piątek, 6 marca 2015

INKA TEATR TELEWIZJI



To spektakl oparty na faktach. Opowiadający historię dwóch ostatnich lat życia Danuty Siedzikówny, pseudonim Inka; Polki, sanitariuszki, dziecka prawie. Charakterystyka postawy, opis charakteru, cech osobowości. Ale to także charakterystyka powojennej Polski. Bratobójczej walki w starciu starego i nowego świata. Wynik politycznego przeprogramywania kraju. Eksperymentu dokonanym na żywym narodzie. Osłabionym, okaleczonym, osieroconym, ocalałym z pożogi wojny. Na cito.

Inka była ofiarą tych ideologicznych przekształceń. Niezawinioną. Bezbronną. Czystą. Bolszewicki system jednak bezwzględnie eliminował tych, którzy wykazali się niezłomnością. Bo najważniejsze było podporządkowanie się nowemu systemowi, który brak zgody na współpracę traktował jako zdradę z wyrokiem natychmiastowej wykonalności kary śmierci bez prawa łaski. Kto ma władę, ten rządzi. A więc wszystko i wszyscy musieli się przystosować, podporządkować lub zginąć. Musieli zaakceptować nowe, barbarzyńskie prawo, nieludzkie zasady, zakłamane wartości. Bez względu na koszty. Bratobójczą walkę. I to świat dopuścił do tego eksperymentu. Przyzwolił nań.  Przyklasnął. Zagrał Polakom na nosie. Bóg milczał, jak zawsze. Honor zabijał samobójczo. A ojczyzna osłabiona wojną, z wyroku układu sił politycznych, gwałcona przez Rosję Radziecką, zmieniała się na jej obraz i podobieństwo.  System systemowi, państwo państwu, człowiek człowiekowi, Polak Polakowi zgotował ten hiobowy los. Za możliwość przetrwania pod znakiem firmowym Polska Rzeczpospolita Ludowa. Homo sapiens spadał na poziom homo sowieticus.

Inka postępowała zgodnie z tym kim była. Czego się nie wyrzekła. Nie zdradziła, nie ugięła się, nie załamała. Tak została wychowana. Taka była.  Bardzo młody wiek nie miał tu znaczenia. Nie kombinowała, nie kakulowała, nie grała, nie filozofowała. Ważne dla niej było, by babcia dowiedziała się, że właściwie postąpiła. Właściwie czyli godnie. Zrobiła, co jej zdaniem, należało zrobić. Ni mniej, ni więcej. Jakby żyła nadal w przedwojennym świecie, który wraz z nią został ostatecznie unicestwiony,  zgodnie z obowiązującym, a narzuconym siłą zewnętrzną, prawem. I bezimiennie pochowany. Z piętnem hańby. W upodleniu, bestialskim umęczeniu, nieludzkim traktowaniu. Bezkompromisowa odwaga jednostki zamordowana została przez lęk egzystencjonalny większości. W ramach formatowania nowej rzeczywistości według sowieckiego dyktatu.

Inka to nie tylko ofiara indywidualna. Śmierć jednostki. To symbol świadomej, bestialskiej, systemowej końcowej fazy eksterminacji myślących, czujących i postępujących według zasad BÓG, HONOR, OJCZYZNA. Patriotów walczących o wolną i niezależną Polskę. Po masowych egzekucjach inteligencji przez ZSRR, po  działaniach wojennych Niemców,  bilansie Powstania Warszawskiego, Polak mordował Polaka pod specjalnym nadzorem Sowietów. Do tego stopnia skutecznie zacierał i zakłamywał wszelkie informacje o żołnierzach wyklętych, że dopiero teraz po kilkudziesięciu latach po wojnie upominamy się o pamięć o nich. Szukamy nadal grobów. Poznajemy prawdę.


Znalezione obrazy dla zapytania pomnik inki

Zgodność świata wewnętrznego z zewnętrznym to luksus na jaki zwykłych śmiertelników nie stać. Jeśli życie ma pokonać śmierć bez wzgledu na koszty zawsze jest oparte na większym lub mniejszym kompromisie. Bezkompromisowoć prędzej czy później zabija, niszczy. Trzeba być giętkim jak trzcina myśląca. Poddawać się prądom, ulegać zewnętrznym wiatrom i wiedzieć swoje. Szeroko, Głęboko. Wolność, ta prawdziwa, jest w nas. A jesli zechcemy ja uzewnętrznić, jak zrobiła to Inka, zginiemy. I nawet kilkadziesiąt lat po zabójstwie będą nas nienawidzieć, ochlapując farbą nasze pomniki. Jak ochlapano pomnik Inki. Bo siła lęku jest nieśmiertelna. Kłamstwo zachłannie pożera prawdę. I odradza się zawsze w zagrożeniu, rośnie w sprzyjających warunkach, zagłuszając odruch serca i argumenty rozumu. Gdy brakuje zdrowego rozsądku, elementarnej wiedzy i empatii.

