środa, 30 września 2015

OFIARA MAŁECKI SAJNUK TEATR WARSAWY

OFIARA
Zapomnijcie o wszystkich zwiastunach, recenzjach, opiniach tego spektaklu i obejrzyjcie go własnymi oczyma, sprawdźcie własną wrażliwością i przepuśćcie przez własne doświadczenie. Nie zawiedziecie się. To wspaniały, świeży, solidny teatr, oparty na świetnie napisanym tekście, porządnie wyreżyserowany, doskonale zagrany, poruszający ważne, współczesne problemy. Koncertowo grają Sajnuk z Małeckim. Pozostali aktorzy wzorcowo uzupełniają, wzmacniają, podkreślają przekaz. Podobnie działa scenografia, muzyka, kostium, a nawet charakteryzacja. Poziom perfekcyjny, temat ważny. Gorący. Na czasie. Może być traktowany ku przestrodze, ku nauce. Może być ostrzeżeniem. Każdy może znaleźć dla siebie nową interpretację, nowy kontekst. To siła sztuki.

Kto jest właściwie ofiarą, ten, który pomaga, czy ten, który korzysta z pomocy? Zarówno motywacje, powody, argumenty, które skłaniają do empatycznego zachowania, jak i te, które powodują, że obdarowany korzysta z wymuszonego przez siebie wsparcia, przyjmuje opiekę nie są jednoznacznie jasne, ostatecznie oczywiste, do końca przejrzyste. Wszystko zależy od umiejętności manipulacji, argumentacji i graniu na uczuciach emocjami. To trudna walka. Bo z jednej strony jest winny, który rozpoczął proces samozniszczenia drugiego. Ale z drugiej ten już na dnie egzystencjalnym pociąga za sobą, dokonując w pewnym sensie zemsty, sprawcę, jak cały czas dowodzi, swoich nieszczęść. Po swojej stronie nie widzi żadnej winy. W swoją pierś nie uderza. To bardzo wygodne, sprytne posunięcie. Tuczyć przez lata swoje poczucie krzywdy, by wziąć odwet na wybranej ofierze. Doprowadzić ją do zguby. Pogrążyła ją w takim samym upodleniu, jakie sama sobie zafundowała własnym zaniechaniem działania, szukania w biedzie ratunku. Pasywne podejście do problemów i znajdowanie winy tylko i wyłącznie poza sobą przyczyniło się znacznie do tej żałosnej sytuacji, w jakiej znalazł się po latach bohater Sajnuka.

Między głównymi bohaterami toczy się interesująca gra, zachodzi intrygujący proces przemiany. Z czasem poznajemy ich bliżej, przyglądamy się ich relacji, zgłębiamy historię znajomości. Widzimy, że choć na początku jeden nie poznaje drugiego, to jednak wiele ich łączy. Nie są sobie obcy. A jednak ten zadowolony ze swojego życia, względnie bogaty nie chce nawiązywać rozmowy z tym niepokojąco zaniedbanym, odrażającym i namolnym typem. Bo my, ludzie, też nie chcemy poznawać biedy, ocierać się o niepowodzenie, dotykać niewygodnej dla nas prawdy. Unikamy wzroku, podania ręki, nie chcemy rozmawiać. Ale upokorzenie i porażka domaga się swego. Jest jak niezaspokojony głód, działa instynktownie, w ostateczności. Uderza bezpardonowo, mocno. Nie odpuszcza, nie da się zbyć, odrzucić. Krok po kroku wpełza do rzeczywistości tego, który powinien i musi pomóc, i z czasem, systemowo, bezwzględnie anektuje całą przestrzeń, przejmuje jego życie. W imię spłaty należności za popełnione błędy. Pal sześć, jeśli były rezultatem natury ludzkiej; impulsywnej, porywczej, niezależnej, osobowości pewnej siebie, ambitnej, charakteru niezłomnego. Krzywda domaga się zadośćuczynienia. Powołuje się na konsekwencje statusu ofiary, nieodwracalne uczuciowe, materialne, moralne straty. Degradację na skutek nie swoich pomyłek, nie swoich złych wyborów, nie swoich decyzji. Upadek spowodowany biernością, zaniechaniem szukania pracy, nowych możliwości zarobkowania, konsumpcyjnym podejściem do życia/ubezpieczenie po zmarłej żonie przepuszczone bez sensu/, całkowitą niezaradnością wobec problemów życiowych i nastawieniem roszczeniowym w stosunku do innych ludzi, życia w ogóle. Postawa:"Dajcie, bo mi się słusznie należy i już" to śpiewka na dzień dobry. To prawda, życie to nie ruch jednostajnie przyspieszony, zdarzają się przestoje, wpadki. Ale ten przypadek całkowicie zatrzymał się, jest w permanentnym impasie. Tym samym osuwa się po równi pochyłej w dół, zanurza w morzu alkoholu, w znieczuleniu ogólnym. Dopina swego. Gdzie się pojawi, niszczy wszystko wokół siebie. Jakby syndrom ofiary był  chorobliwie zaraźliwy. Pasożytniczo przysysa się do żywiciela, i sączy weń jad poczucia winy. Wywiera presję, wdziera się w jego przestrzeń i całkowicie ją fizycznie niszczy. Sprowadza do swego stanu upodlonego statusem nędzarza,  położenia człowieka uzależnionego, nie panującego nad swoim życiem.

Obserwujemy sytuację niszczącego ludzi i całe ich dotychczasowe życie, miejsce zamieszkania, relacje ze światem pełzającego ale agresywnego, uporczywego, z własnej winy upadku. Na tyle skutecznego, że ten, który zaczął pomagać, sam potrzebuje wsparcia, pomocy, empatii. Z czasem stoczył się, zaczął pić, przestał pracować, stracił żonę. Uległ porządkowi narzuconemu przez swoją ofiarę. Sam, po całkowitej transformacji stał się ofiarą.  Nie postawił skutecznie tamy roszczeniom, nie był asertywny, sprawczy. To, co upadłe go pokonało. Odsłoniło jego słabość. Zaszczepiło poczucie winy. Poruszyło sumienie. Wymogło na nim, by oddał wszystko, co wypracował, co ma. W efekcie to go zniszczyło. Absolutnie wypaliło. Tak, jakby rezygnacja z dotychczasowego życia miała położyć kres wszelkim kłopotom. By ofiara odeszła, zostawiła swoją ofiarę w spokoju. By się to już raz na zawsze skończyło. Bo nie ma już nic, kompletnie nic do oddania. Zaoferowania. Odkupienia.

Jeden i drugi to ofiary siebie samych. Pozostaje pytanie, jak pomagać, do jakich granic, by to miało sens, by pomoc była budująca nie niszcząca. Jak odpowiedzialnie zadośćuczynić wyrządzonej krzywdzie, by nie zniszczyć tym samego siebie.

Gra Małeckiego, figura bohatera Sajnuka to fantastyczny pokaz artystycznych możliwości budowania psychologicznych postaci scenicznych. Małecki na początku elegancki, pewny siebie pan swego życia pod wpływem podstępnego, oślizłego, drążącego, namolnego bohatera Sajnuka przekształca się z czasem w strzęp człowieka upadłego, załamanego, całkowicie rozbitego. Warto ten proces poobserwować. Jego symptomy transformacji uchwycić, bo jest poprowadzony konsekwentnie, perfekcyjnie, dokładnie. Sajnuk, uśmiechnięty, zapuszczony żul, pijak, smęcący swoją cierpiętniczą opowieść rozbija w pył pychę człowieka sytego i żywi się jego truchłem sukcesu, awansu, kariery, życia prywatnego, smakuje swoje nad nim zwycięstwo. Rozprzestrzenia się jak zaraza i nie odpuszcza, infekuje. Niszczy. Degraduje.

A więc pewność siebie, poczucie wyższości człowieka bogatego, mającego wysokie wyobrażenie o sobie samym, swojej pozycji, życiu to iluzja, która w konfrontacji z nienasyconym, głodnym, biednym instynktem życia nigdy nie wygra. Gdy brakuje poczucia odpowiedzialności za własne czyny. Przekonanie, że wszyscy myślą, czują i zachowają się tak samo jak ja-piękny, zdrowy i bogaty-jest nieprawdziwe. Mentalność zwycięzcy i zwyciężonego, sytego i głodnego, pomagającego i przyjmującego pomoc, różni się zasadniczo. Zwłaszcza gdy uwzględnić przyjdzie różnice polityczne, ideowe, światopoglądowe, religijne. Stereotypy, wszelka poprawność tylko to jeszcze komplikują. Kto ostatecznie będzie ofiarą a kto nie pozostaje otwarte.

W przypadku tej sztuki, wszystko w końcu jest jasne.

OFIARA

na podstawie powieści Saula Below'a
scenariusz: Adam Sajnuk
dramaturgia: Monika Rejtner
reżyseria: Adam Sajnuk
scenografia i kostiumy: Katarzyna Adamczyk
muzyka: Michał Lamża
wystepują: Aleksandra Justa, Grzegorz Małecki, Adam Sajnuk, Tomasz Drabek, Stanisław Bansiuk

ZBÓJCY SCHILLER ZADARA NARODOWY

ZBÓJCY to klasyka z fantazją, lekkością, wiernością dramatowi, ze zrozumieniem tematu wystawiona. Nowoczesny, wyczyszczony z tradycji interpretacji romantyzmu ale romantyczny, bezpośrednio podlinkowany pod gorącą współczesność spektakl nie budzi w istocie takich emocji na jakie zasługuje zważywszy na doskonałe, imponujące, bogate opakowanie scenograficzne ilustrujące kontekst dramatu dla spójnej koncepcji reżyserskiej, przejrzystej kompozycji, perfekcyjnego aktorskiego wykonania, co wypracowuje bogaty, konsekwentny realizacyjny efekt całości. Gwarantuje wysoki poziom artystyczny. W pełni satysfakcjonujący widza, zwłaszcza młodego.

Bo też dla młodych o młodych przez młodego artystę , Fryderyka Schillera, dramat został napisany. Przez młodego reżysera, Michała Zadarę, wyreżyserowany. Czy nadal ma młodości świeżość, siłę buntu, destrukcyjnej żądzy władzy narzucającej swoją wolę, czy niesie smak gorzkiego rozczarowania dojrzałością, systemem zaprawionym bólem egzystencjalnym, pokazuje obraz trudnego doświadczania ojca przez obu synów:Karola i Franciszka von Moorów? To młodość domagająca się zmian, sprawiedliwości, władzy. Miejsca, uwagi dla siebie w świecie. Walczy ze starą, zużytą, skorumpowaną materią, mentalnością, obyczajowością, która jest splątana w skostniałych układach- rodzinnych, politycznych, korporacyjnych, religijnych -interesów, wpływów, zależności, nacisków, presji, wymuszeń. W kolejnych scenach pokazujący przemianę bohaterów. Uwikłanie w skutki własnych decyzji, wyborów. Ale tez pokazuje, jak system może brutalnie potraktować tych, którzy nie potrafią się w nim odnaleźć, przyjąć jego reguł, zasad gry/absolwenci bez perspektyw, niskie zarobki, nuda, nędzne życie, brak siły przebicia, degradacja/.

