niedziela, 30 kwietnia 2017

HENRIETTA LACKS NOWY TEATR

Zdjęcie użytkownika Nowy Teatr.

HENRIETTA LACKS to autentyczna postać, czarnoskóra kobieta z krwi i kości. Żyła w Baltimore, urodziła piątkę dzieci, zachorowała na raka szyjki macicy, młodo umarła. Była zwyczajną kobietą, choć miała niezwyczajne komórki HeLa /nazwa pochodzi od pierwszych liter jej imienia i nazwiska/. Surowy, powściągliwy, minimalistyczny spektakl ale nie pozbawiony lekkości, prostoty i humoru w reżyserii Anny Smolar wprowadza nas w świat paranaukowych dywagacji dotyczących historii pierwszej laboratoryjnej hodowli ludzkich komórek HeLa, założonej po śmierci pacjentki w 1951. Komórki tej linii zostały wykorzystane w ponad 60,000 badań, z których kilka zostało uhonorowanych nagrodą Nobla. Przyczyniły się do powstania wielu artykułów naukowych oraz osiągnięć w wielu dziedzinach nauki m.in. w leczeniu raka, HIV/AIDS czy wynalezienia szczepionki na polio w latach 50 XX wieku.

Stare jak świat marzenie ludzkości o nieśmiertelności dobitnie podkreśla jej dążenie do przedłużania życia, w związku z tym do szukania sposobów ratunku w obliczu chorób, epidemii, śmierci. Spektakl pokazuje wysiłek i upór naukowców ale też udział w nim potencjału logistycznego, prawnego, organizacyjnego oraz olbrzymich nakładów finansowych przeznaczonych na prowadzone badania. W całym tym procesie jednostka ma najmniej do powiedzenia, w ograniczonym zakresie jest chroniona, najsłabiej zabezpieczona prawnie. W zasadzie, a wiemy to z własnego też doświadczenia, musi się zgodzić na zabiegi, operacje, w ramach których są pobierane i badane jej komórki. Bez możliwości odszkodowań, tantiem związanych z ewentualnym późniejszym rozwojem wydarzeń, jak było w tym wypadku. Rodzina Henrietty, przede wszystkim jej pięcioro osieroconych dzieci, nie otrzymało żadnych pieniędzy w związku z rozwojem badań nad jej komórkami HeLa. Jakaś niesprawiedliwość wydaje się tu oczywista. Rodzi pytania o moralny i finansowy aspekt sprawy. Dowodzi, że regulacje prawne nie są nadal w stanie nadążać za dynamicznie rozwijającą się rzeczywistością. Czy dziś już wiemy, co się dzieje z pobranym  od pacjentów materiałem badawczym? Jaki jest jego dalszy los? Czy pacjenci otrzymują pieniądze za ewentualne korzyści jakie uzyskują za nie np. naukowcy, firmy farmaceutyczne?

Twórcy spektaklu pokazują tragedię jednostki i jej rodziny, rolę przypadku w rozwoju medycyny, co przyczyniło się do uratowania wielu istnień ludzkich. Efekty podjętych badań nad komórkami HeLa uzmysławiają, jak jednostkowy przypadek może wpływać na los wielu ludzi. Decyduje o ich życiu lub śmierci. Ale kwestie z tym zjawiskiem związane nie są proste, sądy w sprawie nie są jasne. Z jednej strony dotyczą postępu w nauce ale też potężnego przemysłu, ogromnych pieniędzy, silnych sfer nacisku, które go generują z drugiej dotykają  sfery intymnej, osobistej jednostki i problemów etycznych, moralnych, religijnych. Ale tak było zawsze. Trudno sobie wyobrazić, że proces ten można byłoby zatrzymać. I czy tak naprawdę tego byśmy chcieli?

Pytania pozostaną. Dobrze, że ten projekt teatralny sięgnął po przykład jednostkowy, konkretny, dobrze rozpoznany. Delikatnie, subtelnie, z poczuciem humoru, dystansem wprowadza do rozważań na tematy związane z badaniami naukowymi nad przedłużaniem życia człowieka/ratowanie, leczenie, wspomaganie/. Spotykamy tu nie tylko Henriettę ale i owcę DOLLY. Ba, mamy okazję wysłuchać wywiadu z nadal żyjącymi komórkami HeLa, choć to oczywiście są już inne komórki i nie ma pewności, że są takie same jakie pierwotnie pobrano od Henrietty. Naukowcy, lekarze też mają tu swoich reprezentantów/naukowiec i asystentka/, którzy świetnie potrafią się bronić przed zarzutami nadużyć i przekroczeń natury moralnej, etycznej. Doskonale charakteryzują swoja pracę. Te wszystkie rozważania uzmysławiają z jak trudnym obszarem tematycznym mamy do czynienia.

Tymczasem warto postepować, nadać rytm i tempo nawet najzwyklejszemu,  codziennemu życiu, sens najnormalniejszym czynnościom. Aktorzy ubrani, uczesani, ucharakteryzowani w duchu lat 50-tych wprowadzają nas w początkowy okres przedstawianej historii. Grają doskonale. Precyzyjnie, naturalnie, lekko. Nie czuć przytłaczającego ciężaru nieszczęścia, niesprawiedliwości losu i bezduszności ludzi i machiny badań naukowych, badawczych. Nie ma patosu. Narzucania realnych, konkretnych problemów.  Jest zaskakujące odkrycie, idea badań, szczytny cel. Jest nastrój nieświadomości konsekwencji zdarzeń. Jest luz. Dystans. Atmosfera nadziei.

Spektakl wydaje się też eksperymentem badawczym wytyczającym trend nowej dramaturgii. Minimalistyczny scenograficznie/dwa stoły z aparaturą badawczą/  światłem określa nastrój i przestrzeń. Bez nachalnej linearności, przełamuje satyrą powagę, posługuje się metaforą, wyciska konkret z olbrzymiej wiedzy na temat, esencję z wyartykułowanych problemów, ważnych dla rozważań zjawisk, skrótową charakterystykę osób, rys i charakter sytuacji. Tworzy treść-obraz ekstrakt. I mimo to udaje się dla jego potrzeb nakreślić bardzo wiarygodne postacie-figury. I owca Dolly, i komórka HeLa są spersonifikowane/postać, głos człowieka/, co i satyrycznie, i tragicznie podkreśla powagę złożoności badań, eksperymentów naukowych i ich skutków. Nawet aktualny publicystyczno- polityczny wtręt można potraktować ulgowo/zebranie w sprawie pomnika/. Mimo, że bieżący, dosadny nie naruszył charakteru uogólnionej, syntetyzującej wypowiedzi. Nienachalnie krótki, mocno karykaturalny przemknął niepostrzeżenie. Nie zaburzył harmonii całości.

Niestety, nic wcześniej nie słyszałam o HENRIETTCIE LACKS, nie znałam jej historii. Jej imię i nazwisko otwiera Puszkę Pandory z pytaniami, na które nie znamy odpowiedzi  i wątpliwościami, których nie sposób wyjaśnić, roztrzygnąć, ale też budzi nadal nadzieję na ratunek życia ludzi. Porusza kwestie przyziemne i metafizyczne.Daje do zastanowienia. Bo ciągle marzymy o życiu wiecznym. Nie chcemy starzeć się, chorować, cierpieć i umierać. Nie chcemy, by cierpieli i umierali ci, których kochamy. A nawet ci, których nie znamy. Nadal bezinteresownie oddajemy krew, narządy, szpik kostny. Swój czas, pracę i pieniądze. Wiele poświęcamy indywidualnie i zbiorowo. A jeśli śmierć, na którą nie mamy wpływu, uratuje czyjeś życie, to jest to, mimo wszystko, piękne, szlachetne, dobre. W jakiś niepojęty sposób naturalne. To prawda, może być niesprawiedliwe i bardzo bolesne ale pozostanie głęboko humanitarne.



HENRIETTA LACKS 

Scenariusz: Anna Smolar, Marta Malikowska, Maciej Pesta, Sonia Roszczuk, Jan Sobolewski
Reżyseria: Anna Smolar
Współpraca dramaturgiczna: Piotr Gruszczyński
Kostiumy: Anna Met
Muzyka i opracowanie muzyczne: Natalia Fiedorczuk-Cieślak
Światła: Rafał Paradowski
Ruch: Jan Sobolewski & ensemble
Fryzury: Marek Nowak

Występują: Marta Malikowska, Sonia Roszczuk, Maciej Pesta, Jan Sobolewski

Spektakl, którego premiera odbyła się podczas Festiwalu Przemiany 2016, poddany interwencjom dramaturgicznym oraz przeniesiony do przestrzeni Nowego Teatru zyska nową, pełniejszą formę.

Koprodukcja: Nowy Teatr i Centrum Nauki Kopernik
Partner spektaklu: Fundacja Onkocafe – Razem Lepiej

plakat - Edgar Bąk

DZIEWCZYNKI STUDIO TEATRGALERIA

DZIEWCZYNKI to projekt STUDIO teatrgalerii, którego autorstwa tak do końca trudno dociec. Raczej skupiają się w nim wszystkich jego uczestników projekcje, pomysły, ekspresje, wyobrażenia, bezpośredni udział własny. Oczekiwania, co z tego eksperymentu wyniknie, co się wykluje, co powstanie. Cała energia prób, zależności, więzi, doświadczeń, która wytworzyła się podczas przygotowań do spektaklu. Ale również i widzów wrażliwość. Ich stopień zainteresowania tematem.To, co sobą wnoszą, co myślą i czują, co w nich spektakl uruchamia lub nawet zmienia. Działania sceniczne -improwizowane, spontaniczne, enigmatyczne- pozwalają im dociekać istoty natury dziewczęctwa, naznaczonego ambiwalencją płciową. Tego stanu pomiędzy wiekiem niewinności a dopiero budzącą się, bo przecież jeszcze nie kształtującą się w nich dorosłością. Gdy wszystko dopiero się w ciele i świadomości budzi, wyrażać zaczyna i nabiera niedookreślonego jeszcze kształtu. Eksperymentuje, prowokuje, sprawdza. Obserwacja tego procesu przywołuje u widzów wspomnienia, wyzwala skojarzenia, pobudza wyobraźnię i refleksję. Obraz jest tak pojemny, na takim poziomie ogólności, że wszelkie, nawet szalone skojarzenia są uprawnione. To i wada, i zaleta jednocześnie. Dla autorów i wykonawców projektu carte blanche, dla widzów pole do nieposkromionej niczym wyobraźni, podążających w różnych kierunkach dywagacji. 

Każdy sam musi w tym wypadku stworzyć sobie mapę znaczeń, obraz sensów. Ocenić na ile to, co widzi jest dla niego ważne. Spektakl zaczyna się od zdziwienia, bo na scenie pojawia się dorosły osiłek. Wiemy, wiemy -to nie jest dziewczynka! Za chwilę wnosi kolejno pięć jednakowo ubranych dziewczynek/Milena Klimczak, Wiktoria Kobiałka, Pola Pańczyk, Stefania Sural, Jagoda Szymkiewicz/ i stawia je przed nami z zasłoniętymi przez włosy twarzami. Początek ze zwielokrotnioną bohaterką filmu KRĄG lub bliźniaczek z LŚNIENIA wprowadza niepokój. No, a może to Kantor. Powrót do przeszłości. Robi się mroczno. Trochę straszno. Zwłaszcza, że w prawym rogu majaczy wielka różowa, plastikowa jama o nieznanym przeznaczeniu z jęzorami, na których końcu namalowano źrenice. Rzeźba będąca skrzyżowaniem Dalego z Szapocznikow. Zastygły potwór, w którego czeluściach można się schować lub przepaść. Zginąć lub ocaleć. Macica, z której można się narodzić/?/. Niewiele słów wypowiedzianych z offu głosem dorosłej kobiety/Dominika Biernat/, jak brzmienie czujnej, kontrolującej matki, która czuwa nad wszystkim i wszystkimi jest komunikatem, komentarzem, wyjaśnieniem, uwagą, napomnieniem, rozszerzeniem akcji scenicznej. Poprawia komunikację przekazu. Może jest to symboliczna matka nas wszystkich zgromadzonych w Izolatce? 

