środa, 2 listopada 2016

MIKRO TEATR 3 KOMUNA//WARSZAWA

Ci, którzy obejrzeli MIKRO TEATR 1 i MIKRO TEATR 2 już wiedzą, co to znaczy maksymalizować minimalizm w teatrze. Wyciskać co się da: z twórcy, z widzów, z tego co się ma do dyspozycji. Liczy się pomysł, inteligencja, wyobraźnia, bo tu trzeba umieć znaleźć sposób na wszelkie ograniczenia. Te mogą też być atutem. Wyzwalaczem kreatywności. Szalonych pomysłów. Niestandardowych realizacji. W tym wypadku twórcy nie są całkowicie wolni. Muszą respektować narzucone  twarde zasady: czas trwania spektaklu to 16 minut, 1 rzutnik, 4 reflektory, 2 mikrofony, 1 rekwizyt, 4 osoby. Reszta to: hulaj dusza, piekła nie ma. Ma być to coś, ta chemia, pomysł, kierunek, sugestia, komunikacja. Namiastka, błysk, cokolwiek kumulujące się w interesujący akt twórczy, który ma być ziarnem rzuconym na podatny, żyzny grunt widza ciekawości, otwartości, aktywności. Artysta kreatywnie inicjuje, widz w rozwinięciu realizuje.
LA DOLCE VITA Romualda Krężela i Moniki Duncan to dziełko przewrotne. Jednak prowokacyjne, żartobliwe, ironiczne, gorzkie. Realizuje się jako rewers "słodkiego" życia artysty, widza, człowieka, starającego się, mimo wszystko, zachować dystans do tego, co ogranicza, więzi, nie pozwala. Tytuł kojarzy się z czarno-białym filmem Federico Felliniego z 1960 roku, a proste pisemne komunikaty wyświetlane rzutnikiem na ścianie są skargą na kondycję artystów, tłumaczą mizerię posiadanych środków, głównie finansowych, przekładających się na bardzo proste sposoby komunikacji z widzami. W końcu tak ograniczone środki znamionują kryzys. Jedynym rekwizytem jest walizka z pięciotysięcznym /w jedno złotówkach/ budżetem na projekt. Nie ma aktorów, w działania sceniczne angażują się widzowie. Rzucają monetami  w projekcję Fontanny di Trevi udowadniając, że siłą wyobraźni można realizować najbardziej karkołomne, nie mające żadnej szansy się spełnić marzenia. Teatr wygenerował jednak sytuację, która nie przesądza a otwiera możliwości. Nie smęci a rzeczowo argumentuje. Przełamuje tę oczywistą, jak się zdawało, niemożność realizacji wszystkiego, czego się pragnie. Daje więcej niż otrzymuje. Na przykład nadzieję. Nie traci do końca poczucia humoru. Ubogi to teatr, skromny, jakiś oczywisty a jednak się podoba. Bawi. Angażuje. Daje do myślenia.

TRYB UŚPIENIA Igi Gańczarczyk to propozycja wyciszenia, zrobienia sobie przerwy w codziennym korporacyjnym wyścigu szczurów, ale może też każdym innym rutynowym, skostniałym trybie życia, który wyniszcza, nie pozwala zatrzymać się, odpocząć, zastanowić. Niewolnicza praca ubezwłasnowolniająca jednostkę, wymuszona przez kapitalistyczną maksymalizację zysków, nie dopuszcza do marnowania czasu. Nie zgadza się na przerwę na sen, bo jest przecież bezproduktywny. A tu trzeba pracować, pracować wydajnie, coraz bardziej wydajnie, najlepiej przez całą dobę. Dla pomysłowych kapitalistów  uprzedmiotawiających swych pracowników, wszystko jest możliwe. Przerwa w pracy jest konkretną wymierzalną stratą. Ale co nie jest produktywne dla systemu wyzysku może być bezcenne dla jednostki. Ta też może wykazać się inicjatywą, by osiągnąć swoje. Olga Mysłowska podpowiada. Podaje złoty środek na ocalenie, który pomoże uruchomić pozytywny TRYB UŚPIENIA.  Ale nie znieczulenia, nie bezmyślności, podporządkowania. Braku czujności. Taki, który może wyzwolić z kieratu niewolniczej rutyny dnia świstaka, tych wypaczeń, błędów demokracji, która dopuszcza do zniewalania ciała i umysłu, dla której głównym celem jest wprowadzenie naszej świadomości, wrażliwości i emocji w negatywny dla jednostki stan ogłupienia systemowego, otępienia zmęczeniem, brakiem realnego o sobie stanowienia. Dobrowolnym, świadomym uczestnictwem w permanentnej harówce bez wytchnienia. W pogoni często za dobrami, których w ogóle się nie potrzebuje. Czy możemy pozwolić sobie na tryb uśpienia? Czy jesteśmy w stanie zaryzykować? Potrzebny jest czas. Przerwa. Moment na relaks. Sen. Odłączenie od systemu.Wyzwolenie. By samodzielnie podejmować decyzje, niezależnie myśleć. Normalnie funkcjonować.

