czwartek, 17 kwietnia 2014

34 WARSZAWSKIE SPOTKANIA TEATRALNE EX POST


Plakat 34 WST się buntuje i w mojej propozycji/z Internetu /uwalnia kolory żywe, weselsze.Przeprogramowuje się do następnych Spotkań. Może całkowicie uwolni się od przygnębiającego nastroju. Dosyć  smutowatości.


34 Warszawskie Spotkania Teatralne już się skończyły. Obejrzane spektakle pozostają z nami. W pamięci. Buszują w nas nadal.Ciężko pracują. Czas pokaże, co z nich zostanie. Popiół i zamęt? Czy może choć jaki pyłu diament. Na pewno nastąpi wzmocnienie Dramatycznego na rynku teatralnym. Na pewno!

To oczywiste, że nie było możliwości obejrzenia wszystkich  spektakli proponowanych przez selekcjonerów/ wybranych przez organizatorów spotkań/zarówno tych głównego nurtu, małych WST, jak i imprez towarzyszących. Nie można więc ocenić całokształtu. Ocena musi dotyczyć ograniczonej, wybranej ilości obejrzanych spektakli. Trzeba też pamiętać, że spektakle pokazywane były tylko jeden, w wyjątkowych przypadkach, dwa razy. W gruncie rzeczy nie dla  zwyczajnej widowni a wyjątkowej, szczególnej, ważnej. Zaangażowanej.

Już sam fakt, że nie można ogarnąć wszystkiego, jeśli ktoś bardzo, bardzo chciałby się uprzeć jest zarzutem podstawowym. Widzowie sami musieli selekcjonować spektakle już wcześniej dla nich wybrane. Brali urlop lub po całym dniu pracy , wykonaniu innych obowiązków, jednak przychodzili do teatru.  I to dzień po dniu. To niezwykłe i wspaniałe. Cudowne.Nie dziwi więc fakt, że niewielu widzów zostawało na spotkania z aktorami, twórcami i dyrektorami teatrów. Naprawdę niewielu. Późno się zaczynały, bardzo późno kończyły. W hałasie, zamęcie, ścisku Cafe Kulturalna.Tym samym stawały się one nie dyskusją widza z twórcą ale demonstracją samozadowolenia widzów, organizatorów i wykonawców. Krytyczne opinie ginęły w potoku wyjaśnień, rozwinięć artystów mówiących o swoim dziele, pracy nad nim, motywacjach , swoich interpretacjach. O tym, jak wyglądała wspólna pracy przy przygotowaniu,  realizacji, eksploatacji spektaklu, jak je sami oceniają. Ważne dla widzów były nowe plany, projekty, pomysły aktorów i twórców.

Przyznaję, chętnie tego słuchałam. Tego festiwalu samozadowolenia, tego rozjazdu informacji pomiędzy poziomem scenicznego i deklaracyjnego przekazu, tego ciągłego wbijania nam do głów przez selekcjonera, Zdzisława Pietrasika, że to on jest odpowiedzialny za wybór spektakli, że miały być ciekawe i takie, które można by polecić innym do obejrzenia. Prawdopodobnie dla zwykłego, normalnego czy przeciętnego widza. W domyśle, by zapełniały widownie, przynosiły wpływy do kasy. Miło było dostrzegać, jak po każdym komplemencie pod adresem artystów, aktorów, pochwale spektaklu, kamień spadał Pietrasikowi z serca przynosząc wyraźną ulgę. Szczególnie wtedy gdy dotyczyło to spektakli kontrowersyjnych, trudnych. Trzeba też przyznać, że był do tych spotkań z publicznością przygotowany, bo w obstawie autorytetów, wspomaganiu krytyków, wyjadaczy teatralnych, którzy wiedzieli jak poprowadzić spotkanie, rozmowę z artystami i publicznością. Tak więc głosy niezadowolenia były  ale wątpliwości wyjaśniano, zarzuty odrzucano a mocne argumenty sprzeciwu neutralizowano stwierdzeniem nie do podważenia, że przecież jesteśmy w teatrze, rewirze wszelkiej rozpasanej wolności twórczej, kreacji artystów, ekspresji , która musi być wypowiedziana bez względu na to, czy będzie się to podobać komu czy też nie. I to, co się na scenie dzieje jest znakiem zapytania, komunikatem, impulsem do indywidualnego rozwinięcia, propozycją nie do odrzucenia a do przemyślenia, wartościowania, ostatecznie do przeżycia. Teatr jest nie tylko po to, by dostarczać rozrywki lekkiej, łatwej, przyjemnej ale też po to, by drażnić, irytować, wkładać kij w mrowisko za wszelką cenę. A tak w ogóle ocena spektaklu to kwestia oczekiwań, smaku i gustu indywidualnego.

Bezcennym doświadczeniem były te spotkania pospektaklowe, bezcennym.  Radość wszystkich przechodząca w euforię. Przypieczętowanie sukcesu. Potwierdzenie klasy. Utwierdzenie się w najsłuszniejszej racji bytu w nurcie ciekawy, ciekawszy, najciekawszy. Bo o wybitności nie mogło być mowy. Przecież nie znamy definicji, nie pokusimy się o jej sformułowanie. Zresztą po co podnosić poprzeczkę. Wyznaczać poziom najwyższy. Trzeba byłoby się tłumaczyć, wyjaśniać. A tak, Zdzisław Pietrasik udowodnił, ze sztuka może uczyć. Uprzedził ewentualne zarzuty narzucając swoją narrację/ zwyczajnej ciekawości jako kryterium wyboru sztuk/. Jak Garbaczewski w KRONOSIE/spektakl odwołany/, Kleczewska w PODRÓŻY ZIMOWEJ/monolog końcowy/, Globisz a przez niego pewnie Klata w DO DAMASZKU/“Brzydzę się w tym grać, to hańba i wstyd, ale wybaczam”/. Ten myk, zabieg formalnego zastrzeżenia, wykluczający wszelki zarzut co do poziomu artystycznego WST został puszczony w obieg medialny jeszcze przed rozpoczęciem WST. Nie ma wątpliwości, że selekcjoner obejrzał wybrane spektakle. 