Dziewczynki rządzą na scenie, która jest dla nich polem ekspozycji, doświadczenia, prób, eksperymentu. Daje możliwość zaistnienia, sprawdzenia się. Wydaje się, że jest miejscem, w którym mogą wyrażać siebie, takimi jakie są, jakimi się czują, stają, sobie samym wydają. Pokazują siebie, swoje możliwości, umiejętności, talenty. Mają prawo głosu ale nie skorzystają z tej możliwości komunikacji. To, co mają do powiedzenia, pozostaje niezwerbalizowaną tajemnicą. Słyszymy tylko SZEPTY I KRZYKI. Dziewczynki szeptały tylko do siebie i dorosłej kobiety/Ewelina Żak/, którą wyciągnęły z różowej jamy jakby się dla nich narodziła już kompletna, gotowa do kopiowania, naśladowania. Używają jej, bawią się nią jak dużą, żywą lalką. Jest dla nich obiektem doznań i doświadczeń służącym poznaniu. A może to jest żywa wizualizacja ich dziewczęcych wyobrażeń na temat kobiecości, dorosłości, kto to wie?  Cały komunikat zaklęty jest w ruchu dziewczynek, ich geście, mimice, dotyku, spojrzeniu. Ekspresji indywidualnej, inwencji intuicyjnej, spontanicznej. Możliwości robienia, zachowania się, wyrażenie tego co i jak tego chciały. To jest ich dziewczyńska szansa na konfrontację swojego potencjału z obcymi dorosłymi widzami, którzy je bezpośrednio i na chłodno, z życzliwością ale i rezerwą, z dystansem uważnie obserwują, oceniają, porównują. Dziewczynki też piszczały, przeraźliwie krzyczały. Był to krzyk emocji, krzyk lęku, sprzeciwu, komunikatu, nacisku, opresji.  Rosnący w siłę, dziki, nieokiełznany, badający swoje możliwości. Jak w BLASZANYM BĘBENKU mający moc podporządkowywania sobie dorosłych, narzucania im swojej racji i woli. Zwracający uwagę na siebie, na to, co się dzieje. Brutalnie zmuszający do reakcji. Wyzwalający sprzeciw i złość. 

Tymczasem my, widzowie, możemy pozostać spokojni, obojętni, bezpieczni. Przychodzimy do teatru, oglądamy propozycje twórców i wracamy do swojego życia. DZIEWCZYNKI przypomną tylko dorosłym kobietom, jakie były w ich wieku. Jak poznawały świat dorosłych. Jak się go uczyły. Zabawa ciałem, włosami, ekspresja tańca, siła dziecięcego krzyku, tajemnice szeptane do ucha, zabawa w grę POMIDOR, budowa własnych szałasów, domków, kącików, w których kopiowały zachowania dorosłych. I tylko może przyznają, że dziś mimo wszystko zarówno dzieci, jak i już dorosłe kobiety mają więcej wolności, swobody we wszystkich możliwych zachowaniach, wyborach, decyzjach. Przyznają, że obecnie więcej jest możliwości robienia tego, co się chce, co się pragnie. Sam projekt jest tego dowodem. 

Powstał projekt PIŁKARZE wyreżyserowany przez Małgorzatę Wdowik, nadal prezentowany w TR Warszawa, teraz projekt DZIEWCZYNKI w STUDIO. Jaki będzie następny? Metoda reżyserska, strategia dramaturgiczna jest już wypracowana. Okrzepła. Właściwie  pozostaje tylko podjecie decyzji co do tematu. Jak dotąd był to pomysł nowy, świeży, zaskakujący. Kontrowersyjny. Bo zważcie, czego się dowiadujecie nowego, istotnego jako widzowie, nie jako twórcy. Bo ci mają olbrzymią frajdę w pracy nad sobą, ze sobą, o sobie. Na początku z piłkarzami, teraz z dziewczynkami. My przyglądamy się efektom tych wysiłków, które mogą być dla nas nie tylko wyprawą, jak w przypadku DZIEWCZYNEK, w świat dziewczęcego imaginarium, ale i wiwisekcją błędów wychowawczych, które powodują, że rodzice przyzwalają dzieciom na zbyt dużą wolność decydowania o sobie. Swobodę zachowań.  Bywa, że dorośli albo rezygnują z uczestnictwa w procesie dorastania swoich dzieci, albo traktują je jak dorosłych. Wymagają zbyt wiele, pragną, by rekompensowały im ich własne niepowodzenia, realizowały ich marzenia, osiągały ich cele. Traktują je jako inwestycję. Spojrzenia dziewczynek w kierunku widowni zdradzają ciekawość w jakim stopniu są akceptowane, sprawdzają czy zdały egzamin pokładanych w nich nadziejach, oczekiwaniach, czy się podobały, czy sprostały wymaganiom. Czujne, poważne, niewinne spojrzenia dziecięce w oczy dorosłej, wymagającej, anonimowej publiczności rodzi napiecie. Wątpliwości. I pytania. 

Spektakl przekracza granice. Oddaje scenę dzieciom, moderuje nimi i je ćwiczy głównie ku rozwadze dorosłych. Nie dystansuje ich, nie odgradza, nie chroni od przedstawianych przez nie postaci. Bo dziewczynki grają siebie. I choć są doskonale przygotowane, pewne siebie, czują się swobodnie, są naturalne, wolne i ze swoich zadań wywiązują się doskonale, to przecież mają świadomość swojej ważności. Grają główne role. Ale czy tak do końca panują nad nieuchwytna materią siły oddziaływania sztuki? Widzom zależy na podpatrzeniu, uchwyceniu tego, co się tak naprawdę nie da zagrać, wykreować, wyczarować.  Sięgają bezwstydnym okiem widza do istoty bycia dziewczynką. Wypreparowanej, wysublimowanej, ujawniającej się fazy przejściowej kiedy wszystko się sprawdza, kształtuje, ustala. Według reguł, rytuałów, zasad świata zewnętrznego. Bo ten wewnętrzny-określony, ustabilizowany, świadomy siebie, panujący nad sobą, kontrolujący-jeszcze nie istnieje. DZIEWCZYNKI to nie tylko spektakl, projekt, to w rzeczywistości dziewczynek work in progress. Uchwycony proces uczenia się, testowania, obserwacji, prowokacji, która uchodzi na sucho w tym momencie życia kiedy wszystko się jeszcze może zdarzyć, zmienić, przepoczwarzyć. Kiedy dziecko walczy o swoje. Bada siebie i swiat wokół siebie. Gdy wszystko jest jeszcze możliwe. 

Niewątpliwie dla każdego to spotkanie w teatrze co innego w efekcie znaczy. Dziewczynki mogą zaistnieć jak osoby dorosłe, dojrzałe na profesjonalnej scenie. Mogą przedstawić się, pokazać tak, jak tego same chcą, pozostając jednocześnie sobą. Nie ma jednak wątpliwości, że wszystko, co ich wiąże ze spektaklem, stało się ich nowym doświadczeniem. Na pewno jest on dla nich bardzo ważny. Możemy tylko spekulować, jaki wpływ na dziewczynki będzie miał ich udział w projekcie dojrzałych kobiet, bo to one przecież inicjowały, decydowały, wypracowały ostateczny kształt przedstawienia. One również będą zbierały nowe doświadczenia. Choć główny wysiłek miał miejsce w czasie przygotowań do spektaklu gdy selekcjonowały, wybierały, rozmawiały, ćwiczyły dziewczynki. Razem z nimi spędzały czas, poznawały się nawzajem, tworzyły nowe relacje. 

Atut lub zarzut tego projektu to jego kontrowersyjność, otwartość, nieokreśloność scenicznej wypowiedzi. Niejednoznaczność enigmatycznej, sugestywnej, impresyjnej komunikacji. Możliwość odczytania jej w dowolny sposób. Tak wiele zależy tu od gotowości publiczności na eksperyment, na przyjęcie przez nią krytyki dotyczącej wychowywania dzieci, na chęć wyciągania wniosków z tego co jej zaprezentowano. 

  
DZIEWCZYNKI
autorka: Weronika Murek
reżyseria: Małgorzata Wdowik
scenografia: Dominika Olszowy
choreografia: Marta Ziółek
dramaturgia: Joanna Ostrowska
reżyseria światła: Aleksander Prowaliński

obsada:
Ewelina Żak
Dominika Biernat (gościnnie)
oraz
Milena Klimczak
Wiktoria Kobiałka
Pola Pańczyk
Stefania Sural
Jagoda Szymkiewicz

plakat: Rene Wawrzkiewicz
http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/240365.html?&josso_assertion_id=9E801E60FE0FF402

wtorek, 18 kwietnia 2017

37.WST PODSUMOWANIE


37.WARSZAWSKIE SPOTKANIA TEATRALNE udowodniły, że teatr polski jest różnorodny, trzyma rękę na pulsie współczesności, ma nam wiele ważnego do powiedzenia. Teatrowi niewątpliwie na widzach zależy. Ze wszech miar stara się o ich uwagę, obecność, zaangażowanie. Choć każdy z nas ma swoją listę pozycji, nazwisk ważnych nieobecnych, mógł jednak znaleźć takie spektakle, które go zainteresowały, usatysfakcjonowały, pozwoliły nadrobić zaległości. Możliwość obejrzenia dziesięciu spektakli z całej Polski dzień po dniu to niezła dla teatromana gratka.

Pokazano wiele ważnych spektakli.Każdy w innej poetyce, estetyce, emocji. Czy najważniejszych, najwartościowszych, najciekawszych, każdy musi ocenić osobiście, indywidualnie. Na pewno nie zadowoli się wszystkich. Na pewno opinie będą podzielone. Tymczasem otworzył Spotkania i zamknął temat wyspy, jakby stała się ona miejscem przewartościowania, zastanowienia, kontemplacji, wypracowywania możliwości ratunku tu i teraz. WYSPA Grzegorza Brala proponuje polifoniczne brzmienie, równowagę i harmonię, wspólnotowe zgrane działanie, tworzenie.  Udowadnia jak przywraca to spokój, daje poczucie bezpieczeństwa. Monochromatyczna, jednorodna forma tworzy piękno, które pochodzi z silnej duchowości, doskonale przygotowanej do zadań, osiągania celów zbiorowości. Wyspa, na której znaleźli się bohaterowie Pawła Demirskiego i Moniki Strzępki to też symboliczne miejsce, punkt krytyczny, przekroczenie którego umożliwia przemianę, jaka musi się dokonać w człowieku , by mógł osiągać własne cele. To powrót do źródła, do wiary w siebie i drugiego człowieka. To nadzieja, że uda się dogadać, zrozumieć,  porozumieć dzięki TRIUMFOWI WOLI. Spektakl funduje potężną dawkę pozytywnej energii, przywraca wiarę w siłę oddziaływania sztuki. I trafia w punkt. Udowadnia, jak bardzo potrzebujemy teatru, który jest też doskonałą rozrywką. Potrafi nas rozśmieszyć, zabawić. Rozbudza nadzieję, optymistycznie nastraja, kocha nas takimi, jakimi jesteśmy wierząc w to, że jeśli zechcemy, rozwiążemy każdy problem, pokonamy każdą przeszkodę, by dotrzeć do celu. Spektakl wzbudził wśród widzów największy entuzjazm i chwała za to jego twórcom i wspaniałym, cudownym, wybitnym aktorom Narodowego Starego Teatru. Radość ponad wszystko!!!

Podobne w efekcie swego działania, choć uzyskane innymi środkami, jest publicystyczny, społecznie, ideologicznie zaangażowany  projekt ŻONY STANU, DZIWKI REWOLUCJI, A MOŻE I UCZONE BIAŁOGŁOWY Jolanty Janiczak i Wiktora Rubina. Badał nas i teatr, sondował do jakiego stopnia można rozbudzić działaniem sztuki aktywność widza, by był gotów świat zmieniać na obraz i podobieństwo swoich żywotnych potrzeb. Artystom udało się wzbudzić entuzjazm, na tyle poruszyć emocjonalnie i racjonalnie biernego zazwyczaj obserwatora, że wyszedł z teatru domagać się swoich praw na ulicy. To było doświadczenie szczególne. Wysiłek twórców się opłacił. Przytoczone argumenty zadziałały. Las transparentów aktualnych od stuleci/Rewolucji Francuskiej/ sięgnął i warszawskiego bruku. Zasiano ziarno nadziei, wytrącono z obojętności dotąd niezaangażowanych. To duża rzecz w wielkiej sprawie.

Podzieliły widzów spektakle PODOPIECZNI, WSZYSTKO O MOJEJ MATCE, ale z różnych względów. Pierwszy źle słyszalny w dobie niemych i głuchych na potrzeby, obecność innych, obcych, potrzebujących, drugi ze względu na specyficzny język scenicznej, bardzo osobistej, intymnej wypowiedzi Michała Borczucha i Krzysztofa Zarzeckiego. Dla mnie oba spektakle były bardzo ważne. A że dla wielu pozostały niekomunikatywne, hermetyczne, kontrowersyjne, trudno. Sztuka nie zawsze musi być doskonała w formie i treści, taka, by nas urzekała, zaspokajała w pełni. Wymaga od widza wysiłku intelektualnego, zmysłu estetycznego, intuicji. PODOPIECZNI własnie w tej bełkotliwej, niezrozumiałej czasem wymowie byli bardzo wiarygodni, bo tak naprawdę nadal niewiele albo nawet nic nie rozumiemy z tego migracyjnego chaosu.