ZBÓJCY mają potencjał dramatu szekspirowskiego. Jest konflikt rodzinny: dominujący ojciec, właściciel korporacji, kontra jego dwaj synowie/manipulacja, intryga, podstęp, fałszerstwo, kłamstwo na usługach walki o sukcesję/. Walka dobra ze złem ale przewrotna, niejednoznaczna, kontrowersyjna, tragiczna w skutkach. Starcie starego z młodym /pokoleniem, systemem, również systemem wartości/. Wojna pomiędzy uprzywilejowanym, skostniałym światem władzy a sfrustrowanymi wykluczonymi, wypchniętymi na margines, nieprzystosowanymi i ogranymi przez silniejszych, sprytniejszych. Poboczny wątek miłosny będący kolejnym polem walki miedzy braćmi. Metafizyka w zderzeniu z rzeczywistością. Nie ma kompromisów. Nie ma w tym świecie kobiet, poza instrumentalnie wykorzystywaną Amalią, choć jej rola jest znacząca a miłość bezwarunkowa, wierna, nieszczęśliwa, romantyczna. Trup ściele się gęsto. Wszystko kończy się źle, tragicznie. Widz, bezpośrednio angażowany w czasie trwania spektaklu, pozostawiany jest z gorzką diagnozą rzeczywistości. Jakby nie było wyjścia, rozwiązania, sensu wszelkich wysiłków, działań. Bo i tak wszystko kończy się klęską, bólem, zbrodnią, śmiercią. Każdy wysiłek obraca w nicość. Zabija miłość. Znikąd nadziei. Ocaleje tylko ziemia niczyja. Przestrzeń dla nowych starć życia ze śmiercią. Gdzie życie jest po to, by doświadczać upadku, rozczarowania, bólu i cierpienia, dominacji zła. A przecież musi być w nim coś więcej, wyżej, poza. Na pewno jest. /ha,"Centrala nas ocali"/.

To spektakl perfekcyjny, doskonale przemyślany, skonstruowany. Atrakcyjny wizualnie. Pięknie, sugestywnie, z rozmachem pokazany, zagrany. W nienachalnej narracji. W ciekawym włączaniu widza, pobudzaniu go, aktywizacji. Burzeniu czwartej ściany. Przyciąganiu jego uwagi, zainteresowania, stymulacji. Z poczuciem humoru, dystansem, w nawiązaniu do tego, co zna widz, co mu jest bliskie, interesujące, atrakcyjne. Korporacyjne biuro prezesa von Moora, wnętrze galerii sztuki współczesnej, blokowisko, przestrzeń publiczna, współczesne mieszkanie/odjazdowo urządzona nowoczesna kuchnia/, gigantyczny pokój portretowy. Rozwiązania scenograficzne Roberta Rumasa/brawo!/ pokazały możliwości sceny narodowej, jakiej do tej pory nawet nie przeczuwaliśmy. Imponujący rozmach, wzmacniający ruch sceniczny, potęgujący wymowę inscenizacji. Przybliżające się i oddalające panele wnętrz. Wynurzające się z zapadni nowe aranżacje przestrzenne. Gra na wielu poziomach, też na pustej scenie. Pędzący samochód w filmowym anturażu w przerwie spektaklu. Aktorzy grają i śpiewają na żywo. Cała ta różnorodność wzmacnia przekaz, uatrakcyjnia go, czyni bogatym komunikatem, wszechstronną relacją.

Współczesny widz z łatwością rozpoznaje motywacje bohaterów. Starego, dojrzałego, choć udającego, że jest w pełni sił ojca, właściciela korporacji, całkowicie pochłoniętego pracą, jedzącego w pośpiechu przyniesiony przez bezosobową sekretarkę fast food/jak zawsze doskonały Mariusz Bonaszewski/. Ciekawa, nie do końca jasna, jest jego naiwna ufność w kłamstwa młodszego syna, Franciszka, jakby do końca nie znał swoich dzieci, nie wiedział na co je stać. On, który winien znać się na ludziach. Nie wiadomo, czy nie widział, że Franciszek pragnie przejąć jego majątek, władzę a ukochaną brata uczynić swoją kochanką czy może chciał sprawdzić starszego syna, Karola/Paweł Paprocki/. Wydziedziczył pierworodnego. I chyba się na nim zawiódł. Bo Karol odpuścił walkę o sukcesję. Nie wrócił do domu, nie wyjaśniał całej sprawy z ojcem, nie walczył o prawdę, zrejterował. Okazał się słaby, bo reakcja ojca dotknęła go bardzo, załamała. Nie podjął bezpośredniej walki o swoje, o prawdę. Mógł przecież. Ujął się honorem. Jak dziecko obrócił się na pięcie i w poczuciu niesprawiedliwego odrzucenia przez rodzica przystąpił do odrzuconych, pokrzywdzonych, nie radzących sobie z trudnościami, porażką, wyrzuconych na margines życia, by trwać w dumnym buncie i złem walczyć o dobro. Był wolny ale w momencie podjęcia decyzji o przywództwie w bandzie /gangu, grupie przestępczej, samozwańczej organizacji, grupie/ ubezwłasnowolnił się ponownie. Poddał dyktatowi grupie. Czuł się do tego stopnia skrzywdzony, upokorzony, poniżony, że nie potrafił nawet ujawnić swojej prawdziwej tożsamości w momencie śmierci ojca, który był w rozpaczy, bo bardzo przeżywał rzekomą śmierć syna/Karola właśnie/. To było zamierzone okrucieństwo Karola. Konsekwentne, samobójcze postępowanie odcinające go od życia, od miłości. Zastrzelił Amalię, wierną, kochającą go szczerze, do końca, bo honor, lojalność grupie była wartością wyższą. Udowodnił, że postępuje konsekwentnie. Ale też i czuł, że jest już człowiekiem przegranym do końca. Wszystko tracił a właściwie oddawał walkowerem: sukcesję, rodzinę, miłość. Wszystko to zostawił za sobą. Wkraczając w rewir zła, mimo że opowiadał się za dobrem sprawy, idei, też nic nie osiągnął. Nic nie zdobył, nie zmienił. Pozostał bohaterem tragicznym.

Franciszek, jego młodszy brat, też przeszedł metamorfozę/świetny Przemysław Stippa/. Od zwycięstwa po klęskę. A tak dobrze mu szło. Uknuł ambitny, przebiegły plan, z powodzeniem wyeliminował brata z biznesu, oszukał ojca. Manipulował, intrygował, wywierał presję. W tym względzie, jak mu się wydawało, był skuteczny. Nie udało mu się uśmiercenie obojga najbliższych mu ludzi, ojca i brata, zdobycie i upokorzenie Amalii. Zwycięstwo, uzyskana wolność, jaką daje władza, była pozorna. Rozpasane, dostatnie życie pozbawione sensu. W końcu doprowadziło go do samobójstwa. Ostatniego aktu kreacji.

Tylko Amalia jest bohaterem do końca krystalicznie czystym. Nieskażonym wątpliwością, brakiem ufności, wiary, walczącą o swoje. Jej piękno naturalnie pokazuje Wiktoria Gorodeckaja. Ale jej miłość jest zupełnie niepotrzebna w świecie, jaki jest. A raczej niemożliwa do skonsumowania. Ideał został na naszych oczach zamordowany. Unicestwiony. Brutalnie. Oprawca nie ma siły, odwagi, spojrzeć jej w oczy. Po części z litości/Karol widział, jak bardzo cierpiała/, po części ze świadomości, że taka miłość jest już niemożliwa do przeżycia w tym ginącym, okrutnym świecie. Nie mieści się kanonie trendów, mód. Poza tym można ją wykorzystać dla własnych celów. Nawet zabić, by zaspokoić żądanie grupy, do której się należy. Chora lojalność, konsekwencja Karola wyborów.

Sztuka sugeruje, że tak naprawdę dzisiejsi młodzi są, muszą być, niebotycznie cyniczni, okrutni i źli. Bezwzględni. Konsekwentni, nieobliczalni, elastyczni. Wielka wolność skutkuje wielką samotnością. Jest wielkim wyzwaniem. Wielka władza skutkuje wielkim zagubieniem, pośpiechem życia, splątaniem. Wielkie pieniądze szczęścia nie dają. Cel nie uświęca środków. Dobro złem zwyciężające generuje tylko kolejne wielopiętrowe zło, niszczy. A w istocie człowiek, sam czy w grupie, pozostaje słaby, niedoskonały. Choć chce być Bogu podobny, nigdy nim nie będzie. Podejmując działanie w większym lub mniejszym stopniu niszczy; siebie i wszystko wokół, z pobudek czynienia zła czy walki ze złem o dobro. Zawsze rachunek zysków i strat jest dla niego jednoznacznie niekorzystny. Zawsze będzie tęsknił za miłością, szukał sensu wszelkiego. Ostatecznie na coś się przyda. Nie będzie jednak happy endu. Jak w tej w sztuce go nie ma.

Podobają mi się właśnie takie spektakle, które od pierwszej do ostatniej chwili hipnotyzują. Uwodzą mnie i dają satysfakcję, poczucie, ze nie jestem sama w tyglu rzeczywistości, która jest wyzwaniem, walką o z góry przewidywalnym przebiegu i oczywistym końcu. Łapię oddech i dystans poprzez iluzję umowności, poczucie humoru. Bo jednak doskonałe spektakle walą prawdą obuchem między oczy, tak, że oddech zapiera. I to wrażenie dojmującego smutku wyzwolone przez utratę nadziei, że ideał znów sięgnął bruku. Życie jest walką a człowiek tylko człowiekiem traktowanym instrumentalnie, przedmiotowo. Obiektem do jednorazowego użytku, który ewentualnie na coś się przydaje. A bunt, rewolucja jest po to, jak u Lampedusy, by nic się, poza formą, nie zmieniło. A ta forma Zadarowej sztuki jest imponująca. Piękna, harmonijna, spójna. Treści stare jak świat. Cudnie, lekko zagrane. Więc i ja z nimi gram, uczę się, podciągam do tego poziomu. Akceptuję rytm, tempo. I przynosi to ulgę, uwalnia od lęku, wprowadza w nastrój pogodzenia z prawami okrutnego świata. Gdzie mężczyźni nadają ton, decydują, walczą, moderują. I upadają. Kobieta, kwiatek do kożucha, migoczący w słońcu motyl, cud marzenie, musi trwać, chyba że znajdzie się na linii strzału. ZBÓJCY my, współcześni zbójcy.

ZBÓJCY
autor: Friedrich Schiller
przekład: Michał Budzyński
reżyseria: Michał Zadara
scenografia: Robert Rumas
kostiumy: Julia Kornacka
muzyka: Jacek Szymkiewicz

obsada: Mariusz Bonaszewski, Paweł Paprocki, Przemysław Stippa, Wiktoria Gorodeckaja, Robert Jarociński, Oskar Hamerski, Mateusz Rusin, Bartłomiej Bobrowski, Ksawery Szlenkier, Paweł Tołwiński, Przemysław Wyszyński, Robert Jarociński, Arkadiusz Janiczek, Waldemar Kownacki, Tomasz Sapryk, Marzena Gorska

premiera: 08.05.2014

2014 – Nagroda im. Konrada Swinarskiego za najlepszą reżyserię dla Michała Zadary
2014 – Nagroda im. Aleksandra Zelwerowicza dla Wiktorii Gorodeckiej za rolę Amalii Edelreich

niedziela, 27 września 2015

BŁOGIE DNI PESZEK JANKOWSKA-CIEŚLAK ATENEUM

header
fot. Bartek Warzecha

Błogie dni.... czy takie bywają? W sytuacji pozbawionej możliwości wyboru. W przymusowym stanie zawieszenia. Rezygnacji, stagnacji,wegetacji. Nic nie robienia, nic nie działania. Bez perspektywy zmiany na lepsze, modyfikacji na inaczej, nadziei na przyszłość. Jakby wszystko się skończyło. Zfiniszowało, wyjaśniło, dopełniło. Zatrzymało. Bez możliwości korekty.  I oczekiwanie na poprawę nie istnieje. Nadziei brak. Przyznanie się przed samym sobą, że dobrze jest jak jest. Pozostaje tylko bierne trwanie ku śmierci ciała. Spokój wynikający z faktu, z decyzji, stanu rzeczy, że jest po wszystkim. I jest się na ostateczne odejście gotowym. A więc bolesne dni. Podobne jedne do drugich. W znieczuleniu mentalnym, w eliminacji uczuć, nieobecności emocji. W dyktacie choroby świadome wygaszanie.

