niedziela, 29 września 2024

EP TR WARSZAWA


Spektakl "Ep" w reżyserii Agnieszki Jakimiak i Kuby Krzewińskiego to performatywny teatralny collage na temat komunikacji międzyludzkiej, wzajemnego rozumienia się i współodczuwania. Uczestniczą w nim osoby słyszące i głuche - w tym przypadku związane ze sztuką, bo ta odgrywa ogromną rolę w procesie poznawania świata, otwierania się na wszystko co nieznane, inne, trudne do zdefiniowania i przekazania. Spektakl rozpatruje zagadnienia fundamentalne dla nakreślenia tego, co jest dziwne, a co normalne. Pokazuje dlaczego dziwność czy normalność ma wpływ na relacje międzyludzkie, jak je kształtuje i wpływa na ludzi, że uznają coś za normatywne lub pozanormatywne. Definiuje pojęcie ep*, otwiera widzów na poznawanie tego, co jest dla nich nowe, niezwykłe, niepojęte, bo pozostające poza ich wiedzą, doświadczeniem, odczuwaniem. Proponuje przeżywać muzykę, poezję, aktorstwo - generujące odczucia zmysłowe, emocje, wrażenia estetyczne i poznawcze skojarzenia -sztukę tworzoną i prezentowaną na scenie w sposób niekonwencjonalny, wręcz odkrywczy. Sprawdza, czy to co jest inscenizowane budzi ciekawość, wrażliwość, otwartość odbiorcy. Czy jest dla niego zrozumiałe czy pozostanie zagadką. Przykładem jest zasłyszana historia z życia wzięta. Nieznajomy z opowieści Moniki Frajczyk zachowuje się w kinie podczas seansu filmowego co najmniej dziwnie. Zwraca na siebie uwagę, jego zakłócające odbiór filmu zachowanie trudno zrozumieć. Jednak o coś mu chodzi, nawet jeśli sam nie jest w stanie wyjaśnić dokładnie co. Ale jest sobą, czuje, że wyraża siebie. I choć przeszkadza zgromadzonym, nie czyni nikomu krzywdy. 

Czy nie jest tak ze sztuką? Każda osadzona jest mniej lub bardziej w rzeczywistości, ale jej istota tkwi w niekonwencjonalnym, nierozpoznanym jeszcze dobrze problemie, konflikcie, zjawisku, relacji. Sygnalizuje, jątrzy, drażni, niepokoi. Może być dziwna, tajemnicza, kłopotliwa a przez to sprawia, że widzowie czują się nieswojo, niekomfortowo, są zakłopotani. To powoduje jednak, że zaczynają myśleć, drążyć, szukać wyjaśnienia, zrozumienia a gdy go nie znajdują, pozostają w stanie współodczuwania. Tak też się stało, gdy Adam Stoyanov recytował mimicznie swój wiersz. Mocno wzruszył. Naturalnie w tej prezentacji łączyły się słowa z ich pozawerbalną ekspresją, sięgając głębiej, otwierając nowe obszary treści, uczuć i emocji. Pięknie wybrzmiał  ciszą w sercach zgromadzonych utwór 4'33" Johna Cage'a, profesjonalnie skomponowany z samych pauz.  Interesujące były też wariacje aranżacji dźwiękowych wykonane zarówno indywidualnie, jak i wspólnie przez performerów na wiolonczeli czy bębnie, brzmienie instrumentu, którego dźwięk był przetwarzany elektronicznie. Słyszący i niesłyszący w różny sposób je poznawali, odczuwali. Inaczej też odbierany był mini pokaz ogni sztucznych (np. tylko obraz, obraz i dźwięk), ale podobnie hipnotyzował. Odkrywczy był sposób komunikowania się osób słyszących z głuchoniewidomymi.  Możecie wierzyć lub nie ale komunikacja między tymi osobami mimo wszystko jest możliwa i nawet wydaje się być intuicyjna i prosta, choć niebanalna. Adam Stoyanov to ekspresja mimiczna poezji, eksplodującej emocjami ciszy, pozwalającej skupić się na mowie ciała. Łukasz Owczynnikow to pozasłowny transmutujący komunikat dźwiękowy -mocny, intrygujący, przejmujący. Monika Frajczyk jest personifikacją istoty sztuki - otwartej, ciekawej, afirmatywnej natury i postawy człowieka - która poznaje, uczy, sublimuje. Wszystko się dzieje pod dachem prowizorycznego namiotu sztuki, symbolicznego domu, w którym może zamieszkać wszelka różnorodność.

Choć czasem ktoś wydaje się zaskakujący w swoim działaniu, szokujący w wyglądzie, niepokojący w ekspresji, to komunikacja, porozumienie, empatia zawsze jest możliwa. Brak czy nadmiar czegokolwiek (zmysły, percepcja, itd. ), wszelka prowokacja, niekonwencjonalne zachowania, nienormatywne reakcje, jeśli nie są niebezpieczne, szkodliwe, krzywdzące- nie ograniczają ale prowadzą do rozwiązywania problemów, rozwoju relacji, pogłębienia więzi, pokonywania barier. Do postępu. Wydaje się, że na początek wystarczy chcieć. Spektakl w sposób prosty i czuły rozbudza chęć spojrzenia na siebie i i tych, którzy stoją na naszej drodze z perspektywy odkrywcy, który nie ustaje w poszukiwaniu tego co łączy, w zrozumieniu i pokonywaniu tego, co nas, ludzi, dzieli. 


