czwartek, 3 września 2015

LILLA WENEDA SŁOWACKI ZADARA POWSZECHNY

autorzy plakatu: Homework / Joanna Górska, Jerzy Skakun

Wojna polskich indywidualnych i zbiorowych światów przeszłości determinujących teraźniejszość, która narzuca stan klinczu niemożności kolejnym pokoleniom zamiast upragnionego zwycięstwa spokoju, zrównoważonego rozwoju, wspaniała, urzekająca, wybitna rola Pauliny Holtz, kontrapunktująca ją intrygująco, konsekwentnie, nowatorsko Barbary Wysockiej, dopełniająca roli kobiet w walce Karoliny Adamczyk, spójna uroczego Bartosza Porczyka i klasa doświadczenia Edwarda Linde-Lubaszenko oraz koncepcja dyskursu Michała Zadary z widzami o sprawach istotnych współcześnie w podbijającej siłę scenicznej wypowiedzi scenografii Roberta Rumasa to waga tego spektaklu. Brzmienie złotej harfy sztuki.

Klasyka, również LILLI WENEDY, jest pamięcią, rejestracją tego, co ponadczasowe, uniwersalne, nadal współczesne. Niesie przez czas wiedzę o człowieku, narodzie i tym, do czego jest zdolny, na co go stać. Wobec zagrożeń, wobec przemocy. W stosunku do najeźdźcy, w stosunku do okupanta. W obliczu zagrożenia utraty  tożsamości narodowej. Przechowuje prawdę, której nie można zignorować, obśmiać, zapomnieć. Inaczej oszukujemy samych siebie. Błądzimy. Brniemy w ślepe zaułki, postępujemy wbrew własnej naturze, tkwimy w kanale bez wyjścia. Dajemy się prowadzić na rzeź. W błocie, ciemności i permanentnym stanie wojny. Z samym sobą, wszystkimi wokół. Rozproszeni, skłóceni, sfrustrowani. Wiecznie nieszczęśliwi cierpiętnicy. Okaleczeni frustraci. Nieskuteczni, słabi, niedouczeni. Czekający biernie na cud. Złotą harfę, złoty róg. Trwoniący cenny kapitał własnych zasług, ocean przelanej krwi bliźniego swego, ciężkiej pracy w wyniszczających nieustannych wojnach, chocholich tańcach. Wewnętrznych wojenkach. Otumanieni snami o potędze, oszołomieni celami niemożliwymi do osiągnięcia. Poza rozsądkiem, bez rozwagi, trzeźwego oglądu ludzi i rzeczy, spraw swoich i tego zawsze wspaniałego nowego napierającego na nas świata. Dlatego dobrze jest przejrzeć się w zwierciadle przeszłości, by zobaczyć, kim się dziś jest. Zrozumieć dlaczego.

Co my tu mamy? Według autora, Juliusza Słowackiego, lud Wenedów podbity przez lud Lechitów. LILLĘ WENEDĘ napisał po powstaniu listopadowym. Według reżysera, Michała Zadary, rozwinięcie dramatu w realiach XX wieku i źródło, przyczyna naszego współczesnego genotypu społecznych zachowań. Interpretacja może być bardzo szeroka. Otwarta.Mityczne ludy walczą ze sobą, powstańcy w kolejnych powstaniach walczą o niepodległość z zaborcami, w czasie wojen Polacy walczą z okupantem, po wojnie nadal trwała walka z sowietami narzucającymi ideologię bolszewicką. Ale walka może też toczyć się w obrębie jednego narodu i tylko zła ale sprawniejsza, lepiej przygotowana, silniejsza strona mocy zwycięża pokonując drugą. Nic nie jest ostatecznie jednoznacznie dobre lub złe jeśli chodzi o wojnę, która dla każdego jej uczestnika jest próbą ognia. I toczy się w każdym jej uczestniku, poprzez niego. I nie umiera nigdy. Można odnieść wrażenie, że mimo dokonanego podboju, narzucenia swojej racji, ideologii, walka toczy się nadal, do końca nigdy nie jest rozstrzygnięta. Kolejne powstania, zrywy narodowe i ich klęski, ofiary bratobójczych walk, starcia ideologiczne, polityczne, zaklęty krąg błędów i wypaczeń determinują nas dziś.