Tak, Alzheimer doskonale to ilustruje. Kiedy nienawidzi się samego siebie za to, że przestaje się panować nad sobą. Bywa, nie wie się kim i gdzie jest. Kiedy otoczenie ma dosyć zachowania chorego. Bywa zaskakującego, bulwersującego, gwałtownego, agresywnego. Zagrażającego życiu. I pragnie chwili, kiedy wszystko się skończy. Bo nikt i nic nie ma na stan rzeczy wpływu. A opieka, pomoc najbliższych staje się niemożliwa. W momentach świadomości i chory oczekuje kresu, by skończyć to umieranie kawałek po kawałeczku. Na raty. Bo nie chce siebie takim, jakim jest w chorobie. Gdy całym sobą siebie samego unieważnia, zaprzecza kim stworzył się, był w przeszłości. Nienawidzi i odrzuca. Siebie, najbliższych, obcych.  Bo boi się. Czuje się zagrożony.  Bo w chorobie nie rozpoznaje otoczenia, nie wie, co robi a w momentach przytomności tęskni za dawnym życiem. A jednak jeszcze miewa świadomość, że już nie ma ratunku i pragnie przestać istnieć, bo w świecie jaki znał, kochał, cenił już go od dawna nie ma. Nie ma. I nie będzie nigdy więcej a coraz mniej i mniej. Aż do ostatecznego wyczerpania.

Taki jest Sean, kiedyś znany aktor. Od kilku lat w klinice. W bezdusznym, okrutnym, bezosobowym miejscu. Odcięty od świata. Zrezygnowany. Już nie walczy. Poddał się. Dawno temu opuścił  samego siebie i swoje życie. Wegetuje. Uległ. Ciało go zawiodło. Wola nie nadąża za chorobą. Zrozumiał swój stan i zgodził się na samotne umieranie. Ale ona- kobieta, Patricia, chora na marskość wątroby, emerytowana dyrektorka szkoły, nauczycielka ponad dwóch tysięcy dzieci- nie jest taka. Niedawno przybyła do tej klatki, więzienia, miejsca odosobnienia i też się dobrowolnie, świadomie na pobyt w klinice zgodziła. Bez walki. Z miłości, troski, rozsądku. Z myślą o innych, nie o sobie. Nie jest jednak pogodzona ze swym losem, silnie odczuwa brak kontaktu z siostrą, domem, swoim naturalnym otoczeniem. Jeszcze pełna życia, mocno z nim związana. Uzmysławia witalność, przypomina Seanowi to wszystko, co stracił z powodu choroby ale i na własne życzenie. Oboje są skazani na siebie. Wypchnięci na margines życia. W miarę możliwości próbują  zachować w swoich relacjach pozory normalności. Starają się przywrócić swojej egzystencji godność. Walczą o nią. Zmagają się ze swoim ciałem, pamięcią, personelem kliniki, sobą nawzajem. Wszystkim, co ogranicza. Bólem, cierpieniem. Fizycznym i psychicznym. Wtedy widać, że żyją. Żyją. Jeszcze żyją. Względnie normalnie.

Nie jest łatwo. Bo z jednej strony są w sytuacji bez wyjścia, z diagnozą nieuleczalnej choroby, z drugiej cierpienie związane z chorobą potęgowane jest przez obojętność tych, których kochali i kochają nadal. To fakt; zostali opuszczeni, zapomniani, pozostawieni samym sobie. Mają świadomość, że dalsze funkcjonowanie bez opieki nie jest możliwe. Bo objawy choroby postępują, uśmiercają ciało, dawną osobowość. Pozostają coraz krótsze okresy przytomnego życia. Świadomego. Błogiego. Szczęśliwego. Radosnego. Jeśli tylko uda się pokonać depresję, otępienie, niechęć do podejmowania wysiłku. Rozmowy, słuchania, pomocy innym. Bohaterowie udowadniają, jak ważne jest, by do końca walczyć o własne życie, może nie takie jakie było przed chorobą, ale na nowych warunkach.  Jak ważna jest obecność bliskich, a jeśli ich zabraknie, bo zawiodą lub nie dają rady, jak decydująca jest umiejętność nawiązywania kontaktu z tymi, którzy są w tej samej lub podobnej sytuacji. Każdy człowiek ma wiele do ofiarowania. Wystarczy spróbować. Czasem wystarczy być. Wypić razem herbatę. Powspominać. Pomilczeć. Słuchać cierpliwie. Sprowokować do działania. Pozwolić odejść. Cokolwiek zdarzy się, nie rezygnować łatwo z życia.

Jan Peszek i Jadwiga Jankowska-Cieślak to zgrany tandem. On wchodzi w skrajne stany świadomości przypisane objawom Alzheimera, ona buntuje się jak młoda, szczuplutka nastolatka z cudnymi dołeczkami. On statyczny, ona dynamiczna. Wyczarowują istnienie z niebytu, ratują siebie nawzajem. Dają sobie szansę na dobre, szczęśliwe, błogie dni w otoczeniu obojętnym, martwym, nieczułym na ich samotność.  Ignorują ograniczenia, odrzucają świat, który ich odrzucił.  Otwierają się na siebie. Choć się w ogóle nie znają. Zapominają o wyroku śmierci. Stawiają na życie tu i teraz. Do ostatniej chwili. Cokolwiek to znaczy.

Spektakl jest pochwałą koegzystencji splątanych przeciwstawnych, nie znanych sobie światów, która jak ilustrująca działania sceniczne muzyka klasyczna połączona z elektronicznym zgrzytem wywołuje dysonans, daje do myślenia. Wybija z dobrego samopoczucia, zadowolenia, stagnacji. Jest wyrzutem sumienia. Przestrogą. Zapowiedzią. Dowodem na istnienie niemożliwego. Choć na pewno nie będzie szczęśliwego zakończenia. Jednak szczęśliwe chwile się zdarzają, jeśli nawet są coraz krótsze, rzadsze. Jeśli tylko potrafi się je wyzwolić, uchwycić, rozwinąć. Pod warunkiem, że chce się za wszelką cenę w cierpieniu drugiego człowieka uczestniczyć. Co wymaga siły, charakteru, czasu. Potrzeby.

I gdy człowieka się nie uprzedmiotowia. Akceptuje tylko wtedy, gdy jest piękny, młody i bogaty. I zdrowy. I produktywny. Gdy daje, daje i daje. A po wyczerpaniu się jego potencjału dawania, tak łatwo odstawiany jest, często za jego własnym przyzwoleniem, na boczny tor. Usuwany. Zapominany. W istocie nic nie znaczy, nigdy chyba nie znaczył. Był tylko potrzebny, użyteczny, funkcjonalny. Przydawał się, służył. Jeśli nie ma nagromadzonego kapitału miłości, szacunku i poczucia obowiązku, który w trudnych chwilach pokrywałby wszelkie niedostatki woli, braku czasu, sił, pieniędzy. Tak łatwo odpuścić. Pójść na łatwiznę. Pogrzebać siebie lub innych za życia. Dla jego lub swojego dobra. W imię konieczności. Tak trudno zarówno wziąć na siebie prowokowanie radosnych, jak i znoszenie okrutnych dni. Bycie ze sobą na dobre i na złe. Nie opuszczanie siebie, jeden drugiego człowieka aż do śmierci.

Spektakl prowokuje delikatnie, subtelnie. Nie epatuje. Nie dotyka, nie boli. Jest opowieścią o spotkaniu dwojga dojrzałych, poważnie chorych, bardzo samotnych ludzi. W sumie banał, choć bolesny, ukonstytuowany w życiu społecznym ostatecznego rozwiązania dla uciążliwych, przewlekle chorych.I gdyby nie słowo "błogie" obok "dni" w tytule:ostentacyjnie drażniące, anachroniczne, wydumane ostro postawione na samym wstępie, jak i zimne, nieprzyjazne, prawie puste wnętrze kliniki oraz natrętnie głośna ścieżka dźwiękowa/świetny pomysł/, można by sądzić, że zarówno autorka jak i artyści boją się przyjąć pozycję oskarżycielską wobec tych, którzy kultywują przyjemne, promują bezkonfliktowe, tylko szczęśliwe, eko zdrowe, sterylne życie. Eliminując wszystko, co zakłócałoby dobremu samopoczuciu, komfortowi egzystencji, spokojnemu, miłemu życiu. Gdzie> ja, dla mnie, o mnie <wyznacza granice zaangażowania w relacje międzyludzkie. Jest najważniejsze. A> my <się zdarza na warunkach bezkonfliktowego bycia razem. Bez odpowiedzialności. Bez budowania poważnych, głębokich, długoterminowych więzi.

Aktorzy udowodnili, że co błogie czy błahe też podnosi standard życia. Każda chwila się liczy. Każdy człowiek. Najmniejszy odruch ludzkiej empatii, sympatii, zainteresowania. Jeśli nie można już liczyć na pomoc zdrowych, obecność najbliższych to przynajmniej chorzy winni nie ustawać w podejmowaniu prób ratowania siebie nawzajem. Powodzenia:)

BŁOGIE DNI
autorka: Deirdre Kinahan
przekład: Joanna Crawley
reżyseria: Wojciech Urbański
scenografia: Maja Skrzypek
obsada: Jadwiga Jankowska-Cieślak i Jan Peszek

premiera – 19 września 2015, Scena 61





wtorek, 22 września 2015

POROZMAWIAJMY PO NIEMIECKU OGÓLNOPOLSKI PRZEGLĄD MONODRAMU WSPÓŁCZESNEGO


Warto żyć, warto śnić, warto o tym pisać. Choćby pamiętniki rejestrujące na bieżąco, co w duszy gra, co w umyśle hula. Warto malować swoją kreska indywidualną krajobrazy wewnętrzne. Na tle tego, co wokół się dzieje. Ocaleje wtedy intymny świat wrażeń, fascynacji, zauroczeń. Energia uwięzionego czasu.

Taki jest ten spektakl. Na faktach oparty. Młodością podszyty, osobowością bohaterki i aktorki naznaczony, ze skazą wojny w rozmazanym, migoczącym odpryskami grozy tle. Budząca się seksualność do dojrzałego lotu, doskonale radząca sobie z oporem kulturowym, tradycji spuścizną, historycznym naporem ojczyźnianym. Obok patriotycznego nurtu, etosu walki za wszelką cenę, romantycznego uniesienia ponad wszelkie poziomy zdrowego rozsądku. Szczere, intymne wyznanie. Uczciwe relacje ze ścieżek młodzieńczych, dziewczyńskich przeżyć, przygód, doznań, myśli, skłonności natury wodzącej za nos świat dorosłych. Wystawiających niebezpiecznie młode życie na pokuszenie domagającego się swego pożądania. Uchwycenie momentu dojrzewania. Gdy odkrywa się, kim się jest, co się lubi, co nas kręci. Gdy zaczyna się samodzielnie dokonywać wyborów, decydować o swoim losie, wychodzić świadomie ku przeznaczeniu. Odważnie, ryzykownie, na granicy szaleństwa i zdrowego rozsądku. 

Powiew świeżości mający swe źródło w autentycznym zapisie pamiętnika młodej dziewczyny/2 lata zarejestrowane w zeszytach/ oddający prawdziwy, niezakłamany strumień  świadomości bez śmieci kłamstw, mataczeń, świadomej kreacji siebie w intuicyjnym aktorskim ujęciu przywrócił trójwymiarowy nastój swego czasu. Spontaniczny, banalny, naiwny. Dziecięcy jeszcze. Dziewiczy. W ciekawym momencie historycznym. Kiedy świat wokół płonął. Dotykał bezwzględnie każde, nawet najniewinniejsze istnienie. I głód jego okrucieństwa wydawał się być niezaspokojony. Jak dziewczyny młodej apetyt na życie, która nie chciała zatrzymać się lecąc jak ćma ku światłu, Ikar ku słońcu, by wypełnić swoje przeznaczenie. Naturalnie, beztrosko, instynktownie. Bez poświęcania się dla innych, bez nakazu umierania za ojczyznę. Ona się dopiero rodziła. Zachowywała jak w transie. Żyła w amoku doświadczając niezwykłej przygody. Poznawała mapę prowadzącą od dziecięctwa ku dorosłości. Od podporządkowania światu dorosłych do kreowaniu własnej ścieżki życia. Bardzo ciekawy moment. Dotykający istoty samego siebie. Tu całkowicie odkryty, namacalny, czysty. 

