środa, 5 kwietnia 2017

MATKO JEDYNA! FESTIWAL NOWE EPIFANIE/GORZKIE ŻALE 2017



MATKO JEDYNA, cóżeś uczyniła Redhardowi! Co nam czynisz nasza matko, czy już wiemy? 

Widzowie zgromadzeni w Instytucie Teatralnym w ramach FESTIWALU NOWE EPIFANIE/GORZKIE ŻALE stali się świadkami życiorysowego coming outu Redbada Klijnstry. Monodram MATKO JEDYNA! był bardzo osobistym, intymnym, ujętym w artystyczną, powściągliwą formę relacji szczerym, prawdziwym i wzruszającym wyznaniem, obejmującym całe dotychczasowe życie artysty. 

Wyruszyliśmy razem w trudną drogę przedzierania się przez meandry pamięci, emocji, doznań. Znaleźliśmy się w samym epicentrum wewnętrznej wiwisekcji mężczyzny, który z dzisiejszej, dojrzałej już perspektywy stara się wniknąć, podsumować i zrozumieć czas miniony, próbuje dociec kim tak naprawdę jest. Bo nadal poszukuje przyczyn swoich emocjonalnych kłopotów, które dręczyły go przez całe życie i po dzień dzisiejszy nie dają mu spokoju a mają swe źródło w skomplikowanych, nie do końca uświadomionych relacjach z matką. Aktor drąży swoją przeszłość, nadal szuka odpowiedzi na nurtujące go pytania, wątpliwości. Monodram ma więc znaczenie terapeutycznej sesji. Sztuka pomaga mu znaleźć drogi ratunku, daje możliwość alternatywnego sposobu oswojenia prawdy.

Redbad Klijnstra  zaprosił nas w sentymentalną podróż przez dzieciństwo i młodość w Holandii, przeprowadził lekko i dowcipnie przez studia aktorskie i pracę artystyczną w Polsce.  Opowiedział o swoim domu, życiu rodzinnym, jego relacjach z matką, ojcem, z rówieśnikami. Mówił o beztrosce, wolności i swobodzie nieskrępowanego, buszowania w rzeczywistości bez dorosłych, bez ich kontroli i opieki, co umożliwiało eksperymentowanie w wielu dziedzinach życia. Zanurzyliśmy się we wspomnieniach szalonego okresu dojrzewania, pobytu we wspaniałej szkole, która mądrze rozwijała a nie tylko zmuszała do zapamiętania formułek, definicji nie mających nic wspólnego z rzeczywistym życiem. Edukacja w Holandii pobudzała do myślenia, uczyła samodzielności. Gorzej, choć równie ciekawie, było na studiach w Polsce. Praca nie do końca go satysfakcjonowała. Widzowie znają Redbada Klijnstra, człowieka teatru, z takich kultowych  spektakli jak "Oczyszczeni", "Krum", ale on nadal czuje niedosyt, ma poczucie, że jego potencjał nie został do końca wykorzystany, a talent nie rozwinął się, jakby tego oczekiwał. Potrzebował dużego, indywidualnego sukcesu. Ten jeszcze nie nadszedł. 

Aktor zdecydował się opowiedzieć monodramem nam swoją historię, odważył podzielić się tym, co dotychczas przeżył, czego doświadczył, bo chce dotrzeć do prawdy o jego relacji z matką, uporać się z jej śmiercią, która nastąpiła w nie do końca jasnych okolicznościach. Nie jest to proste. Uporczywie szuka informacji. Próbuje wydobyć to, co świadomość ukryła, uczucie do matki wyparło. Dotychczasowe próby go nie zadowoliły. Nie przyniosły spodziewanych rezultatów. Zawiodły. A on stara się nadal znaleźć sposób, by panować nad swoim życiem. Pięknie mówił o swej matce swoją miłością do niej, podkreślając jej miłość do sztuki, pracy, tańca. Akcentował oddanie, sumienność, pasję z jaką traktowała swój zawód, przyjaciół, znajomych, ale opisał też nonszalancję, szaleństwo, jej stosunek do życia rodzinnego, obowiązków macierzyńskich. Powoli poznawaliśmy rewers doskonałego dzieciństwa, jego samotność, wielką, niezaspokojoną potrzebę bliskości, uwagi, miłości matki. Brak ojca. Bolesne traumy. Odpowiedzialność dziecka za nieodpowiedzialność rodziców.  Poczucie bezsilności i winy. Ten mrok, który przez lata niszczył w nim pewność siebie, był przyczyną nieumiejętności budowania stałego związku, podniecał niezrozumiały niepokój. To, co go do dziś osłabia. Dręczy. Wraca jak zmora. Koszmar nocny. Funduje poczucie niespełnienia. 

Prawda jednak daje szansę wyzwolenia z tego, co dręczy. Jest faktem, który można i chyba trzeba zaakceptować. Oswoić. Pomaga zrozumieć. Pomaga walczyć. Chyba uspokaja, wycisza lęki. Unieważnia to, co było skrywane milczeniem. Pozwala dalej walczyć. Daje nadzieję. Dlatego aktor tak jej docieka. 

To nadzwyczajne, że Redbad Klijnstra włączył nas, widzów, w obszar swych badań nad rolą matki w procesie budowania siebie, intymnego dociekania własnej tożsamości, bolesnego dochodzenia do istoty rzeczy i ludzi. Pozwolił nam poznać udrękę przedzierania się przez życie z bagażem nieznanych sobie a jednak przeczuwanych tajemnic, co je zawsze komplikowało. Przede wszystkim pokazał cały długi proces odkrywania prawdy o sobie i najbliższych osobach. Na pewno nie jest łatwo zdecydować się na tak szczere wyznania, umożliwić nieznanym ludziom zajrzeć w swoje życie emocjonalne, uczuciowe tak głęboko. Sztuka jednak pomaga. Sztuka potrafi. Redbad Klijnstra w czasie tego monodramu ją sprawdzał. Siebie sprawdzał. Również nas. I było coś w tym niezwykle pięknego. Metafizycznego, chociaż bardzo ludzkiego. Wiara w Boga i wiara w człowieka. 


