poniedziałek, 24 lutego 2014

KRÓLOWA MARGOT w NARODOWYM GRZEGORZ WIŚNIEWSKI


Chciałabym, by Grzegorz Wiśniewski mnie zaskoczył. Olśnił. Rozwinał swoje artystyczne narracje.
By skomplikował się jego odcisk estetycznyno-intelektualnych linii papilarnych w teatrze. By dotychczasowe kontynuacje przeszły w wariacje bardziej niejednoznaczne, złożone , finezyjne. Już czas, by zstąpił do wielkiej głębi.  A my razem z nim.

Wszystko jest możliwe. Na dobrej drodze. Wypracowany styl; rozpoznawalny, klarowny, spójny. Doskonale prowadzenie aktorów. Oprawa scenicznej ilustracji -kontekst miejsca i czasu, kostium, ruch- całkowicie powściągliwa , ograniczona do znaku, informacji, komunikatu. Taka, co sublimuje przekaz , wydobywa go na powierzchnie znaczeń istotnych czy najważniejszych. Czytelnych, jasnych, emocjonalnych ale nie banalnych, płytkich, powierzchownych. To dobry a w porywach bardzo dobry teatr. Solidny, elegancki, wystylizowany, harmonijny.  Teatr jeszcze klasyczny. Nowocześnie, współcześnie klasyczny. Jaki widz zazwyczaj akceptuje i lubi. Treść przepracowana, pozbawiona wszystkiego co zbędne, ozdobnikowe, rozwlekle. Buduje przekaz. Wydobywa sens. Uzasadnia budzące się emocje.  Estetyka ja wzmacnia. Wiernie treści służy.   Zawsze jest w realizacjach Grzegorza Wiśniewskiego znacząco obecna i ważna.

Taka byla "Maria Stuart", " Zmierzch bogow", "Ryszard III".

Taka jest "Królowa Margot". Świetnie wystylizowana, poprawnie zagrana przez cały zespół aktorów Teatru Narodowego w Warszawie, który, wiemy, wiemy doskonały jest. W scenografii surowej , absolutnie będącej niemym bohaterem sztuki. Ale ta akuratność, opakowanie sensów scenicznych pod wymiar zamiaru, osób dramatu pod charakter znaczeń prowadzi do skrótu, jednoznaczności. Odziera z tajemnicy, głębi, sprzeczności. Uszczelnia, zamyka osobowości sceniczne. Każda staje się archetypem, wzorem, kalka do ewentualnego powielenia.  Otrzymujemy przeżuty, gotowy produkt do zaakceptowania w pięknym opakowaniu, w wycyzelowanym aktorsko przekazie, które hipnotyzuje, uwodzi, jak Orfeusz prowadzi nas do piekieł żywota ludzkich motywacji, zależności, ambicji i      konieczności. Bez prowokowania do podejmowania przez nas walki wewnętrznej, intelektualnej ,      która mogłaby trwać, żyć w nas jeszcze długo. Która jątrzyłaby,  drażniłaby umysł i zmysły, nie dając spokoju, rozniecając na nowo emocje.                

To przedstawienie ładne jest, transparentne, wyraziste, poprawne. Jednak pozbawione wstrząsu, kontekstu uzasadniającego jego wystawienie. Bo snuje narracje, która dobrze znamy. Pokazuje oblicze władzy, walkę o nią, walkę o jej utrzymanie i określa cenę jaka trzeba zapłacić  za ambicje, żądze, posiadanie. Ale wszystko to jakoś obojętne, zdystansowane, koturnowe, dalekie. Pozostawia widza niewzruszonego. Jedynie usatysfakcjonowanego estetycznym obliczem sztuki , doskonale oprawionej w kunszt aktorski i kostium scenograficznych. Tu nie ma pełni, jedni. Tu jest smak i gust. Myśl niepokorna, drażniąca uleciała.  Ta, co góry przenosi, świat zmienia i prostuje czy plącze jego ścieżki.

To sztuka, która się podoba. To inscenizacja dla lubiących styl klarowny, klasyczny, chętnie     akceptowany.  Wyczyszczony z niedopowiedzeń, rys, zadziorów, pęknięć niejednoznaczności. Taki,   że ma się ochotę na więcej. I głębiej. Na jeszcze i bez końca. To  reżyseria, która   ma potencjał  na  wielkość, na siłę rażenia. Taki winien być mainstream,  który konstytuowałby  rozwój teatru. Takiego teatru widz potrzebuje, bo rozbudza potrzebę, nawyk z teatrem obcowania. Ośmiela teatralnych neofitów, przyciąga nieakceptujących eksperyment, awangardę, teatr postdramatyczny.

