niedziela, 31 stycznia 2016

DZIENNIKI MAJDANU TEATR POWSZECHNY

autor plakatu: Homework: Joanna Górska, Jerzy Skakun

Majdan, w istocie archetyp każdego powstania, to już historia.  Zainteresowanie ukraińską rewolucją przygasło choć jej konsekwencje skutkują do dziś. Wojna. Niestabilna sytuacja, ciężkie warunki egzystencjalne, emigracja. Brak ostatecznych rozwiązań politycznych, poprawy ekonomicznej Ukrainy, jej mieszkańców. Majdan to symbol oddolnego, niezorganizowanego sprzeciwu wobec braku wolności, niezależności, zmian. DZIENNIKI przemawiają głosami zwykłych ludzi, ilustrują stan ich świadomości, wyzwalającą się mentalność z okowów poddańczego systemu: studentów, kierowców z grupy Automajdan, wolontariuszy pracujących w kuchniach na Majdanie, dziennikarzy, twórców, którzy brali udział w ukraińskiej rewolucji. Tworzą poruszający obraz walki od pierwszych protestów studenckich w listopadzie 2013 r. i pierwszej interwencji Berkutu w nocy z 29 na 30 listopada, przez wielką demonstrację 1 grudnia, „leninopad” czy obalanie pomników Lenina, szturm Majdanu 10 grudnia aż po tragiczne wydarzenia z 18 i 19 lutego 2014 r., kiedy ponad sto osób zginęło od kul snajperów.

Na scenie obserwujemy rewolucjonistów nakładających  warstwa na warstwę ubrania, uzbrajających się  w co popadnie, zabezpieczających głowy kaskami, ramiona, nogi, ręce dodatkowymi ochraniaczami. Rozbrajają lęk, unieważniają dotychczasowe życie. Uzbrajają się na walkę, śmierć. Nic nie było ważniejsze niż obecność, udział, walka. Solidarne trwanie. I to cudowne poczucie wolności, nadziei i wiary, że można w końcu razem coś zmienić. Osobiście wywalczyć. Wystarczy na Majdanie, rewirze prawdziwego braterstwa, być. Czuć sens działania. Być gotowym ponieść najwyższą ofiarę. Ten stan emocjonalnego uniesienia był bezcenną wartością. I na pewno pozostał w tych, którzy go doświadczyli. Bo do czasu Majdanu naród czuł się wtłoczony do bagażnika, wieziony samochodem w nieznanym im kierunku, bez ich woli. Wydarzenia pozwoliły im wyjść z tego więzienia, zachłysnąć się świeżym powietrzem, spojrzeć poza horyzont, stanąć wyprostowanym w pozycji godnej wolnego człowieka, decydować o sobie. Choć przez mgnienie. Bo pozostała świadomość, że znów będą na powrót wtłoczeni do bagażnika. Jednak czas wyzwolenia, solidarnej walki owocować będzie w przyszłości. Ta nauka nie pójdzie na marne.

DZIENNIKI MAJDANU pozostaną świadectwem niespełnionej, cynicznie wykorzystanej politycznie rewolucji. Okupionej krwią, cierpieniem, bólem. Z czasem się pewnie dowiemy czy nie była brutalną manipulacją, prowokacją antycypującą wydarzenia wojenne nie liczącą się z życiem ludzkim, z marzeniem każdego człowieka o samostanowieniu, wolności, pozbawiającym go nadziei, że jeśli tylko zechce, to sam jeden cały świat może wyzwolić, uratować, zmienić. Pozostawiając go złamanym, bezsilnym wobec wyzwań, działań, które podejmuje. Znów z paraliżującym wolę strachem patrzącym w przyszłość.

Tym bardziej warto wrócić do źródeł, do początku, do DZIENNIKÓW MAJDANU w Teatrze Powszechnym. Pokazują piękno aktu zjednoczenia, zacierania się granic między ludźmi, solidarności, heroizmu, odwagi, współczucia, empatii ale i rodzenia się chęci zemsty, wojny. Jest to czuły, poruszający materiał dokumentalny o ludziach. I dopiero dziś koncepcja reżyserska Wojtka Klemma, która na scenie urzeczywistnia się artystycznym wykalkulowanym, precyzyjnym, chłodnym obrazem powściąganych emocji, dystansem do spontanicznie kształtującego się powstania, zrywu ludzi walczących o demokratyczną, wolną Ukrainę ma sens, przemawia wygaszonym żarem nadziei, roztrwonionym potencjałem poświęcenia, ma smak gorzkiego rozczarowania. Wykorzystania ofiary całopalenia.


DZIENNIKI MAJDANU NATALIA WOROŻBYT
reżyseria: Wojtek Klemm
tłumaczenie: Agnieszka Lubomira Piotrowska
scenografia: Anna Met
muzyka: Micha Kaplan
ruch sceniczny: Efrat Stempler
dramaturgia: Joanna Wichowska
asystentka scenografki: Dorka Budacz

obsada: Paulina Chruściel, Paulina Holtz, Maria Robaszkiewicz, Grzegorz Falkowski, Michał Napiątek, Michał Sitarski, Kazimierz Wysota