INKA, żołnierz niezłomny, charakter niezłomny, system wartości niezłomny- ale tylko bardzo młoda dziewczyna, sanitariuszka bez prawa wydawania rozkazów, wykonywania wyroków, człowiek niosący pomoc innym, całkowicie niewinny- stanowiła zagrożenie dla nowego, morderczego systemu. Kara śmierci miała zetrzeć w proch jej bezkompromisowość, odwagę bycia do końca sobą, by nie była przykładem dla jej współczesnych i potomnych. Paradoksalnie została rozstrzelana nie za to co zrobiła a za to czego nie zrobiła. Nie poddała się. Zapłaciła za to najwyższą cenę. I płaci nadal.

A spektakl jest prosty. Przejrzysty, zrozumiały, jasny. Choć buduje mroczny obraz świata gwałtu. Choć krzyczy niesprawiedliwością losu. Okrucieństwem człowieka. Brutalnością zadawanego cierpienia i bólu. Kainową zbrodnią. Jest powściągliwy, nie epatuje przemocą, nie nadinterpretuje przebiegu zdarzeń tej smutnej, niewiarygodnej historii.  Przedstawia fakty. Krok po kroku. Krok po kroku odkrywa prawdę. Zwłaszcza, że jest to konfrontacja z inną mentalnością. My, dzisiejsi, z nimi, dawniejszymi. Choć wiemy, ze żyjemy w zupełnie innym świecie i czasie to jednak ciągle wartościujemy ich wybory, postawy, decyzje. Kwestionujemy je. Oceniamy.  Poddajemy próbie ognia naszych zarzutów i argumentów, naszego, dzisiejszego punktu widzenia. Czy słusznie?

Scena Faktu Teatru Telewizji, choć w powtórce, pokazała, jak jest ważna. Artystycznie nośna. I nie boi się opinii szerzonych w mediach, że za dużo tej martyrologii w sztuce. Za dużo lekcji historii. Mam wrażenie, ze ciągle jednak za mało. Bo bez poznania swojej tożsamości, zrozumienia jej, choćby przez sztukę teatralną, naród nie może świadomie budować swojej przyszłości. Nie rozumie, co się działo kiedyś i dlaczego, co się w bieżącej chwili dzieje, jakie to ma znaczenie, jakie przyniesie skutki. Wiedza nie może nas przecież osłabić. Wręcz przeciwnie. Powinna dodać nam sił i argumentów.


INKA
Autor: Wojciech Tomczyk
Reżyseria: Natalia Koryncka-Gruz
Zdjęcia: Zdzisław Najda
Scenografia: Joanna Macha
Kostiumy: Helena Potocka
Muzyka: Paweł Szymański
Konsultant historyczny: Piotr Szubarczyk IPN Oddział Gdańsk

Obsada: Karolina Kominek-Skuratowicz (Inka), Lech Mackiewicz (Jerzy), Kinga Preis (Maria), Agnieszka Podsiadlik (Regina), Piotr Jankowski (Anderman), Marta Chodorowska (Jadzia Mikołajewska), Piotr Bala (Ratajczyk), Paweł Kowalski (Ksiądz), Kazimierz Mazur (Mazur), Michał Kowalski (Stawicki), Katarzyna Rabczuk (Helena Mikołajewska), Małgorzata Oracz (Pani), Maciej Brzoska (Konus), Jakub Drewa (Barman), Filip Cembala (Poker), Karina Iwaszko (Strażniczka), Andrzej Pieczyński (Mecenas), Arkadiusz Brykalski (Suchocki), Dariusz Siastacz (Wójcik), Jacek Malarski (Adamski), Wojciech Namiotko (Ubek), Stanisław Michalski (Stary Nowicki), Helena Marek (Żona Milicjanta), Mariusz Żarnecki (Zagończyk), Sławomir Lewandowski (Fotograf), Michał Buczek (Dowódca), Bronisław Niemczyk (Stary Leśniczy), Maciej Aszemberg (Lekarz), Wioletta Nawrocka (Strażniczka), Rafał Leszczyński (Sędzia), Marcin Drelicharz (Prokurator), Adam Graczyk (Czajka), Krzysztof Skonieczny (Borkowski), Wojciech Czerwiński (Kulikowski), Jarosław Boberek (Agent), Agata Nowicka (Asystentka), Grzegorz Gzyl (Marek), Michał Nowaczyk (Młody Nowicki), Marta Kalmus (Tarasiewicz), Paweł Czajka (Ubek), Piotr Plichta (Ubek II)

PREMIERA 22.01.2007

wtorek, 3 marca 2015

WOJNA I POKÓJ MARCIN LIBER POWSZECHNY



Ten spektakl jest tylko o wojnie. Prawdziwej, ale też wojnie w czasie pokoju, czy wojnie rewolucyjnej. Każdej. Permanentnej. Nieustannej. Wszędzie. Przybierającej różne formy. Gdy pokój to stan przejściowy, nie docelowy i jest dany tylko po to, by przygotować się, nabrać sił do kolejnej wojny. A tak łatwo o jej okropnościach przychodzi zapomnieć! Jak łatwo ją zagłuszyć w sobie życiem dnia codziennego! Walką o swoje, dla siebie. Na dziś i ewentualnie bliskie jutro.