Właściwie osobiście cieszyła mnie ta radość artystów, bardzo. Nawet jeśli w mojej ocenie była nieuzasadniona. Bez względu na to czy spektakl budził moje wątpliwości, czy podobał mi się czy nie. Bo doceniam ich trud, mozół, upór. I ogromny wysiłek. Wszelki. Bez względu na rezultat.To było dobre dopełnienie. Stanie twarzą w twarz i rozmowa po oficjalnym hurra spotkaniu. Artysta i widz. Intencja i jej odbiór. Organizator WST i klient. Narzucam i odrzucam. Tak być musi, bo inaczej nie może i tak być nie musi, bo może być inaczej. Ta konfrontacja.

Nie ma więc tego złego, co by na dobre nie wyszło. IMKA w pigułce. Intensywność spotkań wymuszona przez ich częstotliwość. Kontakt bezpośredni z artystami. To, że jest w ogóle możliwy. Na dobre, czy nawet na bardzo dobrze wyszło to Teatrowi Dramatycznemu m.st.Warszawy bez imienia  z nowym logo, z nowym zespołem, nowym poziomem. Promocja ekstremalna: premiery/ "Noc żywych Żydów"/ w oprawie poprawności politycznej, garnituru vipów rządowych/premier&Co, prezydenta miasta &Co z ochroną włącznie/, programu teatru/ z każdym kupionym biletem/, spektakli teatru/patrz w program Spotkań,  łącznie ze zdjęciami reklamującymi Trzy siostry i Mizantropa/

To już nie Warszawskie a Teatru Dramatycznego Spotkania Teatralne. Jeśli ta promocja jest w porządku, niech zostanie ale proponuję wtedy , by kolejne Spotkania odbywały się w kolejnych warszawskich teatrach. Niech każdy teatr w Warszawie ma szansę na tej teatralnej imprezie w ten czy inny sposób skorzystać, zarobić. Sprzeciwiam się tak jawnej, tak agresywnej promocji. Tradycja miejsca spotkań określa tylko organizatora a nie gwarantuje samoreklamy repertuaru. Mam wrażenie, że tu przekroczono zwykłą, normalną, przeciętną przyzwoitość nakłaniając w sposób pośredni i bezpośredni jednak, moim zdaniem, niezwykłego, wyjątkowego, nieprzeciętnego widza WST do wizyty w Teatrze Dramatycznym na jego spektakle. Bo jest w Warszawie wiele innych przedstawień, w innych teatrach na poziomie "tylko ciekawości" zaspakajającej widzów. A nawet, w ich ocenie, wybitnych. I ewentualne tłumaczenie, że każdy teatr ma swój program promocji i reklamy, również poprzez organizowane przez siebie imprezy nie jest do końca przekonujące, bo przecież to WST jest uznawane, nagłaśniane jako najważniejsza, najbardziej prestiżowa impreza roku w Warszawie. Promująca stolicę.Również za granicą. 

Jeżeli promuje się WST  głównie jako imprezę dla publiczności, dla Warszawiaków, dlaczego nie ma nagrody publiczności? Dlaczego prasa /też w e-teatr.pl/ drukuje podsumowujące oceny 34 WST najpierw zagranicznych krytyków/dwóch/  przed krajowymi, którzy przecież byli na spektaklach. Nikt się imiennie nie podpisał pod oficjalnym komunikatem PAP. To jest ciekawe, że z góry ustawia się obowiązujący szablon dyskusji o WST, wyprzedzając najbardziej zainteresowanych. Bo pełna widownia/frekwencja/, wpływ pieniędzy ze sprzedaży biletów są decydującymi wskaźnikami oceny WST. 

Oto bieżąca, facebookowa informacja/16.04.2014, godz 16:30/
Warszawskie Spotkania Teatralne dodał(a) nowe zdjęcia (2).
33 min · 
Rekordowa ponad 100-procentowa frekwencja na 34. Warszawskich Spotkaniach Teatralnych!!
Program tegorocznej edycji WST okazał się strzałem w dziesiątkę. Nadkomplety na widowni odnotowały niemal wszystkie z czternastu tytułów, jakie w tym roku wybrali kuratorzy festiwalu Zdzisław Pietrasik oraz Marek Waszkiel.
Dziękujemy, że byliście z nami!!
fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska
 


Oczywiście o żadnej porażce nie może być mowy. To same spektakle decydowały o frekwencji, o zainteresowaniu WST. Przy ofercie krajowej, ilości spektakli pokazanych w innych teatrach Warszawy w ciągu ostatniego roku, głównie w IMCE, selekcja nie była trudna. Za chwilę kolejnym argumentem będą dokładne dane statystyczne, księgowo-finansowe. Już widać, że obalą wszystkie ewentualne argumenty malkontentów i maruderów. Tyle, że statystyka dobra jest dla urzędników, polityków. To działa w zarządzaniu administracyjnym. Gdy teatr wytwarza, sprzedaje produkt. I tak w istocie jest. Tylko, że nie jest to argument decydujący, najważniejszy w kategorii oceny sztuki, w tym wypadku sztuki teatralnej. Manipulowanie informacjami mówiącymi o danych dotyczących publiczności dla potencjalnej publiczności przyciągnięcia w warunkach jednorazowej , w wyjątkowych przypadkach dwukrotnej prezentacji spektaklu jest nieuczciwa. Przy uwzględnieniu populacji Warszawy i okolic.Jeśli inne teatry przyjmą tą retorykę, widzowi, w warunkach braku profesjonalnej, rzetelnej krytyki, trudno będzie się zorientować, co tak naprawdę warto obejrzeć w teatrze a co nie. Dlatego tak ważna jest prawda, proporcje w uzasadnianiu argumentów sukcesu. A tak publicznością się manipuluje. Oczywiście na jej koszt i na jej ryzyko. Nie byłoby tak źle i nie było by to nagannie, gdyby nie czyniono tego tak nachalnie. Za chwilę Teatr Dramatyczny będzie brał udział w kolejnej wielkiej imprezie. A na niej Pawła Passiniego Morrison/ Śmiercisyn /26.05.2014/. To tego spektaklu zabrakło na WST/ o to Z. Pietrasik pytał publicznie w mediach/. Spektakl , reżyser nagrodzony przez "TEATR". Kategoria "teatr lalkowy"  ale przecież dla dorosłych /od lat 16-tu/ nie była przeszkodą. Pewnie coś innego.