Scena jest polem bitwy. W centrum błotną miazgą, mieszaniną  martwej ludzkiej natury, upadlającą przestrzenią działania i grobem przegranych Wenedów. Z dwoma po bokach marginesami podestów bez właściwości, miejscem działania władzy, rewirem zwycięskich Lechitów. W głębi wysoki, surowy, ceglany mur. Przestrzeń to więzienie, mimo drabiny sięgającej teatralnego nieba wyczarowanego światłem, słupem jasności boskiej czy warszawskiego powstańczego słońca. Może to drabina Jakubowa, może drabina warszawskich kanałów. Ale sytuacja jest bez wyjścia. Wszyscy są uwięzieni, zakleszczeni i mimo chęci wyzwolenia tkwią w  klinczu własnych niemożności, ograniczeń i słabości. Mimo spektakularnych zrywów, ciężkiej codziennej pracy, zdolności. Ciągła wyniszczająca walka trwa nadal. Największym naszym wrogiem jesteśmy sami dla siebie. I uwięziona w nas przeszłość.

Może to walka Polaków z Niemcami w czasie drugiej wojny światowej. Można też założyć, że Lechici są żołnierzami, przywódcami AK, tymi, którzy odbili serca, zawładnęli duszami żołnierzy Powstania Warszawskiego, Wenedami, i prowadzą ich do zguby. Wtedy jest to kontekst oskarżycielski w stosunku do tych, którzy wiedli świadomie, swoich ufnych, słabo przygotowanych braci rodaków na pewną rzeź i wyniszczenie. Uzbrojonych nie w karabiny, amunicję, sprzęt a jedynie w gasnącą pieśń na ustach, silne wspomnienie brzmienia złotej harfy-idei, racji, powinności, obowiązku. Gdy walka miała być tylko demonstracją siły, niezłomności ducha, patriotycznego zrywu ku wolności . Heroiczną ofiarą: masową, okrutną, krwawą. W walczących mniemaniu niezbędną, uzasadnioną, konieczną. Jedynie słuszną. Oczywistą. Może to okres powojennego podporządkowywania sobie Polaków przez Sowietów. Siłą narzucana jedynie słuszna ideologia dyktatury proletariatu. Brutalna walka o przetrwanie tożsamości narodu, brutalna bratobójcza wojna.

Zawsze jednak są to przeciwstawne strony, w gruncie rzeczy impulsywne, naiwne, emocjonalne, poddające się manipulacji zwykłego cwaniaka, złodzieja, kłamcy, intryganta, hochsztaplera. Niepozornego Ślaza bez charakteru. Odpornego ideowo. Z jedyną wartością stałą: kursem na przetrwanie za wszelka cenę, zarobieniem na wszystkich i wszystkim pieniędzy. To on podkręca dramaturgię zdarzeń. On jest ostatecznym demiurgiem mimo woli. Reprezentującym wszystko co niskie, przyziemne, bliskie naturze, instynktowi. Sprytny, nieobliczalny, bezrefleksyjny. Wesołek nieokrzesany. Zaradny mędrek. Budzący jednak zaufanie. Potrafiący oszukać, okpić wszystkich. Kameleon życiowy-ten przetrwa.Udaje mu się oszukać Wenedów i Lechitów. Nieświadomie sprowokować dramaty, które ujawniają prawdziwą twarz jednych i drugich. Doprowadzają do tragedii. Pokazują prawdę o wojnie ludzkich światów, naturze ludzkiej, wyniszczającej walce, której nie widać końca.  Obnażają słabość, brak czujności przeciwników. Przypadek i brak szczęścia wpisany w każdą wojnę, w każdy człowieczy los.

Wojna to sprawa męska ale rodzaju żeńskiego więc tu duchem sprawczym są silne, mocarne, twarde kobiety. Zdecydowane, aktywne, gotowe na wszystko ale emocjonalne, uczuciowe, wrażliwe, czułe, kochające. Impulsywne, szalone,  nieobliczalne. Pełne sprzeczności. Co je gubi i doprowadza do klęski. Pokazuje okrucieństwo sprowokowane ekstremalnymi stanami emocjonalnymi.

