czwartek, 22 grudnia 2016

BYDŁO TEATR STUDIO


Zaczęło się intrygująco. Świat pogrążony w ciemnościach, przesuwające się rozżarzone, zielone światła jak oczy obcego, kosmity, rozmowa o tajemniczej sytuacji. Metalowa siatka ogrodzenia, odosobnienie pary uwięzionej na starej kanapie obok kącika wytchnienia, relaksu/stół huśtawka, plastikowe, ogrodowe krzesła/. Sytuacja opresji, przymusu. Eksperymenty farmakologiczne, meandry manipulacyjne, nieoczywistość. "Teatralne SCI-FI"- myślę. "Dobrze"- dopowiadam- "Chcę więcej".

Ale więcej znaczyło coraz trudniej, bo piętrzyły się niejasności, zagmatwania, komplikacje, sceny i osoby-figury zagadki. Namiastki symptomów nie powiązanych ze sobą logiczną, formalną, akceptowalną motywacją. Pojawiła się para młodych ludzi, gości, turystów/?/. To Rox i Jed. Rozstawili namiot i zaczęli snuć swoje pokręcone wypowiedzi. Ich rodzice, Molly i Tim, ofiary świadomego na nich testowania leków, towarzyszą im jak zombie, duchy, mary nocne, ludzie chorzy, umarli/?/. I ci twierdzą, że nie mieli dzieci a jedynie stado bydła. Zostali zabili, metaforycznie lub faktycznie, bo dzieci chciały się od nich uwolnić. Pragnęły żyć bez nich. Pójść nową drogą, być własnym przeznaczeniem. W trudnej rzeczywistości, która płonie/tu:Bank Anglii/, nie jest dla wolnych, stanowiących o sobie ludzi. Scena z ozutą w grube, długie futra, zarówno symbolu bogactwa, jak i wszelkiego zepsucia, para to obraz fiaska docelowych dążeń nas współczesnych. Otoczona jest ciemnością, pustką, jakby sama ją wokół siebie stwarzała. To chyba archetyp stylu życia naszych czasów. Samotny, pozbawiony głębi, miłości i sensu wszelkiego. Podobnie bez przyszłości, choć inaczej złożone, zburzone są związki, jakie tworzą młodzi ludzie żyjący samodzielnie w mieście. Zagubieni, poszukujący własnej tożsamości/również seksualnej/, szybkiego zaspokojenia, łatwej, prostej przyjemności. Szczęście to słowo martwe. Miłość wykluczone. Bliskość to niebezpieczne spięcie bez full kontaktu. Nadzieja jest w futurystycznym przejściu, które się na krótko otwiera, jak dziejowa możliwość zmiany, w inny nowy wspaniały świat. Choćby miał być kolejną utopią, mirażem, arkadią. Złudzeniem, marzeniem, wizją.  Potrzeba pieśni, która przebudzi duszę, sprowokuje ciało, odrodzi zniewolone człowieczeństwo do działania. To sen dziadka, który jeszcze pamięta. Jeszcze mu się majaczy jak dryfuje balonem nad Chile, ale pieśń milczy. Nie ma melodii, słów, siły jak nie ma nadziei na jakąkolwiek zmianę. Pozostaje odrętwienie, afazja, upadlające, bezwolne zezwierzęcenie. Transformacja ludzi w bydło- hodowane, prowadzone na rzeź. Oto wgląd w naszą teraźniejszą rzeczywistość lub przyszłość tuż, tuż.

Jeżeli nawet autor sztuki, Szczepan Orłowski, wie o co chodzi w tym spektaklu, to już dla widzów nie jest to takie oczywiste. Jacek Poniedziałek, wtajemniczony w sens tego, co chciał wystawić /przetłumaczył sztukę z angielskiego i ją solidnie przemyślał, dokładnie przeanalizował/nie był w stanie przełożyć tego  nowoczesnego, śmiałego, impresyjnego  tekstu na język sceniczny. I nie chodzi tu o kongenialną transpozycję /dosłowność, jasność, klarowność/ ale zachowanie jakiejkolwiek logiki, sensu. Sceny nieczytelne, postacie nieoczywiste, jakby były zjawami, nośnikami tylko faktów, przeczuć, lęków, obaw są schematycznymi figurami luźno powiązanymi z nielinearną narracją. Otrzymujemy długą, mroczną sekwencję scen niewątpliwie zakotwiczonych w naszej rzeczywistości ale tak enigmatycznych, wieloznacznych, symbolicznych, że kumulują się jedynie w zbiór informacji, problemów, zjawisk, tendencji, sygnalizujących zagrożenia współczesnego świata, uznanych przez artystów za ważne. Ale bez emocji, na zimno. Pasywnie. Z niezrozumiałym dystansem do opowiadanych historii, bohaterów. Dlaczego? Bo to my jesteśmy pozbawieni tego żaru w sobie, woli walki, chęci zmiany tego stanu rzeczy? Nie okazujemy zainteresowania tym, co z nami świat robi, jak nas traktuje? Bo na to przyzwalamy? Nikomu nie zależy na prawdzie? To sugeruje reżyser za autorem?

Obojętność, chłód, dystans spektaklu nie rozbije obojętności jaki wzbudza. Nieczytelność kompozycji przekazu nie oświeci nieoświeconych. Hermetyczność formalna nie zachęci do myślenia. Sztuka- aktorsko stłumiona, reżysersko nieporadna, dramaturgicznie wygaszona- rozpada się na niepowiązane ze sobą obrazy. Co przygnębia, zasmuca, rozczarowuje. Jacek Poniedziałek jest aktorem Krzysztofa Warlikowskiego. To nie wystarcza, by być dobrym, czy na miarę swego mistrza, reżyserem. Trzeba pamiętać, że Warlikowski ma wspaniały, doskonale dobrany, zgrany zespół aktorski, który jest w stanie wydobyć, unieść najbardziej skomplikowaną, wydumaną sztukę. Tam aktor, każdy w zespole, na miarę swego talentu, doświadczenia, intuicji wypracowuje tę dramaturgiczną wartość dodaną do reżyserii swego guru, która porywa, budzi zainteresowanie, fascynuje. Tu, mimo widocznego wysiłku, wszystko się rozjeżdża, jest bez wyrazu, bez siły. Bez tchnienia ducha.

Jacek Poniedziałek wyreżyserował już szósty spektakl. Z tego widziałam: SZKLANĄ MENAŻERIĘ Teatru im. Jana Kochanowskiego w Opolu, KTO SIĘ BOI VIRGINII WOOLF? Teatru POLONIA, OSAMĘ BOHATERA w Collegium Nobilium i teraz BYDŁO w Teatrze Studio. To za mało, by można było jeszcze o czymkolwiek przesądzić. Nie lubię i nie uznaję ocen kategorycznych, ostatecznych. Trzeba czekać na następne spektakle. Ale jak dotychczas tylko pierwszy z tych wymienionych był, moim zdaniem, udany. Głównie za sprawą aktorstwa, przekładu Jacka Poniedziałka i przede wszystkim Tennessee Williamsa, który tak napisał sztukę, że trudno ją zepsuć. BYDŁO Szczepana Orłowskiego proponuje wyjątkowy skrót myślowy, wymaga szczególnej wyobraźni od artystów i odbiorców, wyjątkowych umiejętności warsztatowych od aktorów. To trójwymiarowy collage teatralny gdzie różne  czasy i miejsca zmieniają się nagle, nakładają na siebie równocześnie a percepcja widza obciążana jest jeszcze wizjami, snami, sugestiami, informacjami dodatkowymi, obrazami wyświetlanymi na ekranie, w telewizorze, koniecznością powiązania ich z narracją innych scen i osób, co komplikuje recepcję, daje efekt braku komunikatywności sztuki. Powoduje błądzenie, zagubienie, niezrozumienie. Chaos.

Niewiele z zapowiedzi medialnych można znaleźć w scenicznym obrazie sztuki, co jest zaskakującym dysonansem, rozczarowaniem.*  Za dużo jest tego zapętlenia na pozór sprzecznych narracji, przemieszania, zderzania ze sobą komunikatów, by powiedzieć, że jesteśmy w ślepym zaułku, nastawieni konsumpcyjnie do życia, ludzi, siebie samych. Gdy pragnienie, zaspokojenie, zadowolenie osiągamy bez poczucia radości, szczęścia, spełnienia. Pogubieni- nawet najbliższych, traktujemy instrumentalnie, zdawkowo-dajemy priorytet głównie egoistycznym zachciankom, własnym potrzebom, wydumanym fanaberiom. Bez odpowiedzialności, bez wyrzutów sumienia. Bezkarni. Bo nie ma już międzyludzkiej silnej, prawdziwej, bliskiej więzi. Nic nie jest głęboko naprawdę przeżywane. Nie ma miłości a więc i nadziei na nią i wiary, że może się to zmienić. Zastąpiła ją przyjemność. Wszystko się wynaturza w zmanipulowanej przez terror świata/polityki, ekonomii, mediów/ mentalności. Tracimy tożsamość, samodzielność, wolność ubezwłasnowolniani przez galopujący, żerujący na nas świat. My, niewolnicy, wtłaczani w ciągle zmieniającą się mody formę. A pieśń wyzwolenia nas nie obudzi z tego letargu, bezwolnego egzystowania jeśli tak łatwo rezygnujemy z samodzielnego myślenia. Stajemy się zwierzętami. Żyjemy jak zwierzęta. Bez świadomości konsekwencji własnych czynów, w konsumpcyjnym samonakręcającym się śmieciowym amoku zmierzamy ku zagładzie. Dzieci chcąc się usamodzielnić, by zmienić świat, muszą się uwolnić od rodziców, od ich wpływu na ich życie. Jest to niemożliwe, bo ci, jak złe duchy, nocny koszmar, życiowa trauma, nie opuszczają ich nigdy. Życie młodych ludzi we wspólnocie jest nieporozumieniem prowadzącym donikąd. Rodzice, nawet dobrze wykształceni, chcąc zarabiać za wszelką cenę, narażają poważnie swoje zdrowie i życie. Dziadkowie kreujący się na wiecznie młodych fun and cool, śnią jeszcze sen o ocaleniu. Ale to majaki, pobożne, śmieszne, niepoważne życzenia. Chocholi sen w tańcu życia do unieważnionej pieśni przeszłości.

Oj, okrutni i źli. Ogłupiani i głupi. Głupi my, ludzie. Bydło. Z ciemności w ciemność podążające. Przyzwalające prowadzić się na niewolniczym postronku na zatracenie. Tuczone fałszywymi bogami, przyodziane w modne trendy, z niezaspokojonym apetytem  na nieskończone bezmyślne więcej  i nigdy dość nic nieznaczącej mamony. Ale to moja interpretacja tego, co zobaczyłam w teatrze. Sam autor o bydle wspomina enigmatycznie a obraz sceniczny ani drastycznie, ani rewolucyjnie go nie rozwija. Rzeczywistość codzienna jest o wiele bardziej dramatyczna i to ona nadaje ton niekontrolowanym emocjom, które uniemożliwiają skutecznie rozumienie tego, co się z nami tak naprawdę wszystkimi dzieje. A dzieje się. Oj, dzieje.