Nie wiem, czy Grzegorz Wiśniewski ma zdolności i doświadczenie zarządcze, pozwalające kierować teatrem. Dla mnie mógłby się podjąć tej roli. Chciałabym, by miał szansę spróbować. W Teatrze  Powszechnym nie udało się. Może powiedzie mu się następnym razem, może gdzie indziej.   Ale i bez tej szansy buduje w rożnych miastach teatr ważny, interesujący, piękny. Taki, co angażuje wszystkich zainteresowanych jego koncepcja, wrażliwością.  Podążają za nim artyści i widzowie, wsłuchując się z uwaga w to, co ma do zaoferowania,  do powiedzenia. Smakujemy jego estetykę i uznajemy ja za swoją. Przekaz inscenizacyjny łatwo zapada w pamieć, pozostaje w niej na zawsze.

Teatr Grzegorza Wiśniewskiego jest punktem stałym w krajobrazie  teatralnych  propozycji.                                                                                  
Jak olbrzymi scenograficzny stół z jego sztuk, który może być ołtarzem, podestem, sceną, po prostu stołem, też stołem bilardowym, miejscem opresji, tajemniczych spisków,  miłości/buduar, loże/, negocjacji - centrum  akcji. Jak poruszane problemy osadzone w konkretnym kontekście  czasu i miejsca.  Jak artystyczna ekspresja ograniczona do niezbędnego minimum  budująca mocny przekaz spektaklu. Zawsze bardzo dobre aktorstwo. Czy można oczekiwać więcej? Ja czekam. Jak zawsze. Na tajemnice,  wieloznaczność, kreacje absolutna, emocje, które rozbudzają potrzebę zatracania się w doskonałej estetyce.    

Inaczej świetny teatr pod względem formalnym, kanonicznie poprawny ale okiełznany emocjonalnie zatrzyma się na zadowalaniu zwolenników poprawnego myślenia o sztuce, z kagańcem na nieznanym i niezgłębionym, embargiem na podskórne, trudne motywacje, zatrzymując się na granicy absolutnie oczywistej komunikacji. Otrzymujemy obraz wyczyszczony, zrozumiały, gładki jak szkło, bez rysy, szczeliny na wątpliwość, wahanie, kontrowersje. Produkt o strukturze kryształu.

A ja chcę zanurkować, zaryzykować, zachłysnąć się nowym, nieznanym światem. Poczuć ciśnienie i presję sztuki, która mnie osaczy, odłączy od zdrowego, kontrolowanego i kontrolującego rozsądku, wytraci mnie z kolein porządku rzeczy. Potrzebuję głębi. Grzegorz Wiśniewski mógłby ją pięknie w teatrze wykreować.


KRÓLOWA MARGOT ALEXANDRE DUMAS/ojciec/
reżyseria: Grzegorz Wiśniewski
scenografia: Barbara Hanicka
reżyseria światła i projekcje wideo: Wojciech Puś
współpraca dramaturgiczna: Jakub Roszkowski
opracowanie muzyczne: Rafał Kowalczyk

wtorek, 18 lutego 2014

STO LAT! KAZIMIERZ KUTZ STO LAT!

Kazimierz Kutz skonczyl 85 lat.  Jest z nami. Poprzez swoja tworczosc, dzialalnosc w zyciu spolecznym, politycznym. Jest. Bo ma typ osobowosci, niespokojnej, witalnej, rozsadzajacej wszelkie stereotypy, ktory jest ciagle aktywny, zaangazowany, obecny, zaskakujacy. Ciagle ma cos jeszcze do zrobienia, przekazania, do wywalczenia. W swiecie kultury, polityki, zycia. Jest, po prostu jest. Mozna zazdroscic, podziwiac, nasladowac. Mozna sie zloscic, irytowac, klocic, polemizowac. Uczyc. Wszystko jest jeszcze mozliwe. Wszystko jest prawie mozliwe.

