piątek, 26 lutego 2016

KOBIETY BEZ ZNACZENIA CHRAPKIEWICZ TEATR DRAMATYCZNY


Czekałam na KOBIETY BEZ ZNACZENIA w teatrze. Na taki temat, takie bohaterki. Szare myszki, ruchliwe, uczynne, pracowite ale tak naprawdę  przez nikogo niezauważane, nikomu niepotrzebne, ignorowane. Łatwe do przegapienia, łatwe do zastąpienia. Przezroczyste. Kobiety dojrzałe, bardzo zwyczajne, bardzo samotne, które same muszą wywalczyć swoją przestrzeń do życia, szukać sensu swego istnienia. Próbują mozolnie, nieustannie prowokować zainteresowanie świata sobą ale efekt jest marny, a kolejne porażki coraz bardziej bolesne. Jakby za cały trud, zaangażowanie były karane. Zawód boli, rozczarowanie doskwiera, ale nie zniechęca. Stres odkłada się gdzieś po cichutku, kumuluje i doprowadza do śmierci albo nasila jeszcze bardziej uporczywą determinację szukania nowych sposobów kompensacji samotności. Chęć zaznaczenia swojej obecności w świecie staje się uzależnieniem. Zawsze znajdzie się sposobność, nawet w warunkach ekstremalnych: paradoksalnie w szpitalu lub więzieniu, by być użytecznym, nadgorliwym, potrzebnym, mimo że to nie podoba się otoczeniu. Kobiety nie wycofują się, nie rezygnują. Konsekwentnie brną w swoje obsesje. Jakby to była ostatnia deska ratunku, jedyna sensowna więź łącząca je ze światem. Marginalizowane, nie dają za wygraną. Zazwyczaj jednak ich wysiłek jest niezauważany albo drażni, irytuje, wywołuje reakcję niemiłą a nawet dyscyplinującą, karną. A one tylko chcą przez chwilę poczuć, że dla otaczającego świata coś znaczą, coś mu dają.

Tak to jest z istotami słabymi przemykającymi po cichu przez życie. Bez fajerwerków, bez zadań specjalnych, celów niebosiężnych. Bez rodziny, bliskich, przyjaciół, znajomych. Gdy dzień do dnia jest podobny i równie niepozorny, uporządkowany, zwyczajny, bez znaczenia jak człowiek, który mimo starań, nie ma na niego wpływu.  Gdy pozostaje zgoda, przyzwolenie na takie trwanie. Gdy żyje się tylko życiem innych, bo się swojego nigdy nie miało. Można tylko obserwować, podglądać, próbować przylgnąć na siłę do przepływających obok zdarzeń, osób. Aby tylko sprowokować sobą zainteresowanie, poczuć się potrzebną, troszeczkę ważną. W dobrej wierze. Z intencją pomocy. W istocie wbrew własnemu interesowi, bo wtrącanie się, namolność, wścibstwo, drobiazgowość nie jest nigdy mile widziana.

Niewesoła to sytuacja. Choć na pozór nie wydaje się taka. Bo osoby mało ważne zazwyczaj nikogo nie obchodzą. Pomijane, traktowane lekceważąco, instrumentalnie, przesuwane są na boczny tor. Nie umieją się włączyć w życie innych ludzi, nie potrafią płynąć z głównym nurtem. Wtopieni w tło nie wyróżniają się- solidni, zdyscyplinowani, podporządkowani- będąc malutkim trybikiem w maszynie systemu. Kobiety bez właściwości, bez talentów, przebojowości, których atutem jest to, że bez problemu przystosowują się do tego, co im inni zaproponują, same nie mają kompetencji i wystarczającej siły narzucania światu siebie na swoich warunkach. Nie wiedzą jak. Przeciętność i adaptacja, akceptacja i potulność w stosunku do tego, co los przyniesie, uniemożliwiają zmianę. I tylko pozostają im nieporadne próby komunikowaniu światu o swojej obecności. Bo rzeczywiście trzeba mieć specyficzną konstrukcję psychiczną, by tak  żyć. Bezwolnie, monotonnie, bez sprzeciwu. Tylko psychika podświadomie buntuje się przeciw tej mizerii życia i atakuje ciało chorobą o podłożu psychosomatycznym. Ale i wtedy kobieta czuje się pomijana, ignorowana, mało ważna. Jej stan nie wywołuje zainteresowania. I się nie poprawia. Nie wymusza reakcji otoczenia, jakiej oczekiwała. Zarówno jej życie, jak i śmierć nikogo nie obchodzi. Po cichu, niezauważenie, samotnie zejdzie ze sceny.

Gdy wkraczamy w teatralny świat spektaklu ulegamy nastrojowi szaroburej, bezbarwnej, nieatrakcyjnej egzystencji, która odpycha, zniechęca, przytłacza. Jest obrazem sytuacji bez wyjścia, stanu klinczu w zaułku rozpadającego się, mrocznego świata przeciętności, na końcu drogi prowadzącej donikąd. Jakby to była wizualizacja wszystkiego, co mogłoby być istotne a nie jest i nigdy nie będzie. Zarys, szkielet ruiny domu we mgle, jak w horrorze. A w nim bohaterki sztuki. Dwa  przemykające  monochromatyczne cienie. Kobiety bez znaczenia w swoim świecie bez znaczenia. Samotne, bezużyteczne, zbędne. Bo prawdziwe, kolorowe, tętniące różnorodnością, witalnością życie jest gdzie indziej. Choć tuż obok, tuż, tuż.

 "Kobieta bez znaczenia" Haliny Łabonarskiej, Margaret/Peggy/ Schofield, jest pracownikiem biurowym, rutynowo wykonuje nudne, mało ważne zadania. Samotna, wycofana, traktowana instrumentalnie nie potrafi się z nikim zaprzyjaźnić. Sytuacja się nie zmienia, gdy trafia do szpitala. Ignorowana, coraz bardziej rozczarowana swym życiem choruje, w końcu umiera. Aktorka prowadzi rolę dramatycznie. Jej bohaterka przechodzi przemianę; od zdyscyplinowanej, solidnej, uporządkowanej osoby do załamanej, rozbitej, zrezygnowanej, pozostawionej samej sobie chorej, która nikogo nie obchodzi. Smutna, przygnębiająca, tragiczna to końcówka. Obnażająca szare, zwyczajne życie. Bez radości, szczęścia, bliskości. Nie dające żadnej satysfakcji. W poczuciu bezsensu podejmowanych wszelkich wysiłków. Codzienność unosiła  ją na fali rutyny, rezygnacji. Wycofania. W towarzystwie obojętności otoczenia.

"Pani od listów" Małgorzaty Niemirskiej, Irene Ruddock, znajduje ratunek na jej jałową egzystencję w poprawianiu świata. Tego, który obserwuje i podgląda, wyciągając nierzadko błędne wnioski. Pisze listy interwencyjne, skargi, donosy upominając się o sprawiedliwość i porządek. Szarżuje w swej nadgorliwości i kończy w więzieniu. Ale tu nadzwyczaj szybko przystosowuje się i odnajduje radość życia. Dynamiczna, w fantastycznej kondycji, zabawnym, komediowym anturażu aktorka ociepla wizerunek wścibskiego, wyolbrzymiającego wszelkie nieprawidłowości cerbera wszelkiej poprawności. Kobiety, której nikt nie lubi. Niemirska tak inscenizuje przygody postaci, że nie sposób się na nią gniewać. Zaczynamy traktować ją jak niegroźną wariatkę, której raczej trzeba współczuć niż ją karać. A gdy trafia do więzienia, już na dobre ją lubimy, podziwiamy. Sekundujemy jej, trzymamy za nią kciuki, bo może jej się w końcu udało choć troszkę szczęśliwą być. Wybaczamy wszystko, ciesząc się, że w mizerii, pokraczności swojego życia potrafiła jakimś cudem mentalnie zmienić swój stosunek do świata. Jest zadowolona, radosna, co raczej kłóci nam się z wyobrażeniem kogoś, kto tak gwałtownie zmienia system wartości i w dodatku odbywa karę więzienia. Bezrefleksyjnie podchodzi do swego położenia. Nie wyciąga wniosków z popełnianych błędów. Pogrąża się w swoim wydumanym poczuciu bezpieczeństwa, które buduje na absurdalnych przesłankach. Uspokaja widza jej zadowolenie. I za chwilę zaczyna mu nie dowierzać, widząc w wyobraźni dalszy ciąg adoptującej się w nowych szatach patologii.