*ep” – (jęz. mig.) 1. dziwne, niefajne; 2. (czuć się) nieswojo.
„ep” to zapis znaku stworzonego przez społeczność Głuchych (z Warszawy), który nie posiada odpowiednika w języku mówionym.
„EP” – krótka płyta.

Ep

reżyseria: Agnieszka Jakimiak, Kuba Krzewiński
scenariusz / kompozycja: Agnieszka Jakimiak, Kuba Krzewiński
autor scenariusza migowego i poezji migowej: Adam Stoyanov
scenografia, wideo, kostiumy, światła: Michał Dobrucki

Obsada: Monika Frajczyk, Łukasz Owczynnikow - kontrabas, Adam Stoyanov


fot.: mat. Teatru

sobota, 7 września 2024

POGO TEATR POLONIA

 

POGO jest skrótem od pogotowia ratunkowego, ale też tytułem autobiograficznej, reporterskiej książki (finalistka 14. edycji Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego) i powstałego na jej podstawie monodramu Jakuba Sieczki w adaptacji i reżyserii Kingi Dębskiej, z główną rolą Marcina Hycnara, któremu towarzyszy Radosław Luka.

Minimalistyczna, funkcjonalna, mroczna scenografia Wojciecha Żogały zlewa się się z tonacją ścian małej sceny Fioletowe Pończochy w Teatrze Polonia. Wygląda jak kapsuła czasu (karetka, miejsce odpoczynku, dyspozytornia), która pozostaje w ciągłej gotowości do działania. Jedynie zielona przestrzeń przed nią jest rewirem nadziei, wyobraźni, w której realizuje się młody lekarz ubrany w jaskrawo - pomarańczowy kombinezon, z wielką torbą ratownika. Nie superbohater, nie zbawca, nie cudotwórca, a człowiek, który stara się pomagać ludziom w sytuacjach krytycznych, granicznych, ostatecznych. Ale życie jest o wiele bardziej zaskakujące i kreatywne, bo praca w pogotowiu 24 godziny na dobę (co podkreśla czerwony neon) bardzo często przekracza zakres przewidywalnych obowiązków. Jest ciężka, stresująca, wyczerpująca. Grozi depresją, wypaleniem. Wymaga twardego charakteru, szerokiej specjalistycznej wiedzy, dużego doświadczenia w radzeniu sobie w sytuacjach zmuszających do podejmowania szybkich decyzji, stosowania precyzyjnych procedur medycznych, odporności na permanentne zmęczenie i długofalowe obciążenie emocjonalne. Nieustanny kontakt z ciemną stroną życia i okrucieństwem śmierci rodzi poczucie dręczącej bezsilności, prowadzącej do utraty sensu wykonywania tego zawodu. Urealnia górnolotne o nim wyobrażenia. Sprowadza je często do trudnych do zaakceptowania konstatacji. Udowadnia, że nieustanne obcowanie z cierpieniem i śmiercią dorosłych, ale szczególnie dzieci, z szokiem wywołanym stratą bliskich osób z rodziny nie hartuje, nie uodparnia, a kumuluje poczucie zawodu, porażki, bezradności, smutku.
Prędzej czy później łamie najtwardsze kręgosłupy. Zmusza do ucieczki w samobójstwo, uzależnienia, czy, jak było na szczęście w tym przypadku, wyboru „umiarkowania, zdrowych przyjemności, małych szczęść”. 

Marcin Hycnar daje temu dowód. Jego ambitny, zapracowany, zdeterminowany bohater jest w nieustannym ruchu, rozedrganiu, działaniu. Pod presją, w napięciu, na haju adrenaliny" daje z siebie wszystko i jeszcze więcej". Walczy z chaosem nieszczęśliwych wypadków, usiłuje ratować poszkodowanych, pomóc chorym, nieść ulgę cierpiącym. Walczy, stara się odwrócić doświadczające ludzi fatum. Czasem cud się zdarza. Desperacko więc pomaga im przetrwać, nawet wtedy, gdy umiera w nim nadzieja. Daje z siebie wszystko-bez taryfy ulgowej, bez znieczulenia, bez złudzeń. Widzi w tym istotę swej pracy, która nie jest misją czy powołaniem lecz, może tylko bardziej niż inne, wymagającym hartu ducha, siły woli, wewnętrznej dyscypliny, zawodem. A jednak po sześciu latach pracy musi zrezygnować i przestaje być ratownikiem medycznym. Wygłaszany przez aktora w ekstremalnie różnych rejestrach emocjonalnych oparty na faktach tekst jest dynamiczną relacją, terapią-spowiedzią, bezpretensjonalnym podsumowaniem i jednocześnie przekonującym uzasadnieniem, że gdy jego bohater doszedł do kresu wytrzymałości, ma prawo i obowiązek ratować własne życie. Kończąc pracę w POGO nie rejteruje, nie przegrywa, nie opuszcza posterunku, a reaguje zgodnie z wyuczonymi procedurami. Ocala siebie. Wykonywanie zawodu ratownika medycznego wiele go nauczyło. Lepiej poznał sobie, ludzi, odkrył, co jest ważne, co ma sens. Praca w ekstremalnych warunkach sprawdziła go i ukształtowała. Pozwoliła mu zdefiniować, czym jest w istocie człowieczeństwo. I pomogła podjąć decyzję, jak ma dalej pracować i żyć.