PUNKT ZERO. ŁASKAWE Janusza Opryńskiego, ŚLUB Anny Augustynowicz i IWONA, KSIĘŻNICZKA BURGUNDA Grzegorza Jarzyny poruszają fundamentalny temat relacji jednostka-zbiorowość-system w kontekście relatywizowania dobra i zła, kata i ofiary, wolności i władzy. Kwestia wolnego wyboru, presja wszelkiej możliwej manipulacji, siła narracji łamiącej kręgosłup niezależności, autonomicznego decydowania o samym sobie ma tu decydujące znaczenie. Widmo totalitaryzmu, mające zawsze swe źródło w uległości, podporządkowaniu, w wyborze mniejszego zła, instynktownej presji przetrwania za wszelką cenę grozi nam nadal.  Walka toczy się o każdego z nas, o każdą indywidualną, niepowtarzalną, wyjątkową jednostkę. Po to, by ją znormatyzować, złamać, podporządkować. Wykorzystać.

Spektakl HARPER Grzegorza Wiśniewskiego też jest pokazaniem drogi szukania prawdy i zrozumienia świata, a w nim prawdziwego siebie. NAJGORSZY CZŁOWIEK NA ŚWIECIE Anny Smolar dotyczy uzależnienia i jest to najgorszy spektakl tych Spotkań, bo wieje od niego chłodem, schematem, stereotypem, wykładem. Nie ma w nim prawdziwego człowieka, nie ma w nim prawdziwego dramatu. Emocji. Niestety.

Każdy ze spektakli jest inny. Każdy widz jest inny. Nawet w niedoskonałym kształcie dzieła można znaleźć coś dla siebie wartościowego, pięknego, ważnego. Dlatego tak istotny jest osobisty kontakt ze sztuką. Wierzmy sobie. Własnej wiedzy, intuicji i doświadczeniu. Gustom, potrzebom, oczekiwaniom. Zachciankom. Chodźmy do teatru. Sami decydujmy, co jest dla nas ważne, interesujące, piękne. Sztuka czeka. Obejrzana poczeka też aż się ją zrozumie, poczuje. Cierpliwie dojrzewać będzie do swej istotności, ważności razem z nami. Do zobaczenia na 38.WST!! Powodzenia:) 


BEKSIŃSKI. OBRAZ BEZ TYTUŁU Teatr im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie



Jerzy Satanowski zrealizował  w Teatrze im. W.Siemaszkowej w Rzeszowie spektakl a może jednak widowisko muzyczne i multimedialne BEKSIŃSKI. OBRAZ BEZ TYTUŁU będące właściwie wypowiedzią samego malarza surrealisty, bo jest kompilacją  jego własnych tekstów, obrazów, fotografii i znaczących wydarzeń z rodzinnego, osobistego i artystycznego życia. Obraz ten ma dużą siłę plastycznego oddziaływania. Zestawia obrazy Beksińskiego z wybranymi tekstami tak złożonymi, że tworzą spójną historię życia malarza i jego rodziny. Wydaje się, że zawierają wszystko co najważniejsze; kolejne znaczące etapy biografii w połączeniu z olbrzymią ekspozycją i zbliżeniami obrazów. Scenografię stanowi mieszkanie ale kubistycznie rozciągnięte tylko na lewej stronie sceny, tym samym uzyskano efekt rozsadzającego przestrzeń malarstwa, które odgrywało decydującą rolę w życiu Beksińskiego. To ono w istocie było tym, co nawało mu sens, pozwalało znosić rzeczywistość, radzić sobie z tragediami rodzinnymi, dalej żyć aż po ostateczny kres. Muzyka i piosenki wykonywane na żywo podczas spektaklu są komentarzem, kontekstem i puentą. Tym, co Satanowski osobiście wniósł w wypowiedź teatralną.

Ostatecznie otrzymujemy chronologicznie uporządkowaną, uładzoną, barwną malarsko opowieść poetycką, cepeliowski bryk o Beksińskim. Obraz bez tytułu ale i bez właściwości. Dramatyczny życiorys interesującego artysty i człowieka po odrzuceniu wszystkiego, co przybliżałoby do odkrycia, tajemnic jego rodziny. Zrozumienia przyczyn jej bolesnych, trudnych do przeniknięcia tragedii. Zawiera główne etapy życia i twórczości ale ze znamionami wszelkiej poprawności. Przekaz pozbawiono nerwu, konstrukcji dramatycznych kulminacji. Wszystko co było tragiczne, zneutralizowane zostało niezrozumiałą i nieczytelną afirmacją życia męża i ojca, pogodzenia się artysty malarza z tym, co było przez niego przeczuwane, nieuniknione, oczekiwane, nie wiemy do końca czy naprawdę niezależne od niego. Satanowski zawierza całkowicie Beksińskiemu, oddaje mu cały przekaz, rozmiękcza i uwzniośla go dodatkowo poetyckimi piosenkami i muzyką, by móc ewentualnie Beksińskiego chronić i usprawiedliwiać. Mówiąc wszystko, co istotne, zgubił tajemnicę. Użył głosu z offu, pantomimy. Mamy tylko to, co sam Beksiński chciał, by zostało powiedziane, zapamiętane-z autocenzurą, bez wnikliwego, drastycznego, bolesnego laserunku. Brakuje spojrzenia z zewnątrz, które burzyłoby ten panegiryczny autoportret artysty, który wnikliwie, uporczywie systematycznie dokumentował swoje i rodziny życie.

Pozostajemy z niedosytem. Zaskoczeni normalnością nienormalnego życia i śmierci niezwykłego, kontrowersyjnego artysty. Zaniepokojeni sugestywnością jego niepokojącej, mrocznej, podświadomej twórczości w zderzeniu z racjonalną, metodyczną, suchą relacją autora. Malarstwa, którego się Beksiński kompulsywnie oddawał, bo stało się z czasem sensem jego życia. Było naturalną potrzebą, koniecznością, sposobem na trwanie w samotnym, introwertycznym życiu również i po śmierci żony, i syna. Jakby malarskie, twórcze wyrzucanie z siebie wszystkich smutków, negatywnych nastrojów, przeczuć i myśli, złych snów, horrorów, lęków było niezbędnym, koniecznym seansem terapeutycznym. Beksiński wydaje się być spokojny, opanowany, pogodzony ze sobą, światem, losem.  Bo tak naprawdę zawsze był poza nim, obok -zdystansowany, wycofany, zamknięty.

Spektakl o Beksińskim pozostawia nas z jego życia obrazem bez tytułu, bo ostatecznie nie sposób go nazwać, określić, dociec. Na razie pozostanie tajemnicą mimo obfitości dokumentów, faktów, filmów. Mimo naddatku muzyki i poezji, którą zilustrował Satanowski to, co malarz każdą możliwą formą starał się zarejestrować, uchwycić. Jakby miał nadzieję, że w przyszłości komuś się uda dotrzeć do jądra ciemności. Kto zdoła wyczytać między słowami, między obrazami, między kadrami filmów tajemnice twórczości malarza? Może z większego dystansu/czasu, wrażliwości/, z jeszcze głębszej, rozleglejszej samotności, swej szczególnej natury, innego punktu widzenia dotknie istoty tego, czego poszukiwał w sztuce, poprzez sztukę przez całe swe życie Beksiński. Musimy jeszcze poczekać.

Po książce BEKSIŃSCY. PORTRET PODWÓJNY, po filmie fabularnym OSTATNIA RODZINA, po tej sztuce teatralnej BEKSIŃSKI. OBRAZ BEZ TYTUŁU będziemy mogli obejrzeć kolejny film, tym razem dokumentalny, zmontowany z materiału, który zarejestrował na taśmie filmowej sam Zdzisław Beksiński. Już niedługo premiera. Kolejna odsłona świata według Beksińskiego.

BEKSIŃSKI. OBRAZ BEZ TYTUŁU

scenariusz i reżyseria: Jerzy Satanowski
scenografia: Anna Tomczyńska
kostiumy: Jolanta Łobacz-Szczęsna
muzyka: Jerzy Satanowski
ruch sceniczny: Marta Szumieł
multimedia: Marcin Pawełczak

obsada:
Dagny Cipora
Karolina Dańczyszyn
Robert Chodur
Mateusz Mikoś
Stanisław Godawski (kreacja dziecięca, gościnnie) /
Michał Stępniak (kreacja dziecięca, gościnnie)

Teksty piosenek:
Jan WOŁEK, Dorota Czupkiewicz, Bolesław Leśmian, Tymoteusz Karpowicz, Janusz Kofta, Rainer Maria Rilke w przekładzie Mieczysława Jastruna.

premiera: 28/05/2016

wideo: https://www.youtube.com/watch?v=d4bYgOZ7lLc

Spektakl został gościnnie pokazany w TEATRZE POLSKIM W WARSZAWIE w dniu 12.04.2017

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

37.WST PUNKT ZERO.ŁASKAWE TEATR PROVISORIUM

O spektaklu Janusza Opryńskiego PUNKT ZERO.ŁASKAWE trudno jest pisać, choć jest świetnie zrealizowany, jak trudno czyta się książkę ŁASKAWE Jonathana Littella, choć jest fascynująco napisana. Bo dotyczą tematu Zagłady. Zagłady milionów istnień ludzkich i zagłady człowieczeństwa w jednostce, która na to przyzwala, bierze w tym aktywny, świadomy udział. Bo dotyczy braku odpowiedzialności za zbrodnię masową, ludobójstwo i morderstwo pojedyncze, jednostkowe. Mówi o wyparciu winy i braku kary. Gdy unieważnia się ból, cierpienie, kaźń ofiary udowadniając, że kat jest nią także. W końcu oskarża się wszystkich, włącznie z nami współczesnymi o współudział w tej zbrodni, mówiąc, że postąpilibyśmy tak samo. Jakby zakładano a priori, że człowiek niesie w sobie dyspozycję do czynienia niewyobrażalnego zła i gdy je czyni, jest w stanie z tym ciężarem żyć normalnie dalej. To nie Bóg, siła wyższa, los, fatum dokonało zbrodni ale człowiek, który uznał, że może wejść w Jego rolę. Ale w imię czego? Bóg jest miłością. Człowiek jego obrazem i podobieństwem. I ten fakt, że człowiek człowiekowi był w stanie uczynić, co uczynił i jest w stanie czynić nadal, pozostaje niewyjaśnioną tajemnicą. Nie do wytłumaczenia zdarzeniem.

To bardzo podstępna konstatacja stawiająca tezę, że wszyscy potencjalnie jesteśmy Maksymilianem Aue. Bardzo ryzykowna, oskarżycielska, prowokacyjna. Kontrowersyjna. I bardzo mocno uargumentowana. Nie ma mowy o przypadku, nieszczęśliwym splocie okoliczności, jednostkowym wybryku natury-dewiacji, patologii, mutacji genetycznej. Podkreślana jest tu metodyczna, stopniowa kumulacja zdarzeń, czynów, działań oswajająca akceptację zła w jednym zwyczajnym, normalnym człowieku, by pokazać tą dyspozycję, skłonność, gotowość do jego czynienia. Przyzwolenie inteligentnej, doskonale wykształconej, wrażliwej jednostki, by to ono kierowało rozumem i czuciem, mimo że ciało się buntuje/Aue ciągle wymiotuje/. Aue krok po kroku przystosowuje swoją psychikę, wrażliwość, uczuciowość, sferę duchową do wytłumaczenia sobie, że kolejne złe czyny, których jest autorem, wykonawcą nie wynikają z jego osobistych predyspozycji, decyzji, motywacji, tylko pochodzą z zewnątrz i konieczne są dla ratowania jego życia. Bo przecież przetrwanie to instynkt. Pierwotna konieczność. Powinność. A jeśli się w dodatku udaje wyprzeć winę, uniknąć kary, to czemu nie można stać się wszechmocnym Bogiem dla siebie samego i innych ludzi? A po wojnie wieść normalne, udane życie, pracować dla dobra rodziny i narodu, kraju, co jest dowodem na to, że można być użytecznym bez względu na ogrom dokonanych zbrodni. W gruncie rzeczy Littell a za nim Opryński odsłaniają mechanizm usprawiedliwiania zła- bez ujawnienia, wyznania, osądzenia, wymierzenia kary, wyrażenia skruchy, bez zadośćuczynienia. Mówią, że nic dziwnego, że dziś jest tak samo. Cyniczna, zimna, obojętna natura człowieka przystosowuje się, jest gotowa na wszystko, aby tylko mogła przeżyć.

Tytułowy punkt zero to komora gazowa w obozie zagłady, etyczny punkt zero. Ale jednocześnie w tej samej przestrzeni reżyser sytuuje każdą inną akcję. Tym samym sugeruje, że jest to również współczesna nam rzeczywistość/np.korporacyjna/, świat cały. A w nim odtworzony proces odsłaniający naturę ludzką zdolną do nieludzkich zachowań w skali mikro i makro zbrodni. I bezkarność winy za nią. I pozorną niemożność oceny. I podstępny charakter meandrów myślowych zwykłego człowieka, zbrodniarza, oprawcy, mordercy, matkobójcy, brata żyjącego w kazirodczym związku z siostrą, homoseksualisty, któremu udaje się przeżyć wojnę, uniknąć kary, normalnie dalej istnieć, zwyczajnie funkcjonować w satysfakcjonującym życiu.