Na pewno warto wracac do tego, co nam zaproponowal w sferze kultury.  Filmy, spektakle Teatru Telewizji, ksiazka"Piata strona swiata".  To juz klasyka, kanon. Wzor solidnosci, profesjonalnego rzemiosla. Mysli budujacej emocje.  Przekazu sztuki, ktora porzadkuje widza wewnetrznie, nie niszczy go , nie przeprogramowuje na sile, wbrew, w poprzek, pod prad jego istoty, a buduje w nim przekonanie o potedze, mocy sztuki, ktora wyrasta z konkretu rzeczywistosci. Jego spektakle odbiera sie tak, jakby byly zrealizowane dzisiaj.  Bo to jest sztuka, ktora przetrwala wszelka probe. Czasu, rewolucji w teatrze i swiecie, i w Polsce. Jest nadal swieza, zajmujaca, solidna. Jak spiz,  jak kromka chleba,  jak powietrze , jak wartosc niezbedna do zycia. Taka sztuka jest fundamentem, ostoja, domem. Z nia czujemy sie bezpiecznie i pewnie. Jest tym do czego warto i trzeba wracac. Jà wracam. I zawsze jestem zdumiona. I pewna, ze sztuka  jesli wyrasta z szalenstwa, to jest to szalenstwo ciezkiej, konsekwentnej pracy. Nie jest kreacja siebie, ale tego, co trzeba przekazac, n'a co zwrocic uwage. Artysta rezyser nie wyraza swojego tylko "ja" ale komponuje, dyryguje i spaja "ja"wszystkich tworzacych ostateczny przekaz. Wydawac by sie moglo, ze niezauwazalnie. I wlacza w to odbiorce tego przekazu. Traktuje go powaznie, nie zapomina o nim, nie pomija, nie lekcewazy. I wlasnie poprzez to, ze widz ma szanse komunikowac sie ze sztuka, ta wrasta w niego glebiej i glebiej, na dluzej, na dlugo, na zawsze. N'a takiej bazie wszelka nadbudowa eksperymentu, awangardy, wszelkich poszukiwan w sztuce zyskuje inny wymiar i range. Gdy mainstream-szeroki, silny, komunikatywny trescia i forma- mialby Kutza sztuki walory.

Kazimierz Kutz  obdarzony jest talentem,  ktory pozwala mu wyzwolic z tekstu, aktorow, widzow   wszystko, co najlepsze. Nie ma mowy o banale, powierzchownosci. W sposob naturalny, prosty,   jasny ale nie lopatologiczny dociera do widza. Ten harmonijnie budowany przekaz, ta jego prostota ma splot skomplikowany , wyczarowany z najlepszej materii, na nieprzypadkowej osnowie. Teksty sa  wazne i ciekawe, aktorzy wspaniali. Realizacje nienachalne, czyste, logiczne. Wszystko zbalansowane. N'a swoj sposob lekkie. Nic dziwnego, ze widzowie pamietaja, doceniaja i ogladaja nadal filmy  i spektakle zrealizowane dla Teatru Telewizji/np."Stalin"," Kolacja na cztery rece,"Opowiesci Hollywoodu" /.

Ja mam swiezo w pamieci " Smierc komiwojazera" , ostatni spektakl  Teatru Malego, na ktorym pozegnal sie z nami Kazimierz Kutz.  Jakby odchodzil rezyser teatralny w niebyt razem z zamykanym teatrem. Nie przyjelam tego do wiadomosci. Przedstawienie bylo tak wspaniale, aktorstwo doskonale, rezyseria mistrzowska, atmosfera wyjatkowa. W huraganowej owacji na stojaco zaklaskiwalismy koniecznosc przemijania, oczywistosc odchodzenia, bol pozegnania.   Konstytuowalismy Jego waznosc dla nas. Wyklaskiwalismy " chwilo trwaj". I trwa. Nie slabnie moc  Jego Dziela.

I rosnie tesknota za takim Kutza teatrem zywym. I rosnie nadzieja na nastepcow, ktorych nie ma. I rosnie apetyt na sztuke.

czwartek, 13 lutego 2014

HEJ MAJCHERKI LITERKI HEJ

Przestałam chodzić do teatru. Sprawdzam, czy bez tej miłości można żyć. Wiem, że można ale czy warto? Boli, ale można. A wiec głupie pytanie. A przecież nie wystarczy w teatrze być. Przynajmniej dla mnie. Obecność ta wymaga aktywności. Kosztuje. I nie chodzi tylko o pieniądze. Trzeba by się zaangażować. Zaryzykować. Określić. Wystawić na strzał. Nawet na odstrzał. Na takim na ten przykład "Lodzie"Teatru Narodowego w Warszawie musiałabym zaprotestować, krzyknąć przynajmniej :" skandal" lub " hańba" lub " protestuję". Jeśli zależy mi. A zależy. Jeśli jestem wolna. I silna. I niezależna.

Nie byłam na " Lodzie". Wojciech Majcherek był. I jak pisze, choć nie za pieniądze i nie w recenzji, a ja mu wierze, mimo to wierzę, trzeba by po prawicowsku, oszołomsku, koniecznie w moherze, z legitymacją emeryta, z niejednym stygmatem, zrobić co należy.  Trzeba by dać się wykluczyć. Ozuc w nie swoje buty. Jeden za wszystkich. Za sztukę jedną. Majcherek się nie dał. Ja też nie chcę.