data premiery: 24-10-2014

JULIUSZ CEZAR WYSOCKA TEATR POWSZECHNY



JULIUSZ CEZAR Williama Szekspira wyreżyserowany przez Barbarę Wysocką to teatr współczesny. Czy nazwiemy go political fiction, klasyką o modnej twarzy aktualności czy teatrem aluzyjnym, nie pomylimy się. W konstrukcji, kompozycji, sposobie traktowania tekstu, grze aktorskiej to sztuka postdramatyczna, bo wywraca wszystko w dramacie dostosowując go do estetyki tu i teraz podlinkowanej tam, gdzie znajduje doładowanie znaczeń, kontekstów i wzmacnia przekaz, komunikację. Stylistyką kojarzy się z Tarantino/ krwista, krzykliwa rozróba, mega beka na scenie- misiowaty Juliusz Cezar, bitwa na kule papierowe, pistolety zamiast sztyletów, mazanie twarzy i rąk w czerwonej farbie po dokonanej zbrodni, tragedia bez tragedii, brak powagi, patosu, wzniosłości, itd./, jednak ufundowany  na uniwersalnej prawdzie o naturze człowieka, psychologii tłumu i tego co buduje w sferze publicznej, społecznej. To spektakl polityczny, bo władza jest głównym bohaterem sztuki, jej dotyczy, o niej opowiada.  I w kontekście tej władzy polityków motywacje, łatwość poczucia się w działaniach bezkarnym, pysznym, próżnym sługą bardziej zła niż dobra. Korzyści własnej jednostki niż dobra ogółu. Odkrywa mechanizmy zdobywania władzy, sposoby jej sprawowania. I co z tego wynika w formule ponadczasowej prawdy zachowania jednostek, grup określonych opcji politycznych i tłumu w warunkach stosowania manipulacji jako głównego narzędzia wpływania na opinię publiczną, kształtowania nastrojów społecznych, kontekstów politycznych. Odżywają obawy przed skutkami jedynowładztwa mogącego skutkować  tyranią, dyktaturą lub rządami grupy osób, która mając sprzeczne indywidualne interesy i nie potrafiąc się porozumieć co do dobra wspólnego w efekcie generuje chaos, korupcję, funduje narodowi dekonstrukcję państwa. A więc chodzi o poważne zagrożenia spowodowane wynaturzeniami w sprawowaniu władzy.

A wszystko po to, by  skomunikować się ze współczesnym widzem. Przemówić jego językiem. Dramat Szekspira nie brzmi anachronicznie a lekko, współcześnie. Choć wykorzystanie estetyki współczesnego kina, nowego typu narracji: prostej, poszarpanej, nielinearnej, zwięzłej, wyrazistej, zamiana bohaterów w kabaretowe, niepoważne kalki portretów współczesnych polityków, odnosząc się do kontekstów bieżącej polityki/np.: Jaruzelski z offu, 500 zł na dziecko PiSu/, tekstu konstytucji, doświadczeń, emocji, wiedzy widza oraz fragmentów piosenek KULTU, REPUBLIKI, BRYGADY KRYZYS-nagromadzenie wielu działań scenicznych, form narracji, informacji- rozbija dramaturgię przekazu. Nie ma napięcia, nie ma strachu, zapierającej dech w piersiach prawdy. Wszystko wiemy, wszystko rozumiemy. Bo rozpoznanie czeka w nas, widzach, gotowe do użycia. Kulminacja jest na początku spektaklu, jak u Hitchcocka. Juliusz Cezar leży pod całunem zakrwawionego prześcieradła, nad nim zabójcy we krwi ofiary jak sępy, jeszcze zdenerwowani, podnieceni/WŚCIEKŁE PSY Tarantino/. Później już pozostaje zabawa w szukanie tropów, rozwiązywanie rebusów, zrozumienie zmartwychwstań Juliusza Cezara, odczytanie gagów scenicznych, nieoczekiwanych zamian; kostiumów na współczesne, gry ról męskich przez kobiety, redukcji postaci, propozycji układów choreograficznych, koncepcji reżyserskiej, itd. Jesteśmy na szlaku z drogowskazami linkami. I to się dobrze ogląda.  Dramaturgia nie jest tu ważna a intencja, przesłanie, ostateczny przekaz i wrażenie. Co w nas porusza sztuka, co z nami robi, co po niej w nas zostaje. Pojemność znaczeń. Poczucie, że inscenizacja bez dramaturgii, bez narracji linearnej, przejrzystej, do jakiej wielu jest przyzwyczajonych, działa. Nawiązuje z nami kontakt, bo my sami w taki właśnie sposób zarówno w życiu prywatnym, jak i publicznym powszechnie porozumiewamy się i działamy.