Zróżnicowane, bogate w środki wyrazu, czułe i szczere aktorstwo Marcina Hycnara umożliwia poznanie specyfiki zawodu ratownika medycznego, sytuację i kondycję ludzi, którzy pomagają, którzy potrzebują pomocy, ale również tych, którzy tej pomocy nadużywają. Odkrywa Grochów, świat mroku i cierpienia, jakiego wielu ludzi może nie znać. Obnaża przy okazji braki systemu opieki medycznej, który jest przeciążony, niedofinansowany, a przez to niedoskonały i niewydolny. I przede wszystkim charakteryzuje każdego człowieka  w potrzebie (czułości, miłości czy zainteresowania nim), rzadziej w momentach ostatecznych, w sytuacjach nieodwracalnych, niezawinionych. Bo to on jest najważniejszy, kimkolwiek by nie był (chorym, jego rodziną, ratownikiem, itd.). Dobrze jest o tym przypomnieć. Dobrze jest o tym wiedzieć. 

POGO to mocny, męski, bliski życia i śmierci monodram o stresującej, wycieńczającej pracy w warunkach pełnego zaangażowania w wykonywanie zawodu, który został świadomie wybrany i jest traktowany poważnie, który miał być idealną drogą wiodącą do spełnienia. Ostatecznie okazał się próbą wydolności ciała i ducha, zderzeniem z rzeczywistością, która może zniszczyć, a nawet zabić - etapem nieustającego rozwoju lekarza, który musi się pogodzić z faktem, że jest tylko człowiekiem i nie ma, nigdy nie będzie miał wpływu na wszystko, mimo najszczerszych chęci, dużego doświadczenia, najlepszych kwalifikacji i możliwości. Który nie zawsze może mieć świadomość, że dawno przekroczył dopuszczalne granice, bo stracił wszelką kontrolę i zmierza donikąd. Gorzka to lekcja pokory, egzamin dojrzałości, afirmacja porażki dla zwycięstwa życia.

Obejrzyjcie i przeżyjcie koniecznie. Przekonacie się, w to głęboko wierzę, że było warto. Powodzenia:)


POGO   Jakub Sieczko

Reżyseria: Kinga Dębska
Scenografia: Wojciech Żogała,
Kostiumy: Małgorzata Domańska,
Reżyseria światła: Katarzyna Łuszczyk,
Kompozytor: Radosław Luka,
Asystentka ds. scenografii: Małgorzata Domańska,
Producentka wykonawcza: Magdalena Kłosińska

Obsada:
Marcin Hycnar, Radosław Luka

sobota, 31 sierpnia 2024

MY WAY TEATR POLONIA

 

Pusta scena z iskrzącą się i zmieniającą raz po raz kolory kotarą, to wszystko, co zastajemy na początku spotkania z żywą legendą teatru. Z człowiekiem o wyjątkowej osobowości, z artystycznym gigantem o dorobku wykraczającym daleko poza deski Teatru Polonia, jej, Krystyny Jandy, teatru. Bo zakres jej działalności zawodowej, doświadczeń, dokonań życiowych jest nie do przecenienia. Swym ekspresyjnym temperamentem, ogromnym talentem i ujmującym poczuciem humoru, dystansem do siebie i swego dorobku twórczego artystka rozsadza podniosłą, bo wynikającą z jej podsumowania życia artystycznego i osobistego,  atmosferę. Po obejrzeniu tego monologu wiem, że nikt inny nie zrobiłby tego lepiej niż ona sama. Tak dobry jest zamysł i znakomite jego wykonanie! Zwieńczenie, ale nie domknięcie kariery, bo wyraźnie widać samo odradzający się potencjał twórczy Krystyny Jandy. Monolog ten jest jak wisienka na torcie, która nadaje smak, elegancki sznyt, dopełniający kształt dzieła, w tym wypadku dzieła życia. 

Ta pusta scena jest metaforą-zaproszeniem do tworzenia, kimkolwiek się jest, do kreacji rzeczywistości spełniającej marzenia. Prowokuje działanie, by nie ustawać w walce o kształtowanie swojego życia, wykuwania własnej drogi prowadzącej ku wybranym celom, pojawiającym się możliwościom, w warunkach, jakie się ma, bez względu na przeszkody. I aktorka tworzy własną narrację, maluje autobiograficzny obraz siebie, dowodzi po raz kolejny na scenie całą sobą, kim jest. Janda nie chwali się osiągnięciami, choć mówi o nich. Janda nie chełpi się kontaktami z wybitnymi artystami swej epoki, choć przywołuje ich z imienia i nazwiska i celnie charakteryzuje (anegdoty, wypowiedzi, sytuacje), podkreśla ich rolę w jej życiu prywatnym i zawodowym. Janda porusza te aspekty z historii kariery, przywołuje te wydarzenia z życia, mówi o tych ludziach ze sfery prywatnej i zawodowej, które pokazują widzom to wszystko, co ukształtowało ją jako człowieka, artystkę, kobietę. Podkreśla, choć nie przecenia, że nie przegapiła w życiu tego, co istotne, wyciągnęła wnioski z tego, co było trudne i bolesne, podnosiła się z upadków, rozwijała się po kolejnych sukcesach- nie spoczywała na laurach, słabości obracała w atut. Ważne było, że zawsze rzucała się w wir pracy, która ją pochłaniała bez reszty. Podejmowała ryzyko próbując sprawdzić się w wielu dziedzinach sztuki (aktorstwo, reżyseria, również w Teatrze Telewizji, założenie i prowadzenie Fundacji Krystyny Jandy na rzecz Kultury, budowa Teatru Polonia i Och-Teatru oraz wiele, bardzo wiele innych działalności). Gdy jest taka konieczność, zawsze bierze sprawy w swoje ręce. Ten napęd do rozwoju, poszukiwań, gotowość do podejmowania ryzyka zawsze miała w sobie ale to dzięki ludziom, z którymi była, mogła realizować wszelkie pomysły, snuć plany, decydować się na niestandardowe rozwiązania. Ciekawość i upór, hardość i odwaga pomagała jej w działaniu. Życzliwość, miłość i oddanie otoczenia również były bardzo ważne. Myślę, że są nadal. Krystyna Janda czerpie energię z pracy z ludźmi dla ludzi w obszarze sztuki.  Zadowolenie publiczności, jej żywe reakcje są dla niej największym sukcesem. Ten monolog jest tego dowodem.