 Dlatego nie pójdę. Zwłaszcza, ze można nie pójść. Z własnej, nieprzymuszonej woli można nie pójść. Janusz Majcherek nie chodzi. Żyje past, post wyklucza.  Artyzmu w teatrze nie znajduje. Pô Grzegorzewskim. Ale szuka, od lat szuka artyzmu. W komercji, teatrze, i to każdym, który odwiedzić musi. Pod presją zarobku dla chleba. Nie duszy. Dla ciała. Może dlatego nie znajduje. Szuka nie tam, gdzie trzeba . Inteligentny inteligencji też nie znajduje. Jeden Brat z drugim. Choć we dwóch są już klasą samą w sobie. Nie może być dziś sztuka z wkładką  artyzmu. Ala Grzegorzewski. Nie ma Grzegorzewskiego.  Ci, co jego inteligencji w sztuce do inteligencji zasmakowali, teraz  jak nie dorznięta wataha łabędzim śpiewem z bólu po artyzmie wyją. Czy o artyzm na miarę naszych potrzeb i czasów w nowych szatach króla walczą? Na pewno nie. Lub na pewno tak.

Przestałam chodzić do teatru. Chłonę o nim Majcherkowe słowne koafiury jak czarną pôlewkę,  do ostatniej litery myśli/http://wojciech-majcherek.blog.onet.pl, teatralny.pl/felietony/.Dopiero wtedy czuje, jak wiele się zmieniło. W teatrze. Politycy mogą być  spokojni. Krytycy dorżnięci.  Artyzm dorżnięty.  Inteligencja też. Wojna, powstanie, komunizm zrobily swoje solennie. Teraz sami sobie gotujemy anty los antysztuką anty  dramatopisarzy  przez   anty reżyserów anty wyreżyserowaną.  Ale są też ci, co poprawnie żyją w past, bo post passe.  Ale to   post jest naszych życiem. A to się nie da wyprzeć, zignorować, obśmiać, wybrzydzić. Post poszarpany, niedoskonały, niekompatybilny, poszukujący, błądzący, prenatalny, nie do myślenia ale do przeżycia. Bo gdy zaczynam myśleć , czuję, że sama myśl mogłaby mnie zabić. Chęć do życia odbiera.  Muszę się  dostosować. Jak teatr. Jak aktorzy. Artyści. Inteligentni bez inteligencji. By przetrwać. Przeczekać. Wybaczyć wszystko post, absolutnie pamiętać past.

Tak, tylko polityka pozostaje. Królowa życia. Niezaspokojony potwór monstrum. I tańczyć, jak     zagra. A wolność  przedefiniować, hołubić w sobie tylko. Lub jak Janusz Majcherek żyć past, jak Wojciech Majcherek wyrażać opinie, Krystyna Janda ocieplać wizerunek teatrów swoja gwiazda gorejącą, Michał Żebrowski mieć wszystko na sprzedaż z darmowymi biletami w zębach włącznie.  Grać nie swoją rolę. Oto post w odsłonie przetrwania.

Nie chodzę do teatru. Nikt mi nie płaci. Nie mam teatru. Nie piszę nawet opinii. Nie, nie rozdaję biletów. Żyję w post past. I to jà za wszystko placę. Widz wykluczany, tresowany, statystyczny.                                      
                
Nie chodzę do teatru. Jeszcze trochę wytrzymam. Dystansuje się. Odtruwam. Nie muszę chodzić. Jestem wolna. Ale bez wolności też można żyć. Wiem, że można. Ale czy warto? Wiem, że warto. Za dobrą cenę warto. I władzę. Ale tą nad swoim życiem. I nie boli tak bardzo. Ten brak wolności  wtedy. Nie uwiera. Pozwala przetrwać. Pozwala na wystarczy być.

   

niedziela, 26 stycznia 2014

KRYSTYNA J. o DANUCIE W. TEATR POLONIA



Tekst napisany jest na eu sprzecie, stad brak polskiej czcionki.

Do czytania dla chetnych i wytrwalych. 


Nie znam Krystyny Jandy. Nie znam Danuty Walesy. Siebie ciagle poznaje.
Oczywiscie wszystkie osoby rozpoznaje.

Zaskoczyla mnie aktorka grajac zone polityka. Tego polityka. Zaskoczyla mnie pierwsza dama swoja ksiazka. Wyznaniem. Siebie zaskakuje dzien po dniu. Przyznaje, ze sa to ciekawe rozpoznania i zaskoczenia. Przeradzajace sie w spotkanie z sama soba dla siebie.