To tekst pamiętnika wybrzmiały nieskażonym doświadczeniem aktorskim zdecydował o przekazie. Tak, że bez trudu nawiązujemy kontakt z mentalnością niepoprawnej, chodzącej własnymi ścieżkami dzierlatki z czasów mrocznej, zabójczej wojny. I przyglądamy się z zaciekawieniem, z rosnącym zaangażowaniem obrazowi typowego dojrzewania czupurnej, niebojącej się niczego, nikogo młodości. I boimy się za nią. I przypominamy sobie dokładnie jak z nami było. I widzimy, jak z nami jest. Jakbyśmy obserwowali samych siebie. Z niewielką, osobniczą modyfikacją. Sam entuzjazm, radość, lekkość młodości i to, że udało się jej umknąć najgorszym niebezpieczeństwom, wynagradza wszelkie trudy tej podróży w głąb nastoletnich uniesień.

Ta sceniczna przygoda uzmysławia, że czas wojny nie anektuje całego życia ludzi, też tych młodych, budzących się do odpowiedzialności i świadomych wyborów, dla walki, dla śmierci ale też dla przetrwania, dla dalszego istnienia. Nie wszyscy rodzimy się wojownikami, żołnierzami. Niektórym wystarczy walka o swoje, dla siebie. Zanim rozbudzi się potrzeba zdobywania więcej, wspinania się wyżej, unoszenia ponad. Jeśli się w ogóle rozbudzi. Jesteśmy różni i w tej odmienności jest zaklęte bogactwo, potencjał życia. Niekoniecznie życia dla śmierci, ale życia mimo śmierci.


POROZMAWIAJMY PO NIEMIECKU
Autorka: Anna Zach
Reżyseria: Łukasz Kos
Scenografia i kostium: Małgorzata Domańska
Muzyka: Adam Świtała
Obsada: Zofia Wichłacz

Teatr Polonia w Warszawie

poniedziałek, 21 września 2015

SAMOSPALENIE BLUSZCZ OGÓLNOPOLSKI PRZEGLĄD MONODRAMU WSPÓŁCZESNEGO



Nie potrzebuję wieloznacznych ocen takich figur bohaterów scenicznych jaką prezentuje Przemysław Bluszcz w SAMOSPALENIU. Ale jest ciekawa. Pokazuje pewien możliwy proces ucieczki od odpowiedzialności, rozmydlanie prawdy tych, którzy byli reżimowymi budowniczymi Polski Ludowej. Cyniczny, obłudny, w otoczce hipokryzji i wyłażącej z butów oficerskich buńczucznej pychy. I tak to widzę. Osoba, która świadomie, konsekwentnie, czynnie ideowo, politycznie zaangażowana w budowanie i konstytuowanie systemu totalitarnego do upadłego broni swego wyboru, bo nie była to przecież dla niej konieczność, przymus, jest dla mnie jednoznacznie zła. Nie mam zamiaru szukać rys, szczelin, naciąganych przyczyn, dla których ten, kto korzystał ze swojej władzy, przywilejów jej przypisanych, po stracie stanowiska nie czyni rachunku sumienia a tylko szuka usprawiedliwienia dla tego, co robił przez całą konsekwentnie rozwijaną karierę. Stara się wyjaśniać dlaczego. W istocie mataczy. W dodatku zastanawiania się nad swoim życiem w momencie doświadczania porażki. Dokonuje samospalenia. Bo bohater Bluszcza próbuje wzbudzić w nas wątpliwość o swojej jednoznacznej winie. Stara się przekonać, że będąc oficerem Służby Bezpieczeństwa był normalnym, zwykłym, doskonale przystosowującym się do ciągle zmieniających się warunków życia człowiekiem, wykazywał empatię w stosunku do czynu Ryszarda Siwca. Niby nie rozumiał do końca, kim sam był naprawdę. Transformacja polityczna zaskoczyła go, spowodowała jego degradację, utratę władzy, a więc na nowo definiuje swoją tożsamość. W istocie na naszych oczach Bluszcz przepoczwarza swego bohatera w nowe, przystosowujące go do nowych realiów wcielenie. Twierdzi, że był i jest nadal naszym dobroczyńcą, czynnym wojownikiem o dzisiejsze status quo kraju, narodu.  Daje do zrozumienia, że Siwiec mu imponuje, jest mu bliski i gdyby mógł, na pewno zastrzeliłby płonącego, by skrócić jego męki. Odnieść można wrażenie, że jest mu bratem, choć po drugiej stronie politycznej barykady. Tworzy na naszych oczach portret wielokrotny, niejednoznaczny, nieoczywisty. Rozmydla swoją odpowiedzialność, wybiela swoją przeszłość. Ale i żartobliwie straszy, bo ho, ho ma wiele informacji w zanadrzu! Może je wykorzystać, gdy zechce, gdy będzie musiał, gdy będzie tego potrzeba/ha, ha czarna teczka/. Prowokuje, gdy chełpi się z nieznośną lekkością satysfakcji swoim beztroskim, pełnym sukcesów życiem osobistym, intymnym, zawodowym, gdy ze swadą opowiada o wielokrotnie gwałconej dziewczynie, brutalnie przesłuchiwanej, w końcu utopionej w przeręblu jeziora z kamiennym obciążeniem. Z przekonaniem oprawców, że sobie na to zasłużyła. Pięknie w swym wywodzie porażkę reżimu przekuwa na sukces, z którego dziś korzystamy. Chce uczynić każdego współwinnym. A tak naprawdę nie ma argumentów dla uzasadnienia motywacji, które usprawiedliwiłaby jego osobisty udział w marszu socjalizmu z sowiecką twarzą przez Polskę.

Ale to prawda, że bohater Bluszcza przeszłości się nie wyrzeknie. I się nie wyrzeka. Jest z niej w przewrotny sposób zadowolony. Pyszni się. Z niej czerpie siłę, by z podniesioną wysoko głową, z szelmowskim błyskiem w oku, z cwaniaka uśmiechem, bez żenady wspominać, wspominać, wspominać. Wie, że my wiemy, że jest nadal niebezpieczny. Może jeszcze krzywdzić, tym razem jak zranione zwierzę. Wybacza sobie? Nie musi. I pewnie nie chce. Jest najlepszym obrońcą siebie i systemu, którego był strażnikiem, pozostał wiecznym reprezentantem. My, jeśli jesteśmy w stanie, mu wybaczamy. Ale nigdy nie zapominajmy. Oficer też nie jest w stanie zapomnieć. Był w oku cyklonu. Płynie w nim nadal przelana niewinnie krew, w pamięci ma listę niszczonych osób, w sercu żagiew Siwca. Nie zapomni. Choćby po to, by wykorzystać te ofiary do przedstawienia siebie w nowym, adekwatnym nowym czasom, świetle. Kolejny raz pozwala sobie na zimną, wykalkulowaną perfidnie mistyfikację. Zakłada nowe szaty króla życia i śmierci. Wilka w owczej skórze. Udającego szczere współczucie. Prawdziwy podziw. Atencję. A wszystko dla własnych celów.

To nie jest tak, że dorosły człowiek działa nieświadomie. Albo boi się tak bardzo, oficer SB jednak nigdy się nie bał, że wchodzi w smugę zła z konieczności, siły wyższej, nieuniknionego losu. Wzmacnia je swoim działaniem, bo nie ma innego wyjścia. Ryszard Siwiec jest jego kontrapunktem. Chce zrozumieć, bo go niepokoi, intryguje, fascynuje radykalny czyn Siwca, bo jest prawdziwym, niezaprzeczalnym dowodem, że można było zamanifestować sprzeciw wobec tego, co się na przykład w 1968 roku działo.  Co się naprawdę myśli i czuje. Fakt; drastycznie boleśnie, śmiertelnie szczerze. Do końca świadomie, przytomnie. Esbek jest pod wrażeniem treści  testamentu Siwca, listu pożegnalnego. Analizując jego postawę, dochodzi do wniosku, że miała ogromną siłę oddziaływania. Nawet jemu nie daje spokoju. Jednak niczego nie żałuje. A nawet jest dumny z tego, do czego doszedł, co osiągnął, na jakim poziomie żył. I żyje nadal. Żyje. Żyje.

Nie spłonął ze wstydu. Nie sczezł marnie. Odsłonił się tylko na chwilę, przekonał sam siebie, że miał rację. Pozostał zdegradowaną, nostalgicznie nastrojoną figurą, która dla podkreślenia swojego zwycięstwa, wyższości, słuszności zakłada na powrót mundur oficera SB. I z satysfakcją patrzy nam, niemym, bezgłośnym, biernym słuchaczom w oczy. W moje oczy Ryszarda Siwca.

Intrygująca to rola Przemysława Bluszcza. Grającego całym sobą życiowego kameleona, nie mogącego jednak w żaden sposób wejść w bohaterską, szaloną ale świadomą postawę Ryszarda Siwca. Wykorzystuje go. Manipuluje jego historią. Stoi w swoim mundurze bezradnie, daleko od niego, jak stał na Stadionie Dziesięciolecia  I bezwstydnie zwycięsko patrzy. Postawa Siwca mimo to rośnie w nim, dojrzewa i fascynuje go i niepokoi. Jest być może jedynym wyrzutem sumienia, namiastką żalu. Nie, nie za grzechy. Ale, że nie można Siwca zgnoić, unieważnić. Można go tylko podziwiać. Wspominać. Nie zapominać. Nie można go zabić ale można go wykorzystać.

Próżne nadzieje na prawdziwą, głęboką przemianę wewnętrzną aparatczyka. Siwiec jeszcze raz samotnie płonie. Pamięć o nim wznieca oficer SB. Dokłada do ognia własną przeszłość, by jak feniks z popiołów mógł narodzić się z nową tożsamością, z nową interpretacją własnych reżimowych dokonań. My widzowie przyglądamy się temu bezgłośnie, z dystansem tak wielkim, że nie pozwala nam to odbezpieczyć prawdy, prawdy i tylko prawdy. Z litości nad uzurpatorem sięgającym po cudzą wielkość dla swojej maleńkiej, osobistej korzyści przetrwania za wszelką cenę.

Nagroda aktorska dla Przemysława Bluszcza 12.Ogólnopolskiego Przeglądu Monodramu Współczesnego.


czwartek, 17 września 2015

OD PRZODU I OD TYŁU OGÓLNOPOLSKI PRZEGLĄD MONODRAMU WSPÓŁCZESNEGO

zdjęcie: Marcin Qz
Fascynujące to było spotkanie. Z obrazem współczesnej Polski zdeterminowanym XVIII wieczną historią, scharakteryzowanej narodu genotypem. Z inteligentną, błyskotliwą paralelą Polaków przywar dawniej i dziś. Z artyzmem tego monodramu. Za sprawą treści i konstrukcji tekstu. A przede wszystkim aktorstwa, wirtuozerskiego wykonania. Wymagającego tytanicznego wysiłku, przygotowania, gotowości na eksperyment, umiejętności różnicowania osobowości scenicznych bohaterów, prowadzenia narracji w różnych miejscach i czasie. Tempo zabójcze. Opowieść galopująca. Ale zderzona z opanowaniem skupionego na grze aktora. Lekko poruszającego się między pastiszem, parodią, krytyką, ironią i groteską. Śpiewającego tekstem/inspiracja "King Arthur" Purcell/. Relacjonującego reportersko. Bezpruderyjnie wkraczającego w obscenę. W pomysłowym kostiumie, umożliwiającym błyskawiczną zmianę akcentów, sugerujących kogo aktor gra.To popis warsztatu, możliwości technicznych emisji głosu adekwatnie do sytuacji, emocji, treści, postaci. Full z widzami kontakt. Uczta.



