środa, 1 kwietnia 2015

DZIADY ZADARA TEATR POLSKI WROCŁAW


Dla mnie dziś jest jasne, że dopiero po wystawieniu całości DZIADÓW będzie można je ocenić. Ten gigantyczny projekt. Mega przedsięwzięcie. Ogromny wysiłek twórczy. W ostatecznym kształcie ujawni się zamiar, forma nienaruszonej przez reżysera treści autora, działanie dzieła.  Jeśli tekst cały wypowiedziany co do litery, to i spektakl cały zagrany do ostatniej sceny. Jak wszystko to wszystko. Tak, trzeba je obejrzeć gdy będzie skończone.  Teraz to jednak work in progress. A więc Zadara, co do Mickiewicza, już na początku jakiś taki niekonsekwentny, teatr pokawałkowany proponuje. Podzielony na części. Nie interesują mnie intencje, konieczności, ograniczenia. Nieprawda, interesują. Ale jak całość to całość. S&D też obiecywali, że wszystkie części KLĄTWY wystawią razem w teatrze za jednym posiedzeniem, w cenie jednego biletu. Chyba nie było maratonu pod kocykami, jak wcześniej planowano. Dlaczego plany spełzły na niczym?

Sam pomysł wystawienia DZIADÓW bez cięć, skrótów, ingerencji, zmian jest ciekawy. Ale jakby z góry usprawiedliwiający, że jeśli nie wyszło, to nie my. Tak, jesteśmy ciekawi tego, czego nie znamy. Co można przeczytać ale się nie chce, bo nie ma czasu, bo się nie musi. W teatrze łatwiej docierać do przekazu, chwytać sensy, smakować piękno. Bo, że ten tekst jest piękny już wiemy, wiemy a priori. Znamy, bo są dostępne kreacje HOLOUBKA, TRELI, ZAPASIEWICZA, innych.

Ale na całość też trzeba mieć pomysł interpretacyjny. Nie wystarczy zabieg formalny. Poza tym oczywistym, by tekst był zrozumiale wypowiedziany, by brzmiał współcześnie. Wtedy, czytelny i usprawiedliwiający pomysł konstytuujący, będzie satysfakcjonujący. I tu mamy nad czym się zastanawiać. Czy rzeczywiście kongenialne przeniesienie na scenę tekstu jest wystarczające do uznania, że to produkt udany? Historycznie pewnie tak. A artystycznie? Zobaczymy, czas pokaże.

To przedstawienie, na dzień dzisiejszy, nie jest spójną, równo zagraną całością. Mocnym przekazem. Poruszającym dziełem. Jest dopiero wstępem. Przedsmakiem. Koniecznie do obejrzenia raz jeszcze. Częściej dziś śmieszyć, bawić może, irytować niż porywać. Nudzić dłużyznami monotonnie deklamowanymi lub wyśpiewanymi. Co rozbija dramaturgicznie, obniża napięcie. Nie jesteśmy przecież Mickiewiczowi współcześni, mamy już inną wrażliwość, jesteśmy w innym kontekście historycznym.

I wszystko dosłowne, akuratne. Gdzie dzieci, tam są dzieci. Gdzie starzec, tam starzec. Jak ma Zosia być gdzieś między ziemią a niebem, to wisi zawieszona, unosi się, buja bez nadziei na zmianę. Jak baranek, to kukła klekocącego zwierzęcia. Jak motylki, to motylki. I tak dalej, i tak dalej . Im głębiej w las, tym więcej drzew. Dosłownie. I więcej śmieci, również tych spadających z góry w plastikowych workach. Jako scenograficzna ilustracja. Słowo ciałem się na scenie staje. W mgle scenicznej zanurzone. No, maluch jeszcze, płonące ogniska, pustostany z graffiti, muzyka z magnetofonu, ślady nowoczesności, tropy współczesne. Ale jakieś nieskładne z wykonaniem, ironiczne karykaturalnie.  Zabawki, igraszki, śmieszki takie. Co to je nazbyt lekko można traktować, niezobowiązująco. Ale przyznać trzeba, że się je dobrze pamięta. Są tak absurdalne, irytujące lub dziwne. Siedzący w pierwszych rzędach cały czas zanurzeni są we mgle.

Może dlatego tak bardzo podoba się katorżniczo wypracowana kreacja Porczyka. Zapiera dech. Fascynująca. Dynamiczna, dosłowna, ubrana w kostium współczesny, nadekspresję gry aktorskiej. Wszystkiego jest nadmiar. Wszystkiego naddatek. Róg obfitości. Kotłuje się w Gustawie jakaś miłości niespełnionej a wyśnionej siła fatalna, namiętny kochanek, zdradzony, oszukany, porzucony a jednak żar młodości straconej na nowo roznieca pragnienia przeżywania wszystkiego od nowa. Miota nim i kręci po scenie. Buzuje niepokój, agresja, podejrzenie, uczucia sprzeczne, ekstremalne, niemożność nagięcia innych do swojej racji. Szamotanie się czucia w logice uzasadniającego to czucie pragnienia ciała. Siłowe uzasadnianie. Dramatyczne. Szalone. Budzące grozę, lęk, zdziwienie. Szok. Ale ten Gustaw jest nam na swój sposób bliski. Rozpoznajemy go. Nadpobudliwy, nakręcony, nieskoordynowany, zaburzony, nieprzewidywalny jakby był pod wpływem, na haju mieszanki miłości, cierpienia, zdrady w dawce ekstremalnej każde. Mowa ciała z całą jego charakteryzacją, fryzurą, kostiumem to obraz miotającej się furii, frustracji, bólu, cierpienia. I jakiejś podskórnej czułości w tym nieokrzesaniu, toporności, grubiaństwie. Zakochany bez pamięci, beznadziejnie. W wiecznej tęsknocie. Pogoni za nieosiągalnym spełnieniem. Uwierającym rozczarowaniem. Wizualizuje czyste uczucia przeżywane  bez końca, których nie sposób zrozumieć, unieważnić, pomniejszyć. Szlachetność intencji grubo przykryta  pozorem gwałtowności. Subtelność niecierpliwością. Miłość żalem. Pretensją, rozczarowaniem.  Gorzki to smak zmarnowanego życia. Gustaw Porczyka to czuły barbarzyńca. Niby swój, a jednak obcy. Wykluczony z życia. Którego się boimy, ale któremu współczujemy. Nie potrafimy pomóc. To postać z horroru. Ogromna rola. Zdominowała całość przedstawioną. Przyćmiła resztę. Pomniejszyła ją.

Znów zwyciężyła koncepcja, kreacja, pomysł konsekwentnie poprowadzony instynktem talentu. Uporczywie pociągnięty bardzo długą sekwencją tekstu do końca. Może razić przerysowanie, absolutny naddatek ekspresji. Ale widać to szaleństwo, zatracenie w cierpieniu, szukanie w tym swoim zniszczonym przez siebie życiu sensu. Upiór samobójcy, mara romantycznego kochanka budzi w nas ambiwalentne uczucia. Fascynację, ciekawość ale i strach.  Zastanawiamy się, jak nadwrażliwość, wybujała uczuciowość oraz skrajny indywidualizm mogły doprowadzić do takiej tragedii. Gdy karą za pogwałcenie praw boskich i naturalnych (odebranie sobie życia) jest na nowo odgrywane misterium nieodwzajemnionej miłości, zdrady, żalu, śmierci. Udało się Porczykowi pokazać te wszystkie stany upiornego zatracenia w cierpieniu z miłości. On jeden w pełni rozwinął swój zawiły uczuciowy wątek. To współczesny Gustaw.