Rosja jest tu tylko pretekstem do przemyślenia. Punktem wyjścia. Prowokacją sugerującą, że w każdym narodzie drzemie potencjał mogący w określonych uwarunkowaniach wywołać zło wojny. I to takie, co rozleje sie na świat cały. I wpłynie na jego przyszłość. Nacjonalizm, ambicje imperialne, marzenie o silnym przywódcy narodu, który się pojawi i da poczucie ważności, dumy, godności, wielkości. Idea, która zawładnie umysłami i sercami człowieka. Zamąci mu w głowie mirażami postępu i szczęścia. I koniecznści dziejowej. Powinności obywatelskiej konstruującej wymuszanie podporządkowania woli jednostkowego losu losowi ogólu. Narzucającej wolę jednego narodu wielu. I bezsilność obserwatorów, tych zagrożonych inwazją, na rosnące zło w potęgę, której nie ma siły powstrzymać, nie ma sposobu zneutralizować, nie umie na nią zareagować. I choć każda akcja skutkuje reakcją, to wojna zawsze niszczy, degraduje, przynosi smierć. Nawet jeśli jest to walka obronna.

Ten spektakl już został oceniony. Rozdarty na strzępy. Jak sam rozszarpuje powieść Lwa Tołstoja  i zmienia sensy dokładając teksty, muzykę, elementy współczesne do tematyki i przesłania jego twórców komplementarne. Można mu wiele zarzucić ale nie to, że nie jest aktualny. Gorący. Że się nie wtrąca. Że mu nie zależy. Że się nie stara. Że nie popełnia błędów jakie i my popełniamy.

Wydaje się, że powstawał w pośpiechu. Jakby nagle ogłoszono stan zagrożenia i bez zdytniego przygotowania  trzeba było się zmobilizować, zebrać wszystkich i wszystko po to, by przepracować temat. Dokonać rozpoznania. Ale ten odczuwalny zamęt, pomieszanie porządków, treści i formy jest nazbyt bolesny. Jakby dojmujący wydaje się ten stan bałaganiarskiego niedouczenia, niedoczytania. Wiedza fragmentaryczna, bo dotąd bagatelizowana, spychana na margines ważności. Świadomość utraconego czasu. Ten spektakl to stan całkowicie splątanej mentalności. Rozbieganej w różnych kierunkach, raz tu raz tam przyswajającej wyrywkową wiedzę. Coś nam się śniło, coś czytało, coś zobaczyło, coś gdzieś usłyszało z pierwszej , drugiej i kolejnej ręki. Teatr dokłada swoje rozmemłanie, pomieszanie, wyrywkowe rozpoznanie. I w tym galimatiasie stanu rzeczy jest prawdziwy. Choć pewnie nie był to świadomie obrany cel twórców. A oni proponują nam impresję, szaleństwo na temat. Mieszają kijem teatralnym w artystycznej materii. Prowokują. Ale co? Irytację krytyków, znawców tematu, koneserów gładkich, gotowych, szczelnie opakowanych produktów oczekujących super odpowiedzialnych, na wysokim poziomie konstruktów myślowych. Przewodów intelektualnie czystych, logicznych, doskonale do siebie pasujących. Tak, by nie było widać szycia grubymi nićmi.

A może prawda jest jednak taka, że my na co dzień, na własne oczy widzimy, na własne uszy słyszymy scenariusze polityczne, medialne grubymi nićmi fałszu i zakłamania szyte, i nic nie robimy, nic nie jesteśmy w stanie zrobić. I w tej materii sztuka Libera pokazuje prawdę. Ten zamęt jest prawdziwy. W polityce. W przekazie. W naszych głowach. W naszych działaniach. Namacalny. Sprawdzalny. Naukowo i empirycznie. Przez każdego śmiertelnika. Uczonego i prostaka. I ta bezsilność wobec tego, co się dzieje. Niemoc. Może jedynie nieustającej manipulacji nami świadomość. Ból konieczności doświadczania nieuniknionego. I o tym też jest ta sztuka. Banały, stereotypy dziedziczone z wojny na wojnę. Nieunieważniane przez pokój. Żywi niemogący wskrzesić umarłych. Niepotrafiący zmienić porządku świata. To przecież zgrana płyta. Zaśpiewana na śmierć piosenka. „Pust’ wsiegda budiet sonce, pust wsiegda budiet nieba, pust wsiegda budiet mama, pust wsiegda budu ja!” wobec nieśmiertelnego piękna walca Szostakowicza. Ani banał ani piękno nas nie uratuje przed podjęciem wysiłku zrozumienia, co tak naprawdę się dzieje.  I dlaczego. Po co.

Podobnie jest z tym spektaklem. Nie znajdujdziemy w nim Lwa Tojstoja. Tylko niewyraźny trop. Cienie postaci. Nie dostrzeżemy logiki i sensu. Tylko zbiór wyimków. Wszystko i jest i nie jest zaskoczeniem. Raczej jawi się rzeczywistością nieprzewidywalną. Oprócz pewności, że wojna jest złem absolutnym. Bólem, cierpieniem niezawinionym, bez zadośćuczynienia. I jeśli chcemy pokoju, szykujmy się na wojnę. A i tak, mam wrażenie, pozostaniemy z gorzkim, retorycznym, niejednym pytaniem:
"Czy to co Twoje będzie zatracone
Czy popiół tylko zostanie i zamęt
Co idzie w przepaść z burzą.
Czy zostanie
Na dnie popiołu gwiaździsty dyjament
Wiekuistego zwycięstwa zaranie?"