MATKO JEDYNA!
Scenariusz, reżyseria i wykonanie: Redbad Klijnstra

Współpraca: Rafał Rutkowski,Emilia Komarnicka, Marek Kochan, Maciej Omylak, Fabian Włodarek.

premiera: 25.03.2017, Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego

wtorek, 4 kwietnia 2017

37.WST IWONA, KSIĘŻNICZKA BURGUNDA GOMBROWICZ


IWONA, KSIĘŻNICZKA BURGUNDA Witolda Gombrowicza w monumentalnej inscenizacji Grzegorza Jarzyny imponuje skalą, oszałamia stroną wizualną, szokuje interpretacją. Opiera się na drastycznym, maksymalnym kontraście zestawienia formy i wyrażającej ją treści, co działa na zmysły, podświadomość, emocje, uczucia. Łączy zniewolonego ze zniewalającym zawsze w sytuacji opresyjnej. Konfrontuje wielkoformatową wypowiedź oprawcy z uporczywym milczeniem ofiary. Zderza banalność zła władzy z niewyartykułowaną krzywdą jednostki. Ostatecznie uwalnia od maski formy prawdziwą naturę człowieka, demaskuje system, jaki sam dla siebie konstytuuje. Jarzyna brutalnie, bezwzględnie dekonstruuje człowieka, świat przedstawiany na wielu poziomach, by go na nowo złożyć, ale idzie dalej niż Gombrowicz-na końcu daje jednak nadzieję. Nie dystansuje się, nie zasłania ironią, szyderstwem, jest bezkompromisowy w pokazywaniu prawdy, jej złożoności i prostoty konstrukcji wszystkiego. Ale nie gubi możliwych ścieżek dostępu do ocalenia. Jeszcze w człowieka wierzy. Stawia na jego czucie. Po nie sięga, gdy go do cna obnaży. Oczyści po swojemu z formy. By dać mu szansę na nowo się narodzić. Dekonstrukcja Jarzyny ma służyć ponownej świadomej konstrukcji. I to jest optymistyczne, szczęśliwe zakończenie. Śmierć Iwony nie poszła na marne. Obudziła w Filipie, jeszcze naiwnym i niedoświadczonym, wrażliwość, wstyd i współczucie. Przynajmniej na chwilę. 

Iwona jest ubezwłasnowolnioną przez system jednostką. Samotną, złamaną, bezbronną. Jest rzeczywistym dowodem zbrodni władzy, skutkiem działania zła, które ją udziwniło, zamknęło jej skutecznie usta. Dziewczyna przypomina  postać androgeniczną, na pierwszy rzut oka pozornie uległą, łatwą do manipulowania, do skrzywdzenia, wykorzystania. Zastraszoną. Ukrywa się w kokonie kostiumu pozbawionego indywidualizmu. Milczy. Szczególnie znacząco wybrzmiewa jej cisza w reakcji pozostałych. Gdy bezskutecznie zmuszana jest do mówienia. Perfidnie, z mocy prawa, statusu władzy.

Na scenie Jarzyna pokazuje brutalny gwałt na Iwonie. Pod każdym względem. Wiążą ją, penetrują, znęcają się, poniżają, obrażają, bawią się nią, ćwiczą na niej. Jest zabawką, igraszką, fanaberią, zachcianką. Środkiem do osiągnięcia celu. NIKIM. NICZYM. Przedmiotem, który można ot, tak sobie wziąć, i ot tak, po użyciu wyrzucić a nawet zabić. Iwona jest ofiarą. Wydaje się, że dziewczyna była źle traktowana wcześniej. Cokolwiek by powiedziała, nic by to nie zmieniło. Na scenie widzimy tylko kulminację uprzedmiotowiania człowieka. Współczesne komentarze wypowiedziane przez kobietę z offu tylko to potwierdzają. Ale następuje też moment przesilenia. Ważne jest, że w nim zaklęta jest moc człowieczeństwa. Nadzieja, że w tej maszynie jaką tworzy system, choć człowiek jest tylko nic nieznaczącym, niczym się nie wyróżniającym elementem, to jednak można zachować wolność, ocalić godność. Iwona rozbiera się, jakby zrzucała wszelkie pęta. Stojąc naga nie jest już bezbronna, zniewolona bólem, lękiem. Onieśmiela. Nie boi się. Nikogo i niczego. Ani ludzi, ani śmierci. Jest nietykalna. Czysta i wolna. Przemawia też dźwiękiem. Ruchem ciała. Jakby nam reżyser mówił, że zawsze jest jakiś sposób wyrażenie siebie, zaznaczenia swego miejsca w świecie. Samotne jednostki są przez system użyte, wykorzystywane, zniewalane, mogą jednak zachować wewnętrzną wolność, która chroni wiarę w sens istnienia, walki, buntu. W miłość. Iwona kocha Filipa. Uznała jego grę wobec niej za prawdę. Albo szansę. Kilkakrotnie go czule, ufnie, w naiwności swojej obejmuje. I wtedy, gdy u niego szuka przed śmiercią ratunku w czasie kolacji z karasiem w śmietanie. Próba ucieczki Iwony przed jej przeznaczeniem nie ma sensu, ale ona instynktownie, po ludzku ją podejmuje. Próbuje się bronić. Śmierć Iwony, dramatyczna, gwałtowna, jej czyste uczucie coś w Księciu Filipie porusza. Dojrzewa do samodzielności, gotów jest przejąć władzę. Decyduje się na bunt przeciw zbrodni, w której wszyscy bez wyjątku uczestniczą. I on zrzuca ubranie, jak ograniczające go zobowiązania, więzy krwi, powinności, posłuszeństwa i daje sobie szansę narodzenia się na nowo. Gdy krzyczy ze wszystkich sił: "Nie gaście światła. Tylko nie gaście światła. Niech wszyscy patrzą" upomina się o to, by nie stracić zła z oczu, by pamięć tę i każdą inną zbrodnię, oprawców winnych niegodziwości, pogardy, zakłamywania prawdy. By mrok nie unieważniał  zła, nie krył go, nie kamuflował, jak Iwony milczenie. 