Jednak nie do końca w tym DZIADÓW bogactwie wszystkiego jest zrozumiałe przesłanie, myśl jasna. Koncepcja. Miesza się stare z nowym. Zderza. Jedno wadzi drugiemu. Potyka się o siebie. W starciu bezpośrednim zgrzyta. Kontynuacja obrządku dziś jest nieuzasadniona. Niezrozumiała. Może dlatego wypada karykaturalnie. Nie aluzyjnie, ironicznie, satyrycznie a płytko śmiesznie. Nie ma w tym przekazie płynności, estetycznej jednorodności. Konsekwencji. Jakby pomysły ad hoc nie zostały przemyślanie obrobione,  bez korekty włączane do spektaklu. Paradoksalnie ten nadmiar zżera, zamazuje samą treść, a więc i jej sens. A kwestie,  jeśli są źle wyartykułowane,   pozostają niestety nieczytelne. Widz gubić się może w tym Zadary mateczniku akcji, Mickiewiczowskim oceanie słów. Co ma rozjaśnić, zaciemnia. Nie ma więc estetycznej jedni, poziomu takiego wykonania, który wydobyłby dla nas nowy, istotny przekaz na nasze czasy. Na dany moment ziemia się nie zatrzęsła. Jedynie trzęsły się brzuchy ze śmiechu, chichu. W mózgach shake up. Mimo nieskalanej reżysersko treści prawie całości.

Nie lubię, gdy się na mnie szykuje plany artystyczne, projekty twórcze, gotowe szablony interpretacyjne, najwyższe racje twórców/wygłoszone przed spektaklem, po spektaklu w mediach, gdzie się tylko da przy okazji/ i z góry narzuca mi, co mam myśleć i czuć, jak odbierać przekaz, to co słyszę i widzę. Z moim ex ante zadowoleniem w pakiecie. Ja muszę być, zdaniem reżysera, fun and happy. Muszę mlaskać z zadowolenia. Kiwać głową na tak. Otóż nie muszę. Nie musi mi się podobać. Nie musi mnie ten spektakl przekonywać. Nie musi mi się zadowolenie ulewać. I choć doceniam wysiłek wszystkich, oglądam spektakl z zainteresowaniem, bo teatr umożliwia mi zapoznanie się z całością Mickiewiczowskiego tekstu, to nie powala mnie ten przekaz Zadary na kolana. Nie unosi ponad. Udowadnia, ze trzeba mieć od siebie coś własnego, osobnego do przekazania, choćby ten bonus współczesny, a nie tylko gołe słowo w dosłownej ilustracji  przez poetę dane. Trzeba je umieć użyć, obrobić, wypowiedzieć. Trzeba tchnąć weń współczesnego ducha. Ale szczerze, prawdziwie, czule. Tak, by wybrzmiało wiarygodnie, uderzyło swą mocą prosto w serce, jak nie w serce to w rozum. A nie tylko obśmiało rzeczywistość sceniczną ironią. Mamy się nie dystansować a wnikać głęboko w przesłanie. Najgłębiej jak się da tylko. Gdy zawodzi szkiełko i oko. Tak, by słowo rozbijało konwencje, rzeczywistość widzialną.

A DZIADY Zadary są śmieszne. Są pomieszaniem porządków. Są błądzeniem w ciemnościach bez ścieżki interpretacyjnej. Migoczące światła dają obraz rozedrgany, rozproszony, niepełny. Choć nie mamy wątpliwości co do tego, że wszyscy się bardzo, bardzo starają. I bardzo, bardzo im zależy.

Artyści chyba nie mają do nas, widzów, zaufania. Nie dowierzają naszym dobrym intencjom. Nie zauważają otwartości, ciekawości. I myślą, że widzowie nie widzą ich pewności siebie, zaciekłego bronienia swego, uporczywego wracania tylko do ich punktu widzenia. Poczucia, że nie o dialog tu chodzi, wspólną komunikację a o posłuszne słuchanie tych, co na pewno wiedzą lepiej, bo trzy lata nad tematem pracują. Rozczarowani na wstępie, że nie kupujemy kota w worku. My też ciężko pracujemy. I też się bardzo, bardzo staramy. I bardzo, bardzo nam zależy.


DZIADY, części I, II i IV, oraz wiersz "Upiór"
Adam Mickiewicz 
reżyseria: Michał Zadara,
dramaturgia: Daniel Przastek,
kostiumy: Julia Kornacka i Arek Ślesiński,
scenografia: Robert Rumas, światło i
wideo: Artur Sienicki,
muzyka: Maja Kleszcz i Wojciech Krzak.
Premiera: 15 lutego, Teatr Polski we Wrocławiu
http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/199560.html

sobota, 28 marca 2015

KOŃ, KOBIETA I KANAREK TEATR ZAGŁĘBIA



Z tytułu tylko wyraz "kobieta" brzmi po ludzku. A przecież "koń" jest mężczyzną a "kanarek" nienarodzonym dzieckiem*. A więc o nią tu chodzi, o niej tu będzie. Cała reszta jest kontekstem. Dekoracją. Martwą naturą. Statystami. Środowiskiem toksycznym, opresyjnym, zabójczym. Ona jest ważna. Ona, kobieta, która ma mieć bezdyskusyjne prawo do decydowania o sobie samej. O tym, co ma się dziać z jej ciałem. I nic ani nikt inny nie może wywierać  na jej wybór presji. Ingerencja, narzucanie, przesądzanie z góry nie wchodzi w rachubę. Manipulacja, przymus, prawo ludzkie czy boskie, prawo moralne w nas, ludziach, niebo gwiaździste nad nami ani żadna inna okoliczność, powód, przyczyna.

Dziewczyna ma 21 lat, w dodatku jest zamężna, a więc poślubiona i to sakramentem świętym, kościelnym związana, bo to Śląsk, środowisko wierzących. W ciąży. I dopiero w tym momencie życia przewartościowuje swoją dojrzałość. Uznaje, że jest dorosła a więc wie, czego chce a czego nie. I ma prawo sama jedna o tym decydować.  A nie chce dziecka, nie chce go urodzić. Dla niego samego, cząstki siebie samej. Dla siebie. Dla męża, cząstki jego samego. Czy dla rodziców, świata, boga. Nie chce być matką.  Nie chce. Tak po prostu. Bo nie. Wszystkim bez wyjątku mówi: NIE, BO NIE. Bez jakiegokolwiek powodu, przyczyny, motywacji. I już. Koniec kropka.

Jednak nie żyje w próżni, w środowisku wirtualnym, zupełnie sama dla siebie samej. A ciąża nie jest niepokalanym poczęciem. I chcę wierzyć, że wolność, wolna wola wiąże się w jej świadomości z odpowiedzialnością. A więc z konsekwencjami, nawet tymi, których nie jest w stanie w żaden możliwy sposób przewidzieć. W przypadku tego spektaklu nie jest to w ogóle rozważane. Nie ma to chyba dla twórców znaczenia.