Wydaje się, że sztuka oskarża. Ale ona tylko przedstawia problem. Nie ośmiela się wartościować. Przerzuca cały ciężar rozważań na barki widza. Łukasz Lewandowski w roli Maksa Aue'go /wielka rola, choć może czasem zbyt histeryczna/ gra niepozornego, szarego człowieka, który a to z powodu własnych predyspozycji seksualnych, osobowościowych, charakterologicznych, a to pod presją konieczności czy szantażu, a to z wiary w logikę ideologii faszystowskiej ciągle wybiera zło, poddaje się mu a gdy przekonuje się, że daje władzę nad drugim człowiekiem i światem, to delektuje się jego diabelskim smakiem , staje się nałogowcem, sprytnie uzasadniającym własne wybory i czyny.

Czy jest sens pytać skąd całe to możliwe zło doprowadzające do Zagłady się wzięło? Jak doszło/ dochodzi do tego, że było/jest uwalniane. Ono po prostu jest. W każdym człowieku. W nas, obok nas. Zawsze było. Skala się tylko ciągle zmienia. Stopień znieczulenia. Wyparcia ze świadomości. Przyzwolenia. Samo usprawiedliwiania. Spektakl Opryńskiego, książka Littella jest o tyle ważna, że przypomina nam, że granic czynienia zła nie ma. Zakres, ogrom, metoda dokonywania zbrodni jeszcze paraliżuje. Przeraża. Ale też i oswaja. Medialne przekazy dzień po dniu przyzwyczajają nas do rosnących liczb anonimowych ofiar/ wojen, ataków terrorystycznych, uchodźców/, które nie robią już na nas żadnego wrażenia. Inaczej robilibyśmy wszystko, mając nieograniczone możliwości interwencji i pomocy, by do nich nie dochodziło.

Pozostaje pytanie, czy Holokaust i dzisiejsza rzeczywistość jest w ogóle porównywalna, czy takie zestawienie, zrównanie uprawnione. Opryński adaptacją Littella, z cytatami z Grossmana mówi, że nic się nie zmieniło co do istoty człowieka, co do zasady jego przetrwania. Udoskonala on ciągle tylko własne znieczulenie. Brak wrażliwości. Albo jest ofiarą w komorze gazowej, utknął w niej na zawsze, albo staje się kolejną, coraz doskonalszą  wersją Maksymiliana Aue i żyje spokojnie nadal. Kto katem chce być, kto musi być ofiarą? Kto jednym i drugim jednocześnie? Niby nie ma wyboru. Ale chyba jest. Również trzecie i kolejne wyjście.

Temat jest ważny, inscenizacja też. Piękna, prosta, sugestywna, wielofunkcyjna scenografia, projekcje wideo, muzyka adekwatnie ilustrująca sytuacje oraz doskonałe aktorstwo Łukasza Lewandowskiego i pozostałych aktorów decyduje o ciekawym przedstawieniu nadal aktualnych treści, problemów, zjawisk. O tajemnicy dobra i zła w człowieku, o momencie gdy jedno może pokonać drugie. O zagrożeniach i skutkach manipulacji słowami kat i ofiara, o fakcie zaistnienia Zagłady, z czym ludzkość sobie nadal nie może poradzić, nie potrafi wytłumaczyć, nie jest w stanie zrozumieć.
PUNKT ZERO.ŁASKAWE JONATHAN LITTELL
reżyseria:Janusz Opryński
muzyka: Rafał Rozmus
scenografia: Jerzy Rudzki
kostiumy: Monika Nyckowska
wizualizacje: Aleksander Janas / kilku.com
światło: Jan Piotr Szamryk
dźwięk: Jarosław Rudnicki

obsada: Eliza Borowska, Agata Góral, Jacek Brzeziński, Sławomir Grzymkowski, Artur Krajewski, Łukasz Lewandowski


W spektaklu wykorzystano fragmenty utworów Wasilija Grossmana „Życie i los” i „Wszystko płynie”.

zdjęcie: https://www.facebook.com/33WST/photos/pcb.1528182937193234/1528179653860229/?type=3&theater



piątek, 14 kwietnia 2017

37.WST ŻONY STANU, DZIWKI REWOLUCJI, A MOŻE I UCZONE BIAŁOGŁOWY RUBIN JANICZAK TEATR POLSKI BYDGOSZCZ


Sztuka w roli demiurga rzeczywistości?  Ależ tak, czemu nie. Spektakl a może zaangażowany społeczny projekt performatywny ŻONY STANU DZIWKI REWOLUCJI, A MOŻE I UCZONE BIAŁOGŁOWY Jolanty Janiczak w reżyserii Wiktora Rubina znów sięga po historyczny kontekst, by uzasadnić i wzmocnić opowieść o współczesności. Nie chodzi o roztrząsanie przeszłości, choć jest ważna. Artystów interesuje świadome, metodyczne kształtowanie przyszłości, aktywna walka o nią, by wolność, równość, braterstwo nie były tylko nośnymi frazesami bez realnego pokrycia. Tu i teraz skonfrontowane z tym co było służy skumulowaniu i uwolnieniu siły, która mogłaby rozsadzić w końcu dominację patriarchatu narzucającego kobietom własne reguły, zasady, normy.  Janiczak z Rubinem w mocnej asyście  aktorów używają tego co znane, rozpoznawalne, przepracowane jako punkt wyjścia do wzniecenia uzasadnionej, koniecznej, skutecznej rewolucji. Są zaprawieni w boju, doskonale przygotowani, osobiście zainteresowani. Wcześniej razem zrealizowali spektakle o królowej Joannie Szalonej, carycy Katarzynie czy Krystynie Batory. Traktują temat walki o prawa kobiet bardzo poważnie. Jest im bliski, dla nich ważny, nadal godny silnego, bezpośredniego, głębokiego i szczerego, nie tylko artystycznego zaangażowania.

Bo to nieprawda, że  kobiety mają tylko słodkie, miłe, satysfakcjonujące życie osobiste i zawodowe. Nadal muszą walczyć o siebie, zdobywać to, co mężczyźni mają od zawsze. Jest wiele obszarów w przestrzeni publicznej, gdzie ich rola jest marginalizowana, znaczenie pomniejszane, a wolność podejmowania o sobie decyzji bezwzględnie ograniczana mocą sankcjonowanego prawa. To, że tak zawsze było, nie znaczy wcale, że tak nadal być musi. Punktem odniesienia w sztuce jest Czarny Poniedziałek z czasów Rewolucji Francuskiej /1789/, który ilustruje jak politycy mężczyźni, Danton z Robespierre'em, z wysokości swoich politycznych pozycji/niebotyczne trybuny/ wykorzystali walczące dla rewolucji kobiety- Theroigne de Mericourt, Olimpia de Gouges i inne Francuzki-po czym je skutecznie usuwali. Nie pomogło ogłoszenie w 1791 r. przez De Gouges Deklaracji praw kobiety i obywatelki skoro Francuzki dopiero w 1944 r. uzyskały prawo wyborcze. Te mechanizmy skutecznego ideologicznego, siłowego, prawnego manipulowania świata mężczyzn podporządkowującego sobie świat kobiet nadal funkcjonują. A hasła XVIII wiecznego buntu adekwatnie oddają współczesne nastroje i żądania. Jakby nic przez tak długi okres czasu się nie zmieniło. Janiczak z Rubinem wiarygodnie argumentują swoje racje, uzasadniają konieczność podjęcia walki o prawa kobiet. Ich wysiłki zmierzają do połączenia możliwości teatru z potencjałem widowni. To sztuka ma przekonać widzów do zaangażowania w walkę, do podjęcia nowych inicjatyw i rozpoczęcia działania. Przygotowane hasła czekały na to, by je wykorzystać w demonstracji, użyć w słusznej sprawie. Artystom udało się zachęcić wielu widzów, w których obudziła się naturalna i szczera gotowość , by otwarcie  wyrazić, co naprawdę myśli i czuje, do czynnego udziału w manifestacji. Razem wyszli z teatru i śmiało wkroczyli w przestrzeń publiczną.

Pozostali w teatrze widzowie obserwowali ze swych wygodnych, bezpiecznych miejsc to, co się działo na dziedzińcu przed Pałacem Kultury i Nauki. Trudno ocenić emocje, ale były duże. Nic dziwnego, że udział w spektaklu pozostanie niezapomnianym przeżyciem. Wspomnieniem. A może i zachętą do kontynuacji walki już w realnym życiu. W końcu to był tylko teatr, choć w tym wypadku gest był mocny, dla niektórych kontrowersyjny, dla innych pozostał tylko niezobowiązującą zabawą, która się skończy wraz ze spektaklem.

Twórcy podjęli się karkołomnego, odważnego eksperymentu sprawdzającego na ile skuteczna jest sztuka, teatr w obszarze walki o zmiany społeczne i mentalne jednostek i zbiorowości. Badają, sondują tym spektaklem, jaki może mieć wpływ, jaką odegrać mogłaby rolę. W jakim zakresie, z jaką mocą. Czy ma potencjał rewolucyjnego działania. Czy może bezpośrednio dokonywać zmian w świadomości, postawie i czynie ludzi. Czy potrafi ich ruszyć z posad teatralnych foteli i wyprowadzić na ulicę.

Artystom udało się. Spektakl zadziałał. W jakim stopniu wpłynie na ludzi, trudno ocenić, bo są też osoby, które nie lubią, nie akceptują wywierających bezkompromisową, silną presję na widza prowokacyjnych, publicystycznych, wojujących, sprofilowanych ideologicznie spektakli. Ale ten fundował na pewno niezwykłe przeżycia. Jeśli nawet reakcja widzów była tylko spontanicznym zrywem, szczerą chęcią chwilowego udziału w projekcie, to pozostanie w ich pamięci jako szczególne doświadczenie. W kontekście tego spektaklu rodzi się jednak refleksja, że teatr, sztuka w ogóle ma ograniczoną moc oddziaływania.  W porównaniu z realnymi zdarzeniami, ludzkimi zachowaniami pozostaje bezsilna. Może powoduje to stare, wyuczone, narzucone przyzwyczajenie widzów do zachowania obowiązkowego dystansu do tego, co się dzieje na scenie. Bo funduje głównie iluzję, nawet wtedy gdy posługuje się twardymi faktami. Bo ciągle się im przypomina, wkłada do głów, że to tylko teatr. Pozostaje nadzieja, że Jolanta Janiczak z Wiktorem Rubinem nie ustną w wysiłkach zmieniania świata, w nim człowieka. Nadal będą szukać sposobu, by poprzez sztukę wpływać na kształt rzeczywistości, by przyszłość nie była wstydliwą kalką przeszłości. By wierzyć, że zawsze można coś pozytywnie zmienić. Powodzenia:)


ŻONY STANU, DZIWKI REWOLUCJI, A MOŻE I UCZONE BIAŁOGŁOWY 
autor: Jolanta Janiczak
reżyseria: Wiktor Rubin
scenografia: Michał Korchowie
muzyka: Krzysztof Kaliski
kostiumy, video: Hanna Maciąg
reżyseria światła: Michał Głaszczka
asystent reżysera: Maciej Pesta

obsada: Beata Bandurska, Magdalena Celmer, Martyna Peszko, Sonia Roszczuk, Małgorzata Trofimiuk, Małgorzata Witkowska, Mirosław Guzowski, Roland Nowak, Maciej Pesta, Marcin Zawodziński.

środa, 12 kwietnia 2017

PASJA TEATR LALKI I AKTORA W ŁOMŻY FESTIWAL NOWE EPIFANIE/GORZKIE ŻALE 2017



PASJA. MISTERIUM MĘKI NASZEGO PANA JEZUSA CHRYSTUSA w reżyserii Wiesława Hejny Teatru Lalki i Aktora w Łomży to misterium męki Chrystusa opowiedziana w konwencji teatru lalkowego.  I jest to teatr niezwykły. Jednorodny, spójny, zdyscyplinowany stylistycznie. Jakby wyciosany w całości z jednego surowego kawałka drewna, w jednorodnej tonacji. Wizerunki postaci odwołują się do maniery stylu renesansowego i do fantazji, uruchamiają wyobraźnię. Informacja o postaciach, ich cechach szczególnych, roli jaką pełnią w swoim własnym i innych ludzi życiu, zaklęta jest w formie. Jasno, prosto, jednoznacznie podkreśla ona czy są złym czy dobrym charakterem w opowiadanej historii. Są więc dobre, opiekuńcze Anioły, wysłannicy nieba, i zły, podstępny czerwony Diabeł rodem z gorącego piekła. Są ludzie dobrzy i źli: politycznie przebiegły Król Herod, zatroskani trzej królowie, asekuracyjny, mądry Poncjusz Piłat i sprytni faryzeusze, smutny Barabasz, wierni uczniowie Jezusa  na czele ze św. Piotrem, który przyrzeka bezgraniczne oddanie swojemu nauczycielowi.  Jest pełna obaw, kochająca syna Matka Boska ze św. Józefem. Cała plejada najważniejszych osobowości, znana również z przypowieści, jak Żyd Wieczny Tułacz. I straszna w swej postaci Śmierć z kosą sama. Tworzą świat surowy, rządzący się jasnymi, bardzo twardymi zasadami. Jasno oddzielający dobro od zła.