*"Radykalizacja postaw, podążanie za "mocnymi ludźmi", którzy zaprowadzą porządek, pogarda współczesnych społeczeństw dla politycznej poprawności czy zwykłej przyzwoitości, lęk przed obcymi, zohydzenie wszelkich autorytetów, rozhuśtanie nastrojów roszczeniowych i klaustrofobiczny egoizm. Źródło tych zjawisk tkwi w gniewie i frustracji społeczeństwa, a te biorą się z poczucia bezradności, gdy kartka wyborcza nie ma żadnego wpływu na naszą sytuację, gdy "zmiana" oznacza tylko przyklejenie nowej etykiety.

Szczepan Orłowski w dramacie "Bydło" nie dotyka wprost kwestii politycznych. Bohaterowie - być może tylko symbolicznie - mordują swoich rodziców, by przez to odciąć pępowinę ciągłości, zmieść stary porządek, przejść radykalny proces indywiduacji, aby odzyskać podmiotowość."
BYDŁO  Szczepan Orłowski

reżyseria: Jacek Poniedziałek
scenografia/video: Michał Dobrucki
muzyka: Piotr Szwajgier
kostiumy: Karolina Mełnicka, Michał Dobrucki
reżyseria światła: Jacqueline Sobiszewski
inspicjentka: Maria Lejman-Kasz
asystentka reżysera: Sylwia Merk
kierownik produkcji: Aleksandra Wiśniewska
staż producencki: Katarzyna Bernacka

obsada:
Dominika Biernat (gościnnie)
Monika Krzywkowska
Monika Obara
Karolina Piechota (gościnnie)
Maciej Nawrocki (gościnnie)
Krzysztof Dracz (gościnnie)
Krzysztof Strużycki
Piotr Żurawski (gościnnie)

wtorek, 20 grudnia 2016

NIE MA STRACHU TEATR POWSZECHNY


Spektakl o Indiach,  Hindusach, wdowach z Vrindavan dla nas, ludzi ze środkowego europejskiego Zachodu wydaje się egzotyczny. Zapachy kadzideł, żywe kolory kostiumów, Hindusi występujący w tym projekcie, język, taniec, płatki kwiatów, maski, obrządek śmierci, wszystko jest atrakcyjne, jednak kulturowo dalekie, obyczajowo obce. Ale nie tematyka. Ta jest stara jak świat. Starość, która jest trudna. Spektakl nie rozstrzyga sytuacji wszystkich wdów i rozwódek w Indiach. Skupia się na sytuacji bezsilnych, bezwolnych, podporządkowanych losowi starych kobietach skupionych w Vrindavan, dla których ten stan rzeczy jest trudny do zniesienia ale akceptowany. Przez nie same i przez społeczeństwo, które na to przyzwala. Kobiety skazane są na życie na marginesie, w ubóstwie, wykluczeniu, samotności. Czekają tylko na śmierć. Nie ma żadnej przed nimi innej, alternatywnej przyszłości. Żadnego zadania, pracy, celu. Porzucone przez rodziny, bez przyjaciół, znajomych, bliskich, bez zabezpieczenia finansowego są martwe za życia. W Vrindavan mogą być razem, wspólnie znosić swój los, który konstytuuje tradycja, obyczaj, prawo.

Starość kobiet, w tym wypadku  w Indiach, jest szczególnie okrutna.W swej istocie lecz nie w jej znoszeniu. Bo tu STRACHU NIE MA, kobiety oddały dusze Bogu, nic nie mają, nic nie jest w ich władaniu, na nic nie mają wpływu. EWinny być święte ale ze świętości nic już nie zostało. Oddały światu wszystko, co miały. Urodziły dzieci i i wychowały, kochały, pracowały. Teraz bez sił, bez domu, bez przyszłości muszą znosić swój los. Jednak nie rozpaczają, nie obwiniają innych za to, co je spotkało, mieszkają wśród sobie podobnych,  pogodzone są ze swoją sytuacją. Akceptują ją.  Modlą się, bo wiara w Boga je ratuje. Chodzą do świątyni, śpiewają mantry w intencji wybaczenia. W czasie modlitwy mózg jest zajęty, nie myśląc mniej cierpią. Mało jedzą, niewiele potrzebują, skromnie egzystują. Nadal martwią się o dzieci, rodzinę, kochają ją i nie chcą być dla niej ciężarem. Rezygnują z walki, bo nie mają środków, siły, woli. Pieniądze nie są ważne. Szczęśliwe są, że mogą być w tym miejscu razem, by wspólnie przeżyć w modlitwie czas, który im jeszcze pozostał. Każdy dzień oswaja je, przygotowuje i przybliża do śmierci. Wybrzmiewa pieśń o szczegółowym, realistycznym rozpadzie ciała ludzkiego. Nieważne, co się z nim stanie, kobiety nie dbają o to. Pragną umrzeć stojąc i śpiewając a nie w łóżku bezsilne, pokonane.

Spektakl jest głosem wdów, same opowiadają swoje historie, co jest szczególnie wzruszające, przejmujące, smutne ale bardzo wiarygodne. Widzimy je na filmie wyświetlanym centralnie na dużym ekranie. Mówią to, czego świat nie chce usłyszeć. Co wypiera i zagłusza swoimi racjami. Z jego punktu widzenia ważnymi. W istocie zasady ustala silniejszy, on nadaje sens najokrutniejszym zachowaniom w stosunku do słabszych. Wypowiedzenie swojej krzywdy, bólu, nawet słowami miłości wobec tych, którzy krzywdzą, jest sama w sobie walką o godność i szacunek, których pozbawia je sytuacja zaistniała nie z ich winy /śmierć męża, porzucenie, wypędzenie, ucieczka przed biciem, pijaństwem, okrucieństwem/.

Przekonujemy się po raz kolejny, że nie ma sprawiedliwości na tym świecie. Miłosierdzie, empatia, niesienie pomocy najuboższym, najsłabszym jest w zaniku. Wdowami opiekuje się weteran wojenny, który z własnego przekonania poświęca swe siły, posiadane środki kobietom odrzuconym. Ale to kropla w morzu potrzeb.

Spektakl nie ma nas zgnębić, przestraszyć, nie chce epatować bólem egzystencjalnym. Opowiada. Daje świadectwo prawdzie. Tworzy atmosferę indyjskich klimatów. Przeplata elementy hinduskie z europejskimi. Włącza wątek starej, puszystej, białej kobiety przygotowywanej na śmierć przez młodego Hindusa. Wprowadza na scenę młodą europejską blondynkę w sukni z białych koszul męskich, które warstwa po warstwie zrzuca z siebie jakby uwalniała się od niechcianego ciężaru. Biel to kolor żałoby. Magdalena Koleśnik to postać dziewczęca wtłoczona w kostium formy  szczelnie ukrywającej ciało, wszelką indywidualność, szczególność, krępującej wolność. Jest i Karolina Adamczyk przebrana w kolorowe hinduskie tkaniny, turban na głowie, która śpiewa razem z hinduską młodą dziewczyną. Nie rozumiemy tekstu, nie musimy. Mamy poczuć jego treść, przekaz. Jest w języku emocji, kontekstu, sytuacji, ciała.

Ten spektakl  a właściwie projekt jest impresją, emocją, wrażeniem. Nastrojem. Niepokojem. Pięknym i czułym egzotycznym mirażem, który ma obudzić w nas czujność i empatię. Zaczyna się pytaniem skierowanym do publiczności czy wierzy w przeznaczenie. Niewiele osób odpowiada. Myślę ex post, że  jeśli tak, to skazani jesteśmy na afirmację. Ale jeśli nie, to na walkę o godność, szacunek, człowieczeństwo. Tak, STRACHU NIE MA. W tle pojawiło się przecież graffiti z napisem "WOMEN RIGTHS" obok hinduskiej kobiety z uniesioną pięścią. Nie ma strachu gdy walczy się o słuszne, konieczne prawa dla pokrzywdzonych, uciśnionych, porzuconych przez społeczeństwo, świadoma walka z niesprawiedliwością. Tymczasem wszystko, co wdowom z Vrindavan pozostało to zajmować się sobą, bo chcą o przeszłości zapomnieć. Gdy nie myślą, nie wspominają, ból znika, strach jest neutralizowany, a codzienność sprowadzona do nieustannej modlitwy, postu, wyrzeczenia się wszystkiego jest zaklinaniem rzeczywistości zmuszającej je do zaakceptowania tego, czego nie są w stanie zmienić, bo przecież innej przyszłości nie mają.

Mają tylko siebie. Milczący świat w ich sprawie.

Czy my możemy coś zrobić, coś zmienić? Jaki mamy wpływ na swoje życie, życie innych? Jaka nauka płynie dla nas dziś z doświadczenia wdów z Vrindavan? Spotkanie z nimi poprzez sztukę powinno stawiać te i inne jeszcze pytania o status kobiet w świecie. Dawać do myślenia i działania. Powodzenia:)

"Spektakl oparty jest na wywiadach z wdowami z Vrindavan, które powstały podczas warsztatów prowadzonych przez twórców spektaklu w Indiach, w aszramie „Maitri”. Twórcy chcą pokazać indywidualne historie życia wdów, ich codzienność, miłość, śmierć, Boga, który jest dla nich wybawieniem. Chcą, by kobiety mówiły własnym głosem, głosem, którego nie chce się słyszeć.

Vrindavan jest miejscem kultu w Indiach, z racji dzieciństwa, które spędził tam Krishna. Vrindavan, nazywane jest też „miastem wdów” – pielgrzymują do niego i zamieszkują je kobiety z całych Indii, które utraciły mężów i zostały pozbawione środków do życia. Opieki nad nimi podjęła się m.in. organizacja pozarządowa „Maitri”, która jest partnerem projektu."/materiały teatru/

NIE MA STRACHU 

wg słowa mówionego Pushpa Kal, Sumitra Dasi, Renuwala Dasi, Mala Paswan, Renu Dasi, Vrinda Dasi, Kamala Barman, Sanitri Sakkar, Basana Karmakar, Lolita Mandal, Promila Dasi, Madhu Mala Dasi, Kulu Biswas, Mari Dasi, Pushpa Kar, Minati Dasi, Alaka Dasi, Kalpana Dasi, Sipra Chakzabopty

opracowanie tekstu - Magda Fertacz
reżyseria - Łukasz Chotkowski
konsultacja artystyczna - Manish Mitra
kostiumy - Konrad Parol
muzyka - Joanna Halszka Sokołowska
inspicjentka - Barbara Sadowska

obsada: Karolina Adamczyk, Aleksandra Bożek, Sima Ghosh, Magdalena Koleśnik, Joanna Halszka Sokołowska, Aniela Witczak, Raju Bera, Tapas Chatterjee, Jay Deep

Spektakl „Strachu NIE MA” jest częścią polsko-indyjskiej współpracy kulturalnej rozwijanej przez Instytut Adama Mickiewicza w ramach działań w Azji.

współorganizatorzy: Instytut Adama Mickiewicza działający pod marką Culture.pl, Teatr Kasba Arghya, Maitri

SZOSZA TEATR ŻYDOWSKI


To jest historia o artyście, pisarzu Aronie Greidingerze, synu ortodoksyjnych Żydów/ojciec rabin, matka córka rabina/, szukającym natchnienia, inspiracji, spełnienia w świecie, który nieuchronnie zmierza ku katastrofie wojny. Młody człowiek pragnie pójść własną drogą życiową i artystyczną. Obserwujemy jak bardzo jest to trudne. Aron zmuszony jest zgadzać się na kompromisy, by mieć szansę na zrealizowanie swoich marzeń, by osiągnąć sukces w upragnionym zawodzie. Otoczenie, okoliczności, kobieta wywierają na nim presję, co w efekcie całkowicie niszczy jego dzieło sceniczne. Klapa jest pierwszym bolesnym doświadczeniem życiowym, z którego musi wyciągnąć wnioski, jeśli zechce dalej rozwijać swój talent. Pisarz już wie, że każdy realizuje własny plan, chce osiągnąć swoje cele. Ma świadomość, że oprócz szczerych chęci, by dokonać czegoś ważnego w życiu, należy mieć środki finansowe, silny charakter, wolę walki, konieczność bezkompromisowego działania. Bunt młodego człowieka, który porzuca rodzinę, zostawia za sobą przeszłość, odważnie wkracza w obcy mu świat, uczy się i zdobywa doświadczenie, to początek drogi, którą przemierzając jednak nie czuje się szczęśliwy. Aron tęskni, ciągle szuka nowych wrażeń, ciągle czegoś mu brakuje. Wolny uzmysławia sobie, że jego życie jest niekompletne, ułomne, pozbawione głębi.  Wraca więc do wartości, świata przez siebie porzuconego, utraconego.