NIEWYPOWIEDZIANA NA ŚLĄSKU MOWA BALKONOWA ADOLFA HITLERA Marcina Pałygi , wyreżyserowana przez Marcina Libera została z powodzeniem, bez skandalu wygłoszona w Warszawie przez Tomasza Nosińskiego na tle zdjęć z fejsbukowego profilu #jestemchrześcijaninem, na których ludzie pozują z bronią i kartką z napisem „I am a Christian”. Widzowie doświadczają szesnastu minut narastającej grozy poprzez wizualizujący się horror nacjonalizmu grożącego powtórką z przeszłości. Jakby historia zataczała koło, bo ludzie niczego się z niej nie nauczyli, nie wyciągnęli wniosków i znów wkraczają w stare koleiny kierujące ich ku nowej zagładzie. Dlaczego tego, zanurzeni w galopującej codzienności, nie widzimy? Ha, dopiero jak znajdziemy czas na przerwę, na teatr, na czas wolny, prawda staje się tak oczywista, tak bolesna. Rośnie poczucie zagrożenia, frustracja i lęk wynikający z bezsilności wobec wyzwań rzeczywistości. Konieczności przystosowania się do nowej sytuacji geopolitycznej. Sygnały są oczywiste, zbieżność jasna. Wojna nowej generacji już się zaczęła. Trwa. W każdym z nas. W każdym na swój sposób. Zapominamy o koszmarze zagłady, nie identyfikujemy jej początków w symptomach bieżących. Tekst Artura Pałygi, doskonała gra aktorska Tomasza Nosińskiego  sugestywnie nam ten stan uzmysławia. Ulotka informacyjna Muzeum, wręczona każdemu widzowi przed spektaklem, dodatkowo kontekst omawiany rozszerza. Tłumaczy, dlaczego nie dopuszczono do wypowiedzenia na Śląsku mowy balkonowej Adolfa Hitlera. W istocie jest asekurancką cenzurą prewencyjną Muzeum Śląskiego Nowej Scenografii, która ma zapewnić mu święty spokój w czasach, gdy trzeba przypominać, przestrzegać, alarmować. Podejmować ryzyko. Która uznała, że lepiej, wygodniej, bezpieczniej dla niej jest milczeć. Hańba. Wstyd. Asekuranctwo.

Szesnaście minut to niewiele. Mgnienie. A jednak coś wnosi. Wybija z bezpiecznej trajektorii samozadowolenia. Punktuje stan rzeczy w mikroskali mini środkami nie tracąc poczucia humoru. Nie zabijając nadziei. Ale to może rys naszej rzeczywistości. Na wszystko brakuje czasu. I pieniędzy. Teatr wpisuje się w kontekst, nie jest obojętny i tak organizuje z widzami spotkanie, by zainteresować pomysłem, rozbudzić ciekawość, uaktywnić wyobraźnię. Prowokuje, kontestuje, daje z siebie ile może, wszystko co najlepsze. Reszta ma szansę dalej się rozwinąć w nieskończone historie w widzu indywidualnie. Już poza czasem, bez względu na czas.

Interesują mnie te mikro błyski artystycznych działań. Jedne są bardziej, inne mniej udane. Wszystkie są interesujące. Pozostają zapisem kreacji u źródła. Jakbyśmy byli akuszerami pomysłów, które zrealizują się dopiero wtedy, gdy pozwolimy im w sobie dojrzeć.

LA DOLCE VITA
pomysł i reżyseria: Romuald Krężel i Monica Duncan
tekst: Romuald Krężel
wideo: Monica Duncan

TRYB UŚPIENIA 
Reżyseria Iga Gańczarczyk
Wykonanie Olga Mysłowska, LATALAdesign (Dagmara Latała, Jacek Latała)

NIEWYPOWIEDZIANA NA ŚLĄSKU MOWA BALKONOWA ADOLFA HITLERA 
Tekst Artur Pałyga
reżyseria Marcin Liber
wykonanie Delfina Wilkońska Joanna Król Tomasz Nosiński

fot. Pat Mic

czwartek, 20 października 2016

SŁONECZNA LINIA TEATR POLONIA




SŁONECZNA LINIA to porywający koncert kobiety i mężczyzny, męża i żony, dwóch połówek jabłka, które połączone siedem lat wcześniej nie mogą się nadal kongenialnie dopasować. Iwan Wyrypajew skomponował a Karolina Gruszka i Borys Szyc zagrali mistrzowsko, śpiewnie, lekko z partytury konfliktu płci i kryzysu związku. Uderzająca jest ta melodyjność tekstu. Dramatyczne kontry mentalnego świata kobiety i mężczyzny. Zderzanie dwóch głosów nacierających na siebie, wzajemnie oskarżających się, konfrontujących, próbujących harmonijnie współbrzmieć. Ta gwałtowność przypływów i odpływów emocji, nieustępliwość starań , upór i ostrość podejmowania kolejnych wysiłków wyjaśniania swoich punktów widzenia jest hipnotyzująca. Artykulacja wzajemnych oczekiwań, szukanie sensu związku, wizja jego przyszłości, skala niezrozumienia potrzeb partnerów histerycznie dramatyczna. Dynamiczna, żywa, zapierająca dech. Ma autorską Wyrypajewa tonację, rytm, tempo. Temperament. Logikę.