Wypadkowy obraz tak silnie działa dzięki wzmacniająco komplementarnym kostiumom, wspaniałej scenografii/proste wielofunkcyjne bryły/, wideo, muzyce, choreografii. To one przemawiają, zagadują Iwony milczenie. Za nią, w jej imieniu się wypowiadają. Ilustrują stany emocjonalne, budują napięcie, sytuacje, splątanie psychologiczne, kontekst moralny.  Ubranie uzupełnia opis postaci, pozwala je bliżej, lepiej poznać. Iwona jest w prostym, brązowym kostiumie ukryta, anonimowa, bez właściwości. Biedna, zahukana, niema. Filip to młody, nieopierzony chłopak, który dopiero odkrywa swój wpływ na świat, swoją moc i znaczenie. Seksualne zachowania/wobec matki, Cyryla/ pozwalają mu określić jego prawdziwą tożsamość, odciąć całkowicie pępowinę od matki. Para królewska to majestat władzy, siły lecz i ona musi być obnażona do szpiku kości. Pokazuje swój negatyw, prawdziwe motywacje postaw i działania, które skrywa za władzy formą. Kostiumy są dekonstruowane na scenie, jak cały świat, który współtworzą.  Muzyka jest niezwykła. Niepokojąca, hipnotyczna, groźna.  

Operowa, cybernetyczna IWONA to nowoczesne, bardzo mocne, polityczne uderzenie. W kontekście również współczesnej Rosji. Twórcy postarali się na wielu poziomach wzmocnić jej wymowę. Choć wiemy to doskonale, gombrowiczowska bohaterka milczy, to jednak całe jej otoczenie wykrzykuje swój prawdziwy wizerunek. Każdy z bohaterów zostaje odkryty. Obnażony. Pokazany na wskroś. Na wiele sposób. By nie było wątpliwości co do ich prawdziwej natury, motywacji, okrutnych zbrodni. Tak, milczenie w tym dramacie dotyczy ukrytego, zakamuflowanego, przemilczanego zła. Wymuszone jest strachem, trudnością opowiedzenia o nim, tak jest okrutne, niszczące. Władza to gwałt na jednostce/król gwałci Iwonę/,  maska dostojeństwa i siły/królowa jest słabą, pospolitą, nieszczęśliwą kobietą, niezaradną, podporządkowaną mężowi żoną, kompromitującą się poetką/ a Filip ma kontynuować w przyszłości sprawowanie władzy totalitarnej. Dojrzewa do odpowiedzialności, do samodzielności, do określenia swojej roli. Ćwiczy na Iwonie. Bawi się nią. Poddaje próbie i ją, i siebie. Ale taki to już jego przywilej wkraczającego w dorosłe życie mężczyzny, w dodatku posiadającego władzę/robi, co chce, bo może/. Winien wiedzieć kim jest. Na co go stać. Nic dziwnego, że eksperymentuje, sprawdza swą seksualność też z Cyrylem. Szambelan ma maskę przezroczystą, transparentną, szczelny, czarny uniform. To posłuszne ramię władzy. Jej przedłużenie. Współwinny organizator i wykonawca zbrodni. Maszyna od brudnej roboty. Kat i sługa. Dzięki takim jak on, władza ma oficjalnie czyste ręce. 

Interesująco, tragicznie zostały pokazane w tej inscenizacji kobiety. Poważnie. Iwona brutalnie gwałcona, instrumentalnie traktowana, wykorzystana, w końcu zostaje zamordowana. Królowa obnażona, z rozwianymi włosami to postać tragiczna. Wygląda żałośnie, jak oszalała z nieszczęścia kobieta, siłą wtłaczana w swoją rolę. W istocie bezbronna i zagubiona. Słaba, naiwna, prosta, nierozważna. Pozbawiona formy całkowicie się załamuje, rozpada. Staje się brzydka i bezrozumna. Iza nie jest traktowana przez mężczyzn inaczej. Już wie jak świat działa ale jeszcze nie jest przez niego złamana. Nagina się do jego woli, choć sprzeciwia się jeszcze Filipowi, przynajmniej deklaratywnie. Jednak to Iwona da asumpt do zmiany. Wpłynie na Filipa. Przecież to on, mężczyzna, będzie budował nowy wspaniały świat. Kolejny wariant systemu zniewalającego ludzi. Nowe wcielenie totalitaryzmu.

Jarzyna pokazał Gombrowicza nie ironicznego a mocno dramatycznego. W wyraźnie nowoczesnej, bogatej, futurystycznej formie. Pięknej, uwodzącej ale adekwatnie odkrywającej prawdę o istocie władzy, naturze ludzkiej, o świecie wartości, które mogą człowieka zniszczyć lub ocalić. Nie wszystek jest zniewolony przez zło. To, które sam generuje lub zło czynione mu przez innych ludzi, które go krzywdzi. Tak wielkie, że zastraszony milczy wobec jego potęgi.  Reżyser otwiera perspektywę ratunku, który uwalnia przed lękiem, nawet tym najsilniejszym, przed śmiercią. I nie drwi, nie ironizuje, nie dystansuje się. Rozmawia z nami Gombrowiczem śmiertelnie poważnie rozszerzając tekst o współczesny kontekst. 