Gra aktorska  konsekwentnie nie jest dramatyczna, akademicka, koturnowa ale jakby przeniesiona z mediów, sejmu, konferencji prasowych, ulicy, domów, szkoły, knajpy, pracy pozostaje kompatybilna z zachowaniami, reakcjami, stylem bycia nam współczesnym.  Właściwie postaci nie mówią Szekspirem a nami, do nas. Zachowują się nie jak Rzymianie, a jak my sami. Nic dziwnego, noszą garnitury, ubrania nie wyróżniające się w tłumie ulicznym, teatralnym, kinowym, kibolskim czy konferencyjnym, korporacyjnym, parlamentarnym. Nic dziwnego, bo scenografia Barbary Hanickiej to piramidalne spiętrzenie foteli teatralnych  lub sejmowych lub kinowych a nawet stadionowych, jeśli się uprzemy lub uwolnimy wyobraźnię. Bezceremonialnie podpalanych, przekrzywionych po przewrocie, jak po przejęciu władzy, kibolskiej bójce, ulicznych zamieszkach. Wszystko, cała przestrzeń sceniczna też się wynaturza. Historia kołem się toczy/obrotówka/. Historia zadymiara. Nic dziwnego, że niektórzy aktorzy grają kilka ról. Jesteśmy przecież do siebie tak bardzo podobni, zunifikowani. Gramy różne role. Wyróżnia się Juliusz Cezar, ni to grający ciałem, mówiący monosylabami z pełnymi ustami chińszczyzny Kiepski, ni to duch błąkający się w czasoprzestrzeni, ni wieczny archetyp przywódcy, który przez przypadek lub szczęście zdobywa władzę, bo trudno, by taki typ wykazywał się choćby śladem mądrości, przebiegłości, sprytu. Brutus i reszta spiskowców to prymitywni gangsterzy, politykierzy, rozbrykane chłoptasie indywidualnie grający na siebie, skorumpowani, skłóceni. Bez przyszłości. Motywacje ich nie są jasne, czytelne. Interesy, i owszem, tak. Tak jakoś się spiskowcom raz udaje, raz nie. Inaczej uśmierciliby Marka Antoniusza, swego wroga politycznego, a na pewno nie dopuściliby go do głosu na pogrzebie przyjaciela. W tej roli Barbara Wysocka dokonuje ostrej interwencji. W podwójnej a nawet potrójnej roli reżyserki-spektaklu i w spektaklu- używa wszelkich sposobów: retorycznych, erystycznych, manipulacyjnych, formalnych/czyta tekst+didaskalia/, kobiecej przewrotności, przebiegłości, itd, by porażkę Cezara obrócić w Marka Antoniusza przyszłe zwycięstwo. Reżyseruje też nami, widzami. Bo tu o nas chodzi. O nas tu i teraz. To pewne choć nie wprost oczywiste. Już na początku spektaklu aktorzy włączają brutalnie widzów do akcji odsyłając ich do domów, pytając bezceremonialnie tekstem Szekspira o zawód i "Po co zwołujesz uliczne pochody?"/obecnie tak liczne/,  "Durniu", "Tępi głupcy, głupcy", by połączyć tym gestem scenę z widownią, urealniając fikcję inscenizacji. Tłum uliczny Rzymu to my, widzowie Warszawy poddawani presji manipulacji, zmuszeni do poczucia jej na własnej skórze. I to dopiero działa! Od razu angażuje widzów.

I co dalej z tym zrobimy? A zrobimy? W istocie doświadczamy w teatrze stanów już rozpoznanych, oswojonych. Przeglądamy się w nich i utwierdzamy w dawno przepracowanym temacie. Uspokajamy się, stwierdzając, że inni tak samo myślą jak my. I jest nam dobrze. Nie ma rewolucji. Nie ma wstrząsu. Przewartościowania. Tylko delikatny kuksaniec. Powtórka z historii powtórką z Szekspira.

Spektakle Teatru Powszechnego w Warszawie są jak ich plakaty. Recenzują w kontrastowych skrajnościach. Tylko biel i czerń. Bez cieni, półcieni, jakichkolwiek walorów, stanów pośrednich. Powściągliwie, oszczędnie, jednoznacznie. Ta prostota pociąga. I prowokuje, by samemu dołożyć coś od siebie. Z doświadczenia, z przekory, z wyobraźni. I choć teatr deklaruje, że się wtrąca, to i my, widzowie, ze swoją wrażliwością, brakiem pokory wobec świętości mamy się wtrącać. O nas toczy się bój w teatrze, byśmy już indywidualnie i zbiorowo toczyli bój o siebie w rzeczywistości.

Ale czy warto i po co nam wolność, jeśli mamy telewizję i czekamy, czekamy, wciąż czekamy na sygnał z Centrali*. W chocholim tańcu demokracji pogrążeni. Odrażający, okrutni i źli "jesteśmy tylko kroplą w strumieniu ludzkich dziejów"**. Manipulowani manipulujemy.                                        

*trawestacja użytych w spektaklu cytatów tekstów piosenek
** cytat odczytywanego przez generała Jaruzelskiego przemówienia wprowadzającego stan wojenny/13.12.1981/, przywołany z offu na koniec spektaklu/jego, Jaruzelskiego- architekta polskiego socjalizmu, tyrana czy nie niech każdy osobiście sobie zważy- duch żyje pośród nas jak duch Cezara na trybunach po jego śmierci na scenie/.

Sztuka otrzymała Złotego Yoricka 23 za najlepszą polską inscenizację dzieł dramatycznych Williama Szekspira za sezon 2015/2016.

JULIUSZ CEZAR  WILLIAM SHAKESPEARE


przekład - Stanisław Barańczak
reżyseria - Barbara Wysocka
dramaturgia - Tomasz Śpiewak
scenografia - Barbara Hanicka
kostiumy - Julia Kornacka
reżyseria światła - Artur Sienicki
asystentka reżysera - Marta Aksztin
asystentka kostiumografa - Kornelia Dzikowska
inspicjentka - Barbara Sadowska
obsada: Anna Moskal, Barbara Wysocka, Arkadiusz Brykalski, Michał Czachor, Grzegorz Falkowski, Michał Jarmicki i Mateusz Lasowski.

piątek, 29 stycznia 2016

ŁASKAWOŚĆ TYTUSA MOZART IVO VAN HOVE TEATR WIELKI OPERA NARODOWA


Widzimy Tytusa, cesarza Rzymu, gotowego, dojrzałego do władzy przywódcę narodu, który go akceptuje takim jaki jest. A ten odważnie patrzy w niebo, łącząc się z boską opatrznością w swej całej człowieczej, bo nie tylko cesarskiej wielkości. A poprzez oko kamery prosto w nasze, widzów oczy. Oto człowiek szlachetny, prawy, mądry. Łaskawy. „Władca ułaskawiający zdrajców? Zawsze wspaniałomyślny i dobry.”
Opera to bogactwo. Róg obfitości. Libretto jak lapidarny, prosty, esencjonalny w opisie scenariusz dotyka istoty rzeczy. Scenografia tworzy wizualny nastrój, kostiumy podkreślają charakter postaci. Zyskuje na znaczeniu gra aktorska, która wpływa na działanie dramaturgii. Ale wszystko to przygrywka, w ostateczności znaczące ale nie decydujące wzmacniacze atrakcyjności, które winny podnieść rangę dzieła. Najważniejsza jest muzyka oraz poziom orkiestrowego i wokalnego wykonania. To w ariach zawiera się cały potencjał uczuciowo emocjonalny, który ma wyrażać prawdę o bohaterze, jego historii, by słuchacza przekonała, była wiarygodna. Niektórym miłośnikom opery wystarcza  jej koncertowe wystawienie. Gdy rozczarowuje lub oburza inscenizacja, można zawsze zamknąć oczy.