Dziewczyna jest cały czas w opozycji do otoczenia. Nie uczestniczy we wspólnych zajęciach, pracach, rytuałach czy to rodzinnych czy kościelnych, społecznych. Jest bierna. Odwrócona. Wycofana. Zdystansowana. Milcząca. I nie jest za to karana, nie ponosi za to żadnej konsekwencji. Wszyscy wywierają na nią presję, proszą, tłumaczą, domagają się, żądają. Bez efektu. Bez skutku.

A środowisko jest szczególne. Patriarchalne. Katolickie. Ale takie, co ubezwłasnowolnia  kobiety, poniża je, wykorzystuje i bardzo źle traktuje. Ogranicza. Spycha do roli matki i żony. Jest opresyjne. Wszyscy mężczyźni, bez wyjątku, to idioci, brutale, chamy. Nieokrzesani ojcowie i mężowie. Damski bokser. Opryskliwy, nieczuły syn. Akceptujący prawo i zwyczaje mężczyzn młody ksiądz. Pastwiący się nad swoją żoną, protekcjonalnie traktujący pacjentki lekarz. Ród męski pomiata rodzajem żeńskim. Molestuje kobiety lub je krzywdzi. Stosuje psychiczną przemoc, fizyczną siłę. Bezradny intelektualnie, ułomny emocjonalnie przekonuje, uzasadnia, nakłania groźbą. Wyjątkowo lub dla pozoru prośbą.

Kobiety kobietom nie pomagają. Ze swoimi problemami każda pozostawiona jest sama sobie. Jedna drugiej jest tylko w stanie poradzić, by akceptowała swój los. Matka córce. Znajoma znajomej. Katoliczka katoliczce. Bo tak zawsze było. Bo tak trzeba. Bo bunt nic nie da. Praca z mężczyznami jest niemożliwa, może się źle skończyć. W najlżejszej formie jest permanentnym upokarzaniem. Bo świat  ozutych w buty mężczyzn i bosych kobiet oddzielony jest od siebie elektrycznym pastuchem. Ta lina wyznacza symboliczny podział na świat kobiet i świat mężczyzn.

To bardzo prymitywny podział. Ten podział kontrastem. Na panów mężczyzn i niewolnice kobiety. Z pozycji TAK lub NIE. Bez uzasadnienia. Głębi psychologicznej. Prawdy historycznej. Kontekstu czasu i miejsca. Bo to, co jest pokazane działa siłą mocno obciosanego z wszelkiej wieloznaczności, rysu indywidualnego stereotypu. Obrazu czarno białego. Jednej, niczym nie uzasadnionej racji wobec wielkiej niewiadomej. Prymitywnego katolicyzmu, pustej wiary. Obśmiewanego obrządku, tradycji, obyczaju. Ciągłości przyzwyczajenia. Jednostki w opozycji do społeczności, skąd jej ród. Wrażliwej, wyciszonej, pewnej swego, choć nie wiadomo dlaczego, choć nie wiadomo, jakie konsekwencje uparta, niezłomna postawa dziewczyny przyniesie.

Jest więc ten spektakl  głosem upominającym się o aborcję. Za tym, by kobieta sama o sobie niezależnie, nie wiadomo czy odpowiedzialnie, bo o tym nie ma w spektaklu mowy, decydowała. Gdy nie chce urodzić dziecka, bez względu na powód, przyczynę, motywacje i okoliczności. Ma mieć do tego prawo. Tylko, że w taką postawę zawieszoną w próżni trudno uwierzyć. Właściwie nie można.

Kobieta symbolicznie wkładając buty nie zrobi kroku milowego w swojej niezależności w samostanowieniu  gdy widzimy, że nic ją ze światem, w którym żyła nie łączy. A to co przed nią jest zbiorem pustym. Nie kocha męża, ani rodziców, nie chce dziecka nie wiedząc dlaczego, pozbawia prawa ojca do jego własnego dziecka, odrzuca całą dotychczasową otulinę wygodnego życia, w którym nic nie robiła. Odrzuca konia i kanarka. Jak chce dalej żyć i po co, co chce robić, nie wiadomo. Jakby się to w ogóle nie liczyło, jakby nie było ważne.

Wykonała gest emancypacyjny. Dla siebie samej. W swoim imieniu i w imieniu wszystkich zniewalanych kobiet, wśród których żyła i wszystkich innych. I tylko o ten gest tu chodzi, o nic więcej. Bo w istocie nic więcej nie wiemy.

Teatr opowiada o koegzystencji prymitywnych kobiet i mężczyzn. O wspólnocie pierwotnej nie kwestionującej swego życia. Pogodzonej z nim za każdą cenę. I jeśli się buntują jednostki, to nie wiedzieć dlaczego. Jeśli to jest o naszym życiu, to ja takiego nie znam. Choć rozpoznaję zahukaną, bezwolną, modlącą się matkę. Kobietę, która  uporczywie stara się o pracę z mężczyznami choć jest przeciążona pracami domowymi, długami, zakupami, wychowywaniem dzieci. Mobingowaną żonę, kobietę pracującą. Dewotkę nie jedną. W końcu katowaną matkę z małym dzieckiem, która za każdym razem gdy się pojawia ma nowy siniak, opatrunek na twarzy. I usprawiedliwienie dla oprawcy. Ta młoda ciężarna mężatka, hołubiona córka sztygara to buntownik bez powodu. Raczej przerażona rzeczywistością. Zaczarowanym kręgiem dziedziczonego ogłupiania i niemocy wobec przemocy i upokorzenia. Wszyscy zawodzą. Rodzina zawodzi. Kościół. Święta Barbara. Silniejsi zawodzą. Niby mądrzejsi, lepiej wykształceni. I ci, co kochają, na pewno kochają, ale się boją sprzeciwić. Napompowano przekaz duszącą atmosferą niemożności. Samonapędzający się i reprodukujący system zniewolenia. Nie wiedzieć dlaczego.

To teatr publicystyczny, społecznie zaangażowany. Jednej racji bez uzasadnienia. W kontekście karykaturalnym. Schematycznym, przerysowanym. Szkolący jak uciec, uświadamiający ale z argumentami poniżej poziomu.  Dlatego jest ułomny. Nie staje się cudownie wiarygodny i przekonujący, nawet z uczestnictwem i wstawiennictwem Świętej Barbary. Autorzy dają nam do zrozumienia, że wiedzą od nas lepiej, prawdopodobnie znają problem z autopsji, buntują się przeciw słowom JPII o cywilizacji śmierci, porównaniu aborcji do wybuchu bomby atomowej. I znów z pozycji siły  mężczyźni nas pouczają. Walczą o prawo kobiet do aborcji. Wzniecają rewolucję. Ale bez wyjątku-autor sztuki z jej reżyserem- wchodzą w buty odebrane wszystkim mężczyznom, których nam w spektaklu tak płasko, jednoznacznie scharakteryzowali. Z pozycji brutalnej siły nie znoszącej słowa sprzeciwu,  z  drugiej strony elektrycznego pastucha. I uzasadniają swoją postawę: TAK, BO TAK. Koniec. Kropka.

