jacek Hałas

występują: Dariusz Skibiński, Stanisław Vojtechowski, Jan Kochanowski/ Bartlomiej Ostapczuk

fot: Kasia Chmura-Cegiełkowska

XVII MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL SZTUKI MIMU VAI VEM GATO SA COMPANY



Portugalska grupa GATO SA COMPANY w swym pantomimicznym spektaklu zaprezentowała własną wizję człowieka w drodze, wiecznego tułacza. Uciekiniera, migranta,  podróżnika, marzyciela, który usiłuje dopłynąć do upragnionego lądu, mimo burz, katastrof, nieprzychylnych wiatrów. Który chce uratować życie, choć przedziera się przez nie samotnie, pokonując wiele niebezpieczeństw. Pragnie zachować człowieczeństwo w warunkach nieprzychylnych, wrogich. Który tęskni za lepszym życiem. Stara się ocalić miłość, goni za nią, jej szuka.  Uporczywie, z poświęceniem, z mozołem zmierza ku wyznaczonym celom. Odważnie patrzy w przyszłość uciekając przed przeszłością, choć nie może się od niej uwolnić. Niepozorny tobołek, stary płaszcz, bolesne wspomnienia, wielka nadzieja i głęboka ufność, że się uda są kapitałem, z którego czerpie napęd do podróży, poszukiwań, podejmowania kolejnych prób życia w nowych warunkach, nieznanej sobie rzeczywistości.

Artyści używają prostych, czytelnych metafor. Język mimiczny jest jasny, przejrzysty. Charakterystyki postaci typowe, rozpoznawalne. Ilustracje sytuacji, okoliczności, konteksty nie budzą wątpliwości/efekty dźwiękowe, słowna, animacje graficzne wyświetlane w tle na ekranie/. Kostiumy adekwatnie podkreślające stany psychiczne i uczuciowe bohaterów. Pantomima GATO SA COMPANY nie jest eksperymentem formalnym, odwołuje się do klasyki przez co staje się podróżą sentymentalną, badającą los człowieka prostego, pozbawionego korzeni, szukającego swego miejsca na świecie, gdzie czułby się szczęśliwy i bezpieczny. Odnosi się do  tematu uchodźstwa, obcości, samotności. Poszukiwań, podejmowania prób ocalenia tego, co najważniejsze w warunkach ograniczeń sprowadzonych do ekstremalnego minimum. Jest tęsknotą za lepszym, spełnionym życiem. Ten metaforyczny przekaz aktualny jest dla każdego miejsca i czasu. Dlatego bliski jest wielu ludziom. Dobrze, że odnosi się do wrażliwości, doświadczenia i wiedzy ogólnej. I choć nie wnosi nic nowego w treści i formy, to pozwala się zastanowić nad przyczyną tułaczki, którą ludzie muszą lub decydują się pod wpływem sytuacji podjąć. Mają odwagę zaryzykować. Postawić wszystko na jedną, niepewną kartę. Ten stan zawieszenia jest wyraźnie odczuwalny, ten stan zdania na przypadek, zawierzenia losowi wzruszający. Bo jedyne, co pozostało do stracenia, to dające siłę do życia, determinację do walki marzenia.

Spektakl jednak nie wyszedł  poza trajektorię stereotypu, nie wyniósł widzów na orbitę zachwytu. Zróżnicowany technicznym przygotowaniem, warsztatem mimów, przeładowany nowoczesną wizualizacją osłabił czyste wzruszenie. Opowiadając niejednorodnym językiem stylistycznym rozbijał napięcie. Ale prawdziwi teatromani, sympatycy pantomimy, cieszą się z każdego spotkania ze sztuką mimu. Bo zawsze można poczuć to szczególne porozumienie pomiędzy sceną a widownią, które wynika z wyzwalania emocji i ich odbioru, zderzenia oczekiwań z ich spełnieniem. Zaspokajania ciekawości. Radości tworzenia i przeżywania. Niedosyt wzmaga tylko apetyt. Zachęca, by sprawdzać bez końca, czy realizowane marzenie osiągnęło kształt doskonały.