Tym razem inscenizacja i warstwa muzyczno-wokalna pozostawały w równowadze. Orkiestra nie zagłuszała śpiewu, nie stawała w kontrze. Poprawnie ze sceną współistniała. Scenografia- nowocześnie umeblowany pokój hotelowy, ekran nad sceną tworzący obrazy z wybranych zbliżeń kamery, dodatkowa widownia dla chóru za oknami naprzeciw właściwej widowni- była niezmienna. To miejsce różnych spotkań/politycznych, przyjacielskich, publicznych, kochanków/, rozmów /biznesowych, spiskowych, osobistych, intymnych i oficjalnych/, miejsce zbrodni. Neutralne, bez właściwości. Jakby te wszystkie światy sceniczne były uwięzione, zdeterminowane w jednym punkcie czasoprzestrzeni. I nie chciały odrywać uwagi od muzyki. Kostiumy w kolorystyce i charakterze otoczenia odnoszą się do naszych czasów. Męskie postaci w garniturach, żeńskie w pięknych eleganckich strojach. Całość doskonale komponuje stylistycznie współczesny kontekst wydarzeń. Łączy stare z nowym,  odsłaniając uniwersalny charakter przesłania. Prawdę o władzy i ludziach. Ambicjach i celach kobiet i mężczyzn. Powinnościach władcy wobec narodu i najbliższych mu osób. Przyjaciela wobec władcy i ukochanej kobiety. Co doskonale podkreśla dramaturgiczne zabiegi, wybory, decyzje Ivo van Hove, belgijskiego reżysera teatralnego, tym razem pracującego dla opery. Gra aktorska śpiewaków operowych była fantastyczna, co doskonale można było ocenić na zbliżeniach kamery. Ruch sceniczny perfekcyjny, podkreślał dramatyzm sytuacji. Spajał warstwę wizualno- muzyczną w jednię artystycznego, jasnego przekazu. Mnie się ten przekaz podobał.

Choćby początek. Słuchamy uwertury a wzrok ma czas na wniknięcie w przestrzeń przyszłych wydarzeń. Oswojenie się. Rozpoznanie miejsca zbrodni, jeszcze całkowicie, według standardu hotelowego, uładzonego. Jakbyśmy właśnie otworzyli drzwi i weszli do wnętrza. Wzrok przesuwa się po pokoju. Oto stojące duże owalne lustro, jeszcze nieskazitelnie czyste, na podłodze wazon z kwiatami, szezlong, zaścielone podwójne łoże nad nim ekran z obrazem, ujęciem barku widzianego z góry, stojące lampy, krzesła, barek z alkoholem, czajnikiem z herbatą, kryształowymi szklankami, telefon, popielniczka na biurku, kosz na śmieci obok. A przy nim nieruchomo siedząca postać mężczyzny w średnim wieku. Oko kamery zaczyna niewidocznie krążyć wokół zastygłej, poważnej, jakby nieobecnej, niewzruszonej twarzy mężczyzny, pokazując ją na ekranie  jak skanowane popiersie. Jak element wyposażenia, gwarantowany w cenie. Anonimowy gość hotelowy, w szlafroku i jednocześnie Tytus, cesarz Rzymu samotny w przestrzeni ni to prywatnej, ni to publicznej. Neutralnej.

Mamy trzy pary, w tym jednego mężczyznę, Tytusa, który ma władzę i uznaje powinności wobec przyjaciela i narodu w zgodzie z samym sobą, co wydaje się sprzeczne gdy przychodzi mu osądzić i ukarać zdradę Sesto, poddanego ale i przyjaciela.  Tytus pragnie zrozumieć, jak do niej doszło i dlaczego. A tu miłość mężczyzny /Sesto/ w służbie ambicji i zemsty za lekceważenie kobiety /Vitellia/ dopuszcza się zdrady wobec wiernego przyjaciela, jednocześnie pana i władcy. Która miłość jest ważniejsza: ta braterska wynikająca z więzi przyjaźni czystej, oddanej, wiernej, lojalnej czy miłość do kobiety, obiektu męskiego pożądania? To dylemat Sesto. Która powinność jest ważniejsza: ratunek starego przyjaciela czy sprawiedliwy, surowy wyrok władcy za zdradę, spisek poddanego? To dylemat Tytusa.