Taka jest opanowana, zimna, konsekwentna, zła Gwinona/Paulina Holtz/. Absolutnie dominująca, przekonywująca, bezkompromisowa. Nieustępliwy, okrutny terminator, tyran, dyktator, kobiecy pan i władca. Któremu czarowi ulegamy, poddajemy się. Rozumiemy. Podziwiamy. I godna jej przeciwniczka Lilla Weneda/Barbara Wysocka/. Waleczna, odważna, sprytna, inteligentna, bezczelna, podstępna kobieta wojownik, gracz, negocjator. Szlachetna, oddana rodzinie i sprawie. Irytuje, drażni, prowokuje. I jeszcze Roza Weneda, kapłanka, szamanka, wróżbitka, wieszczka, matka przyszłego mściciela. Ucieleśnienie przeczucia i doświadczenia. Ale i ona -opanowana, skupiona, wyciszona-potrafi zabić w szale bólu i cierpienia. W gwałtownym przypływie zemsty. Nie potrafi wyczuć kłamstwa, przeniknąć manipulacji Ślaza. Popełnia błąd, niweczy powrót harfy i żywej Lilli.

To ta trójca kobieca przesądza o wszystkim. Uzurpatorka przejmująca inicjatywę. Podejmująca działanie. Wypełniająca przeznaczenie. Decydująca ostatecznie o losie swoim i innych. Rodziny i społeczności, którą reprezentuje.

Bo mężczyźni przy kobietach wydają się bezbarwni, ulegli, bezwolni. Derwid Weneda, ojciec, duchowy przywódca, kapłan, pieśniarz, waleczny, nieugięty, odważny gdy jest pozbawiony instrumentu-okaleczony, poniewierany, więziony, skazany na śmierć- traci godność, moc, siłę. Przegrywa. Jest strzępem człowieka. Wzruszającym, bezradnym ślepym, cierpiącym nad klęską starcem. Wzbudzającym litość. Wymagającym opieki, wsparcia, pocieszenia.  Mąż Gwinony jest jej podporządkowany, uległy. To przywódca figurant, którym rządzi żona. Zupełnie nie ma na nią wpływu. Synowie Derwida to żołnierze pierwszej linii frontu, bezdecyzyjni, nijacy. Syn Gwinony, Lechon, to mięczak, wymoczek, baba,  maminsynek, mimowolny uczestnik wydarzeń, ofiara losu. Ślaz to też kombinacja przypadku i braku charakteru.

Cokolwiek się dzieje, nie ma charyzmatycznego  przywódcy z prawdziwego zdarzenia, z krwi i kości, który doprowadziłby do bezdyskusyjnego, pewnego, ostatecznego zwycięstwa. Takiego, co by pokazał, po której stronie jest ostateczna racja. Wina i kara. Wszyscy uczestnicy tych zmagań są splątani sprzecznościami, okolicznościami, wydarzeniami, w które zostali wciągnięci lub sami się w nie uwikłali, kierując się nie rozumem a impulsem, oczekiwaniem, chciejstwem. Wszyscy stanowią jednię ofiary wojny. I czekają na cud. Na pieśń, na ideę, na doktrynę, uzasadnienie, łut szczęścia.  I raczej czują niż rozumieją, co się wokół nich za sprawą  ich emocji dzieje. Ignorują zdrowy rozsądek, podpowiedzi rozumu, sygnały instynktu samozachowawczego. Rzucają się na szaniec w ofierze. W poczuciu obowiązku ryzykowania własnego i innych ludzi życia, by znaleźć sposób na wygraną a efekcie chcą srogo zemścić się na wrogu, z Bogiem albo i mimo Boga. Ale w zemście za osobę, którą najbardziej kochają. Walczą o sprawę w imieniu wszystkich ale  psują wszystko dla osobistego wyrównania krzywd. Lub z chęci zysku/Ślaz/.

To musi się zawsze skończyć źle. I jest narzuconym przyszłym pokoleniom zobowiązaniem pamięci i szacunku do ich decyzji. Historii nie da się zmienić. Ale to właśnie nas ubezwłasnowolnia. Zamiast wzmocnić, osłabia i więzi w niemożności wyzwolenia się z działania według przeszłych pokoleń scenariusza a nie według własnego, adekwatnego naszym czasom. Bunt wydaje się bezskuteczny. Ciągle popełniamy te same błędy, wchodząc w koleiny wypracowane w przeszłości. Zanurzamy się w ten ocean przelanej krwi i toniemy  uwięzieni w powstańczych kanałach bez wyjścia. W stanie niekończącej się wojny. U zarania dziejów wszczepionej  w genotyp mentalny, charakterologiczny i osobowościowy Polaka. Walczymy od zawsze z najeźdźcą, państwami dokonującymi rozbiorów, okupantami wojennymi, ideologicznymi wrogami i sami ze sobą.