Wojna i pokój na motywach powieści Lwa Tołstoja
reżyseria Marcin Liber
dramaturgia Paweł Sztarbowski
scenografia Mirek Kaczmarek
kostiumy Grupa Mixer
muzyka Krzysztof Kaliski, Filip Kaniecki
obsada: Mariusz Benoit, Andrzej Mastalerz, Anna Moskal, Piotr Ligienza, Joanna Drozda - gościnnie jako Natasza Rostowa.

premiera 13 grudnia 2014


http://www.dwutygodnik.com/artykul/5623-wojna-i-kara.html
http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/195223.html
http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/196366.html
http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/197678.html
http://wyborcza.pl/1,75475,17136536,_Wojna_i_pokoj__w_Powszechnym__rezyserska_porazka.html

wtorek, 24 lutego 2015

RZEŹNIA MROŻEK ATENEUM


RZEŹNIA to jak powrót do źródła. Dowód na to, że nie ma sposobu na unieważnienie, wymazanie, zagłuszenie zwierzęcej natury człowieka. Niedoskonałej istoty, która chce uciec przed samą sobą. A niestrudzenie próbuje w różnym kierunku i za wszelką cenę. Poprzez wychowanie, kulturę, religię, kodeks etyczny czy moralny, prawo. Reżim ćwiczeń, dryl przyzwyczajenia, spuścizna historycznej powinności, nieustanna kontrola nie skutkuje. Człowieka fizyczność, ciało i jego fizjologia dominuje nad podległym, ograniczonym, tłamszonym, jednak bardzo słabym, wrażliwym duchem. Wysiłek trzymania zwierzęcości człowieka w kagańcu narzuconej formy nie ma sensu. Nie działa. Nie sprawdza się. Zawodzi. Zwierzę z człowieka prędzej czy później wychodzi. Najważniejsze by być. Najpierw przeżycie ciała i jego trwanie, dopiero potem ocalenie i rozwój ducha. Jeśli więc za wszelką cenę sztuka ma przetrwać, trzeba przenieść ją do rzeźni. Lub tam ją stworzyć od nowa.

I jak tego dokonać? Kto to spowoduje? Przecież nie dorosłe dziecko, które nie jest w stanie wyzwolić się spod kurateli cerbera, zaborczej, nadopiekuńczej, toksycznej matki . Które nie może dojrzeć, usamodzielnić się. Zarówno jako człowiek, mężczyzna czy artysta muzyk. Matka czuwa nad swym dzieckiem nieustannie. Osacza, pilnuje, napomina. Narzuca dryl, dyscyplinuje. Świadoma niebezpieczeństw, zapobiegliwa, samolubna. Syn długo nie dorasta do samostanowienia a ona do mądrości odcięcia pępowiny dorosłego metrykalnie dziecka. Tak, by oddychało własnym, niezależnym życiem. By świadomie je przeżywało i czuło. Kształtowało. Budowało na fundamencie prawdy o sobie i świecie. Zbyt długo pozostaje bezdecyzyjne, bezwolne, nieświadome własnych celów, możliwości, własnej formy. Podporządkowany, zagubiony. A gdy się postanawia sprzeciwić, bunt przybiera  formę prymitywnych, instynktowych, przypadkowych zachowań, nieprzemyślanych wyborów. Postępuje w kontrze do tego, co robił dotychczas. I to też nie jest do końca jego suwerenna decyzja. Nienauczony samodzielności i nienawykły do podejmowania ryzyka, znów się podporządkowuje komuś, czemuś, co ma pod ręką. Nie może wyzwolić się z własnych uwarunkowań. To, co próbuje tworzyć jest prymitywne, pierwotne, ograniczone. Brzydkie, okrutne, bezsensowne. Jest krwawego ochłapu materii kompozycją. Martwą kompletnie naturą. Pozbawioną metafizyki, ducha. Znaczenia, sensu. Mocy sprawczej. Za to jest dysonansem estetycznym. Zgrzytem formalnym. Kontrowersją etyczną. Zaprzeczeniem sztuki wysokiej. Karykaturą twórczości. Wykoślawieniem kreacji. Samym buntem, rewoltą. Pustym gestem.  Krzykliwą, rozjazgotaną furią niedojrzałości, zawodu, szoku. Beztalencia. Szalonej, nieuzasadnionej potrzeby ekspresji samej chęci, woli działania.