Myślę, że czas, by tu zaszła zmiana. Spotkania powinny przejść całkowite przeobrażenie: koncepcji, organizacji, programu, nazwy jeśli zmieni się koncepcja. Promocji i reklamy. Logo WST. Nic nie musi być dane na zawsze . I to zgodnie z tradycją. O tym akurat dyrekcja Teatru Dramatycznego wie najlepiej, bo sama skuteczne zmiany konsekwentnie w teatrze kreuje. A tymczasem to IMKA przejęła inicjatywę, pomysł WST, organizując Polska w IMCE. NIecodzienny Festiwal Teatralny. To ona pokazuje wszystko, co najciekawsze, najwartościowsze, kontrowersyjne z całej Polski a w dodatku spektakle pokazywane są nie wszystkie na raz tylko przez cały rok. Pozostałe teatry warszawskie uzupełniają ofertę teatralną  z kraju /Studio, Polski/. WST zostają resztki, końcówki serii produkcji krajowej, to czego inni nie mogą, nie zdążyli zaprosić lub ze względów technicznych nie byli w stanie sprowadzić. Bilety na WST są równie drogie/patrz cennik/. 

34WST pokazały 8 spektakli z Polski. Oczywiście dobre i to. Bardzo dobrze. Bóg zapłać.Tragedii nie ma. Ale straciły swoją wyjątkowość. Swój charakter. Cel. Nie można ich oceniać, chyba że każdy spektakl indywidualnie, bo nie reprezentują spektakli najwybitniejszych, najlepszych a tylko, jak upewnił nas selekcjoner , Zbigniew Pietrasik, najciekawsze, takie, które można polecić innym. Bądźmy konsekwentni. Możemy się z tym zgadzać lub nie. W ostateczności, to my widzowie, jesteśmy selekcjonerami. Każdy zmuszony był z czegoś zrezygnować, coś pominąć. Po obejrzeniu wybranych pozycji, sam dokonał oceny, czy to był dobry czy zły wybór. Z zakupem biletów nie było problemów do ostatniej chwili. Trzeba się było bardzo starać, by nie dostać się na wybrane przedstawienie. Kwestia czasu i pieniędzy, organizacji. 

Teatr za Gustawa Holoubka był dramatyczny. Za Miśkiewicza był w dramatycznym stanie/finansowym/. Obecnie poprawnościowy, widzów modelujący na obraz i podobieństwo normalności, zwyczajności, przeciętności jaką się na scenie sztuką tu definiuje. Dzisiaj to teatr bez imienia, festiwalowy. Teatr bez właściwości. 

I takie też się stają WARSZAWSKIE SPOTKANIA TEATRALNE. Bez właściwości. I jeśli IMKA bardziej się zorganizuje, przyśpieszy sprowadzanie ważnych, głośnych, kontrowersyjnych spektakli, to z WST nic nie zostanie. Popiół i zamęt. Promocja Dramatycznego.

Czy będzie kolejna edycja FESTIWALU DA! DA! DA!?!?!?!?!  


Oto prawdziwa, niewymuszona, spontaniczna, emocjonalna reakcja publiczności. Działanie potęgi sztuki teatralnej.
Teatr Lalek, Paryż 1963 rok - „Moment, w którym smok zostaje zabity".


http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/180772.html?josso_assertion_id=198493D2D4913EB6
http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/181203.html
http://www.rp.pl/artykul/9147,1103141-Najciekawiej-wypadly-Czarownice-z-Salem-Arthura-Millera-z-Teatru-Wybrzeze.html

wtorek, 15 kwietnia 2014

PODRÓŻ ZIMOWA WIOSNĄ




Niedzielne popołudnie, słoneczne i chłodne. Rześkie powietrze rozsadza płuca, żar słońca pod powiekami.  Zamiast relaksować się na kanapie gonię do autobusu 34WST do Łodzi, do Łodzi, do Łodzi na "Podróż zimową"  do Teatru Powszechnego.  Ze strefy spokoju do wojny, ze światła do mroku, z równowagi do rozedrgania, z rozpasanej przestrzeni do klaustrofobicznego uwięzienia. Biegnę, mimo to biegnę nadal. By zderzyć się z Kleczewskiej teatralną wrażliwością, Jelinek zapętloną językową namolnością. Cierpieniem niezawinionym,  cierpieniem zadawanym nieludzką miłością.  I tam , w tej Łodzi, Łodzi, Łodzi zanurzam się w biel pulsującego , uwalniającą podświadomość muślinu,   zasysa mnie czerwień krwistej sceny. Poraża mnie niewinność rozszarpywana pożądaniem dzień po dniu przez lata, dusi ofiar bezsilność splątana  z moją bezsilnością, pragnienie miłości. Pochłania piekło bezkarnie karmiące się niebem. Piekło ludzkiej natury, niespełnienia. Nienasycenia. W otaczających mnie lustrach przyglądam się sobie, jakiej nie znam. I nie chcę znać. Czuję czuciem, jakiego nie chcę i nie chciałabym nigdy poznać. Myślę; to nie mój barbarzyńsko nieludzki świat. Nie mój. Nie mój los. Nie mój. Nie jestem tą ofiarą. Tym strzępem ludzkim, niechcianym, cierpiącym. Tym wyrzutem sumienia. Śmieciem przesuwanym z obrzydzeniem na margines wszystkiego. I to nie moja, nie moja bardzo wielka wina. Nie moja. Nie moja.

Tak, to wyznanie miłości. Do teatru, który dotyka, nie boi się, szuka. Szuka ze mną kontaktu, porozumienia. Ryzykuje za każdym razem wszystkim. I idzie na całość. Wespół zespół.  Łączą się fale mojej i teatru nadwrażliwości. Choć lepiej, poprawniej, bezpieczniej by było wszystko zbalansować, wyczyścić, uśrednić. Płasko wytłumaczyć. Odpuścić. I nie powtarzać, nie wracać do tego samego.

Jelinek też powtarza ciągle to samo, tak samo, do tych samych. Mówią jej, sama przyznaje, że bezskutecznie. Bezskutecznie. Bezskutecznie. Słowo nie potrafi samo krzyczeć. Nie uderzy nas w splot, nie porani. Może rozjuszy, wzburzy, o brak rozumienia się rozbije. Łatwo je porzucić, zlekceważyć, unieważnić; zniechęceniem, obojętnością, lenistwem. Święty Boże nie pomoże, Nobel tym bardziej nie pomoże. Mój, Boże!