Do Krystyny Jandy "chodzi sie" jak do przyjaciela, ktory tworzy klimat przyjazny, bezpieczny, stabilny, na poziomie akceptowalnego autorytetu. Z potrzeby, z przyzwyczajenia, z ciekawosci. Samotnie. Z towarzystwem i dla towarzystwa. Choc wielu sie do tego nie przyzna. Z powodu wysmiania przez rownie wielu. Bo tez komercja ma swoja cene. Biletow i poziomu repertuarowego, artystycznego. Na Krystyne Jande "chodzi sie". Jak do instytucji o ukonstytuowanej pozycji, renomie. Lub z milosci.  Ja poszlabym na wszystko.

Tym razem mialam wilczy apetyt na szarlotke. Glodna bylam deseru do dodania glownego. Zapachu zwyczajnosci, prostoty sztuki, co to wbrew wszelkim pozorom, warunkom, oczekiwaniom, ma nam cos do zaoferowania. Moze to byc banal kobiecego zycia, losu niechcianego w historii oka cyklonu wplatanego, dostrzezenie i docenienie cienia Wielkosci w powszedniosci dnia, w zdrowiu i chorobie,   szczesciu i cierpieniu. Na wieki wiekow samotny, mimo zgielku prztaczajacej sie rewolucji dziejowej osobny, poza glownym nurtem choc stanowiacy jego zaplecze.  Los kobiety, Polki, matki jaki zawsze byl w czasie burz i naporu historii. Czy w czasach pokoju. Oddanej, wiernej, spolegliwej, na dobre i zle, i najgorsze, az do smierci, tak nam, kobietom,  dopomoz Bog i Duch Swiety. Bez nadziei na bliskosc, zyczliwosc, czulosc, serdecznosc. Bo to plonne nadzieje. Nasze noce i dnie. Naznaczone stygmatami znojnej codziennosci. Prozy zycia upominajacej sie o slad poezji prostych gestow, odruchow. 

Nie pytaj, kobieto, co ojczyzna mezczyzna moze zrobic dla ciebie. Pytaj, co ty mozesz zrobic dla niego. A mozesz zrobic wszystko. Ot, po prostu, bo tak trzeba. I basta. Ten archetyp kobiety jest archaiczny w obliczu przeprogramowywania nas wedlug dzisiejszych standardow, tendencji,  nowo mod, zgodnie z poprawnoscia szablonu "ja konsumcji". Razi i trzeba go unikac jak diabel swieconej wody. A jednak byl skuteczny dla wlasciwej osoby na dany czas i miejsce. Przetrwac, dostosowac sie to glowny cel kobiety, bo mezczyzna przeciez wywracal swiat na druga strone. Ratowal go, zbawial, stwarzal na nowo. Jak zwal, tak zwal byl na wojnie; rozniecal i przewodzil rewolucji. Niewzruszony w swojej roli i charakterze. Niereformowalny. Choc zmieniajacy sie z biegiem lat, biegiem dni.

To wyznanie ksiazkowo- sceniczne zony Lecha Walesy kojarzy mi sie z losem bohaterek Alice Munro. Bo w gruncie rzeczy Danuta Walesa zyla w zgodzie z wlasna natura, przeznaczeniem, w zgodzie ze soba. Wychowaniem i wiara. A ze poniosla tego koszty? Kto ich nie ponosi? Wpisane sa bezwglednie po stronie strat, z ograniczona nieoczekiwana mozliwoscia rekompensaty. 