Wraca do Szoszy. Jak do siebie samego z  przeszłości. Jak do drugiej połówki jabłka. Personifikacji naiwności, szczerości, otwartości dzieciństwa. Nastroju, czucia,  pamięci smaków, zapachów, gestów, rytuałów. Niewinności. Tej skazy, która ciągle przypomina mu o tym, by się doskonalić. By kochać siebie samego takim, jakim się jest. Z całym dobrodziejstwem swej wyjątkowości i ułomności. Poczucia, że wszystko jest możliwe. Tajemnicy, która go ukształtowała. Skomponowała melodię, która mu w duszy gra. Wiary, która go dopełniała, nadaje sens. Rodzinnego domu, wspomnienia ludzi, kiedy sam był niewinny, bezbronny, szczęśliwy. I czuł się bezpieczny. Szosza jest tym łącznikiem, dowodem na to, że świat który odrzucił, by się usamodzielnić okazał się dlań niezbędny, by dojrzeć, by ostatecznie zaakceptować się takim jakim był i jest. Wracając do Szoszy, wrócił do źródła. Doświadczył na własnej skórze, że nie można unieważnić przeszłości, uciec od niej, bo wrośnięta jest w jego ludzką istotę. Silnym wspomnieniem, tęsknotą wracać będzie zawsze. W snach, w wizjach, marzeniach. W tej sile, która go do Szoszy przyciąga. Nie da się zabić tej miłości, która określa ludzką tożsamość. Tradycji, która ją kształtuje. Zawsze będzie najczystszym źródłem siły, inspiracji, poczucia szczęścia. Bezpiecznym, pięknym rewirem spełnienia, które wypierać będzie pustkę, samotność, bezsens istnienia. Szosza spośród kobiet, z którymi związał się Aron jest najważniejsza. Wiele dla niego znaczy. Rozłąka z nią stanowi doświadczenie, które uświadamia mu kim był i jest, jaki ma potencjał, siłę, zdolności. Pozwala odkryć  kim chce być, kim stać się może. Obecność kobiet kształtuje go, pozwala mu się określić, wybrać, zdecydować o swoim losie. To one- ich postawa, zachowanie, status, pragnienie- go stymulują. Mężczyźni są też ważni ale w pośredni sposób. Wydaje się, że to kobiety mają decydujące znaczenie. Są obiektem pożądania, źródłem motywującym działanie męskiego świata. W sztuce widzimy wszelkie ich odmiany: oddana matka, wierna i niewierna żona, ponętna, seksowna kochanka, nimfetka zakamuflowana w ponętnej służącej, ideologiczny, polityczny demon. I Szosza jako muza. Bratnia dusza. Pamięć dzieciństwa, beztroski, szczęścia. Wierna, oddana, bezwarunkowa miłość. Czuła, bezbronna, niedoskonała integralna cząstka siebie, tego co się ukochało a ma cudowne właściwości uzdrawiające. Szosza jest tą najbardziej tajemniczą osobą spośród pozostałych kobiet, pożądanych przez Arona.

Ta sztuka o miłości, poświęceniu, ambicji, trudnych wyborach, priorytetach, głęboko osadzona w kulturze i duchowości żydowskiej, przedstawiona jest w nowoczesny, odważny sposób. Monochromatyczna, otwarta przestrzeń z trzema parkowymi a może peronowymi, teatralnymi ławkami, stanowiącymi też może granice, którą trzeba przekraczać jest polem dającym fory nieskrępowanej wyobraźni. Pozwala w tle wyświetlać obrazy, między innymi przedwojennej Warszawy, sceny z sylwetką Hitlera, co tworzy adekwatny nastrój dla budowania kontekstu zbliżającej się wojny. Co dopełnia postać brutalnego Polaka faszysty/fryzjer Rafała Rutowicza/. Kostiumy podkreślają charakterystyki postaci/np.skromna sukienka Betty, pod nią czerwona halka, dziecinna sukienka Szoszy/, sytuują w rzeczywistym czasie wydarzeń. Piękna jest choreografia, ruch sceniczny. Zmysłowa, hipnotyzująca, ujawnia relacje, przybliża do tajemnicy relacji bohaterów. Wiele wnosi, uzupełnia, rozwija. Działa. Muzyka, piosenki to element dodatkowy, mocny akcent, który ze starego znaczenia wysnuwa nowy przekaz/Testosteron z nowym tekstem/.

Wyraziste postacie sceniczne decydują o jakości przekazu. Aron/Piotr Sierecki/ jest głównym bohaterem zachłannie rozpoznającym świat i usilnie próbującym znaleźć w nim swoje miejsce na miarę swoich talentów, marzeń i możliwości. To trudna, wymagająca rola. Życie smakuje poprzez kobiety, poznaje ich władzę nad sobą, moc i tajemnice. I jest to fascynująca, pouczająca podróż w ludzkim krajobrazie. Wybija się Betty/wspaniała Ewa Greś/, bratnia dusza artystyczna, podobne emocje, temperament, ambicje. Dynamiczna, zmieniająca się, w skrajnych stanach emocjonalnych. Zdumiewa Szosza /Małgorzata Majewska/ swoją bezradnością, szczerością, dziewiczą niewinnością, nieprzeniknioną tajemnicą przyciągania Arona, niezrozumiałą dla innych. Ma w sobie  uległość i oddanie, czułość i delikatność, czystość i wierność. Niedoskonałość, która drażni i odpycha jednych, innych pociąga i fascynuje. Cela /Ewa Dąbrowska/ to zagorzała komunistka, kobieta na służbie ideologii komunistycznej. Nawet zesłanie nie osłabi jej oddania sprawie. Dora/Monika Chrząstowska/ to niezaspokojona żądza dojrzałej kobiety, mężatki. Panowie są w tle, w cieniu kobiet. Akceptują je, pomagają im, wspierają. Ale tylko wtedy, gdy otrzymują od nich to, na czym im zależy. Ojciec Szoszy porzuca jej matkę dla innej kobiety, gardzi niepełnosprawną córką. Mężczyźni w tym spektaklu są interesujący i interesowni. Ale poza Arielem zmarginalizowani.

Reżyserka spektaklu i adaptatorka prozy Singera, Karolina Kirsz, skupiła uwagę na pierwiastku kobiecym, który determinuje świat i decyduje o jego losach. Jest nośnikiem tożsamości. To on, nie historia/wszyscy czują, że będzie wojna/, miejsce/Warszawa, Stany, Izrael/ ma wpływ decydujący na przetrwanie. Mężczyźni decydują ale motywacją tych decyzji i działań są kobiety. Matka, która wychowuje dzieci, żona, która jest wierną towarzyszką i oddaną strażniczką wiary, tradycji i obyczaju, kochanka, która spełnia marzenia, zaspokaja pragnienia i żądze, rozpala zmysły, inspiruje, stymuluje. Nieważny jest czas, nieważne jest miejsce, natomiast ważny jest ten nośnik, który pozwala trwać w czasie wyznawanym, ważnym wartościom, pomaga rozwijać się pasjom, umożliwia przetrwać wierze, określa tożsamość. Pozwala ocalić człowieka. Naród. Jego szczególność, wyjątkowość, inność. Mimo na pozór oczywistej, drażniącej innych niedoskonałości, ułomności, skazy. Na podobieństwo Szoszy. Dlatego ta kobiecość w wielu jej rolach, charakterach w tej sztuce jest tak ważna, wysuwa się na plan pierwszy. Dominuje. Definiuje. Określa.

Aron w swej wędrówce w czasie i przestrzeni próbuje i doświadcza jej wielu odmian. Jest zachłanny, natarczywy i niezaspokojony. Poszukujący. Ciągle bada, ciągle odkrywa, uczy się siebie i świata. Jego męska natura zdobywcy, wędrowcy, tułacza, zwycięzcy poprzez siłę odrębności natury kobiecej się wzmacnia, wzbogaca, konstytuuje. Rozwija. Dopełnia. Ma szansę przetrwać poprzez rozwój, osiągnąć cel poprzez bezkompromisowość, triumfować poprzez swoje dzieło. To, kim ostatecznie jest, kogo sobą reprezentuje. W każdym miejscu, w każdym czasie. Jego historia pokazuje, jak to jest możliwe. Jak to się dzieje. Na czym to polega.

Cieszy widzów teatralnych kolejna udana premiera Teatru Żydowskiego gościnnie wystawiona w Warszawskiej Operze Kameralnej. W styczniu 2017 spektakl grany będzie w Klubie Dowództwa Garnizonu w Warszawie, al. Niepodległości 141a. Teatr Żydowski pracuje już nad kolejną sztuką. Premiera spektaklu SZABASOWA DZIEWCZYNA odbędzie się 14.01.2017. Powodzenia:)


SZOSZA Izaak Baszewis Singer

przekład: Szymon Sal
scenariusz i reżyseria: Karolina Kirsz
Obsada: 




http://www.teatr-zydowski.art.pl/spektakl/szosza
premiera: 16.12.2016
zdjęcie: Magda Kuc

czwartek, 15 grudnia 2016

KOLACJA KANIBALI TEATR POLONIA

Najciekawszym aspektem spotkania ze spektaklem KOLACJA KANIBALI jest temat sztuki: odkrycie, że oswojony cywilizacyjnymi instrumentami perswazji zwierz, barbarzyńca, kanibal w człowieku nadal ma się dobrze, i gdy mu na to pozwolić, pokazuje co potrafi. Paryska kolacja celebrująca urodziny młodej, pięknej, uroczej gospodyni przeradza się w pole bitwy o przetrwanie za wszelką cenę. Jest wojna, czas ekstremalnych zachowań, zdarzeń. Nic dziwnego, że bohaterowie sztuki poddani są próbie ognia. W pobliżu dokonano zamachu na niemieckich oficerów. Spośród okolicznych mieszkańców wybierani są zakładnicy, selekcja nie ominie również  grona najbliższych sobie przyjaciół. Oficer SS, intelektualista, erudyta, miłośnik literatury, zna gospodarza, proponuje zgromadzonym perfidną, podstępną, wyrafinowaną grę. Pozwala im samodzielnie zdecydować, wybrać, wskazać, kto spośród  nich może się poświęcić, by uratować pozostałych/2-ch zakładników, 5-ciu ocalonych/.