Tyle się dzieje o godzinie piątej rano w pięknej, nowoczesnej kuchni Barbary i Wernera! A przecież trwa ta rozmowa, negocjacje, kłótnia, bójka, małżeński dance macabre od dziesiątej poprzedniego wieczora. Słoneczna linia jest tym wszystkim, co powoduje podział, rozłam, wprowadza dysonans, zgrzyt, zaburzenie harmonii. Co rozdziela, zaburza, niepokoi.  Co pozwala dostrzec niekompatybilność, brak porozumienia, trudną prawdę. W związku, w osobie, w życiu, w świecie. Jest dojrzałym spojrzeniem, które wie ale nie potrafi wyrazić o co mu chodzi tak, by zostać właściwie, prawdziwie, do końca zrozumianym. Czuje ją Barbara, Werner jej nie rozumie. Ale oboje rozmawiają, zależy im na sobie. Jeśli się brutalnie ścierają ale nadal pragną, jest szansa na pojednanie. Szczęśliwe zakończenie.

Wyrypajew z humorem opowiada o związku w kryzysie, o pięknej kobiecie z Wenus i prawdziwym mężczyźnie z Marsa. Z pasją, drapieżnością, werwą. Z lirycznym nerwem. Z czułą bezwzględnością charakteryzuje małżeńskie pole bitwy, przeprowadza bohaterów przez emocjonalną, uczuciową wiwisekcję, dokonuje bilansu małżeńskich zysków i strat ale też daje perspektywę pojednania, podstawę nadziei na przyszłość związku. Poprzez wypracowane kompromisy, prowadzone permanentnie negocjacje w bolesnym, trudnym zwarciu przeplatanym wspólną przestrzenią wrażliwej, czułej wyobraźni. Dającej wytchnienie, poczucie wolności, otwierającej nowe możliwości. Raz jedno, raz drugie inicjuje wyczarowanie fatamorgany, gdzie w tańcu, we wspomnieniu, w projekcji marzeń, pragnień, potrzeb mogą szukać siebie. Tak, tam są znów szczęśliwi. Naprawiają, korygują siebie. Iluzja czyni cuda. Pozwala odrzucić to, co zbędne, niepotrzebne, szkodliwe. Co uwiera i gnębi. Obciąża, przeszkadza. Pozwala wrócić do źródeł. Uczucia, siebie.

Cudowny to spektakl, dzięki bardzo interesująco skomponowanemu tekstowi, pełnokrwistym postaciom.  Dzięki reżyserii Iwana Wyrypajewa. Dzięki znakomitym aktorom potrafiącym wydobyć prawdę psychologiczną postaci i stworzyć dystans do nich. Karolina Gruszka bez chwili wytchnienia argumentuje, uzasadnia, walczy o swojej bohaterki kobiecość, Borys Szyć swojego męskiego bohatera racje. Rozwichrzone, splątane emocje zderzają się z konkretem, prostym sposobem myślenia. Dwa żywioły napierają z szaloną determinacją na wybudowany przez siebie mur nieporozumień, niezrozumienia, braku komunikacji. Pretensji, zarzutów, zaniechań, wyrzeczeń. Niespełnień. Hardkorowy to koncert płci. Skontrastowany huśtawką nastrojów, emocji, uczuć. Podkręcony czułością z ostrym wulgarnym, ironicznym, obraźliwym komunikatem. Odjazdem mentalnym i spięciem wzajemnego przyciągania i odpychania. Falowania. Iskrzenia. Rozładowuje się w tym wyczerpującym szaleństwie kłótni atmosfera wzburzonego rozczarowania sobą, związkiem, życiem jako takim. Znużenie, rezygnacja, wypalenie, przemilczenia to młyn na wodę destrukcji relacji. Powód do rozwodu. Jego możliwa perspektywa jednak małżonków mobilizuje, uświadamia, co ich łączy, przypomina początek wzajemnej fascynacji. Zmusza do wypracowania planu przetrwania, ratowania tego, co jest dla nich najważniejsze. Walczą, walczą . Od dziesiątej wieczorem do piątej rano. I jeszcze dłużej. Bo ta walka nie skończy się nigdy.

Na wojnie i w miłości wszystkie chwyty są dozwolone to prawda stara jak świat. Tu mamy kumulację. Mieszankę wybuchową. Życiowa tematyka, której w teatrze przejrzeć się można dokładnie, bliskie każdemu problemy z komunikacją, zrozumieniem, akceptacją elektryzują, angażują maksymalnie. Widzowie rozpoznają ten krajobrazie. Czują go intensywnie, mocno. Razem z aktorami uczestniczą w uzdrawiającej psychodramie. Ordynują sobie terapię grupową. Razem jest łatwiej. Razem jest raźniej, weselej. Mniej boleśnie.

Wyrypajew wizualizuje konstatację, że nie tylko warto jest walczyć o swoje, o możliwość wypowiedzenia się do końca,  ale też o wspólną sferę życia, jeśli jej zarzewiem była miłość. Ta walka nie jest po nic. To trudna nauka siebie nawzajem, ważne doświadczenie życiowe, wymagające zadanie. Ciężki, mozolny, nieprzyjemny wysiłek. Trzeba obnażać, drążyć, napierać. Obrażać, prowokować. Powracać do niewyjaśnionych punktów spornych refrenem, echem, falą. Prośbą, groźbą. Słowem i czynem. Słoneczna linia/promień słońca/ dzieli, ale przy innej interpretacji może też łączy? Uświadamiając nam złożoność osobowości, niezgodność charakterów, niespójność naszych wzajemnych odczuć, oczekiwań, trudną do  zaakceptowania ambiwalencję uczuć-jednocześnie miłość i nienawiść do partnera- pozwala też świadomie  naprawić, złączyć, spoić te dwa tak różne światy: przewrażliwionej, nadpobudliwej kobiety i twardego realisty mężczyzny. Jeśli się pragnie, jeśli się wytrwa, jeśli zainteresowanym zależy. Jeśli się znajdzie sposób na stworzenie takiej płaszczyzny porozumienia, choćby siłą wyobraźni, siłą ducha, siłą miłości, by mądrze brać od innych i mądrze dawać siebie.  Dostrzegając słoneczną linię, przekraczać ją, nie rezygnując z siebie.