Jak Danuta Walesa staje sie Danuta W., matka Polka, zona swego meza w sztuce wyrezyserowanej przez Janusza Zaorskiego, tak Krystyna Janda wchodzi w role narratora, mimo ze mowi jako Danuta W., z dystansem relacjonujac  dzieje kobiety, ktora zadnej pracy, wyzwania dnia codziennego sie nie boi i z czasem dojrzewa do samoswiadomosci swego losu, a w nim siebie. Dostrzega, ze doskwiera jej samotnosc w zwiazku, brak bliskosci z najblizszym jej czlowiekiem, brak jego dla niej zrozumienia. Poprzez grzech zaburzonej komunikacji. Miedzy sobie najblizszymi, kobieta i mezczyzna, wielkoscia a powszednioscia, podmiotem i jego cieniem.  Danuta W. nie zadowala sie swiadomoscia, bo jej nie ma, ze Lech W. jako mezczyzna poslubiajac ja przypieczetowal tym wszystkie mozliwe wyznania bliskosci i serdecznosci, a obdarzajac ja potomstwem zaprogramowal cale jej zycie w trosce, bliskosci i serdecznosci najblizszych, i ze to byl dar od niego dla niej jako zony  i czlowieka. Bez zbednego pozniejszego rozwiniecia. Danucie W. to nie wystarczylo, bo o tym chyba nie pomyslala, ze wazne, a bywa, ze najwazniejsze,  jest to, co my sami czujemy, jak kochamy. My sami, bez nadziei na wzajemnosc czy jakiekolwiek jej oznaki. Wazne jest, a bywa najwazniejsze, co sami robimy, jak my sami okazujemy milosc /np. "Niebieski", rez. Krzysztof Kieslowski/.  Moze wystarczy byc, byc razem. Bo gdy juz nie jestesmy , samotnosc, doznanie tej samotnosci jest jeszcze bardziej bolesna, naznaczona cierpieniem. Przyjmuje, ze to wyznanie ksiazkowe Danuty Walesy, przekaz teatralny Danuty W. to kolejna proba nawiazania porozumienia, kontaktu. Znow kobieta podaje reke mezczyznie. Za wszelka mozliwa cene. Mimo niej. Na pewno Danuta Walesa podaje reke nam, wszystkim kobietom, dzielac sie tak bezposrednio, szczerze, prosto i otwarcie, co jej, a przez nia wielu innym kobietom,  w duszy gra a w zyciu doskwiera. To wazna relacja. Bardzo osobista. Odwazna, piekna, wzruszajaca. Wyrazajaca uczucia, doswiadczenia wielu kobiet.

Krystyna Janda gra wbrew swojej naturze fightera rozsadzajacego wszelkie przeszkody i ograniczenia. Gra wbrew swoim warunkom aktorskim i zywiolowej osobowosci. Wyciszona. Lagodna. Wbrew swojej legendzie. Prosto, powsciagliwie, lekko. Pozwala calkowicie zaistniec swojej bohaterce, nie przenicowuje jej swoim charakterystycznym  ostrym, mocnym pazurem gestu, glosu, mimiki, ruchu, nie zniewala swoim nadekspresyjnym temperamentem. Ustatycznia sie, rozluznia, gubi, zapomina, co chce powiedziec. Staje sie  Krystyna J. opowiadajaca historie Danuty W. ,  z pozycji dojrzalej, refleksyjnej, swiadomej siebie kobiety i czlowieka. Skromnej, powsciagliwej, pracowitej , oddanej rodzinie, podporzadkowujacej swoje zycie zyciu innym. Nic wiecej, nic mniej. Obiera jablka , jak w Zachecie obierala  ziemniaki Julita Wojcik, nadajac range najwyzsza najzwyczajniejszej, powszedniej  czynnosci. Przygotowuje i piecze na naszych oczach szarlotke, placek zgody i pogody*.  Zgody na zycie takie, jakie los przynosi i pogody ducha, otuchy, radosci czerpanej z kazdej,  zarowno dobrej, jak i zlej, chwili zycia. Bo trzeba sie cieszyc tym, co sie ma. Co sie kocha. Trzeba walczyc o przetrwanie. Nie dzielic wlosa na czworo.  Trzeba robic swoje dla innych. A zaplaty nie oczekiwac.  Bo jej nie bedzie. Nagrody pocieszenia, kola ratunkowego, telefonu, rozmowy do przyjaciela meza. Bo tego tez moze nie byc. Pokora wobec zycia zostaje. Pogodzenie sie z tym konkretnym, swoim losem. Zaakceptowanie wlasnych uczuc do innych. Bo tego tez mogloby nie byc. Wazni jestesmy tez my sami a wiec i to, co w nas jest i dla nas wazne. To, co nas buduje, wzmacnia, rozwija. Bo wtedy mozemy tym obdarowywac innych. Chocby bez nadziei na demonstrowana otwarcie wzajemnosc. 

Choc apetyt na szczescie rosnie, przyjdzie nam wszystkim obejsc sie smakiem kawalka ciasta przynoszacym chwilowe zadowolenie, przyjemnosc, spokoj, satysfakcje z dobrze wypelnionego obowiazku. Zachlysnac zapachem i smakiem szarlotki, obietnicy spelnienia potrzeb, pragnien, marzen. Namiastka milego, slodkiego zycia wyczarowana z milosci, zaczarowana w chwili, skupiona na tej wlasnie chwili. W tym wlasnie smaku. Tu i teraz. Jednak drazniaca zmysly, rozbudzajaca w istocie wilczy glod. Wielki klebiacy sie w nas, przyczajony , stlumiony glod uczuc, czulosci, bliskosci i tysiaca drobnostek-wisienek na wirtualnych tortach marzen, pradnien, iluzji- ktore uwiarygodniaja sens zycia.