Nagroda 12.Ogólnopolskiego Przeglądu Monodramu Współczesnego

OD PRZODU I OD TYŁU
Inspirowane pracą doktorską „Niemcewicz od przodu i tyłu” Karola Zbyszewskiego, z fragmentem powieści Jerzego Żurka "Casanova"
Reżyseria: Stanisław Miedziewski
Scenariusz: Stanisław Miedziewski i Mateusz Nowak
Wykonanie: Mateusz Nowak
Kostiumy: Magdalena Franczak
Dzielnicowy Dom Kultury "Węglin" w Lublinie
Premiera: 27.03.2014

wtorek, 15 września 2015

MARIA CALLAS. MASTER CLASS JANDA OCH-TEATR



Wchodząc do teatru, wkraczamy w rewir sztuki. Scena otulona jest z dwóch stron purpurowymi kurtynami, pozostałe równie energetyczną, falująca emocjami, rosnącym napięciem oczekiwania publicznością. Czarne akcenty rekwizytów-stolik, krzesło, fortepian, później podnóżek, poduszka, błyszcząca torba diwy, jej kostium- nie służą wcale uspokojeniu emocji, podgrzewają je jeszcze bardziej. Partytury na stoliku. Już gdy zbliża się postać Krystyny Jandy do sceny rozbrzmiewa huragan oklasków. Podobnie jak Maria Callas, artystki nie do podrobienia, naśladowania, nie do zastąpienia. Temperament, ambicja, tytaniczna, metodyczna praca, dawanie z siebie wszystkiego, osiągnięcie wszystkiego własnymi siłami, uporem. Dzięki technice, emisji głosu i odwadze.

Nie wiadomo czy to Callas uczy czy Janda. Jedna poprzez drugą. Nie wiadomo uczniów czy nas, publiczność. Bo podejście do sztuki, życia, celów do osiągnięcia, przyjętej metody chyba są jednakie. Gdy życie to sztuka. Gdy sztuka to całe życie. Nie musimy dochodzić do wszystkiego sami, jak Callas, Janda. Nie musimy przedzierać się przez życie wbrew warunkom, urodzie, sytuacji. Ale nie wiadomo, czy właśnie ta konieczność, wymóg, przymus samodzielności nie jest warunkiem decydującym o sukcesie. Gdy się zna głód, upokorzenie, brakuje urody, wiedzy, gdy się sięgnie dna i można od niego się odbić  własnym tylko imperatywem wewnętrznej potrzeby ukształtowania, zaistnienia swego talentu, sprawdzenia siebie, chęć rozwoju, poprowadzenia kariery, by pokonać wszystkie przeszkody i osiągnąć sukces. Być sama na scenie i czuć rosnące skupienie, uwagę, zachwyt, który unieważnia wszelką ludzką obojętność, zawiść, nienawiść, wrogość. Jak Orfeusz ma władzę nad duszą słuchaczy i prowadzi ją w rewiry sztuki najwyższej, dając emocjonalne, duchowe uniesienie, jakiego nigdy jeszcze nie doświadczyli. I nie doświadczą bez artystki, tej, żadnej innej.  Bo Callas za każdym razem starała się inaczej interpretować, brzmieć. Zmieniała, pogłębiała, rozszerzała to, co wydawać by się mogło nie można już lepiej, inaczej zaśpiewać, wyrazić, ująć, przekazać. Ale i Janda tym razem inaczej interpretuje.  Też się ciągle rozwija. Gra, ale i reżyseruje w teatrze, telewizji.  Buduje teatry. Dyrektoruje. Żona. Matka. Aktorka. Kobieta Instytucja. Ciągle rozszerza pole działania.

Z pojawianiem się kolejnych uczniów na scenie poznajemy arkana wiedzy o sztuce opery, a poprzez nią życia Callas i życia w ogóle.  Model jest wszechstronny, uniwersalny i do zastosowania w każdym zawodzie, przy konstrukcji każdej kariery/wygląd, postawa, wejście, rozumienie tego, co i gdzie się robi, dokąd zmierza/. A to jest sprawdzian kim jesteśmy, kim chcielibyśmy być i kim możemy być. To splątanie motywacji, osobowości, charakteru z jednostkowym losem, hierarchia celów, wybór środków dojścia do wyznaczonego punktu jest świadectwem silnej woli, odwagi, gotowości do ponoszenia najwyższych kosztów/miłość pierwszego męża, aborcja /gdy chce się coś wielkiego, nowego, osiągnąć w sztuce. Czy jakiejkolwiek innej dziedzinie. Nie wystarczy śpiewać, trzeba tak emitować głos, by złamał opór słuchaczy, ich wrogość, nienawiść, zawłaszczył uwagę, emocje, uczucia dla sztuki, by zachwycił, by nigdy nie mieli już dość. Pozostawić ich w takim uniesieniu, by już zawsze tęsknili, szukali zaspokojenia, którego przy Callas zaznali. Oto potęga sztuki. Z wielkiej, pustej sceny, samotnie posiąść rząd dusz słuchaczy. I zaprowadzić tam, gdzie artysta chce. Wysoko, najwyżej. Pięknie, najpiękniej. Prawdziwie, uczciwie, szczerze. Oto Callas zemsta i triumf. Dziewczyny na początku biednej, głodnej, brzydkiej, grubej,odrzucanej. To z myślą o pomarańczach śpiewała, by nie zaznać już nigdy więcej głodu. To niebieskookiej, szczupłej dziewczynie z torba pomarańczy, którą zaangażowano zamiast niej, chciała dorównać, prześcignąć ją i przez całe życie, tak myślała, tylko dla niej śpiewała. To dla kontynuacji tradycji interpretacji wszystkich poprzedniczek, diw operowych, śpiewała. Swoich wrogów, oponentów. Za każdym razem inaczej.  Za każdym razem zgodnie z intencją twórcy opery, w świadomości kogo i gdzie gra.

Podobnie Janda. Demiurg sceny i widowni. Przenosi nas w rewiry sztuki najwyższej, gdy porażani jesteśmy jej monologami. Uwięziona słupem światła.  Oddaje relację Callas najpierw z brutalnym, wulgarnym, nieokrzesanym Onassisem, którego kocha a on traktuje ją jak kupiony przedmiot o najwyższej klasie /sławna, piękna, bogata, uwielbiana, jedyna/, którego żadną miarą nie mógł inaczej posiąść. Później przedstawia relację Callas z mężem Battistą, który ją kochał, pomagał, wspierał, gdy ona brzydkie, ambitne kaczątko zdradziła miłość, macierzyństwo dla kariery, dla sztuki.

Janda gra ekstremalnie. Różnicuje, niuansuje, maksymalnie "wyśpiewuje" kwestie, ilustruje sytuacje, uczucia, wspomnienia, myśli bohaterki. Pokazuje ogromną skalę środków wyrazu, najwyższy poziom gry aktorskiej/monologi!!!, które wybrzmiewają jak najciekawsze, najważniejsze, najpiękniejsze arie/. Nawet wtedy gdy milczy a tylko ciałem, gestem okazuje znużenie nauką tych, którzy chcą tylko śpiewać, bez rozumienia słów, znaczeń, kontekstów. Po ostrej z uczniami potyczce. Walczy siłą swego głosu, mocą artyzmu-zupełnie jak Callas samotna, na wielkiej scenie, zanurzona w czerń otoczenia i kostiumu w monologach. Jak diwa teatralnym gestem i siłą swego temperamentu, wszystkiego, co wie i czuje o sztuce aktorstwa, mocą zawłaszczoną z przeszłych ról, doświadczeń i osobowości scenicznych wybrzmiewa kreacją teatralną, Callas operowej podobną.

To przenikanie się silnych, wiarygodnych, świadomych siebie i świata gigantów sceny. Callas i Jandy. Splątania życia i sztuki, talentu i pracy, miłości i samotności, upadku i wyniesienia. Efekt pokonania trudnej ścieżki kariery, sięgnięcia po atuty z głębi siebie, obrócenie tego, co ogranicza, niszczy i boli w piękno, rozwój, prawdę i uczciwość to potęga sztuki. Sztuki życia. Sztuki opery. Sztuki teatru. Sztuki nauki. Po prostu sztuki zwycięstwo. MARIA CALLAS. KRYSTYNA JANDA. MASTER CLASS

Publiczność była wspaniała. To Jandy publiczność. Serdeczna, przyjazna, oddana, wierna. Uważna, żywo reagująca. Nagradzająca swoją aktorkę owacją na stojąco.


MARIA CALLAS. MASTER CLASS  OCH-TEATR

Terrence McNally

Tłumaczenie: Elżbieta Woźniak
Reżyseria: Andrzej Domalik
Konsultacja wokalna: Joanna Cortes
Scenografia i kostiumy: Krystyna Janda i Andrzej Domalik
Światło: Andrzej Domalik i Waldemar Zatorski
Projekcja multimedialna: Paweł Szymczyk
Asystent scenografa i kostiumologa:Małgorzata Domańska
Producent wykonawczy i asystent reżysera:Alicja Przerazińska

Obsada:
Krystyna Janda, Agnieszka Adamczak/Marta Wągrocka, Anna Patrys/Jolanta Wagner, Rafał Bartmiński/Tadeusz Szlenkier/Mateusz Zajdel, Mateusz Dębski, Michał Zieliński


PREMIERA 3 WRZEŚNIA 2015

poniedziałek, 14 września 2015

WIELCY INNI: CHRYSTUS, GOMBROWICZ, OSIECKA OGÓLNOPOLSKI PRZEGLĄD MONODRAMU WSPÓŁCZESNEGO 2015



INNI WIELCY: JEZUS, GOMBROWICZ, OSIECKA to w jedni monodramu trójca obsceniczna. Rewers uwielbienia, wielkości, nietykalności w obrazoburczej, niepokornej, kontrowersyjnej odsłonie teatralnej stand-up formy. W prowokującym, z przymrużeniem oka ujęciu. Dynamiczny tekst, lekko podany drapieżnym, mocnym głosem perfekcyjnie interpretującym, pięknie brzmiącym w piosenkach. Świętości sięgnęły bruku. Dotknęły ziemi. Okazały się zwykłymi śmiertelnikami. Odsłoniły ciemną, niechętnie akceptowaną stronę życia. To, co bywa zazwyczaj ukrywane, wypełzło na scenę. Zostało wysamplowane. By wysokie zderzyło się z niskim. Znalazło swój niejednoznaczny kształt; bardziej ludzki, wiarygodny, bliższy prawdy. Odbrązowiony. Utytłany błotem, buntem, niepoprawnością, intymną skazą, nałogiem, który zabija, grzechem, który stygmatyzuje, zwyczajnością, która w obliczu boskim bywa nieakceptowalna.

Inteligentny, mocny tekst wywołuje najpierw zdziwienie, potem  śmiech, bywa sprzeciw. Ale i akceptację na znak zgody dopełnienia portretów  psychologicznych wielkich naszego świata. Śmiech, bo ciemna strony mocy niekoniecznie musi być mrocznie, dramatycznie, przygnębiająco przedstawiona. Wiemy, że przez nas uwielbiani, adorowani WIELCY nie są ideałami, bogami, ludźmi bez skazy, pęknięć, chropowatości. Na scenie zostają jakby odklejeni, oddzieleni od swych stereotypowych wizerunków. Funkcjonujących od zawsze, od dawna w obiegu świadomości publicznej.  Budzących szacunek, podziw, wiarę. Ten sceniczny jest negatywem, kolejną odsłoną ich życia, osobowości, skłonności, charakteru. To komplementarny obraz. Wariacje na temat. W przewrotnym znaczeniu. Humorystycznym ujęciu.

Chrystus jest zwyczajnym chłopakiem nie wierzącym, że urodził się w wyniku niepokalanego poczęcia/może in vitro?/, wychowywanym przez matkę,  bez ojca, który mimo braku innych poza biologicznymi więzami, żąda od syna, by umarł na krzyżu za świat cały.  Dlaczego, za co, jakim prawem? Nie doświadczył miłości ojcowskiej, bo ojca nie znał, nie miał z nim kontaktu. Dlaczego jest personifikacją miłości? Gombrowicz jest charakteryzowany KRONOSEM, DZIENNIKAMI z postawą Rity w tle, żony fasady nie rozumiejącej do końca kondycji męża, łasej na kasę za wydanie przeznaczonych nie do wydania obscenicznych zapisków KRONOSA. Osiecka to żałosna alkoholiczka erotomanka, traktująca mężczyzn instrumentalnie, mająca to i owo temu i owemu za złe/łącznie z córką/. Jest zabawnie, gorzko-ironicznie. Choć nasi wielcy przedstawiani są inaczej niż zwykle, nic nie tracą w istocie ze swej wielkości. Świecą nadal mocnym, ale bardziej złożonym, wielobarwnym blaskiem niejednoznaczności.