SŁONECZNA LINIA  IWAN WYRYPAJEW
reżyseria: Iwan Wyrypajew
przekład: Agnieszka Lubomira Piotrowska
scenografia: Anna Met
kostiumy: Katarzyna Lewińska
muzyka: Cazimir Liske
konsultacja kaskaderska: Maciej Maciejewski
asystent scenografa i kostiumologa:Małgorzata Domańska
producent: Piotr Duda (WEDA Produkcje)
producent wykonawczy: Ewa Ratkowska
asystenci reżysera: Agnieszka Baranowska i Ewa Ratkowska
asystent producenta wykonawczego: Justyna Kowalska

obsada: Karolina Gruszka i Borys Szyc

premiera: 14 października 2016

Koprodukcja z WEDA Produkcje.
fot. Kasia Chmura

środa, 19 października 2016

DYBUK TEATR POLSKI W BYDGOSZCZY

Zaskoczył mnie ten DYBUK z Bydgoszczy treścią i formą. Rozwichrzony, nielinearny, nowatorski. Niepokorny, obrazoburczy, amatorski wzbudził niepokój i sprzeciw już w pierwszym momencie. Przerobiony i zmieniony. Przepisany, rozszerzony o wątek ze współczesnego życia młodzieży szkolnej. Okazał się interesującym eksperymentem, mającym na celu poprzez sztukę przepracowanie traumy po zawodzie miłosnym, po śmierci kolegi z klasy. Zestawienie sztuki An-Skiego z historią chłopca, którego nagie zdjęcie zostało udostępnione w internecie a on zaskoczony sytuacją, osamotniony, nie wytrzymał emocjonalnie hejtu i popełnił samobójstwo to dobry, odważny pomysł. Dwaj młodzi chłopcy, z dwóch różnych światów, czasów, skrzywdzeni przez ludzi, popełniają samobójstwo, które samo w sobie jest złem. Historie łączy wątek miłosny i bezduszność otoczenia, wypieranie odpowiedzialności za to, co się stało środowisk, z których pochodzą. Zderzenie bezsilności słabych, nadwrażliwych jednostek z  obojętnością, cynizmem zbiorowości. 

Akcja toczy się dwutorowo. Przeplata się, łączy, spaja. To teatr w teatrze o nieokreślonej estetyce, co podkreśla scenografia/dwie sceny/, sposób narracji. Spektakl przygotowują uczniowie. Nic dziwnego, że wydaje się infantylny, banalny, nieporadny. Uwspółcześniony przerysowaną formą horroru. Sprawia wrażenie improwizacji. Zabawy. Wykorzystuje pantomimę, taniec, nowoczesny kostium, mocną charakteryzację. Wplata w narrację wywiad z nauczycielami, by można było zrozumieć co się tak naprawdę wydarzyło między uczniami i dlaczego dorośli niewiele wiedzą, nie chcą wiedzieć i wypierają się odpowiedzialności za to, co się stało. Cały czas wyjaśniane są wyrazy, pojęcia dotyczące kultury, religii, życia społeczności żydowskiej. Co przerywa ciąg zdarzeń. Rozbija napięcie. Dramaturgicznie osłabia.Ciągle zmienia się czas i miejsce akcji, forma wypowiedzi. Narracja rwie się.  Splątana niepośpiesznie się rozwija. 

Jakby to była lekcja. Psychoterapia. Psychodrama. Poprzez teatr. Badająca poziom współczesnej świadomości i wiedzy na temat żydowskiego świata i naszego stosunku do niego. O tym jak należy rozwiązywać współczesne problemy związane z przemocą w cyberprzestrzeni. Jak się bronić, jak reagować na hejt, jak nie dopuszczać do niego.  Bo zapomnimy o  tym, że należy się liczyć z drugim człowiekiem. Jego wrażliwością. Należy chronić jego sferę intymną, dbać i kontrolować odporność na sytuacje kryzysowe, stres. Brak empatii znieczula. Nieumiejętność radzenia sobie w relacjach z innymi wpędza w kłopoty. Brak odpowiedzialności -dorosłych za niedojrzałych, nauczycieli za uczniów, kolegi za kolegę, rodziców za dziecko-może zabić. Dlatego sztuka ta może służyć przepracowaniu współczesnych problemów w komunikacji międzyludzkiej. Stawieniu czoła nowym wyzwaniom związanym z internetem. Zabezpieczeniem prywatności, respektowaniem praw jednostki przed nieuzasadnionym atakiem, nękaniem, ośmieszaniem, niszczeniem ludzi, szczególnie dzieci, młodzieży. Ale wiemy też, że i dorosłych. To są poważne, trudne, złożone wyzwania. 

Ciekawe, co o tym spektaklu sądzą sami wskazani w sztuce adresaci. Młodzież, dorośli, ich znajomi, bliscy. Kaci i ofiary. Co my wszyscy o tym sądzimy?