 To taki dar Krystyny J. od Danuty W. dla Ewy B.




DANUTA W. 

Autorzy: Danuta Wałęsa, Piotr Adamowicz
Adaptacja i wykonanie: Krystyna Janda
Reżyseria: Janusz Zaorski
Światło: Andrzej Wolf
Scenografia: Krystyna Janda
Asystent scenografa: Małgorzata Domańska
Producent wykonawczy: Ewa Ratkowska
Realizacja i przygotowanie materiału filmowego:
Reżyseria: Janusz Zaorski
Zdjęcia, operator kamery: Andrzej Wolf
Operator steadicamu: Adam Mendry
Montaż: Zaq Chojecki i Ludwik Sielicki psm (Media Kontakt)
Kierownik produkcji: Ewa Ratkowska
"Teatr" uhonorował Krystynę Jandę Nagrodą im. Aleksandra Zelwerowicza za rolę tytułową w spektaklu DANUTA. W, wyreżyserowanym przez Janusza Zaorskiego na podstawie książki Danuty Wałęsy "Marzenia i tajemnice". Nagrodę tę przyznało jury w składzie: Jacek Kopciński, Jacek Cieślak, Łukasz Drewniak, Jolanta Kowalska, Wojciech Majcherek i Kalina Zalewska, uznając tym samym kreację aktorską Krystyny Jandy za najlepszą rolę kobiecą w sezonie 2012/2013.

Wiadomosc z ostatniej chwili. Lech Walesa byl na pokazie mody Ewy Minge. Obecnosc sponsorowana czy tu zaszla zmiana? O obecnosci zony media nie doniosly.


*"Placek zgody i pogody" Joanna Papuzinska, ksiazka dla dzieci i doroslych








środa, 1 stycznia 2014

KOBIETA ZNIKĄD EWELINY MARCINIAK




To bardzo ciekawa opcja sprawdzająca. W zastany, okrzepły, zrutynizowany  system wkracza obcy. Pokusa. I go testuje. Prowokuje każde jego ogniwo, wyzwalając w nim jego najskrytsze potrzeby, marzenia, skłonności. Te prawdziwe uśpione, wyciszone i te wydumane, będące pretekstem do wyzwolenia się z układu zamkniętego/np. wieloletnie małżeństwo/. I doprowadza go do destrukcji. Okazuje się, że system /nudny, przewidywalny, zużyty/  nie działa, jest słaby i ulega rozbiciu a każdy jego członek samozniszczeniu. Nie ma nadziei. Nie można nic naprawić, cofnąć czasu, wrócić do punktu wyjścia. Nie można wybaczyć, uznać tej próby za doświadczenie trudne, graniczne, ale jednocześnie takie, które wzmacnia więzi, uczucia, związki. Takie, co poprzez próbę buduje, ugruntowuje, uszczelnia system. Tu nie ma nadziei. Nie ma złudzeń, że po przejściu piekła , dalsze życie w ogóle będzie możliwe. Nie będzie. Za wszystko trzeba zapłacić, nawet cenę najwyższą. Nie ma taryfy ulgowej , przebaczenia, zrozumienia, katharsis. Nie ma szansy na dzień po przeżytej nocy. Panować może już tylko ciemność zapadająca się w niekończący się mrok. Bez ufności na cudowne ocalenie. Iluzja samorealizacji okazuje się realem samodestrukcji. Bo zawsze jesteśmy w jakimś układzie, w jakimś systemie.

Sztuka odziera nas ze złudzeń. Jest bezkompromisowa.Tnie jak brzytwa. Bez nadziei na reanimację. Lub zmartwychwstanie. System-w tym wypadku rodzina-jest bezbronny, słaby, pozornie tylko bezpieczny i trwały. Żadne wspomaganie-religia, system społeczny, konwencja, kanony, w tym obowiązki, przyzwyczajenie, interes, konieczność- nie działa, nie chroni, nie zabezpiecza przed nieuniknionym upadkiem. Wystarczy pokusa. Miraż jej zaspokojenia. Znudzenie tym , co się ma, co się osiągnęło, co się posiadło i poznało. A człowiek nie chce zrezygnować z własnych przyjemności, z szansy na odmianę. Z siebie dla siebie. I jakby cały czas czeka, domaga się zmian, jakby ta zmiana sama w sobie była wartością najważniejszą. Decyduje się w efekcie na porzucenie tego, co do tej pory zbudował, nie chce tego chronić, wzmacniać. Człowiek ze swojej natury jest amoralny, i kiedy nie krępują go ograniczenia narzucone przez społeczeństwo, konwenans i religię nie cofnie się przed niczym, by zaspokoić swoje pragnienia, zachcianki.  Niszczy system, wszystkich wokół i w efekcie siebie. Człowiek w istocie sam siebie wodzi na pokuszenie.
I nie zalicza tej lekcji. 