Czy naprawdę jesteśmy tak naiwni myśląc, że każdy człowiek/a więc kobieta również/ może zawsze i wszędzie decydować samodzielnie o sobie, swoim ciele i duszy, o swoim życiu i śmierci? O warunku, że nikogo na pewno nie skrzywdzi swoją decyzją, również siebie,  można tylko pomarzyć. To zbyt poważny temat, by traktować go instrumentalnie. Rozumiem, że w tym przypadku głos artystów jest intencjonalnie czysty. Bo nie wolno milczeć. Nie wolno nic nie robić. Ale nie wylewajmy dziecka z kąpielą. Wystarczy, że dopuszczamy  myśl, że tak łatwo można je wyeliminować. Traktując jak rzecz zbędną, niepotrzebną. Powiedzieć mu asertywnie, egoistycznie NIE, BO NIE, zakładając, że tak prostackie uzasadnienie mu wystarczy. Jemu, kanarkowi, tak. Koniowi też.  Ale nie nam. My wiemy, że konsekwencje każdej decyzji nie są do końca przewidywalne. Tak naprawdę nie wiemy, co nas zabije a co nas wzmocni. Lub udziwni. Ale przecież i tak dostatecznie dziwny jest ten świat, nadal bardzo dziwny.

Koi subtelna gra Edyty Ostojak. Głos niby słaby, spokojny, ale wobec atakującego go zewsząd agresji krzyku, irytującego zgiełku, odporny, opanowany, pewny. Niewzruszony ale wzruszający. Emisją subtelny i przekonujący. Dziewczyna w swej postawie nie boi się, nie waha. Tak młodzi ludzie nie myślą o ograniczeniach, zakazach, skutkach. Pewność siebie, nawet niczym nie uzasadniona, rozsadza świat. Poszerza pole widzenia. Edyta Ostojak ma ciekawe emploi. Grając rolę nie do końca przecież dookreśloną, budzi pozytywne emocje. Zawłaszcza dla siebie , dla roli obserwatora. Czyni go swoim sojusznikiem. Rzecznikiem. Nie wiem jak ta siła się rodzi z tej słabości, delikatności, kruchości.  Może wiem, ale chcę, by każdy sam jej szukał. I odkrył.

Oglądam ten spektakl, kiedy tylko mam okazję, możliwość. W teatrze, w telewizji. Zawsze wzrusza mnie, nadal dotyka. Cały jest ze mnie, z nas. Ta presja, przymus, ta siła zbiorowości wykorzystująca cały znany nam dobrze arsenał argumentów dla złamania woli jednostki. Ten kontekst rodzinny, środowiskowy, religijny, typowo polski napierający na wymuszenie wyższej racji, która zachowuje, chroni, popiera stary patriarchalny porządek, jego punkt widzenia. Nagina do zachowań, działań obcych własnej naturze. Nie jest to, co silniejsze, bardziej doświadczone elastyczne, giętkie, reformowalne. Chroni zbiorowość, nie jej pojedynczego członka. Te wyraziste, mocne szczegóły, nawiązania do natury. Porównania. Brutalna opozycja świata mężczyzn w stosunku do świata kobiet. Mądry to spektakl, niełatwy choć prosty, jasny, przejrzysty. Zabawny nawet ale i straszny. Samo życie. W miasteczku na S czy trochę większym miasteczku na W czy K.

A jednak można się zbuntować i obrócić w pył miałkie argumenty, powierzchowność wiary, pozorną równość kobiety i mężczyzny. Można wzuć buty i stanąć na własnych nogach. Nie ugiąć się. Nie poddać. Ale chyba do końca nie da się wyrwać z serca poczucia winy i osamotnienia. Odrzucenia. By móc żyć zgodnie z samym sobą.

Dobrze, gdy ma się możliwość wyboru. Szansę na uniezależnienie. I trzeba pamiętać, że zawsze się płaci konkretną cenę, której wysokości z pozycji buntu nawet nie można przewidzieć. Czas wystawia rachunek, spojrzenie wstecz pokaże, czy było warto.


* Tytuł sztuki nawiązuje do rozporządzeń, na mocy których w latach 50. XX w. wprowadzono w polskich kopalniach zakaz pracy pod ziemią kobiet, koni i kanarków (górnicy łączą te zakazy i zwyczajowo nazywają je „3K”).



 Koń, kobieta i kanarek
tekst: Tomasz Śpiewak
reżyseria: Remigiusz Brzyk
dramaturgia: Tomasz Śpiewak
scenografia: Remigiusz Brzyk, Iga Słupska, Szymon Szewczyk
kostiumy: Iga Słupska
opracowanie muzyczne: Maciej Midor

Obsada:
Agnieszka Bieńkowska / Bezrobotna
Maria Bieńkowska / Żona Sztygara
Beata Deutschman / Żona Górnika Praworęcznego
Dorota Ignatjew / Matka Górnika Leworęcznego
Edyta Ostojak / Córka Sztygara
Małgorzata Sadowska / Żona Lekarza
Michał Bałaga / Głupek
Aleksander Blitek / Górnik Leworęczny
Piotr Bułka / Ksiądz
Grzegorz Kwas / Stróż prawa
Zbigniew Leraczyk / Sztygar
Wojciech Leśniak / Lekarz
Tomasz Muszyński / Górnik Praworęczny
Piotr Żurawski (gościnnie) / Zięć Sztygara

Prapremiera: 5.04.2014 r.
fot.:materiały Teatru Telewizji
NAGRODA GŁÓWNA – LAUR KONRADA DLA REMIGIUSZA BRZYKA NA XVI OGÓLNOPOLSKIM FESTIWALU SZTUKI REŻYSERSKIEJ INTERPRETACJE (2014)
Zwycięzca plebiscytu na najlepszy spektakl Telewizyjnego Festiwalu Teatrów Polski 2015 r.

środa, 25 marca 2015

MORFINA EWELINA MARCINIAK TEATR ŚLĄSKI



Spektakl MORFINA Eweliny Marciniak to wypowiedź dynamicznie plastyczna zilustrowana muzyką, ukształtowana językiem zmysłów, sugestywnych barw i dźwięków, tętniących emocją kalejdoskopowych obrazów malowanych gestem, ruchem, płynnie przekształcających się w kolejne układy, formy, znaczenia, sensy. Ze służebną rola niestandardowo wypowiadanego tekstu/w dialogu, bezpośredniej relacji, opisie, charakterystyce wprost, tekście piosenki/. W sennych oparach absurdu, niejasnej motywacji, pozbawionych logiki, linearnej narracji. Działających podprogowo, wykorzystujących skrót, stereotypy, klisze, znane wzorce zachowań, postawy. Więcej domyślamy się niż wiemy. Więcej czujemy niż rozumiemy.