Mirosława Żak z wdziękiem, z wprawą wchodzi w buty kolejnych bohaterów. Różnicuje środki ekspresji. Podąża sprawnie za tekstem, który jak kostium charakteryzuje przedstawiane postaci. Aktorka nawet na chwilę nie traci kontaktu z widzami. A ten jest bardzo ważny. Czuły na fałsz, wrażliwy na przekraczanie granic dobrego smaku, nieuzasadnioną obscenę. Udało się artystom, aktorce i autorowi- reżyserowi monodramu, zbalansować  swój punkt widzenia na niepodważalne fakty z właściwą formą ich przedstawienia. Sprawnie demitologizować, rozbijać pomniki fasadowego uwielbienia, odczarować legendę, podważyć stereotyp. A przy tym nie przeginać w pastiszu. Nie naciągać na zamysł działania scenicznego komizmu na siłę. Nie obśmiewać wulgarnie, obrazobójczo, bez sensu. Jest lekko, śmiesznie, prawdziwie. Udało się aktorce rozbawić publiczność, zachować wysoki poziom artystyczny.

Mirosława Żak otrzymała nagrodę za tę rolę na 13. Ogólnopolskim Przeglądzie Monodramów Współczesnych. Zasłużenie. Recenzenckie standing ovations!!!


WIELCY INNI: JEZUS, GOMBROWICZ, OSIECKA
Autor: Jacek Kozłowski
Reżyseria:Jacek Kozłowski
Opracowanie muzyczne: zespół LieBerKnapp Trio
Obsada:Mirosława Żak

Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu

niedziela, 13 września 2015

KONIEC OGÓLNOPOLSKI PRZEGLĄD MONODRAMU WSPÓŁCZESNEGO 2015


KONIEC to absolutna końcówka życia, wszystkiego, całego świata bohatera. Egzystencja upadlająca godność ludzką. Poza empatią, zrozumieniem, skuteczną pomocą a nawet opieką. Spychanie na margines, w zwierzęcość, naturalizm brutalny, śmierdzący, instynktownie walczący o istnienie dzień po dniu. Znamienne, że starość ma twarz młodego aktora. Słabości, wykluczenia, niedostosowania. I odbija blask pysznego samozadowolenia, sytości i buty tych, co panują nad życiem, myślących, że i nad śmiercią. Fizjologiczny rozkład tego, co ludzkie, choć postrzegane jako zbędne, niepotrzebne, wstydliwe, obsceniczne, do brutalnego wykorzystania i wyrzucenia poza obręb społecznej akceptacji. Egzystencjalna  porażka. Bez poczucia wstydu, wyrzutów sumienia. Upadek człowieczeństwa. Nie po stronie ofiary ale jej oprawców. Syna, instytucji, społeczeństwa. Smutna to konstatacja. Dramatyczna utylizacja śmiecia ludzkiego w mentalnej klasyfikacji otoczenia, przecież do końca człowieka. Tak, to koniec. Upadek. Wielki błękit utopi wartości ludzkości.

Monodram będący wyrzutem sumienia. Beckettowski sznyt, skrót, metafora. CICHY BÓL umierania przez zaniechanie działania silniejszych. Zaciska się w nas wzruszeniem jak światło wiążące bohatera na scenie, wyznaczające mu granice, wchłaniające cierpienie w wieczny niebyt, trudną do zniesienia ciemność.

Te minimalistyczne monodramy, gdzie gra aktorska, jak w tym przypadku, decyduje o wszystkim, wszystko akcentuje, pobudza do życia, winny jeździć po Polsce. Winny być, bo w istocie są prawdziwą forpocztą wielkiej sztuki, zwiastunem jej mocy oddziaływania, wagi dla nas, widzów i świata, który ciągle popełnia te same błędy i błądzi na ścieżkach własnych wyborów i braku odpowiedzialności za każde, nawet najsłabsze, najbardziej osamotnione istnienie. Cywilizacji, która lekko przełyka niesprawiedliwość, bez problemu przechodzi nad agresją i przemocą stosowaną wobec słabszych, nie potrafiących się bronić, która udaje, że nie może nic zrobić i przechodzi obojętnie obok potrzebującego, jak syn przeszedł obok ojca w sztuce; bez reakcji, bez jakiegokolwiek symptomu empatii, solidarności, chęci pomocy, odruchu ludzkiego. Mimo, że na pewno poznał ojca, jak i my rozpoznajemy samych siebie w potrzebującym pomocy, gestu, reakcji śmierdzącym, odpychającym strzępie człowieka. Człowieka. Do końca człowieka. Tak, to koniec człowieczeństwa. Koniec.

Dobrze, że artyści wrócili do Becketta. W pantomimicznym geście, grymasie, ruchu skromnej formy. Skupionej,prostej, wyrazistej. Może i my wrócimy do siebie samych, takich, jakimi chcielibyśmy w istocie być. By, gdy zajdzie taka konieczność, potrzeba, spotkamy się z reakcją ludzką mimo nieludzko trudnych okoliczności. Shit happens.

Brawo Bartosz Mazurkiewicz, Anatol Wierzchowski. Brawo dla publiczności, że przybyła i może w świat nieść przesłanie artystów. Sztuka nie zawsze musi być piękna. Estetyczna, czysta, sterylna stylistycznie. Ma być piękna swoim oddziaływaniem, siłą scenicznego w tym wypadku rażenia. Brawo!


KONIEC WEDŁUG SAMUELA BECKETTA
Reżyseria i scenografia: Anatol Wierzchowski
Obsada: Bartosz Mazurkiewicz,
Teatr KOD w Dębnowskim Ośrodku Kultury
 

PIEŚŃ NAD PIEŚNIAMI OGÓLNOPOLSKI PRZEGLĄD MONODRAMU WSPÓŁCZESNEGO 2015



Sakrum metafizyki poezji, religii, filozofii wynoszące profanum życia ponad zwyczajność, prozę, zwykłą, przyziemną konieczność. PIEŚŃ NAD PIEŚNIAMI wyśpiewująca miłość czystą, wyidealizowaną, doskonałą,  niespełnioną. Wiążąca niemocą. Pozwalająca przeżyć. Jak w romantycznym uniesieniu. Patosie. Gdzieś mimo, obok życia. Ale kojąca i jątrząca mocne uczucie, gorące pożądanie. Skarga zakochanego bez pamięci, mimo przywoływania słowo po słowie poetycznego tekstu.

Powściągliwa, skupiona, konsekwentna pieśń aktorstwa. Wzruszająca z jednej, irytująca z drugiej strony. Bo piękno nieskuteczne, choć celnie, trafiające w punkt istotę rzeczy, jest w jakiejś mierze zabijające radość, sens życia. Wzmaga smutek, nicią słów tworzy kokon, buduje więzienie, zwiększa dystans oddalający zaspokojenie, spokój ducha. Znów spragnieni miłości skazani są na samotne przeżywanie bólu po kres życia.  Nastrój przygnębienia, nieporadności wobec losu rośnie. Bierne przyjmowanie decyzji podejmowanych przez znienawidzonych najbliższych/rodziców/, mimo symptomów buntu/ucieczka z domu, wybór własnej drogi na własnych warunkach/ jest nieskuteczne. Nie prowadzi do szczęśliwego rozwiązania. Nie powoduje oczekiwanego przełomu. Nic nie zmienia.

Monodram jest minimalistyczny ale silny przekazywaną nam opowieścią. Poraża niemoc poezji, mądrość w niej zaklęta, która wyrażając wzniośle rzeczywistość, jaka jest,  wynosi ją tylko na wyżyny, których zdobycie w realnych, konkretnych warunkach przez zwykłego śmiertelnego jest niemożliwe. Proponuje podróż w jednym kierunku. Samoudręczenia. Autystycznej egzystencji człowieka wydrążonego, pokonanego, z blaknącym wspomnieniem nieosiągalnego ideału. Co go ogranicza i niszczy. Prawda, że pięknie niszczy.

Wzruszająca opowieść. Czuła. Prosta. Jak poezja, pieśń lament, skarga wynosząca się swym dramatem nad innymi pieśniami.

PIEŚŃ NAD PIEŚNIAMI
Autor: Szolem Alejchem
Reżyseria: Maciej Wojtyszko
Muzyka: Jerzy Derfel
Obsada: Jerzy Walczak
Teatr Żydowski w Warszawie

TONIEJESTPOSTAWARTYSTYCZNA!CZYLI PREMIERY NIE BĘDZIE! OGÓLNOPOLSKI PRZEGLĄD MONODRAMU WSPÓŁCZESNEGO 2015



Dotknąć procesu twórczego, być w momentach krystalizowania się pomysłów scenicznych, wejść do głowy artysty, w dodatku wybitnego, to marzenie wielu. Sama w sobie inspiracja wariacji na temat kreacji. Tym razem chodzi o Tadeusza Kantora. Widzimy na scenie wysiłek aktora, Łukasza Pawłowskiego, przywracającego do życia wielkiego artystę w momentach aktu twórczego, przy pracy z aktorami, w obrębie przestrzeni teatralnej ale karykaturalnie, kabaretowo, lekko, z przymrużeniem oka.  W dodatku w zderzeniu z doświadczeniem własnego życia. Ten nowy osobisty bardzo kontekst metody Kantora pokazuje, jak każdy z nas może transponować to, co wypracował teatr do własnego świata. Zawłaszczenie metody. Przyswojenie jej. Przyleganie. Kompatybilność sztuki wysokiej i zwykłego, normalnego życia. Współistnienie i wzajemne wspomaganie, przenikanie się obu światów: realu i fikcji, przypadku i metody, konkretu i wyobraźni. Inspiracji napędzającej kreację. Ale przez improwizację, sprawdzanie jak to działa, jak wypada na scenie i czy od szczegółu można przejść do ogółu. Od życia osobistego do stworzenia archetypów.  Wspomnienia Kantora ukształtowały UMARŁĄ KLASĘ. Wspomnienia Pawłowskiego sceniczny obraz WIEŻOWCA SAMOBÓJCÓW. UMARŁA KLASA  w tym monodramie zaistniała więc w nowej formie jako WIEŻOWIEC SAMOBÓJCÓW. Tak się konstytuuje kanibalizm w sztuce. I wkracza w nasze, widzów, życie.

W monodramie krok po kroku Pawłowski wyczarowuje krok w krok za Kantorem kolejne sceny. Wraca do źródeł. Do początku. Inspiracja za inspiracją pobudza wyobraźnię personifikującą na naszych oczach  kolejne postaci/siebie dojrzewającego do dorosłości w samotności na skraju samobójstwa, Kantora, matkę, ofiarę- samobójcę/. Mamy okazję zobaczyć proces budowania rzeczywistości scenicznej poprzez pustą przestrzeń, bazę, aktora/czysty, duchowy, gotowy na start/, i przedmioty, które mają ją uwiarygodnić, nadać jej nowe życie, wartość, kształt.  Szukanie nowego znaczenia pojedynczego gestu, wspomnienia, zdarzenia, ujęcia w innym kontekście starych problemów, przepracowanie ponowne zamkniętych tematów stwarza poprzez banał i przypadek, na zasadzie prób i błędów nową, świeżą jakość. Umożliwia budowanie napięcia, intrygi, dramaturgii. Spowodowanie, by ciało czuło, wiedziało a rekwizyty w konkretnym układzie, kontekście komplementarnie tworzyły nowe sensy, nową formę, wymowę. Poprzez bezwzględną dyspozycyjność, skupienie, otwartość na eksperyment, zdobywanie nowych doświadczeń, podejmowanie karkołomnych prób, ryzyka, gotowość do szalonych, wydawać by się mogło, improwizacji, konsekwentne eliminowanie błędów. Sam aktor też się zmienia. Stwarza. Przechodzi metamorfozę. Jako człowiek i jako twórca. Wtedy wchodzi w rolę, wypełnia zadanie, osiąga cel.  Ale gdy "nie mam początku, nie mam końca, to na chuj mi środek" podsumowuje aktor Łukasz Pawłowski wraz ze współautorką , reżyserką i scenografką Anną Piotrowską oddający tym monodramem hołd Kantorowi. Oboje udowadniają, że niewątpliwie odrobili lekcję mistrza, z sukcesem zdali egzamin. Premiera się odbyła! I jest udanym popisem postawy artystycznej.Brawo!!