Ze zgromadzonych siedmiu osób, gdy muszą decydować, wychodzą upiory prawdziwej natury ludzkiej. Siedem grzechów głównych. Każdy ma coś na sumieniu, każdy ma też bardziej lub mniej ważny, racjonalny powód, by przetrwać. Jakby życie samo w sobie nie było fundamentalną wartością. Niemiecki oficer niczym cyniczny demiurg, diabeł wcielony, zimny, bezwzględny, okrutny bóg wszechmogący wyreżyserował igrzyska śmierci. Istny sparing argumentów, postaw, zachowań. Obserwujemy upadek ludzkich odruchów, empatii, człowieczeństwa. Całkowite obnażenie człowieka cywilizowanego, dobrze wykształconego, radzącego sobie w życiu, łatwo przystosowującego się do sytuacji trudnych. Unieważnienie tego, co pozwalało dotąd całkiem znośnie przetrwać w warunkach wojny. Nie jest to obóz koncentracyjny, pole bitwy, inna sytuacja absolutnie graniczna.  Ale równie perwersyjna gra silniejszego, sprawującego władzę z człowieczeństwem, odpornością na stres, na zło.

Okazało się, że zgromadzeni akceptują warunki wroga, wchodzą do gry. Choć żaden z nich nie brał udziału w zamachu, to jednak każdy okazuje się być winny. Na swój indywidualny, przewrotny sposób. Po tej urodzinowej selekcji w zwykłym paryskim domu klasy średniej nikt już nie będzie takim, jakim był wcześniej. Nie będą też, ci skądinąd uroczy ludzie, już stanowić fajnej, zgranej towarzyskiej grupy. Przyjaciół, na których można polegać, z którymi dobrze się czuje, bawi, żyje. Ta kolacja personifikuje i pozwala wyjść z cienia drzemiącemu  w nich kanibalowi, który nie ma skrupułów i nie będzie miał wyrzutów sumienia, gdy człowieka w sobie dla swego przetrwania zdecyduje się poświęcić, pożreć. Bo kanibalem jest każdy z nich również dla siebie samego. W swej świadomej, zdeterminowanej postawie, wskazującej na innych dla ocalenia tylko i wyłącznie siebie. Uczestnicy kolacji nie będą mogli unieważnić tego, co się stało. Jak się zachowali, co mówili. Jak się skompromitowali. Mogą tylko unikać siebie nawzajem, by nie przypominać sobie, kim tak naprawdę są. 

Łatwo jest brylować w życiu przeciw śmierci w warunkach pokoju, czy względnego bezpieczeństwa. Wojna ma swoje okrutne sposoby, by obnażyć człowieka, zedrzeć  z niego jego cywilizacyjny kostium dobrego wychowania, zachowania, wykształcenia. Niszczy wszelkie normy moralne, etyczne, zdroworozsądkowe, boskie i ludzkie, narzuca swoje własne, barbarzyńskie zasady tworzone ad hoc. Człowiek jest tylko człowiekiem, z zakodowanym lękiem  przed śmiercią, strachem o swoje istnienie, i jak się okazało w sztuce, jest w stanie zaakceptować w sobie dzikiego zwierza podporządkowanego tylko i wyłącznie walce o przeżycie. Zachowania heroiczne są wyjątkiem potwierdzającym regułę. Fanaberią dumy, poczucia wyższości wartości, zasad, które są ważniejsze od zachowania życia za wszelką podłą cenę. 

Siłą spektaklu jest strukturalna narracja sztuki. Szokujący wydźwięk puenty. Realizm sceniczny, gra aktorska- rozpoznawalna, czytelna, jasna -pomaga ją właściwie zrozumieć. By nie przegapić perfidii zła cynicznie unieważniającego dobro w człowieku. Tak ciężko przecież wypracowanego i chronionego. Sytuacje komiczne, elementy farsy osłabiają ostrość spojrzenia na człowieka postawionego w sytuacji kontrowersyjnego wyboru. Nie pozwalają oceniać go zbyt surowo. Edukacyjna rola sztuki, wyciągnięte przez widzów wnioski mają spokojnie, delikatnie uświadamiać, uczyć a nie porażać, bulwersować, wstrząsać. Umożliwia widzowi dowiedzieć się o sobie tyle, ile innych sprawdzono. W tym wypadku w teatrze.

Spektakl, niestety, jest rzadko już grany. A szkoda. Być może aktorzy weszliby na wyższe obroty, sztuka zyskałaby szybsze tempo, większą siłę rażenia. Bo jest tego warta. Aktualna w czasach, gdy radykalizują się poglądy, toczy się wojna światopoglądowa, ideologiczna, religijna, kulturowa w nas, wokół nas, dobrze by było, byśmy przez teatr byli częściej zapraszani na KOLACJĘ KANIBALI. By przekonać się osobiście, że warto za wszelką cenę trzymać w cywilizacyjnych ryzach swego wewnętrznego kanibala. Bo to, że istnieje i może pokazać swoje barbarzyńskie oblicze przeczuwamy lub jesteśmy tego pewni. Tylko nie chcemy się do tego przyznać. Nawet przed samym sobą. 

KOLACJA KANIBALI  Vahé Katcha
adaptacja francuska: Julien Sibre
przekład adaptacji: Elisabeth Duda w opracowaniu Piotra Skotnickiego
reżyseria: Borys Lankosz
scenografia: Arkadiusz Kośmider
kostiumy: Magdalena Biedrzycka
światło: Adam Czaplicki
praca nad słowem: Grażyna Matyszkiewicz
konsultacja języka niemieckiego: Andrea Bagdasarian, Aleksandra Czechowska-Błachiewicz

obsada: Aleksandra Domańska, Justyna Grzybek, Andrzej Deskur, Zbigniew Konopka, Kamil Maćkowiak, Piotr Makarski, Rafał Mohr, Grzegorz Stosz
premiera: 06.11.2014

zdjęcie: plakat spektaklu Teatru POLONIA

wtorek, 13 grudnia 2016

ŻYJEMY W NAJLEPSZYM Z MOŻLIWYCH ŚWIATÓW TEATR SOHO


Niemiecki filozof Gottfried Wilhelm Leibniz uważał/nie trzeba mu wierzyć, z nim się zgadzać/, że świat, w którym żyjemy, jest najlepszy z możliwych. Niewykluczone, że to prawda, bo oprócz świata zastanego, do którego się dostosowujmy, wszystko budujemy na miarę naszych wyobrażeń, możliwości, potrzeb, na swoje własne podobieństwo. Jeśli istnieje możliwość wyboru śnimy sen o wolności. Fantazjujemy, marzymy, uruchamiamy wyobraźnię stwarzając światy równoległe. I wydaje się, że kompilacja realu z fantazją ostatecznie stwarza świat możliwie optymalny, oczekiwany, szczęśliwy już w samym trudzie kreacji. W końcu tylko taki realnie mamy do dyspozycji. Nawet jeśli okaże się niedoskonały, niechciany ale ostatecznie dokonany, pozostanie tym jedynym. Inaczej dzieje się w rewirze sztuki. Tu wszystko jest możliwe.

Gdy patrzymy na czarno-białą fotografię z 1927 roku, która była inspiracją sztuki, co widzimy? Cztery uśmiechnięte dziewczęta w czarnych kostiumach kąpielowych biegnące po plaży, trzymające się za ręce z niewyraźnym drugim planem jakby rozmywała się  pozostawiona za sobą przeszłość, majacząca jeszcze w tyle. One są najważniejsze. Emanują siłą. Napierają tyralierą radości, młodości, kobiecości. Do przodu, przed siebie. Wyzwolone. W aurze ciepła pozytywnej energii. Wolności i swobody. Spontaniczności, odwagi kreacji przyszłości, siebie, podboju świata gotowego do zdobycia, narzucenia mu swojej woli. W blasku słońca w samo południe. W zenicie wszelkich możliwości. Bez cienia lęku, obawy, wahania czy smutku. Jakby nie można ich było już zatrzymać. Jakby nie chciały zrezygnować z obranej drogi.

Spektakl proponuje impresję, wariację na temat bohaterek fotografii zamkniętych w kadrze, uwięzionych w jednej przypadkowej chwili. Kreuje byty równoległe, prawdopodobne ale tak naprawdę nieprawdziwe. To iluzja. Konfabulacja. Projekcja wyobrażeń teraźniejszości o możliwej przeszłości. Jakby negatyw zdjęcia. Bo kostiumy są jasne, bo życiorysy są wirtualne. To tylko możliwa, domniemana, niezobowiązująca propozycja, przecież:
Gdy się miało szczęście, które się nie trafia:
czyjeś ciało i ziemię całą,
a zostanie tylko fotografia, 
to - to jest bardzo mało...* 
Potrzebujemy teatralnego rozwinięcia, by móc wejść głębiej w to szczęście, w ten umysł, w to ciało. W ten cud zaistnienia. Scena wyznacza rewir umownej plaży z pomostem drewnianym, symboliczną taflą wody, kątem dla mini orkiestry wykonującej na żywo przedwojenną muzykę, będącą też podkładem do śpiewanych piosenek. Ale przestrzeń ta staje się też salą operacyjną, miejscem przesłuchania, atelier fotograficznym, prywatnym mieszkaniem, snem. Tam gdzie pragnienie spotyka się z doświadczeniem. Przeczucie z samym życiem. Iluzja z rzeczywistością. Bo dziewczyny snują tu swoje plany na przyszłość/ślub/, marzą/o karierze aktorki/, cieszą się odniesionymi sukcesami/zdany egzamin na studia medyczne/, przeżywają dziedziczne lęki, eksperymentują z własną seksualnością, droczą się, kłócą, świętują, doświadczają męskiej dominacji, spod której pragną się wyzwolić ceniąc sobie własne predyspozycje, zainteresowania, zdolności, by zaspokoić kobiece ambicje, wyegzekwować oczekiwania wobec ludzi i świata. Śnią sny na jawie.

