niedziela, 28 sierpnia 2022

AMADEUSZ TEATR DRAMATYCZNY w WARSZAWIE

 

AMADEUSZ Petera Shaffera w śmiałym, świeżym przekładzie Macieja Stroińskiego, wybitnej, odważnej reżyserii Anny Wieczur, ze spektakularną kreacją Mozarta Marcina Hycnara, demoniczną Salieriego Adama Ferencego, możliwych tylko w otulinie ekscytującej gry aktorskiej wspaniałego zespołu Teatru Dramatycznego,  genialnej muzyki Mozarta, wykonywanej na żywo przez orkiestrę prowadzoną przez Jacka Laszczkowskiego, bawi, wzrusza, wprawia w zdumienie. Udowadnia, że teatr tradycyjny, oparty na  solidnym tekście dramatycznym, rzetelnym warsztacie, umiejętnie wykorzystujący nowe środki ekspresji (projekcje, kompozycje choreograficzne, sceniczne, światło), zachwyca, uskrzydla, jest twórczy. Ma sens. Dramat zbudowany na opozycji Mozarta i Salieriego -boskiego geniuszu i świadomej siebie przeciętności, bezpruderyjnej ostentacji bycia sobą i mroku szalonej ambicji konwencji, naturalnej eksplozji talentu i mozolnego procesu tworzenia -perfekcyjnie ilustruje niuanse, subtelności, znaczeniowe światłocienie miłości do muzyki i bycia samą muzyką. Spektakl swą artystyczną wymową podkreśla niemożliwe do spełnienia marzenie o osiągnięciu solidną pracą i wyrzeczeniem doskonałości, bo jest ona łaską, tchnieniem Boga czy przypadkową anomalią genetyczną, niezależną od woli człowieka.  Iskrzy między tym co boskie i ludzkie, idealne i ledwie poprawne,  z góry dane i ciężko wypracowane, co  demaskuje przy okazji tę siłę fatalną a destrukcyjną -małość, zazdrość, zawiść ludzką a to jest zawsze bardzo interesujące. Przykuwa uwagę. Daje do myślenia. Budzi emocje.

W interpretacji Adama Ferencego Salieri- wszechstronnie wykształcony kompozytor, nadworny kapelmistrz, prosty człowiek kochający, znający muzykę, pod każdym względem przeciętny, ostrożny i usłużny ale chorobliwie ambitny- nie potrafi zrozumieć geniuszu Mozarta, bo wszelkie sposoby osiągnięcia sukcesu posiadł ale istoty talentu nie potrafi dociec. Pozostaje mu zemsta. Bierze odwet. Mści się, chcąc zniszczyć Mozarta, choć tak naprawę  walkę toczy ze sobą, oskarża o niesprawiedliwość Boga. Przeczuwa, że nie ma racji, nie może jednak zrezygnować z przyjętej strategii zniszczenia Mozarta.  Choć zna wartość jego twórczości, skalę talentu w końcu zaciekle mówi:"Wojna".  Jeszcze nie zdaje sobie sprawy, że wypowiada ją sam sobie. Nie potrafi zdusić pychy,  panować nad próżnością dla osobistej satysfakcji chwilowego zwycięstwa. Poniesie klęskę.

Adam Ferency gra w rejestrach młodości, dojrzałości, starości. Nadziei i zawodu. Jego Salieri, w mrocznym kostiumie złego bohatera- statyczny, posągowy, zgorzkniały- podąża drogą upadku człowieka, który opowiada, tłumaczy, wyjaśnia, by się usprawiedliwić.  Spowiadając się szuka nie u Boga a u ludzi zrozumienia. Liczy na współczucie, oczekuje wybaczenia. W gruncie rzeczy odwołuje się do tych, którzy interesują się kulturą, czekają na uniesienie, dotyk geniuszu sztuki, marzą o sukcesie, gonią za wielkością, tęsknią za sławą. Nieśmiertelnością. Jakby mówił: "Jesteście tacy jak ja. Jestem człowiekiem, który miał ambicję bycia kimś lepszym, wartościowszym, ba, nawet nieśmiertelnym jeśli się wystarczająco dostosuje, postara, zapracuje, poświęci, jeśli będzie uczciwie, sumiennie wypełniał prawa ludzkie i boskie. Powinienem być nagrodzony, bo jestem tego wart. Zasługuję. Bóg nie dopuści, by było inaczej." Tymczasem Bóg dopuszcza istnienie geniuszu bez udziału wysiłku ludzkiego, co jest wyzwaniem a nawet może próbą. Na miłość, uznanie można zasłużyć ale Salieri - jak wierny, pracowity, posłuszny, oddany ojcu i Bogu brat Syna Marnotrawnego, jest przekonany, choć jemu tak naprawdę się tylko wydaje, że należy mu się dodatkowa nagroda, szczególne wyróżnienie. Potrzebuje znaków wymiernych, bo wypracowanych, oczekiwanych, zasłużonych. I gdy tego nie otrzymuje, budzi się w nim poczucie zawodu,  rodzi się rozczarowanie, złość, z niej frustracja, gniew i bunt prowadzący do samoudręczenia. Szaleństwa.  

Salieri to potencjalnie  doskonale zakamuflowane każde ja, lepiej lub gorzej dające sobie radę z ego własnej ambicji. Z pychą wyrosłą z biedy, z pazerności na sukces, z apetytu na chwałę wieczną.  Bardziej lub mniej panujący nad destrukcją własnych rozczarowań. Wyraźnie czujący zapach zagrożeń, poziom słabości i głębię własnej niedoskonałości. Świadomy, co jest od niego lepsze, o większej wartości i co z zazdrości zawistnie pragnie pomniejszyć, zniszczyć. Kontakt z kimś wybitnym, lepszym od siebie, poczucie krzywdzącej niesprawiedliwości zawsze jest dla ludzi pokroju Salieriego porażająca. Wzbudza najwyższe emocje, uruchamia najgorsze uczucia, popycha do okrutnych czynów. Zło fascynuje, działa jak magnes, ubiera się w szaty słuszności, współczucia, racji. Salieri to prawdziwie mroczna, podła natura ludzka, pełna niezaspokojonej żądzy. Nie potrafi zaakceptować, kim jest w istocie. Nawet wobec martwego geniuszu nie pozostaje neutralny, opanowany, spokojny. Zawsze samotnie, ze znawstwem, w ekstazie smakuje jego owoce, rozczula się nad ich doskonałością. Wie, że sromotnie przegrał. Adam Ferency- pokazując zmagania swego bohatera z sobą samym, jego walkę z Bogiem- wygrał.