A wiec umowność, iluzja, skojarzenie, intuicja ubrana w adekwatny kostium znaczenia sugeruje nastrój w jaki nas zasysa, wciąga sztuka. Tak, że wchodzimy w stan upojenia, oszołomienia przeżywając wędrówkę przez życie głównego bohatera. Będącego w klinczu swej natury i wszelkich uzależnień. W ciągłym samopoznaniu, sprawdzaniu. W przekraczaniu ograniczeń. Śnimy z nim sen. Będący niepokojem nieokreślonej tożsamości, poszukiwania sensu, zadziwienia sprzecznością losu z tym, kim jest w istocie. Tak, to sen mara, zwid narkotyczny wyostrzają, wyolbrzymiają spychane do podświadomości lęki, prawdziwe oblicze duszy i fizyczności ciała. Skłonności, preferencje, potrzeby. Kłębowisko kąsających żmij. Z jadem pobudzającym do podejmowania kolejnych wyzwań. Zatruwającym jasność widzenia świata takim, jaki jest. Paraliżującym strachem przed realnością świata. Ograniczającym zdolność samookreślenia.

Z drugiej strony scenografia sprowadza nas na ziemię. Przed nami pochylnia z prostokątami pól, po obu bokach pustej sceny rozstawione są liczne garderobiane lustra, przy których aktorzy przy nas przebierają się, przepoczwarzają. Namacalnie odczuwamy ten gest umowności teatru, przejściowość przyjętej konwencji, roli.

To zaproszenie do wniknięcia w historię mężczyzny stworzonego przez kobiety na obraz i podobieństwo ich potrzeb, aspiracji, wyobrażeń. To za nimi podążał przez całe życie. To one go wychowały, ukształtowały, naznaczyły swoim charakterem, losem, sytuacjami, w których się znalazły. Poprzez nie istniał i dla nich. Dorastał u boku ojca ćwiczącego w nim Niemca, pod nadzorem dominującej, silnej, despotycznej matki. Matki Polki tresującej w nim prawdziwego Polaka. Przechodził z rąk do rąk. Kobiety zmieniały go jak rękawiczki. Używały. I on ich używał, poddawał się giętki, chętny, uległy. Mężczyzna w jaskini kobiet. W klinczu rodzaju żeńskiego. W efekcie na zewnątrz cynik, łajdak, niewierny mąż, brutalny kochanek. Morfinista używający życia. Kobieciarz kameleon. Ni to Polak, ni Niemiec, ni Ślązak. Co pozwoliło mu wchodzić w wiele ról. Postępować niestandardowo w niestandardowej wojennej rzeczywistości. Dekadencko w dekadenckich czasach. Przy okazji żyć jak chciał. Człowiek bez właściwości, wymykający się stereotypom, standaryzacji, obowiązującemu etosowi honoru, Boga i ojczyzny. Płynnie przechodzący z jednego stanu nieświadomości w kolejny. W narkotycznym oszołomieniu. Pijanym zwidzie. Znieczuleniu seksoholizmem. Zatracający się ekstremalnie z poświęceniem godnym samobójcy. Konstanty Willeman. Bon-vivant. Doskonały materiał na kosmopolitę. Uzależniony, łatwo się uzależniający. Typ do wzięcia i wykorzystania. Bez sztywnego kręgosłupa zasad i kodeksu wartości. Elastycznie myślący, płynnie dostosowujący się do sytuacji, giętko podporządkowujący się osobom, okolicznościom, wymogom.

Prawdziwa, jednoznaczna tożsamość, stałe miejsce na ziemi,świadomość świata realnego jest poza jego zasięgiem. Stwarza na nowo swoją osobowość, dostosowując ją do określonych okoliczności czasu, miejsca, osób. Płynnie zmienia stan świadomości na dany moment. Bez skutków ubocznych. Jakby pędził nieprzerwanie na haju życia bez zabezpieczenia, bez trzymanki, w ciągłym stanie niepewności i zmiany. To jego status quo odurza go, nie dookreśla, nie domyka. Bo musi być otwarty na nowe wyzwania dla przetrwania, dla wyznaczanych mu celów i zadań, w końcu dla ujawnianych się predyspozycji swej prawdziwej natury. Jest tym, kim jest nie bez przyczyny.

Oto archetyp człowieka, który ukształtowany przez silne osobowości próbuje żyć samodzielnie. Jednak życie udowadnia mu, że cały czas działa na pasku uzależnień. Przeszłych, teraźniejszych wymogów, które pozwalają mu tylko sprawdzić granice swojej wolności i kreacji samostanowienia. 

Podoba mi się taki teatr. Taka kreacja. Przekaz będący kompozycją spójnych obrazów- emocjonalnych, wibrujących, energetycznych -w sposób samoistnie naturalny uwalniających sensy, znaczenia, treści. Zmysłowych, pikantnych bez dosłowności, dosadności i wulgarności. Ciekawie zmontowanym i z różnych pozycji wypowiedzianym tekstem, w równoprawnej, komentującej muzyką oprawie. W kontraście umowności teatru i realności życia. W zderzeniu iluzji z realem. Tak dobrze zagranym zespołowo! Wymagającym dużej sprawności ruchowej, zgrania, wzajemnego czucia i rozumienia. Po prostu to duża przyjemność oglądać zespół Teatru Śląskiego w tak dobrej formie. W tak odrębnej artystycznie kreacji teatralnej.

Podoba mi się takie sprawdzenie widza. Kiedy najpierw zaskoczony formą, sposobem narracji, musi się z nią oswoić. Poddać się ekspresji artystów. Ulec rytmowi sztuki. Wniknąć w jej klimat. Dać się uwieść. Nie bez oporu, nie bez zastrzeżeń. Ale ta jak Orfeusz prowadzi go dalej i dalej, głębiej i szerzej. Aż przychodzi ten moment, ze widz jest już w środku. Prawie bez dystansu, pod wpływem. Przyzwala na to uzależnienie. Na działanie MORFINY.
MORFINA
Szczepan Twardoch
Reżyseria: Ewelina Marciniak
Adaptacja i dramaturgia: Jarosław Murawski
Scenografia i reżyseria światła: Katarzyna Borkowska
Choreografia: Dominika Knapik
Kostiumy: Katarzyna Borkowska i Paula Grocholska
Muzyka: Chłopcy Kontra Basia (Barbara Derlak, Marcin Nenko,Tomasz Waldowski/Michał Heller),
Obsada: Katarzyna Błaszczyńska, Aleksandra Fielek, Natalia Jesionowska, Anna Kadulska, Violetta Smolińska, Bartłomiej Błaszczyński, Karol Huget, Paweł Smagała, Artur Święs, Mateusz Znaniecki







wtorek, 24 marca 2015

nie-boska komedia. WSZYSTKO POWIEM BOGU! STRZĘPKA DEMIRSKI STARY TEATR



Wszystko powiem Bogu!
O teatrze z krwi i kości. Oddychającym pełną piersią dzisiejszymi problemami,  zaskakującymi nas nagle faktami dokonanymi, podejmowanymi na naszych oczach ale za naszymi plecami decyzjami. Który jest nośnikiem tych samych lęków, jakich doświadczają zwykli śmiertelnicy. W kontekście ciągłości historycznej, jedni inscenizacyjnej, zmian ideologicznych, światopoglądowych, politycznych. Mentalnych. Gdzie niezmiennie ludzkość śni marzenie o rewolucji, które zrealizowane zawsze dużym wysiłkiem i wysokim kosztem, przynosi jednak gorzkie rozczarowanie. Naznacza piętnem klęski. Nie daje nadziei. Bo gdy wydaje się ludziom, że posunęli się o krok do przodu wykonując gigantyczną pracę przewrotu systemowego, myślowego, mentalnego, znów wpadają w koleinę ludzkich ograniczeń, niemożności, kombinowania, jak wyjść na swoje tylko dobro, jak siebie uratować, ocalić indywidualnie. Apogeum euforii spycha ich ostatecznie w otchłań rozpaczy.