Obie samotne kobiety prowadzą proste, puste, monotonne, niepotrzebne nikomu życie, co jest przygnębiające. Jak na nieskomplikowane postaci psychologiczne przystało, Łabonarska konsekwentnie, precyzyjnie, za bardzo na poważnie dramatyzuje, Niemirska zbyt łatwo trywializuje przechodząc z jednego stanu braku poczucia rzeczywistości w skrajnie drugi. Reżyser zapewne chciał ujednolicić stylistycznie całość ale tylko po to, by tragedię zneutralizować komedią i by wrażenie ogólne nie przytłaczało. Różny temperament aktorek podkreślił jednak dramaturgiczną niejednorodność i pęknięcie całości. To przełamanie nie następowało w każdej postaci. U Łabonarskiej porażka nie była spychana do podświadomości i nie tam się kumulowała doprowadzając do choroby psychosomatycznej a świadomie dogłębnie była przeżywana, wizualizowana, analizowana. Jeśli sama sobie robiła psychoanalizę to skąd choroba? Infantylizm postaci i naiwność postrzegania świata w konfrontacji z przytomną, wiarygodną przeprowadzaną na bieżąco wiwisekcją nie wzrusza a irytuje i dezorientuje widza. Choć jest bardzo smutno, to może i obojętnie. Niemirska niedostatecznie silnie uzasadniła komediowość sytuacyjną, osobowościową postaci uwarunkowaniami, przyczynami, które ją ukształtowały na surowy wzór i podobieństwo strażnika wszelkiego porządku, po czym doprowadziły do radykalnego, zaskakującego przełomu, kiedy staje się całkowicie zadowolona, chorobliwie podekscytowana atutami pobytu w więzieniu. Jakby jedno szaleństwo natychmiast zastąpiła drugim. Dostosowała je do nowej sytuacji. Z jednej strony cieszymy się, ale nie dowierzając szczęśliwemu zakończeniu, jednocześnie martwimy. Bo więzienie łatwo może w jej przypadku zastąpione zostać szpitalem psychiatrycznym. Pierwsza opowieść wypadła tragicznie poważnie a druga infantylnie komicznie. Co nie zmienia faktu, że dużą satysfakcją było oglądanie obu pań na scenie, bo Halina Łabonarska i Małgorzata Niemirska są cudownymi, pięknymi kobietami, imponująco profesjonalnymi, wspaniałymi aktorkami, co ma ogromne, nie do przecenienia dla nas, widzów, znaczenie. Ogromne znaczenie!:)



KOBIETY BEZ ZNACZENIA*

autor: Alan Bennett
reżyseria: Grzegorz Chrapkiewicz
scenografia i kostiumy: Jan Kozikowski
reżyseria światła: Monika Sidor
projekcje: Emilia Sadowska
muzyka: Piotr Łabonarski

Obsada:
Halina Łabonarska
Małgorzata Niemirska

*Na spektakl składają się dwa monologi samotnych kobiet: „Pani od listów” i „Kobieta bez znaczenia”, będących częściami serii„Gadające głowy” ("Talking Heads") brytyjskiego dramaturga Alana Bennetta, cyklu dwunastu monologów, w których autor stworzył galerię dowcipnych, a jednocześnie wzruszających portretów zwyczajnych ludzi.Pierwotnie cykl został napisany dla BBC i był pokazywany w brytyjskiej telewizji, w dwu częściach, w 1988 i 1998 roku. Następnie został wystawiony przez BBC i wszedł do kanonu lektur brytyjskich szkół ponadpodstawowych. 


środa, 24 lutego 2016

CÓRKA ŻÓŁKOWSKA TEATR MŁYN

fot. P.Szatkowski (4)To spektakl kameralny, skromny, powściągliwy ale bogaty intymną relacją matki z córką. Konfrontuje dwa pokolenia, dwie postawy życiowe. Umożliwia przyjrzeniu się z bliska szczególnie trudnej do opowiedzenia historii związkom pomiędzy najbliższymi sobie osobami, ale czy na pewno? Mają wspólne geny, różną przeszłość, doświadczenie, raz na zawsze określoną zależność dziecka i rodzica. Mają wzajemne oczekiwania co do siebie. Ale czy potrafią ze sobą rozmawiać? Uczciwie, szczerze, otwarcie? To nigdy nie jest proste. Czy się znają, rozumieją? To jest bardziej skomplikowane niż może się wydawać.

Z jednej strony mamy naturalną więź rodzinną ale z drugiej bardzo długi okres braku jakiegokolwiek kontaktu. Dziecko wychowało się bez ojca, którego nikt nie poznał, z dala od matki. Tęskniło za nią, pragnęło jej obecności, dotyku, jej czułości, miłości, uwagi, pomocy. Im dotkliwiej brakowało uczuć, troski rodziców, tym większe rosło w dziecku niezaspokojone pragnienie bliskości. Obie dojrzałe kobiety mogą porozmawiać dopiero wtedy, gdy już nic nie da się w przeszłości zmienić. Nie można odzyskać straconego czasu. Rodziców nie było gdy dziecko najbardziej ich potrzebowało. Dorastało w samotności, coraz bardziej w swoim tylko świecie niedostępnym dla dorosłych.

Spotkanie matki z córką wszystkie tego konsekwencje dobitnie ujawnia. Matka nadal przebojowa, kreatywna, silna, wie czego chce. Jest w potrzebie. Córka na pozór opanowana, kontrolująca swoje życie, a w istocie wszystko jej się rozsypuje. Matka artystka, była hipiska, aktywistka, szła jak taran egoistycznie przez życie, myśląc wyłącznie o sobie, o walce w wielkiej sprawie. Była pewna, że jakoś to będzie. I było. Nie czuje się winna. W momencie spotkania w szpitalu nic w istocie o córce nie wie. Teraz ona jej potrzebuje. Nie wprost ale szuka możliwości powrotu.

Córka nie chciała powielać błędów matki. Ale im bardziej się starała, tym więcej ich popełniała. Im bardziej chciała kontrolować swoją sytuację życiową, tym bardziej jej się ona wymykała. Zrezygnowała z siebie dla zyskania poczucia bezpieczeństwa, dla finansowego zabezpieczenia swojej rodziny. Wcisnęła się w gorset modelowej matki i żony. Stała się nadopiekuńczą matką. Zbyt wyrozumiałą, łagodną żoną. Mąż jest w domu ale zupełnie dysfunkcyjny. Bezradny, ciągle wyręczany przez żonę, nie potrafi zająć się swoim dzieckiem w najprostszych sytuacjach. Może nigdy nie chciał, ale ona nie umiała go włączyć w obowiązki życia rodzinnego, nauczyć, ośmielić, skłonić do zajmowaniem się dzieckiem. Może nie pozwoliła mu dorosnąć do roli odpowiedzialnego ojca. Przekonana, że wszystko zrobi najlepiej, wyręczała go. I ponosi tego skutki obciążona ponad miarę. Nie jest szczęśliwa w przeciwieństwie do matki, która przez całe życie robiła, co chciała, co uważała za słuszne, nie bacząc na skutki swych wyborów, decyzji, działań dla najbliższego otoczenia. Szła za głosem instynktu, w zgodzie ze sobą, za tym co czuła. Córka przeciwnie. Rozsądek doprowadził ją do depresji, zagubienia, niegasnącej obawy, by nie powtórzyć tego, co zrobiła z jej życiem matka. Córka nie myśli o sobie w swych wyborach. Za wszelką cenę pragnie otoczyć opieką rodzinę, taką jaką ma. To też nie jest najlepsza droga działania, bo jak nieszczęśliwa matka może wychować szczęśliwe dziecko?

Zaburzone relacje z matką, jej nieobecność w procesie dorastania miały wpływ na to, kim jest córka jako dorosła kobieta, matka, żona. Jako człowiek. Ale nic nie jest jeszcze stracone, przynajmniej w tym przypadku. Potrzeba kontaktu z matką, do której tęskniła przez całe dotychczasowe życie, o której marzyła na jawie i we śnie, jest ogromna. Ale lęk przed tym, jak miałyby ich relacje wyglądać w przyszłości jest chyba jeszcze większy. Ta rozmowa w szpitalu jest pierwszym krokiem w kierunku rozpoznania, czy jest to w ogóle możliwe. Pokazuje ogrom trudności, jakie przed obiema kobietami się piętrzą. Bo tęsknota może być podszyta żalem. Równie silnym, równie emocjonalnym. Bo potrzeba bliskości może łączyć się z obawą jak ją teraz budować, na czym i czy się uda, czy warto ryzykować.

Sztuka bardzo dobrze napisana, czule zagrana, daje nadzieję. Przedsiębiorcza, wiedząca czego chce matka i delikatna, subtelna, bezbronna córka dobrze rokują. Jeszcze wszytko może się ułożyć. Zgrać. Bo każdy członek rodziny ma jakąś rolę do wypełnienia. Odzyskana babcia potrzebująca na starość rodziny, domu, mająca nadzieję na wsparcie matki córka, zagubiony w związku mąż i tacierzyństwie ojciec. A wszyscy tak naprawdę są spragnieni miłości.  Niby mają ją w zasięgu ręki, niby w zakresie możliwości. Choć córka nadal zmaga się ze skazą trudnego dzieciństwa,  traumą samotnego dorastania. Jest tym przypadkiem, gdy taka sytuacja nie wzmacnia, nie hartuje a osłabia pozbawiając najpierw dziecko, potem dorosłą już osobę pewności siebie, kształtuje niską samoocenę, emocjonalne rozchwianie.

To opowieść o marnotrawnej matce, która próbuje wrócić do domu i o doświadczonej życiem córce, na barki której spada kolejny ciężar. Matka Joanny Żółkowskiej ma w sobie nieokreśloną pewność siebie, mądrość i przebiegłość doświadczenia. Siłę. Córka Zuzanny Fijewskiej- Maleszy wydaje się być zaskoczona, zagubiona, bezradna. Jest przeciwieństwem matki. Nie ma w niej furii, złości, agresji. Determinacji, stanowczości. Wyrzutów i żalu, który kończyłby wszelkie związki, kontakty z matką. To daje nadzieję. Ale i pewność co do tego, że została okrutnie skrzywdzona, okaleczona, złamana. A jej miłość do matki jest bezwarunkowa.

Trudno ocenić, jak to spotkanie wpłynęło ostatecznie na relacje matki z córką, bo tego tak naprawdę nikt nie wie. Czy będą razem, tym bardziej. Chyba, że przeżyło się podobną historię. O co nietrudno w czasach gdy rodziny są niepełne, rodzice za zarobkiem wyjeżdżają na długie miesiące a czasem i lata za granicę albo cały czas pracują a dzieci uzbrojone w internet wychowują się same lub są przygarnięte przez dziadków.

Myślę jednak, że warto rozmawiać. Warto próbować. I nigdy nie jest na to za późno. Nigdy.