Ważne jest bardzo to, że twórczość Gombrowicza, hermetyczna formalnie, trudna językowo, wystawiana jest za granicą. Już po raz trzeci Jarzyna odkrywa jej wagę, potencjał, nośność tematyczną. Siłę. Pięknie, nowatorsko, z rozmachem. Ale w dyscyplinie sensu, uzasadnionej powinności artysty, który panuje nad mocnymi emocjami. Jego dzieło, precyzyjnie, perfekcyjnie przygotowane i wykonane, oddziaływuje na wielu poziomach. Poznawczym, emocjonalnym, estetycznym. Opowiada historię, którą bez trudu rozpoznajemy. Ale inscenizacja mówiąc, że dzieje się zawsze i wszędzie, czyni ją uniwersalną. Naznacza smutkiem i nadzieją. Smutkiem, bo historia się zapętla, powtarza, Jakby się ludzie niczego o sobie nie nauczyli, nie potrafili zmienić swej ludzkiej natury. Gwałtowny postęp nauki, szeroki dostęp do wiedzy, nowej technologii szybko zmienia otaczający nas świat ale mentalnie pozostajemy dzikusami, broniącymi swego terytorium, pragnącymi za wszelką cenę przeżyć, mieć coraz więcej i więcej. Obowiązuje hierarchia, prawo silniejszego, dzierżącego władzę. Schematy, stereotypy, maski. Nadzieją jest przypomnienie człowiekowi, że posiada obszar wolności i szczęścia w samym sobie. Tam zawsze może być czysty, niewinny i przez nikogo nie dotknięty/"dutknięty"/. To własnie nam odkryła CYBERNETYCZNA IWONA. 

Nie wydaje mi się, jak sądzą niektórzy krytycy, że IWONA osadzona jest w fantastyce czy baśni. Wręcz przeciwnie. Sztuka galopuje w koleinach teraźniejszości. Cała jest z niej. Wiarygodnie psychologicznie i socjologicznie uzasadniona. Odsłania brutalnie, bezkompromisowo, bez żadnego kamuflażu cynizm, okrucieństwo i bezduszność świata wobec jednostki. Nowe sposoby zniewalania. Bardziej świadome i perfidne. Tak wyrafinowane, że w czasach, jak nam się zdaje pełnej wolności, zamyka nam wszystkim szczelnie usta. Jarzyna przedstawia nam stare i najnowsze maski, niejedną naukową formę, która uzasadnia i zmienia wszystko, by nie zmieniło się nic. A przy tym mówi do nas najprawdziwszym Gombrowiczem. 

Ten pomysł wyzwalania przez zrzucenie wszystkich warstw zniewolenia, obnażenie istoty prawdy o człowieku rozwinie później Jarzyna w G.E.N-ie. Powtórzy w innym nieco  kontekście. Przepracuje. Ale IWONA, KSIĘŻNICZKA BURGUNDA pozostanie jednak mocniejszym uderzeniem, silniejszym wstrząsem. Niewykluczone, że za sprawą Gombrowicza, który stworzył postać Iwony i to, co jej milczenie robi z ludźmi. 



IWONA, KSIĘŻNICZKA BURGUNDA WITOLD GOMBROWICZ

reżyseria i adaptacja: Grzegorz Jarzyna
scenografia: Piotr Łakomy, kostiumy: Anna Nykowska, reżyseria światła: Felice Ross, video: Marta Nawrot, muzyka: Jacek Grudzień, Grzegorz Jarzyna, reżyseria dźwięku: Andrey Borisov, tekst narratora: Szczepan Orłowski, choreografia: Ivan Yestegneev

obsada: Mikhail Troynik, Alexander Feklistov, Daria Ursulyak, Agrippina Steklova, Sergey Epishev, Kirill Birkin, Maria Fomina, Mikhail Popov, Vera Bahankova, Lubov Bahankova, Valeria Repina, Egor Kovalev, Igor Sharoiko

premiera: 2016

Koprodukcja Theatre of Nations (Moscow) i TR Warszawa we współpracy z Instytutem Adama Mickiewicza i Instytutem Polskim w Moskwie

zdjęcie:https://www.facebook.com/photo.php?fbid=10212659731477888&set=pcb.10212659740998126&type=3&theater

niedziela, 2 kwietnia 2017

ŚLUB Teatr Współczesny w Szczecinie i Teatr im. J. Kochanowskiego w Opolu


ŚLUB Witolda Gombrowicza, spektakl Anny Augustynowicz, wierny jest autorowi, wierny jest estetyce reżyserki. Powściągliwej, surowej, ascetycznej formie wyrzekającej się efektów specjalnych, środków audiowizualnych, co pozwala skupić się na dramacie człowieka wyrażanego przez ludzi. Nie pozwala przytłoczyć, zakamuflować, udziwnić artykułowanej treści wyrażanej językiem Gombrowicza, który jest tu komunikatywny, znaczący, jasny.  W krajobrazie ludzkim. W przestrzeni nieokreślonej, sugerującej, że akcja może tez dziać się w teatrze/za dekoracją kilka stojących reflektorów/podzielonej rekwizytami na rewiry: kościoła/konfesjonał/, domu/solidny drewniany stół ze złożonym białym obrusem, stołki/, pola walki/o dominację, przywództwo, władzę/, miejsca nieokreślonych możliwości, prowadzącą donikąd/fragment solidnych schodów/. Czystość monochromatycznego, szaro czarnego obrazu plastycznego przełamana jest delikatnym akcentem czerwieni. Czerwona żarówka gasnąca w momencie śmierci Władzia, jak lampka w kościele sygnalizuje znak obecności Boga, pierwiastek metafizyczny. Czerwone jabłko jak jabłko królewskie staje się metaforą potencjalnej, przejmowanej, sprawowanej władzy. Czerwony ołówek pojawia się w momentach gdy Henryk kreuje, tworzy jak artysta, przejmuje inicjatywę nad sytuacją jak człowiek świadomy siebie i świata, sprawuje kontrolę demiurga nad życiem ludzkim, potęgę władcy, czyli sprawczość tego, który decyduje o kształcie rzeczywistości. Czerwony podnóżek klęcznika działa jak prowokujące zaproszenie do uległości, pokory lub spowiedzi.