To są kobiece narracje, ich mentalne punkty widzenia. Mężczyzna- fotograf, policjant, narzeczony, pacjent-jest tylko niezbędnym kondensującym punktem odniesienia. Tłem, kontekstem, przyczyną, siłą, która kobiety ogranicza, definiuje, pozwala się realizować, spełniać, osiągać cele/ seksualne, zawodowe, uczuciowe/ lub je niszczy, stygmatyzuje traumą. I choć spektakl fantazjuje o kobietach z okresu międzywojennego, to ich świat nie jest obcy naszemu. Podobnie i dziś kobiety prowadzą podwójne życie, wykorzystują mężczyzn ze wzajemnością, by zrobić upragnioną karierę, muszą naginać się do ich woli lub udawać, że to robią, wchodzą w społeczne, tradycyjnie wyznaczone role żony, matki, kochanki, słodkiej idiotki, głupiej blondynki, mrocznego przedmiotu pożądania. Nadal pozycja kobiet jest niepewna, zagrożona, bo rządzi: przyzwyczajenie, stereotyp, religia, tradycja, rodzina, władza silniejszego. A samotność w związku, hierarchia, zależność nie jest czymś incydentalnym, wyjątkowym. Ma się dobrze, rozkwita. Szczęście i spełnienie ciągle potwierdza wyjątku regułę. Tak trudno wyjść poza ograniczenie, poza rzeczywistość. Jakby wyobraźnia była nią śmiertelnie skażona. Ciągle wraca się do tego, co zna się najlepiej. Siła presji konieczności sprowadza na ziemię. Tak jest z tym spektaklem. Jego mocną stroną jest muzyka, poezja. To, co poza definicją. To, co między słowami. Między jednym momentem a drugim, wszystko jedno jak odległym. Czysta może być tylko metafizyka czucia, siła wyobraźni, która jest wolna, poza wszelka władzą i wpływem. Reszta to wypełniacze fabuły, okoliczności, konieczności, ograniczeń. Paradoksalnie każda z bohaterek spektaklu, czy w ogóle rodzaj żeński, może powiedzieć o sobie odważnie, bezpruderyjnie, samokrytycznie:
Jestem kobietą
i jak księżyc uśmiecham się często,
bez powodu
Wszystko łączy się ze wszystkim w mym myśleniu, 
gdy moje oczy są otwarte, 
a jeszcze bardziej,
kiedy są zamknięte
A ręce moje przywykły
krzyżować się wątło nad mą głową. 
W moich rękach spoczywa ból, 
bez przyczyny.
Usta me choć niemalowane
są całkiem czerwone.
bo twarz moja jest gorąca 
i często, coraz częściej skrzywiona, 
zapewne od grzechu.
Nocą pragnę nagle 
dla żartu zakpić z mego losu, 
nadchodzi ciemność, 
kłania się w pas, 
śmieję się ciemności w twarz
do późnej nocy.**

Moja opowieść o spektaklu nie opowiada o nim samym kongenialnie. Jest jego kolejną subiektywną kompilacją, impresją, wariacją sprowokowaną inspiracją projektu, jego sceniczną wizualizacją i tym, co uruchomiła, wyzwoliła. Prawdopodobnie każdy z widzów wyniesie z tego spotkania ze sztuką własną wersję wydarzeń, ich interpretację. Ile osób, tyle historii. Ale bez histerii! Czyż nie jest to interesujące, inspirujące, piękne? Zgodne z intencją autorki, reżyserki, przecież kobiet, aktorek, też kobiet? Jedyny aktor, Mateusz Korsak, miał bardzo trudne zadanie. Cały świat męski, różnorodny przecież i złożony godnie reprezentował. Ale był zaginął w czasie spektaklu, w czasie tej emancypacji, ekspansji, dominacji kobiet. I to się zgadza, bo współczesna męskość, pogrążona, w kryzysie, też coraz bardziej zanika, gdzieś się zapodziewa. I dochodzenie prowadzone przez mężczyznę/sic!/w czasie spektaklu jest rozpoczęte, ma sens głęboki, aktualny. Trzeba dociec, z jakiej/kobiecej?/ przyczyny tak się dzieje, bo należy ją mężczyznom na powrót, na dobre i na złe dla świata, dla kobiet, dla równowagi, przywrócić. Emancypując się, kobiety dostrzegają jednak pierwiastek męski, który je determinuje, prowokuje, definiuje. Wiedzą czego chcą, pragną, dokąd mają zmierzać. Zawłaszczają go, wpinając w kod genetyczny kobiecości. Stają się wytrwałe, ambitne, twarde. Waleczne, samodzielne.

I tak w wykreowanych na scenie konkretnych losach, sytuacjach, charakterystykach kobiet ujawnia się świat mężczyzn, ich status quo, pozycja. Jakby nic bez udziału mężczyzn o kobietach nie można było powiedzieć. Ale to one pozostaną do końca królowymi tego spektaklu wyobraźni, który z rzeczywistymi zjawiskami, z prawdą mają  wiele wspólnego. Podkreślony jest ten moment kobiecej przemiany, przebudzenia, przepoczwarzenia, dojrzałości, świadomości siebie. Gdy porzucają świat narzuconej, niechcianej, fałszywej niewinności na rzecz nieskrępowanej, odpowiedzialnej wolności. Mężczyznom równe, mężczyznom podobne.

Spektakl jest przejrzysty, prosty, otwarty. Ma ambicję inspirowania wyobraźni, pragnie wyzwolić z okowów czasu, ograniczeń płci. Uruchamia zastygły w czasie obraz, przywraca mu impet życia, wyraziste osobowości jego bohaterek. Z przypływami i odpływami emocji. Lekko, dynamicznie zagrany jest uroczo sentymentalny. Nie dotyka, nie wstrząsa, ledwie przemyka.  Jak wyblakłe, niejasne, zanikające albo przywracane wspomnienie. Kobiety- młode, piękne, zmienne, tajemnicze -wodzą rej, czarują, dominują, również aktorsko. Mocnym atutem, wyrazistym akcentem jest budująca nastrój nostalgii, zadumy żywa muzyka. Której można słuchać i słuchać. By śnić o najlepszym z możliwych światów bez końca. Bez końca.




ŻYJEMY W NAJLEPSZYM Z MOŻLIWYCH ŚWIATÓW
reżyseria: Karolina Kowalczyk
scenariusz: Alicja Kobielarz
muzyka na żywo: Gabriela Mościcka, Kazimierz Nitkiewicz, Mateusz Kowalski ( Warszawska Orkiestra Sentymentalna)
scenografia i kostiumy: Joanna Walisiak-Jankowska
dramaturgia ruchu: Magdalena Ptasznik
kwerenda: Justyna Martynek, Alicja Brudło
koordynacja produkcji: Alicja Brudło
asystent produkcji: Paulina Majewska

obsada: Magdalena Hertrich-Woleńska (Zofia Krzeszowiak), Anna Lemieszek (Rebeka Elzenberg), Joanna Osyda (Wanda Rudzińska), Joanna Rozkosz (Hanna Zakrzewska), Mateusz Korsak (Stanisław Skwierczyński)


Przedstawienie powstało w ramach trzeciej edycji projektu “Muzeum Społeczne”.
W spektaklu wykorzystano wiersze:
 Fotografia” Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej* ,
“Autoportret” Kadii Mołodowskiej w tłumaczeniu Joanny Lisek** .

HARPER TEATR DRAMATYCZNY


HARPER to piękna, seksowna kobieta czterdziestoletnia, żona bezrobotnego architekta podejrzanego o pedofilię, matka 17-latki w fazie ostrego buntu. Pracuje, ale nie ma pozycji na jaką by mogła zasługiwać, gdyby miała odpowiednie wykształcenie. Do niczego wielkiego nie doszła, nic szczególnego nie osiągnęła. Czas na podsumowanie sprowokowany poważnym kryzysem, dał jej impuls do sprzeciwu, do zmiany w życiu. To śmierć ojca, z którym nie zdążyła się zobaczyć, porozmawiać, pożegnać wyzwoliła w niej determinację do zdecydowanego działania. Nie powiedziała mu, że go zawsze bardzo kochała. Ta niemożność naprawienia tego stanu rzeczy dodała jej sił do spojrzenia prawdzie w oczy. Spóźnionego buntu wobec życia, które sama sobie zafundowała własnymi wyborami, zgodą na podporządkowanie, wycofaniem z walki o siebie.

Każda kolejna scena spektaklu definiuje głęboki problem Harper, wprowadza nas krok po kroku w jej świat, z którym nie jest w stanie się porozumieć. Próby komunikacji kończą się porażką. Harper wycofuje się. Ulega. Rezygnuje z walki. Za każdym razem ma wrażenie, że się dusi, tonie, pogrąża. Nie potrafi  uzyskać od szefa urlopu, który jej się słusznie należy. Nie rozmawia otwarcie z mężem o zdjęciach, które robił dzieciom w parku i udostępniał w cyberprzestrzeni. Nie drąży przyczyn jego zachowania, które doprowadziło go do sądowego zakazu korzystania z komputera, utraty pracy, niemożności ponownego zatrudnienia. Harper ponosi klęskę w rozmowie z córką Sarah, która z łatwością przejmuje kontrolę nad rozmową. Posługując się szantażem emocjonalnym, niesprawiedliwymi oskarżeniami, agresją, lekceważeniem, stwarzaniem dystansu, chłodem odpycha matkę, która chcąc nie dopuścić do eskalacji, wycofuje się. Nawet przeprasza córkę, co łagodzi jej bunt, rozdrażnienie. Sarah ma lepsze relacje z ojcem, który z powodu swej sytuacji, ma więcej dla niej czasu. Harper zbyt troskliwa, zbyt natarczywa i bezpośrednia, naciska na córkę. Widzi, jak bardzo Sarah jest do niej podobna, boi się, że popełni te same błędy,  które doprowadziły ją samą do tego, że ma pracę nie na miarę swoich możliwości i upokarzająco zależna jest od innych.

Stres wywołany porażką rozmowy z szefem, który nie daje jej urlopu na wyjazd do umierającego ojca, fiasko konfrontacji z córką, brak szczerości w relacjach z mężem i spotkanie kolegi ze szkoły Sarah, Tobiasa, który uzmysławia jej, że jest atrakcyjną, namiętną kobietą i zasługuje na więcej niż otrzymuje w swoim życiu, spóźniona wizyta w szpitalu już po śmierci ojca to moment decydującego przesilenia. Przełomu. Zmiany, która niekoniecznie wszystko zmieni na dobre. Harper czeka nowe życie, na pewno już inne, bo końcowa scena gdy przy stole nakrytym obrusem wszyscy się gromadzą to zaklinanie rzeczywistości. Tworzą obraz pozornie przykładnej, zżytej rodziny. Zgodnej, kochającej się, szczęśliwej. Takiej, z którą wychodzi się dobrze tylko na zdjęciu.

Harper odwiedza matkę, dowiaduje się prawdy o ojcu. spędza noc z przygodnie spotkanym żonatym mężczyzną, który więcej okazał jej uwagi, cierpliwości, czułości, troski, delikatności, zrozumienia niż jej własny mąż, któremu nie ufa, do którego czuje podświadomie niechęć, obrzydzenie. Ale wraca do domu. Zna swoje miejsce. Już nie jest bezwolnym pionkiem ustawianym na szachownicy życia, jak chcą tego inni. Harper panuje nad sytuacją. Ale dopiero wtedy, gdy udaje jej się wyznać prawdę o sobie i innych. Gdy otwarcie, szczerze rozmawia z najbliższymi. Teraz może zacząć nowe życie. Uwolniła się od paraliżującego ją lęku, podporządkowania w relacjach. Już nie tonie. Może wyrównać  oddech. Wyciszyć emocje.

Najważniejszy wydaje się problem komunikacji, porozumienia. Problem docierania do prawdy, wyboru momentu i formy prowadzenia rozmowy tak, by nie urazić nikogo, być zrozumianym. Harper łatwiej się komunikuje z osobami, których nie zna. Jest swobodniejsza, rozluźniona, dowcipna. Szczera, bezpośrednia, odważnie prowokująca. Jest sobą, którą lubi, która jej się podoba Dobrze się z tym czuje. Potrafi tym przygodnym osobom pomóc. Potrafi od nich przyjąć pomoc. Inaczej jest z jej rodziną. Może dlatego, że widać, jak Harper jest podobna do swojej matki, a Sarah do niej. Łatwiej przychodzi dotknąć, manipulować bliską osobą, łatwiej się jej sprzeciwić, bo zna się ją lepiej. Na więcej można też sobie pozwolić. By ranić. By oskarżać. Niedogadywanie się dotyczy nie tylko dorosłych ale i dzieci. Tobias jest nieśmiały, kontrolowany przez ojca, nie ma przyjaciół. Sarah twierdzi, że nie ma o czym rozmawiać z chłopakami w swoim wieku. Harper, podobnie jak jej córka, miała lepszą relację z ojcem niż z matką. Dzieci powielają błędy swoich rodziców. Podążają wyrobioną przez pokolenia koleiną.