CÓRKA
Scenariusz i reżyseria: Natalia Fijewska-Zdanowska
Muzyka: Filip Dreger
Konsultacja scenograficzna/światło: Mikołaj Malesza
Kostiumy: Beata Borowska
Produkcja: Agnieszka Kondraciuk
Sufler: Aleksandra Śliwińska

Obsada: Joanna Żółkowska, Zuzanna Fijewska-Malesza

Premiera 13.12.2015

zdjęcie: plakat Teatru Młyn / www.mlyn.org

wtorek, 23 lutego 2016

LETNIE OSY KĄSAJĄ NAS NAWET W LISTOPADZIE WYRYPAJEW DRAMATYCZNY


No cóż, mnie LETNIE OSY... pokąsały w lutym. W Teatrze Dramatycznym, na widowni Sceny na Woli.

W minimalistycznym, wysublimowanym, wyczyszczonym z  prywatności otoczeniu scenograficznym, jak na obrazach Hoppera, co szczególnie  widać na zdjęciach spektaklu, uwięziona jest miłość, przyjaźń i samotność. Prawda, kłamstwo i  lęk dokonuje comming outu. Wnętrze puste, zimne, bez punktów oparcia poza obojętną, nowoczesną kanapą a za oknami szalejące, zmieniające się stany pogody jak uzasadnienie dla zmiany krajobrazów wewnętrznych bohaterów sztuki. Niepokojąco poddające się podmuchom wiatru gałęzie drzew, steamy windows, czy spadające nostalgicznie płatki śniegu. Wschody i zachody słońca galopującego czasu. Oto portret współczesnego człowieka w bezpiecznym wnętrzu. W laboratoryjnych, sterylnych warunkach eksperymentu artystycznego. Wiwisekcja komunikacji międzyludzkiej w zaniku wrażliwości, możliwa wyłącznie po znieczuleniu marihuaną. Wyzwolona sztucznie, by się asekurować, zdystansować, traktować lekko, z przymrużeniem oka i niezobowiązująco. Jakby FOR FUN mimochodem lub jako skutek uboczny. Jakby w wolności. Jakby bliskich sobie ludzi. Odrębnych w tym wypadku planet mężczyzn z krążącymi wokół nich satelitami, kobietami, poruszającymi się w czasoprzestrzeni wspólnie ale i samotnie. Każde po orbicie własnego życia. W równowadze. Przyciąga, współistnieje, bo siebie nawzajem potrzebuje. 

Komedia salonowa w oparach absurdu, surrealistycznym zaplątaniu przeciwstawia dwie koncepcje relacji małżonków: w prawdzie i tylko prawdzie sztywnego gorsetu ustalonych, respektowanych, przestrzeganych norm i zasad oraz w hibernowaniu prawdy, co w praktyce przejawia się przemilczaniem, zatajaniem lub nie dostrzeganiem stanu faktycznego i czekaniem na właściwy moment jej ujawniania. Niestety, ani jedna ani druga nie jest doskonała, choć się taką wydaje. Nie ma rozwiązań idealnych z gwarancją skutecznego działania, które by nie raniło, nie stwarzało dylematów moralnych, etycznych. Takich, co chronią przed samotnością i bólem w związku. Zagubieniem i depresją. A wszystko to wynika z braku umiejętności znalezienia odpowiednich sposobów komunikowania, dostosowanych do wzajemnego rozpoznania, czucia siebie nawzajem, by właściwie wybrać czas, dostosować sposób prowadzenia rozmowy. Tu najwyraźniej mężczyźni narzucają reguły gry, nadają ton. To oni podejmują decyzje, wybierają kobiety, zasady i według siebie, dla siebie działają, oceniają i cierpią. Kobiety traktowane są instrumentalnie. Podporządkowują się mężczyznom. Kompromisu nie ma, jest jednostronna racja silniejszego. Wybór kobiet, ich wolność jest pozorna. Chciałyby mężczyzn, którzy byliby godni ich szacunku. Same-mądre, przyzwoite, kompletne- "jakby" wybierają ale decydują nie same o sobie a same dla siebie. Mężczyźni  obwiniają  o brak szczęścia kobiety albo bezsens świata, który pozbawiony jest Boga, porządku i wszelkiej świętości. Zaborczy, samolubni,  zazdrośni. Egocentryczni, wymagający, domagający się współczucia, oczekujący ratunku, prawdy od innych. Dla siebie. 

Dlatego niechże kąsają błędy przeszłości, zaprzeszłe wybory, decyzje, niezrozumienie swoich wzajemnych potrzeb, niespełnianie pragnień, nieznajomość marzeń. Samotność w związku. Nieszczerość, obojętność, wycofanie. Kłamstwo, przemilczanie. Rutyna. Bezrefleksyjne brnięcie w pozorze poprawności. Obudowywanie prawdy w coraz to grubszą izolację kłamstwa. Zaniechanie rozmowy szczerej, otwartej do bólu. I wiele, wiele innych błędów i grzechów egoizmu, niemożności, ograniczeń. Trzeba znieczulenia, fortelu, podstępu aby móc dociec istoty rzeczy. Kąsając. Potrzeba wzajemnego kąsania. Dotyku. Spojrzenia w twarz. Poznania się. Prowokacji. Potrzeba prawdziwej, bezpośredniej interakcji, by poczuć, że się żyje naprawdę. Nawet jeśli wydawać się będzie to komiczną, idiotyczną, groteskową, absurdalną,  pozornie trudną czy naprawdę niemożliwą  do wykonania misją, odpowiedzią na proste na pozór pytanie Ryszarda, gospodarza spotkania: z kim naprawdę spotkała się w poniedziałek Sara, jego żona, w obliczu deklaracji Donalda, przyjaciela rodziny, że prawda jest inna

Trzech postaci, o których się mówi w sztuce, nie zobaczymy. Do końca pozostaną potraktowane marginalnie, służebnie: Marcusa,  prawdomównego, wierzącego brata Ryszarda, powiernika Sary, Gertrudy, która kłamie po to, by prawda wyszła na jaw, ale być może ona w ogóle nie istnieje, Marty, żony Donalda, zdefiniowanej przez męża, będącej jego cieniem,  przewidywalnej, mentalnie ubezwłasnowolnionej nie musimy poznawać bliżej. Wiedza o Donaldzie wystarczy, by wiedzieć o niej wszytko. 

Znamienne jest, że Wyrypajew o bohaterach-ludziach, którzy są sobie najbliżsi- mówi w sposób lekko ironiczny, zaczepne dowcipnie, z dystansem. Najwyraźniej lubi ich i chce byśmy też ich polubili. Jak i siebie samych, jakimi jesteśmy. I oswoili również swój własny strach i nieporadność w mówieniu prawdy, nie traktowali wszystkiego w życiu zbyt dosłownie i poważnie. Rygorystycznie. Skrajnie ostatecznie. Podpowiada, co robić, by jednak z prawdy nie rezygnować. I z kłamstwa, z każdego możliwego sposobu, który pomoże ją ujawnić. Bo wierzy, że zawsze znajdzie się sposób, odpowiedni moment, by ją wyjawić. No cóż, pozwólmy, by letnie osy kąsały nas nawet zimą. W tym jest ratunek.  Szansa na ocalenie. Siebie i związku. W relacji, która ma dla nas znaczenie.

Wyrypajew nie jest głęboki intelektualnie, skomplikowany psychologicznie. Oglądając jego sztuki, czuje się jego ciepły, przyjazny, czuły stosunek do swych bohaterów, w ogóle do ludzi. Odnieść można wrażenie, że mu zależy na tym, by byli szczęśliwsi, nawet wtedy, gdy na to faktycznie nie zasługują. Sam zawsze najcelniej inscenizuje własne sztuki, jakby jego autorski udział w komponowaniu przekazu był ostatecznym dopełnieniem artystycznej wypowiedzi. Ale my, widzowie interesujemy się każdą adaptacją teatralną. I jak sceniczni bohaterowie nigdy nie mamy dość. Domagamy się więcej i więcej kąsania os. Bo prawdy nigdy dosyć? Prawdy, która wyzwala a nie więzi, upokarza, boli. Która umożliwiając przybliżenie się do rozumienia sensu bezsensów pomaga przeżyć je znieczulając strach, osłabiając zwątpienie, oswajając ból. Otwiera nowe nie przewidywane wcześniej możliwości. Zamienia potencjalny dance macabre w namiastkę tańca Św. Wita. Tak, to może się zdarzyć, gdy letnie osy kąsają nas nawet w listopadzie. A także w lutym. 
 
LETNIE OSY KĄSAJĄ NAS NAWET W LISTOPADZIE IWAN WYRYPAJEW
Reżyseria: Wojciech Urbański
Przekład: Agnieszka Lubomira Piotrowska
Scenografia i kostiumy: Anna Tomczyńska
Kompozycje: Dominik Strycharski
Występują: Katarzyna Herman, Witold Dębicki i Zdzisław Wardejn.

Premiera: kwiecień 2015

czwartek, 18 lutego 2016

WYZNAWCA FESTIWAL GORZKIE ŻALE TEATR STUDIO


fot. Krzysztof Bieliński

To długie, trwające trzy godziny przedstawienie, mroczne, trudne w teatralnej formie wypowiedzi stara się przeniknąć istotę motywacji, przyczyn kształtowania się w człowieku buntu przeciwko sobie samemu poprzez bunt wobec działania świata. Przyjęcie postawy czynnej, rezygnację z podporządkowania, bierności. Co wyzwala stan wojny w jednostce, doprowadza do wyniszczenia, do zagłady. Opowiada o autodestrukcji skutkującej triumfem zła. Podejmuje tematykę mentalnego pęknięcia, moralnego dysonansu, odklejania się świata wyuczonego od obserwowanego, doświadczenia rozdwojenia jaźni w wyniku procesu dojrzewania, podjęcia próby naprawiania świata, co w sumie jest stanem chorobowym i ma symptomy zakaźne. Buntownik z wyboru- kwestionujący, stawiający w wątpliwość, przewartościowujący-staje się wyznawcą, przeradza się w fanatyka nienawidzącego własny naród, odrzucającego religię przodków. Walka tocząca się w świadomości jednostki ujawnia się w walce w świecie zewnętrznym.