Dominuje Henryk, którego postać jest wieloznaczna, ale  naturalna, nienachalnie grana, bez przerysowania. Wszystkie pozostałe postacie są komplementarne, istnieją dla charakterystyki głównego bohatera. To fantomy archetypów ludzi dla niego ważnych, którzy w nim żyją nadal, stworzone już przez niego samego z doświadczeń, kontaktów, relacji, emocji, własnego stosunku do nich. Z nich jest to, co w nim samym ze sobą dyskutuje, boksuje się, kształtuje, wyraża, co ciągle stwarza na nowo w różnych wariantach zachowań i znaczeń. Spuścizna świata bardziej ludzi niż rzeczy odbijająca się w jednostce. Wydobyto z nich to, co uzasadnia zachowanie Henryka, ilustruje jego splątanie, świat uzależnień, relacje międzyludzkie, społeczne. Uruchamia jego potencjał. Inteligencję emocjonalną i społeczną. Odkrywa meandry mentalne i psychiczne. Zagląda w głąb świadomych strachów, podświadomych lęków. Pozwala przyjrzeć się jego genotypowi ciała i ducha. Kondycji człowieka, artysty, jego aspiracji, ambicji i istocie władzy nad sobą, drugim człowiekiem, społeczeństwem. Bada jego możliwości. Zakres jego wpływu na swoje i innych życie. Wizualizuje Gombrowicza imaginarium.

Bohater znajduje się tak naprawdę w przestrzeni nieokreślonej, poza czasem. Ni to sen, ni jawa. Ni rzeczywistość w teatrze, w głowie, w emocjach, pragnieniach, skłonnościach. Świat jest tu wyobrażony, ale ciągle stwarzany na nowo, w różnych konfiguracjach. Raczej jest to kreacja. Wariacja wszystkiego, co w człowieku się kotłuje, walczy ze sobą, w czystej, szczerej, prawdziwej intencji dotarcia do prawdy. Wyrażenia siebie. Sprawdzenia. Stąd ta symulacja poprzez ciągłe zmiany. Odkrywanie. Chęć opisu działania świata, określenia stosunku do niego. Próba ludzkich możliwości wpływania na  jego losy. Sprecyzowania relacji z ludźmi. Pokazania też różnych ról, jakie człowiek jednocześnie  musi odgrywać. Dotykania istoty rzeczy. Sprawdzania swego osobistego, intymnego, sprawczego dotyku na sobie, ludziach, świecie. Sztuka to umożliwia. Może tylko ona potrafi. Nic innego poza nią już nie. 

Spektakl tak bardzo formalny, sformatowany archetypicznie działa na wielu poziomach, staje się bogatym źródłem przeżyć i przemyśleń. To minimalizm, symbolika, metafora, brak rodzajowości na to pozwala/ przestrzeń bez właściwości, postacie w kostiumach tylko znaczących, nie charakterystycznych/. Ciągle nam przypomina o tym, że to teatr, fikcja, ćwiczenie, symulacja. Jak zaproszenie do zabawy. Sugestia czynienia podobnych roszad, obserwacji i eksperymentów  ze samym sobą. Jak propozycja kreacji na terytorium wyobraźni w obrębie własnego doświadczenia, wrażliwości, możliwości. Nieustanne badanie, ustalanie, sprawdzanie kim jesteśmy, jaki mamy wpływ na kształt naszego życia, ludzi, świata. Sztuką można bezboleśnie, bezkrwawo, bezpiecznie przećwiczyć każdą możliwość, wariant, układ, w życiu już niestety nie. 

Koncepcja interpretacji ŚLUBU Anny Augustynowicz działa dzięki jej precyzyjnej pracy reżyserskiej. Każda rola  jest dookreślona, każdy aktor prowadzony konsekwentnie. Wspaniale wypadają wszyscy. Cudownie doskonale. Henryk Grzegorza Falkowskiego to alter ego Gombrowicza ale też może każdym z nas tu i teraz. Zwraca się do nas, my jesteśmy jego dworem, widownią. Celem. Pozostałe postacie: Matki,  Ojca, Władzia, Pijaka, Narzeczonej, Księdza, to część jego niezbywalnej istoty, tego, co go tworzy, określa, definiuje. Więzi, dręczy, uwiera, niepokoi.  Ciągle analizuje je, ocenia, ustawia/reżyseruje/. Walczą ze sobą w każdym z bohaterów lub koegzystują dwa przeciwstawne typy natury ludzkiej i świata- zarówno w charakterystykach postaci, jak i w ich relacjach, sytuacjach- ta wyniesiona, władcza, sprawcza, idealizująca, kreująca i ta podporządkowująca się, upadła, niska, podła i zła. Pogodzenie sprzeczności wydaje się niemożliwe. Nie mogą być akceptowane. 