Berenice, prawdziwa miłość Tytusa, odchodzi w spokoju, zrozumieniu sytuacji, pogodzona z decyzją ukochanego, gdy ten zostaje cesarzem i musi poślubić godną Rzymu kobietę. Servila nią jest ale wyznaje prawdę Tytusowi, gdy ten ją wybiera na żonę. Mówi mu, ze kocha innego a Tytus to szczere przyznanie się do uczucia skierowanego do innego mężczyzny i walkę o nie uszanował i zwrócił jej wolność. Mogła pozostać z Annio, którego kocha. Tylko Vitellia, kolejna pretendentka do roli cesarzowej, nie może się pogodzić z tym, że została początkowo pominięta w wyborze na żonę Tytusa. Odczytuje to jako zniewagę, odrzucenie. Uznanie, że jest nie dość piękna i godna a ma wygórowane ambicje polityczne, pragnie dla siebie władzy. Okrutnie dotknięta początkowym pominięciem, szykuje zemstę, perfidnie wykorzystując do tego ukochanego, Sesto. Postępuje haniebnie i podle manipulując nim, szantażując go, wywierając na nim presję. Zmusza Sesto, by sprzeniewierzył się temu, kto był zawsze dla niego hojny, wierny mu i bardzo bliski. By zdradził. By nie był lojalny. I to jest ta zbrodnia. Sesto spiskował ale nie może jednak wybaczyć sobie, że był w stanie to zrobić. Zabił nie tylko przyjaźń ale i to, co w nim samym było szlachetne i czyste. A łaskawość Tytusa niczego nie zmieniła w jego osobistej ocenie czynu. Nie jest pobłażliwy w stosunku do własnej osoby. Póki żyć będzie, jego pamięć zachowa prawdę i on sam sobie nigdy nie wybaczy tego, co zrobił. Nie sprzeciwił się żądaniu kobiety. Ale choć zachował się niegodnie, serce miał czyste.

Był słaby. Jakby sam był kobietą słabą, bezwolną, posłuszną, podporządkowaną. I postać tę gra kobieta/podobnie jak rolę męską Annio/. Śpiewem wyraża swój dramat, rozdarcie, uwikłanie emocjonalne i brak woli sprzeciwu wobec zła, które żąda dowodu miłości, samo będąc miłością fałszywą. Tytus, zdradzony przez Sesto, przeżywa dylematy jako osoba prywatna i władca. Ale udało mu się z opresji wybrnąć zwycięsko, choć gorzką lekcję zafundowało mu życie. Jego miękkość, czułość, wahanie przybiera ostatecznie postać dojrzałych, mądrych, choć kontrowersyjnych decyzji.  Władza cesarska nie dotyczy tylko powinności wobec narodu ale i wobec siebie samego-wierności temu, jakim się jest naprawdę i jakim się chce pozostać mimo sprawowanej władzy-a w konsekwencji wobec przyjaciela. Libretto nie roztrząsa jego dylematu, cierpienia Tytusa z powodu konieczności rozstania z kobietą, którą  naprawdę mocno kocha a musi ją odprawić z Rzymu. Przyjaciel, jego ocalenie jest ważniejsze. Dla Sesto kobieta jest ważniejsza. Tytus uporczywie docieka motywu, przyczyny zdrady. To one go zajmują, intrygują, nie dają spokoju. Tytus wstrząśnięty jest, gdy dowiaduje się, że to kobieta za wszystkim stała. Poddała próbie nie kobiecą a męską miłość. Jej działania sprawdziły dojrzałość Tytusa do sprawowania władzy. Doświadczyły Sysco, który ją kochał bezgranicznie, nie zdradził jej do końca. Nie ujawnił jej udziału w spisku. Vitellia sama się do wszystkiego przyznała. Poniosła klęskę. Akcja jest zaplątana a moralne dylematy, psychologiczne i moralne racje podejmowanych decyzji, działań tak naprawdę nieoczywiste, niejasne do końca. Jednak wszystko godzi muzyka, wyrażająca stany emocjonalne bohaterów. I maestria wykonania. Wrażenie ogólne.

Przyznaję, sprzeczności pomiędzy tekstem a tym, co się działo na scenie mogło irytować niektórych widzów. Opatrzyły się też już trochę te pomysły inscenizacyjne we wnętrzach sterylnych, bogatych, zimnych, emocjonalnie obojętnych, pozbawionych indywidualnych cech. Nie odtwarzających nastroju wewnętrznych krajobrazów bohaterów. Tu scenografia była efektowna, schematyczna, w sumie prosta. Funkcjonalna. Skupiała wiele przestrzeni w jednej kompozycji. A dopiero oko kamery penetrowało, wdzierało się głębiej, bo bliżej i indywidualizowało przekaz poszczególnych scen. To połączenie ogółu i szczegółu uzupełniało się, rozszerzało pole widzenia. Na pewno w pewnym momencie zastanawiał wielu bałagan na scenie, jakby miejsce było przeszukiwane. Zrujnowane relacje międzyludzkie zilustrowane zostały naruszeniem porządku przestrzeni. Można się było zdziwić oznakowywaniu przedmiotów jak na miejscu zbrodni, wiemy przecież, że nikt nie zginął. Z drugiej strony był spisek na cezara, szukano dowodów. Tak kongenialne przenoszenie sensów akcji nie było potrzebne. Tu dramaturgia narzuca zbrodnię, śledztwo, przesłuchanie, wizję lokalną, sąd, ogłoszenie wyroku.

Spotkanie z operą może wbić w kompleksy. Pozostaje zdarzeniem niecodziennym, wyjątkowym. Opera - wielkie problemy, głębokie  psychologiczne splątanie,  skomplikowane dylematy bohaterów, piękno muzyki i arii Mozarta. Może dla niektórych nie najpiękniejsze, nie przebojowe, ale jak cudownie zaśpiewane/brawo dla subtelnego, precyzyjnego Charlesa Workmana oraz zjawiskowo intymnej i wzruszająco dramatycznej Anny Bonitatibus!!/ i zagrane przez orkiestrę/brawo dla dyrygenta Benjamina Bayla!!/. Pozostali, mimo zastrzeżeń krytyki, też nie schodzili z wysokiego, zadowalającego poziomu.