Kleczewska też powtarza; siebie i innych. Operuje sugestią, nastrojem, skumulowanym cierpieniem. Obrazem nasyconym bólem, który przenika w ludzkie serca, jeśli są jeszcze czułe, otwarte, gorące. Wdziera się do nich siłą. Gdy trzeba. Obscenicznie, mocno, brutalnie. Przegina, naciąga, przerysowuje, dodaje. Wynaturza wynaturzenie. Kradnie, bo pożycza  i nigdy nie oddaje przerobiwszy na swoje, na nasze. Dłubie nam tekstem w mózgu w poszukiwaniu rozumu. Kumuluje tekst, muzykę, śpiew, siłę złudzeń, by jak skalpelem przeciąć w nas, co martwe i dostać się do żywego, tętniącego, ukrytego. Instynktu, pamięci, pragnień, bliskości, spojrzenia dziecka.  Mówią krytycy, że bezskutecznie. Bezskutecznie. Bezskutecznie. Ale jej teatr więcej, więcej może. Trudno uciec przed siłą emocji scenicznych znaków. Przed obrazami budzącymi niepokój. Piękno. Ból. Z adresem podświadomości. Te obrazy robią swoje. Drążą w kokonie samotności, przebijają skorupę obojętności. I rosną, pęcznieją. Pracują, pracują. Pozostają na zawsze. Dojrzewają. Wielu mówi, że nieskutecznie, nieskutecznie, nieskutecznie.

Ze mną robią, co chcą, co powinny, co muszą. Celnie we mnie  trafiają walcząc o człowieczeństwo. Wrażliwością na to, co słabe, coraz słabsze, najsłabsze. Co wykluczane, wykluczone, wykluczające. Dla wzmocnienia. Wstrząsu. Przebudzenia. A przynajmniej do wiadomości. To nie szkiełko i oko a czucie przez nie wyzwalane, sprzeciw wobec zła budowany- niemego krzyku rozpaczy, bezsilności, gwałtu na niewinności, brutalnego wypierania duszy z ciała, poniżanie poniżonego- ma siłę rażenia. Przeobrażania. Wielu twierdzi, że nieskutecznie, nieskutecznie, nieskutecznie.

Bo jesteśmy, jesteśmy tak oporni, odporni, nieprzenikalni. Wchłaniamy każdą podłość, cierpienie, i wracamy do domu uzbrojeni w bezkarność obserwatora. Kolejna porcja przemocy, opresji i obsceny wzmaga i  wyostrza apetyt na następny krwawy ochłap okrucieństwa wrośnięty w codzienność. Kolejna szczepionka zła zaaplikowana przez człowieka człowiekowi uodpornia. A Jelinek powtarza po Bernhardzie, powtarza i powtarza  o bezsilności wobec banalności zła. Jego codziennego, konsekwentnego, uporczywego drążenia w nas pustki,  samotności, świadomie przyjętej postawy bezradności. Wyboru karmienia w sobie kanibala. Emocjonalnego, uczuciowego, fizycznego. Z opcją no way out. Bez ekwiwalentu. Bez możliwości odrodzenia, odkupienia, bez miłosierdzia. Bogiem jest JA, JA, JA na wiecznym głodzie. Ludzka trójca święta. Przyjęta. Przeklęta. Wyklęta.

I zło mimo rozpoznania potężnieje. Wzmaga się. Poraża, paraliżuje. Odbija się od obojętności. I nie wiem jak, nikt nie wie, jak i dlaczego ciągle udaje się mu przetrwać, odrodzić, uderzyć.

Od zawsze sztuka nawija o tym samym i samym. Ewentualnie zmienia język, formę, proporcje.
Taki Bernhard patologicznie nawija ciągle i ciągle o tym samym. W spirali zapętlenia.
Taka Jelinek przynudza, jakby się zacięła, o tym samym i ciągle o tym samym. Upierdliwie.
Kleczewska też ciągle, ciągle szuka drogi, sposobu, formy, metody, by do nas dotrzeć.

My znajdujemy ciągle i ciągle nowe sposoby, by przed nimi się bronić. Myśleć  o sobie. Wyjść na swoje. Dla siebie. Wyjść z teatru i  zlekceważyć, odrzucić, wyprzeć, zapomnieć, zapomnieć.

Potrzebujemy prostoty, jasności, początku i końca. Motywacji, argumentów, słodkiego, miłego życia, szczęśliwego zakończenia. Najlepiej świetnej gry zarówno w teatrze, jak i w życiu. Całkowitego zrozumienia. Gładkości formy, doskonałych proporcji, konsekwencji. Ale świat jest też niedoskonały, chropowaty, nielinearny i niezrozumiały. Splątany. Odrażający i zły. Nie do życia. A przy tym podstępnie piękny, uwodzący, cudownie mamiący. Działający na dopalaczach ułudy. Marzeń.

Środek niedzielnej nocy. Niebo gwieździste nad nami a szop pracz, królik, napalony gwiazdor, idealna pani domu, Josef Fritzl z gwałconą córką, córka z nadmuchaną, plastikową matką i  zastęp nieprzystosowanych, niechcianych, odrzuconych przyczepili się do mnie. Przylgnęli. To nie tak miało być. Nie tak. Nie chcę tego. Nikt nie chce. Ludzka menażeria katów i ofiar podąża wesołym autobusem do ciepłego, miłego, spokojnego, normalnego domu. Oazy szczęścia. Przecież jest wiosna. Wiosna. A opowieść zimowa się dopiero zaczęła. Przyczaiła się. Czeka na rozwinięcie.


http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,127763,15764440,Widelcem_w_oko.html#ixzz2yrWFVD5Z

sobota, 12 kwietnia 2014

DO DAMASZKU SKANDALU NIE BYŁO



W końcu spektakl "Do Damaszku"  w reżyserii Jana Klaty dotarł do Warszawy. Wzbudzał duże zainteresowanie, bo skandal z nim związany zrobił swoje. Sensacja, zła sława przyciąga, intryguje. Wielu chciało się przekonać czy reakcja widowni krakowskiej była uzasadniona. Czy rzeczywiście jest to spektakl obsceniczny, pretensjonalny, niezgodny z duchem dramatu Strindberga, sprzeczny z misją teatru narodowego, nie mający związku ze Swinarskim, deprecjonuje lubianych, wybitnych aktorów. Czy może jednak jest ciekawą, nowatorską propozycją manifestu artystycznego  na następne 4 lata nowej dyrekcji Narodowego w Krakowie. I czy mógł w jakiejś mierze przyczynić się do demonstracyjnego opuszczenia teatru przez Annę Polony i Jerzego Trelę  po kilkudziesięciu latach współpracy. Pewnie też niektórzy byli ciekawi reakcji warszawskiej publiczności. Wiadomo, były też inne motywacje, ale atmosfera sensacji dominowała.