My, widzowie, jesteśmy kolejnym ogniwem. Bo proces nauki, proces twórczy się nie kończy. Dzięki takim działaniom, postawom artystycznym rozwija się. Nieśmiertelnym bytem trwa dalej. Widz również musi wykazywać się podobną dyspozycją jak artysta. Tylko jakby z innej pozycji. Pozycji odkrywcy. Tropiciela. Osoby dociekającej sensów scenicznych. Analizującej. Przeglądającej się w wyczarowanym przez artystów obrazie teatralnym.  Nie tylko nastawiony jest na rozrywkę: zamknięty, klarowny, jasny, kawa na ławę przekaz. Otwartość na propozycję artystyczną, gotowość podjęcia ryzyka uczestniczenia w nowatorskich, awangardowych projektach, włączanie się- gdy trzeba, gdy widz tego chce, czuje taką potrzebę-w działania sceniczne/teatr postdramatyczny, performance/ sprzyja komunikowaniu się teatru z widzem.  Służy obu stronom.

Spektakl jest świeżym powiewem artyzmu w starym jak świat temacie. Pełny pomysłów, improwizacji, energii, nagłych zwrotów akcji. Łączy różne byty, światy sceniczne w jeden dynamiczny spójny przekaz. Karkołomne to przedsięwzięcie, ryzykowne. Ale się udało. Nie zamęczyło a zainspirowało. Bawiło. Sztuka jest w nas. Wystarczy ją poczuć, nadać formę. I odważyć się skonfrontować  swoją wrażliwość z gotowością na nią świata. Tu i teraz. Natychmiast. Jak autorzy monodramu, których młody bohater swoją wielką samotność posadził na zewnętrznym parapecie siódmego piętra jedenastopiętrowego wieżowca. Spojrzymy razem z nim w dół. Poczekamy. Na co? By się stać. By zaistnieć. By zostać zauważonym. Ale nie przez matkę! Może przez psa. Ale go nie ma. Bohatera też nie ma. Więc musimy czekać. Potem płynnym, pewnym ruchem wrócimy do pokoju. Do spokoju. I zaśmiejemy się, bo znajdziemy, jak i bohater znalazł, wyjście ewakuacyjne. Był pod ścianą ale teraz wie, że będzie z roku na rok mieszkał coraz niżej i niżej. Zawsze umknie sposobem WIEŻOWCOWI SAMOBÓJCÓW.

toniejestpostawartystyczna! czyli premiery nie będzie!
Autor: Anna Piotrowska, Łukasz Pawłowski
Reżyseria i scenografia: Anna Piotrowska
Muzyka: Michał Mackiewicz
Obsada: Łukasz Pawłowski
Fundacja Rozwoju Tańca_eferte Warszawa/ Teatr Rozbark, Bytom

sobota, 12 września 2015

MARZENIE NATASZY OGÓLNOPOLSKI PRZEGLĄD MONODRAMU WSPÓŁCZESNEGO 2015


Simply story. Bidul. Cierpienia MŁODEGO WERTERA żeńskiego bez dramatycznego a z oczekiwanym, niestety, zakończeniem. Twarda rzeczywistość trudnego dzieciństwa. Życiorys niezawiniony. Los nieunikniony. Światełko w tunelu=MARZENIE. Podsunięte przez oczywistość natury, wieku, sytuacji, rodzaju żeńskiego. NIHIL NOVI do bólu. Dla młodzieży. Ku przestrodze. Dla spojrzenia w twarz MEDUZY. Dla wiedzy, żeby nie było, że się czegoś nie widziało, nie wie.

Dla dorosłych za późno, na próżno. Nie będzie wyrzutem sumienia, trzęsieniem poczucia winy, erupcją żalu za grzech zaniechania, złego dzieci wychowywania, aborcji mentalnej. Zdanie własnych błędów i wypaczeń na karby systemu. Konstatacja wygodna, standardowa, bezpieczna : SHIT HAPPENS. Nie ci, którzy powinni, będą to oglądali. Obserwatorzy neutralni, to my, widownia.

NATASZA, mimo wszystko, wzrusza, choć ręce do pomocy opadają. Naiwna, kierująca się instynktem samozachowawczym, mimo że wydaję się silna, bardzo łatwo ją zranić, oszukać, zwieść, użyć, wykorzystać i bezceremonialnie wyrzucić na kres, zepchnąć na dno, wypchnąć na margines, odesłać w niebyt. To nieustające potrząsanie głowy, tarmoszenie włosów, pretensja dorosłego życia, zachowania, miotanie się we mgle rzeczywistości odkrywa tylko prawdę, że dziewczyna reaguje jak ranione ciągle zwierzę. Broni się agresywnie. Zachowuje impulsywnie. Obscena i wulgaryzmy, stosowana przemoc to samoobrona. I nawet nie wie, że podąża koleiną wyrobioną przez dorosłych, tak wysoką, że zmiana kierunku pozostanie niemożliwa. Smutna historia spragnionych miłości. Choćby niewłaściwie odczytywanego zainteresowania. Potrzeba miłości zostanie niezaspokojona. I tylko pogrążać się będzie każda Natasza coraz bardziej i bardziej. Z opcją na samozniszczenie.

Monodram wyrazisty do bólu. Pocięty muzyką, która ma tworzyć nastrój, kontekst, wywoływać skojarzenia. Irytuje, drażni, zgrzyta; głośna, natrętna, bezsilna wobec losu bohaterki. Włączana jak łapanie się tonącego brzytwy. Rozrywają narrację niepotrzebne przerwy. Zbyt długie, ciężkie uwierają, niszczą dramaturgię. Pozostawia widza obojętnym, wysmaganym tylko zaprzepaszczonym, roztrwonionym pięknym młodzieńczym, czystym marzeniem miłości, jak skarbem, światłem w wiecznym mroku życia. Macierzyńskiej, rodzicielskiej, przyjacielskiej, zwyczajnie ludzkiej i tej z upragnionym, idealnym obiektem męskiego pożądania. Gdy wszystko zawodzi a nie niesie się w sobie żadnego realnego, doświadczonego, wszczepionego wychowaniem, obserwacją wzorca, marne są szanse na spełnienie MARZENIA Nataszy. Pozostaje ciągłe odrzucenie, jak klątwa wykluczenie, osaczająca samotność. Wzbierający na sile lęk egzystencjalny. Poczucie bezsilności wobec losu, niemożności jego zmiany. Spadanie, ciągłe pogrążanie się i wiedza, że pewne jeszcze tylko pozostaje przeżycie własnej śmierci. Ostatni ból, ostatni dowód istnienia.

MARZENIE NATASZY
Autorka: Jarosława Pulinowicz
Reżyseria i scenografia: Bartłomiej Miernik
Obsada: Anna Dudziak
Grupa Banina z Lublina

SPOWIEDŹ SZALEŃCA OGÓLNOPOLSKI PRZEGLĄD MONODRAMU WSPÓŁCZESNEGO TEATR WARSAWY



Aby ten monodram można było głębiej, szerzej  zrozumieć łączyć go należy, co sugeruje sam wykonawca, Przemysław Chojęta, z ANIOŁEM ZAGŁADY Luisa Buñuela i, jak ja myślę, z PERSONĄ Ingmara Bergmana oraz przede wszystkim samą osobą Augusta Strindberga, jego życiorysem i twórczością, tu bezpośrednio SPOWIEDZIĄ SZALEŃCA. Może są jeszcze inne asocjacje. Bo jest to monodram performatywny czerpiący z różnych źródeł łączących się z tematem, angażujący widza, wciągający go w akcję, nawiązujący z nim bezpośredni kontakt, korzystający z wielu środków ekspresji/wystawa collage, projekcje wideo, Conchita Wurst w sukni ślubnej, oznakowane ciało bandażowane, wyświetlany wiersz w scenie końcowej/. Wszystko po to, by wiarygodnie uzasadnić, uargumentować, zilustrować problem i w tym wypadku osadzić go współcześnie. Bo my naprawdę nie poznajemy Augusta Strindberga, który miota się jak szaleniec, nie potrafiący sobie poradzić z samym sobą. Jego przykład jest historycznym, literackim, biograficznym odniesieniem, mówiącym, że kłopoty z własną tożsamością, seksualnością, psychiką to stary, przerabiany nie raz problem. Nihil novi. Dziś, w nowym, współczesnym anturażu, w nowej formie też istnieje. Wpojony mężczyznom przez matki, niańki, opiekunki rygor posłuszeństwa, podporządkowania w procesie wychowywania chłopców bez ojcowskiego wzorca, przykładu, kontaktu, utrwalony przez religię, bo wpajany od dzieciństwa wczesnego kult Matki Boskiej,wzmocniony przez silne, niezależne, również finansowo partnerki, kobiety wpływ, oddziaływanie łamie im męskie kręgosłupy, kastruje wolę zachowań zdecydowanych, dominujących, męskich.  Niemożność zaspokojenia popędu, stawiania na swoim, zdobywania i utrzymania przy sobie ukochanej osoby budzi frustrację, doprowadzić może do szaleństwa. A pozostawieni samym sobie mężczyźni/przynajmniej ten sceniczny/, są słabi, żałośni, nie radzą sobie z życiem i sobą. I cierpią. I tęsknią za sobą, jakimi nigdy nie będą mogli być. Pocieszając się Słodką chwilką rozmąconą w termosie. Rozpamiętując stracony czas. Błędy. Płacząc nad sobą. No, baby.Baby.

Obserwujemy portret mężczyzny, który jest uwięziony w niemożności narzucenia światu swojej woli, decydowania o sobie samym, zamknięty w wiecznym dziecięcym uzależnieniu od kobiet, które go zdeterminowały wychowaniem, podporządkowały sobie, zniewieściły. Mężczyznę, którym targają silne namiętności, głębokie uczucia do kobiet ale jest od nich zależny, a nawet w szczególny sposób  przez nie niewidocznie dla oka ubezwłasnowolniony. Nie może przebić się przez kokon utkany przez kobiety, nie stanowi o swoim życiu. Ponosi klęski, poddaje się, wycofuje. W odwecie buntu jest agresywny, obsceniczny.  I cierpi katusze ciągłego niespełnienia, upokorzenia, konieczności zrezygnowania ze swojej pozycji dominującego samca, narzucanego rolą społeczną. Bo co z niego za mężczyzna, który nie potrafi narzucić swojej woli, zawsze posłusznie, nawet mimo buntu robi to, co się od niego żąda, czuje się niepewnie, działa nieskutecznie. Kobiety robią z nim, co chcą. Owijają wokół palca, wykorzystują i porzucają. Nawet wtedy, gdy sam odchodzi, jest nieszczęśliwy. Biadoli, rozczula się nad sobą, rozpamiętuje, tęskni, rozmiękcza siebie dalej i głębiej. I jeszcze bardziej cierpi a ból go osłabia. Uwięziony we własnej porażce, słabości nie rozumie, co się z nim dzieje. Nie może się z tej sytuacji, ukształtowanego przez kobiety charakteru wyzwolić, zmienić. Natura męska domaga się swego, natura żeńska w nim zaszczepiona, go ogranicza. Stąd dramat szaleństwa, w które popada. Nie można wrócić do punktu wyjścia, do stanu embrionalnego, by dać sobie szansę zaczynania wszystkiego od początku. Może  tylko nieustannie, bezskutecznie starać się zrozumieć. Może tylko rozpamiętywać swoją sytuację, pielęgnować i pogłębiać ból, coraz bardziej osłabiając się. Może wspominać, roztrząsać, analizować a i tak nic to nie zmieni.  