Poznają dzieci, poznają dorośli okoliczności śmierci Boga, który był człowiekiem. Mogą się dowiedzieć, co spowodowało, że został zdradzony przez Judasza, bo obserwują jego słaby, uległy charakter i paskudne zachowanie chciwej żony. Śledzą uważnie wszyscy, co doprowadziło do tego, że Jezus został wydany, osadzony, skazany i dlaczego musiał umrzeć za nas na krzyżu. Przeżywają widzowie duzi i mali historię opowiedzianą w jasny, przystępny, komunikatywny sposób. Jakby cała teatralna akcja zaczynająca się palmową niedzielą a kończąca Jezusa śmiercią, była wspólną, piękną, głęboką modlitwą.

Łączy się w tym spotkaniu świat świecki ze światem religii. Codzienność ze świętem. Sprawy nieba z porządkiem ziemi. Teatr staje się wspólnym terytorium do spotkania różnych ludzi w nadziei na głębokie przeżycia,  z wiarą na działanie sztuki,  która jak wiara w Boga wynosi świat ludzki w sferę metafizyki, wiecznej tajemnicy, bezwarunkowej miłości. Mówi, że możemy stawać się lepsi, możemy sprawiać, że świat będzie lepszy. Możemy odkupić swoje winy, naprawić błędy. I nigdy nie jesteśmy sami.

Wszystkie lalki są na scenie. Nie opuszczają jej. Zamierają tylko na ten moment, gdy akcja ich nie potrzebuje. Odkładane są na bok ale są z nami wszystkimi. Nie znikają. Są obecne. Jak my niemo obserwują. Nadal są świadkami, tego, co się dzieje. Nabierają życia, wigoru, charakteru gdy aktorzy służą im swoim głosem, swoim ciałem, by lalki były przedłużeniem ich ręki, myśli czynem. Tak jak życie uruchamia nasze ciała. I tak razem tworzymy teatralną społeczność.  Lalki, aktorzy i my, widzowie.


WESOŁYCH ŚWIĄT!:) WSZYSTKIEGO DOBREGO:) WESOŁEGO ALLELUJA!:)


PASJA . MISTERIUM MĘKI NASZEGO PANA JEZUSA CHRYSTUSA     Michel de Ghelderode
tłumaczenie: Zbigniew Stolarek
reżyseria: Wiesław Hejno
scenografia: Przemysław Karwowski
muzyka: Bogdan Szczepański

obsada:
Beata Antoniuk
Marzanna Gawrych
Eliza Mieleszkiewicz
Daria Głowacka
Marek Janik
Michał Pieczatowski
Tomasz Bogdan Rynkowski
Rafał Swaczyna

Premiera 7 marca 2015 r.

37.WST NAJGORSZY CZŁOWIEK NA ŚWIECIE TEATR IM. W.BOGUSŁAWSKIEGO W KALISZU


Spektakl NAJGORSZY CZŁOWIEK NA ŚWIECIE jest sceniczną adaptacją autobiograficznej książki o tym samym tytule Małgorzaty Halber, przygotowaną przez Annę Smolar z całym zespołem aktorskim. Przepracowuje problemem alkoholowy młodej kobiety, Nataszy. Dziewczyna pije od 14 roku życia. Spektakl przedstawia okoliczności jej uzależnienia, jego przyczyny i skutki oraz próbę walki z alkoholizmem w ramach terapii grupowej.

Na początku obserwujemy Nataszę przygotowującą się do występu w przestrzeni kiczowatej garderoby, która jest później też salą terapeutyczną, każdym innym mało atrakcyjnym miejscem. Dziewczyna całkowicie kontroluje sytuację, dyryguje wszystkimi. Wydaje się być pewną siebie perfekcjonistką, doskonale zorganizowaną, metodyczną, błyskotliwą osobą.  Prywatnie ma potężne problemy. Opowiada o swoim samotnym, bezsensownym, topionym w alkoholu życiu i nie ma to nic wspólnego ze szczęściem. Problem w tym, że ona nie widzi problemu. Pije przecież od zawsze. Ma poczucie, że wszystko  jest tak, jak być powinno. Znieczula się alkoholem, uspokaja, podkręca nastrój, samopoczucie. Zapija pustkę, nudę, bezsenność, stres. W końcu to tylko jeden ze sposobów pocieszania się, radzenia sobie z poczuciem braku wszystkiego w jej życiu. Nataszę pochłania stresująca praca, nieznośna lekkość dostatniego bytu, niekończące się imprezowanie w gronie sobie podobnych. Obraca się w środowisku, które alkohol akceptuje, które do picia alkoholu namawia, nic złego w nim nie widzi, zwłaszcza zagrożeń. A gdy pojawia się problem umywa ręce, wycofuje się, obarcza całą winą ofiarę nałogu.

Spektakl oparty na prawdziwej historii jest kameralny, dotyczy alkoholizmu, poważnego problemu społecznego, degradującego jednostkę, rodzinę. Forma poszczególnych scen: metodyczna, przepracowana, inteligentnie zestawiona wydaje się atrakcyjna, nowatorska, ważna, godna zaprezentowania. Ale nie działa, nie budzi emocji, nie doprowadza do wstrząsu. Cała historia -chłodna, neutralna- przebiega gdzieś obok, zupełnie nie dotyka. Staje się wykładem, prezentacją, wariacją informacyjną na temat. To prawda, jest atrakcyjna, solidna, ważna. Pomysłowo zróżnicowana formalnie stosuje wielorakie sposoby przekazania konkretnej, niewygodnej, wypieranej wiedzy. Ale to za mało, by mogło zaangażować widzów, pobudzić ich aktywność, spowodować reakcję. Pozostają biernymi obserwatorami, zachowującymi bezpieczny, asekurujący dystans. Mimo, że są im zadawane konkretne pytania, włączani są do uczestniczenia w terapii, co było doskonałym pomysłem, bo w ten sposób sugestywnie dawano do zrozumienia, że problem alkoholizmu również ich dotyczy. Wina ewentualnie jest też po ich stronie.

Reżyseria zbyt mocno racjonalizuje ten bardzo trudny temat. Jakby chciała nadrobić nonszalancję bohaterki z jaką traktowała swoje problemy. Brakuje jednak napięcia, nie czuje się prawdziwego dramatu. Pozostaje tylko wiwisekcja stanu faktycznego uzależnienia. A Natasza z pozostałymi postaciami są awatarami, modelowymi przykładami alkoholików. Mimo starań sceny wypadają sztucznie, są wykalkulowane, rysowane grubą kreską formy. Ilustrują stereotypy. Nie budzą empatii, zrozumienia, emocjonalnego zaangażowania. Każda scena jest nośnikiem zakodowanego przesłania, komunikatu, ostrzeżenia, groźby. Jakiegoś wynaturzenia zachowań, objawem poważnej choroby, której diagnoza powinna zmusić pacjenta do dożywotniego leczenia pod okiem profesjonalnego terapeuty. Budzącego zaufanie, świetnie przygotowanego, doświadczonego, panującego nad grupą terapeutyczną. Sceniczny jest bezradny, improwizuje, przyznaje się, że sam nie wie, co zrobić.

Spektakl obnaża i oskarża środowisko, w jakim żyje Natasza. Podkreśla nieskuteczność prowadzonej terapii. Odnosi się wrażenie, że właściwie to świat zewnętrzny odpowiada za  uzależnienie. Ona nie ma świadomości, że w ogóle nie panuje nad swoim życiem i nie ma poczucia winy. Brakuje dobrych wzorców do naśladowania, nie ma normalnych relacji z ludźmi, ani przyjaciół, nie jest wychowywana przez rodziców. Brnie, błądzi, stacza się przez długie lata. Nie zna innego życia. Znajomi, których w ogóle ma, są podobne jak ona uzależnieni. Trudno ocenić, czy Natasza nie ma alternatywy. Jest inteligentna, dobrze wykształcona, zaradna,  młoda i piękna ale sama sobie nie jest w stanie pomóc. Znikąd też nie może oczekiwać wsparcia, ratunku.

Spektakl odsłania rytuały, zasady, konteksty wykorzystujące bezsilność jednostki uwikłanej w świat, który nie wyzwala ale osacza i niszczy człowieka. Zawsze jest jakaś konkretna przyczyna, z powodu której ludzie piją. Pokazuje to seans psychoterapii zbiorowej. Presja środowiska, jego patologia, przyzwolenie społeczne na picie alkoholu, stres, pęd życia, słaby charakter to uwarunkowania wszelkich uzależnień/bulimia, hazard, kompulsywne zakupy, alkoholizm, itp./. Ale także poczucie pustki, beznadziejności sytuacji, samotność, dziedziczenie nałogu, predyspozycje genetyczne. A gdy alkoholizm staje się problemem, wszyscy zostawiają NAJGORSZEGO CZŁOWIEKA NA ŚWIECIE samemu sobie. Nikt nie czuje się odpowiedzialny za niego czy zobowiązany do pomocy.

Spektakl przepracowuje z widzami temat alkoholizmu na poważnie, z poczuciem wypełniania misji. Stara się ich przekonać. Uświadomić wagę problemu. Wskazuje na przyczyny. Przestrzega przed skutkami. Ale nie uruchamia emocji. Stwarza dystans, proponuje chłodną analizę.  Racjonalna logika wygrywa z tajemnicą.  Może w tym temacie białych plam już nie ma.  Wszystko jest przemyślane, przewidziane, przenicowane. Twórcy wiedzę na zadany temat systematyzują, modelują, uszczelniają. Fundują zainteresowanym dydaktyczną lekcję na temat uzależnień, by mogli przyjąć ją do wiadomości. Nikt jednak pouczania nie lubi. Zaserwowany teatralny konstrukt, dobrze zagrany ale powielający stereotypy o alkoholizmie, nie przemawia do wyobraźni. Proszę jednak o nim pomyśleć. Mimo wszystko. Powodzenia:)

NAJGORSZY CZŁOWIEK NA ŚWIECIE
adaptacja: Anna Smolar we współpracy z zespołem aktorskim
reżyseria: Anna Smolar
kostiumy, scenografia: Anna Met
opracowanie muzyczne, światła: Rafał Paradowski
asystent reżyserki: Dawid Lipiński

obsada: Natasza Aleksandrowitch, Izabela Beń, Dawid Lipiński, Marcin Trzęsowski, Izabela Wierzbicka

Małgorzata Halber - ur. 1979, kontrowersyjna prezenterka i dziennikarka, polska Charlotte Roche, felietonistka i rysowniczka, autorka komiksu „Bohater” i wielu interwencji internetowych. Ukończyła filozofię na Uniwersytecie Warszawskim. O sobie mówi, że najchętniej byłaby patrzeniem i słuchaniem.

wtorek, 11 kwietnia 2017

37.WST TRIUMF WOLI STARY TEATR



TRIUMF WOLI, pełen fantazji, humoru, wigoru, pięknych pomysłów i obrazów spektakl Pawła Demirskiego w reżyserii Moniki Strzępki to triumf wybitnego aktorstwa Narodowego Starego Teatru, optymizmu, pozytywnego myślenia, afirmatywnego nastawienia do życia, przyjaznego stosunku do siebie i innych. Przynosi pocieszenie, radość, witalność.

Można powiedzieć, że tego nam było trzeba. Potężnej dawki rozrywki. Energii. Wizualizacji spełnienia najbardziej zwariowanych, szalonych marzeń, pokonywania piramidalnych trudności, przełamywania barier, animozji, wszelkich trudności, ograniczeń. Przyjaznego spojrzenia na dziwactwa, fantazje, wizje. Potężnej dawki świeżego oddechu w duszącej rzeczywistości. Bez ironii, groteski, obciachu obśmiania. To raczej spolegliwe, mądre spojrzenie. Szukanie porozumienia. Zrozumienia. Pogody ducha. Artyści ze sceny mówią nam i pokazują, że to wszystko jest w nas. Trzeba uwierzyć w siebie, spróbować. Wytrwać. Wystarczy dobra wola, siła woli a triumf woli będzie murowany.