Ta wiedza o nieuniknionej, permanentnie dokonującej się rewolucji, konieczności dostosowywania się do napierających ciągle zmian i panowania nad nimi ze świadomością, że i tak wszystko zakończy się klęską to porażająca prawda. Doprowadzająca do neurozy przechodzącej w histeryczny chaos. Zagubienie.

Duchy snują się miedzy nami. I karmią nas spuścizną przeszłych pokoleń. Widać transformację światopoglądów, idei, postaw. Nowe konteksty stereotypów. Widać rozczarowanie rewolucją. Bo jedno jarzmo zastępuje nowym. Stare, dobrze znane niewolnictwo zmienia tylko formę i zamieszkuje wygodnie, zgodnie z nowym prawem, między nami. Zamieniamy słowa po to tylko, by znaczenie się nie zmieniło. Zawsze pozostaje łączność pomiędzy starym a nowym światem. Nadal  aktualne zagrożenia, strach przed nieuniknioną zmianą, napierającą rewolucją, która dokonuje się ostatecznie po to tylko, by stare zło ubrało się w nową, bardziej perfidną, podstępną formę. Cały wysiłek idzie w gwizdek. Jest marnotrawiony. Służy tylko pozornej progresji. I nie uratuje, nie uchroni przed porażką. Bo ludzie, znajdą zawsze sposób, by postawić na swoim, ugrać swoje, choć i tak doprowadzi to do klęski. A świadomość jej powoduje, że cierpienie rośnie. I uczucie coraz większej bezsilności. Wyrywanie się ku wolności, pragnienie dobra, postępu, zmiany nie powstrzymuje zła, które bez litości ściąga wszelkie marzenia na ziemię. I poddaje próbie ognia.

W istocie znajdujemy się zawsze pomiędzy. Życiem a śmiercią. Niebem a piekłem. Marzeniem a realiami. Możliwościami a ograniczeniami. Jesteśmy w czyśćcu. Skażeni winą, naznaczeni karą. W nieustannym robieniu rachunku sumienia. Samoudręczeniu. Rozpamiętywania rachunków krzywd. Błądzimy a raczej w szalonym pędzie czasu miotamy się w multiplikujących się sprzecznościach. Będąc niewidomymi dziećmi. Nadwrażliwymi matkami. Żonami przejmującymi inicjatywę. Przestraszonymi własną wizją świata poetami. Ostatecznie przegranymi straceńcami. Mogącymi szukać ukojenia w skardze u kogoś potężniejszego od siebie, odrzucanego ale w obliczy zagłady przywracanego do życia, do świadomości. Bo gdy trwoga, to do Boga. "Od powietrza, głodu, ognia i wojny. Wybaw nas, Panie!."  Gdy porażeni jesteśmy własną niemocą, bezsilnością możemy tylko jeszcze się pomodlić. Zwrócić do tego, co nas przerasta , bo sytuacja nas przerasta. I choć przez ludzkość jest zaprogramowana, stworzona, to opanować ją może tylko coś potężniejszego. Poza ludzkiego. To jak wyjście awaryjne, jedyna droga ewakuacyjna w śmierć. Ostatnia deska ratunku nadwątlonych już zmysłów. Nawet nie nadzieja. Jakiś ostatni okruch, strzęp przyzwoitości. To przyznanie się do porażki.

To jest naprawdę nieprawdopodobne, że  historia zatacza koło, wszystko się powtarza, wznosząc się tylko na wyższy poziom okrucieństwa. Komplikacji. Wyrafinowania. I zawsze to w jakiś sposób zaskakuje. Poraża. Bo im większa wiedza, tym wyższa świadomość i paradoksalnie bardziej obezwładniająca bezsilność. Niemożność wpłynięcia na bieg zdarzeń. W stanie bezwładu wobec tego, co niedoskonale ludzkie, człowiek zwraca się do Boga, nawet wtedy, gdy w niego nie wierzy. Wszystko chce mu powiedzieć. Gdy już człowiek człowieka nie słucha. Chce poskarżyć się, donieść. Z pretensją, że został oszukany, zdradzony, wyprowadzony w pole. Zaszlachtowany siekierą, zadźgany nożem, zastrzelony, zaduszony gołymi rękami czy zamęczony ogłupiającą pracą przy kserokopiarce. Unicestwiony z całym bagażem swego jestestwa. Spuścizną przeszłych pokoleń.

To jest bardzo dobry  tekst Pawła Demirskiego, bardzo dobrze wyreżyserowany spektakl przez Monikę Strzępkę. Scenografią świetną zilustrowany. Przemyślany, harmonijnie zbudowany. Gdzie każdy z aktorów ma szansę zaistnieć znacząco, co jest też zasługą rozpisanych ról. Każdy ma co grać. I wszyscy wykorzystują swoją szansę. Są wspaniali. Zachwycają. Grają zespołowo. Grają koncertowo. Niewątpliwie sprawy poruszane w sztuce są im bliskie. Nie byłoby takiej pasji, furii, emocji zaangażowanych i siły na  nas, widzów, oddziaływania. To był przekonywujący, wyważony jednak i konsekwentnie budowany przekaz. Nie przerysowany. Bez zbytniej szarży karykatury, bez bufonady. Bo wróg już u bram. Sztuka nie przemilcza tego. Artyści antycypują. I mają siłę, talent, by czerpiąc z klasyki wybić się na przekaz wybrzmiewający współcześnie. Są przygotowani. A my?

My, zawieszeni jesteśmy pomiędzy zdumieniem a wielkim lękiem. Coraz bardziej uświadamianą sobie bezsilnością wobec galopujących zdarzeń. Niezmiennością świata co do treści gwarantowanej zmiennością coraz to bardziej wyrafinowanej formy. Dlatego tak ważne jest przepracowanie tego poprzez sztukę. By rozpoznać można było rzeczywistość i oswoić to, na co nie mamy bezpośrednio wpływu, nad czym nie jesteśmy w stanie panować. Ostatecznie, ex post, zawsze będziemy mogli wszystko powiedzieć Bogu. Choć jeśli istnieje, nawet tylko poprzez siłę niedoskonałej ludzkiej wiary, to i tak wie o wszystkim. Sama myśl, że może wysłuchać naszej skargi, jest kojąca. Bo my też, wbrew pozorom, jeśli nie wiemy to czujemy wszystko. Tylko zagłuszamy prawdę bezzasadnie oszukując się, że to, co złe, niemiłe, niewygodne nas nie dotyczy, nie dotknie. Ale chyba przyszedł czas na przebudzenie. Wiek niewinności i spokoju jest kruchy i niepewny. Okazuje się krótką chwilą wytchnienia.