Krystyna Janda zrobiła coś absolutnie niezwykłego. W swoim charakterystycznym stylu, zgodnym z jej osobowością, postawą, charakterem nie daje cienia szansy komukolwiek, by mógł celnie, błyskotliwie wniknąć w jej świat i podsumować dorobek, zarówno artystyczny, jak i życiowy. Artystka pokazuje i wyjaśnia wydarzenia, historie z własnej perspektywy, dając do zrozumienia, że jeśli nawet coś przemilcza, to wie, co robi. Dowodzi, że potrafi wszystko zagrać (jak Helena Modrzejewska, którą zagrała lata temu w serialu?). Nawet w glamour stand-upowej formie (suknia Tomasza Ossolińskiego, konsultantka ds. scenografii i kostiumu Małgorzaty Domańskiej, z niebagatelną rolą reżyserii światła Rafała Piotrowskiego i Waldemara Zatorskiego). Szczera i wiarygodna emanuje energią, jest gwiazdą której blask podsycany jest mocą talentu, siłą osobowości, ogniem temperamentu. Dlatego jest bliska tak wielu ludziom. Mimo kontrowersji, o których nie ma tu mowy.

Rozbrajający, czarujący, uwodzący monolog jest naprawdę rewelacyjnie napisany. A jak zagrany? Zdumiewająco lekko, naturalnie, dowcipnie. Z polotem. Uwodząco zadziornie. Wspomnienia nie duszą, tragedie nie przytłaczają. Sukcesy nie mają smaku euforii. Wszystko, o czym Krystyna Janda mówi, czemuś służy, dokądś zmierza, odkrywa kolejne sensy, otwiera nieskończone ciągi dalsze. Daje szansę, by się tym bogactwem inspirować. Odczuwać je jako własne. Mówi: obróć swe wady w atuty, wykorzystaj każdą szansę, nie bój się ryzykować, słuchaj siebie, ludzi, bądź z nimi, niech ci będzie dobrze ze sobą. I pracuj, pracuj, pracuj. Szukaj, próbuj, sprawdzaj. Zmierz się z czymś nowym, większym niż dotąd, a nawet szalonym. Z pomocą bliskich ci osób, zrobisz wszystko najlepiej. Innych z czasem pozyskasz siłą swej determinacji, wiary w to, że się uda. Jakby Janda prowadziła widzów w swobodnej, przyjacielskiej atmosferze ku odkryciu, że sami też mogą brać się z życiem za bary, że są w stanie kształtować swój los, podążyć własną drogą, na warunkach jakie sami wypracują. Nie gubiąc w przyspieszającym pędzie życia siebie, jakim się chce, marzy, pragnie być. I tym sposobem aktorka uczy, wychowuje. Sama silna, twarda wzmacnia w widzach poczucie pewności siebie, własnej wartości. I na widowni wywołuje salwy śmiechu. Bo chce, by w jej teatrze wszyscy czuli się swobodnie.  Ach sztuka, każda sztuka, to czarodziejka! Może wszystko, jeśli jest dziełem mistrzyni nad mistrzyniami. Takiej jak Krystyna Janda.

I tak monolog z tekstem, koncepcją, reżyserią i w wykonaniu Krystyny Jandy, zrealizowany z okazji 70-tych urodzin artystki, stał się okazją do pójścia drogą, jej drogą. I była to bardzo pouczająca podróż. Jakże przy tym ciekawa i przyjemna. Ale przekonajcie się sami. Zawsze warto. Powodzenia:)


MY WAY 

TEKST, KONCEPCJA, REŻYSERIA I WYKONANIE: Krystyna Janda
REŻYSERIA ŚWIATŁA: Rafał Piotrowski, Waldemar Zatorski
KOSTIUM: Tomasz Ossoliński
ASYSTENTKA DS. SCENOGRAFII I KOSTIUMU: Małgorzata Domańska
KONSULTAC JA MUZYCZNA: Janusz Bogacki
REALIZACJA DŹWIĘKU: Michał Cacko
PRODUCENT WYKONAWCZY: Rafał Rossa
WYKONANIE UTWORU „MY WAY” NA TRĄBCE: Jerzy Małek/Ignacy Wendt

Obsada: Krystyna Janda
fot. Robert Jaworski

poniedziałek, 26 sierpnia 2024

ALEJA ZASŁUŻONYCH TEATR POLONIA

 