Paweł Demirski włożył różowe okulary, użył różowego atramentu, nałożył różowy filtr na obraz nas tu i teraz. Dał konkretne, pozytywne, zwycięskie, prawdziwe przykłady/np.Kathrine Switzer, Rachel Carson/, które uwiarygadniają jego zamysł ilustrowania osiągania celów zdawało się niemożliwych do zdobycia, ale też takich, które podbudowują wybór komediowego gatunku/np.Will Szekspir, pingwin przybywa do człowieka potem człowiek szuka pingwina, transseksualny piłkarz w szpilkach walczy o przełamanie złej passy drużyny z Samoa/. Zmienił perspektywę. To nie jest już ostry pazur dramaturgii walczącej,  drapieżnej publicystyki argumentującej, zaangażowanej ideologicznie sztuki w służbie naprawiania świata według artysty. Może to jest odreagowanie, szukanie nowej drogi, próba innego sposobu dojścia do celu; zbliżenia do siebie ludzi, sprawienia, by działali wspólnie, szukali zgody, rozmawiali ze sobą, przełamywali wszelkie bariery, unieważniali stereotypy bez względu na to, co ich dzieli i różni. Nie tracąc dystansu do siebie i poczucia humoru. Na pewno jest to sposób skuteczny. Na pewno działa. Jak wybaczenie. Jak zrozumienie. Jak przytulenie. Jak afirmacja świata jaki jest i akceptacja ludzi takimi jacy są. Może to  być punkt wyjścia, punkt zwrotny a nawet ostatnia deska ratunku dla zagubionych indywidualistów rozbitków, jakimi nas postrzega autor, dawno chyba zapomniana i wyparta, bo jakaś niewygodna, nas niegodna, a jednak oczywista w naszym dotychczasowym spojrzeniu na siebie i świat. Ale dobrze jest oprzeć się na czymś prostym, naturalnym, dla wszystkich zrozumiałym i bliskim.  Dobrze jest od czegoś konkretnego zacząć. Na przykład od zgody na niedoskonałość, ułomność, różnorodność dla zgody na budowanie wspólnej, lepszej, znośniejszej przyszłości. Od śmiechu, który oczyszcza, dystansuje, daje siłę dla wzmocnienia pewności siebie, wiary w podejmowany wysiłek.

Sceniczny świat nadal ma popkulturalne korzenie, odniesienia. Jest jasny, doskonale czytelny, rozpoznawalny. Jest komediowym, kabaretowym, medialnym światem Szekspira, biznesu, komercji, piłki nożnej, polityki, ekonomii, związków zawodowych, wróżek, osób walczących o swe indywidualne spełnienia, ambicje, potrzeby, których sukces staje się dobrem dla wielu ludzi, grup społecznych, itd. Ale w kontekście możliwości realizacji, projekcji wypracowywanego porozumienia niż rozliczenia, oskarżenia, stygmatyzacji winy i sankcji kary. Wyspa, na której znaleźli się tak różni ludzie jest przestrzenią budowania a nie niszczenia. Szukania tego, co łączy nie dzieli. Szukania tego, co jest wspólne, pozytywne, dobre. Oczywiście nie jest to łatwe i proste ale wymaga podstawowej cechy; koncyliacyjnego nastawienia popartego założeniem, że człowiek jest z natury dobry, godny zaufania, wsparcia, pomocy. Ta wiara w ludzi, ich dobre chęci, poszukiwanie wolności i równości, nadzieja na szczęśliwe zakończenie wszystkich wysiłków, prób i starań jest bardzo ważna. Sztuka mówi nam wprost, by się nie bać naiwnych, banalnych marzeń, potrzeb, aspiracji. Bo czasem z czegoś małego, indywidualnego powstaje coś wielkiego, zbiorowego. Warto pomyśleć o robieniu małych kroczków swoim działaniem, postawą, nastawieniem, bo mogą doprowadzić do osiągnięcia wielkich celów.

Paweł Demirski doskonale odczytał nasze potrzeby. Nastroje. Może sam miał dość smęcenia, załamywania rąk, minorowych klimatów. Poważnej formy. Artyści proponują nam więc simply story, powrót do prostych przyjemności, relacji, aspiracji, planów. Do zabawy. There is power in a Union!:) Wydaje się to takie łatwe, i tu się powtórzę, proste. Właśnie! Spróbujcie sami. Powodzenia:)





TRIUMF WOLI PAWEŁ DEMIRSKI
reżyseria: Monika Strzępka
scenografia: Martyna Solecka
kostiumy: Arek Ślesiński
muzyka: Stefan Wesołowski
ruch sceniczny: Jarosław Staniek
video: Robert Mleczko

obsada: Juliusz Chrząstowski, Marcin Czarnik, Monika Frajczyk, Radosław Krzyżowski, Michał Majnicz, Adam Nawojczyk, Marta Nieradkiewicz, Dorota Pomykała, Anna Radwan, Dorota Segda, Małgorzata Zawadzka, Krzysztof Zawadzki, Krystian Durman


37.WST WSZYSTKO O MOJEJ MATCE TEATR ŁAŹNIA NOWA


WSZYSTKO O MOJEJ MATCE jest nie tylko tytułem filmu Pedro Almodóvara ale też  bardzo osobistą, intymną, ekshibicjonistyczną wypowiedzią Michała Borczucha, reżysera, i Krzysztofa Zarzeckiego, aktora. Obu łączy wspólna praca artystyczna w teatrze, przyjaźń oraz to, że są mężczyznami w wieku 37 lat, których matki-Zofia Borczuch i Krystyna Zarzecka- umarły na raka; pierwszy gdy miał 7, drugi 19 lat. Powstała subtelna, trudna, podstępna impresja o ocalaniu pamięci o matkach i ich życiu, o czasie utraconym przywracanym na scenie w teatrze poprzez sztukę i nadal towarzyszące temu procesowi oswajanie się z ich śmiercią. Jakby nadal nie pogodzili się, nie zaakceptowali,  że jest to fakt nieodwracalny. Borczuch z Zarzeckim prowadzą grę z samymi sobą, z aktorkami, z widzami. Zdecydowali się na ryzykowny i odważny akt zawierzenia sztuce, która pozwala rekonstruować przeszłość, przywracać pamięć, wizualizować hipotetyczne sytuacje/matka Borczucha w wieku 65 lat/. Umożliwia szukanie w każdej kobiecie swojej matki/tu w aktorkach/, jest próbą wydobycia z nich uczuć, myśli, informacji, które byłyby tożsame z tym, co mogłyby czuć, myśleć, robić kiedyś, teraz, w przyszłości ich matki.

Czy można opowiedzieć wszystko o swojej matce? A może opowiadając o niej więcej się odkrywa o sobie? To, co przedstawia swoją inscenizacją Michał Borczuch  dowodzi, że nie jest łatwo młodemu mężczyźnie, który ma tyle samo lat co jego matka w chwili śmierci, mówić o niej. Reżyser osobiście uczestniczy w spektaklu. Rodzi to dodatkowe napięcie, uwiarygadnia jego relację. Był dzieckiem, niewiele pamięta: rozkład mieszkania, linoleum, ulubiony kolor swojej mamy, niebieski.  Nawet nie jest do końca pewien, czy tak naprawdę pracowała w fabryce perfum MIRACULUM. Choć film wideo  pokazuje, jak jest niszczona. Może właśnie tak brutalnie czas unieważnia pamięć. Borczuchowi brakuje bezpośrednich wspomnień dotyczących relacji z matką, informacji o niej. Wszystko, co odtwarza, pamięta jest mgliste, niepewne, szczątkowe. Hipotetyczne. Zofia Borczuch pozostanie bohaterką jego fantazji, wyobrażeń i tęsknoty za czasem z nią utraconym. Krzysztof Zarzecki na pewno więcej pamięta, ale emocje związane z maturą, chorobą i śmiercią matki zaburzają jego obraz wspomnień. W spektaklu cielił się w rolę reżysera i w każdej z kobiet, która uczestniczy przy realizacji tego projektu,  szuka cech swojej matki. Buduje sceny, sytuacje przywoływane z pamięci. Jeszcze raz przepracowuje to, co się wtedy wydarzyło. Wspólnie rekonstruuje z aktorkami ubranymi kolorowo, w szpilkach jak w filmach Almodóvara metaforyczną scenę grzybobrania, sceny w garderobie, włącznie z tą gdy układa Halinę Rasiakównę na kozetce jak matkę w trumnie. Dzięki teatralności każda z nich pozbawiona jest sentymentalizmu, ckliwości, przygnębiającego smutku. Odczuwalna jest nostalgia za szczęśliwym dzieciństwem, przeszłością, być może tęsknota za matką. Zarzecki tańczy z każdą z aktorek. Próbuje uzyskać od nich informacje, jak by się zachowały w określonych sytuacjach, pyta o reakcje, myśli, postawy. Więcej w tym marzenia, potrzeby wizualizowania, bycia z matką niż twardych o niej samej faktów.  Jeśli się pojawiają, to syn je kwestionuje lub zmienia, poddaje je w wątpliwość, mówi o nich lekceważąco. Aktor, mimo powściągliwej gry, usilnych starań zachowania dystansu, bardzo przeżywa to, co się na scenie dzieje.  Emocji nie udaje się mu ukryć. 

Trudno powiedzieć, co ostatecznie dla Borczucha i Zarzeckiego wnosi ten projekt o ich matkach. Pierwszy ją ledwo pamięta, drugi jakby nie chciał pamiętać. Boli i niepamięć, i pamięć. Nie ma ekwiwalentu dla tego rodzaju straty. To, co udaje się im odzyskać, pozostanie namiastką, grą, bolesną świadomością, że prawdopodobnie niczego więcej się już nie dowiedzą, nie przeżyją, nie dopełnią. Nie zapytają u źródła. Pozostaje sfera wyobraźni, marzeń, pragnień. Sztuka ją wyczarowuje, w jakiejś mierze spełnia, rekompensuje, ale też życie samo w sobie. Pięknie się kończy spektakl relacją aktorki w ciąży z Los Angeles. Jakby cała opowieść wracała do punktu wyjścia; przygotowań do narodzin, co też jest jej pomysłem na kreację w tym projekcie o matkach. Zwycięża  odradzające się życie. Nadzieja, optymizm. Trzeba patrzeć z ufnością w przyszłość.

W wyniku pracy nad projektem powstał oryginalny tekst Tomasza Śpiewaka. Spektakl jest niezwykły ze względu na temat i jego oprawę oraz sposób tworzenia jego ostatecznego kształtu. W surowej, prawie pustej przestrzeni stoją trzy nieokreślone konstrukty, budowle. Szare, monochromatyczne pozwalają ożywiać obrazy. Wokół nich rozsypany jest grafitowy piasek. Jakby wizualizacja życia obróconego w pył/"Z prochu powstałeś, w proch się obrócisz"/. I tylko z boku, wstydliwie, ukradkiem, niewidoczne dla wszystkich, pokazują się  stare, zaprzeszłe zdjęcia. Z przeszłości niewiele pozostaje: okruchy, strzępki, fragmenty, sceny. Królową życia pozostaje PRZYSZŁOŚĆ. 

Spektakl- kontrowersyjny, autorski, trudny do zagrania również niekoniecznie jasny, komunikatywny w odbiorze dla widzów- jest wynikiem bardzo ciężkiej pracy całego zespołu. Działa nie tylko ze względu na efekt całości i jego wymowę ale dzięki wspaniałemu aktorstwu, zaangażowaniu cudownych, zdolnych, mądrych aktorek, które zechciały wnieść do projektu bardzo wiele od siebie. Był na pewno trudnym wyzwaniem ale chyba i realizacją marzeń, by móc razem współtworzyć kształt ostateczny dzieła. Dla każdego artysty jest to ważne. Twórcom udało się z sukcesem uchwycić proces zacierania i przywracania pamięci. Jej działanie. Wpływ na nią tego co się przeżywa z różnych perspektyw. Sztuka umożliwia przybliżenie się do prawdy, która jest dla Borczucha i Zarzeckiego ważna ale też ujawnia, że jest ta prawda w jakiś naturalny sposób nieuchwytna. Pozwala zrozumienie tego, co się wydarzyło, wyzwala uczucia z tym związane. Na pewno w jakimś stopniu porządkuje przeżycia, określa więź, przeszłe relacje z ich matkami. 

Kłopot z tak osobistymi, intymnymi wypowiedziami artystów, mimo że są ujęte w formę sztuki, wynika stąd, że z jednej strony niwelowany jest dystans, z drugiej tworzy się go a priori. Powołano do życia publiczną wypowiedź, która w pewien sposób pozostaje nietykalna. Nie do ocenienia przez kogokolwiek. Bo jest lub może być  dla Borczucha i Zarzeckiego zbyt bolesna. Może krzywdzić, zadawać cierpienie. Być niesprawiedliwa. Trudno obserwatorowi ocenić, co jest prawdą a co zmyśleniem, fantazją na temat. Mimo stosowanych środków, sugestii, informacji, zastrzeżeń. Nie można oddzielić emocji Borczucha i Zarzeckiego od emocji aktorek, jeśli nawet są tak doskonałe jak Halina Rasiakówna i mogą zagrać wszystko, nawet nogę stołową. 

Można odnieść wrażenie, że w obszarze sztuki wszystko jest na sprzedaż. Na przykład wszystko o swojej matce. Ekshibicjonistyczne wszystko o sobie. Bo spektakl zawsze jest produktem, za który widz płaci konkretną cenę. To by było proste, łatwe, oczywiste gdyby nie te emocje, które wyzwala. Gdyby nie te myśli, które pobudza. Gdyby nie tą pamięć, którą przywraca. Pamięć o mojej matce. 