VAI VEM 

reżyseria: Juan Carlos Agudelo
dramaturgia: Ángela Valderrama
konsultacje, Maski: Mario Primo
światła: Rul Sensos
dźwięk: Jose Oliveira
multimedia, Animacje: Rui Senos, Nuno Cintrão
scenografia: Gato SA Company
zdjęcia: José Mónica, Paulo Chaves
produkcja: Ajagato

obsada: Helena Rosa, Marina Leonardo, Raul Oliveira, Tomás Porto

piątek, 16 czerwca 2017

XVII MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL SZTUKI MIMU LOST HOTEL

LOST HOTEL mógłby być simply story o przypadkowym spotkaniu kobiety i mężczyzny w nieokreślonym miejscu, na neutralnym gruncie w niezwykłych, burzowych okolicznościach gdyby nie przedstawiony pantomimiczny kontekst. Młoda ona, recepcjonistka, młody on, pisarz, tworzą parę, która wyczarowuje dające do myślenia sytuacje, maluje surrealistyczne obrazy. Jedna burzowa noc wyzwała demony. Uwalnia kreatywną wyobraźnię, seksualne pożądanie, pokazuje przełamywanie kryzysu twórczego a może nawet poważną chorobę psychiczną. Oglądamy prozaiczny przygodny romans, który ma wymiar trillera psychologicznego, rozbudowanego o wątek procesu twórczego, związku sztuki z rzeczywistością, konfrontacji pragnienia miłości, bliskości z przeżyciem erotycznej przygody, która mogłaby się przekształcić w stały związek/piękna metaforyczna papierowa projekcja teraźniejszości w przyszłość/. Czy dzieje się cała akcja tylko w głowie pochłoniętego pracą nad powieścią artysty, jest wynikiem bujnej wyobraźni samotnej dziewczyny czy jest wersją wizualizującego się snu każdego z nich, a może jest cała tylko procesem twórczym, obrazem mogących się spełnić pragnień i marzeń, rozbudowanym, emocjonującym wspomnieniem, a może jest jeszcze czymś więcej-trudno przesądzić. Dzieją się rzeczy niezwykłe, sytuacja jest elektryzująca. Dominuje zaskoczenie, dwuznaczność, groza zneutralizowana komizmem niezwykłych sytuacji. Króluje pantomimiczny teatr absurdu. Miesza się w nim proza zwyczajnego życia z uczuciowym, wrażliwym, czułym światem wyobraźni.

Spektakl jest debiutem Eweliny Grzechnik i Artema Manuilova, młodych, obiecujących artystów, którzy zaprezentowali w zeszłorocznym Festiwalu Sztuki Mimu etiudę POMIĘDZY STRONAMI/BETWEEN THE PAGES, której główne elementy wykorzystali w spektaklu LOST HOTEL. W obu przypadkach wykorzystali papier, kartki i olbrzymie płachty, by budować kontekst przekazu. Spotkanie jest opowieścią o relacjach, pragnieniach, marzeniach, zwyczajnym, powszednim życiu, jakie mogliby wieść kobieta z mężczyzną-spotkanie, zauroczenie, ślub, ciąża, dziecko, rozstanie. Papier ilustruje stany ducha i ciała, pozwala pokazać i skrywać, co i jak mocno czują, przeżywają, umożliwia parze komunikować się ze sobą i z nami, widzami.  Skrót, intensywność, tempo, odniesienia do doświadczenia każdego człowieka wzruszały, bawiły, dawały do zastanowienia. Było pięknie. Magicznie i blisko życia.

Papier w LOST HOTEL odgrywa ogromną rolę. Jest czystą, nie zapisana kartą, stronami niedokończonej powieści, materiałem kamuflującym, z którego raz wyłania się, raz skrywa kształt rzeczy i osób, umożliwiając zmianę, przemianę. Pozostałe rekwizyty pełnią podobna rolę, przez co rozszerza się paleta absurdalnych zdarzeń. Gęstnieje atmosfera niezwykłości, zaskoczenia. Spod łóżka wysuwają się stopy, co jest zaskakujące, bo nie powinno ich tam być. Spod kołdry wynurza się kobieta, której tam się nikt nie spodziewał. Wiszący obrazek morza rozświetlony od środka ukrywa wnętrze łazienki. Barek hotelowy to miejsce snu, lektury, posiłku. Etażerka wyrzuca strony rękopisu, wysuwają się z niej ręce, można do niej wejść. Ze ścian też wychodzą ręce, nogi, stopy, postaci. Lampka tajemniczo mruga, zapala się niespodziewanie i równie nagle gaśnie. Ebonitowy telefon, gdy dzwoni zapowiada przekaz szumiących, rozbijających się o skały fal. Przedmioty w tym spektaklu są równie ważne, jak ludzie. Są otuliną ciała. Zdradzają stany emocjonalne, psychiczne. Ale nie tylko one, bo także dźwięki- brzdęk recepcyjnego dzwonka, trzask przekręcanego klucza w zamku drzwi, szum włączonego prysznica, ulewy, rozbijających się kropel wody  kapiących z kranu lub deszczu, silnego wiatru, zawodzące wichury, grzmotów o różnej intensywności, w końcu muzyka, piosenki-odgrywają znaczącą rolę. Tworzą nastrój, budują kontekst. Dramatyzują napięcie. Podbijają emocje.