Jeśli chcecie przyjrzeć się końcówce długoletniego związku, pełnej starań bohaterów, by żyć w zgodzie ze sobą samym, nieustannej walki o sprawy najoczywistsze, jesteście na właściwym spektaklu. Spektakl Teatru Polonia ALEJA ZASŁUŻONYCH to studium pary małżeńskiej, starości, która obnaża i doświadcza człowieka najboleśniej, bo zarówno mężczyzna, grany przez Olgierda Łukaszewicza, jak i kobieta, kreowana przez Krystynę Jandę, mimo że się kochają, są bezsilni wobec wyzwań, którym muszą stawić czoło. Gdy się już bardzo zestarzeli, a bilans życia, szczególnie ten finansowy, nie wypada zbyt zadowalająco. Mimo różnych charakterów, temperamentów, poglądów są razem, wierni swej naturze, partnerowi, temu, co sobą reprezentują. Czas zespolił ich tak silnie, że mogą już tylko trwać w codziennym rytuale powszedniości. Znają się jak przysłowiowe łyse konie. On - racjonalny, stateczny, opanowany, wyważony katolik dbający o żonę ateistkę - dawno się poddał, dostosował, zaakceptował charakter żony i jej pracę - uspokaja ją, przygotowuje posiłki, wchłania negatywne emocje, gasi lub rozbraja jej histeryczny, napastliwy, egzaltowany, wybuchowy sposób bycia. Ona - niedoceniona artystka (pisze prozę, poezję, eseje, tłumaczy) z głową w chmurach, niezaradna życiowo, zachowuje się tak, jakby straciła wszelką cierpliwość, każdy dystans do spraw przyziemnych a niezbędnych w życiu. Rozgoryczona, rozczarowana, sfrustrowana traci coraz bardziej wiarę w siłę sztuki, wątpi w sens swojej pracy, choć niczym innym nie jest w stanie się zająć. Jedyną rekompensatą za poniesiony życiowy wysiłek twórczy mogłoby być miejsce spoczynku w Alei Zasłużonych, zwłaszcza że na zakup grobu jej, niestety, nie stać. 

Krystyny Janda  i Olgierd Łukaszewicz obdarzają swych bohaterów ciepłem, czułością. Tak, tak, trudną miłością, która przebija się przez okazywane sobie zniecierpliwienie, oskarżenia, fochy, frustrację wywołującą napastliwą agresję. Ona klnie jak szewc, on ją łaje. Ona przeprasza za tyrady gniewu bogato inkrustowane przekleństwami, wulgaryzmami, inwektywami, on to cierpliwie przeczekuje, ignoruje lub neutralizuje. Są jak lód i ogień, ale nie mogą bez siebie żyć. Miłość, jak dożywotni wyrok, nadal wszystko znosi i wybacza. Przyzwyczajenie wiąże i zobowiązuje. Uciec można tylko w śmierć. Ale i ona nie gwarantuje wolności. Kiedy on odchodzi, ona podąża za nim. Jakby byli jednością, której nic nie jest w stanie rozerwać ani zniszczyć. Bohaterka Jandy długo, bardzo długo z niesłychanym trudem wdrapuje się na katafalk, chcąc być bliżej Męża a może śmierci. To nie jest łatwe zadanie dojrzeć do momentu, gdy trzeba odejść na zawsze, pogodzić się z przemijaniem. Niezbędna jest determinacja i ogromny wysiłek, należy wiedzieć, jak to zrobić. Scena rodzi ogromne napięcie. Jest przejmująca. W końcu Żonie się to udaje. Ale gdy już się przytula do Męża, jego duch wstaje, i zanim zniknie w ciemności, wygłasza poetyczną afirmację życia i śmierci, alegorycznie wyraża konieczność pogodzenia się z tym, co nieuniknione. Jakbyśmy obserwowali przeprowadzony scenicznie dowód na to, że po tak długim wspólnym życiu mentalności partnerów oddziałują na siebie, przenikają się, inspirują. On, księgowy, praktyczny, metodyczny, o umyśle ścisłym a jednak w głębi utkany jest z duchowości metafizycznej. Ona, pochłonięta sztuką, w końcu zmuszona jest zająć się sprawami przyziemnymi.  I zdobywa nowe doświadczenie. Obserwuje, jak poezja porusza zwykłych ludzi,  co w nich wyzwala, jak na nich działa. Przekonuje się, że jej wysiłek twórczy nie poszedł na marne i wpływa na stosunek do niej jako człowieka. 

Jest w tej koegzystencji różnych światów: kobiety i mężczyzny, sztuki i codzienności, urzędników i artystów, córki i matki, doczesności i wieczności niewypowiedziane ale mocno wyczuwalne piękno. Bolesna, gorzka, trudna do akceptacji prawda, że mimo wszystko długoletni małżonkowie są razem, bo czasu na testowanie alternatywnych rozwiązań nie ma. Sztuka, jeśli nawet nie jest rozumiana czy doceniana, może być głęboko przeżywana przez jej odbiorców i ma to głęboki sens (rozmowa Żony z Urzędnikiem kancelarii cmentarza, w tej roli Grzegorz Warchoł), bo w jakiś cudowny sposób zbliża, łączy ludzi. Tworzy płaszczyznę  komunikacji, porozumienia, współodczuwania (spotkanie artystki z Urzędniczką Ministerstwa Kultury, którą gra Dorota Landowska). Rozwija w nich, kimkolwiek są, wrażliwość, buduje pozamaterialną sferę przeżywania, czucia. Otwiera ludzi, czyni ich sobie bliższymi, co ułatwia pokonywanie trudności, sprzyja rozwiązywaniu problemów(zatroskana, czuła, pomocna, rozumiejąca wszystko Matka Emilii Krakowskiej). 