Zawłaszczam scenę grzybobrania w namorzynowym czy bukowym lesie, obrazy  w kolorze błękitu pruskiego, wizję z dr. LOVE, mądrości o odzyskiwaniu radości życia, próbowania czegoś nowego, ucieczkę od rutyny i nudy, itd. -teraz już i moje osobiste fantazje, w których czuję się szczęśliwa, bezpieczna. Nietykalna. Wolna od dotyku śmierci. 


WSZYSTKO O MOJEJ MATCE
Reżyseria: Michał Borczuch
Tekst, dramaturgia: Tomasz Śpiewak
Scenografia: Dorota Nawrot
Muzyka: Bartosz Dziadosz Pleq
Reżyseria światła: Jacqueline Sobiszewski
Multimedia: Michał Dobrucki
Obsada: Dominika Biernat, Iwona Budner, Monika Niemczyk, Marta Ojrzyńska, Halina Rasiakówna, Krzysztof Zarzecki, Ewelina Żak
Głos: Barbara Kinga Majewska

Produkcja: Teatr Łaźnia Nowa

zdjęcie: Klaudyna Szubert




sobota, 8 kwietnia 2017

37.WST HARPER Teatr im.S.Żeromskiego w Kielcach


HARPER Simona Stephensa w reżyserii Grzegorza Wisniewskiego to psychologiczny triller teatru drogi, która prowadzi do odkrycia prawdy o zaburzonych relacjach rodzinnych i zawodowych, braku komunikacji z najbliższymi ludźmi, nieumiejętności świadomego kształtowania własnego życia. Każdy z bohaterów przeżywa swój indywidualny kryzys samotnie, choć razem tworzą rodzinę. Sztuka daje wskazówkę, by mieć odwagę, podejmować ryzyko i rozwiązywać problemy na bieżąco, wspólnie rozmawiać, nie czekać do momentu aż sytuacja życiowa zmusi do buntu, ucieczki, ryzykownych, szalonych zachowań, bo może to jeszcze bardziej skomplikować życie. Daje do zrozumienia, że warto rozmawiać. Unikanie tematów trudnych, bolesnych nie jest sposobem na bezpieczne trwanie w rodzinie, w związku, w pracy. Harper łatwiej komunikuje się z obcymi ludźmi niż z własną córką, mężem, pracodawcą. Z ojcem i matką nie kontaktowała się od lat. Z jednymi boi się rozmawiać, z innymi nie chce, z kolejnymi nie potrafi. Nie jest to wyłącznie jej wina. Każdy na swój sposób funkcjonuje samotnie, odgradza się od świata. Ale konsekwencje są destrukcyjne.

Brak rozmowy, otwartości, szczerości, prawdy zaburza lub niszczy Harper wszystkie związki z ludźmi. Stawia ją w sytuacji opresyjnej, niekomfortowej, przegranej. Cokolwiek próbuje powiedzieć, o cokolwiek prosi, ponosi porażkę. Może dlatego wycofuje się w milczenie, bo w ten sposób unika trudnych sytuacji, konfliktów, kłótni, spięć. Przemilczanie jest krótkodystansowym sposobem na zachowanie spokoju ale doprowadza do rozpadu relacji. Błędnej oceny ludzi, sytuacji, rzeczywistości. Niewłaściwych zachowań/ucieka, kradnie, pije, zdradza męża/. Tego właśnie doświadcza Harper. Przez całe życie była posłuszną dziewczynką, kochającą bardziej ojca niż matkę córką, wykorzystywaną przez pracodawcę pracownicą, łagodną, nie pytającą o nic żoną. Osobą podporządkowaną potrzebom innych, rezygnującą z siebie kobietą. Można by to nazwać mądrością ale tak naprawdę było uległością, unikaniem konfrontacji, rezygnacją z wyjaśniających wątpliwości rozmów, które rozwiązałyby problemy na bieżąco. Wyuczonym sposobem na przetrwanie. Ale do czasu.

Zdarza się, że  wystarczy impuls i następuje przesilenie. Moment otrzymania informacji o poważnej chorobie ojca a następnie jego śmierci ujawnia, że Harper przeżywa poważny kryzys. Doszła do ściany, do momentu gdy tylko gwałtowne, zdecydowane działanie, spontaniczna decyzja może ją wybić z kolein rutyny, z kręgu niemożności. Nie jest już w stanie dłużej wchłaniać agresji innych, zaspokajać ich żądań, potrzeb, nakazów. Dłużej już nie może znieść tych wszystkich wyższych konieczności, racji, które ograniczały jej własną wolność, pozbawiały prawa do podejmowania samodzielnych decyzji. Ale z jednej skrajności popada w drugą. Staje się przeciwieństwem wiernej żony, wycofanej matki, uległej pracownicy, grzecznej córki. Niestety, ta droga prowadzi donikąd.

Harper znalazła się na życiowym zakręcie. Tak naprawdę nie wiadomo, co się za nim kryje. Jak cała historia się skończy. Co zrobi z wiedzą o sobie, o swoim życiu, o swoich bliskich pozostaje sprawą otwartą. Tajemnicą. Ważne jest, jaką pracę wykonała. Do czego doszła w swych poszukiwaniach. Czego się dowiedziała. Wydaje się, że cała rodzina powinna przejść terapię. W momencie zakończenia spektaklu mogłaby ją zacząć. Wtedy byłaby szansa na zadowalające życie a może nawet szczęśliwe zakończenie. Trudno o tym przesądzić, bo w scenie zamykającej spektakl bezrobotny mąż, nie wiadomo czy pedofil czy nie, snuje wizję szczęśliwego, spokojnego, normalnego życia, znów przejmuje inicjatywę eksplikując swoje marzenia, potrzeby, oczekiwania. Nie pyta o zdanie żony i dlaczego wyjechała bez słowa z domu, nie rozmawia o jej zdradzie. Harper olbrzymim hamburgerem zamyka sobie usta. Czy oznacza to powrót do punktu wyjścia i pokorne budowanie przyszłości na warunkach, pod dyktat innych? A może jest to gest oczyszczający, który unieważnia jej zdradę, błędy popełnione w chwili desperacji, zagubienia, dezorientacji. Pozwala jej dalej funkcjonować, już w nowej sytuacji, z nową wiedzą, świadomością. Sama decyduje o tym, że nie będzie o tym więcej mowy, co się złego wydarzyło po ucieczce z domu. Wyznała wszystko. Zrobiła bardzo wiele, by dotrzeć do prawdy. Może nie jest za późno, by jednocześnie być sobą i tworzyć z sukcesem rodzinne relacje.

Grzegorz Wiśniewski konstruuje narracje o zwykłych ludziach, przeciętnym życiu ale w sposób niezwykły i nieprzeciętny. Doskonale prowadzi aktorów. Ci wspaniale wykonują powierzone im role. /niektórzy obsadzeni są w kilku/. Szczególnie wyróżnia się Magda Grąziowska  w roli Harper. Ona jest postacią wiodącą. Gra naturalnie, dramatycznie, swobodnie. Jest zjawiskowa. Doskonała. Dziewczęca i dojrzała. Komiczna i tragiczna. Potulna i agresywna. Subtelna i drapieżna.  Jeśli reżyser rezygnuje z sugestii autora, skraca tekst, wprowadza zmiany, to zawsze proponuje skuteczny, znaczący, wyrazisty ekwiwalent, który wzmacnia wiarygodność psychologiczną zachowań bohaterów, buduje symbolikę, wyostrza kontekst sytuacyjny, metaforyzuje wymowę całości. To, co decyduje o sile oddziaływanie tej sztuki to reżyseria z dramaturgią, która odeszła od rodzajowości, dosłowności, szczegółu. Posługuje się mocnym akcentem. Reżyser powtarza pierwszą scenę budując napięcie presji przymusu, szantażu jaki stosuje pracodawca wobec Harper. Multiplikuje postać dziennikarza, by wzmocnić strefę mroku, w jaką wkroczyła. Stosuje mocne uderzenia dźwięku, ostrą muzykę, zmienne światło, instalacje wideo pokazujące się na ścianie metra. Obnaża bohaterów w sytuacjach intymnych, by pokazać ich zagubienie, bezsilność, samotność.Te zabiegi wyostrzają obraz stanu psychicznego w jakim znalazła się kobieta, pozostali bohaterowie, rodzina. Akcja toczy się w przestrzeni neutralnej. Jasna, czysta, sterylna jest stacją metra, szpitalem, domem, hotelem, każdym innym miejscem. Jakby to była sugestia, że trzeba nabrać dystansu do tego, co jest już znane, co osacza, nie pozwala uwolnić się od presji konieczności narzuconych rutyną, konwencją, normą. Ale też jest miejscem przejściowym, które nie jest dane raz na zawsze. Bo w każdej chwili  można wsiąść do pociągu i zmienić swoje przeznaczenie, los, przyszłość.  Właściwie odnieść można wrażenie, że sprowokowana impulsem Harper spontanicznie wysiadła z całym bagażem dotychczasowego życia z reżimu codzienności i sprawdza, zastanawia się, dojrzewa do tego, w którym kierunku będzie podążać dalej. Co wybierze, co zrobi, czy jej się uda, tak naprawdę nie wiadomo. Na pewno jest bardziej świadoma siebie i świata, któremu przez całe swe życie  posłusznie, grzecznie  się podporządkowywała, któremu w słusznej sprawie na dany moment ulegała. Na pewno zaczęła ze swoją rodziną nowy etap życia.




HARPER SIMON STEPHENS
tłumaczenie Małgorzata Semil
reżyseria: Grzegorz Wiśniewski
konsultacja dramaturgiczna: Jakub Roszkowski
scenografia, wideo, reżyseria światła: Mirek Kaczmarek
opracowanie muzyczne: Rafał Kowalczyk
asystent reżysera, inspicjent-sufler: Maria Bielińska

obsada:obsada: Magda Grąziowska/Harper Regan/, Wojciech Niemczyk/Elwood Barnes/Mickey Nestor/, Adrian Brząkała/Tobias Az-Za'im/Mickey Nestor/, Artur Słaboń/Seth Regan/, Anna Antoniewicz/Sarah Regan/, Joanna Kasperek/Justine Ross/Alison Woolley/, Krzysztof Grabowski/James Fortune/Duncan Woolley/Mickey Nestor/

zdjęcia: https://www.facebook.com/shootmephotographers/photos/a.10155170616305476.1073742096.62253645475/10155170616625476/?type=3&theater, Krzysztof Bieliński

piątek, 7 kwietnia 2017

37.WST PODOPIECZNI STARY TEATR


PODOPIECZNI  Elfriede Jelinek w reżyserii Pawła Miśkiewicza to spektakl z wielu powodów niezwykły. Podejmuje gorący, rozwojowy, ważny temat uchodźców, obcych, innych, którzy tak naprawdę nie stanowią tylko problemu Europy. W rzeczywistości budzą wiele emocji. Ich realna obecność elektryzuje opinię publiczną. Zaburza dotychczasowy ład i spokój. Budzi lęk. Burzy poczucie bezpieczeństwa. Wymaga zaangażowania, otwartości i zorganizowanego działania. Sprawdza deklarowany system wartości. Zmusza do zastanowienia i ciągłego szukania spójnego, konsekwentnego planu, który by rozwiązywał piętrzace się problemy. Czy treść i forma sceniczna koresponduje ze stanem faktycznym?

Zdania co do oceny spektaklu są podzielone. Jelinek jest trudna do czytania, Jelinek jest trudna do wystawienia w teatrze. Słuchanie tekstu wymaga koncentracji i dyscypliny. Zapętlenia, wygibasy słowne, wariacje logiczne, napastliwość oskarżeń nie ułatwiają odbioru i zrozumienia. Wielu uważa, że to bełkot, grafomania, żadna literatura. Jednak to jej wewnętrzna struktura wypowiedzi, styl, powodują, że ta proza posiada silny potencjał dramatyczny, po który z sukcesem sięgają reżyserzy tacy jak Kleczewska, Miśkiewicz. Jej teksty są dynamiczne, energetyczne, bezkompromisowe. Mocne. Nie dają spokoju. Drażnią, jątrzą, angażują. Wkładają palec w ranę i szarpią bez litości. Poniewierają emocjonalnie. Każą się zastanawiać, wartościować, opowiedzieć się za lub przeciw. Przy bardzo wyrazistej postawie autorki polaryzują opinie czytelników.

Adaptacja Pawła Miśkiewicza ma podobne oddziaływanie.  Jest głośna, chaotyczna, napastliwa. Mówi, że w pewnych okolicznościach podopiecznym mógłby być każdy z nas. Fortuna kołem się toczy. Przedstawia wiele sprzecznych, wykluczających się argumentów, krzyżujących się racji, różnych poglądów, stanowisk, przerażająco tragicznych wspomnień, traum, złożonych losów ludzi układających się w niespójne historie, których nośnikami są postacie sceniczne ale nie porządkuje tego galimatiasu. Nie ingeruje w to zamieszenie. Pozwala mu tętnić własnym życiem. Układać się spontanicznie, intuicyjnie. Podążanie za wątkami nie ma sensu, bo się wymykają recepcji. Ten słowotok generujący kolejne sceny trwa nieprzerwanie. Staje się dręczącym wyrzutem. Falą wzbierającej frustracji, która przeradza się w rozpacz lub ostre oskarżenie. Bywa szantażem. Bywa prowokacją. A nawet nienawiścią. Ale kryje się za tym wielka potrzeba bliskości, zrozumienia, bezpośredniej komunikacji. Dążenie do wspólnego życia a nie w gettach, które przełamie steoretypy, przyspieszy proces wzajemnego poznania sie, asymilację. Na scenie panuje chaos.