Oczekiwanie na działanie harfy, walka o nią, kolejne zaprzepaszczone szanse na zwycięstwo to brak, niedostatek, niemożność, utracona nadzieja na podjęcie walki. Szukanie panaceum poza sobą. Jakby ciążyło fatum nad narodem polskim, pozbawiające go szansy na zjednoczenie wokół jednej zgodnej pieśni, idei, doktryny, myśli, która trafiłaby prosto do serca narodu, wzmocniłaby ducha, pozwoliła znaleźć siłę na wspólny trud wybicia się z marazmu, ograniczeń, niemożności. By przezwyciężać klęski. Pokonywać słabości. Wybić się na niepodległość myśli i czynu. Indywidualnie i zbiorowo. Naród bez wspólnoty, bez siły napędowej, bez wartości przestaje istnieć. Będzie pokonany. Skłócony. Rozbity. Z własnej winy. Z nadmiaru własnych niedostatków i ułomności. Niedowartościowany, skłócony wewnętrznie. Czeka, nasłuchuje bierny, zagubiony, osłabiony.

W spektaklu złotą harfą jest radio. Słyszymy muzykę klasyczną i inne dźwięki. Operowe arie. Fragmenty. To, co ponadczasowe. Wzniosłe. Uniwersalne. Mocne. Oddziałujące na wyobraźnię, emocje, motywacje. Unieważniające strach. Podbudowujące odwagę, siłę ducha, wzmacniające wolę działania, uczestniczenia w przedsięwzięciach trudnych, ryzykownych, wymagających poświęcenia, ofiary. Mobilizujące cały potencjał, wyzwalający  w człowieku więcej, lepiej, mocniej, do krwi ostatniej. Tak, że przekracza własne ograniczenia. Zapomina o własnej niemożności. Słabości. Niedoskonałości. Ale w urywającym się, zanikającym brzmieniu. Jak gasnąca, zagubiona, przypadkowa melodia, pieśń, idea. Powidok dźwiękowy. Gasnący sygnał.

Rozwija mi się to w skojarzenie, że harfą dziś zarządzają media, przekaźniki manipulujące , moderujące zbiorową wyobraźnią jednostek, grup, narodu. Ich przekaz potrafi zmieniać nie tylko fakty ale i całe konteksty zdarzeń, problemów, zjawisk. Ich narracja jest tą, której ulegamy zgodnie z psychologią tłumu. Ich dyskurs narzuca poziom, argumentację, uzasadnienia. Wzmacnia modne, nośne idee, kształtuje poglądy, kontroluje nowe prądy. Atakuje i walczy. Niszczy i tworzy.Tym mocniejszym akcentem spektaklu jest końcowa scena dostarczenia,  Wenedowie myślą, że harfy, jak się okazuje martwej Lilli. Ta scena śpiewa milczącą zemstą. Smutkiem. Przegraną. Nakręcającą się nienawiścią. Wolą odwetu. Eskalacją wzajemnego wyniszczenia. Dźwięk złotej harfy może więc wyzwalać ale i niszczyć.