Mrożek a za nim artyści budują na scenie kompletny system ubezwłasnowolnienia, uzależnienia. Młodzieniec jest wykrzywiony, skręcony. Powłuczy wykoślowionymi nogami. Ubrany pretensjonalnie, odpychajaco, jak niezguła. Jest zalękniony, stłamszony, podporządkowany. Niepewny siebie. Pozbawiony prawdziwych, żywych relacji. Obiektem uczuć jest gumowa lalka. A może chore wyobrażenie. Rzeczowa personifikacja potrzeb . Mówi do siebie, do posągu Paganiniego a ten do niego. Zamknięty hermetycznie w sobie. W uszczelnionym pokoju ćwiczeń. To więzienie izolujące od świata. Ćwiczy grę na skrzypcach nieustannie, ogłupiająco. Ćwiczy swoją naturę, ma ją okiełznać, wyszlifować do struktury kryształu. Ale czerpiąc tylko z samego siebie nie ma szans. Pozbawiony talentu nie ma nadziei na sukces. Samotnemu, uzależnionemu od innych, coś mu się w głowie roi. Myśl niespokojna z głowy się wyrywa.  Jednak starcza mu w końcu sił, by opuścić ten autystyczny świat. Rezygnuje z wszelkich więzi. Porzuca matkę, odtrąca dziewczynę. Przestaje ćwiczyć na skrzypcach. Sztuka wysoka, wysublimowana, szlachetna i czysta już go nie interesuje. Zauważa w końcu, że nigdy nie miał talentu. Ale kompensuje sobie absurdalnym wyobrażeniem ten defekt i brnie dalej w eksperyment quasi artystyczny. Zostawia, jak mu się wydaje, świat dziecięctwa za sobą. A przed nim cele i forma sztuki wynaturzonej, koślawej, brutalnej. Z jednego więzienia ucieka, wkracza natychmiast do drugiego. Nie zna smaku wolności. Zahłystuje się brakiem ograniczeń i z jednej skrajności wpada w kolenje szaleństwo. Ekstrawaganckie, kontrowersyjne, wynaturzone. Eksperymentuje. Bulwersuje. Ekstremalnie szokuje.

Nie udało sie matce zatrzymać dziecka, miłości pobudzić i zatrzymać miłość. Pięknu okiełznać zło. A wolności twórczej zachować dyscyplinę estetyczną, formalną. Nie można oswoić zwierzęcia w człowieku. Ocalić wrażliwość. Nauczyć czucie odpowiedzialnej dojrzałości. Nie udało się buntu przekuć w sztukę. Ekspresja tworzenia bez dojrzałości, talentu przerodziła się, zawsze się przeradza w jatkę.

To nie jest teatr awangardy. Bo spektakl jest tradycyjnie, konwencjonalnie wystawiony. Przejrzysty, klarowny.  Zrozumiały, komunikatywny. Czytelny. Tekst zwietrzał ale jest wyraźnie wyartykułowany. Wszystkie polityczno- społeczne treści wyparowały. Poprawnie zagrany satysfakcjonuje zwolenników klasyki i świętego spokoju. Tomasz Schuchardt wiarygodny, ale bez bólu egzystencjalnego, bez rys, bez wahań, bez głębi, wielowymiarowości tak złożonej roli. Magdalena Zawadzka, schematyczna, oczywista, wyrazista i obciosana z emocji wszelkich staje się maszyną, mechaniczną, bezwzględną strażniczką syna. To cyzelowanie słowa, kwestii! Wyrazistość znaku, gestu. Koturnowość. Płaska nuda. Emilia Komarnicka w roli dmuchanej, wydumanej lali plastikowej a później wzruszającej dziewczyny rezygnującej z siebie, byleby zatrzymać chłopaka nie jest flecistką, ani artystką a ledwie kolejnym pętem narzucającego się zniewolenia skrzypka, który miłość odrzuca. Kobiety w walce ze sztuką o mężczyznę nie maja żadnych szans. Bo nie ma miedzy nimi prawdziwych, uczuciowych więzi a jedynie zależności. Toksyczne związki. Sztuka jest wymagająca, samolubna, zaborcza. Nie lubi się dzielić swym potencjałem, energią z życiem osobistym twórcy. Wymaga wyłączności. Dariusz Wnuk perfekcyjnie, pomysłowo pokazuje jak bardzo jego Paganini za normalnym życiem tęsknił. Jak ochoczo wyrwał się z rygoru nieustających, żmudnych ćwiczeń! Sztuka przegrywa z prozą, realiami zwykłej egzystencji. Perfekcyjny woźny Henryka Łapińskiego  i konformista, Dyrektor filharmonii Piotra Fronczewskiego, domykają przekaz Sławomira Mrożka, który niepokoi się o tego głodnego, przyczajonego zwierza w nas, ludziach. Spragnionych bardziej krwistej wątróbki, sensacji, obsceny, wulgaryzmu, ciemnej strony życia niż wysublimowanego, finezyjnego, wymagającego wysiłku piękna. Bo doskonałość sztuki jest w ostateczności bezsilna wobec pierwotnego, drapieżnego instynktu życia.