W zaginionym hotelu przygodny podróżny, samotna dziewczyna zdarzeniem kondensują pantomimicznie pięknie, dramatycznie swoją sytuację życiową, stan psychiczny, kondycję. Chcą kochać, być kochani, tęsknią za wymarzoną lub straconą miłością, widzą ją w innych osobach, nie podobnych do pierwowzoru. Nie mając czego pragną, zadowalają się tym, co przyniesie los. I to pomaga przetrwać kryzys, pokonać nudę, pogodzić się z prozą życia. Umożliwia wydobycie się z impasu, wykonanie kroku się naprzód,  dalszą egzystencję. Artyści pokazują stany emocjonalne jakich doświadczają ich bohaterowie, jak sobie radzą w życiu, mimo że kolejne szanse na sukces się wymykają. A to, co przeżywają już wcześniej zaistniało wiele razy, w innej formie, w innym kształcie. To, co stwarza pisarz już ktoś wcześniej opisał, jak to widzimy w scenie, gdy chłopak porównuje treść książki dziewczyny z własnym rękopisem. Bohaterowie szukają sposobu na przełamanie impasu w swoim życiu, które związane jest ze sztuką, bo ona ciągle czyta a on pochłonięty jest pracą nad książką. W twórczości, sile wyobraźni, umiejętności kompensowania widzą źródło swojej siły. Zawsze jest sposób, by nudna, powszednia, depresyjna rzeczywistość przekształciła się w coś niezwykłego, nieoczekiwanego, pozwalającego przekroczyć ograniczenia, przełamać kryzys. Czego i my, widzowie, doświadczamy na tym przedstawieniu. Dzięki kreacji. Dzięki sztuce. Dzięki pantomimie.

SINART COMPANY pięknie zadebiutowała spektaklem intrygującym, wieloznacznym, otwartym. Formą teatru absurdu, budującą surrealistyczne sceny, nastrój trillera trafia w punkt przedstawianych problemów, sytuacji życiowej bohaterów. I choć na początku akcja dzieje się niepośpiesznie, środki wyrazu sztuki mimu mogłyby być bardziej zróżnicowane, precyzyjne, mocniejsze, charakterystyki bohaterów aktorsko bardziej wyraziste, co jeszcze wzmocniłoby dramaturgię narracji, to jest to bardzo pomysłowy projekt autorski. Udało się artystom złagodzić grozę  komizmem.  A to, choć osłabia napięcie, wydaje się ryzykowne, jest zawsze bardzo trudnym zadaniem. Warto było, bo odnieśli w tej mierze sukces.


LOST HOTEL   SINART COMPANY
Ukraina/Polska

scenariusz i reżyseria: Ewelina Grzechnik, Artem Manuilov
asystentka sceniczna: Paulina Szczęsna
muzyka: DVA (Bara Kratochvil, Jan Kratochvil)
scenografia: Barbara Wojtkowiak
projekcje video: Volidymyr Stetskovych, Andrii Voronov
występują: Ewelina Grzechnik, Artem Manuilov