Amadeusz Marcina Hycnara to szczere złoto. Kolorowy ptak. Błyskotliwy miraż. Egzaltacja. Energia. Finezja. Gra aktorska muzyce Mozarta podobna. Wolna, porywająca, pusząca się, bezczelnie śmiała, piekielnie konsekwentna w rozsadzaniu kanonów, w ignorowaniu ograniczeń. Z etiudami popisu, eksplodującego talentu z trudem walczącego o sukces w brutalnej rzeczywistości. Jakby wizualizowała teatralnie, sprytnie personifikowała nieuchwytny świat metafizyki. Demaskowała pozorne sprzeczności pomiędzy osobowością a twórczością, dowodząc, że ciało i dusza, życie i twórczość, wysokie rejestry sztuki i podła egzystencja, natura boska i ludzka to jedność. Wulgarny język, obsceniczne zachowanie, rozwiązłość, histeryczny, krzykliwy śmiech, bezradność w relacjach towarzyskich, porażka w kwestii kariery, problemów życiowych egzystuje obok czystego piękna i prawdy, bezkompromisowości w sprawach muzyki, w kwestii której Mozart Hycnara jest do bólu szczery, merytorycznie profesjonalny, śmiertelnie poważny. Warto zwrócić uwagę na aktorsko mistrzowskie przechodzenie od szaleństwa swobody seksualnego rozpasania, lubieżnego zachowania, wulgarnego języka do niesłychanie stanowczej, nieugiętej postawy, precyzyjnej wypowiedzi gdy mowa jest o utworach, ich kompozycji. 

Aktor przedstawia nam wspaniałego wirtuoza, genialnego kompozytora ale też łakome wolności dziecko, któremu nie powinno się niczego odmawiać, któremu nie można niczego zakazywać, któremu należy na wszystko pozwalać.  Kompletnie życiowo zagubionego, niedojrzałego, niezaradnego człowieka.  Ale Hycnar pokazał też konstrukcję mentalną siebie świadomą, zdeterminowaną, by tworzyć za wszelką cenę, robić to, do czego jest się stworzonym, do czego ma się  powołanie, talent, skłonności.  Ta sztuka teatralna z muzyką wykonywaną na żywo udowodniła, co wiemy na pewno, że Mozart  jako człowiek żył intensywnie, krótko a jego muzyka, mimo zła tego świata, będzie żyła wiecznie. Nigdy człowiek, zawsze jego dzieło ma szansę na nieśmiertelność. 

Mroczny, kontemplacyjny, gorzki Salieri Adama Ferencego,  w wymiarze ludzkim jest równie tragiczny jak na pozór wolny, szalony, nieokiełznany Mozart Marcina Hycnara. To awers i rewers losu człowieka kochającego sztukę, znającego jej wartość, siłę, piękno. Salieri cierpi z powodu niemożności tworzenia muzyki doskonałej, Mozart cierpi z powodu niemożności radzenia sobie z życiem. Nie byłoby to tak dramatycznie odczuwalne bez roli Barbary Garstki grającej czułą, naiwną, bezbronną Konstancję czy brawurowo skomponowanej i zagranej postaci Venticellego fenomenalnie charakterystycznie zagranego przez Łukasza Lewandowskiego oraz Sławomira Grzymkowskiego. Robi wrażenie sceniczny Cesarz Modesta Rucińskiego z pozostałymi, ważnymi figurami dworu. 

Pomysł scenograficzny Maksa Maca polegający na koegzystencji dwóch planów - bliższego widzom, realnego życia oraz dalszego, czystego rewiru sztuki, gdzie za delikatną zasłoną grama jest muzyka Mozarta- komponuje sceniczną magię podkreśloną kostiumami Martyny Kander, wyczarowaną światłem Pauliny Góral, wzmocnioną projekcjami Stanisława Zalewskiego, budującym kontekst emocjonalny ruchem scenicznym Anny Iberszer.

Zaletą decyzji reżyserskiej Anny Wieczur, całego zespołu aktorów i twórców tego spektaklu jest rezygnacja z trywializowania, eskalacji, prostej jednoznaczności opozycji portretów Mozarta i Salieriego, tego, co sobą reprezentują. Złożoność osobowości i pozycji kompozytorów oraz kluczenie polityków, opinie przedstawicieli władzy, jej znaczenie jako mecenasa budowana jest niepospiesznie, stopniowo, subtelnie. Pozostaje od początku do końca konsekwentnie, solidnie, wiarygodnie uzasadniana. Słowne, emocjonalne racje, każdy etap spowiedzi czy auto psychoanalizy Salieriego, jego intrygi, dworskie knowania, podstępne zabiegi kontrapunktowane są czysto muzyczną wypowiedzą Mozarta, rozsadzającą wszelkie ramy ograniczeń, kanonu, konwenansu. To jej brzmienie jest siłą powalającą, argumentem nie do podważenia, gdy próby tłumaczenia Cesarzowi i jego dworowi przez Mozarta zasadności budowy kompozycji są bezskuteczne.

Fenomenalnym walorem tego spektaklu jest pokazanie działania geniuszu prawdy artystycznej, piękna muzyki, potęgi uniwersalnej, wiecznie żywej sztuki, która naturalnie, bezdyskusyjnie, od pierwszych taktów unieważnia swym brzmieniem, kompozycją, lekkością każdy fałsz, przeciętność, miernotę. Jest ponad prozę, mozół, brud życia. Świeci boskim rodowodem. Ale  inscenizacja obnaża jednocześnie kruchy, niepewny, koniunkturalny status artysty, którego wolność ekspresji ograniczana jest przez twarde realia życia, wszelką słabość, podłość natury ludzkiej pragnącej zniszczyć wszystko, co jest wyjątkowe, mądre, lepsze.

Pomyślmy o tym, słuchając cudownej muzyki Mozarta. Obejrzyjmy spektakl, zachwyćmy się AMADEUSZEM, granym w Teatrze Dramatycznym.


AMADEUSZ  PETER SHAFFER
przekład: Maciej Stroiński
reżyseria: Anna Wieczur
dyrygent, kierownictwo muzyczne: Jacek Laszczkowski
scenografia: Maks Mac
kostiumy: Martyna Kander
światła: Paulina Góral
projekcje: Stanisław Zaleski
ruch sceniczny: Anna Iberszer

obsada:
Adam Ferency (Salieri)
Marcin Hycnar (Mozart; gościnnie)
Barbara Garstka (Konstancja; gościnnie)
Modest Ruciński (Cesarz)
Karol Wróblewski (Von Strack)
Maciej Wyczański (Rosenberg)
Zbigniew Dziduch (Van Svieten; gościnnie)
Łukasz Lewandowski (Venticelli)
Sławomir Grzymkowski (Venticelli)
Agata Różycka (Teresa Salieri)
Konrad Szymański (Kucharz, Służący)
Kamil Szklany (Lokaj, Służący)
Henryk Niebudek (Kappelmeister Bonno)