Nie interesują mnie te wszystkie recenzenckie oddzielania ziarna od plew, doszukiwanie się źdźbła w oku tej sztuki teatralnej. Krytyków harakiri. Bo sztuka działa. Nawet ułomna i niedoskonała. I mówi o zjawiskach, procesach ważnych, gorących, aktualnych. Nie wyrzeka się przeszłości, nie boi ostrości wypowiedzi. Bezkompromisowa jak buntowniczy i wierni sobie są jej twórcy. Jak zagrana!!! To, co poprzez nią najbardziej uruchamia, niech pozostanie tajemnicą. U każdego może to być zupełnie co innego. Jest co innego. A niezadowoleni, rozczarowani, wzburzeni, niech wszystko powiedzą Bogu!!!




nie-boska komedia. WSZYSTKO POWIEM BOGU!
Paweł Demirski
reżyseria: Monika Strzępka

OBSADA:

niedziela, 22 marca 2015

SZKLANA MENAŻERIA TENNESSEE WILLIAMS TEATR im.J.KOCHANOWSKIEGO w OPOLU

Spotkania Teatralne, 35., moje,  osobiste zaczęłam  dzień wcześniej, oglądając SZKLANĄ MENAŻERIĘ  Teatru im. J. Kochanowskiego z Opola. Nie jest to tytuł Spotkań, ale przecież to wielki Tennessee Williams, rzadko grana sztuka w tłumaczeniu nowej gwiazdy teatralnej translacji, Jacka Poniedziałka, który w dodatku reżyseruje tu swoją pierwszą poważną teatralną produkcję.

Przy okazji spotkałam mnóstwo znajomych, szalonych , pozytywnie zakręconych teatromanów, którzy nie zważają na to, że ATM jest gdzieś na końcu warszawskiego świata, spektakl późno się kończy a trzeba nie tylko wrócić do centrum Warszawy ale do centrum Łodzi  na przykład czy jakiego innego miasta. Wpadają do teatru często prosto po pracy, wyrywają się od zajęć obowiązkowych. Chcą być choćby  na jednym akcie, bo na drugi przyjdą następnym razem. Wyjdą wcześniej, przed końcem spektaklu ale tylko i wyłącznie dlatego, że na pociąg by nie zdążyli. A krytycy potem to komentują. Wiecie jak. Że się nie podobało. Że zbulwersowało. Dlatego tak mnie to zachowanie widowni instrumentalnie wykorzystywane przez krytyków irytuje, drażni. Często nie ma nic wspólnego z prawdą a służy tylko i wyłącznie uzasadnieniu ich negatywnej ocenie sztuki.

Tak, to są niewątpliwie moje całoroczne spotkania teatralne z widzami, na których zawsze wpadam, gdy jest coś nowego, zaproszonego, gościnnego, festiwalowego lub eksperymentalnego w teatrze. Bez wcześniejszego umawiania się. Po prostu jesteśmy. I muszę tu przyznać, że ci, z którymi udało się dłużej porozmawiać, widzieli o wiele, wiele więcej niż ja. Jestem w ogonie nowości. Są hej do przodu. Muszę ich gonić. Już wiem czy warto, czy ciekawie było. Co muszę obejrzeć a co mogę sobie odpuścić. I traktuję te rekomendacje poważnie. Ufam im, polegam na ich wiedzy i wyczuciu, doświadczeniu, zawierzam ich intuicji. To moi priorytetowi krytycy, z których zdaniem się liczę.

To obcowanie zupełnie nieformalnej grupy teatralnej  jest jedną z przyczyn, dla których teatr jest dla mnie tak ważny. Bo doświadczam wyjątkowego przywiązania widzów do sztuki teatru, widzę tę niebywałą ufność, niekończącą się ciekawość artystycznej wypowiedzi. I nieograniczony kredyt zaufania, którym obdarzają teatr.  Ten pęd z premiery na premierę, to autentyczne zainteresowanie nowinkami. Angażowanie się, przeżywanie porażek i sukcesów artystów. I nie są to wyrobnicy branżowi. To prawdziwi pasjonaci. Autentyczni fani teatru.

Nie wiem czy wiecie ale taka widownia wędrująca po teatrach całej Polski istnieje. Jest obecna. Ogląda, przeżywa, pamięta. Analizuje, porównuje, wartościuje. Gdyby to wszystko spisała i udostępniła! Pomarzyć dobra rzecz.Internet na szczęście jest otwarty. Bez wymagań, ograniczeń, restrykcji. Kanonu. Internet na szczęście czeka.

Menażeria wczorajsza, teatralna spotkała się ze SZKLANĄ MENAŻERIĄ, no właśnie Williamsa czy Poniedziałka? Niewątpliwie jednego i drugiego. Ale Poniedziałek zdominował ją, przytłoczył sobą. Okroił, zredukował wygrywając substrat o rodzinie.

Toksyczna, samotna matka, dysfunkcyjne dzieci. Walka o siebie w rodzinie. Rozjazd pomiędzy tym, kim chce się być, marzeniami a koniecznością dostosowania się do sytuacji, realiów. Bunt młodości kontra napór frustracji dojrzałości. Studium piekła rodzinnego. Przepracowanie braku komunikacji, jej dysfunkcyjnych form zaburzających relacje między najbliższymi sobie ludźmi. Manipulacja. Rola nieobecnego męża i nieistniejącego ojca. Wpływ szczęścia i własnej inicjatywy na kształt życia. Nie tylko swojego.

Poniedziałek nałożył kliszę swojego życia na sztukę Williamsa. Odnalazł,  rozpoznał siebie w tej historii rodzinnej i to wyeksponował. To było chyba dla niego najważniejsze. Zrezygnował z tego, co mu nie odpowiadało do szablonu jego motywacji, doświadczeń, przeżyć, uczuć. Zubożył więc przekaz o kontekst autora. Zachował się jak widz, który poprzez oglądany spektakl rozumie i przyjmuje to, co mu się odbija tylko i wyłącznie w jego osobistym doświadczeniu i rozeznaniu. Reszta przestaje istnieć. Wymiar uniwersalny, szeroki wyparowuje. Znika. Pozostaje publicystyka, konkretny przypadek z życia wzięty.

A jednak doskonale napisany dramat trudno zepsuć.To rodzina jest szklaną menażerią. Kruchą, przejrzystą, zastygłą w ukształtowanej formie. Piękną, mimo wszystko, gdy jej się przyjrzeć z bliska pod światło. Zwłaszcza gdy tylko siebie nawzajem się ma. Mieni się kolorową tęczą. Błyskiem wyjątkowości. Każdy z członków rodziny, na swój szczególny sposób, taki jest. Również okaleczony, skrzywdzony, naznaczony cierpieniem, niesprawiedliwym losem: jakby niechcąco, przez przypadek, mimo woli. Zły los się zdarza, kłody pod nogi padają, ale nic nie dzieje się bez przyczyny. Jeden błąd rodzi kolejne, te  powodują lawinę. Jedno nieszczęście prowokuje nowe. Doprowadza do kumulacji.  Obserwujemy rodzinę w momencie przesilenia, w punkcie ekstremalnie krytycznym.