Bo sztuka ta stara się wytworzyć wspólny język porozumienia dla widzów i artystów. Udowadnia, że czasem trzeba zrezygnować z klasycznej formy wypowiedzi scenicznej, narracji jasnej, prostej, jednowątkowej. Głębokiej treści, wyrafinowanej formy. Bywa, że potrzebna jest komplikacja, utrudnienie w rozumieniu tego, co się ogląda w teatrze, jak w tym przypadku, by móc zneutralizować ostrość, drażliwość wypowiedzi dla pokazania i rozwiązania niebezpiecznych zachowań, zjawisk, relacji. Dlatego winniśmy pójść na kompromis z własnymi potrzebami kulturowymi, przyzwyczajeniami i kliszami, by zrozumieć i zaakceptować ten spektakl. Wybaczyć mu jego infantylizm, powierzchowność, objaśniającą, inicjacyjną, improwizacyjną performasu formę. Każdy sposób jest dobry, jeśli choć przybliży się do nagłaśniania, rozwiązania wyartykułowanych w sztuce problemów. Jeśli w efekcie uwrażliwi, uświadomi, uratuje choć jedno życie. Wzbudzi empatię. Ocali godność i człowieczeństwo. Powstrzyma przemoc, galopującą znieczulicę, wzbudzi szacunek do drugiego człowieka, przywróci konieczność liczenia się z jego wsobną wrażliwością.  Doceni jego odmienność, weźmie pod uwagę indywidualny próg odporności na stres. Uświadomi niebezpieczeństwa. Uruchomi myślenie i czucie.

Ten spektakl -bałaganiarski, spontaniczny, energetyczny, nieokrzesany, wdzierający się w przestrzeń widowni-ma taki potencjał. Niełatwy jest w odbiorze, bo ma złożoną formę, ważną, niełatwą treść, mnóstwo pomysłów.  Czerpie z bogactwa różnych kultur/ żydowskiej, pop/. Stosuje liczne środki ekspresji. Choć ostatecznie nie przeraża, nie dotyka, nie wstrząsa przez to, że sam sobą się bawi a dramaturgia nie trzyma w karbach emocji aktorów i widzów. Jakby bał się być bardziej radykalny, brutalny, oskarżycielski, bo przecież doświadczenie realu na to wskazuje. Zachowuje mimo wszystko bezpieczny, asekuracyjny dystans fanu i metafory. Zabawy konwencjami. A tu codzienne wydarzenia, fakty, doniesienia wskazują na to, że rzeczywistość ciągle wyprzedza sztukę. Choć ta zna ten ból wywołany skutkami bezduszności, wyrządzaną człowiekowi przez człowieka krzywdę, zadawane z bezmyślnością cierpienie. Dawno je opisała, przedstawiła. Czy DYBUK wzbogacony o wątki współczesne zostanie przez nas wykorzystany, czy coś zmieni, czas pokaże. Sztuka nie jest obojętna. Stara się, próbuje. I szukając błądzi, jakby razem z nami błądziła.

http://www.teatrpolski.pl/dybuk.html
DYBUK
IGNACY KARPOWICZ ORAZ ZESPÓŁ AKTORSKI
reżyseria: Anna Smolar
scenografia i kostiumy: Anna Met
muzyka: Natalia Fiedorczuk
reżyseria światła: Michał Głaszczka

obsada: Mirosław Guzowski, Hanna Maciąg, Irena Melcer, Maciej Pesta, Sonia Roszczuk, Jan Sobolewski, Michał Wanio, Małgorzata Witkowska


wtorek, 18 października 2016

DOGVILLE TEATR SYRENA

 

DOGVILLE to  małe, zapyziałe miasteczko gdzieś na końcu świata. Wyczyszczone ze szczegółów, rekwizytów codzienności, cech indywidualnych. Bez dróg, wyjść awaryjnych umożliwiających ucieczkę. Tu się jest, ale raczej musi niż tak naprawdę chce się być z wyboru. Życie gdzie indziej wydaje się niemożliwe. Jest to specyficzne miejsce dla specyficznych ludzi. W pięknej okolicy, dzikiej, zamkniętej, szalonej. Gwarantującej spokój i schronienie.  Zamieszkuje ją kontrolna populacja ludzi reprezentatywna dla badań laboratoryjnych. Zgromadzenie na pozór dobrowolnych więźniów /każdy z innego powodu/, określonych typów osobowych dla udowodnienia, potwierdzenia tezy, że natura ludzka jest podła, okrutna, zła. Bez względu na kontekst, uzasadnienie. Mamy do czynienia z teatralnie wypreparowanymi modelowymi portretami psychologicznymi, które są uprzedmiotowione, odczłowieczone, w jednym wymiarze. Jak wyselekcjonowane, typowe obiekty badawcze poddane eksperymentowi socjologicznemu w gabinecie figur woskowych z historią opowiadaną z offu i rozwijaną dalej niezależnie w naszej wyobraźni.