Soliści śpiewacy:
Justyna Bujak, Marta Huptas, Magdalena Czarnecka, Małgorzata Romańska-Zwierz – sopran
Karolina Iwańska-Paśnicka, Magdalena Czuba, Aleksandra Koczurko-Porzycka, Magdalena Pluta – mezzosopran
Maciej Gwizdała, Paweł Kucharczyk, Rafał Polek, Tomasz Tracz – tenor
Bartosz Kieszkowski, Łukasz Kostka, Jakub Łęczycki, Mateusz Michałowski – bas

Orkiestra:
I skrzypce: Michał Lisiewicz (koncertmistrz), Anna Morozova, Karolina Skoczylas, Mieszko Zabłocki, Joanna Pomykała-Jankowska
II skrzypce: Damian Orłowski, Paulina Burczyńska, Weronika Wójtowicz, Kinga Zlot, Martyna Kochaniec
Altówki: Barbara Papierz, Iwona Piskorska, Klara Chinek, Katarzyna Średzińska
Wiolonczele: Wojciech Bafeltowski, Agata Jonczak, Zuzanna Nierubca
Kontrabas: Maciej Kozioł
Flety: Małgorzata Cegielska, Maja Helbert / Jędrzej Jarosiński
Oboje: Magdalena Sobczyk, Maja Łagowska
Klarnety: Bartosz Karwowski, Patryk Petersson, Adam Bardowski, Waldemar Żarów (bassethorn)
Fagoty: Antoni Dąbrowski, Aleksander Kowalak, Katarzyna Michalik-Wasiak (kontrafagot)
Waltornie: Anna Baran, Szymon Woźniak
Trąbki: Dawid Rejniak / Krzysztof Kwiatkowski, Michał Adamin
Puzony: Tadeusz Łazuka, Piotr Tchórzewski, Mateusz Sejdak (cimbasso)
Fortepian: Weronika Chodakowska
Kotły: Olga Przybył / Julianna Siedler-Smuga


fot. K. Bieliński

sobota, 9 lipca 2022

SZTUKA INTONACJI TEATR DRAMATYCZNY W WARSZAWIE



W tytule spektaklu SZTUKA INTONACJI, który składa się z dwóch dramatów: SZTUKI INTONACJI i POWROTU ORFEUSZA autorstwa Tadeusza Słobodzianka, zawarta jest cała idea fiks tej inscenizacji a ona sama jej przeprowadzonym dowodem. I to jakim! Głównym bohaterem jest Jerzy Grotowski, tematem przesłanki tworzenia przez niego własnego teatru/mitu, wykuwanie autorskiej drogi do zbawienia człowieka i świata w kontekście sztuki, z wykorzystaniem historii teatru, w opozycji do twórców mu współczesnych. Czy dowiemy się z tej inscenizacji dlaczego Grotowski, rewelacyjnie zagrany przez Łukasza Lewandowskiego, wielkim, ba, jednym z największych reżyserów świata jest, każdy musi odpowiedzieć sobie sam. Można jednak stwierdzić po obejrzeniu SZTUKI INTONACJI, że aktorzy grający w tym spektaklu na pewno wielkimi aktorami są. Inteligentnie zaadaptowany i sprawnie wyreżyserowany przez Annę Wieczur znakomity tekst Tadeusza Słobodzianka umożliwił w lekki, przystępny, zabawny sposób poruszyć bardzo poważne tematy. A to wielka sztuka.

W akcie pierwszym obserwujemy relację mistrz-uczeń. Młody Grotowski, który w 1956 roku jest studentem, jak o nim mówią, przeciętnym, bez specjalnych zdolności aktorskich, reżyserskich, odwiedza Zawadskiego, nauczyciela w moskiewskim GITIS-ie, aktora, reżysera, wytrawnego znawcę Stanisławskiego, Meyerholda,Tairowa i Wachtangowa. Uczeń sprawia wrażenie człowieka wycofanego, skrytego, budzącego współczucie, potrzebującego pomocy, wsparcia. Reprezentuje postawę, która nikomu nie zagraża, wydaje się na tyle zaangażowana, że może być użyteczna, chętna do współpracy. Zawadski przyjmuje Grotowskiego w domu na kolacji. Rozmowa dotyczy teatru, metod pracy nad rolą z aktorem, tego, co jest w niej najważniejsze i jakimi środkami to uzyskać, przemyka też kwestia okoliczności przetrwania teatru/artysty/człowieka w warunkach totalitarnych i niewątpliwie Grotowski z tej wiedzy wyciąga interesujące wnioski. Mistrz, grany przez Adama Ferencego, nie gwiazdorzy, nie jest typem mentora o despotycznej dominacji. Chętnie opowiada, familiarnie wspomina, dobrotliwie analizuje. Tym bardziej wydaje się być tyle niebezpieczny, co mocarny. Stać go na kontrolowaną otwartość, ciepłą życzliwość. Pozostaje miłym gawędziarzem, cieszącym się z wizyty młodego, chętnie słuchającego gościa, dobrym gospodarzem. Lewandowski gra Jerzyka, który taktownie obserwuje, sprytnie lawiruje, chłonie wiedzę Zawadskiego. Jest doskonale przygotowany do rozmowy. Pyta z wyczuciem, kontruje stanowczo ale delikatnie. Dyskretnie notuje. Jak na młodzika bez zdolności aktorskich, reżyserskich Grotowski świetnie się maskuje i wypada w roli grzecznego gościa, niczym nie wyróżniającego się studenta, doskonale. Lewandowski swą grą tą niejednoznaczność genialnie sygnalizuje.

Akt drugi jest przedstawieniem początków procesu budowania świata (tu: teatru) według autorskiego pomysłu Grotowskiego  poprzez konfrontację z innymi silnymi osobowościami artystycznymi, które jak on mają ciekawe pomysły na tworzenie teatru. Jerzy Grotowski spotyka się w kawiarni z Tadeuszem (Kantorem),  Ludwikiem (Flaszenem). W końcu uda mu się objąć dyrekcję Teatru 13 Rzędów. To spotkanie w kawiarni finezyjnie przedstawia, jak Grotowski kluczył czy poddawał się systemowi, wykorzystywał nadarzające się sytuacje, by rozgrywać swoje istnienie, rozwój w teatrze. Przy okazji poznajemy Kantora, jakiego znamy i nie znamy, zagranego komediowo, z przekąsem, zabawnie. Modest Ruciński szarżuje ale rola jest tak zręcznie napisana, że karykaturalnie, pastiszowo przedstawiona postać Tadeusza jest ciepła, wiarygodna,  prawdziwa. Przestrasza i śmieszy, zaskakuje i chwyta za serce. Ludwik, krytyk, pisarz i reżyser, grany przez znakomitego Sławomira Grzymkowskiego, też ulega manipulacji. Inteligentny, błyskotliwy erudyta w końcu współpracuje z Grotowskim, w dużej mierze przyczynia się do jego sukcesu. 