Akcja tego monodramu jest dynamiczna, podzielona na dwie części. Aktor na początku jest niepewny, zagubiony, zawstydzony. W tremie. Gra mężczyznę porzuconego, odrzuconego, pogardzonego. Ubrany w suknię ślubną miota się w górę, w dół schodów, samotnie. Od razu próbuje z nami nawiązać kontakt. Pyta, sugeruje, podpowiada, zdradza tropy interpretacyjne. I już przy nas dokonuje próby gwałtownej zmiany. Zdziera z siebie suknię, piękną, strojną, ślubną, czystą i olewa ją moczem w męskim geście antycypacyjnym.

Zaznacza czarnym flamastrem obszary na swym ciele i je numeruje, by następnie prosić zgromadzonych o podanie cyfry. Wybrane zupełnie przypadkowo miejsce/ręka, szyja, boczek/ zawsze jest kojarzone przez mężczyznę ze wspomnieniem czułego, miłosnego gestu, sytuacji z ukochaną. Po wyznaniu bandażuje to miejsce, jakby opatrywał gorejącą fizycznym bólem ranę. Wygląda żałośnie. Pokiereszowany przez upokorzenie i niespełnienie. Kochający- nie tak, nie dość, nie w oczekiwany, upragniony sposób- obiekt swojej miłości. Nie potrafiący rozbudzić w ukochanej uczucia, które przywiązałoby ją do niego. Wybranki go nie kochają. I okazują to. Gardzą nim i go wykorzystują. Wtedy jest zły, rozczarowany, tracił nadzieję. Przeżywa dramat. Poniósł porażkę. To bardzo cielesny wymiar cierpienia. Ilustracyjny. Jakby nie było można słowami dostatecznie właściwie, wystarczająco mocno je opisać.

I kładzie się na podłodze w przejściu między jedną sceną a drugą. Widzowie, by wkroczyć w drugi obszar jego tracenia świadomości, wkraczania w szaleństwo, muszą przejść nad nim. Nie ma innej drogi. Nie ma innego sposobu. I zachęcani do obejrzenia wystawy, chętnie z tego korzystają.  Czeka na nich ekshibicjonistyczna spowiedź, intymna relacja, skarga,  która nie przyniesie ulgi, nie da spokoju. Może zmniejszy nieco napięcie. Ukoi nieco ból.

Jesteśmy w rewirze współczesności. Wszystkie działania i gesty, rekwizyty i oczywiście tekst są poszerzającymi pole rozumienia linkami, do których można sięgać, by poczuć możliwie szeroko, wyczerpująco stan samotnego, bezwolnego, bezsilnego mężczyzny doprowadzonego do szaleństwa. Rozpiętego pomiędzy pragnieniem miłości a niemożnością jej zaspokojenia.  Który stara się, byśmy włożyli palec do jego rany.

Monodram doskonale to pokazuje. Zmusza, by przejrzeć się w zwierciadle prawdy bohatera. Pozwala poczuć ją, oburzyć się na nią, zbulwersować poprzez prowokację performansu, który angażuje, wymaga, żąda. Nie pozostawia obojętnym. Polaryzuje. Bywa niezrozumiały, nieoczywisty. Czasem wydaje się, że rozbija, rozwleka dramaturgię wypowiedzi. Jednak nie tym razem. Ten martwi i boli. Bo świat zniewieściały to kiepski krajobraz dla przyszłości.



SPOWIEDŹ SZALEŃCA według Augusta Strindberga
Reżyseria:Łukasz Zalewski
występuje: Przemysław Chojęta

Teatr Polski w Poznaniu
 


piątek, 11 września 2015

CZY RYBY ŚPIĄ? TEATR WARSAWY PRZEGLĄD NAJCIEKAWSZYCH MONODRAMÓW Z POLSKI 2015



"Niektórzy ludzie umierają, gdy są bardzo starzy, niektórzy umierają jednocyfrowi. Niektórzy ludzie po prostu zasypiają i już się nie budzą, a niektórych przejeżdża pociąg, albo doniczka spada im na głowę. Niektórzy umierają nagle, gdy jadą tramwajem do pracy, a niektórzy samolotem rozbijają się nad oceanem i już nie można ich odnaleźć.
Niektórych ludzi zabijają inni ludzie, a niektórzy umierają, bo połknęli kość od kurczaka, albo osę, albo dlatego, że nadepnął na nich przez pomyłkę krótkowzroczny słoń.
Są ludzie, którzy umierają, bo są smutni i samotni, i potem sami się zabijają. Skaczą do wody i zapominają, że umieli pływać. Albo biorą tabletki, po których się zasypia, ale już nie budzi.
Chcę powiedzieć że:
Wszyscy kiedyś umieramy.
Tak czy siak."

Mądry, dojrzały tekst wypowiedziany przez dziesięcioletnią dziewczynkę. To monodram edukacyjny. Dla dzieci i dorosłych. Poradnik oswajania śmierci dziecka, brata, syna, kolegi. Instrukcja walki z lękiem, cierpieniem, pustką po stracie osoby najbliższej, kochanej przez siostrę, rodziców, kolegów. Lekcja przysposobienia do życia po śmierci osób, które znały zmarłego. Kurs przetrwania w chorobie. Procedury zachowań w sytuacji ostatecznej, gdy nie można nic już zrobić, ratunek jest niemożliwy, szczęśliwego końca nie będzie. Wtedy, gdy po ostatecznym rozstaniu żyć trzeba dalej.

Opowieść prowadzona jest z punktu widzenia dziecka, które uświadamia sobie znaczenie upływającego czasu, które przeżywa najpierw chorobę, potem śmierć, pogrzeb i żałobę po młodszym bracie. Pomysłowość, spostrzegawczość, mądrość i przenikliwość dzieci w kontraście z bezradnością otoczenia: dorosłych, szkoły, kościoła powoduje, że  mimo powagi sytuacji to dzieci sobie radzą a dorośli nie bardzo. 

Spektakl jest sprawnie, konsekwentnie, pomysłowo wyreżyserowany. Podejmując bardzo trudne problemy/dziecko wobec choroby i śmierci/ jest lekko, naturalnie, finezyjnie zagrany. Co decyduje ostatecznie o jego oddziaływaniu na widza. Nie zamęcza dydaktyzmem, edukacją, choć podskórnie to robi. Na szczęście nie budzi lęku, nie demonizuje śmierci, nie epatuje cierpieniem. Artyści znaleźli wyjątkowo  bezbolesny, czuły sposób na  opowiadanie o tematach tabu. Relacjonowane sytuacje, opisywane stany emocjonalne przez Marcelę Stańko, śpiewane przez nią piosenki, cudowna muzyka wykonywana na żywo przez Krzysztofa Nowikowa/ubrany na biało, cały czas na scenie jak Anioł Stróż/, dziecięce animacje wyświetlane na parawanie szpitalnym tworzą atmosferę daleką od zagrożenia, buntu, ostrego kryzysu, walki. Jakby śmierć sześcioletniego brata była naturalną konsekwencją jego nieuleczalnej choroby, bo przecież nie długiego życia jeszcze. Dziecięca wrażliwość, wyobraźnia, znajomość siebie nawzajem bardzo pomaga bratu i siostrze przejść razem ten trudny, bolesny okres. Wbrew pozorom, ich zachowania są bardzo dojrzałe. Wspaniałe. Wzorcowe. I wystarczają, by znieczulić ból. Oswoić śmierć. Obcowanie z chorobą, śmiercią może hartować, wzmacniać. Jeśli nie ustajemy próbować odpowiadać na najprostsze pytania. 

Marcela Stańko otrzymała nagrodę aktorską za rolę Jette na 13. Ogólnopolskim Przeglądzie Monodramu Współczesnego.

CZY RYBY ŚPIĄ?
Autor: Jens Raschke
Reżyseria: Paweł Szkotak
Przekład: Monika Muskała
Przestrzeń sceniczna: Paweł Szkotak
Muzyka: Krzysztof Nowikow
Animacje: Mateusz Kokot, Marcin Markowski
Kostiumy: Jola Łobacz
Obsada:
Marcela Stańko /Jette/
Krzysztof Nowikow (muzyka na żywo)
Teatr Polski w Poznaniu

MINIATURY TEATR WARSAWY OGÓLNOPOLSKI PRZEGLĄD MONODRAMU WSPÓŁCZESNEGO 2015



Muzyka elektroniczna fantastycznie nowatorsko napisana pod poezję Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej o precyzyjnej,  zaskakująco nieoczekiwanej i dowcipnej puencie, stała się z nią ilustracją przygotowanej miniatury filmowej, która nieoczekiwanie wybija się na  główną bohaterkę monodramu. Koncert schodzi w cień obrazu, który dominuje, resztę scenicznych działań przytłacza. Postać Dominiki Kajro, tajemniczy kształt odwrócony do widowni tyłem, wokalnie konwersuje z historią wykreowaną przez Monikę Kotecką i Karolinę Poryzałę na wideo, później już samotnie, indywidualnie zwrócona do widowni twarzą krótko mówi tylko we własnym imieniu, bez medialnego komentarza, rozszerzenia, wspomagania. Samotne, suche, bolesne wyznanie zagubienia. Miniatury poetyckie Jasnorzewskiej piękne, czułe, aktualne są raczej opisem sytuacji niż refleksją, giną zagłuszone narracją współczesnej wizji kobiecości. I ta medialna wizja właśnie zawłaszcza uwagę, konkuruje z poezją, muzyką. Brakuje balansu w przekazie/akcja obrazu, ilustracja muzyka, siła treści/, synchronizacji, równowagi, wyrazistości artykułowanego tekstu. Może to wina nagłośnienia, techniki nagrania. Ale pewnie i proporcji. Tekst przepada w odbiorze, mimo powtarzania. Tym bardziej osobiste wyznanie końcowe nie ma zamierzonej siły rażenia. Pozostaje nieczytelne. Może być niezrozumiałe. Nagie >moje życie beze mnie<brzmi  zaskakująco słabo. Dopiero wypowiedzi artystów rozjaśniają artystyczny zamysł. Ukazują światełko w ciemnym tunelu interpretacji. Inspiracją spektaklu jest życie i dojrzewanie poetki. Kobiety w swych doznaniach, przemyśleniach, wrażliwości  bardzo nam współczesnej.

Obraz jest smutny. Nostalgiczny, nastrojowy, melancholijny. Depresyjny. Przytłaczający. Relacje międzyludzkie niejednoznaczne i zdawkowe. Miniaturowe. Stany świadomości nieoczywiste. Przekaz krótki, zanikający w odbiorze. Wymaga chyba specyficznego przygotowania, odpowiedniego stanu skupienia, nastroju. Koncert ledwie się zaczął, już się kończy. Szkoda. Bo mógłby to być mocniejszy komunikat. Sprzyjały temu środki wyrazu, świetne asocjacje wyśpiewywanych współcześnie zaaranżowanych wierszy. Inspirujący projekt. Nowoczesny. Odważny. Ciekawy. Gdyby mógł być bardziej rozwinięty!! Pozostaje impresją, znakiem, mgnieniem.

I tak miniaturowa prezentacja sprowokowała miniaturową relację. Ale dziękuję za nią. Dziękuję.:)




MINIATURY
Autorka: Maria Pawlikowska-Jasnorzewska
Scenariusz i reżyseria: KurkotKollektiv
Muzyka: Michał Siwak
Obsada: Dominika Kojro
KurkotKollektiv Warszawa
http://kojrosiwak.bandcamp.com/releases


1.
 01:13

2.
 02:42

3.
 03:02

4.

5.
 02:36

6.
 00:36

7.
 02:19

8.
 00:24

9.

10.

11.
 02:41

12.
 03:43