To był udany wieczór operowy i jakże daleki od przyziemnego naszego życia powszedniego. Naszej osobistej, codziennej skali. Inscenizacja działała z niesłychaną intensywnością. Wdarła się kombinacją dźwięku i obrazu w świat widza i słuchacza, dotarła do jego najskrytszych rewirów. Uruchomiła emocje, w ich wyniku gorące owacje. Tym razem było pięknie, dramatycznie, wzniośle. Znaleźliśmy się w operowym przedsionku nieba. I, jak wytrawni operomani donoszą, występ wtorkowy, ostatni, był lepszy od niedzielnego.


ŁASKAWOŚĆ TYTUSA  La Clemenza di Tito
WOLFGANG AMADEUS MOZART
Koprodukcja Teatru Wielkiego Opery Narodowej z brukselską operą La Monnaie (De Munt)
premiera w 2013 roku
Obsada w dniu:
2016-01-26 | 19:00








Charles Workman
Tito



Ewa Vesin
Vitellia


Anna Bonitatibus
Sesto



Katarzyna Trylnik
Servilia



Krzysztof Bączyk
Publio



Anna Bernacka
Annio



Chór i Orkiestra Teatru Wielkiego - Opery Narodowej
fot.http://teatrwielki.pl/repertuar/kalendarium/2015-2016/laskawosc-tytusa/

poniedziałek, 25 stycznia 2016

JANE EYRE BRYSTOL OLD VIC NATIONAL THEATRE LIVE



Literatura Charlotte Brontë nadal inspiruje. Tym razem teatr. A poprzez teatr nas, widzów. Zdumiewa aktualność pomysłowej, ascetycznej inscenizacji wzbogaconej o muzykę i fenomenalny wokal na żywo, inteligentna adaptacja, bardzo wysoki poziom wykonania. To naprawdę imponujący, precyzyjny, współczesny teatr pokazujący losy, charakter i osobowość oraz konsekwencje wyborów jakich dokonuje główna bohaterka, Jane Eyre/Madeleine Worrall/. Wspaniale autentyczna, silna, odważna młoda kobieta, która jest nam bliska, jakby była dziewczyną z sąsiedztwa. Ale w sensie trochę bajkowym. Sierota, poniewierana w dzieciństwie, wysłana w końcu z opinią kłamczuchy do słynnej z rygoru szkoły dla sierot gdzie doświadcza wiele złego ale uczy się też wiele. Zostaje nauczycielką, guwernantką. Ciężko pracuje, ale jest samodzielna, odpowiedzialna, solidna. Nie ma lekko, to pewne. A życie nie szczędzi jej kolejnych upokorzeń, trudnych prób, ciosów w samo serce. Zakochuje się,  nawet ze wzajemnością, lecz ukochany ją oszukuje i nie może poślubić. Jane ma zasady i ostro ich przestrzega. Nie godzi się na to, by zostać jego kochanką. Opuszcza dom i głodna, bez pracy i domu, przeżywa kolejny bardzo trudny okres w swoim życiu. Na szczęście wszystko dobrze się kończy. Jane poślubia ukochanego. Żyją długo i szczęśliwie razem. Bajka. Piękna, mądra bajka.

Scenografia jest minimalistyczna. Informuje, że świat dóbr materialnych odgrywa podrzędną rolę wobec tego bogactwa, które człowiek niesie w sobie. I właśnie nim stwarza przestrzeń wokół siebie. To konstrukcja z podestów, schodów, drabin, pochylni wizualizująca życie Jane biedne, proste, surowe, przejrzyste, ulegające wzlotom i upadkom, wymagające wspinania się, schodzenia na niższe poziomy, kręcenia się w kółko. Organizuje cały jej świat, w którym przyszło jej żyć. Dom, szkołę, pracę, różne miejsca, które ją przywiązywały do siebie, które nienawidziła lub kochała. Statyczny obiekt architektoniczny jest jedynie szkieletem, fundamentem, zarysem przestrzeni i krajobrazów, który ona sama sobą wypełniała, tworzyła, nadawała mu swój charakter, budowała sobą jego wartość. To siła osoby, jaką była Jane-krucha i nieugięta- pozwalała jej wyobraźnią projektować i urzeczywistniać marzenia, snuć plany, realizować ambitne pomysły i kształtować przestrzeń, którą widzieliśmy. Ona sama maluje pejzaże udostępniając je naszym oczom. Ale i my postrzegamy je i rozpoznajemy bardziej czuciem niż okiem. Tym mocniej do nas przemawiają i działają. Tym bardziej im wierzymy. Bo jakby od zawsze w nas były, potencjał ich rósł z nami, a Jane je tylko przywołuje, uruchamia mechanizm kreacji. To daje pewność, że możliwość radzenia sobie ze światem, swoim losem, sobą samym jest w każdym z nas i zależy od każdego z nas.

Pokazuje to  siłę potencjału tekstu powieści Charlotte Brontë „Dziwne losy Jane Eyre”, siłę teatru, w którym działania sceniczne aktorów, ich wielopoziomowa, złożona narracja oddziaływują na recepcję widza, zawłaszczają całą jego uwagę. Skutecznie uaktywniają jego wyobraźnię, angażują emocjonalnie, intelektualnie, uczuciowo. Narracja słowna wzmacniana jest ilustracją ruchową, muzyczną zespołu, który usytuowany jest w sercu instalacji scenograficznej, śpiewem operowym. I dynamicznie współgra w równowadze proporcji. Nie nuży, nie banalizuje. Nie poucza. A działa.