Liczy się w sztuce tej czyn, postawa, motywacja, splątanie. Mistrzowski  sparing dobra ze złem, siły ze słabością, rozumu z emocją, Gwinony z Lillą  i Rozą Wenedą niezależnie obok , z dystansu. Zaginęła gdzieś poezja Słowackiego. Przepadła w rozstrzelonym artykułowaniu tekstu. Sylabizowaniu. Dokładnym, chłodnym, precyzyjnym, doskonale słyszalnym odrębnym wypowiadaniu poszczególnych słów, akcentowaniu kwestii. Deklamacji wyrazistej, jakby racje wkładano do głowy słuchacza słowo po słowie. Budowane  są z nich poszarpane szczątki, rozdarte, chropowate, monotonne tyrady. Jakby wypowiadający je na nowo składali słowne puzzle w obrazy znaczeń. Z trudem, mozołem, natrętną pauzą. Z zawieszeniem. Epatuje nie romantyczne uniesienie, rozbuchane uczucie a próba powrotu do równowagi, zdefiniowania na nowo swojej racji, silnej motywacji, twardej argumentacji. To głównie Lilla Weneda Barbary Wysockiej szuka w ten sposób innej, różnej od dotychczasowej, ekspresji i stylu wypowiedzi.  Z przekonania, że patos byłby archaiczną pułapką, ślepym zaułkiem.Jest metodyczna, precyzyjna, ironiczna. Nie można współczuć czystej, bohaterskiej choć naiwnej Lilli, płakać nad jej losem i przyszłością narodu przegranego. Za to szalejemy z bólu razem z matką Gwinoną po stracie jej syna. Doskonale rozumiemy, że umiera w niej istotna część niej samej. Współczujemy agresorowi, najeźdźcy, oprawcy. Czarnemu charakterowi. Sekundujemy dokonującej  się na naszych oczach zbrodni. Jesteśmy po stronie okrutnej Gwinony. Bo jest wiarygodna, w końcu okazuje się, ze też ludzka, niejednowymiarowa. Wspaniale, konsekwentnie, równo, klasycznie doskonale poprowadzona rola Gwinony Pauliny Holtz zawłaszcza narrację. Dominuje, pochłania, przykuwa widza uwagę, pozyskuje dla siebie, przekonuje. Ideał pociągającego, uwodzącego zła.  Barbara Wysocka robi wszystko, by być dla niej opozycją, kontrastem. Godnym, równym, trudnym przeciwnikiem. I góruje, zwycięża  racjonalna, skuteczna metoda, podstępne działanie Lilli, choć ona sama zostaje zamordowana. I z nią szansa na odzyskanie przez Wenedów harfy. Wojna tak naprawdę się nie skończyła. Roza Weneda Karoliny Adamczyk to polska Kasandra, której nikt nie słucha, nie rozumie a która robi swoje. Ona też po przekroczeniu granicy bólu brutalnie, okrutnie zabija w akcie niepohamowanej zemsty. Wszystkie trzy aktorki grają nieprawdopodobnie szeroko, różnorodnie, odrębnie. Każda inaczej doskonale. Od ekstremalnej czułości, łagodności, poprzez przebiegłe, konsekwentne, trzeźwe działanie po skrajną ekspresję przemocy lub rezygnacji.  Bardzo złożone, trudne role. Majstersztyk aktorski. Angażujący widza. Wciągający go w swoją aurę. Emocjonalnie podstępny, intelektualnie  testujący.

Panowie są też interesujący. Z konieczności scenicznej nieco w cieniu kobiet. Debiutujący w Warszawie Bartosz Porczyk gra lekko, przebiegle uwodzicielsko. Uroczy szmalcownik. Skuteczny lawirant. Sprytny kłamca. Ma szczęście! Nie ma szans na szarżę DZIADOM podobną. Ale robi swoje rzetelnie, wiarygodnie, z wdziękiem.  Edward Linde Lubaszenko to klasa sama w sobie. Siła powściągliwości, pracy i talentu buduje dramat dojrzałego przywódcy, starca, ojca, który w okolicznościach klęski z trudem zachowuje godność, traci nadzieję.

Nie ogląda się tego spektaklu lekko, łatwo i przyjemnie. Ale warto. Warto też, jeśli to uzasadnione, się z nim nie zgodzić. Dziś nie musimy identycznie wszystko interpretować, rozumieć i czuć. Na szczęście. Niech żyje wolność wypowiedzi i różnica zdań. Może z tego powodu wojny nie będzie/?/. Powodzenia.:)


LILLA WENEDA Juliusz Słowacki
reżyseria - Michał Zadara
dramaturgia - Anna Czerniawska
scenografia - Robert Rumas
kostiumy - Arek Ślesiński
światło - Artur Sienicki
asystentka reżysera - Anna Czerniawska
inspicjent - Marek Gorzkowski
koordynacja projektu - Marta Kuźmiak

obsada: Karolina Adamczyk, Paulina Holtz, Barbara Wysocka, Arkadiusz Brykalski, Grzegorz Falkowski, Michał Kruk, Edward Linde-Lubaszenko, Bartosz Porczyk, Michał Tokaj



0 komentarze:

Publikowanie komentarza