Nigdy nie jest prosto wytłumaczyć, jasno zrozumieć, jednoznacznie ocenić jak to się dzieje, że w człowieku rodzi się bunt. Przynależny jego młodemu wiekowi, przypisany okresowi dojrzewania. Wynikający też z inteligencji, która zderza, testuje, sprawdza prawdziwe i fałszywe tropy poszukiwań, ścieżki krytycznego myślenia. Mający swe źródło w żydowskim pochodzeniu, wychowaniu w środowisku biednych  Żydów przybyłych z Rosji  w realiach amerykańskich i talmudycznemu wykształceniu, narzuconej, wpajanej wierze ojców, które w sumie tworzą doświadczenie oglądu świata przeciwstawne zdrowemu, naturalnemu instynktowi, szczerym intencjom dążenia do prawdy wyjaśniającej, jak to w istocie właściwie jest z działaniem wiary, ideologii, władzy. A odpowiadając na pytanie, kim człowiek był i jest i dlaczego wyjaśniałyby kim ostatecznie staje się i dlaczego. W osobie głównego bohatera, Daniela, budzi się, rozwija, rośnie frustracja związana z  tożsamością, która zamiast budować w nim poczucie wartości, bezpieczeństwa i siły ostatecznie go osłabia, niszczy, zabija. Przekształca Żyda z urodzenia, wykształcenia, wychowania w wojującego, bezwzględnego antysemitę, fanatyka, faszystę. W imieniu prawdy, której docieka. W poczuciu, przekonaniu, pewności, że inaczej nie potrafi, nie może, nie chce.

Niemożność ucieczki czy wyzwolenia od konieczności podporządkowania i ostateczna rezygnacja z wolności wyzwala w człowieku frustrację,  poczucie uwięzienia i wykorzystania, dramatyczny stan klinczu. Uświadomienie sobie, że człowiek nigdy nie może być wolny, mimo ofiarowanej mu wolnej woli, jest tragiczne. Bowiem decydując się w przytomności ducha i rozumu na odrzucenie wiary ojców, odwrócenie się od Boga, staje się automatycznie wyznawcą, niewolnikiem konsekwencji własnego wyboru. Rezygnując z jednej ideologii, natychmiast staje się niewolnikiem innej. Wolność jest mirażem, utopią, kłamstwem. Stanem niemożliwym do osiągnięcia. Bo człowiek pozostaje zawsze w okowach takich czy innych zależności. W niewoli współistnienia, współdziałania, współodpowiedzialności. Nie żyje w próżni, nie buduje wszystkiego od początku. Choć ma ambicję być równy Bogu. Zabija go, odrzuca, zaprzecza jego istnieniu, by natychmiast stwarzać siebie na jego wzór i podobieństwo. Staje się wyzwolony  ale pozostaje więźniem samego siebie. Jest, kim jest. Nie może wymazać, zaprzeczyć, zmienić  własnej przeszłości.  Tego kim był, uwarunkowań, sytuacji okoliczności, które go stworzyły bez jego udziału i woli.

Spektakl podejmuje bardzo interesujący problem triumfu zła, dotyka istoty jego narodzin i przyczyn akceptacji i rozprzestrzeniania. Manipulacyjnej roli religii, ideologii i władzy. To ważna wypowiedź. Pokazuje narodziny faszyzmu z niedojrzałej kontestacji własnych korzeni, religii, rasy, historii i fanatyczne przeciwstawienie się własnej tożsamości, walkę po stronie naturalnego wroga swego narodu przeciw jego spuściźnie. Nie ze strachu, słabości ale z niezgody na stan zastany. Myśli o naprawie, chęci przeprowadzenia korekty, zmiany mentalności, podjecie naiwnej próby odwrócenia przegranego losu narodu żydowskiego. Nieprzeciętna inteligencja w korelacji z doświadczeniem upokorzenia, świadomością wad narodowych, mentalności Żydów, religii nakazującej bezwzględne, okrutne posłuszeństwo, łamiącej wolę, wykluczające samodzielne działanie i myślenie, nieskuteczność samoobrony powoduje szukanie nowej możliwości walki ze strukturami politycznymi, ideologicznymi dającymi szansę zmiany, osiągnięcie sukcesu, w konsekwencji skutkuje zaangażowaniem w nazizm. Eksterminacja Żydów poprzez zamachy, eliminacja strachu i słabości zaszczepiana od zawsze, budowa silnego, nowego narodu bez kultywowania przeszłości, Holokaustu, starej wiary, pielęgnowania cierpiętnictwa, rozdrapywania ran to droga przemian przyjęta przez faszystę Żyda.

Reżyserka, Natalia Korczakowska, krzyżuje prawdziwą historię zakończoną samobójczą śmiercią Daniela Burrosa, młodego Żyda, członka Amerykańskiej Partii Nazistowskiej aresztowanego w 1965 roku w Nowym Jorku na spotkaniu Ku-Klux-Klanu, opisaną przez dziennikarza gazety New York Times Johna McCandlisha Phillipsa, ze staropolskim dialogiem pasyjnym O OFIAROWANIU IZZAKA.  Na kanwie tej samej historii reżyser Henry Bean w filmie FANATYK /THE BELIVER z 2001 roku/ opowiedział o Żydzie, który odrzucił religię przodków, stał się antysemitą i neonazistą, co poszerza nam pole widzenia. Czy jednak rozumienia? Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sobie osobiście. Sztuka, film, artykuł dziennikarza jest właściwie punktem wyjścia, prowokacją mającą nas skłonić do własnych, indywidualnych poszukiwań, rozważań. Nie jest to łatwe, proste, bo sztuka wymaga od widza koncentracji, uporu i samozaparcia w docieraniu do sensów, rozumienia problemów, gromadzonych argumentów. Długa, przeintelektualizowana, złożona sztuka, prowadząca widza po wielu ścieżkach narracyjnych, filozoficznych, religijnych jest poważnym wyzwaniem. Nie najlepiej zagrana uzmysławia, jak bardzo doskonałe aktorstwo mogłoby pomóc w uwypukleniu dramatyzmu sytuacji wyborów wewnętrznych, w rozwikłaniu motywacji działania głównego bohatera. Surowa forma wypowiedzi scenicznej oparta  głównie na przeładowanej różnorodnymi historiami, spiętrzającymi złożoność całości, wzbogacona projekcjami wideo z foyer i łazienki teatru oraz wkraczanie aktorów w przestrzeń widowni paradoksalnie nie kumuluje a rozbijała napięcie dramatyczne. Uzyskanie efektu oddziaływania sztuką mającego na celu uzmysłowienie widzom bezpośredniego zagrożenia fanatyzmem, faszyzmem, niszczącym złem w każdym czasie i miejscu przy sprzyjających okolicznościach odbyło się kosztem czytelności przekazu. Jedynie instalacja muzyczna współczesnego niemieckiego kompozytora Aloisa Spätha wdzierała się brutalnie w jaźń. Rozciągnięty w czasie zgrzyt, skowyt nie dawał spokoju, nieobojętny drażnił zmysły.

Na poziomie intencji, wyznaczenia punktu rozpoczynającego dyskusję o banalności zła spektakl zadowala. Zawsze warto uporczywie szukać przyczyn, motywów zbrodni jaką generuje fanatyzm, faszyzm, nienawiść zaczynając od jednostki, od źródła. Choć byłoby łatwiej, prościej, wygodniej gdyby były pokazane przejrzyście, klarownie, jasno. Odwrotnie niż w życiu.  Jakże pięknie można by się wzruszyć nad historią młodego człowieka, oburzyć się na ironię losu, brak szczęścia, głupotę, psychopatyczny profil młodego człowieka. Obarczyć winą logicznie wyjaśniony ciąg zdarzeń, zbiegi okoliczności. A tu pozostaje i uwiera nieporadność przedstawiania problemu narodzin fanatyzmu, niemożność jasnego wytłumaczenia istoty zła.  Bez trzęsienia ziemi, bez znieczulenia paraliżującego fatum. Jakby przeznaczeniem tego przedsięwzięcia było wskazanie na indywidualne poszukiwanie, drążenie, myślenie. Samotne odsiewanie ziarna od plew. Fałszu od prawdy.  Bo historia lubi się powtarzać. A my, ludzie, tak trudno uczymy się na błędach. Z niechęcią podejmujemy trudne tematy.

Daniel przechodzi ostry kryzys wieku dojrzewania. Kwestionuje wszytko i wszystkich, przewartościowuje wszelkie tropy, które mu podpowiada intuicja, inteligencja, dotychczasowe doświadczenie i wiedza. I błądzi na obranej ścieżce prawdy, wolności, bezkompromisowości przy niestabilności emocjonalnej, przy braku instynktu, ignorowaniu oczywistego  faktu, że nie da się na dłuższą metę ukryć swego pochodzenia a to zniweczy jego plan. Co ostatecznie go niszczy. Bo Daniel wpada w pułapkę wyborów niemożliwych, które fundują mu fazę ostrej frustracji, bez możliwości ratunku, bez możliwości wyjścia z impasu. Nagromadzenie argumentów, wątpliwości, niezgoda na kompromis, zagubienie, osamotnienie, konieczność ukrywania przed światem kim jest, doprowadzają go w finale do samobójstwa, do przyznania, że się mylił, nie dał rady osiągnąć celu. Dla Daniela wszytko się skończyło. Poniósł klęskę, Abraham przeszedł próbę i zwyciężył a jego syn, przerażony, zalękniony ale podporządkowany, przeżył. To była nierówna walka; wadzenie się młodego człowieka z Bogiem i odrzucenie go kontra zawierzenie Bogu dojrzałego Abrahama i uległe trwanie w trwodze. Ale demony, które obudzili, pozostają z nami do dziś. Szaleją tu i teraz. Czas na nas. Na naszą rolę w teatrze rzeczywistości. Udział w walce. Nie łudźmy się, że nas ominie.