Aleksandra Popławska gra pewną siebie Grace, prowokatorkę sprawdzającą zachowanie mieszkańców Dogville na OBCEGO, INNEGO, INTRUZA, UCHODŹCĘ. Wkracza w rejon miasta nie jak przestraszona, zgnębiona, ratująca swe życie przed tropiącymi ją gangsterami uciekinierka ale jak deklaratywnie zagubiona, głodna, zmęczona, doskonale ubrana gwiazda celebrity, jak się okazało mroczny przedmiot pożądania każdego bez wyjątku członka tej społeczności. Nie gwiazdorzy, nie jest roszczeniowa, nie wymaga, nie prosi. Cierpliwie czeka na pomoc. Chcąc nie chcąc testuje nie siebie a pastora, obłudnego strażnika moralności, jego starego ojca, męża i żonę, ich gromadkę dzieci, ślepca, robotnika najemnego, starą kobietę.  Pokazuje i uświadamia im dobitnie, kim tak naprawdę są, czego pragną, o czym marzą. Jest papierkiem lakmusowym ich postaw, zachowań, wyborów. Odziera ich z iluzji, pozoru, kłamstwa. Pokorna, pracowita, serdeczna, uczynna wyzwala w ludziach samo zło. Ujawnia amoralne, bezwzględne, pozbawione człowieczeństwa mroczne jądro ich natury. Nie robi tego ostentacyjnie, ale samą swoją obecnością prowokuje w nich wszystko, co najgorsze. Zło nie zna hamulców, gdy wie, ze może sobie pozwolić na przejecie władzy nad człowiekiem. I robi wszystko, co najgorsze nie zwracając uwagi na nieludzki charakter zachowania, jego skutki. Wszyscy zostają poddani próbie i wszyscy przegrywają. Przechodzą test i ponoszą porażkę. Bez prawa na poprawę, na nadzieję.  Nie ma drugiej szansy. Ucieczka przed sobą samym nie ma sensu. Nieunikniony los i tak dopada wszystkich bohaterów.

Sztuka jest zimnym, wykalkulowanym studium badawczym, eksperymentem obnażającym naturę człowieka, społeczności zamkniętej, odciętej od cywilizacji.  Bez emocji, wstrząsu pozbawionym głębi prawdy psychologicznej schematycznym,  dramatycznego wymiaru, jednowymiarowym widowiskiem. Oczywistym w prostocie wyselekcjonowanego bodźca, przyczyny postępowania kata i przewidywalnej reakcji podporządkowanej, uzależnionej od niego ofiary. Przez to wypreparowano teatralne truchło, szablon z tezą, który nie dotyka, nie boli, nie ma szans na zmianę człowieka i świata. Bo pozostawia go wobec wysiłkom, potencjału sztuki obojętnym. Grace Aleksandry Popławskiej jest katalizatorem dla innych, sama nie przechodzi przemiany, raczej wraca do siebie okrutnej, bezdusznej, zimnej, cynicznej jak jej ojciec, którego demoniczną, gangsterską osobowość wizualizuje Jerzy Nasierowski. Jest narratorem, demiurgiem, policjantem, gangsterem, ojcem-tym, który wie, który nie jest zaskoczony zachowaniem córki i mieszkańców. Cierpliwie objaśnia, wprowadza, kontroluje, czeka. Dostaje swoje ziemski diabeł bóg ojciec. Społecznościowy, religijny moralizator Bartosza Porczyka nie ma wpływu, bo nie ma siły charyzmy. Jest bezbronny jak naiwne dziecko leniwe, niezdolne, obnażone przez swą nieskuteczność. Jego ojciec, człowiek wykształcony, doświadczony, niepogodzony ze swym stanem to stara lubieżność. Jak i pozostali mężczyźni: niepełnosprawny Jack McKay Bogdana Słonimskiego i na pozór sympatyczny, swojski, prosty, pracowity Bill Sebastiana Stankiewicza. Ale też z tajemniczą, niejasną przeszłością Chuck Przemysława Glapińskiego, podobnie jak Grace uciekinier z wielkiego miasta, ojciec swoich złośliwych, już nie niewinnych dzieci. Ich ubezwłasnowolniona matka, Vera Agnieszki Krukówny, kobieta, która mimo że nie potrzebuje pomocy Grace, to jednak z niej korzysta. I jeszcze zupełnie zalękniona stara ale starająca się być użyteczną, sprawną, młodą osobą Martha Heleny Norowicz. Liz Anny Smołowik to jej młode alter ego. Wszyscy są typowymi reprezentantami społeczności- władzy i jej wyborcy, młodości i starości, kobiecości i męskości, kata i ofiary, rodzica i dziecka, swojego i obcego, itd- którzy w sprzyjających warunkach rezygnują z człowieczeństwa. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego tak łatwo stadnie akceptuje się zło? Dostajemy od twórców jednoznaczną, prostą, o zbyt dużym poziomie uogólnienia odpowiedź. Zbyt oczywistą. Sami musimy się z tym problemem zmierzyć, sami winniśmy dalej, gdzie indziej szukać satysfakcjonujących wyjaśnień.

To kolejny spektakl po CZARODZIEJSKIEJ GÓRZE, FRANKENSTEINIE w Teatrze Syrena, który utrzymany w stylistyce maksymalnego skrótu, dotyczy eksperymentu badającego istotę natury człowieka z aspiracją o kontekst współczesny. W tym sensie linia repertuarowa teatru jest konsekwentna. Nawet pod względem estetyki, sposobu przedstawienia charakterystyk postaci, problemów. Jakby te spektakle zrealizował ten sam reżyser. Uproszczenie, spłaszczenie, jednoznaczny wymiar oceny przy efektownej barwności plastycznej, znaczącej roli muzyki i światła to ich główne cechy. Jakby celowo prowokowały widza do aktywności. Jakby uruchamiać miały jego wyobraźnię i myślenie krytyczne. Powiększać miały głód na rozwinięcie sięgające do głębi. Tymczasem mogą wywołać reakcję odwrotną/ nuda, irytacja, rozczarowanie/. Mimo podejmowanego przez twórców artystycznego wysiłku. Mimo aktualnych, fascynujących, dobrze znanych tematów, solidnie już przepracowanych. Mimo atrakcyjnej, nowoczesnej oprawy, bezpłodnie jednak angażującej zmysły niż sferę emocjonalną. Może jednak warto przekonać się o tym osobiście. By móc samemu sprawdzić działanie sztuki. By dać jej szansę dotarcia do nas. By mieć punkt odniesienia, argumenty dla uzasadnienia własnego odbioru, własnej oceny sztuki. Powodzenia.:)