Jeżeli ten spektakl opowiada o życiu w jego paradoksach, o kobietach dających z siebie wszystko do końca, ale też do końca ignorowanych, niedocenianych, o mężczyznach wchłaniających lub rozbrajających ich patologiczne samonakręcające się wkurwy, matki umierające ze strachu o swoje dojrzałe dzieci, wspomagające je bezwarunkowo (finansowo, emocjonalnie), syzyfową pracę na niwie sztuki, to ja je znam bardzo dobrze. Dlatego doceniam talent Jarosława Mikołajewskiego, który napisał świetną sztukę, mocno osadzoną w prawdziwym życiu zwykłych/niezwykłych ludzi. Podziwiam hipnotyzująca kreację Krystyny Jandy, która genialnie zagrała kobietę w amoku furii w różnych odcieniach, natężeniach, zakresach. Bez jednej fałszywej nuty, bez śladu przesady. A przecież z impetem, z zacięciem i nerwem. Adekwatną ekspresją. Podoba mi się jej adaptacja i reżyseria, budujące postaci, których ambicja i marzenia wyrażone są wielkim uniesieniem (projekcje), a finał wysiłków druzgocącym czernią gigantycznym cieniem (w głębi sceny, jak alternatywna wizja rzeczywistości, tego, co się dzieje na scenie). I rozwiązania scenograficzne Zuzanny Markiewicz minimalistyczne, ale symboliczne i wieloznaczne, konsekwentnie rozwijane (na przykład stół jako łóżko prosektoryjne- sekcja martwego związku, spotkań, rozmów, biurko, katafalk,  miejsce posiłków, które Mąż serwuje, ale nikt ich nie zjada), dające przestrzeń dla alegorycznych projekcji Andrzeja Wolfa i reżyserii światła Rafała Piotrowskiego, która stanowi wizualny kontrapunkt dla energetycznych  scen aktorskich lub podkreśla głęboko poważny (np. monolog Męża), ale też czuły nastrój toczącej się akcji (rozmowa z Matką).

ALEJA ZASŁUŻONYCH jest wzorcowym teatrem środka. Mądrym spektaklem, niepozbawionym poczucia humoru, z doskonałym aktorstwem, który porusza tematy rozpoznawalne i ważne dla każdego widza, pozwalające mu wniknąć w problemy zmierzchu długiego życia. Warto mu się przyjrzeć. Poznać i przeżyć jego blaski i cienie. Teatr daje szansę. Powodzenia:)

ALEJA ZASŁUŻONYCH  JAROSŁAW MIKOŁAJEWSKI

Reżyseria: Krystyna Janda
Adaptacja: Krystyna Janda
Scenografia i kostiumy: Zuzanna Markiewicz
Reżyseria światła: Katarzyna Łuszczyk
Realizacja materiału filmowego: Andrzej Wolf
Kompozycja muzyki do piosenki "Szalej, nalej": Janusz Bogacki
Wykonanie piosenki "Szalej, nalej": Lidia Stanisławska
Asystentka ds. scenografii i kostiumów: Małgorzata Domańska
Producent wykonawczy: Rafał Rossa
Realizacja projekcji: Radosław Grabski
Realizacja światła: Rafał Piotrowski
Realizacja dźwięku: Michał Cacko

Obsada:
Ona – Krystyna Janda
Mąż – Olgierd Łukaszewicz
Matka – Emilia Krakowska
Urzędniczka Ministerstwa Kultury – Dorota Landowska
Urzędnik kancelarii cmentarza – Grzegorz Warchoł


czwartek, 15 sierpnia 2024

ŻYCIE PANI POMSEL TEATR POLONIA


Monodram ŻYCIE PANI POMSEL napisany dla teatru na podstawie pamiętników Brunhilde Pomsel przez Christophera Hamptona, wyreżyserowany przez Grzegorza Małeckiego, zagrany w Teatrze POLONIA przez Annę Seniuk to przykład jednej z narracji budowanej przez zwykłych, przeciętnych Niemców dla usprawiedliwienia ich udziału w zbrodniach II-ej wojny światowej i przekonania świata, że nie ponoszą za nie żadnej odpowiedzialności, bo niewiele lub nic o nich nie wiedzieli. Anatomia zakłamywania ich świadomości o dokonującym się złu w związku z narodzeniem się i trwaniem Trzeciej Rzeszy najpierw w nich samych, potem w innych ludziach a po przegranej wojnie, uporczywego wypierania swojej winy za to, co się stało, wydaje się być głównym tematem sztuki. Odsłania ona cały proces udowadniania zaskoczenia, udawania zdziwienia, że Niemcy wywołali wojnę, spowodowali Holokaust, zniszczyli wiele krajów, przyczynili się do nieszczęść i śmierci milionów ludzi, co przecież zapoczątkowane było wybraniem przez naród niemiecki w prawomocnych demokratycznych wyborach Adolfa Hitlera na swego przywódcę. Ciągłe podkreślanie dobrych a nawet bliskich, przyjacielskich i biznesowych przedwojennych relacji  z Żydami, o których szykanowaniu, gnębieniu, znikaniu, a później o ich masowej eksterminacji nie mieli, jak twierdzą, pojęcia, ma zaprowadzić na manowce zdrowy rozsądek każdego człowieka, który styka się z taką retoryką. Zwłaszcza że napomykają, ale subtelnie i koncyliacyjnie, że  coś się oczywiście działo, coś słyszeli, coś widzieli, ale były to, ich zdaniem, zdarzenia incydentalne, nieistotne, niegroźne. Nieprzyjemne, ale nie naganne, niedopuszczalne czy haniebne. Wybierają z wojennego życia sytuacje, które ocieplają ich wizerunek, nie czynią w żadnym razie winnymi. Zdziwieni są, że po wojnie, po przejściu weryfikacji przeprowadzonej przez aliantów, przebywali w obozach. Jakże to dla nich pozostaje do końca życia niezrozumiałe, niesprawiedliwe, w sugestii opresyjne!