W tym spektaklu nie ma olśnień, piękna, trwogi, jest mozolne przebijanie się przez miraż słuszności czynienia zła w imię wydumanego dobra, trudne mierzenie się z pytaniami retorycznymi, które stawia proces poznawczy. Jak można zrozumieć, wytłumaczyć, akceptować zgodę ojca na śmierć własnego syna? Abraham wykonuje posłusznie żądania Boga ale i Żyd w czasie ucieczki w czasie wojny nie czyni nic, by sprzeciwić się brutalnej śmierci jego syna dokonanej przez Niemca. Jak to możliwe, że tak łatwo miłość, wiara, nadzieja może przerodzić się w nienawiść, zgrozę, zagładę, którą funduje człowiekowi człowiek wchodzący w rolę Boga, choć nie dorósł do tego i nigdy nie dorośnie? Wiadomo, że naturalną rzeczą jest dla człowieka myślącego, nieobojętnego działanie a nawet walka. Ale po warunkiem, że cel nie uświęca środków. I nie za wszelką cenę. Cóż z tego gdy człowiek w fazie fanatyzmu, w furii własnego zacietrzewienia, niezachwianej pewności, że wie najlepiej, jest nie do powstrzymania, jest nie do przekonania, że nie ma racji i czyni zło. Dąży ku samozagładzie, z własnej nieprzymuszonej woli krzywdzi innych.

Spektakl zrealizowano w ramach VII interdyscyplinarnego festiwalu wielkopostnego, Gorzkie Żale/Nowe Epifanie, który trwa od 10 lutego do 20 marca 2016. Jest to kolejna artystyczna propozycja refleksji nad podstawowymi pytaniami filozofii, teologii i kultury. Organizatorzy zapraszają na debaty, spotkania z tradycyjnym teatrem oraz nowoczesnymi formami scenicznymi, literaturą, filmem, muzyką, ale za każdym razem wybierają inne hasło i motyw przewodni. Ideą tegorocznej edycji jest "ukazanie duchowego bogactwa naszej kultury poprzez skrzyżowanie wielowątkowej opowieści różnych artystów o zagubieniu człowieka, o skutkach podejmowanych przez nas decyzji i o sile wolnej woli". Kalendarz festiwalu : http://gorzkiezale.pl/kalendarz-festiwalu/


WYZNAWCA 
SCENARIUSZ I REŻYSERIA: Natalia Korczakowska
INSTALACJA MUZYCZNA: Alois Späth
SCENOGRAFIA: Natalia Korczakowska
KOSTIUMY: Marek Adamski
REŻYSERIA ŚWIATŁA: Michał Głaszczka

WYSTĘPUJĄ:
Dorota Landowska 
Monika Obara 
Wojciech Żołądkiewicz 
Mirosław Zbrojewicz
Mateusz Król (gościnnie)
Lech Łotocki (gościnnie)
Tomasz Wygoda (gościnnie)
Robert Wasiewicz (gościnnie)
Czesław Gałka (gościnnie)
Dionizy Wincenty Płaczkowski (gościnnie)
Monika Świtaj (głos)
Katarzyna Warnke

DATA PREMIERY
11/02/2016

czwartek, 11 lutego 2016

DOŻYWOCIE FREDRO TEATR POLSKI w WARSZAWIE


Naglowek dozywocie teatr polski conf550x331   m
Sztuka odkrywa mechanizmy pogoni za pieniądzem, który sprawia, że ten świat się kręci, a człowiek tańczy, jak on mu zagra.  Ze skąpstwa. Ze swej natury. Ze skazy. W takt nieustających starań o zaspokojenie mamony, w rytm pragnienia gromadzenia więcej i więcej. Pokazuje znaczenie i wpływ żądzy posiadania na zachowanie ludzi. Jakby Fredro konfrontował twardy, wymierny, konkretny status finansowy ze sferą moralności i uczuć. Sumieniem. Prowokuje pytania, co ostatecznie uszczęśliwia, co decyduje o poczuciu bezpieczeństwa, o sukcesie, satysfakcji, co daje zaspokojenie. Pokazuje różne sposoby pozyskiwania kapitału finansowego i ludzkiego, wartości materialnych i niematerialnych /np.:praca za pieniądze, sprzedaż, tu: dożywocia, pożyczka od lichwiarza, z banku, hazard, gra na giełdzie, pójście za mąż za bogacza, sprzedaż córki, by spłacić długi/.

Gdy się pieniądze ma, minimalizuje się ich znaczenie decydujące o jakości życia. Przemilcza temat, bo o pieniądzach nie wypada mówić. Ale są tacy jak Łatka lichwiarz, finansista, u którego niezaspokojone pragnienie posiadania przeradza się w obsesję. Łatka pożąda pieniędzy, nieustannie myśli o interesach, majątku i dba o jego zachowanie, powiększenie, bo chce więcej i więcej. Pieniędzy, majątku mu mało, chce posiadać żonę. Uczucia to sprawa drugorzędna, jeśli w ogóle ważna. Nie ma racjonalnych podstaw tak kompulsywne gromadzenie kapitału przez Łatkę, bo byt jego nie jest zagrożony. Ale on nigdy nie ma dość, bo irracjonalnie, chorobliwie kocha pieniądze. Z niezwykłą przebiegłością i uporem dba o to, by ich nie stracić. To napędza jego działania. Motywuje go, zmusza do kuriozalnych decyzji. Łatka nie jest groźny, obrzydliwy, drapieżny tylko zwyczajnie pazerny, tylko ciągle nienasycony. Myśli samolubnie o własnym finansowym zabezpieczeniu. Gdy nie traci kapitału, ma poczucie panowania nad swoim życiem. Uspokaja się na chwilę. Ale zaraz znów myśli o tym jak zarobić na kolejnych transakcjach.

Łatka Jarosława Gajewskiego uwięziony jest w formie. Skrępowany manierą. Ginie w tle scen zbiorowych związanych z giełdą, które swym kontekstem dominują, rozbijają komedię Fredry na mroczny fantazmat mozołu zdobywania pieniędzy w walce o przeżycie, udręki dnia codziennego w kontekście czysto merkantylnym. Łatka staje się pionkiem, Janem Kowalskim, jednym z wielu. Duchem skąpca z przeszłości. Zabiega o to, by nie stracić na transakcjach finansowych, które są dla niego sensem życia. Wyobrażeniem, że dadzą mu stabilizację i szczęście. Choć spokoju w ogóle nie zaznaje. A to, że liczy na coś więcej też nas nie dziwi. Okazja czyni złodzieja, łotra czy kutwę. Tyle tylko, że jemu jakoś łatwo wybaczamy. Nie przejmujemy się, jak i Rózia się nie przejmuje, że za niego ojciec chce ją wydać. Jakby był zupełnie nieszkodliwy. Łatka jest zwykłym obywatelem, archetypem ciułacza, hochsztaplera, lichwiarza, którego otoczenie- młode, dynamiczne, jurne- lekceważy, nie przejmuje się nim, ignoruje go, nie zauważa. Jemu, cokolwiek przejrzałemu moherowi finansowemu, kutwie, sknerze jakoś tak te jego niegodziwości uchodzą, oj, uchodzą. Bo to niegroźny jest starej daty businessman łatwy do obejścia, do ogrania. Z kretesem ponosi porażkę w konfrontacji z Leonem Birbanckim, młodym hulaką, uwodzicielem, który podobnie jak jego rówieśnicy, żyje ponad stan, bezrefleksyjnie przepuszcza każdy grosz. Ostro pracuje i ostro używa życia. Witalny, energetyczny, mimo szaleństw zapobiegliwy, sprytny, obrotny. Nonszalancki, pewny siebie nie przejmuje się, nie stresuje. Nie myśli o przyszłości. Dopóki ma pieniądze, nie dba o nie. Optymizm jego wynika raczej z praw przypisanych młodości, z braku doświadczenia i pewności nie wiadomo skąd płynącej, że jakoś to będzie. Taki jest błyskotliwy Leon Birbancki Krzysztofa Kwiatkowskiego, przeciwieństwo Łatki. Wszystko mu się wybacza, bo młodość musi się wyszumieć zanim podejmie dojrzałe, stałe zobowiązanie uczuciowe. Zanim się ostatecznie ustatkuje. Obawiam się, że to próżne nadzieje!

A to wszystko przez takich ojców jak Orgon, zbiedniały szlachcic nieudacznik Piotra Cyrwusa, który nie potrafił dbać o swoje i rodziny interesy, gotowy bez wahania wydać za mąż własne dziecko za długi. Traktuje małżeństwo jak transakcję czysto handlową, bo na takie mariaże było przyzwolenie społeczne. Orgon to zwyczajna, bo ani dramatyczna, ani komiczna figura tylko pożałowania godny, podły człowiek jakich wielu. Nie wzbudza litości, oburzenia tylko ludzkie zdziwienie. Niezrozumiałym pozostaje, dlaczego doprowadza do handlu żywym towarem, frymarczy córką, której najwyraźniej nie kocha. A może i kocha, z bólem serca dopuszcza do tego małżeństwa, aby tylko zapewnić jej dobre życie lecz takiego oblicza Orgona jednak Piotr Cyrwus nam nie pokazał. Ale też i Rózia nie przejmuje się sytuacją osoby traktowanej instrumentalnie, przechodzącej z rąk do rąk jak towar o nominalnej wartości. Małżeństwo z Łatką jej nie dziwi, bo komentuje je bez emocji, bez buntu. Swoje robi z Birbanckim na boku. Swojego dopina koniec końców. Ale bez bezpośredniego, czynnego udziału traktując swój los jak dopust boży, przeznaczenie, którego sama nie może zmienić.