Dlatego do zaplanowanego jednego przedstawienia zaproszonego na WST doszlusowano drugie. Bilety sprzedano, wejściówek było mnóstwo. Niektórzy widzowie obejrzeli spektakl na stojąco. Skandalu nie było. Trudno sobie nawet wyobrazić po oglądzie, że mógłby być. Jedynie poziom samego przedstawienia mógł sprowokować demonstrację niezadowolenia. Jednak ze spektaklu wychodzili tylko nieliczni. Zdecydowanie więcej widzów opuściło widownię w zeszłym roku w czasie trwania "Tytusa Andronicusa" Klaty. Znacznie więcej.

W gruncie rzeczy nie ma co się dziwić. To Warszawa gościła spektakl, a więc i artystów z Krakowa. A gości nie należy obrażać, złościć się na nich czy okazywać niezadowolenia. Nie wypada. Można przymknąć oczy,usnąć lub wyjść. I zapomnieć. Inscenizacja nie jest produktem Teatru Narodowego w stolicy, więc i zaangażowanie w egzekwowanie poziomu artystycznego, estetycznego nie było tak rygorystyczne jak w Krakowie. Warszawa też zna od dawna Dorotę Segdę i Krzysztofa Globisza i ceni wspaniałych aktorów. Wiele jest w stanie zrozumieć, wybaczyć. Zwłaszcza, że Globisz na scenie zastrzegł, iż przygotowany jest na to, co ewentualnie może się stać /“Brzydzę się w tym grać, to hańba i wstyd, ale wybaczam”/. Poza tym warszawscy widzowie nie mieli jeszcze okazji obejrzenia innych najnowszych produkcji nowej fali młodych reżyserów wystawiających swoje sztuki w Starym Teatrze/ w stosunkowo krótkim czasie, w jednym teatrze,  w dodatku w teatrze narodowym, z misją/, tak jak widzowie krakowscy. Nie doświadczyli skumulowanej mizerii formy i treści spektakli, obsceny, absolutnie nowych, odjechanych inscenizacji, sprawiających trudności interpretacyjne, nijak mających się do deklaracji i wyjaśnień artystów. Ta kumulacja nowości, rozjazd oczekiwań i stanu faktycznego, niezgoda na poziom estetyczny i artystyczny spektakli doprowadził prawdopodobnie nieprzygotowaną na to część publiczności krakowskiej do buntu. No i przede wszystkim, jak przekonały nas o tym media, wichrzycieli mentalność, status, polityka. Polityka. Polityka. Jakby teatr nie uprawiał polityki. Nie stosował jej reguł w medialnej obróbce niezadowolenia.

Warszawska publiczność przymknęła oko na ekscesy krakowskie. Na nią spektakl działał usypiająco. Mimo gwałconej klasyki Strindberga na scenie. Mimo popkulturowej interpretacji i oprawy muzycznej. Mimo nośnego wątku teatru drogi ku iluminacji gwiazdy pop w sytuacji spiętrzenia stanów kryzysowych/wieku średniego, twórczego/. Cała głębia dramatu Strindberga się na oczach widowni spłyciła, unieważniła. Nie wyzwalała napięcia. Bohater bez przejęcia robi rachunek sumienia, nie wyraża wiarygodnie żalu za wyrządzone krzywdy, popełnione grzechy.Ta pielgrzymka związana z wejrzeniem w głąb siebie miała doprowadzić go do odrodzenia. Przynieść spokój. Trudno w to uwierzyć, bo jest lekko, łatwo i przyjemnie. Jakoś nonszalancko.To nie droga przez mękę, ale beztroska wycieczka, pełna przygód i podbojów. Na wypasionym rowerze. Jest cool & fun. Żaden ból, cierpienie, rozdarcie. Spowiedź szczera czy zaduma. No może mały refleksik błędów jako cierń w artystycznej duszy mający go stymulować do powrotu do formy. W końcu wiemy, że artysta tworzy gdy cierpi. A tak, tak po prostu realizuje kolejne turnee. Tym razem do Damaszku. Albo czmycha przed kłopotami, tchórzliwie, szukając nowych inspiracji. 

Poza tym, kto by się tam przejmował ciemną stroną mocy celebryty, playboya, Piotrusia Pana. Idol wszystko może. Fan jego podłości traktuje lekko. Ekscesy wpisuje w konieczny proces podtrzymania czy kreowania wizerunku. Nihil novi, zwłaszcza, że realne kariery idoli są barwniejsze, bardziej dramatyczne, bardziej brutalne, wulgarne, wyuzdane, obsceniczne. Na to jest już przyzwolenie. Z tym się już dawno publika oswoiła. Zaakceptowała to. Z góry się na brudne newsy popkulturożerca cieszy.

Wszystkie błędy, winy idola są jakieś normalne, nie wymagają wybaczenia, odkupienia, skruchy i żalu. Kryzysy, upadki gwiazd to normalka, chleb powszedni skandalu, który jest zawsze pożądany, by budzić zainteresowanie rynku muzycznego, medialnego. Gwiazdy nie mają za co przepraszać, za co się kajać. Ich błędy, wpadki, krzywdzące innych zachowania są  z góry wybaczane. Są częścią sensacji tak bardzo potrzebnej do podtrzymania bad mad boy image`u. Oczekuje się nawet jakiejś podłości, cierpienia idola ekstra. Fani chcą, by ich zaskakiwał coraz to bardziej i  bardziej wyrafinowanym, najlepiej złym zachowaniem. Obsceną. Nikogo nie obchodzą koszty sławy. Tym się fan żywi.

Dorota Segda z Krzysztofem Globiszem, paradoksalnie im lepiej grają, tym gorzej wpływa to na spektakl. Przerysowania zachowań, zbyt doskonała dykcja, artykulacja głosu, fantastyczny, precyzyjny ruch sceniczny podbijają tylko sztuczność budowanej przez bohatera sztuki /granego przez Marcina Czarnika/  ekspresji scenicznej.  Zbyt wymyślna stylizacja drażni, irytuje. Cóż z tego, że jest perfekcyjna. Widz jest już wytresowany przez real, wyćwiczony przez media. Szybko wychwytuje zgrzyt ideału teatralnego wykonania.