Spektakl usytuowany jest w monochromatycznej, neutralnej, nie zaburzonej zbędnymi detalami przestrzeni. Światło podkreśla prosto adekwatny nastrój. Nieliczne rekwizyty, jak i aktorzy, grają różne role. Ściany są lekko przezroczyste, delikatne, jakby pozornie tylko ograniczały, więziły. Kostiumy w tonacji tła sugerują szarą, powszednią rzeczywistość szarych, zwykłych ludzi, przełamaną akcentami/kurtka skórzana/. Nie wybijają się na wyjątkowość indywidualnego przypadku.  Ta pusta przestrzeń jednak przygnębia, narzuca swą obojętnością nastrój samotności. Jakby nie można było- poza stołem, krzesłami, barkiem- na czym się oprzeć, czego się uchwycić. Ubogi jest ten świat bohaterów. Tylko sami na siebie mogą liczyć. Niekoniecznie ze wzajemnością. Może dlatego prawie przez cały spektakl wszyscy bohaterowie są obecni na scenie. Jak mroczni strażnicy. Świadkowie wzlotów i upadków.

Agnieszka Warchulska w roli Harper- na początku stłamszona, wycofana, przestraszona gdy jest zmuszona, sprowokowana przechodzi metamorfozę. Choć zmienia wiele-także  styl ubierania się, co jest demonstracją jej prawdziwej, wyzwolonej natury-nie wywołuje to jednak gwałtownych, nerwowych, agresywnych zachowań. Jej bohaterka dociera do prawdy i ją ujawnia. Wypracowuje nowy sposób prowadzenia rozmowy. Choć jest równie oskarżycielska, nieufna i agresywna w stosunku do matki, jak jej córka do niej, to jednak ostatecznie  przywracanie normalności przebiega spokojnie. Przynosi wszystkim ulgę. Mąż nadal niczego nie wyznaje jakby tylko kobietom zależało na budowaniu relacji w zgodzie z prawdą. Rola główna Warchulskiej, wiodąca przecież, wtapia się, ginie wśród innych. Nie wyróżnia się, nie dominuje znacząco. Za sprawa aktorstwa, za sprawą reżyserii, która równo rozkłada akcenty narracji, nie doprowadzając do kulminacyjnego wstrząsu.

Adam Ferency gra dwie role: szefa i ojczyma Harper. Dwa wcielenia patriarchatu. Dominacji męskiej. Władzy silniejszego. Role są skontrastowane: zły pracodawca, bezduszny człowiek-dobry szef, czuły ojczym. Elwood jest szefem krwiopijcą, tyranem, szowinistą, paskudną, obleśną kreaturą. Duncan jest troskliwym mężem, przykładnym pracodawcą i ojczymem. No cóż, przemykają ci mężczyźni Ferencego w sztuce, to nie jest ich historia. Są tylko tłem, uzasadnieniem zachowań innych, głównie Harper. Pełnią funkcję służebną. Ilustracyjną.

Otar Saralidze wciela się w trzy role. Jest kolegą, Tobiasem, równolatkiem Sarah. Wychowywany w reżimie ojcowskich zasad przejmuje jego system wartości. Tęskni za matką. Saralidze gra też rolę zestresowanego, niezadowolonego ze swego życia dziennikarza, którego Harper rani szkłem i kradnie mu kurtkę oraz zdyscyplinowanego, dobrze wychowanego pracownika, zdominowanego przez swojego szefa ucznia, ojczyma Harper. Saralidze różnicuje trzy stany młodzieńczego upupienia. Personifikuje męskość w kryzysie samostanowienia. Niedojrzałość emocjonalną. I jest wyrazisty, może nawet nadto, bo przy nim Harper zamiast rozkwitać ledwie się przebudza. Za nim podąża. To nie ona jest dominująca, najważniejsza ale Tobias, Mickey, może najmniej Mahesh.

Marcin Sztubiński jest mężem Harper, człowiekiem bez właściwości, a w innej scenie jej przypadkowym, przygodnym kochankiem, człowiekiem żonatym, ojcem trójki chłopców, ułożoną, pedantyczną osobowością. Komplementarna konstrukcja obu postaci z powodu zakodowanej w nich tajemnicy, różnicowana jest zachowaniem Harper. Ale stanowi typ tak znaczący, że znów Harper schodzi w cień służebny. Do męża się dystansuje, unika go, wszystko przemilcza, do nieznajomego mężczyzny zbliża się bez zahamowań, zwierza się mu otwarcie, rozmawia z nim długo i szczerze.

Halina Łabonarska- posągowa, pewna siebie, stanowcza, ujmująca, z zakodowaną w zachowaniu ostrożnością wyczuloną na stan emocjonalny córki - to matka Harper.  Starsze, doświadczone, mądrzejsze, co oczywiste, wcielenie córki i  wnuczki. Niezależna realistka, zawiedziona ale nie zrozpaczona z powodu rozczarowania córką, niszczy jednak całkowicie relację z Harper. Co ważne, bardzo subtelnie pokazuje tę niemożność wypowiedzenia tego, co się chce, co nie daje jej spokoju, bo wzbudza duże emocje, co należy powiedzieć dorosłej córce, gdy dziecko nie jest mimo swej dorosłości gotowe na to, by przyjąć prawdę. Nie daje się nic ocalić. Są do siebie podobne, mają takie same problemy w komunikowaniu się ze sobą. Matka uszczypliwa, dozująca niezadowolenie, wymieniająca wszelkie porażki Harper, ujawnia jej w końcu prawdę o ojcu, szanowanym nauczycielu, bystrym obserwatorze, co jeszcze bardziej przygnębia córkę. Pozbawia ją złudzeń. Wie, że nie ma w nikim oparcia. Zdana jest na siebie.

Martyna Kowalik, Sarah, to nastroszona nastolatka. Nerwowa, zbuntowana, podkreślająca cały czas niechęć do matki. Kocha oboje rodziców, ale ojciec więcej czasu jej poświęca, przecież nie pracuje, i z nim jest emocjonalnie bardziej związana niż z matką. Walczy o niego, oskarża i atakuje Harper w jego obronie. Ale prawda jest bardziej złożona niż się to jej wydaje i gdy wychodzi na jaw, przychodzi czas na korektę dotychczasowych ocen i uczuć. Nie jest związana ani z babcią, ani z dziadkiem.  Może jest to tylko kolejna demonstracja młodzieńczej niezależności.Lub brak relacji międzypokoleniowej naszych czasów.

Zarówno konstrukcja sztuki z ledwie  nakreślonymi bohaterami przez Simona Stephensa, jak i reżyseria Natalie Ringler, nie sięga do głębi. Buduje sytuacje, nie kumulacje. Pokazuje mechanizm, strukturę, schemat, konstrukt, gubi niejednoznaczność i neutralizuje wypracowaną na scenie siłę emocji. Tak naprawdę nie ma tu tragedii, jest konflikt interesów, brak porozumienia, zrozumienia, trudno więc tę narrację sceniczną jest udramatyzować reżyserią.

Nie udało się Natalie Ringler powtórzyć sukcesu BENTA, bo zabrakło tu tych kulminacyjnych emocjonalnych olśnień. Koncentrując się na  zbyt wielu wątkach pobocznych, spłyca główny, co osłabia dramat Harper. Aktorstwo Agnieszki Warchulskiej-poprawne, konsekwentne,znaczące- też nie wybija jej na plan pierwszy. Jakby rozbiło się lustro, w którym przegląda się Harper. Odpryski, nawet pieczołowicie pozbierane zniekształcają efekt całości. Autor sztuki a za nim pozostali twórcy za wszelką cenę pragną zwrócić uwagę jednocześnie na zbyt wielu problemach, które w efekcie pozbawiają nerwu historii Harper.  Przebija się znacząco konieczność wiary w wartości tradycyjne, chrześcijańskie, zwraca się uwagę na zasady określające miejsce i rolę kobiety w świecie mężczyzn łącznie z kodem jej ubioru, tego co jej wolno, czego nie wolno, podkreśla się bunt wieku dorastania i bunt wieku dojrzałego, jego konsekwencje na przyszłość, zaburzenia relacji międzyludzkich i komunikacji między nastolatkami, rodzicami i dziećmi, między małżonkami, pracodawcą a pracownikiem oraz negatywny stosunek do uchodźców Polaków, pogardliwy, szyderczy do Żydów, roli prawdy, milczenia, etyki, moralności, zdrady, żałoby, pożegnania z kochaną osobą, podróży, znaczenia miejsca zamieszkania/ co jest Londynem, co nie jest i jakie to ma znaczenie/, praca w mediach/ w dobie internetu po co?/, kwestia radzenia -nieradzenia sobie ze stresem/narkotyki?/, pociąg młodego chłopaka do seksownych, dojrzałych kobiet/brak matki?/, pociąg dojrzałych kobiet do młodych, pięknych nastolatków/Fedra?/, problem pedofilii, sytuacji prawnej podejrzanego o pedofilię, jego położenie po przyznaniu się do winy, itd. Tak, tematów, którym nadano szczególny status ważności jest bardzo, bardzo dużo. Zbyt dużo. Są mocne ale jednocześnie zaledwie zasygnalizowane. Wydaje się, że każdy z nich jest wierzchołkiem góry lodowej, odrębną nierozwiniętą never ending story.

Tak naprawdę chodzi o edukacyjną lekcję, dydaktyczną radę, by nie dać się zapędzić w kozi róg. Nie rezygnować z siebie, bo nie oszuka się własnej natury, warto zaufać sobie. Nie należy wyrzekać się marzeń, bo nie jest to konieczne a bywa szkodliwe. Trzeba uporczywie dogadywać się szczególnie z tymi, których się kocha, na których nam zależy. A życie i tak będzie trwać, czy tego się chce czy nie. Ważne jest, by  płynąć w jego głównym nurcie, nie dawać się marginalizować, wypchnąć na mieliznę. Wydaje się, że Harper obrała dobry kurs. Dusiła się, zachłystywała ale nie utonęła. Przejęła inicjatywę i zmierzać zaczęła w wyznaczonym przez siebie kierunku. Chciałoby się powiedzieć krótko:"Tak trzymaj Harper, tak trzymaj".


HARPER  Simon Stephens
reżyseria: Natalie Ringler
scenografia i kostiumy: Aneta Suskiewicz
muzyka: Piotr Łabonarski

obsada: Agnieszka Warchulska/Harper Regan/, Halina Łabonarska/Alison Woolley/, Adam Ferency /Elwood Barnes/Duncan Woolley/, Martyna Kowalik/Sarah Regan/, Otar Saralidze/Tobias Rich/Mickey Nestor/Mahesh Aslam/, Marcin Sztabiński/Seth Regan/James Fortune/

niedziela, 11 grudnia 2016

VLADIMIR TEATR EKIPA TEATR DRUGA STREFA


Ten spektakl jest o tym jak łatwo można stracić kontrolę nad własnym życiem, jak łatwo można przejąć kontrolę nad cudzym. To zdumiewające, że jest to możliwe. A jednak! Akcja realistycznie wprowadza nas w świat pogrążony w chaosie, niepokorny, wolny od wszelkich nakazów, obowiązków, zobowiązań. Spontaniczny, radosny, nieprzewidywalny. Szczęśliwy. Zabałaganiony, zaśmiecony, nieuporządkowany. Jesteśmy w mieszkaniu blokowiska z trojgiem jego młodych mieszkańców. Każdy jest niezależny, zajęty swoimi sprawami. Łączy ich nie nie tylko wspólne mieszkanie ale mentalność człowieka unoszonego na fali życia jakie jest. Bezrefleksyjnego, biorącego, co los przyniesie, poddającego się trendom, modzie, wygodzie. Relacje są luźne, nieokreślone do końca. Obowiązków brak, są same przyjemności, radości, smaczki. Bez troski o przyszłość, o chłopaka, o przyjaciela. Takie życie!