Trudno w to uwierzyć, ale trzeba przyznać, że opowieść Brunhilde Pomsel (ukończyła 102 lata), byłej sekretarki Goebbelsa, brzmi naprawdę wiarygodnie. Ma prawo nie pamiętać, a jednak wspomina czasy przed i powojenne, a także okres wojny. Ale w jakiś wyczuwalny sposób wybiórczo, bo jedynie ciepło, pozytywnie, poprawnie, jakby od zawsze wiedziała i pilnowała się, by nie powiedzieć i nie zachować się inaczej, niż tak, jak tego od niej oczekiwano. Mówi o warunkach życia - trudnych, ale szczęśliwych, o swojej edukacji - nieukończonej, bo przerwanej koniecznością zarabiania na utrzymanie, o przeciętnej rodzinie - surowym, wymagającym, nieobecnym ojcu, który jednak ją kontrolował i decydował o jej życiu, o pracy - wymagającej, ale nie obciążającej, o przyjaźniach, również z Żydówką, Evą Lowenthal, której po wojnie szukała, ale nie znalazła (łatwo się domyślić dlaczego) i o sobie jako młodej, niczym się nie wyróżniającej, ale bystrej dziewczynie, później urzędniczce cenionej przez pracodawców, bo była solidna, podporządkowana i, jak to sama określiła, cicha i niewidoczna. Przedstawia się więc widzom portret niepozornej, typowej obywatelki Trzeciej Rzeszy, która pracując w Biurze Propagandy Goebbelsa właściwie nic złego ani o nim, ani o jego rodzinie, ani o tym, co robił nie może powiedzieć.  Właściwie mówi to, o czym wszyscy wiedzą. Gdy wspomina swego pryncypała, była jego sekretarką, jest pełna podziwu dla jego elegancji, nienagannego wyglądu, osobowości, charakteru. Nie wspomina o tym, co robił, dlaczego, jaki miał wpływ na politykę i decyzje Hitlera, na nią samą, na jej poglądy, na jej życie. Nie ocenia Goebbelsa. Nie krytykuje. Pomsel zafascynowana jest też jego żoną, i choć jej nie poznała osobiście, wspomina ją z wielką atencją. Gdy zaproszono ją do domu Goebbelsów na uroczystą kolację, co jej bardzo imponowało, czuła się wyróżniona, dumna, przejęta. W gruncie rzeczy udaje głuchą i niemą na to, co się wokół niej dzieje, uległą i oddaną pracy, tylko pracy, bez angażowania się w politykę. Jakby przeżywała swój mariaż z hitleryzmem będąc całkowicie odizolowana od niego, obojętna i niezainteresowana. A to przecież nieprawda.

No cóż, od czasu do czasu w relacji bohaterki Anny Seniuk przemyka niejedna nuta podziwu, dumy i zauroczenia. Była przy narodzinach faszyzmu,  przez wszystkie lata pracy miała wgląd we wszelkie dokumenty, ważne raporty, bieżące sprawozdania a twierdzi do końca, że nic nie wiedziała o zbrodniach wojennych, o wyrządzanych przez Niemców krzywdach. Miała świadomość zwycięstw i nastrojów społecznych. A poza tym, jak refren powraca w jej wspomnieniach teza, że nie zdawała sobie sprawy z tego, co się wokół niej dzieje. Niczego złego nie przeczuwała, nie doświadczyła ani nie była sprawcą zła. To zapieranie się współudziału jest znamienne. Jakby sama siebie przekonywała o swojej całkowitej niewinności. Ale przecież przyznaje też, że : "My nie chcieliśmy wiedzieć". Może sygnalizowała, że poczucie winy było wypierane, nie tylko przez nią ale też przez innych. Anna Seniuk niuansuje, subtelnie podkreśla, tłumaczy wszelkie wątpliwości bohaterki, spychane dotąd do podświadomości, przemilczane, tłumione, jednak nie dające jej spokoju, Aktorka prowadzi swą rolę po cienkiej krawędzi prawdopodobieństwa. Balansuje między konfabulacją a prawdą. Czyni to, wierzcie lub nie, po mistrzowsku. 

Bo historię życia Pomsel Anna Seniuk snuje z perspektywy szacownej, wyciszonej, bezpiecznej starości, co dodatkowo komplikuje ocenę wiarygodności przekazu. Nie ma podstaw, by go podważać, by wątpić w szczerość, otwartość miłej, przyjaźnie nastawionej  w swym wywodzie bohaterki, którą aktorka kreuje. Łagodne, ciepłe, pozbawione emocji wspomnienia starej kobiety z jednej strony podstępnie uspokajają, z drugiej jednak głęboko niepokoją. Anna Seniuk prawie przez cały czas siedzi w fotelu, jakby była uwięziona z racji wieku i zdrowia swojej bohaterki, ale też z powodu postawy jaką przyjmuje przez całe życie Pomsel: statycznej, wycofanej, defensywnej, zawsze w cieniu. Twierdzi, że nigdy nie angażowała się, nie była na pierwszej linii frontu, nawet pracując w bardzo ważnym urzędzie. Głosi więc teorię, która jest swoistym szantażem, że była nikim, wykonywała nawet nie rozkazy ale tylko polecenia służbowe, by zarobić na życie i że każdy wtedy, a nawet dziś zrobiłby to samo. Problem jednak polega na tym, że naród, który wybrał Hitlera zgodnie z obowiązującym prawem, składał się właśnie z takich jednostek. Smutne jest to, że nawet przed śmiercią, gdy nie mają one już nic do stracenia, bo życie się w swej istocie dokonało, brakuje im odwagi czy przyzwoitości, by spojrzeć prawdzie prosto w oczy. Idą w zaparte. Nie chcą uznać swego udziału w złu, które sami wybrali, a później  nie powstrzymali go, pozwalali mu rosnąć w siłę i rozpętać wojenną apokalipsę. A ona zbiera obfite żniwo. Skutki odczuwamy do dzisiaj. 