Marcin Czarnik, everyman, jest nonszalancki, banalny, nudny, pretensjonalny. Trudno uwierzyć  w jego refleksję nad życiem, doświadczaniu doła. Nie zależy mu, by widz się nim przejął, traktował go poważnie. Nie przekonuje jego skrucha, żal. Wydaje się być zbyt opanowany, spokojny, zrelaksowany. Jak na performera jest nijaki. Nie wygląda na demona artysty w kryzysie.  Nie ma mowy o winie i odkupieniu, bo to kolejna gra. Taka dla odmiany, urozmaicenia. Haczyk na podryw. Zgryw. Podtrzymanie wizerunku. Gra w drodze po zwyżkę formy. To jasne, że nic z tego nie będzie.

Tak więc i widz się nie przejmuje. Spokojnie sobie lekceważy performance teatralny. Choć ciągle szuka Strindberga w tej interpretacyjnej wariacji. Naprawdę chciałby podążyć tropem wskazanym przez Klatę i Majewskiego, wypisanym na afiszu.

W końcu niektórym przyszło do głowy, że reakcja widowni krakowskiej była co nieco uzasadniona. Choć rzeczywiście nie jest to spektakl rażąco obsceniczny, to jednak pretensjonalny, niezgodny z duchem dramatu Strindberga, nie mający związku ze Swinarskim. I nie jest jednak ciekawą, nowatorską propozycją manifestu artystycznego  na następne 4 lata nowej dyrekcji Narodowego w Krakowie. I mógł w jakiejś mierze przyczynić się do demonstracyjnego opuszczenia teatru przez Annę Polony i Jerzego Trelę  po kilkudziesięciu latach współpracy. Rozziew pomiędzy rzeczywistym przesłaniem dramatu Strindberga a fantazją interpretacyjną tandemu Klata Majewski jest drastyczny. Dyrektorzy popłynęli na fali komunikatu i prostoty stereotypu. Przenicowali oryginał Strindberga już od dawna używaną przez nich popkulturową nicią. Na tyle skutecznie, że nic ze Strindberga oprócz tytułu nie zostało. A hańbą dla części widzów Krakowa jest prawdopodobnie też uporczywie konsekwentne przyzwalanie na obniżanie estetyczno- artystycznego poziomu wystawianych sztuk w Starym Teatrze. 

Kto nie zobaczył wymazywania "Do Damaszku" Strindberga popkulturą, nie wie, jak duet Klata Majewski nie adaptuje a unieważnia to arcydzieło. Jak opowiada swoją, swoimi słowami historię. Czym lekceważy tytuł i autora, przesłanie dramatu. Hańba. Żądam innego tytułu i autora na afiszu. Bo mi wstyd. Z tym, że są to słowa już tak obśmianiem wykluczane, że niewiele już znaczą. Stają się pustym, obciachowym znakiem retorycznym. Nie ma się o co oburzać, nie ma siły sprawczej przeciw nieudanemu spektaklowi się buntować. Zbyt wiele hałasu o nic. Znudzeni widzowie Warszawy wrócili grzecznie do domu. Sprawdzili, czy moherowe berety są głęboko pochowane, oficjalne zdania o spektaklu wyprasowane, a mocne argumenty do obśmiania skandalu przygotowane. Warto płynąć z głównym nurtem.

W Warszawie skandalu nie było.

PS   Osobiście nie mam nic przeciwko skandalowi, snobizmowi, a nawet udziałowi celebrytów czy amatorów w spektaklach, przepisywaniu dramatów i innym szaleństwom artystycznym jeśli stanowi to przyczynek do obecności widza w teatrze, uruchomienia w nim ciekawości będącej początkiem poznania, wartościowania, kształtowania indywidualnej oceny. Nawet buntu. Ale nie może to być sztuka dla sztuki. Powód sam w sobie. Główny cel. Zarówno na scenie, jak i w konsekwencji na widowni. 





wtorek, 8 kwietnia 2014

CARYCA KATARZYNA JANICZAK RUBIN


Eriko Uji

Gościliśmy w Warszawie "Carycę Katarzynę" Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach. Tandem StrzępkoDemirski może być spokojny. Ma kontynuatorów. Janiczak z Rubinem szarżują w tym samym kierunku i stylu. Uderzają w gusta tych samych odbiorców. Równie kontrowersyjni, polaryzując silnie publiczność, szokują bądź zachwycają. Nic dziwnego, mają przetarty szlak. Modne tematy, rewolucje dramaturgiczne, skróty myślowe, atrakcyjne wygibasy językowe, pomysły inscenizacyjne. Wulgaryzmy, rozpasanie seksualności, wolność i swoboda sceniczna pod każdym względem w formie atrakcyjnej, wstrząsowej. Spójnej, konsekwentnej, kontrolowanej. Nie unikając muzyki, śpiewu, ironii pastiszu.  Żadnych hamulców, oporów, reguł. Strzępka z Demirskim walczą w teatrze publicystycznie, Janiczak z Rubinem żonglując życiorysami historycznych postaci.  Mają wspólny cel: nowy człowiek na nowe czasy nowych wspólnot. Dopiero zaczynają, ale już wiemy, że się rozpędzają. Poczuli wiatr historycznych zmian, już wiedzą, że publiczność im sprzyja a krytycy doceniają i nagradzają/paszporty Polityki/. Malkontentom przyjdzie to przeżyć, zaakceptować lub odrzucić. Artyści już mają nowe pomysły, projekty, cele, plany. To teatr postdramatyczny, burzący czwartą ścianę, angażujący i zwracający się bezpośrednio do widza. Brutalnie sięgający po niego, tykający go bez jego zgody. Atakujący jego bezpieczeństwo, burzący świat hierarchii wartości i spokój. To ciąg dalszy nowego, poprzez teatr, ideologicznego rozdania.

W spektaklu obserwujemy psychologiczne motywacyjne przepoczwarzenie się młodziutkiej dziewczyny /14-15 lat/ w wampira seksualności. Od nieporadnej niewinności do wyuzdanej sprzedajności. Poprzez prostytucję władzy. Dojrzewanie człowieka towaru/ciała/ do użycia. Uświadamianie sobie siebie, swojej roli i atrybutów. Historia kołem się toczy. To wiemy. Nic się nie zmieniło. Dlatego temat jest tak nośny. A wszystko współczesne. Boleśnie aktualne.Tyle, że jak u Strzępki i Demirskiego, uproszczone, spłaszczone, drażniąco jednoznaczne, prostacko oczywiste. Nowe, ciekawe ale jednak nieskomplikowane i jasno wyłożone. Nonszalancko. Dopowiedziane. Podane na tacy. Chwytające się każdej formy i jej wynaturzenia. 