ŚLUB Anny Augustynowicz pięknie odkrywa nam Gombrowicza, sprawia, że jego język jest komunikatywny, jasny, zrozumiały. Rezygnacja z odniesień do okresu, w którym powstał dramat/rok 1946/, redukcja postaci i wyeliminowanie dyskusji z DZIADAMI Mickiewicza poprzez pozbawienie postaci Pijaka cech diabła, szatana pozbawia sztukę metafizycznego kontekstu. Nie ma tu próby uchwycenia zmierzenia się człowieka z Bogiem, z grzechem. Pijak jest nieokreślonym złem, lękiem współczesnym, pokazuje niemożność komunikowania się z drugim człowiekiem. Jego natura nie jest skutkiem nieposłuszeństwa, sprzeciwienia się woli Boga/buntem anioła/. Akcent rozważań reżyserka przeniosła na współczesne relacje z drugim człowiekiem. Mają czysto ludzki charakter. Jednak w scenie końcowej Pijak tańczy pantomimiczną grę na saksofonie do muzyki POŻEGNANIE OJCZYZNY Ogińskiego. Nie da się całkowicie zerwać z przeszłością, pozbawić nas całkowicie transcendencji. Zawsze w jakiś sposób, w jakiejś formie się ona w nas odzywa. Przez nas przemawia. A może upomina o nas. Bo w sposób naturalny potrzebujemy czegoś, co nas samych przerasta, co nas dowartościowuje, co nam wyjaśni nas samych. Samotni, rozśrodkowani, tylko ludzcy nie jesteśmy w stanie do końca poznać i zrozumieć siebie samych, ludzi, świata, wyrugować z życia tegoo, co jest nieprzewidywalne, nie w naszej mocy. Henryk, Gombrowicz, Augustynowicz próbują rozłożyć na części składowe człowieka. Przyglądają mu się od środka i od zewnątrz. Dają mu władzę, wolność, wolną wolę. W mikro ujęciu indywidualnym i zbiorowym. Wydaje się, że dotykają istoty rzeczy. Pokazują jego intencje, aspiracje, możliwości, potencjał ale widzimy ostatecznie człowieka, który nie może wyjść poza siebie samego. Bo jest niedoskonały, cały w sprzecznościach, w opozycji. Fascynuje i mierzi ta walka zła i dobra, brzydoty i piękna, głupoty i mądrości w człowieku. W tym, co stwarza. Nic dziwnego, że ślubu nie będzie.

ŚLUB WITOLD GOMBROWICZ
reżyseria:Anna Augustynowicz
scenografia: Marek Braun
kostiumy: Wanda Kowalska
muzyka: Jacek Wierzchowski
reżyseria światła: Krzysztof Sendke

obsada: Grzegorz Młudzik, Joanna Matuszak, Grzegorz Falkowski, Jędrzej Wielecki, Magdalena Żak / Magdalena Maścianica, Arkadiusz Buszko, Michał Świtała





piątek, 31 marca 2017

37. WST WYSPA BRAL TEATR PIEŚNI KOZŁA


WYSPA Brala wyłoniła się z BURZY Szekspira, dramatu metaforycznego, refleksyjnego, baśni. Jak światło z ciemności. Biel z czerni. Odbicie z rzeczywistości. Dźwięk z ciszy. Taniec z bezruchu. Opowieść ze źródła pierwotnej emocji. Z intuicji, natury rzeczy. WYSPA jest zwierciadłem, które odbija przeszłość, pokazuje teraźniejszość, zniekształca je i na nowo stwarza. Obserwujemy stan ducha, kondycję ciała Prospera w czasie dwunastu lat spędzonych na wyspie. Wizualizują się te refleksy życia, które pragnie on za wszelką cenę ocalić. To wizje samotnego starca. Wyspa jest więzieniem, konstruktem mentalnym, marzeniem, snem umierającego.
Wnika więc artysta w głąb istoty Prospera, jego świata i życia a ponieważ oczy są zwierciadłem duszy, to ono odbija obraz tego, co przepaść może wraz z odejściem człowieka. Prospero przecież żegna się z życiem, umiera. Lustra i krzesła, światło i mrok, czarne, smutne kostiumy, rzeczywistość i jej odbicie tworzą atmosferę , malują przestrzeń, jej znaczenia, znaki. Forma oczyszczona jest ze wszystkiego co zaciemnić by mogło sceniczny komunikat. Zminimalizowana treść harmonijnie skomponowana z ruchem, dźwiękiem, kolorem, przestrzenią dostraja się do intencji przekazu. Po to, by poprzez wrażliwość widza pobudzić jego wyobraźnię, która rozwinie tropy, impulsy, sugestie sceniczne w indywidualną, intymną opowieść. Działanie artystów ma być inspiracją do wyzwolenia osobistych narracji. By wybrzmiało w człowieku, co ma w sercu i duszy. Najpierw pojawia się emocja, czucie dopiero później rozum tworzy własne historie.

Sztuka sięga tam, gdzie wzrok nie sięga. W głąb. Do przeczucia, intuicji, podświadomości. Poprzez obraz monochromatyczny, brzmienie sugestywnego dźwięku, słowa, pieśni. Wypowiada obrazem przestrzeni, tańcem to, co nie jest lub nie może być zwerbalizowane. Czuciem, emocją artysty działa na czucie, emocje widza. Choć oczywiście wszystko jest dokładnie przemyślane, solidnie przygotowane, ciężko wypracowane.