Ale to wszystko tylko namiastka tego, czym sztuka ta mogłaby być. Grzecznie okiełznana formalnie nie wykracza poza pierwszy poziom komunikacji. Informuje, przekazuje, odsłania pewien punkt widzenia artysty na pracę innego artysty. Nie prowokuje dyskusji, nie jątrzy, nie miesza nam w głowach. Stwierdza znane, przyswojone już, przepracowane  poglądy. Ilustruje podstawy motywacyjne, cóż z tego jeśli wybiórczo, z absurdalnym, ośmieszającym zabarwieniem interpretacyjnym. I głównie uzasadnia swój tok myślenia. Nie wykorzystuje okazji, by porozmawiać o recepcji sztuki awangardowej. Współcześnie. Trudnej do odbioru, skomplikowanej, niekomunikatywnej. Nie wnosi w tym względzie absolutnie nic nowego. Pozostawia widza w błogim przeświadczeniu, że awangarda nie budzi się z prawdziwego, wiarygodnie umotywowanego buntu artysty, a z jego nieprzystosowania do życia, jego dysfunkcji i ograniczeń, niedostatku talentu. Że jest wynaturzeniem, fanaberią, głupstwem a nie  kolejnym krokiem , zdarza się, że milowym, w rozwoju sztuki. Wyszło na to, że na poziomie dyskusji podstawowej sami się ograniczamy, myśląc z lękiem, że odważniejsza interpretacja sztuki Mrożka byłaby obarczona zbyt wysokim ryzykiem. Obsceny. Niezrozumienia. Odrzucenia. Asekuracyjne podejście podcina skrzydła poważnej dyskusji. Eliminuje pokazanie szerszego spektrum argumentów w przybliżaniu się do prawdy. Szkoda. Była szansa. Wypada cieszyć się namiastką, punktem wyjścia, poprawnie opakowanym produktem mającym znamiona sztuki bezpiecznego teatru środka. Zobacz, zapomnij. Z problemem recepcji sztuki awangardowej pozostajesz widzu znów sam.


RZEŹNIA  Sławomir Mrożek
reżyseria - Artur Tyszkiewicz
scenografia i kostiumy - Justyna Elminowska
muzyka - Jacek Grudzień
ruch sceniczny – Jarosław Staniek
reżyseria światła - Mateusz Wajda

premiera – 7 lutego 2015

Obsada:
TOMASZ SCHUCHARDT – Skrzypek
MAGDALENA ZAWADZKA – Matka
EMILIA KOMARNICKA – Flecistka
PIOTR FRONCZEWSKI – Dyrektor filharmonii
HENRYK ŁAPIŃSKI – Woźny
DARIUSZ WNUK – Paganini (Rzeźnik)



http://www.e-teatr.pl/en/realizacje/4520,streszczenie.html
http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/197921.html?josso_assertion_id=5308BD1635620149

piątek, 20 lutego 2015

BOSKA JANDA TEATR TELEWIZJI



Boska jest już sama myśl, że niemożliwe jest możliwe. A marzenia mogą się spełniać. I nie są samą ułudą, iluzją, fanaberią, chciejstwem. Wybujałą ambicją. Co dopiero gdy mamy pewność, że stać się mogą rzeczywistością, bo wybrańcom losu się udaje!! Mimo, że wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują na to, że są na zdrowy rozum całkowicie nieosiągalne. A jednak. Wystarczy cel, pasja, miłość. Determinacja, upór, środki /na przykład duże pieniądze/. Zbieg okoliczności. Cudowny wpływ przypadku. Jakiś rodzaj szaleństwa. Gotowość na koszty jego zaspokojenia. Nieliczenie się z nimi. Ignorowanie ich . Pomijanie. Niedostrzeganie. I spełniają się marzenia. Niemożliwe staje się możliwe. 

Boska jest w człowieku ta siła naiwności, beztroski, która pozwala mu marzyć. Dziecięca ciekawość nieznosząca sprzeciwu, będąca znieczuleniem jego dumy. Imperatyw wewnętrznego przekonania nie mający żadnego realnego uzasadnienia, który pozwala pokonać ograniczenia, przeszkody w szukaniu dróg do realizacji celu. Boska jest siła, która nie daje marzycielowi spokoju i zmusza go do działania. Ten niepokój, uczucie niespełnienia, które ciągle prowokuje podejmowanie nowych prób,  przynosi nowe pomysły. Nie pozwala rezygnować z wysiłku szukania rozwiązania problemów. 

Bo w tym dochodzeniu do celu wbrew warunkom, możliwościom najistotniejsza jest niesłychana radość płynąca z samego procesu robienia tego, co jest dla nas ważne, co wypływa z istoty nas samych. To wewnętrzne przekonanie, że muszę to robić, co robię, bo sam akt daje satysfakcję, budzi pozytywne uczucia. Gasi lęk przed samoośmieszeniem, unieważnia lęk przed porażką. Oczywiście on się pojawia, paraliżuje nawet, ale już to, że się go pokonuje siłą woli, chęcią, koniecznością spróbowania, jest pewnym nad sobą samym zwycięstwem. Cudowne jest zarażanie swoim szaleństwem innych, pozyskiwanie ich swoją pasją. Ośmielającą marzenie, ofiarowującą fascynację. 