Akt trzeci to akord końcowy wdrażania w życie wypracowanego modelu (tu: sztuki) techniki aktorskiej, przyjmującej atrybuty religii ale pod nowym albo, jak kto woli, odnowionym szyldem. Mamy więc schemat stary jak świat, w nowych szatach króla czyli Jerzego Grotowskiego w image'u guru, bo on i jego koncepcja na teatr, na sztukę, na życie, również to wieczne, jest tu wiodącym tematem, narzucającym bardzo atrakcyjną narrację. Lewandowski z brodą, w zgrzebnym ubraniu, bosy, ubogi ale sławny znów jest u Zawadskiego, już nie mistrza ale umierającego człowieka. Nie bez powodu, bo znów Grotowski go potrzebuje, znów chce go wykorzystać. Teraz jednak jest innym człowiekiem. Już się nie stara powściągnąć, ukryć. Już nie jest potulny ale stanowczy, napastliwy, pewny siebie. Przeszedł metamorfozę, odniósł sukces i w końcu jest, wydaje się, prawdziwym sobą. Jednak tylko pozornie gra pierwsze skrzypce. Zawadski, ubrany dostojnie w kostium-wojskowy garnitur z kilogramem orderów, w mocnej charakteryzacji- jak rasowy aktor swoją rolę nauczyciela teatru/życia gra dramatycznie do końca. Trzyma gardę bardzo, bardzo wysoko. Obaj, jak równi sobie, toczą bój swój ostatni. Zgadnijcie, kto wygrywa, kto ma rację?

W tym spektaklu liczą się głównie mężczyźni, ale kobiety też odgrywają ważną rolę(matki/partnerki, służącej/inspiracji, opiekunki/dziecka). Ich zwarte jak haiku osobowości, intensywna obecność kradnie uwagę. Błyszczą. Anna Moskal jako Asystentka Zawadskiego to wielobarwna emocjonalnie, mocna charakterologicznie postać. Sfrustrowana, niedoceniana, użyteczna jest ledwie satelitą kochanego beznadziejnie mężczyzny. Gdy się pojawia na scenie, nie można od niej oderwać oczu. Barbara Garstka najpierw jest uszczypliwą, zmanierowaną  kawiarnianą kelnerką( jak z komedii Barei), niespełnioną tancerką, w trzecim akcie gra nadopiekuńczą, histeryczną opiekunkę, pielęgniarkę umierającego Zawadskiego, zagorzałą fankę seriali wojennych. To bohaterki drugoplanowe, infantylne, histeryczne a jednak rozczulają, inspirują(walc francois). Łatwe do manipulowania, uległe, uzależnione od mężczyzn nie są dla Grotowskiego przedmiotem pożądania, godnym jego aspiracjom partnerem. Ignoruje je, ledwie toleruje, z konieczności zauważa. Tylko z mężczyznami tańczy(walc wiedeński), wchodzi w interakcje, tylko oni są mu potrzebni, dla niego ważni. Choć mówi się o pewnej wspaniałej aktorce, która wyrosła z Grotowskiego metody, doskonaliła przez całe artystyczne życie sztukę intonacji. Po dziś dzień zachwyca, pozostaje gwiazdą najsilniejszej intensywności prostoty, skromności, naturalności. Nie wymienia się jej imienia i nazwiska, nie wymienię go więc i ja. 

Spektakl Anny Wieczur to kawał doskonałego teatru o teatrze, o sztuce, pozwalającej żyć i tworzyć ludziom nawet w skrajnie nieprzyjaznych warunkach. Mówi się w nim cokolwiek przewrotnie, że bez miłości do sztuki nie można czuć się wolnym, a więc i szczęśliwym. Grotowski zogniskował wszystko. Wykorzystał wiedzę o teatrze, ludziach i świecie, o sobie, by tak swoją techniką przygotowywania do roli aktora/performera unieważnić wszystko co nabyte, wyuczone, zapożyczone i ćwiczeniami  złamać ciało i umysł w akcie całkowitym dla wydobycia tego, co jest instynktowne, naturalne, prawdziwe w jego głębi. Umiał sięgnąć po tego świętego Graala w każdym człowieku ukrytym a często zagłuszonym, zastraszonym, wypartym. Działał na aktora i na widza. Jaka była tego cena? Sztuka sygnalizuje, podpowiada, że ma gorzki smak judaszowej zdrady. Nic nie ma za darmo. Nic nie bierze się z niczego. Wszystko ma swoje uzasadnienie, ograniczenia, granice. Za wszystko trzeba zapłacić. 

W gruncie rzeczy Tadeuszowi Slobodziankowi nie chodziło o przedstawienie naukowego dowodu o metodzie Grotowskiego, wywiedzionego z jego życia, na podstawie psychologicznego portretu guru światowego teatru, bo byłoby to i nudne, i trudne, ale przećwiczenie w tym zakresie tematycznym sztuki intonacji tu i teraz. Sprawdzenie czy teatr pełen niuansów, podtekstów, wieloznaczności, stereotypów, technik aktorskich działa. Udało się znakomicie dzięki tekstowi, kompozycji, grze aktorskiej. Powstał solidny, tradycyjny ale rewelacyjnie zagrany, atrakcyjny dla każdego widza spektakl. Zobaczcie, przekonajcie się o tym koniecznie sami.



SZTUKA INTONACJI TADEUSZ SŁOBODZIANEK

reżyseria: Anna Wieczur
scenografia i kostiumy: Marta Śniosek-Masacz
muzyka: Ignacy Zalewski
światła: Paulina Góral
ruch sceniczny: Anna Iberszer
konsultacje taneczne walca wiedeńskiego: Robert Kochanek
konsultacje taneczne walca francois: Liwia Bargiel
konsultacja iluzjonistyczna: Wojciech Rotowski
charakteryzacja: Joanna Tomaszycka

obsada:
Adam Ferency Mistrz
Łukasz Lewandowski Uczeń/Jerzyk
Modest Ruciński Tadeusz
Sławomir Grzymkowski Ludwik
Anna Moskal Asystentka
Barbara Garstka (gościnnie) Pielęgniarka/kelnerka
Marta Krasowska
Violetta Ozga

Fot. K. Bieliński







wtorek, 28 czerwca 2022

WIECZÓR TRZECH KRÓLI ALBO CO CHCECIE TEATR NARODOWY W WARSZAWIE


Spektakl WIECZÓR TRZECH KRÓLI ALBO CO CHCECIE w Teatrze Narodowym w Warszawie w przekładzie Stanisława Barańczaka, wybitnej reżyserii Piotra Cieplaka to wspaniały teatr łączący ponadczasowy tekst Williama Shakespeare'a, urzekającą plastyczną wizję Andrzeja Witkowskiego (odpowiedzialnego za scenografię, kostiumy, światło, projekcje), muzykę Jana Duszyńskiego wykonywaną na żywo pod kierownictwem Tomasza Pawłowskiego i doskonałe aktorstwo całej obsady spektaklu.  