Postać Pomsel, jej historia-narracja ma ją usprawiedliwić, wybielić. Ma przekonać tych, którzy jej słuchają, że milczenie, brak zaangażowania, a nawet wycofanie gwarantuje czyste sumienie, niewinność. Ale jest inaczej: milczenie jest przyzwoleniem, brak zaangażowania dezercją, a wycofanie największą zbrodnią, bo tych, którzy taką postawę przyjmują jest najwięcej. I to oni w istocie decydują, że zło się odradza, żywi biernością, słabością i odrazą do podejmowania ryzyka w działaniu. 

Charakterystyka postaci zwykłego obywatela III Rzeszy, jaką kreśli Brunhilde Pomsel w swoich wspomnienia, sposób w jaki swą retoryką ex ante rozbraja oskarżenie potomnych o bierność, co doskonale pokazuje niezwykłe aktorstwo Anny Seniuk (bez poczucia winy, nie okazująca skruchy, ale też brak w niej buty, złości, pogardy, lekceważenia) nawiązuje w moim odczuciu do portretu psychologicznego SS-mana Maxa Auego, bohatera ŁASKAWYCH Jonathana Littella, zarówno w książce, jak i spektaklu Teatru Śląskiego o tym samym tytule w reżyserii Mai Kleczewskiej(80-letni Roman Michalski w swym porażającym monologu), bo w wielu motywacyjnych sytuacjach jest zbieżna, ma wiele punktów spójnych. Różne osoby, prawdziwa Pomsel i fikcyjna Auego, budują na podobnych zasadach swoje sugestywne narracje, by pokolenia, które po nich przyjdą, przekonać o niewinności Niemców w sprawie zbrodni II-ej wojny światowej. Narzucają własną perspektywę, opowiadają własną, bardzo osobistą, trudną do podważenia historię,  relatywizują a nawet w sposób przewrotny i sprytny nas szantażują. Racjonalizują to, czego nie sposób pojąć, w co nie można uwierzyć. Jednak to jednostki, które, jak twierdzą, przystosowują się dla przetrwania, robią, co muszą, realizują zadania, wykonują narzucone im rozkazy - obojętne, niezaangażowane, uległe, bez realnego wpływu na rzeczywistość kreowaną przez ideologie, na wydarzenia historyczne, ich skutki - są paradoksalnie winne. Bardzo, bardzo winne.  I przede wszystkim oskarżają nas dziś, że jesteśmy tacy sami, obdarzeni, jak oni, niezmienną, podłą, złą naturą, która nami zarządza, zagłusza w nas prawdę, piękno i dobro. Jesteśmy?

Myślę, że jest to kolejny, bardzo istotny spektakl o uwikłaniu jednostki w system społeczno-polityczny, w historyczny galimatias, który formatuje mentalność ludzki, ich zachowań i odczuć a może mieć wpływ na losy świata. Pięknie, bo powściągliwie, subtelnie wyreżyserowany jest przez Grzegorza Małeckiego, z dyskretnie podkreślającą funkcjonalność i prostotę wnętrzem, które wyczyszczone jest z rekwizytów, które nadałyby mu indywidualny charakter osoby, która w nim mieszka a wygląda jak osoba niepozorna, nieistotna, przeciętna (scenografia i kostiumy Doroty Kołodyńskiej). Co może uśpić czujność widza, bo światło i projekcje Prot Jarnuszkiewicza i Grzegorza Małeckiego, sygnalizują utkaną przez Pomsel jak sieć pajęcza manipulację. Nic by się tu nie udało, gdyby nie Anna Seniuk, jej fenomenalna interpretacja, twórczy instynkt i kondycja. Wspaniałe aktorstwo! Jak babcia opowiada historię życia swej bohaterki a my ją chłoniemy zafascynowani, przejęci, ciekawi - bez sprzeciwu. Jest taka skromna, łagodna i  bezbronna. Naturalna. Jak można byłoby jej nie uwierzyć? Usypia naszą czujność. Wzbudza zainteresowanie, buduje nastrojowe konteksty, uzasadnia konieczne wybory, określa swą rolę i miejsce, a priori usprawiedliwia. Wydaje się, że wszystko tu ma sens i jest wiarygodne. Uwodzi nas bez trudu i przekonuje do swojej racji. Jakby potwierdzało, co sami o sobie wiemy i jak się czujemy. A taka projekcja jest zwodnicza i bardzo niebezpieczna.

Ale sprawdźcie sami. Koniecznie. To sztuka o nas. Powodzenia:)


ŻYCIE PANI POMSEL CHRISTOPHER HAMPTON

Reżyseria: Grzegorz Małecki
Przekład: Małgorzata Wrzesińska
Scenografia i kostiumy: Dorota Kołodyńska
Światło i projekcje: Prot Jarnuszkiewicz i Grzegorz Małecki
Animacje: Julia Mirny
Asystentka scenografa i kostiumologa: Małgorzata Domańska
Realizacja światła: Waldemar Zatorski
Realizacja dźwięku: Michał Suwiński
Producent wykonawczy: Magdalena Kłosińska, Asystentka producenta wykonawczego: Rozalia Saramonowicz

Obsada:
Anna Seniuk, w materiałach filmowych Justyna Kowalska jako Eva Löwenthal

Fot. Robert Jaworski