Boska jest realizacja teatralna, która mówi o miłości do sztuki nieprofesjonalisty tak profesjonalnie. Miłości z czystej naiwności, chęci szczerej. Z prawdziwej pasji, uporu w próbie tworzenia nie dopuszczającego sprzeciwu, głosu krytyki. Bezwstydnej i bezrefleksyjnej. Jakby artyści doceniali i czerpali siłę z opowiadanej historii doskonale się przy tym bawiąc. Tak, jak bawiła się śpiewając Florence Foster Jenkins, nie mając ani głosu, ani słuchu, ani talentu. Tak, jak bawili się jej słuchacze i tak, jak bawią się widzowie na tym spektaklu. Bo szaleństwo realizowania marzeń udziela się. Daje radość. Przyjemność.  Odrywa od ziemi. Unosi ponad. Pokazuje, że ma siłę sprawczą. Jednoczącą tych, którzy kochają sztukę. Nawet jeśli jest dziełem amatorów. Gdy przyjmiemy, że marzenia to cele, do których się dąży. Robi wszystko, by je osiągnąć wbrew wszelkim przeciwnościom i ograniczeniom.

Ta historia jest prawdziwa. A więc do roboty! Nie rezygnujmy z marzeń. Nie poddawajmy się. Zawsze istnieje jakiś sposób, by można było je zrealizować. Niech się spełniają. Najwięcej przeszkód czyha w nas samych. Zobaczcie, jak to zrobiła Florence Foster Jenkins. Zobaczcie, jak to zagrała BOSKA Krystyna Janda. 

Dobrego komediowego wieczoru życzę. Spektakl jest w repertuarze Teatru Polonia. Na szczęście można go było obejrzeć w telewizji. Przekaz poszedł w świat. Pozytywny, piękny, radosny przekaz na wysokim artystycznie poziomie. 


BOSKA

Autor: Peter Quilter
Reżyseria: Andrzej Domalik
Obsada: Krystyna Janda, Krystyna Tkacz, Maciej Stuhr, Wiktor Zborowski i in.

Teatr Polonia w Warszawie, premiera 27 kwietnia 2007

wtorek, 17 lutego 2015

POŻAR W BURDELU: Don Juan w Warszawie TEATR POLSKI


źródło: https://www.facebook.com/PozarWBurdelu

POŻAR W BURDELU czy burdel w Teatrze Polskim. Po niejednym pożarze tęczy, mostu Łazienkowskiego last minute, czas na pożar w teatrze. Po tym choćby i ziemia spalona. Decyduj widzu. Sam musisz obejrzeć. W tym bełcie popływać, pobrylować. Krytyki posmakować. Swoją dorzucić do głównego nurtu. By odreagować. Dać upust. Spuścić napięcie, nabzdyczenie. Swoją tonację frustracji włączyć w gromadny bek kabaretowy. W teatrze.

Renoma imprezy już w obieg puszczona, reklama i marketing uruchomiony. Apetyty po poprzednich występach rozbudzone. Miejsca po sufit w teatrze obsadzone. Jest zabawa, jest publika. Po kolejny sukces trupy kabaretowej, zważywszy na miejsce występów, jak i osoby w niej uczestniczące. Aktorzy z dyrekcją Polskiego na czele. Nie, na scenie! A warszawka w cenie od 54 do 97 zł za miejsce tłumaczy wszystko i wytrąca argumenty tym, którzy obeszli się smakiem czy niemądrze wcześniej ze spektaklu czmychnęli. Bo przecież "huj tym, co wdarli się na przedstawienie za darmo" wykrzyczane w prologu dykteryjek komediowych w oczekiwaniu na aktora, który nie skończył grać na scenie kameralnej, to właściwe ustawienie kryteriów wartościujących tego spotkania. Uprawnieni do oglądania poczuli się ci tylko, którzy zapłacili. Zaproszeni dostali hujem w dupę. I ten wykop wyznaczył poprzeczkę, wyznaczył pułap wszelkich możliwości spektaklu.

To prawda, publiczność nakręcona jest na rozrywkę. Przygotowana. Rozgrzana, gorejąca. Spragniona żartu, pieprznego humoru, wulgaryzmu smarującego grubo słowną pomadą politykę, wszystko, co da się, co nie protestuje. Bezpruderyjnej scenki. Łatwej piosenki. Uchachania po parter. A najlepiej jeszcze niżej, po kanały metra, którego jeszcze nie ma. Śmieje się więc publiczność i klaszcze jeszcze przed akcją w reakcji na odwet swych osobistych racji. Oczekuje złakniona tego ostrego dźgnięcia w nabzdyczony nad miarę balonik zadowolenia, napompowanego na maksa sukcesu, niekonsekwencji, indolencji, złośliwości władzy. We wszelkie bolączki, wynaturzenia, potknięcia, śmiesznostki, zaniechania, słabości. Dla rozładowania emocji,oczekiwań, rozczarowań. Akcja wdziera się w każde pęknięcie, ładuje w każdą dziurę, rozbraja bombki, sensacyjki. W burdelu a więc zamiast. W przybytku rozpusty, rozpasania, wyuzdania. Swobodnie według potrzeb i zachcianek. Za kasę.

Ale tu się, kurwa, nie ma z czego śmiać. Ja się nie śmieję. Niestety. Nie tylko ja. Wolna wola.  Rzecz gustu. A może poziomu. A może zbyt wygórowanych oczekiwań. A może się zgrało. A może nie zagrało, co miało...