Artyści proponują widzom komedię o miłości, grze pozorów, pomyłkach w lokowaniu uczuć w warstwie wokalno-muzycznej brzmiącą raz jak musical, innym razem jak farsa, operetka a nawet opera. Są komentarze sympatycznego tercetu, CHÓRU LOVELASÓW (Jakub Gawlik, Paweł Paprocki, Hubert Paszkiewicz),  w wymowie chóru antycznego w oprawie chórku kabaretowego, co jeszcze? Co chcecie? Niektórzy mogą spektakl odbierać jak bajkę dla dorosłych ze zmultiplikowanym wątkiem miłosnym, wtrętem łotrzykowskim. W gruncie rzeczy jest to wesoła przypowieść o relacjach międzyludzkich, w której nadzwyczaj wyraziści, wspaniale charakterystyczni bohaterowie są karykaturalnie ale pozytywnie, ciepło, przyjaźnie sportretowani.  Twórcy poważnie potraktowali tytułowe "CO CHCECIE" i bogatą, barwną, dynamiczną  inscenizacją otworzyli sezam obfitości  pięknych kompozycji scenicznych obrazów, aktorskich kreacji, zaskakujących interpretacji, wywołujących silne emocje. Sztuka wypracowana solidnym, najwyższej klasy warsztatem artystycznym, błyskotliwą inteligencją, wyrafinowanym zmysłem estetycznym, poczuciem humoru przedstawia się lekko, zabawnie, przyjemnie. Akcja płynie gładko. Okazji do śmiechu i refleksji jest co nie miara. Efekt jest doskonały. Zasłużenie uniósł publiczność do standing ovation.


Urzeka widzów pragnienie miłości, poezja duszy. Chwyta za serce nieporadność ludzkich działań, mających doprowadzić do spełnienia niewypowiedzianych uczuć, marzeń, tęsknot. Wzrusza też niedoskonałość natury ludzkiej ale i jej nadzwyczajny spryt, niespodziewana pomysłowość, błyskotliwa zaradność. Bawi skłonność do ulegania nałogom. Dualizm postaw robi wrażenie. Zdumiewa mądrość człowieka splątana z jego słabością. Brak umiejętności wyrażania wprost czego pragnie, co naprawdę czuje. Bez zawoalowania, podstępu, przebrania się nie obyło. Zdystansowany, mądry, dowcipny błazen Cezarego Kosińskiego posługuje się przenośnią, metaforą, sarkazmem. Czułą piosenką. Nie sposób przestać go lubić. Elektryzuje Oliwia, którą zachwycająco stwarza na scenie Wiktoria Gorodeckaja. Piękna, demoniczna, wyniosła, operowym głosem fenomenalnie oddaje skalę uczuć, których się nie spodziewa, których nie chce okazywać jej postać. Dynamiczna, wyniosła, władcza emanuje niezwykłą energią, którą stara się powściągnąć, ukryć, kontrolować. Tą walkę z samą sobą wyraża ekspresja jej ciała, tembr głosu. Oskar Hamerski cudownie narcystyczny, zakochany przede wszystkim w sobie Książę Orsini, uwodzi widzów swoją manierą neurotycznego, romantycznego kochanka. Viola-Cesario Michaliny Łabacz, delikatna, subtelna, pięknie śpiewająca musicalowe songi, i Sebastian Henryka Simona, siła spokoju- ocaleni z katastrofy bliźniacy w przebraniu, naturalni, liryczni- o niejednoznacznej seksualności postacie są katalizatorem uczuć.  Intrygująco wypada Monika Dryl w rolach męskich, gra Kapitana i Antonia. Szczególną uwagę i sympatię budzi wyjątkowo błyskotliwy trójkąt:  ciepła, pomysłowa, sprytna służąca Maria Joanny Kwiatkowskiej-Zduń oraz  kuzyn Oliwi, Sir Tobiasz Bartłomieja Bobrowskiego i jego kompan, Sir Andrzej Mariusza Benoit-jako uroczy birbanci, niepoprawni lekkoduchy, zabawni łotrzyki. Jerzy Radziwiłowicz nie gra, jest Malvoliem, zarządcą domu Oliwi. Jego bohater- oschły, humorzasty formalista, bufon, człowiek próżny, pompatyczny- nie wzbudza na początku zaufania, sympatii, ale na końcu wzrusza. Malvolio przykuwa uwagę od momentu, gdy tylko pojawia się na scenie. Bo ten garnitur brązowy z marynarką "zawieszoną" brzuchu, bo buty za duże (jak u klowna) i pozersko wyniosła postawa, żaboty, różowa koszula, ulizana fryzura, na twarzy butna mina, wzrok nieobecny, no i to cyzelowanie frazy, słowa po słowie, krystaliczny dźwięk każdej wypowiedzianej litery. To rola charyzmatyczna, w każdym calu perfekcyjna, wirtuozerska. Mistrzowska. Można odnieść wrażenie, że Jerzy Radziwiłowicz bawi się tworzoną przez siebie postacią, ciągle ją udoskonala, zmienia. Na oczach widzów tworzy wariacje na temat. Jest Malvoliem i opowiada o Malvoliu. 


Charakterystyka każdej postaci w tym spektaklu jest prowadzona do kulminacji poprzez konfrontacje, prowokacje, działanie pozostałych bohaterów.  Kostiumy podkreślają, ruch sceniczny potęguje, język ciała wzmacnia ten cel. Imponująca jest różnorodność stylistyczna aktorstwa, charakteryzacji, muzyki, co decyduje o odrębności tworzonych portretów bohaterów, jakby wyrzeźbionych z innego materiału, wsobną, autorską techniką. Może dlatego świetnie się sprawdza scenografia: tańczący żywopłot, rustykalne kanapy i fotele na kółkach przejeżdżające z aktorami przez scenę, zmieniające się olbrzymie obrazy w głębi sceny, postrzępiony żagiel okrętu, który może być latawcem. Najważniejsze jest jednak to, że zachowana została harmonia scenicznego przekazu. Bogactwo formy, gatunków, stylistyk nie wprowadza chaosu, nie skutkuje poczuciem nadmiaru, który mógłby być męczący, nieuzasadniony lub powodowałby zaburzenie jasności narracji, motywacji bohaterów. Trzeba podkreślić, ze to prostota, intensywność i kunszt gry aktorskiej decyduje o atrakcyjności sztuki. Działa jak magnes. Kradnie całą uwagę. Wiemy oczywiście, że duch Shakespeare'a tu króluje. Ale dyskretnie wycofany, pozostaje prawie niezauważalny. No cóż, "jeśli muzyka jest pokarmem miłości, graj dalej" WIECZÓR TRZECH KRÓLI wspaniała orkiestro, grajcie cudowni aktorzy. Na tak wysokim poziomie artystycznym możecie naprawdę grać wszędzie, dla każdej publiczności wszystko CO CHCECIE.