Mocno działa, bo Jane od dzieciństwa musi walczyć o swoje, z uporem, nieustępliwie ze światem ludzi jaki jest: niesprawiedliwym, okrutnym, złym. Sierota samotnie, świadomie, wykuwa swój los wbrew swemu położeniu/majątek, urodzenie, płeć/, wbrew konwenansom. W poczuciu odrębności i ważności siebie i swego życia, w nim bezkompromisowych wyborów. Wbrew dyskryminacji z powodu biedy, niesprawiedliwości, zdradzie, kłamstwu. Jeśli wszystko kończy się dobrze i szczęśliwie, to na jej warunkach. Ale nic nie przychodzi jej łatwo. Cały czas musi się uczyć, przystosowywać, umiejętnie wychodzić z opresji. Jej życie to nieustanne wspinanie się i opadanie. Mozolne, uporczywe, ciągle powtarzane. Nieustające próby wyjścia ponad wiążące ją ograniczenia egzystencjalne, klasowe, ludzkie/oczernianie, zdrada, kłamstwo/ ku wolności, możliwości samodzielnego wyboru. Już sama obserwacja walki Jane o siebie hartuje. Wzmacnia. W swym najpierw instynktownym, naturalnym później dojrzałym, świadomym dążeniu do celu staje się bliska widzowi, bardzo mu współczesna.

To zdumiewające, jak inscenizacja ta jest pojemna. Jak istotny staje się przekaz uniwersalny. Aktorzy z powodzeniem grają wiele ról, co nie przeszkadza, nie irytuje ale wzbudza podziw dla ich umiejętności warsztatowych. Podsuwa myśl, że każdy z nas może też spróbować wykreować różne światy osobowe z siebie, by sprawdzić je w działaniu, w ich skuteczności. Trzeba czerpać z innych i ćwiczyć, ćwiczyć. Potencjał jest w nas. W tym wypadku sztuka podpowiada, jak go można wyzwolić. Jak można korzystać z bogactwa, które jest w nas, wokół nas. I warto swój świat stwarzać na własnych warunkach, według swojego systemu wartości i potrzeb, predyspozycji, w wolności wyboru, podejmowania decyzji. Bo życie może być kreacją każdego człowieka. Nie może tylko być on tchórzem.

Projekcje teatru w kinie to fantastyczna okazja do kontaktu z brytyjską sztuką sceniczną. Zainteresowanie nią w Polsce rośnie, co obserwuję z radością. Każdy kontakt ze sztuką jest ważny. Nie jest obojętny i zawsze czegoś uczy. I mimo, że nie jest to teatr żywy/choć są też bezpośrednie transmisje/, przekaz jest dodatkowo przetworzony, wyselekcjonowany okiem kamery, to jednak jest cenny. Żaden opis spektaklu nie odda tego, co sami widzimy i czujemy podczas oglądania. To jest najcenniejsze. Dlatego tak ważne jest, by samemu móc obejrzeć sztukę. Bez względu na to, że jest to obraz w 2 nie 3D i to nie my, widzowie, decydujemy na co zwrócić szczególną uwagę podczas spektaklu, bo oko kamery nas wyręcza.

Spektakl ten dobitnie pokazuje też różnicę pomiędzy sztuką teatralną i filmową, choć w tym wypadku korzysta też ze sztuki filmowej/zbliżenia, ujęcia, wybór planu/. Doskonale się ją czuje zupełnie, tą inną dramaturgię, budowę przekazu, środki wyrazu, kompozycję całości. Sposoby budowy narracji, napięcia. Grę aktorską. Teatr sublimuje, wyostrza, kreuje światy poprzez wyobraźnię, skrót, intensywność kumulujących się wielu środków wyrazu. Film swobodniej buszuje w przestrzeni rzeczywistej. Uwalnia bohatera. Teatralna dramaturgia go w swej intensywności jednak więzi, choć mocniej bezpośrednio w odbiorcy identyfikuje i wyzwala.

Sztuka jest świetnie wyreżyserowana, dynamicznie, równo zagrana. Dobrze, że zaistniała filmowo dla teatromanów w przestrzeni  MULTIKINA w Polsce. Bardzo, bardzo dobrze. Wspaniały teatr można obejrzeć w kinie, wspaniały. Przybywajcie, oglądajcie. Niech moc sztuki będzie z Wami! Powodzenia.:)




niedziela, 24 stycznia 2016

OPERA MYDLANA TEATR TELEWIZJI

Danuta Stenka i Artur Żmijewski (fot. TVP)

Nieoczekiwana wizyta młodego, ambitnego agenta dużej firmy zajmującej się wypłatą odszkodowań dla Żydów w zaniedbanym budapesztańskim mieszkaniu kobiety w średnim wieku po przejściach, lekarki żyjącej na skraju ubóstwa ze starą matką, przeradza się w zaskakującą podróż w głąb siebie dwóch nieznających się w ogóle osób. Spotkanie wyzwala energię, rozmowa jest konfrontacją drążącą motywacje uzbrojone w mocne argumenty, przywołuje wspomnienia. Zmusza do otwartości, mówienia prawdy bez ogródek podczas negocjacji o swoje racje, w walce broniącej własnego światopoglądu, systemu wartości. Prowadzi do tego, że już w wyniku pobieżnego rozpoznania, budzi się wzajemne kobiety i mężczyzny sobą zainteresowanie, rośnie zauroczenie. On nie ustępuje, ona odpiera argumenty i pozostaje przy swoim punkcie widzenia. Rodzi się poczucie bliskości, zrozumienia, pożądanie, również o podłożu seksualnym. Obserwujemy ten moment, w którym oboje uzmysławiają sobie wzajemną fascynację. Przyciąganie, potrzebę bycia razem. Przeczucie, że jest to niezwykłe spotkanie. Nieuzasadnione jeszcze niczym konkretnym przekonanie, że warto byłoby je kontynuować, przedłużać w nieskończoność.  Kobieta i mężczyzna zachowują się jakby nie chcieli się ze sobą rozstać. W całokształcie ich indywidualnych złożoności i bez względu na wszystko/np.: różnica punktów widzenia, sprzeczne cele, spora różnica wieku/.