Obraz jest wystudiowany, choreograficznie dopieszczony, brzmieniowo fascynujący. Światło odgrywa szczególną rolę. Rzeźbi, jak demiurg odkrywa i zasłania, udostępnia i pochłania. Tworzy obrazy komplementarne. Odbicia luster odpowiednio przesuwanych, ustawianych pod różnym kątem, malują konteksty, teatr cieni, konstrukcje. Zmieniają znaczenia rzeczywistości lub ją wzmacniają. To tworzy przestrzeń, która może być więzieniem, szpitalem psychiatrycznym, pułapką, miejscem bez możliwości wyjścia, ucieczki. Ale i spotkania. Kontemplacji. Przeżycia metafizycznego.

Czysta forma spektaklu/symetria, równowaga, prostota, oszczędność środków wyrazu/, jego piękno urzeka. Maksymalnie redukując wszystko, co może być zbędnym, odciągającym uwagę ozdobnikiem, otoczką, dopowiedzeniem, wyjaśnieniem, dodatkowym komentarzem, upomina się o to, byśmy nie stawali się niewolnikami języka, przedmiotów, sensów, które zaciemniają lub fałszują istotę rzeczy. Spektakl nie chce nazywać i wypowiadać wszystkiego do końca. Sygnalizuje, dotyka wyobraźni widza i wycofuje się, zostawia go,  oddając mu pole dla jego własnych skojarzeń, odkryć. Starano się wypracować i pokazać esencję problemu, zjawiska, tematu. Dać mocny impuls. Zwrócić uwagę. Zainteresować. Pobudzić do indywidualnych poszukiwań.
Spektakl hipnotyzuje. Urzeka swoją perfekcją, doskonałością. Treści i formy. Pięknem siły wyrazu, mocą emocjonalnego oddziaływania. Imponuje poziomem przygotowania i wykonania. Czy aby nie za bardzo jest pociągający? Uniwersalny.  Czy jeszcze komunikuje się z nami będąc na tak otwartym poziomie uproszczenia?  Czy rzeczywiście pobudzając  jeden zmysł, uruchamia następny i kolejny? Czy nie zwodzi nas ten obraz jak syreni śpiew sprowadzając na manowce ? Kluczem może być początek spektaklu gdy widzimy na scenie dwie kobiety. Jedna zasłania swe usta ręką i milczy a mimo to komunikuje się, przemawia gestem. Druga mówi. Ale wypowiadając kwestię natychmiast ją kwestionuje, zmieniając brzmienie i intonację głosu. Nic, co widzimy nie można interpretować dosłownie i ostatecznie. Poza dźwiękiem mowy jest równie ważna, przemawiająca cisza milczenia, która też kryje swoje, jeszcze niewypowiedziane historie. Mimo skończonej formy i treści spektaklu, jego estetycznej pełni opowieść rozwija się. W każdym z nas żyje na wiele sposobów nadal. Nie pozwoli o sobie zapomnieć. Refleksy pamięci będą nam tworzyć nowe narracje, znaczenia. I tak jak sam spektakl możemy poddawać w wątpliwość, nie zgadzać się z nim, tak i z własnymi jego rozwinięciami możemy robić. 
"Od nas zależy, w jakim obudzimy się śnie"-mówi Bral, reżyser spektaklu. A ponieważ umieramy od urodzenia, prawdopodobnie już ten sen, Prosperowi podobni, śnimy. Bo może zawsze jesteśmy samotną wyspą, w której obrębie toczy się niejedna burza, następują nieuchronne zmiany. Może jesteśmy uwięzieni w sobie, niewyrażeni, z własnej lub losu woli. Zmierzamy ku śmierci,  to pewne. Ale też ciągle marzymy, że może da się coś z nas dla świata ocalić, by żyło jeśli nie wiecznie, to czas jakiś jeszcze. Nie wszystek chcemy umrzeć. Nie do cna przepaść. Nie bez śladu. No cóż, cuda się zdarzają. Dowodem jest w tym temacie Szekspir. Powodzenia:)
WYSPA
reżyseria: Grzegorz Bral
muzyka: Jean Claude Acquaviva, Maciej Rychły
choreografia: Ivan Perez Aviles
dramaturgia: Alicja Bral
przygotowanie pieśni: Łukasz Wójcik
przygotowanie chóru: Kelvin Chan

obsada: Anu Almagro, Julianna Bloodgood, Jenny Kaatz, Olga Kunicka, Natalia Voskoboynikova, Magdalena Kumorek, Katarzyna Janekowicz, Magdalena Wojnarowska, Dimitris Varkas, Kelvin Chan, Michał Rudaś, Łukasz Wójcik, Peyman Fallahian Sichani Tancerze: Christopher Tandy, Inés Belder Nácher,Baptiste Ménard, Orla Mc Carthy, Leon Poulton, Carline Mougenot

premiera: 1.12.2016

czwartek, 30 marca 2017

ŁOMATKO! FESTIWAL NOWE EPIFANIE/GORZKIE ŻALE 2017

 
Spektakl ŁOMATKO! w wykonaniu grupy spektaklowej GS Zakrzewo, którą wspomógł chór z Warszawy, wzruszył. Zaimponował. Wyzwolił radość. Przyjemnie było obserwować na scenie społeczność Zakrzewia tworzącą wspólnotę, amatorów i profesjonalistów, potrafiącą zjednoczyć się wokół tematu MATKI. Matki rodzicielki, Matki Boskiej, Matki Ziemi, Matki Ojczyzny. Powstał wyjątkowy autorski spektakl. Osobisty, intymny, religijny. Mikołaj Mikołajczyk, znany tancerz i choreograf, skomponował interesujący, emocjonalny obraz przenikającego się sacrum z profanum wykorzystując różnorodne formy ekspresji /taniec, muzyka, śpiew, instalacje, pantomima/, który wyzwolił zaskakującą energię, pobudził do refleksji.