Termin: 13-06-2017 19:00
Miejsce: Scena Przodownik

zdjęcia: Festiwal Sztuki Mimu

wtorek, 13 czerwca 2017

XVII MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL SZTUKI MIMU WIECZÓR WSPÓŁCZESNEJ PANTOMIMY

WIECZÓR  WSPÓŁCZESNEJ PANTOMIMY to już tradycja, bardzo dobra tradycja. Stały punkt Festiwalu. Umożliwia przegląd form, technik, stylów. Jest smakowitą namiastką pomysłów, które mogą rozwinąć się z etiudy w  bogatszą, dłuższą, bardziej złożoną formę. Ta różnorodność zaprezentowana w czasie jednego wieczoru jest intensywna, mocna, bardzo interesująca. Dla widzów to niesamowita gratka. Przyjemna nauka i pouczająca zabawa. Wyjątkowe przeżycie. Jak się okazało, spotkanie z plejadą artystów pantomimy było nad wyraz udane. Bardzo się publiczności podobało. Zakończyło się długimi, huraganowymi owacjami  na stojąco. To duża radość i satysfakcja. Bo jest to przegląd umożliwiający widzom określić, co im się podoba, co odpowiada jej gustom, rzadka okazja dla artystów konfrontacji, możliwość sprawdzenia siły oddziaływania ich sztuki.

Festiwal, jak sama pantomima, ma nieść formą treść, myśl, emocję, działanie, które są istotne dramaturgicznie ale oprócz warstwy intelektualnej i estetycznej, oferują nadzieję, sprawiają radość. Mają działanie budujące, wzmacniające, rozrywkowe. Emocjonalnie angażują, artystycznie rozwijają, optymistycznie nastrajają. Są pociechą. Przeżyciem pozytywnym. Nie boją się wzruszeń, uniesień i wstrząsów. Poezji, kontemplacji. Pantomima zdradza, jak wiele powiedzieć może nam ciało. Ile odkryć potrafi o naturze człowieka, jego relacjach z innymi ludźmi, ze światem. Przy czym bywa dziecinnie wzruszająca, naiwnie zabawna, rozbrajająco urocza. Czuła i wyrozumiała. I rozwija się, rozwija się ciągle. Eksploruje wszelkie możliwe obszary. Zawłaszcza każdą treść i formę.Nie boi się eksperymentu i ryzyka.

Wieczór rozpoczął piękny występ w LEGENDZIE FAUNA, wspaniale ucharakteryzowanego na drzewo Mai Rojas/Spain/ o podwójnej naturze człowieka, dwóch w nim walczących bestiach. Zdumiewająca technika stylu mima, giętkość jego ciała, miękkość ruchów zahipnotyzowały, przykuły uwagę widzów. Wiarygodnie oddały dzikość i subtelność, ostrość toczącej się w jednym ciele walki. Użyto słów, muzyki. Najmocniej przemawiało ciało mima.

W HAPPY BIRTHDAY spotykamy młodego człowieka, Radima Vizwary/Czechy/UBRANEGO SPORTOWO, z deskorolką. Sam świętuje urodziny, otwiera prezent. Żuje prezerwatywy jak gumy do żucia. Jedną z nich naciąga na głowę i sprytnie nadmuchuje, po czym spuszcza powietrze. Zabawa formą, perfekcja gestu, pomysł narodzin człowieka i pantomimy. Jedno przechodzi w drugie. Lekko, wesoło i przyjemnie.

HISTORIA Studia Pantomimy/Polska/ to powrót do przeszłości. Odsłona kolejnych obrazów, kompozycji grupowych. Prezentacja statyczna, narracyjna charakteryzująca naturę kobiet, mężczyzn, relację małżeńską, pana i poddanego, opowiada w skrócie historię człowieka poprzez narodziny po dojrzałość do życia we wspólnotowości. Esencjonalna, krótka, kostiumowa. Rodzajowa. Jak w Muzeum Etnograficznym, Historycznym. Z nutą dydaktyczną.

TRESER LWÓW w wykonaniu BODECKER&NEANDER COMPANY /Francja/Niemcy/to popis pantomimy klasycznej: zabawnej, radosnej, śmiesznej. Ten styl: niewymuszony, lekki, naturalny , wykonany przez mistrzów pantomimy, widzowie lubią najbardziej. Prosty pomysł odnoszący się do doświadczenia zbiorowego/cyrk/, dowcipny scenariusz zdarzeń/ tresura lwa/, perypetie, które mają szczęśliwe zakończenie tworzy sztukę dla wszystkich:małych i dużych. Zwłaszcza, że wykonanie jest perfekcyjne, wyczucie formy, proporcji, tempo idealne. Wielkie brawa!