WIECZÓR TRZECH KRÓLI ALBO CO CHCECIE WILLIAM SHAKESPEARE

przekład : Stanisław Barańczak
reżyseria: Piotr Cieplak
scenografia, kostiumy, światło, projekcje: Andrzej Witkowski
muzyka: Jan Duszyński
kierownictwo muzyczne: Tomasz Pawłowski

wtorek, 21 czerwca 2022

MATKA JOANNA OD ANIOŁÓW TEATR NARODOWY w WARSZAWIE


Najbardziej interesujące w spektaklu MATKA JOANNA OD ANIOŁÓW w reżyserii Wojciecha Farugi, z dramaturgią Julii Holewińskiej jest poszukiwanie równowagi pomiędzy walczącym, spolaryzowanym binarnie światem: sacrum i profanum, boga i człowieka, kobiety i mężczyzny, dobra i zła, duszy i ciała, rozumu i emocji. Symbolicznie ciemności i światła. Dlatego w tym artystycznym imaginarium dominuje biel i czerń, cisza i hałas, ekspresja i pasywność. Z mroku zła rodzi się nieoczywista jasność świętości, dwuznaczny blask dobra. To z krzyku wewnętrznych tajemnic ciała i ducha wypełzają opętańcze rozedrgania, szalone zachowania, złe czyny i myśli. Biel pozostaje zbrukana, spokój nieosiągalny. Trwa nieustająca walka.


Obraz uwodzi czystością formy, klarownością kompozycji, ekspresją gry aktorskiej. Harmonią wyrazu myśli, adekwatnym do niej działaniem ciała. Siłą plastyczności barwy, dźwięku i ruchu, które tworzą elektryzujące napięcie. Budują logiczne, mocno zabarwione zaangażowaniem niejednoznaczne sensy. Już pierwsza scena, w której ksiądz Suryn ubrany w sutannę stopiony z czernią podłogi leży krzyżem a mniszki, jak zło przyobleczone w szaty święte, pełzną ku niemu pomrukując ni to zaklęcia, ni to modlitwy- mrozi krew w żyłach. Diaboliczny przemarsz śpiewających, potykających się w tajemniczym skurczu ciała zakonnic wprowadza w zaburzony zakonny świat. "Taniec" Matki Joanny z siekierą, która od pierwszej sceny(rąbanie drewna) do ostatniej(Suryn ucisza nią pomstujących na okrucieństwo ojca, inicjuje własne opętanie), uzmysławia jej przerażającą walkę ze złem, pokusami, słabością. Podobnie surowa, bardzo mocna emocjonalnie scena walki o dominację Suryna z Joanną, obraz sparingu, w którym długo, bardzo długo raz kobieta mężczyznę, raz mężczyzna kobietę uderza coraz silniej w twarz, wbijając wzrok jedno w drugie jakby sięgało dna duszy, jakby badało ludzką wytrzymałość-głęboko boli. 

W gruncie rzeczy w przekazie spektaklu nie chodzi o to, by zła się pozbyć, bo jest to niemożliwe, ale by je poznać, zaakceptować i nad nim panować. Potrzebna jest tu świadomość, że walka pomiędzy przeciwnymi wartościami, stanami emocjonalnymi jest niezbędna, by ukształtował się ostatecznie charakter każdego człowieka, ujawniło jego przeznaczenie ale wymaga zawsze postawy przyzwolenia, otwarcia się na tą walkę. Dlatego Joanna przyznaje się i chełpi, że to z jej woli demony w nią wniknęły. Tym samym sugeruje, że również tylko z jej przyzwoleniem ją opuszczą. To był jej własny wybór drogi do świętości. Jej decyzja. Mierzyła bardzo wysoko. Ambitnie. Całą furię samotności, upokorzenia, podporządkowania przekuła w siłę napędową przyszłego sukcesu. Będzie żyć wiecznie w sercach innych ludzi. Nie o Boga, nie o wiarę ale zaspokojenie własnej pychy toczyła wojnę, nie z demonami a z ludźmi. Badała ich odporność na manipulację jej argumentów, ponętnego ciała. Małgorzata Kożuchowska jest Joanną podstępną, inteligentną, przebiegłą. Zdeterminowaną. Wykorzystuje wszystkie atrybuty, by skłonić innych do realizacji swojego celu.  To ona jest demonem, który prowokuje, wnika w innych, sama pozostając zimna, wyrachowana, czysta. Święta. Kontroluje siebie, kontroluje innych. Ma rząd dusz. 


Suryn, ksiądz, który przybywa ją ratować, jest mężczyzną słabym, przelęknionym, uległym i pysznym ale inaczej niż Joanna.  Daje się prowadzić ku zgubie na powrozie swojej natury. Pychę ma wpisaną w męski genotyp, jej pycha jest opozycją wyrosłą z oporu wobec przymusu konieczności, opresji świata. Poczucia niesprawiedliwości, samotności, nieakceptowanego posłuszeństwa, podporządkowania. Pycha patriarchatu wynika z wywalczonej, ukonstytuowanej władzy, ze  statusu płci, tożsamości, z przewagi fizycznej, budowanej przemocą historycznie, religijnie, ideologicznie. Pycha kobiety, wiedzącej kim jest i czego pragnie, wynika ze świadomości, że jeśli zechce, w każdej, nawet najbardziej niekorzystnej sytuacji, może znaleźć sposób, by przechytrzyć system i uzyskać swoje, wykorzystując jego zasady, hierarchie, wartości. Bez odkrywania światu prawdziwej siebie. To wyższy poziom samoświadomości, siły wolnej woli i znajomości natury człowieka i świata. Nie poświęcenia i uległości ale twardej zawoalowanej strategii gry o wszystko. Joanna nie walczy ze złem ale znając jego istotę, wykorzystuje jego potencjał. Potrafi przekonać Suryna, by dobrowolnie uwolnił swoje skłonności, pragnienia, żądze. Zmierzył się ze swymi demonami, otworzył na nowe. Matka Joanna uwiodła go, skusiła, wyzwoliła od strachu, niepewności, zagubienia. Wodziła na pokuszenie. Dała mu wygodne usprawiedliwienie jawnego czynienia zła. Demony nigdy Joanny nie opuściły, były jej armią, integralną częścią planu. Księdza Suryna również. Joanna je w nim obudziła, wzmocniła, uzbroiła. OJCZE NASZ w języku aramejskim wypowiedziane w seksualnym uścisku, przypieczętowane namiętnym pocałunkiem to przymierze umalowanej kobiety i płonącego z pożądania mężczyzny. To wyznanie wiary w potęgę człowieka, która może wykorzystać wszystko i wszystkich, by osiągnąć cel. Tak więc to on sam, bez udziału Boga, jest w stanie kontrować dobro i zło, które z niego pochodzi. Jeśli traci nad nimi kontrolę, jest zgubiony. 