DOGVILLE  Lars von Trier

adaptacja: Christian Lollike
przekład: Jacek Kaduczak
reżyseria: Marek Kalita, Aleksandra Popławska
współpraca scenograficzna:Joanna Kuś
kostiumy: Marta Ostrowicz
muzyka: Maciej Zakrzewski
światło: Katarzyna Łuszczyk
video: Paweł Łukomski
projekcje: Maria Matylda Wojciechowska / Artur Wytrykus

obsada:
Agnieszka Krukówna (Vera)
Helena Norowicz (Martha)
Aleksandra Popławska (Grace)
Anna Smołowik (Liz)
Przemysław Glapiński (Chuck)
Jerzy Nasierowski (Narrator)
Bartosz Porczyk (Tom)
Piotr Siejka (Thomas Edison)
Bogdan Słomiński (Jack McKay)
Sebastian Stankiewicz (Bill)
Antonina Kalita (Pandora)
Iwo Wiciński (Jazon)
Borys Wiciński (Achilles)

premiera: 24.09.2016

fot. Krzysztof Bieliński


NIESKOŃCZONA HISTORIA PAŁYGA TEATR im. WILAMA HORZYCY

Mimo, że sztuka opowiada o oswajaniu lęku przed śmiercią, a ta jest jedyną w naszym istnieniu pewną, nieuniknioną perspektywą, to przecież jest to NIESKOŃCZONA HISTORIA. Bo każdy z nas przeżywa przemijanie, dojrzewanie do śmierci w sposób indywidualny. Każdy inaczej radzi sobie z marnością tego świata, bezsensem życia, z upływem czasu, który niszczy nadzieję na nieśmiertelność, osłabiając ducha, niszcząc ciało. Nawet gdy rozum nas jeszcze broni, emocjonalnie nie wytrzymujemy. Lęk nie uświadamia przyczyny, serwuje panikę. Paraliżuje. Tajemnica, bo przecież nie znamy swojej przyszłości, mu nie pomaga. Nawet gdy wierzymy głęboko, żarliwie, mocno. Nawet gdy czujemy się na tyle pewnie i niezależnie, że nie potrzebujemy Boga i wiary. Pozostajemy bezsilni wobec śmierci, konieczności pożegnania się z tymi, których kochamy, znamy. A ten sączący się w nas przez całą naszą egzystencję jad pewności pozostawienia wszystkiego tu na ziemi zatruwa naszą radość życia. Boimy się o siebie, o innych. O bliskich, o znajomych. Niestety nie można się przyzwyczaić do śmierci. Nie da się jej oszukać, przechytrzyć. Można spróbować ją zignorować. Zabić codziennością, oswoić nadzieją na życie wieczne, wyprzeć macierzyństwem /choć i ono generuje nowy lęk o  dziecko/, zagłuszyć pracą, unieważnić modlitwą. Każdy ma swój sposób. Kontakt bezpośredni ze śmiercią nie wzmacnia, nie uodparnia. Powoduje, że śmierć jeszcze bardziej przeraża. Pozbawia nadziei, wzmaga smutek, poczucie bezsilności.  Dopada w snach, osacza w przeczuciach, więzi w obawach. Bez uzasadnienia, przyczyny, powodu. Nie pozwala o sobie zapomnieć. Doprowadza do paranoi, szaleństwa, obsesji. 

Spektakl nie podejmuje tematu oczekiwania na śmierć. Gdy cierpienie jest nie do wytrzymania, ciało i duch wyczerpany, zużyty, osłabiony na tyle, że rezygnuje z dalszej walki o przetrwanie. Nie porusza heroicznej śmierci, w obronie życia innych, na polu bitwy, na wojnie. Koncentruje się wyłącznie na niezgłębionej tajemnicy siły instynktu życia przeciw nieuniknioności śmierci. Pokazuje zwyczajność, mozół, nieatrakcyjność dnia świstaka, jego kontekstu, otoczenia. Odsłania komplementarność świata przedmiotów, zwierząt, przyrody i ludzi, kiedy się wobec jej istnienia jednoczy. Miesza się i przeplata wszystko co błahe, banalne i poważne, wysokie i niskie, piękne i brzydkie, ziemskie i boskie, realne i metafizyczne. Każdy zaklina rzeczywistość jak potrafi i umie ale razem, w grupie jest godniej, łatwiej. Cierpienie i ból związany z przemijaniem da się opanować, znieczulić, zagłuszyć dopiero wspólnie. Bóg też nie jest tu najlepszym psychoterapeutą, gwarantem ratunku. Jego sprawczość też się kwestionuje, podważa. Bóg milczy, jest trudnym partnerem w tej grze pocieszenia. Może tylko wyzwalać nasze własne projekcje ocalenia. Gdy żadnego człowieka wokół nas nie ma, pozostaje ostatnią deską ratunku. Ostoją. Wizją znieczulenia.