DOPÓKI ŚMIERĆ NAS NIE ROZŁĄCZY, etiuda Polaków/pomysł Ewelina Grzechnik, reżyseria Paulina Szczęsna/ ilustruje dokładnie to, co zapowiada. Para zacnych, zżytych staruszków uporczywie unika śmierci. Przegania ją, wypycha, straszy. Ta nie ustępuje i gdy ostatecznie robi swoje, małżonkowie, niczym para młodych ludzi, wydaje się być na nowej , szczęśliwej drodze życia/welon/. Ciepła opowieść o trudnej starości, odchodzeniu. A jednak nie nastraja smutkiem, nie przygnębia. Niesie pocieszenie, ze śmierć nie jest w stanie rozłączyć prawdziwej, mocnej miłości, która z ziemskiej przeradza się w wiecznie trwające gorące uczucie. Etiuda narracyjna, rodzajowa. Szydząca ze śmierci, głosząca pochwałę miłości i życia.

WSPOMNIENIE w wykonaniu Luisy Bragi/Szwajcaria/ to piękna, nastrojowa historia sytuacji życiowej samotnej, dojrzałej kobiety w czerni, w koronkach. Teatr tańca inspirowany sztuką Piny Bausch ma olbrzymi potencjał dramatyczny. Wizualizuje powtarzająca się codzienność starzejącej się kobiety, której wiatr, deszcz, łopot skrzydeł wpadającego do pokoju gołębia przywołuje wspomnienie. To ona jest tym ptakiem, które uciekając przed napierającą burzą wpadł w pułapkę czasu, rutyny, konieczności. Wspomnienie będące metaforą uwięzienia, marzenia o zmianie w życiu, bycia kimś innym, z koniecznością znoszenia losu i na koniec nadzieja, że można być szczęśliwym człowiekiem, jak ptak, który w końcu wylatując z pokoju odzyskuje wolność. Symboliczna scenografia, zredukowana do absolutnego minimum/stół, miednica, lustro, okno, krzesło/, taniec, aktorstwo z krótkiej etiudy buduje głęboką emocjonalną alegorię losu człowieka.

Renata Birska i Ireneusz Wojaczek w etiudzie KOPYTKO I KNYPELEK- 20 LAT WCZEŚNIEJ przenoszą swoich bohaterów do czasów dzieciństwa psotnego, słodkiego, idyllicznego. W dziecięcych ubrankach, fryzurkach stają się uroczymi bobasami smakującymi olbrzymie, słodkie lizaki, bawiącymi się foremkami w piasku. To powrót do przeszłości bezpiecznej i naiwnej, gdy nie sposób jest być nieszczęśliwym, rozczarowanym, smutnym człowiekiem, bo artyści prezentują nam wesoły, optymistyczny obrazek samych siebie. W niewinnej beztrosce, wolności i szczęściu. Tak, nie zapominać o dziecku w sobie, to dążenie każdego z nas. Dobrze się czujemy w świecie prostych czynności, nieskomplikowanych relacji, gdy wszystko co najważniejsze  dopiero się zdarzy.

Radim Vizvary wystąpił ponownie, wizualizując wysmakowane stylistycznie, wyrafinowane formalnie, bezpretensjonalnie proste NARODZINY KRZYKU. Bowiem wykiełkował z pozornego ładu, jasności, światła. Odkrywając fizyczność  z szarawarów czystości bieli, doprowadza do wyzwolenia stanu ducha z uwikłania w niewinność, ciszę. To wewnętrzne rozedrganie, sprzeciw uwalnia się z rozedrganego ciała, rezonując w niemy krzyk, strumieniu promieni świetlnych jak w stanie iluminacji. Symbol  równowagi, samostanowienia, indywidualizmu. Dowodząc konieczność wypowiedzi najbardziej intymne, emocjonalnej. Usprawiedliwionej mocą wypieranego buntu, dojrzałości do dojrzewania.