Gdy pojawia się potencjalny nowy lokator, bo pieniędzy brakuje, wydaje się, że będzie kolejnym kumplem do zabawy. Vladimir spokojny, opanowany, pozbierany zrobił dobre wrażenie i został przez wszystkich zaakceptowany. Wprowadził się jednak nie tylko do pokoju ale do życia każdego współlokatora najpierw zdobywając jego zaufanie, później uzależniając go od siebie. Krok po kroku zawłaszcza terytorium, narzuca własne zasady, wprowadza kodeks postępowania. Porządkując przestrzeń staje się wygodny, pożądany, użyteczny. Gdy pożycza pieniądze, rozprawia się z mafijnym bandytą jest już niezbędny.  W momencie wyrzucenia studenta z mieszkania sam rządzi tym mikro światem. Decyduje o jego status quo. Od potulności, mediacji, ugodowości przechodzi do cichej presji, przez przemoc do czystego obłędu terroru. Sprzeciw i brak podporządkowania budzi w nim agresję, wyzwala prawdziwą psychopatyczną naturę. Przywracając porządek burzy mir domowy, wywraca dotychczasowe życie bohaterów. Uzależnia ich od siebie, w końcu więzi swoim systemem wartości, opresyjnym sposobem zachowania.

Można by powiedzieć, że młodzi sami sobie są winni. Nieogarnięte, bezstresowe, nieostrożne lekkoduchy- fajne, sympatyczne, niewinne- jak niesforne dzieci pozbawione wyobraźni, doświadczenia, odpowiedzialności bezrefleksyjnie generują własne kłopoty, eskalują problemy, kumulują stres. Nie radzą sobie w życiu. Nie panują nad tym, co się w nim dzieje. Nic dziwnego, że tak łatwo było przejąć nad nimi kontrolę. Stosując stopniowaną, nakręcającą się manipulację pod przykrywką konieczności, pod maską bezinteresownej pomocy, pod pozorem czynienia dobra, przywracania harmonii.  W imię dobra wszystkich.

Realistycznie zagrana sztuka, jakby żywcem przeniesiona z  codzienności/brawo aktorzy!/, ma moc scenicznego psychologicznego trillera. Z finałowym wybuchem ekstremalnych emocji. Napięcie spokojnie, niepozornie, podskórnie rośnie, kumuluje się w brutalnym zakończeniu. Nie wiadomo, jaki będzie to miało wpływ na przyszłość, psychikę bohaterów. Spodziewamy się, że wyciągną wnioski, mamy nadzieję, że zweryfikują swoje postawy, oczekujemy, że zmienią zachowanie. Ale ta przyszła projektowana transformacja, o której bezpośrednio po zakończeniu sztuki myślimy, ma dokonać się tak naprawdę w nas samych. To my, widzowie, mamy zastanowić się nad tym wszystkim, co zobaczyliśmy, co przeżyliśmy. Bo może też ktoś niepozorny, łagodny, pomocny, przyjaźnie nastawiony, niepostrzeżenie staje się dla nas niezbędny, a tak naprawdę snuje niewidzialną pajęczynę uzależnień, przejmuje już nad naszym życiem kontrolę. Szykuje nam horror życia. Czuj duch! Powodzenia. :)

Cieszę się, że znaleźli się ofiarodawcy, także m.st. Warszawy, którzy pomogli Teatrowi EKIPA i Teatrowi Druga Strefa zrealizować ten ciekawy, interesujący, trzymający widza w napięciu projekt. To piękny gest wspierający kulturę. Radość dla artystów i widzów. Duża ich wdzięczność.:)

VLADIMIR
autor: Matjaz Zupančič
rezyseria: Jan Naturski
scenografia: Marzena Wodziak
muzyka: Grzegorz Mazoń
współpraca reżyserska: Marcin Maziarzewski
plakat: Angelika Salska
presskit: Katarzyna Wierzba
foto: Marta Ankiersztejn

obsada:
Dagmara Bąk
Paweł Ferens
Jarosław Książek
Jędrzej Taranek

Koproducja Teatru EKIPA i Teatru Druga Strefa
zdjęcie: https://www.facebook.com/photo.php?fbid=10208829460552915&set=a.4007465624128.2143258.1205810995&type=3&theater

czwartek, 8 grudnia 2016

RAGAZZO DELL'EUROPA TR WARSZAWA


Cudowna sztuka, cudowni aktorzy. Tekst. Scenografia. Reżyseria. Całokształt. Ale przez swą niepokorność, zadziorność i humor. Dystans do siebie i roli. Galopujący tekst i sceny. Mordercze tempo. Dynamiczną akcję. Splątanie tego, co odkrywają kulisy i ukrywa scena. Jej wymogi, blaski i cienie, głęboki twórczy kryzys spowodowany brakiem haryzmy, czaru, natchnienia, pomysłu na rolę w ostrym zabarwieniu zwątpienia. Kwestia reprezentacji postaci, tego co jest i nie jest prywatne, czy wszystko jest na sprzedaż, co jest fikcją, rolą a co prawdziwym życiem w czasach kapitalistycznego neoliberalizmu, który zamiast oczekiwanego szczęścia funduje ubezwłasnowalniającą człowieka depresję.

To nie jest tylko sztuka o tym, jak wyglada proces kształtowania dzieła/filmu, spektaklu/ ale cały szalony galimatias związany z dyspozycją aktora, jego umiejętnościami radzenia sobie ze stresem, z kryzysem, z poprzednimi rolami, które w jakimś stopniu tworzą jego image, wpływają na kolejne role, życie osobiste i emocjonalne, psychiczne. A wszystko to jeszcze z dygresjami na temat klasy średniej, zagadnieniem heteroseksualności. Kształtowaniem wizerunku, tak, by świat artystę rozumiał i postrzegał, jak on chce i sobie wyobraża, życzy. Jak jest naprawdę? I co z tego wynika?

Widzowie podglądają, obserwują i ledwie nadążają ze zrozumieniem, co się dzieje. Czas szybko mija. Liczne odniesienia filmowe, konstrukty naukowe, problemy psychologiczne, zjawiska socjologiczne, więcej niż dwa plany akcji/scena, kulisy, ujęcia na ulicach Warszawy/, częste przebieranki, zmiany tempa, przeplatanie się różnych wątków, sceny filmowe i sceniczne i prywatne lub medialne wypowiedzi, komentarze, wywiady pokazują meandry i mielizny życia aktora i wpływ zawodu na jego psychikę w kontekście oczekiwań, ograniczeń, stresu. Przemieszanie co jest kreacją a co prawdą, iluzją a rzeczywistością komplikuje wszystko jeszcze bardziej, uatrakcyjnia przekaz.

Pozostaje obraz inteligentnej, kreatywnej gry, która nie boi się eksperymentu, szarżowania, prowokacji i obnażenia. Używa performansu, histerycznej formy wypowiedzi, stand upu, scenicznej opresji. Bezwstydnie krytyczna wobec samej siebie balansuje między komizmem i dramatyzmem. Śmiesznością i powagą. Drwiną i kompromitacją. Wymóg ciągłej kreacji wymaga wyrobienia w sobie umiejętności dystansowania się i traktowania pracy i siebie z poczuciem humoru. Konieczność dyspozycyjności i sprawności, poddawanie się nieustannemu osądowi funduje permanentny stres.

Widzowie podglądają skomplikowane życie sceniczne, życie pozasceniczne aktorów. Ale oni siebie nawzajem również. Wspomagają się, motywują, walczą. Dyskutują, improwizują, wybuchają złością, emocją, kłócą się, wywierają presję, zdają się na instynkt i doświadczenie, swoją wyobraźnię. Moc perswazji prawdy i kłamstwa, komplementu i drwiny. Siłę talentu i własnej osobowości. Opanowania, sprawczości warsztatu aktorskiego. Aby tylko osiąnąć cel; ukończyć dzieło/film, spektakl, reklamę, itd./.

Ale wątpliwości i pytania się piętrzą. Przeszkadzają stworzyć sobie siebie i świat na podobieństwo harmonii porządku i spokoju ducha. Przepracowani, w ciągłym pędzie zastanawiają się czy w ogóle mogą być w tym systemie paradoksalnie demokratycznego wyzysku, w równym stopniu generującym instytucjonalny zysk i indywidualną depresję, szczśliwi. Aktorzy nieustannie sprawdzają: kim są a kim nie, jak inni ich widzą, jaki to wszystko ma sens w tym bezsensie i ogólnym pomieszaniu wszystkiego ze wszystkim. Jak radzić sobie ze stresem, kryzysem twórczym, przemijaniem, depresją, himeryczną oceną opinii publicznej- fanowską, branżową, koleżeńską, krytyką. Ogólną oceną człowieka jako towaru na wolnym rynku, w klinczu podaży i popytu.

Otrzymujemy w efekcie dynamiczny miks teatralny o dużej sile ekspresji. Współczesny obraz człowieka, tu artysty, którego życie zawodowe wpływa na życie prywatne, wywołuje burzę emocjonalną, kryzysy wiary w siebie, nieustanne kwestionowanie doświadczenia i siły swego talentu. Ale człowwiek nie jest sam. Zespół go stymuluje, kontroluje, wspomaga na wszelkie możliwe sposoby. Wszak wszyscy są w podobnej sytuacji. Jadą na tym samym wózku koniunkturalnej popularności, niestabilnej oglądalności, kaprysów sławy. Ostatecznie decydujące znaczenie ma fakt, w jaki sposób można stłumić negatywne emocje, zneutralizować paraliżujący lęk, by przełamać ten negatywny impas, aby nie przerodził się w sromotną porażkę a doprowadził do spektakularnego sukcesu. Trzeba się pozbierać, ogarnąć. Warto podejmować ten wysiłek indywidualny i zbiorowy. Bo stawka jest większa niz życie. A każda zagrana rola winna pomagać w karierze. Dobrze jest gdy wzmacnia a nie osłabia pozycję aktora. Pokazuje jego możliwości i granice, które udaje się mu przekroczyć. Bo ważne jest, by się rozwijać, posunąć się w swoich wysiłkach do przodu. Zdobyć kolejne role, cele. Wyższe, wazniejsze, piękniejsze. Takie, które dają satysfakcję. Poczucie spełnienia.

Spektakl jest sukcesem. Równego, charakterystycznego aktorstwa całego zespołu. Odważnej, błyskotliwej reżyserii Rene Pollescha, która buduje pozytywne, mimo negatywnych treści, złożonej karkołomnie formy, pomysłowej scenografii, napięcie. I mimo upływu lat, premiera była w 2007 roku, powoduje, że nadal jest świeży, aktualny, iskrzący humorem, artystyczną kreacją, sceniczną energią. Pokazuje artystycznego świata, aktora walkę o przetrwanie. Pokazuje jak w tym wielopoziomowym labiryncie życia człowiek błądzi, upada, kluczy. Ale jeśli uporczywie szuka dróg wyjścia, ma wsparcie otoczenia, to jest szansa na osiągnięcie celu. Jest nadzieja, jest! Choćby na krótką chwilę szczęścia.