W przestrzeni umownego mroku; kamienicy, mieszkania, kościoła, ulicy zanurzona jest codzienność zwykłych ludzi. Młodych i starych, samotnych i małżonków. Mieszkających razem i osobno, żyjących obok siebie. Obserwujemy, jak ta przypadkowa, losowo ukształtowana społeczność przeżywa swoje lęki, obawy i z biegiem dnia, koncentrując się wokół śmierci sąsiadki jednoczy. Pięknie zgrywa w śpiewie chóralnym w finale osiągając jednię doskonałą, wzruszającą. Z głosów indywidualnych, wsobnych bytów stworzony został jednolity, mocny, silny głos społeczności podporządkowany udzielającej się słuchającemu uzdrawiającej w cudowny sposób nadziei. Siły.

Pięknie pokazała reżyserka spektaklu to pokonywanie podziałów, różnic osobniczych, ludzkich słabości. Przeprowadziła bohaterów i nas od kakofonii chaosu indywidualnej egzystencji zanurzonej w powszedniości dnia, otoczonej banałem przedmiotów tworzących kontekst zdarzeń do czystego tonu zbiorowej perfekcji, precyzji chóralnego wyznania afirmacji życia i śmierci. Pięknie podporządkowała lęk przed przemijaniem każdego człowieka w budujące gromadne jednorodnie brzmiące wyznanie wiary w sens każdego istnienia. Pokazała siłę profanum uświęconego, wyniesionego, pokonanego poprzez pierwiastek sacrum. Skomponowała requiem dla lęków życia nie przeciw ale przed śmiercią. Służą temu nie tylko wyznania poszczególnych bohaterów, zdanych na samotną walkę z egzystencjalnym trwaniem, w poszukiwaniu porządku swego świata ale też wzmacnia je niezwykle ważna, znacząca warstwa muzyczna całości złożona z tego co jest powszednim hałasem, szumem, krzykiem, dźwiękiem/rury, naczynia, ruch uliczny, śpiew ptaków, radio, itp/ ale i wysokim, zorganizowanym, harmonicznym brzmieniem muzyki poważnej/m.in. inspiracje muzyką renesansową Orlanda di Lasso i Guillaume’a de Machaut oraz dziełami Jana Sebastiana Bacha/. Obrządek muzyczny mszy, śpiewanie litanii spraw codziennych, przedmiotów użytkowych jedno drugie ilustracyjnie uzupełnia, znaczeniem wzbogaca, komentując rozszerza, daje kontekst nastrojowi, emocjom, uczuciom. Bo świat jest jednością. Jest jaki jest. W tym szaleństwie chaosu kryje się metoda docierania do sensu istnienia oraz ocalenia pamięci. Trzeba tylko znaleźć do niej kod dostępu. Spektakl to wizualizuje. Pięknie harmonizuje. 

Korowód życia i śmierci jednak pozostaje tajemnicą. Może dlatego jest to nadal NIESKOŃCZONA HISTORIA. Bo, jak autor na samym początku w tekście przypomina, ziemia doświadczała w swej historii wielu zagład, to jednak zawsze w jakiś niezwykły, niepojęty, cudowny sposób życie przetrwało, ocalało. Zawsze się odradzało. Nieskończona jest także historia w budowaniu naszej jedności, wspólnoty jako narodu. My, Polacy, wieczni indywidualiści, nie zawsze potrafimy mówić wspólnie jednym głosem. Nie wychodzi nam długookresowe chóralne zgranie, dopracowane obywatelskiego społeczeństwa działanie. Zwycięstwa nad sobą pieśni wspólnoty. To prawda, że w obliczu zagrożenia potrafimy się zjednoczyć. Ale wytrzymałości nam starcza jedynie na chwilę. Codzienność zabija w nas instynkt stadnej zgodności, jej siłę. Rozśrodkowani, skłóceni, pełni obaw i lęków, znów jesteśmy bezbronni wobec tego, co nas boli i gnębi, co nam zagraża. Choć ze śmiercią nadal niepogodzeni to gotowi na zagładę. W tym sensie, sztuka Artura Pałygi, spektakl Małgorzaty Warsickiej to też  historia nieskończona. Skierowana ku nam, oddana w nasze ręce. Pięknie zagrana i zaśpiewana, pełna prawdy indywidualnej i metaforycznej  i  zwyczajnie niezwyczajnej nadziei na przyszłość. 


NIESKOŃCZONA HISTORIA    Artur Pałyga 
reżyseria – Małgorzata Warsicka
muzyka – Karol Nepelski
scenografia – Marcin Chlanda
ruch sceniczny – Dawid Lorenc
kostiumy – Monika Ulańska Grupa Mixer

obsada:
Aniela Dąbek – Teresa Stępień-Nowicka
Wiktoria Dworniczek – Ewa Pietras
Przewodnik chóru – Bartosz Woźny
Magda – Matylda Podfilipska
Adam – Tomasz Mycan
Andrzej – Grzegorz Wiśniewski
Anna – Mirosława Sobik
Paweł – Arkadiusz Walesiak
Jakub – Paweł Kowalski
Marta – Julia Sobiesiak
Maria – Anna Magalska-Milczarczyk
Józef – Jarosław Felczykowski
Chór – wszyscy
premiera: 16.01.2016