O tym mówi T.E.O.R.E.M.A.T. w  reżyserii Grzegorza Jarzyny w TR Warszawa, tak jest i w Kobiecie z przeszłości w reżyserii Eweliny Marciniak. W pierwszym przypadku obcym był młody mężczyzna przybyły znikąd, w drugim jest niespełniona, zawiedziona kobieta z przeszłości. Obcy i zarazem nieobcy element obiecujący niebo a w efekcie fundujący piekło. Zamiast oczekiwanego wyzwolenia przynosi zniewolenie.Bezkompromisowe spełnienie siebie bezwzględnie wyklucza przetrwanie systemu. Nic nie jest na zawsze i nie ma niczego, co by nas bezwzględnie chroniło, zabezpieczało przed zgubą, klęską. Żyjąc, ciągle podejmujemy ryzyko. Wystawiamy się na próbę. I jesteśmy poddawani próbie.

Kobieta z przeszłości to prosta historia. Można powiedzieć laboratoryjnie wzorcowa. Jednowątkowa, powściągliwa, banalna. Jednak Ewelina Marciniak unieważniła niedosyt dramaturgiczny sztuki nasyceniem scenicznych akcentów /dialog, gesty, układ ruchu scenicznego, gra aktorska, aktywacja widzów/ w sposób oryginalny i precyzyjny. Bardzo oszczędna scenografia wzmacnia efekt skrótu, skoncentrowania się na emocjach, motywacjach bohaterów. To zdumiewające z jak minimalistycznych informacji przekazanych w tekście właśnie poprzez formę ich wypowiedzenia można uzyskać napięcie potęgującego się tragizmu postaci, sytuacji. Zderzenie uczucia młodości z uczuciem pożartym przez czas i spełnienie, okrzepłym w znużeniu poznania siebie nawzajem, wyczerpanie fascynacji partnerem, nieskuteczność przywiązania, nawyku bycia ze sobą powoduje uznanie prawdy, że człowiek , jak przedmiot, zużywa się, blaknie, unieważnia przez czas i rutynę codzienności. Reżyserka wykazała niebywałą pomysłowość, by ocalić ten przekaz i go uzasadnić, uwiarygodnić. Jest to przykład kreacji artystycznej, gdy z enigmatycznych, śladowych zdarzeń, znaków zbudować można nasyconą emocjonalnym napięciem opowieść racji postaw, oczekiwań, pragnień, nastroju potęgującego się klinczu, sytuacji zagrożenia, walki o związek, o siebie, o przyszłość. Zwycięstwa ułudy nad realem. Zabawę losem. Niemożność odwrócenia losu. Nieuchronność losu. A więc niemożność wpłynięcia na ludzi, nawet nam najbliższych, na przebieg zdarzeń obracających w ruinę dotychczasowe życie. 

Spektakl pojawił się w Warszawie zaproszony przez Niecodzienny Festiwal Teatralny IMKI. Dlaczego tak późno? Który spektakl w reżyserii Eweliny Marciniak będzie następny:  Amatorki, Bohaterki czy Skąpiec? To bardzo interesująca, zdolna, młoda artystka*. Dzięki  jej reżyserii otrzymujemy więcej niż można by w ogóle oczekiwać. To niezwykłe i rzadkie doświadczenie w teatrze. Satysfakcjonujące. Budzące zainteresowanie kolejnymi spektaklami w reżyserii Eweliny Marciniak. 



Kobieta z przeszłości - Roland  Scimmelpfennig 

utwór: Kobieta sprzed dwudziestu czterech lat /Roland Scimmelpfennig /
miejsce premiery: Bałtycki Teatr Dramatyczny im.Juliusza Słowackiego Koszalin
data premiery: 2012-06-16

przekład: Karolina Bikont
dramaturgia: Michał Buszewicz
reżyseria: Ewelina Marciniak
oprawa wizualna: Marta Stoces Mizbeware
oprawa muzyczna: Adam Hryniewicki
OBSADA:
Claudia – Beata Niedziela (gościnnie)
Frank – Artur Paczesny
Romy – Katarzyna Zawadzka (gościnnie )
Andy – Jacek Zdrojewski

*Otrzymała nagrody na 18. Ogólnopolskim Konkursie na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej, na Festiwalu Prapremier - Bydgoszcz 2012, na Festiwalu Forum Młodej Reżyserii - PWST Kraków.