Zło w barwie czerni, w kształcie i mocy siekiery, w działaniu ludzkim ujawnia się poprzez każdą postać. Ruda Karczmarka Aleksandry Justy wróży, Małgorzata Edyty Olszówki naiwnie przyznaje się do swoich demonów i jawnie grzeszy , Juraj Kamila Studnickiego nie znajduje wybaczenia dla ojca, który stosuje przemoc wobec całej rodziny, Kaziuk Mateusza Kmiecika nie potrafi mu pomóc, Wołodkowicz Jarosława Gajewskiego jak chytry lis poluje na niewinność, Brymem Krzysztofa Stelmaszyka folguje swojej słabości do piwa, wyniosły, surowy Egzorcysta Adama Szczyszczaja zachowuje się wobec opętanej zakonnicy jak sadysta. Nikt nie jest bez grzechu. Nikt z niego nie rezygnuje. Folguje sobie. Czerpie z niego przyjemność. 

Sukces spektaklu MATKA JOANNA OD ANIOŁÓW jest wypadkową talentu i wysiłku całego zespołu. Kostiumy Konrada Parola są dostosowane do charakteru, statusu bohaterów. Ruch sceniczny Krystiana Łysonia tworzy fantastycznie celne, przejmujące układy, obrazy. Scenografia ze światłem Wojciecha Farugi przedstawia prosty, surowy świat zewnętrzny adekwatnie ilustrujący krajobraz splątanych motywacji postaci. Wszystkie te elementy współgrają, wzajemnie podbijają znaczenie przekazu, charakterystyki wyrazistych, pięknie kreślonych doskonałym aktorstwem postaci. Budują napięcie zapierające dech w piersi. Uruchamiają emocje trudne do powściągnięcia. Malują opozycje postaw, intencji, pragnień. Wdrażają świetne pomysły, jak ta czerń, która smoli ręce, ubrania i dusze. Jak kompozycja z obniżającą się zapadnią i księdzem Surynem próbującym ratować- (dosłownie)brać na swe barki ciężar grzechów- wszystkich. Jak mrok zła, który w opozycji do jasności dobra trzyma człowieka w klinczu podstępnego objęcia. Wystarczy wybrać: świętości czy szaleństwa, życia czy śmierci. To człowiek decyduje. Ma wolną wolę. Ma ogromną moc. 



MATKA JOANNA OD ANIOŁÓW JAROSŁAW IWASZKIEWICZ
na podstawie scenariusza filmowego Jerzego Kawalerowicza i Tadeusza Konwickiego

reżyseria, scenografia, światło: Wojciech Faruga
kostiumy: Konrad Parol
muzyka: Teoniki Rożynek
dramaturgia: Julia Holewińska
ruch sceniczny: Krystian Łysoń

Małgorzata Kożuchowska(Matka Joanna od Aniołów),  Karol Pocheć(ksiądz Suryn), Aleksandra Justa(Karczmarka),  Edyta Olszówka(Małgorzata), Kamil Studnicki(Juraj), Mateusz Kmiecik(Kaziuk),  Jarosław Gajewski(Wołodkowicz), Krzysztof Stelmaszyk(Brymem), Adam Szczyszczaj(Egzorcysta i Chrząszczewski), Zakonnice(Aleksandra Baj, Anna Bieżyńska, Marta Franciszkiewicz, Dominika Kachlik, Malwina Laska, Małgorzata Majerska, Elżbieta Nagel), dzieci: Alunio – *** i Krysia – ***.

wtorek, 14 czerwca 2022

IMAGINE TEATR POWSZECHNY W WARSZAWIE / TEATR POWSZECHNY W ŁODZI


Najpierw pandemia trwająca dwa lata, teraz demony wojny szalejące tuż, tuż, z nimi fala uchodźców z Ukrainy- znaleźliśmy się w szczególnym momencie historii. Doświadczamy sytuacji granicznych, wymagających mobilizacji ciała i ducha. Życie sprawdza wszystkich, indywidualnie i zbiorowo. Bezlitośnie obnaża słabość cywilizacji zachodniej. Jej dopełniającą się slow agonię, którą IMAGINE, 6- godzinny esej teatralny Krystiana Lupy próbuje rozpoznać, zarejestrować, zrozumieć. Co prawda sztuka sięga do lat 60 i 70-tych i znacznie starszych ale przecież historia się powtarza a natura ludzka nie zmienia. Niestety.

Krystian Lupa wprowadza widza do dobrze znanej z poprzednich spektakli przestrzeni obskurnego pokoju ze zniszczonymi meblami, barłogiem, kozłem gimnastycznym. Jesteśmy u Lupy, z Lupą. To samotnia, graciarnia, więzienie, piekło podtrzymujące traumy, wspomnienia, tęsknotę za utraconym czasem,  w poczuciu zawodu i straty. Tu wszystko gaśnie, umiera, bo wyczerpało się, zużyło. Oprócz wyjścia awaryjnego, dużego okna, bo gdy się otwiera, wdziera się do środka światło, rumor ulicy, siła i radość życia. Na mgnienie zaburza przygnębiający nastrój, głęboko depresyjną atmosferę, ożywia martwą przestrzeń,  umierającego Antonina/Grzegorz Artman/, przywołującego duchy przeszłości, powidoki swojego życia, popadającego w szaleństwo, bo toczy spór z resztką własnego rozumu/Andrzej Kłak/. W klinczu rozczarowania, bezsensu, beznadziei właściwej  pokoleniowej porażce. Ideowej klęsce. Życiowej końcówce. Przytłaczający obraz tego traumatycznego miejsca, rozmowa z samym sobą, duchami, widmami "dzieci kwiatów"/ Patti Smith (Marta Zięba), Janis Joplin (Karolina Adamczyk), Susan Sontag (Anna Ilczuk), Timothy Leary (Julian Świeżewski), aktorka Marieliv (Ewa Skibińska), Lucy (Michał Czachor) i inni/podkreśla desperacko powtarzane pytanie: "co spierdoliliśmy?" W tonacji zawodu, wyczerpania, rozkładu. W emocji wściekłej furii gestu ocalenia czegokolwiek ze straconych złudzeń, zaprzepaszczonych szans, kończącego się życia. Już nie z przeczucia, obawy ale niezachwianej pewności, że człowiek jest "mechanizmem katastrofy", "bucem wojny", marionetką nie w swoich  rękach lecz bezdusznego fatum. Do końca pozostaje słabą istotą, niedoskonałym tworem swoich czasów, szaleństw, majaków, z trudem wychodzącym poza własny indywidualizm. Żyjącą na haju religii, idei, polityki, wojny. Nie własnych czynów, tylko zbiorowych wyobrażeń. Takich jak IMAGINE, piosenka Johna Lennona.