Bo te burdelowe podrygi starczają tylko na podtrzymanie widzowskiego zapału. Już nie gore, już nie gore w teatrze. A tylko zamęt. Absurd i niewykorzystane pomysły. Prztyknięcia zaledwie, podszczypywanki, hihrajki, szturchnięcia. Namiastka. Słabostka. Choć starają się wszyscy, ostro pracują, harcują. Chłodno. Zimno. Coraz zimniej. Mróz. Ale nic dziwnego. Środek zimy mamy. Choć i tak cieplej na dworze niż w teatrze. W telewizji śmieszniej. Za darmo. Live. 24h/dobę.

Płonie tęcza monitorowana, płonie cały most dwa światy łączący a w burdelu odgrzewane kotlety. Kuplety. Dykteryjki. Fiki miki. A publiczność płonie. Zadowolona, podjarana. Nie przyzna się, że cieszy się z tej mizerii. Nie, nie zrobi gremialnego wykopu. Nie krzyknie w stronę sceny: "Huj wam za taki numerek za takie pieniądze". Bo hujowanie ma ze sceny płynąć. Taka konwencja. Umowa. Mowa. Choć reputacja Polskiego płonie. Z dyrektorem na huśtawce. Bujającym w samozadowoleniu.

Grupa kabaretowa jest specjalnym gościem w Teatrze Polskim, na specjalne zaproszenie. To ani ZIELONA GĘŚ ani ZIELONY BALONIK. Ani turlany zielony groszek. To ni pies, ni wydra. Aha, Walczak z Łubieńskim w merkantylnym szale tańca świętego Wita. Z kopyta skok na kasę robią z występu na występ występku. Widzowie są klientami. Do burdelu się nie zaprasza. Przychodzi na własne ryzyko. I płaci za usługę. Nawet gdy poziom ziębi. Tu publiczność rozgrzewa atmosferę. Chce kabaretowych igrzysk, beki, zadymy, śmiechu. A im bardziej chce, tym bardziej jest napalona. Do zabawy świetnie nastawiona. Parska, prycha, pohukuje. Klaszcze, odpowiada, reaguje. Ręce podnosi, głosuje.Wściekle rozrywki spragniona, doskonale nastrojona, rozbawiona. To ona jest głównym bohaterem wieczoru. Który trwa trzy godziny nieprzerwanie. Skecz za skeczem, piosenką, dowcipem, wierszykiem. Muzyka na żywo głośna, ambaraśnie nieznośna. Obraz w kolorach jarmarku, cyrku wędrownego, hałaśliwego. W kostiumie klowna, burleski, taniej tancbudy. No, burdel to przecie. Zabawa niezobowiązująca.

A może jednak w tym  trzygodzinnym SPA śmiechu czegoś się widz nauczył, podpatrzył, doświadczył. Finezji, dystansu. Zbawiennego działania dowcipu i subtelnej krytyki. Może miłością zapałał prawdziwą. Może ma w głowie całą masę myśli, interpretacji, czegoś co może wpłynąć na jego życie. Poczuł przyjemność z oglądania popisu aktorskiego, realizacyjnego i kabaretowego. Doświadczył przekroczenia limitów samoośmieszenia. W zacnym burdelowym gronie. Czy może natychmiast zapomni o nim. Wyprze. Zignoruje. Wstydzić się będzie. A jednak tu wróci. Bo znalazł swoje miejsce. Substytut kultury. Jej namiastkę, błahostkę, doraźny, lekki wymiar.  Płaski ale własny. Na gwałt, na przekór przeszkodom się będzie na spektakle wdzierać, nie zważać na poziomy, bodyguardy, bramki, huje w jego kierunku ze sceny lecące.




POŻAR W BURDELU: Don Juan w Warszawie
Reżyseria: Michał Walczak
Tekst: 
Maciej Łubieński, Michał Walczak
Muzyka: 
Wiktor Stokowski
Scenografia: 
Julia Skrzynecka, Alicja Kokosińska
Lalki: 
Marta Kodeniec
Choreografia: 
Bartosz Figurski
Światło: 
Tadeusz Perkowski
Dźwięk: 
Mateusz Skalski
Kostiumy: 
Diana Szawłowska, Beata Borowska, Paulina Nawrot
Charakteryzacja: 
Beata Borowska
Muzycy: Michał Górczyński, Maciej Łubieński, Wiktor Stokowski, Marcin Wippich.
obsada:
Monika Babula, Karolina Czarnecka, Maria Maj, Lena Piękniewska, Agnieszka Przepiórska, Tomasz Drabek, Oskar Hamerski, Andrzej Konopka, Mariusz Laskowski, Maciej Łubieński 
oraz gościnnie: Lidia Sadowa, Natalia Sikora, Paweł Ciołkosz, Marcin Jędrzejewski, Paweł Krucz i Andrzej Seweryn.
http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/199252.html?josso_assertion_id=45C0DB801C64792D
http://pointofdesign.pl/rekomendowane/editors-picks/pozar-w-burdelu/