A jednak boli, boli ta opresja ciała. Gwałt kobiecego ciała z rozwinięciem w samogwałt. To naginanie i tresura woli. Łamanie kręgosłupa moralności. Mocno boli przepoczwarzanie niewinności w potwora skutecznej władzy. Wyzwalanie go krok po kroku. A brutalność zachowań seksualnych i przekroczenia obnażenia uzasadniają budzenie się samoświadomości rozpasania. Konstytuuje je władza i płaci władzy pieniądz. Dzięki  predyspozycjom aktorki grającej Katarzynę/Marta Ścisłowicz/.Jej naturalności. Akceptację roli. Swobodzie bezwstydu. Delikatności i odwadze grania ciałem. Bez epatowania nagością/tu można się ze mną nie zgodzić, może trzeba/, która była jej drugą skórą, kostiumem. Jednak uzasadnionym, w jakiś szczególny sposób nie rażący, nie drażniący. To bardzo wymagająca i trudna rola. Świetnie zagrana. Bo to było zdumiewające, jak swobodnie , bez zahamowań obnażała nagością, dręczonym przez siebie samą i innych ciałem prawdę. Odrzucając warstwa po warstwie całe zakłamanie świata. Nagość jej nie raziła, była naturalna, potrzebna. Pokazywała bezbronność wobec uzbrojonej w argumenty siłę, przemoc. Pozostali aktorzy wzmacniają przekaz/Joanna Kasperek, Dawid Żłobiński, Beata Pszeniczna, Wojciech Niemczyk, Ewelina Gronowska, Tomasz Nosiński, Andrzej Plata, Dagna Dywicka, Edward Janaszek/. Podobnie jak  pomysły inscenizacyjne. Scenografia/Mirek Kaczmarek/, muzyka, ruch sceniczny. 

Bo ciało w tym projekcie zostało oddzielone od postaci, choć wiemy o kogo chodzi. Dostajemy wypreparowany temat, cel, problem, okoliczność bez kontekstu . Historia Katarzyny została  potraktowana instrumentalnie, jak ona sama. Mamy tylko obiekt eksperymentu artysty, konstrukt projektu ideologii, kwintesencję celu walki oderwanego od podmiotu.To już nie historia postaci a studium osoby.  Osoby archetypu. Towaru. Z określeniem parametrów dostępu do niego. Wyznaczeniem ceny jego sprzedaży, wymiany lub użycia. A więc ludzkie uprzedmiotowienie. Straszne jeśli świadomie czynione i świadomie przyjmowane. Taki kobiety los, spuścizny patryjarchalnego systemu społecznego. Jaka osobowość jest w stanie to znieść?  Dla jakiego celu? Czy zyski przewyższają koszty? W przypadku Katarzyny tak. W przypadku histerii dzisiejszych celebrytów też. Presja osiągnięcia sukcesu, celu zakłada opresję ciała, duszy, wrażliwości. Jakby samemu sobie przychodziło zadawać pigułkę gwałtu, w dodatku z pełną premedytacją, świadomie. Przy założeniu, że ma się wpływ na swoje życie, możliwość wyboru. W tym względzie można powiedzieć, że Katarzyna się dostosowywała. Ale w końcu i ona konsekwentnie brnęła dalej i dalej, bez wyznaczania granic stosowania siły bezwstydu. Nie była pierwsza, ani ostatnia. 

Bohaterem spektaklu jest więc ciało, które zmuszane, programuje umysł, kształtuje motywacje i mentalność. Zaszczepia podporządkowanie celom, wykorzystując presję, predyspozycje, skłonności, inteligencję. Obserwujemy proces prania mózgu przez torturę ciała i wykorzystanie zmysłów. 

I jeszcze sprawa Polski w osobie cud Stanisława Augusta Poniatowskiego a w konsekwencji wpływ postępowania i wyborów jego osoby na czasy obecne. Dekonstrukcję wartości, ich zawłaszczania. Rozkładanie jedności państwa. Rozbiory. Demitologizację.  Zupełnie taką teraz chce teatr przeprowadzić na widzu. W tym wypadku Janiczak i Rubin doszlusowują do stada. Nie widzą, że dokonują tej samej operacji, jaką odkryli przed nami w temacie ciała, seksualności, wolności wyboru kobiety/Katarzyny/. Stosują metody rozwiązań siłowych jedynej racji, ich racji. Oferują nam świat jednostek nie składających się na naród, bo to pojęcie już nic nie znaczy. Unieważniają pojęcie patriotyzmu, ojczyzny, wspólnoty, honoru, boga, w dawnym historycznie, romantycznie zakotwiczonym rozumieniu, bo już nic nie znaczą. Zadają pytanie publiczności o jej zaangażowany udział w ewentualnej wojnie, obronnej oczywiście. Czy jest możliwy? Ze wskazaniem uzasadnienia, że nie jest. Bo przecież, jeśli nie ma ojczyzny, patriotyzmu i patriotów w narodzie to nie ma motywacji. Na przykład do samoobrony. Do walki. Do podejmowania wspólnego działania. 

No, pięknie. Pięknie w obliczu imperialnych działań na wschodzie. Putin , jak Katarzyna, walczy o potęgę kraju. Bo dla niego matuszka Rosija to ojczyzna, Rosjanie to naród, a patriotyzm jest instrumentem moderacyjnym. 

My, Polacy, stajemy się łatwym celem :bezideowi, samotni, indywidualni. Z  podważanymi, ośmieszanymi i dezawuowanymi pojęciami honoru, ojczyzny, boga. Rosyjski sen o wielkości, sile i władzy, któremu uległa Katarzyna a teraz Putin, działa. Czas się obudzić. I zacząć najpierw myśleć. By też działać. Działać. Teatr to umożliwia. Również naukę na swoich własnych błędach.








piątek, 4 kwietnia 2014

34 WST START!

Wieczorem wróciłam z miasta. Na drodze między Konstancinem a Pałacem Kultury naliczyłam 3 smutne kolorystycznie, funeralne, max lapidarne informacyjnie bilbordy 34 WST. No, może jaki mi umknął, schował się złośliwie. W centrum rozglądałam się długo, uporczywie szukałm i ani jednego. Jedynie przed wejściem do Teatru Dramatycznego bez imienia i na jego tyłach podwójny baner bylejakością na oczy się rzuca. W centrum Warszawy raczej trudno nie zauważyć reklamowanego asortymentu modowego, przemysłowego, rozrywkowego. Powalającej informacji o obecności w stolicy wysokiej kultury brak. O prestiżowej imprezie roku. Wizytówce miasta. Bo przecież wszyscy wtajemniczeni wszystko wiedzą. Gdzieś te ubogie graficznie, wstydliwe plakaty WST, niewidoczne, niepozorne na pewno są. Na pewno.