Potrącają się w tym spektaklu dwa światy egzystując jeden obok drugiego: przeszły ze współczesnym. Tykają siebie zaledwie delikatnie, nie wchodzą w drogę, nie pasują do siebie. Byk, złoty cielec, giełda z tablicą wyświetlającą kursy spółek/ośmiorniczki?, dożywocie?/, automaty do gry kontra stary zmurszały fredrowski świat oraz podpowiedziany przez reżysera trop filmowy /WILK Z WALL STREET/ mieszają dwa porządki wyznaczane przez czas i pieniądze. Kostium współczesny obok tego zaprzeszłego nie znajduje uzasadnienia, nie wzmacnia przekazu. Wprowadza dysonans. Tylko muzyka Michała Lorenza pozostaje w pamięci.

Fredro ani śmieszny, ani poważny pozostał zupełnie emocjonalnie obojętny. Chłodna, zagubiona w czasie narracja pierwotnie precyzyjnego tekstu, na siłę naciągana, wybrzmiewa  fałszywą nutą, powoduje sceniczne pęknięcia. Doprowadza nijakie, schematyczne, płytkie postaci do smutnego happy endu.  Gorzkiego WIWAT DOŻYWOCIE!! Bo choć pieniądze szczęścia nie dają to jednak bez nich nie da się żyć.

Pozostaje żałować, że Ewelina Marciniak nie zrealizowała ani w Teatrze Powszechnym ani w Teatrze Polskim w Warszawie  DOŻYWOCIA w swojej reżyserii, które zaprezentowała w ramach cyklu Instytutu Teatralnego FREDRO. NIKT MNIE NIE ZNA. Wzbudziłoby prawdopodobnie duże zainteresowanie po sukcesie wrocławskiej ŚMIERCI I DZIEWCZYNY. Propozycja Marciniak rozsadziłaby koturnowy, archaiczny styl gry aktorskiej warszawskiego Teatru Polskiego. Wprowadziłaby ten teatr w nowoczesność. Jak skakać to na głęboką wodę. Jeśli spadać to z półki wysokiego ryzyka. A tak Filipa Bajona spektakl bez spójności stylistycznej stanął  jedną nogą w kanonie skostniałej tradycji, by drugą zaledwie zasygnalizować czasy współczesne. Jakby nie mógł posunąć się dalej, wykonać ruchu zdecydowanie radykalnego. W teatrze trzeba umieć zaryzykować i potrafić pójść na całość. Choć nie do końca byłaby to randka w ciemno, bo i Teatr Polski uczestniczył z DON KISZOTEM Fredry w reżyserii Katarzyny Raduszyńskiej w tym samym cyklu/dlaczego ta sztuka Fredry nie została wystawiona?/. Ale najwidoczniej nikt z dyrekcji nie widział propozycji Eweliny Marciniak i reakcji widowni na jej projekt DOŻYWOCIA. Pozostajemy dziś po spektaklu Filipa Bajona, oby nie z dożywotnim wrażeniem, że w Teatrze Polskim FREDRO? NIKT GO NIE ZNA! Nikt go współczesnego nadal nie zna.

DOŻYWOCIE  Aleksander Fredro
reżyseria: Filip Bajon
scenografia: Anna Wunderlich
kostiumy: Dorota Roqueplo
muzyka: Michał Lorenc

obsada: Krzysztof Kwiatkowski, Adam Biedrzycki, Piotr Cyrwus, Marta Kurzak, Jarosław Gajewski i Szymon Kuśmider

premiera 29 stycznia na Dużej Scenie


czwartek, 4 lutego 2016

KTO SIĘ BOI VIRGINII WOOLF? ALBEE DRACZ KASPRZYK POLONIA



KTO SIĘ BOI VIRGINII WOOLF? Po obejrzeniu spektaklu będziemy wiedzieć kto i dlaczego. Po tym, jak wyjdą wszystkie zmory tej nocy jak w thrillerze psychologicznym, po tej psychodramie ujawniającej traumy summy życia, gdy spadną wszystkie maski z bohaterów. Wtedy krajobraz po bitwie o siebie, o związek, o miłość, o prawdę każdej z czterech osób będzie można zaorać  i zacząć kolejny dzień. Obmyślić nową taktykę, przeżyć kolejną potyczkę małżeńską w niekończącej się wojnie, jeśli partnerom uda się przetrwać i być nadal razem.

Albee napisał fascynujący tekst o małżeństwie. Tak dobry, pojemny, intensywny, że trudno go zepsuć a interpretować można w różny sposób. Połączył dwie pary: młodą, niedoświadczoną/Nick i Honey/ i z długoletnim stażem, zaprawioną w boju małżeńskim/Marta i George/ w jednię, jakby jedna była kontynuacją drugiej.  I dwie fazy dojrzewania w związku. Młodym się wydaje, że wiedzą o sobie wszystko i dostają pierwszą bolesną lekcję, starzy są mocno zaawansowani w żonglowaniu faktami ze swojego i gości życia w prowadzonej bezpardonowej, bolesnej grze, walce o prawdę.

George to starzejący się profesor historii na prowincjonalnym uniwersytecie, stłamszony przez żonę i obśmiewany przez nią jako nieudacznik, który kryje w sobie bezbronnego, wrażliwego, mocno doświadczonego chłopca i dawno porzucił marzenia o naukowej i literackiej karierze. Marta, jego żona, a przy okazji – córka rektora uniwersytetu, na którym pracuje jej mąż, to wulgarna, krzykliwa alkoholiczka, despotyczna zołza. Jeszcze atrakcyjna, dojrzała kobieta, obdarzona silną osobowością, aspiracjami i seksualnym temperamentem. Ambitna, przebojowa i dominująca łatwo się nie poddaje i szuka lekarstwa na lęk przed starością, rozczarowanie życiem i mężem oraz na skrywaną tajemnicę, przyczynę nieprzemijającego bólu. Alkohol i młodzi mężczyźni, którymi manipuluje, poniżanie, atakowanie męża to antidotum  na z trudem skrywaną zgorzkniałość, bezsilność. Obrona przed depresją, szaleństwem. Desperacki to sposób zwrócenia na siebie uwagi, wołanie o ratunek kobiety zawiedzionej. Marta i George są dla siebie katem i ofiarą ale przez to jedynym źródłem ocalenia. Związek siłowo nie dających za wygraną graczy wydaje się być w interpretacji Dracza i Kasprzyk w stadium ostatecznego wyczerpania. Nie rokuje żadnych nadziei na przetrwanie, bo zaprawiany jest nienawiścią, goryczą, upokorzeniem. Szarżą bezkompromisowej konfrontacji. Jakby doszlusował do końca. Życie z zapijającą się na śmierć  starą wariatką, kompromitującą siebie i męża, staje się nie do zniesienia. Życie z facetem, który jest żywym dowodem porażki i niespełnienia i swoim wycofaniem zmusza kobietę do noszenia spodni w tym związku jest frustrujące. Znikąd nadziei.

Młoda para: Honey, niepracująca córka bogatego pastora i Nick, ambitny, gotowy na wszystko dla kariery biolog, dopiero uczą się siebie nawzajem.  Nie są jeszcze świadomi demonów przeszłości i skaz osobowości, które już dają o sobie znać/alkoholizm, bulimia, lęk przed ciążą, brak odporności na stres, głupota żony oraz brak hamulców moralnych dla zrobienia kariery, zdobycia władzy, osiągnięcia sukcesu finansowego męża/.  Honey Agnieszki Żulewskiej i Nick Piotra Stramowskiego są pogubieni, nijacy, bez właściwości. To aktorski potencjał, który dopiero rozwija skrzydła, które być może z czasem doświadczenie i praca poruszy. Tymczasem  ich sceniczny związek nie rokuje dobrze, zwłaszcza że byli zaszokowani zachowaniem gospodarzy.

Ta nocna gra Marty i Georga wykorzystujących Honey i Nicka może mieć dla wszystkich jej uczestników głęboki sens. Wiedząc o sobie wszystko, potrafią siebie wzajemnie okrutnie ranić ale i cudownie ratować. Jeśli się naprawdę kocha. Bo tylko miłość może wszytko wybaczyć, znieść. I trwać, choć ciało i dusza rwie się do panicznej ucieczki przed udręką życia. Ale od prawdy, która tak mocno boli, nie da się uciec. Można ją przepracować, okiełznać, oswoić choćby przez dramatycznie bolesną sesję terapeutyczną jaką sami sobie fundują.Przy czym ciągle poszerzają kombinacje argumentów, jakby sprawdzali siebie nawzajem, na ile mogą sobie jeszcze pozwolić, jak mocno mogą siebie zranić, by nie przekroczyć wcześniej ustalonych zasad i granic. Atakują się, akceptują zdradę, ranią się, poniżają, drażnią, piją na umór, obnażają,  prowokują, pozwalają na prowokacje, odkrywają najintymniejsze tajemnice, prowadzą grę, jakby ona była aktem oczyszczenia, rozładowaniem napięcia prowadzącego do zmniejszenia stresu, bólu, cierpienia, poczucia zawodu, rozczarowania, frustracji, straty. Zmęczenia sobą.  Poznajemy przyczyny, dla których są razem. I zaczynamy rozumieć dlaczego nadal pozostają małżeństwem. Albee mówi nam, że dwoje ludzi to dwa walczące ze sobą światy ale dopóki walczą żyją. Bo nie ma alternatywy, którą mogliby zaakceptować. Rozwód spowodowałby tylko osamotnienie ich bólu, wyodrębnienie go w fazie ostatecznej przegranej.  To, że są razem, znoszą się, tolerują, ranią prawie śmiertelnie, powoduje, że rozbrajają tę bombę jaką jest świadomość, że będzie coraz trudniej, coraz boleśniej, bardziej samotnie. Że może już być tylko gorzej.