Gorzkie to i trudne dojrzewanie syna do samodzielności w poszukiwaniu sensu życia, własnej tożsamości seksualnej i drogi rozwoju. Obciążonego ponad miarę odpowiedzialnością za całą rodzinę. Absolutnie dysfunkcyjną matkę, zagubioną , autystyczną siostrę. Z nieopuszczającym rodzinę cieniem nieobecnego ojca.

Matka godzi się z faktem, że przegrała życie. Nie ma innego wyjścia, ciągle dostosowuje się do nowych warunków, sytuacji. Działa instynktownie, histerycznie, zabójczo toksycznie. Jak tonący zachłystuje się nieumiejętnością radzenia sobie z własnym życiem, wychowaniem dzieci, pracą. Ledwie się jeszcze utrzymuje na powierzchni. Jest u kresu. W histerii, stresie, bezsilności, na oślep brnie w klęskę. Od lat karmiąc się niepowodzeniem, porażką, rozczarowaniem staje się personifikacją upadku.  Nieszczęściem samym. Dla siebie i wszystkich w polu rażenia swego działania. Nadopiekuńczości, zapobiegliwości, kontroli, nadpobudliwości, upierdliwości charakteru, presji, nagabywania, szantażu, wymuszenia, osaczania dzieci, wdzierania się na siłę w ich prywatna przestrzeń.

Córka reaguje na ciosy wycofaniem. Nie jest w stanie żyć samodzielnie. Krucha, złamana, porażona. Nadwrażliwa. Zamknięta w sobie. Jest obciążeniem, poczuciem winy, karą za niezawinione grzechy. Szklanym jednorożcem ze złamanym rogiem. Bólem, zagubieniem, porażką świata. Bez nadziei na szczęście. W jednym momencie jest piękna, silna, normalna. Dziewczyna marzenie, umalowana, ubrana, uczesana wyłaniająca się z ciemności ku nam w pełnym, w jakby pochodzącym z niej samym świetle. Dziewczynka z zapałkami. Zapłonęła i zgasła. A pomiędzy jednym a drugim, przez mgnienie tylko, wydawało się wszystko możliwe, w zasięgu spełnienia. Dlatego tak boli. Tak mocno. Dojmująco. Kolejna porażka. Rozczarowanie. Sytuacja, która uzmysławia, ze kolejna szansa na zmianę przepadła. Pozostajemy z bohaterką ogłuszeni tym zdziwieniem paraliżującym nas całych w świadomości niespełnienia. Oddalającego się z czasem coraz bardziej wszelkich możliwości. Jakby świat się coraz bardziej zamykał. Zaczynał dusić, płonąć, niszcząc  w ten sposób wszelkie drogi ucieczki, ratunku. Zapadamy się, uszczelniamy. Zasklepiamy w poczuciu niższości, wykluczenia, ograniczeni. Choć z zewnątrz wydaje się wszystko możliwe. Wystarczył by jeden krok,  jedna konsekwentnie realizowana decyzja. Co powoduje, że pogrążeni jesteśmy w letargu, porażeni niemocą? Tresura wychowania? Lęki? Poczucie niższości? Predyspozycje charakterologiczne? Ograniczenia formalne? Brak ojca, osoby, która pomogłaby wybić z tego zasklepienia, stanu permanentnej niemożności. Niedojrzały, niegotowy do tej roli brat. Bezradna matka, pogłębiająca tylko traumę.  Bo kiedy się pojawia osoba, która mogłaby pomóc, jest już za późno. A poczucie beznadziei, stan klinczu jeszcze bardziej się pogłębia. Osiąga kulminację. Po przekroczeniu, której czeka już tylko samotność, upadek. Niebyt.

Cienka czerwona linia, poziom zanurzenia w brutalnym świecie biedy, bałaganu, brudu, przeciekającego dachu, zatkanego kibla, zbyt głośną muzyką, ze szczurami wielkości kotów.  Upadlających warunków życia. Czerwona szminka Laury, gdy wydaje się być pięknością, jeszcze młoda, zadbana, ogarniętą. I jeszcze czerwony zniekształcony przez pożar świecznik, użyteczne nadal wspomnienie świetności rodziny sprzed lat. Wyznaczają granicę, punkt krytyczny, graniczny, ostateczny. Ten moment, poziom, stan gdy wszystko jest jeszcze możliwe. Jeszcze działa. Okaleczone. Skażone przeszłością wpisaną w życiorys, w genotyp uczuciowy, osobowy. Tom, zbyt młody na rolę jedynego żywiciela rodziny, rezygnuje ze swych marzeń, realizowania planów, rozwijania talentu. Ale do czasu. Na szczęście buntuje się i porzuca ten rozpadający się, dysfunkcyjny matecznik. Zdobywa się na odwagę. Wybija na niezależność. Obciąża się jednak kolejną traumą. Będzie miał wyrzuty sumienia, że opuścił rodzinę w potrzebie. Nie sprostał wyzwaniu powinności, konieczności pomocy matce i siostrze. Musi jednak zaryzykować. Musi pójść swoją drogą.  Sam musi odciąć pępowinę. I nikt absolutnie nie może mu w tym pomóc. Przekroczył cienką czerwoną linię, zaczął samodzielne życie. Podjął trud samorealizacji. A może samo destrukcji. Ale spróbował. Z lękiem, że powtarza los ojca, który uciekł, stchórzył.

Deszcz w sztuce przebija się przez dach wtedy, gdy gorąca atmosfera życia rodzinnego osiąga apogeum opresji, świat czterech ścian płonie. Piosenki, muzyka rozbrajająca bomby napięcia. Ucieczki z domu do kina/?/, na taras gdy osaczenie rozhisteryzowanej matki jest nie do zniesienia. Błyski, grzmot piorunów, światło i mrok poszerzają paletę granicznej osaczenia. Wybijają brutalnie, gwałtownie z samo nakręcającej się spirali przemocy psychicznej.

Aktorzy wywiązują się ze swych zadań. Tempo doskonałe. Pomysły świetne. Zgrzyta od czasu do czasu język, przekład, choć wydaje się zwięzłą, logiczną całością. Reżyseria jeszcze zawodzi ale pierwsze koty za płoty. Williamsa trudno zepsuć. Można go okaleczyć, wybiórczo przyciąć. Zawsze jednak czuć rękę mistrza, duch Williamsa. Choćby to była tylko znacząca namiastka poprawnie wystawionego tekstu.


SZKLANA MENAŻERIA
Autor: Tennessee Williams
Przekład: Jacek Poniedziałek
Reżyseria i opracowanie muzyczne: Jacek Poniedziałek
Scenografia: Michał Korchowiec
Światła: Katarzyna Łuszczyk
Choreografia: Łukasz Przytarski
Aranżacja piosenki: Andrzej Strzemżalski
Asystent reżysera: Sylwester Piechura
Mix: DJ Polak
Projekcje: Łukasz Kustrzyński
Inspicjent: Justyna Bartman
Zdjęcia: Krzysztof Bieliński

Obsada:
Grażyna Misiorowska
Grażyna Rogowska
Leszek Malec
Sylwester Piechura

http://wyborcza.pl/1,112395,17596161,Jacek_Poniedzialek_o_osobistych_watkach_w__Szklanej.html