W tym spotkaniu ważne jest ono samo. Skupienie, wspólny czas, poświęcona praca, włożony wysiłek w to, by przygotować osobistą wypowiedź na temat, który jest społeczności i jej członkom ważny i bardzo bliski. Dotyczy wszystkich bezpośrednio i głęboko. Określa szczególną relację z najbliższymi, w tym wypadku z własną matką, bo mówi o uczuciu, obowiązku i powinności, która jest niezbędna ale nie jest ciężarem. Pokazuje, jak obecność matki wpływa na budowanie więzi z drugim człowiekiem, uczy kontaktu ze światem, z Bogiem. To wspólne obcowanie tych, którzy są profesjonalistami z tymi, którzy się dopiero uczą, tych, którzy wkraczają w życie z tymi, którzy się z nim już żegnają, przenikanie się tego co ziemskie z tym co transcendentne jest znamienne i ważne, wzruszające ale stanowi naturalną kolej rzeczy. Wynosi codzienność, normalność, naturalność do wymiaru boskiego porządku. Przywraca równowagę. Spokój. Porządkuje życie i świat wartości. Upomina się o wzajemny szacunek, troskę, uwagę. Uczy jak w prostych słowach można podziękować za trud matki włożony w wychowanie dziecka. I nigdy nie jest na to za późno.

Spektakl zaczyna się od procesji, w której uczestniczą wszyscy: starzy i młodzi, kobiety w ciąży. To święto Matki Boskiej. Zgromadzeni wspólnie śpiewają religijną pieśń, odmawiają modlitwę "Zdrowaś Mario", litanię, operowym głosem zaśpiewana jest pięknie "Ave Maria". Wypowiadane są osobiste podziękowania matce, wysłuchujemy osobistych wyznań, które są jednocześnie prostym, czułym wspomnieniem. Temat macierzyństwa, rodzicielstwa jest wiodący. Wyrażany na wiele sposobów. Scenografię tworzy gigantyczna niebieska sukienka  z białym kołnierzykiem zawieszona u powały, białe balony jak symbole czystości. Jest czas wypoczynku, snu jak marzenia, modlitwy i dziękczynienia, złożenia hołdu osobie, której zawdzięcza się życie, opiekę, wychowanie. To, kim się jest. To, co decyduje o człowieczeństwie. Lecz nie tylko. Pojawia się metaforyczna instalacja z zieloną, okrągłą płachtą a pod koniec spektaklu z nadmuchiwaną olbrzymią białą poduchą. Starsi aktorzy, Dziadki, noszą dziecięce mundurki/białe koszule, czarne spódnice lub krótkie spodnie, podkolanówki, czarne lub białe czapki/, nakładają na nie od czasu do czasu błękitne bluzy z naszytymi złotymi skrzydłami. Ubierają w pewnym momencie duże, niebieskie, plastikowe torby- pewnie pielgrzymują. Młodzi, Wnuki, mają futurystyczne, fluorescencyjne kombinezony interesująco prezentujące się w tańcu. Są kolejnym pokoleniem wkraczającym w dorosłość. Pomiędzy Dziadkami i Wnukami ciągle jest obecny Mikołaj Mikołajczyk, demiurg, który tańczy, koryguje grę, ustawienia aktorów na scenie, czuwa nad spektaklem. Perfekcyjny, uważny, delikatny.

Jest w tym spektaklu udzielająca się widzom radość bycia razem, uczestniczenia w tworzeniu intymnej teatralnej wypowiedzi wspólnoty, która się nie wstydzi prostoty, bezpośredniości, intymności, która akceptuje siebie taką, jaka jest. Nie gubi pokazania przenikania się życia ze sztuką, łączy dojrzałość z młodością, wiedzę z przeczuciem, wiarę z intuicją wskazując na współistnienie sprzeczności.  Ma możliwość wypowiedzi na scenie przed publicznością, co  jednoczy zgromadzonych wokół tematu, który jest bliski wszystkim bez wyjątku, staje się okazją dzielenia tym, co uznaje za ważne. Z przekonaniem, że  jest to działanie w słusznej sprawie, powinność wypełniająca misję.

Nie jest łatwo pisać o tym spektaklu, który ma swój charakter, estetykę, klimat. Niewymuszoną spontaniczność, specyficzną artystyczną ekspresję. Nie sposób ocenić wiary, która pomaga ludziom przejść szczęśliwie nawet przez najokrutniejsze życie. Miłości w okruchach rytuału codzienności- prostych, naturalnych czynnościach i gestach.



ŁOMATKO!
reżyseria i choreografia: Mikołaj Mikołajczyk
scenografia: Łukasz Błażejewski
muzyka: Maciej Zakrzewski, Szymon Szopiński, Jakub Mitoraj
wideo: Weronika Silarz i Alina Senik
realizacja dźwięku i światła: Henryk Szopiński
producent spektaklu – Barbara Matysek-Szopińska, (Dyrektor Domu Polskiego w Zakrzewie).
obsada:

Taniec: Łukasz Rochna i Justyna Kalbarczyk
Śpiew: Małgorzata Wojciechowska
Chór „Grochów” pod dyrekcją Mai Kłoskowskiej
Grupa Spektaklowa GS Zakrzewo:
Dziadki – Łucja Podlewska, Danusia Zdrenka, Maryla Trokowska, Ala Dąbek, Ula Chaubek, Gienia Płaczek, Jurek Podlewski, Edmund Bindek, Jan Wojciechowski Janusz Okoński, Jan Cieślik, Bodziu Dąbrowski.
Wnuki – Ada Mielke, Kinga Szopińska, Edyta Radke, Pamela Borkowska, Klaudia Pioch, Hubert Mielke.

premiera: 24.03.2017, STUDIO teatrgaleria