Pierwsza część spektaklu to wizualizacja krajobrazu wewnętrznego bohatera, uwięzionego w stuporze bezsilności, bezradności, w mizerii życia zmierzającego do (samobójczej, bo wynikającej z rejterady) śmierci. Ten los jednostkowy jest personifikacją cywilizacji, która znajduje się w fazie głębokiego kryzysu, wyczerpania, wyjałowienia. Egzystencji prowadzącej do samounicestwienia. W sytuacji, kiedy może tylko zadawać pytania o przyczynę. Nie ma już sił analizować, wyciągać wniosków, stawiać diagnozy. Nie jest w stanie. Lupa ilustruję tę fazę destrukcji poprzez przykład idei hipisowskiej wolności bez granic, bez wojen, wyobrażenia sobie świata, ludzi otwartych na drugiego człowieka bez uprzedzeń, warunków, kodeksów. Artysta może tylko pytać o upadek wzniosłej myśli, chwytającej urokiem lepszego świata wizji, która eliminuje wątpliwości, wyklucza błędy, ignoruje zło. Fantazja samorealizującego się dobra, iluzja szczerych intencji, bezwarunkowej otwartości wzniecona przez kontrkulturę hipisów szybko zgasła. Jak każda inna, w innym miejscu i czasie. Choć część pierwsza spektaklu kończy się zbiorową imaginacją widm, zmartwychwstaniem Lennona-Chrystusa(punkt zapalny pewnej rewolucji), sakralizacją idei, którą za wszelką cenę pragnie się ocalić.

Dlatego druga część spektaklu to wizualizacja świata zewnętrznego człowieka. To obraz ruiny, zniszczenia, katastrofy. Pustki. Degradacji świata w wyniku działania ludzi. Gdzieś z uchodźcami na granicy, z przybyszami z kosmosu na pustyni, po której błądzi nowe wcielenie Antonina/ Andrzej Kłak/ szukając inspiracji, ratunku, wyjścia z apokaliptycznej sytuacji/poruszające się za Artaudem Kłakiem drzwi/, kobietami wypowiadającymi się w 5 minut na dowolny temat, by w końcu w górach mógł wybrzmieć tam-tam oznajmiający zarzewie nowego początku starego porządku patriarchatu, zmultiplikowanego męskiego ego /Piotr Skiba/. Dzikiego i wściekłego, prymitywnego i wojowniczo nastawionego do świata. Nagiego, uzbrojonego tylko w kij super macho, komunikującego nie językiem, nie myślą, nie ideą swoją determinację i siłę. Jeszcze nie wie, że historia zatoczyła koło, znów wszystko się powtórzy. Zaburzony chorobą, szaleństwem człowiek buńczucznie demonstruje nowe ludzkości samobójcze otwarcie.  I krzyczy profetycznie: NIE!

Lupa, jak sądzę, opowiada o swoim doświadczeniu IMAGINE z perspektywy tu i teraz.  Myślę, że to jest jego autorska, autobiograficzna teatralna projekcja. Strumień świadomości. W odcieniu podróży sentymentalnej, rozliczeniowej. Z pomrukami reżysera wbijającymi się w soundtrack scenicznej materii. Z fantastycznym poczuciem humoru, z celnym kontrapunktem, zwariowanymi pomysłami/podążające za bohaterem drzwi/. I kontynuacją dotychczasowej estetyki. Z nagością, co nic nie wyraża, nie ukrywa. Jałowością seksu. Z doskonałym aktorstwem całego zespołu/ rewelacyjny Andrzej Kłak, przejmujący Grzegorz Artman, demoniczny Piotr Skiba, intrygujący Michał Czachor jako Bonaparte i Lucy,  zabawny, ujmujący Julian Świeżewski  jako Timothy Leary w tańcu w lateksowej, czarnej mini sukience, z mikro koncepcją na życie, doskonała, jakże charakterystyczna Ewa Skibińska, emocjonalna Karolina Adamczyk w roli Janis Joplin, społecznie zaangażowana Susan Sontag Anny Ilczuk/ . Z antyreligijnością, która nie jest bluźniercza, bo zmartwychwstanie czy reinkarnacja Lennona w postać Chrystusa jest konstatacją, że żywotność, działanie, skuteczność idei może gwarantować przejęcie od religii jej struktury, zasad oddziaływania, uzasadnianie pozytywnej perspektywy. Tyle  tylko, że IMAGINE, kontrkultura hipisów propagując wizję eksplodującej wolności, a priori otwartości, w opozycji do dotychczasowych systemów, hierarchii wartości zatrzymała się na deklaratywności, nie stworzyła własnych twardych struktur. Rozśrodkowana, zindywidualizowana wypaliła się w fazie buntu, euforii, pomysłu. Nie wystarczy mieć rację, trzeba umieć ją skutecznie, metodycznie wdrożyć, zinstytucjonalizować. Dlatego potencjał IMAGINE Lennona, jak Mickiewicza "Człowieku! gdybyś wiedział jaka twoja władza!..."pozostał tylko utopią. Niespełnionym snem, niezaspokojonym pragnieniem. Pięknym marzeniem. Bezpłodną iskrą czucia tylko.

Lupa grzęźnie w marazmie. Wizualizuje okres dekadencji schyłkowego etapu. Mocą swego statusu, siłą autorskiej sztuki może sobie pozwolić na ignorowanie czasu, na mielizny rozwleczonego tekstu, słabość dramaturgii, niejednoznaczność narracji. Prowadzi widza do wyczerpania, zniechęcenia, by poddał się duchowi, materii, narracji jego teatru.  Drażni nihilizmem, wszelkim nadmiarem. Sprawdza cierpliwość, poczucie humoru, pozbawia dystansu. Ćwiczy go z wrażliwości, myślenia. I dręczy spowolnieniem wygaszanego depresją, starością, rejteradą życia w końcówce, straszy samobójstwem (resztki) rozumu, odrywającego się od stosu nagich zwłok, mimo energii płynącej ze wspomnień, pragnień, marzeń (jakby wzniecały je płonące zapałki w bajce Andersena). Męczy błądzeniem na pustyni. Poszukiwaniem. Szaleństwem narodzin nowego wspaniałego świata. Infekuje lękiem, że przyszłe wcielenie IMAGINE umrze równie szybko. Bo zawsze coś spierdolimy. A ponieważ nie wiemy co, cykl się powtórzy, przecież ciągle się powtarza.

Gdy życie spowalnia, wycisza się, gaśnie- pozostaje wspomnienie, budzi się wyobraźnia. Bo tak naprawdę nie ma się już czego chwycić poza wewnętrznym przekonaniem. Poza spojrzeniem w otwartego okna światło. Znów majaczy nadzieja, że może nie wszystko było po nic. Że może to coś najbardziej szalone, niemożliwe, utopijne się odrodzi w innej formie, w innym czasie. Zaistnieje, spełni się. Sprawdzi. Na przekór wszystkiemu, wszystkim. Wbrew resztkom czystego rozumu. Choć to zwyczajnie pozbawione sensu majaczenie, to naturalne, po prostu bardzo czułe, piękne. Głęboko ludzkie.

W takim punkcie jest Krystian Lupa. Może i my. IMAGINE...