RAGAZZO DELL'EUROPA

http://trwarszawa.pl/spektakle/ragazzo-delleuropa/

zdjęcie:materiały TR Warszawa

środa, 7 grudnia 2016

MOKRADEŁKO Teatr Nowy w Poznaniu FESTIWAL POLSKA W IMCE


Życie wyprzedza sztukę w swej kreacji. Również zła. Staje się forpocztą tego, co przeczuwamy lub wiemy a jednak nie potrafimy tego właściwie zrozumieć, zareagować, wyrazić. Sztuka potrafi. Ta scenografia pokazuje pustkę, wyznacza symboliczną przestrzeń społecznej komunikacji, która nie jest w stanie wypracować mechanizmów obronnych dla tego, co się dzieje za zamkniętymi drzwiami mieszkań, indywidualnych miejsc kaźni rodzinnych. Małych piekiełek fundujących traumę na całe życie, wypalających piętno nie do usunięcia. Wyrządzone zło potężnieje przez to, że nie jest zrozumiane, ocenione, ukarane, wyklęte. Zduszone w zarodku.

To bolesny spektakl. Przejmujący. Oparty na prawdziwej historii opowiedzianej w książce Katarzyny Surmiak-Domańskiej pod tytułem MOKRADEKO. Pedofilia, przemoc w rodzinie to nadal temat tabu. O tym jest sztuka. O przyzwoleniu na karygodne zachowania ojca gwałcącego przez lata córkę, Halszkę, molestującego też inne dzieci/nawet wnuczkę/, terroryzującego całą rodzinę. Spektakl pokazuje, jak ofiary bezkarnego mężczyzny przez lata sobie z tym radzą, jak otoczenie Halszki -mąż, teściowa, sąsiadka, matka- reaguje gdy oficjalnie o wszystkim już wie. Spektakl konfrontuje widzów z tym, co bohaterowie myślą, czują i deklarują, jak się zachowują, oceniają. Uderza obłuda, głupota, bezsilność społeczności. I nieprawdopodobna, bezwarunkowa miłość dziecka do matki, jej szczególny stosunek do ojca. Ofiary do jej katów. Nawet wtedy, gdy jest już dorosła, ma własną rodzinę, dzieci, życie. Bo reakcje jej dorosłego świata są niezrozumiałe. Wszyscy, prędzej czy póżniej, konfrontowani są z prawdą. I bardzo indywidualnie reagują. Mimo naganności czynu ojca nadal go usprawiedliwiają, tłumaczą i bronią jako porządnego, normalnego obywatela społeczności. Mężczyznę, który ma swoje potrzeby i nawyki. Miłą powierzchowność, przyjemne obejście. Ojca, głowę rodziny, któremu więcej można z racji zajmowanej tradycyjnie pozycji w rodzinie. Jemu współczują, jego rozumieją, za nim się ujmują. Wszyscy bez wyjątku. Akceptują zło piętnując ofiarę, broniąc kata. Te reakcje są zdumiewające, bo otwierają przed nami kolejne mentalne światy. Osłaniają ich motywacje, przyczyny i skutki.

Na scenie każdy przedstawia swoje racje. Roznosi się zapach pulpecików z kluskami, bo tak pachnie dom rodzinny, normalny, czuły, zapobiegliwy. Dbający o dzieci. Ale pozory mylą. Ojciec całe życie terroryzował całą rodzinę, znęcał się, upokarzał, straszył i bił żonę. Stosował przemoc, pił alkohol i miał poczucie, że mu wszystko wolno, bo jest bezkarny. To on w domu jest panem i władcą z racji zajmowanej pozycji, kultywowania tradycji, przykazań wiary. Matka, wychowana w patriarchalnej rodzinie na Śląsku, zastraszona, złamana, bezwolna, podporządkowana/bo tak trzeba/ znosi to i akceptuje. Jest również ofiarą. Ale też i współwinną tego, co się dzieje w domu. Nie przyjmuje do wiadomości zła, które trwa za jej przyzwoleniem. Nie buntuje się, nie szuka pomocy pozostając w jakimś szczególnym stanie otumanienia przekonana, że tak byc musi, bo dobro rodziny jest najważniejsze. Pracuje, potrafi o siebie i innych zadbać, dałaby sobie radę sama a jednak boi się, zaszczuta nie czuje się pewnie. Ulega. Broni do końca męża, wyrodnego ojca jej dzieci. Chce mieć święty spokój, bo problemy ją przerastają, przerażają. Nie chce o nich mysleć, bo musiałaby coś zrobić. Wysztafirowana sąsiadka, przykładna żona swego męża, też nie dowierza ofierze, która jej zdaniem, nie zachowuje się jak prawdziwa ofiara. Bo ta pisze książkę o sobie, wyznaje w niej wszytko o relacjach z ojcem, udziela wywiadów, występuje w mediach. Podważa dotychczasowy porządek społeczny obnosząc się ze swoją krzywdą. Teściowa, była nauczycielka matematyki, oczytana, jak twierdzi, też nie akceptuje wywlekania brudów z przeszłości  na widok publiczny. Upiera się, że trzeba milczeć, zapomnieć, wymazać z pamięci wszystko co złe a przynieść może niepotrzebny rozgłos, stygmatyzujący wstyd. Bo jak się o problemach nie mówi, to nie istnieją. Nie trzeba reagować, nie trzeba nic robić, by ratować dobrego imienia rodziny. Nie przyjmuje do wiadomości, że trzeba uświadamiać ludzi i przestrzegać, uwrażliwiać i uczulać, że to bardzo ważne również dla ofiary w jej walc z traumą. Hipokryzja, obłuda, mentalność prymitywnych ludzi zaprzcza prawdzie. Krzywdzie dzieci, cierpieniu żony, które nigdy się nie kończy. Ich atak na Halszkę był instynktowną samoobroną, w istocie przyznaniem się do winy. Nic przecież nie zauważali, nie reagowali, nie ingerowali. Nie ratowali dziecka, nie ratowali żony. Milczał kościół, milczała szkoła, milczała cała społeczność.

Najbardziej przejmująca jest ta miłość okaleczonego dziecka do obojga rodziców. Poszukująca ich bliskości, czułości, akceptacji. Czekająca na przyznanie się do winy. Przebaczająca zanim poprosili o przebaczenie. Zanim się ukorzyli. Tęsknota za matką, za uczuciem, którego nigdy od niej nie dostała powoduje, że Halszka raz poddaje się reżimowi domowej przemocy, innym razem prowokuje wszystkich swoim zachowaniem.

Najbardziej ujmująca jest ta jej siła, która mimo okaleczenia psychicznego, potrafiła dalej żyć, Wyszła za mąż, rozwiodła się, wyszła ponownie za mąż, w końcu wróciła do pierwszego męża. Urodziła troje dzieci. Wracała do ojca, wracała do matki. Z uporem nagłaśniała sprawę, mimo niezrozumienia przez najbliższe otoczenie, mimo odrzucenia, oskarżeń. Mimo wstydu, narażania się na złe traktowanie, na pogardę.

Najbardziej przerażająca jest ta obojętność silniejszych, którzy robią wszystko, by Halszce zamknąć usta, a gdy się to nie udaje oskarżają ją o to, że sama sobie jest winna. I nie ma to nic wspólnego z racjonalnym mysleńiem tylko jest bezwstydnym wyrzekaniem się poczucia winy, obłudnym brakiem wyrzutów sumienia, bezwzględnym szukaniem świętego spokoju, za wszelką cenę zachowaniem pozorów, że wszystko jest w najlepszym porządku. Porażająca jest ta bezczynność, bezsilność, bierność prowadząca do poddania się losowi bez walki. Bo jest odziedziczone po przeszłych pokoleniach, przyjęte za normalne, oczekiwane, właściwe, zachowanie. Dla dobra rodziny trzeba się poświęcić. Zapomnieć. Milczeć. Znosić wszystko. Nie myśleć. Nie myśleć. Nie myśleć.

Proces dochodzenia do prawdy uświadamia, że w jakimś stopniu wszyscy tu są ofiarami, doświadczyli kiedyś większej lub mniejszej przemocy. Nie mają odwagi, determinacji, siły, by przeciwstawić się systemowi, który ukrywa zło, bo nakaz chronienia rodziny, podporządkowania ojcu, mężowi był im wpajany od urodzenia, z pokolenia na pokolenie. Tradycja, obyczaj, wiara trwale konstytuowały przymus znoszenia krzywdy, zamiatania pod dywan wszelkich wynaturzeń, dewiacji w obrębie domu rodzinnego/w tym: molestowania seksualnego, pijaństwa, bicia, znęcania się/.

Prawda jest zawsze jedna ale czy można ją poznać? Halszka opowiada, co jej zafundował ojciec, co matka, jak musiała z tym żyć, jak dawała sobie z tym radę. Okazuje się jednak, że jej wersja podważana jest przez każdego słuchacza, znajomego, członka rodziny, który pragnie narzucić własną tej prawdy interpretację. Problem polega na tym, że wszyscy chcą wiedzieć, co się działo ale nikt nie chce uwierzyć, że relacjonowana historia jest prawdziwa, a Halszka niewinna. Atakując ofiarę przemocy odwracają od siebie uwagę. Odsuwają winę. Umywają ręce. Halszka nie zachowuje się jak ofiara, nie wygląda jak ofiara. Prawda wskazuje na odpowiedzialność otoczenia za to, co się działo. Jedni podświadomie czują się niepewnie, jakby byli postawą dziewczyny zagrożeni. Inni są zazdrośni o to, że Halszka była w stanie tak otwarcie o molestowaniu mówić, żyje według własnych zasad i uwolniła się od konieczności ukrywania wstydliwej tajemnicy.

Dziś tak nie musi być, a jednak jest. Zdarza się. Może nawet jeszcze zbyt często. Dlatego ważny jest ten spektakl, który bez epatowania, powściągliwie, solidnie przepracowuje z publicznością złożony problemu przemocy w rodzinie, znieczulicy otoczenia. Sięga do jego jądra ciemności.

Spektakl pokazany w Mikołajki w ramach Festiwal Polska w IMCE miał swoje szczególnie uroczyste zakończenie. Był to dzień imienin i urodzin reżysera, Mikołaja Grabowskiego. Zagrzmiało STO LAT, jubilat otrzymał okazały bukiet czerwonych róż, zjedliśmy po kawałku pysznego, urodzinowego tortu. Było cudownie.

A już 20-21.12.2016 o godz.19.00 bedzie można zobaczyć spektakl PREZYDENTKI w reżyserii Krystiana Lupy Teatru Polskiego we Wrocławiu.


MOKRADEŁKO według Katarzyny Surmiak-Domańskiej 
adaptacja, reżyseria, opracowanie muzyczne: Mikołaj Grabowski 
scenografia i kostiumy: Katarzyna Kornelia Kowalczyk 
reżyseria świateł: Michał Grabowski

obsada: Dorota Abbe, Gabriela Frycz, Edyta Łukaszewska, Daniela Popławska, Maria Rybarczyk, Marta Szumieł, Martyna Zaremba-Maćkowska, Sebastian Grek, Mariusz Puchalski.


Pokazy na festiwalu Polska w Imce, 6, 7 grudnia, godz. 19. Teatr Imka, ul. Konopnickiej 6.