Niektórzy nadal sądzą, że w miłości i na wojnie wszystkie chwyty są dozwolone. A tu mamy kumulację. I miłość, i wojnę. Być w całokształcie mizerii swego życia, poczucia przegranej, przeżywania straty i pozostać nadal razem, to prawie heroiczna decyzja. Trudno zrozumieć, że nadal są małżeństwem. Bez założenia, że jednak łączy ich nierozerwalna więź uczuciowa, podkręcane, prowokowane pożądanie seksualne,  zdanie wyłącznie na siebie samych i wiedza, że samotnie z problemami sobie nie poradzą nie byłoby to możliwe. Dawno by się rozeszli albo pozabijali. Marta i George są nie mogącymi bez siebie żyć wrogami, którzy wiedzą o sobie wszystko. Ale też i najlepszymi przyjaciółmi, którzy nie opuszczą, pomogą w potrzebie. Wybaczą każdą niegodziwość, zignorują zdradę, przyjmą każdy cios poniżej pasa. Podadzą kolejną szklaneczkę whisky z lodem, otworzą drzwi gościom, przytulą. Można pomyśleć, że czerpią niezdrową, podniecającą przyjemność w tym obnażaniu duszy i ciała. W tym odzieraniu z pozoru, konwenansu, rezygnację z zasad dobrego wychowania. W czym doskonale pomaga morze alkoholu, o cudownym działaniu uwolnienia, znieczulenia, usprawiedliwienia nieznośnego bycia wulgarnym, chamskim, bezpośrednim, by dotykając do żywego wyzwolić prawdę. By móc dotrzeć do jądra ciemności. I tam właśnie ukryta jest tajemnica wszelkich motywacji, zachowań, traum, bólu. Wytłumaczenie pozwalające zrozumieć, wybaczyć, znieść swoje cierpienie, cios zadany przez partnera, świat. Ale trzeba mieć odwagę, upór i chyba trzeba chcieć. Paradoksalnie to, co odpycha, przyciąga. To, co dzieli, łączy. Marta to wie, George to wie. Może potrzeba wiedzy, może inteligencji, może dojrzałości i pewnej bezwzględnej twardości, wierności, stałości uczuć, cokolwiek się zdarzy. A są już na takim poziomie  bliskości w związku, że pozwalają sobie na jazdę ekstremalną. Przy obcych, jeszcze bardziej podkręcają grę, co stymuluje prowokacje.

Marta i George są podobni do siebie, choć tak różni. Gry małżeńskie, jakie od zawsze prowadzą, bo widać, że mają w tym względzie bardzo duże doświadczenie, nakręcają ich ale i wykańczają. I ciągle ryzykują, drastycznie prowokują sprawdzając, jak daleko mogą się jeszcze posunąć, by nie przekroczyć granicy wytrzymałości znoszenia zadawanych przez partnera razów. Po tylu latach. Obrzydzenie, wstręt, niechęć i wrogość zmieszana z toksycznym pożądaniem i instynktem samozachowawczym podpowiadającym, że to naturalna kolej rzeczy to stopniowe, następujące od samego początku wypalanie się związku, niszczenie i korozja uczuć. Podtrzymywać go może tylko wspólna walka. Walka rasowych, zaprawionych w boju, równych sobie graczy. Przeciw sobie, przeciw partnerowi ale i paradoksalnie dla siebie i dla partnera. Bo nie znajdzie się już kogoś lepszego, świeżego, piękniejszego, godnego siebie przeciwnika wspólnika. Gdy zna się ludzi i życie z pozycji przeżywanego świadomie piekła. Alternatywa jest zbyt nudna, zbyt przewidywalna i nie zna graczy, ich reguł gry. Jak Honey i Nick. Może być tylko użyta, wykorzystana w grze ze starym partnerem. W istocie się nie liczy. George i Marta odpychają się brutalnie, ale potrzebują siebie jeszcze bardziej. Agresja, prowokacje, wulgaryzmy i alkohol walkę wyostrzają, brutalizują. Ale to całe złe zachowanie pary jest ciągłym, nieustającym strumieniem  informacyjnym, zagadującym strach, krzyczącym o cierpieniu, które nigdy nie zniknie.

Marta i George nauczyli się siebie na pamięć, jednocześnie każde silne i słabe, i grają o trwanie, ale nie cynicznie, przebiegle a mądrze, bo gdzieś pod tymi zgliszczami, jakim jest ich życie, majaczy w gruncie rzeczy nieunikniona konieczność i brak alternatywy. Wspólne cierpienie. I nieważne, czy jest ich miłość tylko wyblakłym sentymentalnym wspomnieniem, pożądaniem przekształcającym się przez lata w jawnie prowokującą niechęć czy umiejętnością radzenia sobie w znoszeniu wspólnego bólu. Najważniejsze jest, co ich łączy i pewność tej więzi. Mądrość wybaczania bez przeprosin, znaku pojednania, bo się doskonale znają, rozumieją i czują bez słów. W geście, który pozornie jest aktem kapitulacji. A tak naprawdę zwycięstwem człowieczeństwa. Triumfem zmieniającego się w kształcie i wyrazie uczucia mimo upływającego czasu. Jest tylko Marta i George, George i Marta.


Sztuka obrała taką interpretację, by udowodnić, że związek dwojga ludzi to piekło nieustannie poszerzające swoje granice, używające inteligencji i doświadczenia do wymyślania coraz to nowych katuszy. To pole minowe gdzie każdy krok może być ostatnim lub bagno, w którym bohaterowie są uwiezieni bez nadziei na ratunek. I nie wiadomo tak naprawdę dlaczego Marta z Georgem nadal są ze sobą razem. Może z przyzwyczajenia, dla wygody, z konieczności. Jeśli z miłości, to jednak chyba chorej, perwersyjnej, psychopatycznej. Z punktu widzenia młodych są odrażający, brutalni, okrutni, żałośni, obsceniczni, godni pogardy, nie zasługujący na współczucie. Starzy, żałośni i przegrani, tworzą toksyczny związek. Dziwne, że są razem, bo w tym stanie walki, kontrowersyjnych, niezrozumiałych dla nich zachowań już dawno powinni się rozejść. Powinni, bo z zewnątrz wygląda ten związek jakby grał na wzajemne wyniszczenie. Jest nie do zniesienia. Młodzi nie zdają sobie sprawy jak wiele problemów mają sami ze sobą. Ile pracy wymaga ich związek, jeśli ma przetrwać. Ile przemilczeń, tajemnic zamiatanych pod dywan, ile sygnałów przeżytych traum, ambicji, aspiracji, przekształcić się może w nieprzewidywalne, tragiczne ciągi dalsze. I nie wiedzą, że są młodszym wcieleniem Marty i Georga. Bezradni, milczący ale bardzo pewni siebie, naiwnie krytyczni wobec gospodarzy są na początku wspólnej, już widzimy, że bardzo trudnej drogi.

Cokolwiek wam się nie spodoba w tym energetycznym, rozwibrowanym, krzykliwym spektaklu  w formie sadystycznej walki bohaterów, w dziwnym, niezrozumiałym anturażu/chybiona scenografia/, niech was nie odstraszy od problemów jakie sobą niesie. I od siły potencjału drzemiącego w nim przesłania, że jeśli kiedykolwiek miłość w życiu zaistnieje, można ją ocalić nawet w szczątkowej formie czułości, współczucia i wzajemnego zrozumienia, można nie pozwolić jej umrzeć, jeśli tylko się zechce, jeśli będzie się chciało o nią walczyć. Jeśli starczy siły. Za wszelką cenę.  Bo wartością samą w sobie jest nie tylko być kochanym ale i samemu kochać. Nawet, jeśli to uczucie przyjmie paradoksalnie jednocześnie formę niechęci, nienawiści, obrzydzenia, wszystkiego, co brutalnie od niej odpycha. Jest tylko obowiązkiem, rutyną, ciężarem. Jeśli się wynaturzy. Prawdziwa miłość nie wszystek umrze. Jeśli nie zabije, co najwyżej udziwni.

Niewątpliwie spektakl jest hitem Polonii. Widzowie śmieją się, skandują, wstają jak jeden mąż do owacji, nie pozwalają zejść ze sceny aktorom. Zapracowała na to mistrzowska kreacja aktorska Krzysztofa Dracza, który gra fantastycznie mężczyznę w opresji, męża nie kryjącego, że ma dość kompromitującej go żony i chętnie by się jej pozbył a także triumf energetycznego talentu i osobowości Ewy Kasprzyk, która jest fantastyczna w roli upierdliwej, atrakcyjnej, zmysłowej, starzejącej się alkoholiczki nie gotowej jeszcze na to, by zrezygnować z czegokolwiek. Różnica w stosowaniu środków aktorskich, budowania portretów psychologicznych postaci wpływa na to, że Marta Ewy Kasprzyk z jej czarem, energią, impetem w działaniu, ekspresją reakcji, fizycznością nam się bardziej podoba ale przewagę ma George Krzysztofa Dracza. I to on, opanowany, precyzyjny, inteligentny panuje nad sytuacjami, które generuje rażącą obsceną prostacka, wulgarna, krzykliwa Marta. Ona prowokuje, on odparowuje. Agnieszka Żulewska i Piotr Stramowski nie znaleźli pomysłu na stworzenie równie wyrazistych, mocnych postaci, które dorównałyby wiarygodnością postaciom zaproponowanym przez bardziej doświadczonych partnerów. Udana jest reżyseria Jacka Poniedziałka, bo konsekwentna w tej farsowej koncepcji niemożności trwania związków, w czasach asertywności, grania partnerów życiowych =dwóch singli w związku nie ze sobą a wyłącznie dla siebie. Ucieczki od odpowiedzialności i  rozwiązywania problemów. Gdy łatwiej i prościej jest się rozstać niż uporczywie walczyć, by bez względu na koszty ocalić w związku miłości siebie. Ocalić choć na jakiś jeszcze czas nawzajem siebie. Spektakl interpretuje związek małżeński jako anachronizm, źródło nieuniknionego bólu i cierpienia. Wzajemnego zadręczania. Opresji. Nieuniknionej porażki miłości. Małżeńskiego dance macabre.