Mai Rojas też wystąpił raz jeszcze, pokazał się w etiudzie PODRÓŻ. Potwierdził fantastyczne przygotowanie warsztatowe, perfekcyjne panowanie nad ciałem i duchem, pedantyczne opracowaną charakteryzację i kostium, rekwizyty, specyficzny język ekspresji. Giętkość, gibkość, sprawność ciała, która pozwala wykonać wszystko, co pomyśli głowa. Koordynacja ruchowa, synchronizacja gestu, mimiki daje efekt doskonałego aktorstwa, gdy ciało jest posłuszny myśli, pośrednikiem, narzędziem, zaprogramowanym przez artystę najważniejszym środkiem przekazu treści, emocji, uczuć. Wszelkich napięć, przemian. Samą motoryczną narracją. To dowód na to, jak ważne jest przygotowanie warsztatowe, techniczne, dojrzałość emocjonalna i psychiczna. Balans ducha i ciała. zarządzany czuciem i myślą, synchronizującymi, kontrolującymi całokształt. Mai Rojas w ubraniu kloszarda, włóczęgi ze starą, dużą, skórzaną walizką wydawał się trwać w nigdy nie odbytej podróży. Rozedrgany, walczący ze samym sobą, niewidzialnymi przeciwnościami losu, całą zgrają fikcyjnych bohaterów wyczarowuje tysiące biletów, które wirują jak konfetti. W końcu biedny, okradziony, zmęczony chowa się do walizki z jednym biletem przygotowanym do okazania. Jakby odkrywał na koniec prawdziwą naturę podróży, którą odbywa we śnie, wyobraźni, marzeniu, nie na jawie. A może jest ta etiuda czystą ideą poznawania siebie, która jest podróżą wgłąb siebie a  przejawia się w walce, przygodzie, wewnętrznym napięciu. Jako jedna z postaw, jeden ze stanów w spełniającej się eskapadzie przez własne życie.

Prezentacje zakończyła POKUSA  BODECKER&NEANDER COMPANY związana z konsumpcją, modą. Zaspokajaniem ciała i ducha. Panowie znaleźli się w jadłodajni, barze, przy szwedzkim stole. Sięgają po potrawy, wzajemnie decyzje komentują, oceniają. Odkładają na miejsce te niezaakceptowane, skrytykowane, zganione, nie mogąc się ostatecznie zdecydować czy jest to właściwy, z różnych powodów, wybór. I tu jest zabawa, gestykulacyjno-mimiczny komentarz, błyskotliwa, dowcipna narracja. Kumulują się w tej etiudzie wszelkie lęki, obawy, nawyki, mody związane z jedzeniem, konsumpcją. Głodem, pragnieniem, pokusą zaspokojenia w świecie wszelkiej obfitości ale i wymogów zdrowia, kanonów piękna.  Zwyczajnego, naturalnego dogodzenia sobie, smakowania przyjemności,  z jednoczesną akceptacją otoczenia.  Kończy się to godzenie sprzeczności zabawnym pokazem mody i wielkim obżarstwem. Śmiechem aktorów i widzów. I jest to najlepsza puenta. Doskonałe porozumienie sceny z widownią. Ukoronowanie wieczoru pantomimy, która kontynuując, rozwijając klasyczny kanon z powodzeniem wprowadza ją we współczesność.

Nie wszystko trzeba o niej wiedzieć. Wystarczy na niej być. Profesjonalizm artystów, ich wrażliwość jest podobna do naszej, bo tak naprawdę ich historie są naszymi.  Sztuka łączy. Sztuka mimu opowiada, wyjaśnia, przedstawia gdy słowa zawodzą lub nie wystarczają.  Komunikuje się pozawerbalnie, nigdy nie rezygnuje. Dlatego nie ustaje w poszukiwaniu nowych środków dla szczerego, adekwatnego, trafiającego w punkt przekazu. A publiczność nie zawodzi. Przybywa licznie, uważnie ogląda, emocjonalnie reaguje. Dzięki sztuce odnajduje dziecko w sobie i jest to dziecko szczęśliwe. Wzmocniona sztuką, rozbawiona do łez, w doskonałym humorze może brać się za bary z rzeczywistością, do której wraca. A ta nie jest już tak straszna, trudna, przytłaczająca, depresyjna, bo przepracowana, oswojona w teatrze, obejrzana z innego, artystycznego punktu widzenia, już tak nie dotyka, nie boli. Widzowie, wzmocnieni, rozbawieni, naładowani pozytywną energią na pewno na kolejne spektakle sztuki mimu wrócą. Bo kto raz poczuje jej działanie, chce więcej, pragnie czerpać z tej sztuki/też śmiać się i płakać/ częściej. A artyści czekają, są w doskonałej formie, co wspaniale WIECZÓR WSPÓŁCZESNEJ PANTOMIMY potwierdził.

zdjęcie: Kasia Chmura-Cegiełkowska