Nic to, nic to. Dla zainteresowanych wszystko jest wiadome. Bilety zarezerwowane, kupione.  Goście z zaproszeniami nie mają się o co martwić, najwyżej nie przyjdą.

Sprawdziłam. W kasie bilety jeszcze są. Można kupić. Ewentualnie pozostaje walka o wejściówki.Wystarczy się zdecydować. No i mieć kasę i czas. I chęci szczere na kontakt ze sztuką. Prawdopodobnie wysoką a w porywach najwyższą. Przecież zachęca nas Maciej Nowak, poprzedni organizator WST, Wojciech Majcherek, krytyk teatralny, autorytet opiniotwórczy oraz poprzedni selekcjoner, zadowolony z siebie, Jacek Rakowiecki. Wszystko na najlepszej drodze do kolejnego sukcesu. Wszystko gra. Też liczę na sukces.Wystarczy być. Choć ze sztuką nowoczesną nigdy nie wiadomo. Może zmieniono reguły. Może trzeba będzie być aktywnym, ba , nawet interaktywnym. Trzeba podjąć ryzyko. I na WST być.

Bo należy sprawdzić czy Krzysztof Garbaczewski  wyrasta z piaskownicy czy utknął na wojnach gwiezdnych i  zabawach podejrzanych z "Balladyną". Bo "Poczet królów polskich" uziemił z Cecko na dobre, rozłożywszy wcześniej na łopatki i cząstki elementarne, jak to chłopaki, co donoszą nam krytycy nie potrafiący dogonić mentalnie tandemu, choć robią, co mogą, oczywiście za nas lub w naszym imieniu. Trzeba sprawdzić, jak z "Kronosem" Gombrowicza sobie Garbaczewski poradził. I czy my sobie z tym przekazem scenicznym poradzimy.

Trzeba się zderzyć z traumami współczesności, komplikującymi nam tak bardzo życie, że wyć się chce w spotkaniu z "Podróżą zimową" Elfride Jelinek, z Mają Kleczewską. Oczekiwać należy wstrząsu pod każdym teatralnym względem. I nie trzeba rozumieć. Trzeba czuć. Czuć. Lub przypomnieć sobie czym czucie jest i czy jeszcze jaką refleksją skutkuje. Chłonąć obrazy jak poematy całe. Skomponowane przewrotnie, piękne, dziwne, niepokojące. Bo to teatr przez wrażliwość zmysłów tworzony. Do natury , mam nadzieję, ludzkiej, i do podświadomości skierowany. Instynktu. Bo nie do rozumienia, gdyż nie sposób pojąć, jak człowiek człowiekowi, może tak nieludzki los zaprogramować. Nie da się rozumem tak wielkie, nie do odkupienia zło w człowieku wytłumaczyć. Można to jedynie w teatrze przeżyć, poczuć. Przybliżyć się. Przerazić, dać trwogą otulić. Ludzkiemu cierpieniu, nieznającemu ukojenia, pozwolić się dotknąć, porazić.  Jednak doświadczyć i dawać świadectwo okrucieństwa miłości zła. 

Należałoby pójść na "Wesele" Marcina Libera, by zapytać choćby retorycznie: Co tam Chamie w polityce? /chyba było inaczej/ Co tam Panie w teatrze?/Inaczej!/. Złoty czy obfitości róg wolności miałeś, Chamie?  Czy ma co wspólnego rzeczywistość doświadczana z tą teatralnie wydumaną. Może zatańczyć przyjdzie nawet chocholi taniec, jak zagrają. Kto to wie? 

No i "Do Damaszku", "Do Damaszku", nie trzeba już będzie "Do Damaszku" /jak trzy siostry do Moskwy, do Moskwy, do Moskwy/,  bo ten do nas, do Warszawy przybędzie. Z prowokacją, sprawdzianem poprawności reakcji teatralnej stołecznej widowni. Jej odporności na obscenę, jej dojrzałości na artystyczny przekaz pop i hop, hop kultury , no i na zrozumienie ewentualnego przekazu  reżysera, Narodowego dyrektora. Skandalu, mam nadzieję, nie będzie. A jeśli będzie, nie szkodzi. Improwizacja to przecież domena sztuki. Zawsze się czegoś o sobie nawzajem dowiemy, coś sprawdzimy. Porównamy. Doświadczymy. Ludzie kultury zawsze się jakoś dogadają. Chyba kulturalnie? Prędzej czy później. Przynajmniej w miarę. Znają miarę rzeczy.  Chyba tak. 

Tete a tete z "Carycą Katarzyną" Wiktora Rubina  dla każdego winno być obowiązkowe, nie bądźmy tacy pruderyjni! W obliczu twardej polityki na wschodzie i rodzącego się nowego cara uzbrojonego w nasze przyzwolenie pt."Róbta, Putin,co chceta", warto conieco w teatrze podpatrzeć. Może czego się nauczyć przyjdzie widzowi z korzyścią jaką? Wszak uwielbiamy podglądać. Rzec by można nawet, że taka widzów rola. Warto spojrzeć oczami, czuciem i rozumieniem artystów. Warto spróbować. Głupio byłoby odpuścić. Oj, głupio.

A na koniec klasycznie współcześnie się wyciszymy , choć to "Czarownice z Salem" Adama Nalepy nas uspakajać będą. To sztuka tak zmajstrowana, że wszystkich zadowoli. Złoty środek teatru. Gołąbek pokoju.

I jeszcze doskonały Jerzy Trela "Monologami" do muzyki Preisnera ,nam wykończonym przejściem przez piekło polskiej postdramy, "Nocy żywych Żydów", "Lodu",ukojenie przyniesie i do teatralnego raju wprowadzi. I tak zakończy się ta współczesna nam Komedia ludzka w teatrze. Mam nadzieję. Mam nadzieję szczęśliwie.

Dzieci i teatr dla nich na małych WST to już jednak inna bajka.

Warszawa czeka na gości, na teatralną ucztę, na spotkanie. Choćby w Łodzi. Na komunikację, jaka by nie była. Warto w teatrze być. Na pewno warto. Cokolwiek się zdarzy.
Do zobaczenia w teatrze.


http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/180391.html
http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/180509.html
http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/180507.html