Spektakl nie uniknie porównań z czarno białym filmem o tym samym tytule w reżyserii Mike'a Nickolsa z Elizabeth Taylor i Richardem Burtonem z 1966 roku. Należy pamiętać, że to był inny kontekst historyczny a parę łączyła silna więź uczuciowa. Film jest wybitny, gra aktorska wszystkich aktorów na wysokim, równym poziomie, z głębią psychologiczną, podtekstem osobistym, prywatnym aktorów. Czujemy w nim szczerą intencję dotarcia do prawdy, działanie w samoobronie a nie próbę udowodnienia swojej tylko racji, osiągnięcia przewagi nad partnerem, odniesienia osobistego sukcesu kosztem upokorzenia, poniżenia drugiego człowieka. I gdy słyszymy:"What a dump! , widzimy dump. W spektaklu przestrzeń jest uporządkowana/ nie licząc pustych butelek po alkoholu w doniczkach/ i przywołuje się fragment filmu z Betty Davis.





KTO SIĘ BOI VIRGINII WOOLF? * EDWARD ALBEE
Tłumaczenie i reżyseria: Jacek Poniedziałek
Scenografia i kostiumy: Michał Korchowiec
Światło: Katarzyna Łuszczyk
Wideo i opracowanie muzyczne: Michał Dobrucki
Układ walk: Wiesław Chmieliński
Asystent scenografa: Małgorzata Domańska
Producent wykonawczy: Maja Górecka

Obsada: Ewa Kasprzyk, Krzysztof Dracz, Agnieszka Żulewska, Piotr Stramowski

Data premiery: 29 stycznia 2016

*Tytuł KTO SIĘ BOI VIRGINII WOOLF jest ironiczną trawestacją refrenu amerykańskiej piosenki TRZY MAŁE ŚWINKI Teda Searsa z muzyką Franka Churchilla z kreskówki BYŁY SOBIE ŚWINKI TRZY Walta Disneya. Trzy świnki śpiewały o wielkim złym wilku ze stanu Virginia WHO'S AFRAID OF BIG  BAD WOLF?  Tytuł kojarzy się też z dziecięcą grą BOICIE SIĘ CZARNEGO LUDA. Nazwisko pisarki brzmi po angielsku identycznie jak słowa wilk. Gra słów symbolicznie łączy w nim świat dzieci i dorosłych, sztuki i zabawy, radości i strachu, życia i śmierci, co oddaje charakter poczynań bohaterów dramatu Albee'ego.

http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/216944.html

poniedziałek, 1 lutego 2016

RODZINA SŁONIMSKI KUTZ TEATR TELEWIZJI

Scena ze spektaklu (fot. TVP)

Przyznam, że nie rozumiem dlaczego RODZINA tak rzadko jest wystawiana w teatrach. Czy w ogóle? Kiedy ostatnio? Dobrze, że Teatr Telewizji zrealizował  ją w naturalnym wnętrzu dworku, w doborowej, perfekcyjnie lekko, naturalnie grającej obsadzie aktorskiej Starego Teatru z Krakowa, w fantastycznej reżyserii Kazimierza Kutza. Sztuka perełka. Majstersztyk. Cud miód pomada. Dowcipna, błyskotliwa, celna.

RODZINA, która skupia jak w soczewce charakterystykę całego narodu. Aktualną po dziś dzień. Życie koncentruje się w domu rodzinnym, wokół najbliższych, pochłoniętych codziennymi obowiązkami, z trudem przystosowującej się do wymogów czasu, radzenia sobie z kłopotami. W zagubieniu, w ciągłym szukaniu i potwierdzaniu własnej tożsamości, swego miejsca w zmieniającym się świecie, w pogoni za osiągnięciem choćby chwili spokoju, która przynosi wytchnienie, umożliwia refleksję, kontemplację, wyciszenie. W warunkach końca starego świata idei i kształtowania się nowych trendów, pojawiania się niebezpieczeństw w życiu społecznym, politycznym rodzina pozostaje opoką, punktem odniesienia, wsparciem, pocieszeniem, przyjazną, bezpieczną mini społecznością.

To nie jest spektakl rewolucyjny, przynoszący ostrą rewizję narodowych wad i przywar. Przez stylizację międzywojenną wydaje się nieco archaiczny. Może i dobrze, bo daje dystans. Stwarza perspektywę czasową, odpowiedni nastrój i klimat. A jednak refleksyjny, ciepły humorystycznie robi swoje. Nieznacznie cofa się w przeszłość i pokazuje, że genotyp Polaka jest ciągle taki sam. Nie sposób żyć i postępować wbrew sobie. Nie ma sensu walczyć ze swoją naturą. Należy ją zaakceptować, oswoić, znieczulić. Pogodzić się z ty, czego nie można zmienić. I rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać. By lepiej się poznać nawzajem. By móc sobie pomóc. A więc zrozumieć, wybaczyć, współistnieć. Z szacunkiem, pobłażliwością, poczuciem godności. Choć nie jest to łatwe ani proste. Jednak możliwe.

Sztuka ta uwspółcześniona i doskonale zagrana jak ta w reżyserii Kutza, mogłaby dziś odegrać niebagatelną rolę w zrozumieniu siebie przez nas samych. Skłóconych, walczących, odwróconych do siebie tyłem w zacietrzewieniu podziałów politycznych, zagniewanych, rozczarowanych, osłabionych niewydolnością demokracji.  Pokazałaby, że tak różni, potrafimy słuchać, ze sobą rozmawiać, umiemy zrozumieć się i wybaczać sobie. Jesteśmy w stanie akceptować siebie, bez względu na to jacy jesteśmy. Dopóki możemy się z siebie śmiać. Otwarcie i szczerze. Z refleksją w perspektywie. Z uszanowaniem swoich zupełnie różnych zdań, poglądów, działań, wierzeń. Jeśli tylko zechcemy, jeśli się sami zresetujemy, by zacząć wszystko od nowa, od początku. Dziś szykujemy się na wojnę. W strachu. Idziemy na bój. Brat przeciw bratu. Słuchamy tylko samych siebie, rozmawiamy ze samym sobą, bez oceny wydajemy osąd, nie pokonujemy różnic, odrębności, skrajności. Akceptujemy tylko czerń lub biel, szerzymy informację zero jedynkową. Z nie do strawienia wkładką ostrych emocji agresji.

A przecież jesteśmy jedną wielką, otwartą na świat rodziną. My, Polacy. I nie jacy tacy byle jacy. Sztuka to już wie, a my? Z dostępem do wszystkich informacji, relacji, źródeł. Z wiedzą googla, wikipedii, youtube'a, itd. Ale wykastrowaną empatią i zwykłą sympatią do siebie nawzajem. Wyrugowanym dystansem. Dziś stygmatyzujemy, wykluczamy, niszczymy indywidualnie i zbiorowo. Dlatego nie mamy spokoju, snu, wytchnienia. Nie mamy nic, co by nas znieczuliło. Wewnętrzny ogień niepokoju i bezsilności nas spala na popiół, a dusza zaplątała się w odmętach fałszywego diamentu blasku. Zagubiła w zamęcie manipulacji. I wycofuje się, zanika.

Ta sztuka przywraca porządek rzeczy. Daje nadzieję. Wytchnienie. Kreuje wirtualną oazę spokoju. Inaczej przyznać przyjdzie, że niczego nas już nie nauczy. Pozostaniemy ślepi i nieczuli, skazani przez siebie samych na twarde konsekwencje odczuwanego na własnej skórze doświadczenia, które może kiedyś, w przyszłości przywróci nam rozsądek. I mądrość, choć po szkodzie. Po szkodzie z mojej, twojej, naszej własnej, wielkiej, wielkiej winy.

RODZINA
Autor: Antoni Słonimski
Reżyseria: Kazimierz Kutz
Światło: Zbigniew Wichłacz
Dźwięk: Andrzej Cecota
Scenografia: Anna Maria Rachel
Kostiumy: Anna Maria Rachel
Muzyka: Janusz Grzywacz

Obsada: Jerzy Trela (Tomasz Lekcicki), Anna Polony (Lucysia), Dorota Segda (Marysia), Zbigniew Zamachowski (Hans), Jerzy Bińczycki (Rosenberg), Tadeusz Huk (Wojewoda), Leszek Piskorz (Starosta), Roman Gancarczyk (Lebenson), Maria Zającówna-Radwan (Lebensonowa), Edward Linde (Michał), Andrzej Grabowski (Kaczulski), Iwona Bielska (Kaczulska), Jerzy Grałek (Kolasiński), Jerzy Nowak (Pituła), Marian Dziędziel (Naczelnik więzienia), Tomasz Międzik (Prokurator), Krzysztof Górecki (Komisarz Policji), Andrzej Buszewicz (Chłop I), Zbigniew Kosowski (Chłop II),

fot.:http://www.teatrtelewizji.tvp.pl/20195026/rodzina