Bez aktorstwa  Danuty Stenki i Artura Żmijewskiego uwiarygodnienie tego nie byłoby możliwe. Wynieśli je na poziom nakręcającej się spirali przyciągania przez odpychanie. Im bardziej nieustępliwie kobieta odmawia przyjęcia odszkodowania, tym bardziej zaciekawia mężczyznę i tym większym, trudniejszym jest dla niego wyzwaniem, celem do złamania, zdobycia.  Jest stanowcza a on drąży z czego to wynika. Chce zrozumieć jak w ogóle tak bezkompromisowa postawa jest możliwa w jej fatalnym położeniu finansowym. Z czasem merkantylny powód spotkania schodzi na plan dalszy. Ważne są powody odmowy, motywy niezłomnej postawy kobiety; powoływanie się na doświadczenie okrucieństwa i cierpienie najbliższych zamordowanych w czasie wojny i niemożność wyznaczenia ekwiwalentu za doznaną krzywdę i ból a przede wszystkim amoralność takiego postępowania. Przyjęcie pieniędzy za mord, cierpienie, poniżenie, odarcie z godności, człowieczeństwa nie jest możliwe, bo kończyłoby akt zadośćuczynienia  bez wyznaczenia i odbycia kary oprawcom i wyrażało zgodę na niesprawiedliwość. Byłoby słabością tych, którzy znają prawdę i nie potrafią sprawić, by żyła wiecznie, bo wyrazili zgodę, by pieniędzmi zamknięto im usta. Decyzja kobiety nie jest przypadkową, chwilową fanaberią. Wynika z jej postawy życiowej. Jest konsekwencją jej dotychczasowych wyborów i przekonań, przemyśleń, uczuć. Postępowania w zgodzie i wierności raz przyjętemu tokowi myślenia o stracie najbliższych w czasie wojny i odszkodowaniach wojennych dla Żydów.  Nieugiętość, upór, konsekwencja trzymania się raz podjętej decyzji zgodnej z własnym głębokim przekonaniem o jej słuszności jest dla kobiety oczywista. Stanowczość pozwala wytrwać jej w niełatwym postanowieniu bycia sobą, trudnym, idącym pod prąd wyborze samodzielnego myślenia zgodnie z własnym poczuciem sprawiedliwości. Pilnowanie wytyczonych granic moralnych pozwala zachować godność i szacunek do samej siebie. W świecie, w którym życie jest jak napisana dla każdego w jednym przewidywalnym schemacie opera mydlana. Odgrywana na przyziemnym, płytkim, małostkowym poziomie. Gdzie człowiek jeden drugiego bez skrupułów używa, bezrefleksyjnie wykorzystuje i bezkarnie niszczy. Bezceremonialnie przetacza się jak taran po systemach wartości  unieważniając ludzkie poczucie przyzwoitości i nie bacząc na konsekwencje bagatelizuje duchowy wymiar życia, wszystko sprowadzając do kryterium pieniądza. W świecie, gdzie wszystko można kupić, na wszystkim i wszystkich zrobić interes.

Nieugięta postawa kobiety jest niestandardowa. Niezwykła. Zdumiewająca i w pierwszej chwili niezrozumiała. Jednak ma sens. I przekonuje w końcu agenta. Jakby potrzebował konfrontacji z silnym, równym sobie przeciwnikiem, w dodatku atrakcyjnym seksualnie, który widzi potęgę wartości duchowych mocniejszych od materialnych potrzeb ciała.

Danuta Stenka, dzięki świetnemu tekstowi Spiró i reżyserii Bugajskiego, przekonuje również widzów. Propozycja odszkodowania pieniężnego jest dla  jej bohaterki obrazą, znieważeniem. Nie ma kwoty pieniężnej, która byłoby w stanie uśmierzyć ból po stracie najbliższych osób, bo nie usunie z pamięci ich strasznego losu, z serca tęsknoty. Nie wypełni przepaści cierpienia, w którą spycha ją miłość mająca świadomość czasu i czynu dokonanego. Nie dającego się niczym unieważnić poczucia nieodwracalnej, niewymiernej krzywdy.


OPERA MYDLANA
Autor: György Spiró
Przekład: Aniko Kiss, Stefan Zgliczyński
Reżyseria: Ryszard Bugajski
Scenografia: Barbara Wojtas

Obsada: Danuta Stenka (Kobieta), Artur Żmijewski (Mężczyzna), Zofia Rysiówna (Babcia), Sylwia Gliwa (Dziewczyna), Sławomir Orzechowski (Sąsiad), Łukasz Apostel (Chłopak)

Zdjęcia: Zbigniew Wichłacz

György Spiró, współczesny węgierski dramaturg i krytyk literacki, jest dobrze znany również w Polsce. Przede wszystkim jako autor „Szalbierza”/do zobaczenia obecnie w Teatrze Dramatycznym miasta stołecznego Warszawy/, wystawianej u nas z dużym powodzeniem sztuki o Wojciechu Bogusławskim. Spiró ma w dorobku liczne przekłady, od Wyspiańskiego („jest najwybitniejszym po Szekspirze dramaturgiem”) do Gombrowicza. W drugiej połowie lat osiemdziesiątych XX wieku wydał powieść „Iksowie”, która wywołała skandal. Autora posądzono o fałszowanie historii Polski z lat 1815–1830 i dyskredytowanie jej wybitnych postaci, takich jak: Stanisław Staszic czy Julian Ursyn Niemcewicz.