Może dlatego, że tak właśnie wygląda rzeczywistość związana z napierającą falą uchodźców do Europy. Nadal docierają do nas tylko fragmenty opowieści, strzępy informacji, obrazy migawkowe, niepełne, wybiórcze. Newsy dnia szybko ginące w strumieniu kolejnych newsów. Zdjęcia sensacje. Obrobione albo zupełnie surowe relacje rzucone na żer publice. Bez szerszego, głębszego kontekstu. Wypowiedzi są komunikatami, deklaracjami, namiastkami, okrzykami. Roszczeniem. Furią niezadowolenia, napastliwą agresją, wzbierającą bezsilnością, głębokim rozczarowaniem, rezygnacją. Bólem i cierpieniem. Poczuciem niesprawiedliwości i zawodu. Niekontrolowaną emocją. I to uwolnioną ze skumulowaną, wyolbrzymioną, zmanipulowaną siłą. Im dłużej sytuacja trwa, tym bardziej powszednieją problemy z uchodźcami, nie wyzwalają w obserwatorze empatii ale sprzeciw, znużenie, lęk. I chęć odsunięcia od siebie tego problemu. Może dlatego trudno jest Europie wypracować wspólny plan ratunku, pomocy, ocalenia jej podopiecznych. Pogubienie w natłoku zdarzeń, dezorientacja, nowe tragedie powodują, że nie panuje świat zachodu nad sytuacją, która jest dynamiczna, ciągle się zmienia. Nie słyszymy dokładnie narracji ze sceny, bo w ogóle nie dociera do nas pełna, rzetelna narracja ze środków masowego przekazu. Komunikacja jest niekomunikatywna. Zagłuszana, zakrzyczana ginie. Nie ma jasności, spójności, obrazu uporządkowanego, logicznego.  Z początkiem, kulminacją, zakończeniem. Akcja się rwie, przerywa, zawiesza, ale uporczywie trwa, nieprzerwanie posuwa dalej, jakby nie mogła, nie chciała się skończyć.

Na spektaklu widzowie z podopiecznymi wtłoczeni są w rzeczywistość mroczną, gęstą, mokrą. Brudną i lepką. Duszną mimo otwartej, prawie pustej przestrzeni. Poza czarnym kolorem krajobrazu, stalowymi podestami prowadzącymi donikąd wyróżniają się pomarańczowe kapoki uchodźców. Przytłaczającą jest to wizja zawieszenia. Klinczu. Nie dającą nadziei. A temat jest nadal istotny. Szkoda, że głównie wykrzyczany. Zespół zaangażowany, ofiarnie wykonuje swoje zadania. Ale to Jan Peszek jest doskonały, perfekcyjny.  Krzysztof Globisz wspaniały, wzruszająco grał siebie. W tym momencie sztuka z rzeczywistością spotkała się najpełniej. Bez żanego dystansu, kamuflażu, bez znieczulenia. Wielki to gest artysty. Szczodry i odważny. Ale przecież świadomy. Mądry. Ku nam skierowany. Podczas oklasków bardzo dramatyczny. Przejmujący. Dający do myślenia.

A spektakl? Jest nieposkromiony. Ale mądry. Niepokorny. Ale ważny. Gubiący się w czasie i przestrzeni. Ale konsekwentny. Jest już ograną kalką. Zużytą, dobrze znaną wypowiedzią, która spowszedniała więc nie działa tak mocno jak tego oczekujemy i winna być na nowo sformułowana, przepisana. Rozszerzona. Trzeba ją jednak przywoływać, przypominać w formie, jaka jest, choć zmiany następują tak szybko i obraz nie jest już aktualny, pełny.  Życie ciągle wyprzedza sztukę. Jest silniejsze. W bezpośrednim kontakcie działa na wrażliwość mocniej. "Najtrudniejszym zadaniem człowieka jest nadążanie za tym, co się zmienia"/Pier Paolo Pasolini/ a my z naszymi podopiecznymi utknęliśmy na dobre. Bez nadziei na rozwiązanie. Horyzont jest pusty. Brakuje punktów stałych, punktów odniesienia czy oparcia. Poruszamy się razem instynktownie. Działamy zrywami, reagujemy spontanicznie. Nadal oswajamy się z sytuacją, poznajemy siebie nawzajem. Ale zbyt wolno, ze zbyt dużym dystansem, ostrożnością, chłodem. My ich potrzebujemy, oni nas, ale tak trudno się nam do siebie zbliżyć.  Proszą, błagają bezskutecznie. Jeśli nie znajdziemy rozwiązania, pogubimy się na dobre.  Problemy będą się multiplikowały, mutowały, pęczniały. I to byc może podopieczni przejmą inicjatywę. Zmienią rzeczywistość. Już przecież zmieniają. Okaleczeni. Skrzywdzeni. Pozostawieni sobie. Nie mający nic do stracenia. Osamotnieni. Rozczarowani ziemią obiecaną, Europą. Rozczarowani ludźmi, Europejczykami.

PODOPIECZNI ELFRIEDE JELINEK
reżyseria: Pwaeł Miśkiewicz
przekład: Karolina Bikont
adaptacja: Joanna Bednarczyk, Paweł Miśkiewicz
scenografia: Barbara Hanicka
muzyka: Rafał Mazur
światło: Marek Kozakiewicz
choreografia: Maćko Prusak

obsada: Iwona Budner, Aldona Grochal, Ewa Kaim, Urszula Kiebzak, Ewa Kolasińska, Katarzyna Krzanowska, Marta Nieradkiewicz, Jaśmina Polak, Marta Ścisłowicz, Bartosz Bielenia, Szymon Czacki, Roman Gancarczyk, Krzysztof Globisz, Zygmunt Józefczak, Zbigniew W. Kaleta, Patryk Kulik, Jan Peszek, Krzysztof Zawadzki

muzycy: Paulina Owczarek, Sebastian Mac, Tomasz Chołoniewski, Rafał Mazur


2016 – XVIII Ogólnopolski Festiwal Sztuki Reżyserskiej INTERPRETACJE, Katowice – spektakl mistrzowski, poza konkursem
2016 – Festiwal Dramatu 2016, Wrocław. Nagrody: Jan Peszek – nagroda za najlepszą drugoplanową rolę męską, Barbara Hanicka – nagroda za najlepszą scenografię

zdjęcie: Magda Hueckel/materiały prasowe Narodowego Starego Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie

czwartek, 6 kwietnia 2017

MATER DOLOROSA TEATR LALKA FESTIWAL NOWE EPIFANIE/GORZKIE ŻALE 2017


MATER DOLOROSA to opowieść pasyjna. Polifoniczna. Powściągliwa, surowa, odnosząca się do sacrum i profanum. Obejmuje czasy biblijne ale odnosi się do współczesnych, bo dotyczy zjawisk uniwersalnych, ponadczasowych. Opowiada historię Matki Boskiej, którą doskonale wszyscy znamy. Widzimy w niej jednak los każdej matki. Z jej radościami, obawami, troskami, odpowiedzialnością i koniecznością zaakceptowania tego, że dziecko musi dorosnąć, ją opuścić. W tym wypadku w sposób męczeński, niezawiniony, co jest szczególnie silnym, bolesnym przeżyciem. Historia porusza w nas to, co ludzkie i wydobywa to, co boskie. Proponuje minimalistyczną formę i treść ale wysmakowaną artystycznie i plastycznie.  Skupioną na tym, co najważniejsze. A jest nim opis porządku świata, sens istnienia, istota wiary. Piękno i trud macierzyństwa. Związane z nim obowiązki i radości.

W przestrzeni pustej, mrocznej, poznajemy trzy Maryje- młode, radosne, szczęśliwe. Jedna z nich zostanie matką.  Cieszy się z tego ale nie przeczuwa jeszcze, co oznacza dla niej ta nowa rola. W symbolice spektaklu odczytujemy kolejne etapy macierzyństwa. Pieśń liturgiczna, ludowa i świecka, taniec, układy choreograficzne, które tworzą żywe obrazy figuratywne, proste ale symboliczne rekwizyty, pozwalają wniknąć w ten intymny świat życia matki. Najpierw szczęśliwej, pełnej nadziei później w obliczu męczeństwa i śmierci syna przepełnionej ogromnym bólem i cierpieniem. Poczuciem niesprawiedliwości i straty.  Żałobą.

Spektakl jest pięknie i mądrze skomponowany. Subtelny i czysty. Jasny, zrozumiały. Dotyka emocji, uczuć matki. Przenika się w nim dziecięca ufność, oddanie z dojrzałością, która każe pogodzić się z losem. Zaakceptować to, co nieuniknione. Wahanie i wątpliwości, obawy muszą ustąpić nadziei i wierze, bo nie można uciec od rytuału życia i śmierci. Na początku wypełnia się go intuicyjnie, spontanicznie, lekko, potem z poczucia obowiązku, pokory, ze zrozumieniem. Obserwując życie Maryi widzimy jak z codzienności rodzi się świętość. Jak dojrzewa. I swoim zaistnieniem daje przykład. Siłę kolejnym pokoleniom matek. Bo życie cudem jest i darem. Macierzyństwo wewnętrzną gotowością na poniesienie ofiary z siebie. Dla dobra dziecka matka znieść jest w stanie wiele. Ale ono nie jest jej własnością. Matka musi oddać go światu. Tak, by mógł sam decydować o sobie. Wypełnić swój los i przeznaczenie. A ona, cokolwiek się zdarzy, godzi się na to. W sobie przeżywając jego wszelkie sukcesy i porażki. Nawet jego śmierć.

Spektakl zadowoli, zainteresuje dzieci i dorosłych. Wysyła ten rodzaj komunikatu scenicznego, który jest zrozumiały dla wszystkich.

MATER DOLOROSA
Pieśni pasyjne
scenariusz: Daria Kopeć i Kacper Kuszewski
reżyseria i scenografia: Daria Kopiec
opracowanie muzyczne i przygotowanie wokalne: Kacper Kuszewski
muzyka i aranżacja: Natalia Czekała, Krzysztof Guzewicz, Karolina Matuszkiewicz
choreografia: Aneta Jankowska

obsada: Beata Duda-Perzyna, Grzegorz Feluś, Aneta Harasimczuk, Wojciech Pałęcki, Anna Porusiło-Dużyńska

premiera:5.04.2017

Spektakl jest współprodukcją Teatru Lalka i Festiwalu Nowe Epifanie / Gorzkie Żale 2017.

środa, 5 kwietnia 2017

MATKO JEDYNA! FESTIWAL NOWE EPIFANIE/GORZKIE ŻALE 2017



MATKO JEDYNA, cóżeś uczyniła Redhardowi! Co nam czynisz nasza matko, czy już wiemy? 

Widzowie zgromadzeni w Instytucie Teatralnym w ramach FESTIWALU NOWE EPIFANIE/GORZKIE ŻALE stali się świadkami życiorysowego coming outu Redbada Klijnstry. Monodram MATKO JEDYNA! był bardzo osobistym, intymnym, ujętym w artystyczną, powściągliwą formę relacji szczerym, prawdziwym i wzruszającym wyznaniem, obejmującym całe dotychczasowe życie artysty. 

Wyruszyliśmy razem w trudną drogę przedzierania się przez meandry pamięci, emocji, doznań. Znaleźliśmy się w samym epicentrum wewnętrznej wiwisekcji mężczyzny, który z dzisiejszej, dojrzałej już perspektywy stara się wniknąć, podsumować i zrozumieć czas miniony, próbuje dociec kim tak naprawdę jest. Bo nadal poszukuje przyczyn swoich emocjonalnych kłopotów, które dręczyły go przez całe życie i po dzień dzisiejszy nie dają mu spokoju a mają swe źródło w skomplikowanych, nie do końca uświadomionych relacjach z matką. Aktor drąży swoją przeszłość, nadal szuka odpowiedzi na nurtujące go pytania, wątpliwości. Monodram ma więc znaczenie terapeutycznej sesji. Sztuka pomaga mu znaleźć drogi ratunku, daje możliwość alternatywnego sposobu oswojenia prawdy.

Redbad Klijnstra  zaprosił nas w sentymentalną podróż przez dzieciństwo i młodość w Holandii, przeprowadził lekko i dowcipnie przez studia aktorskie i pracę artystyczną w Polsce.  Opowiedział o swoim domu, życiu rodzinnym, jego relacjach z matką, ojcem, z rówieśnikami. Mówił o beztrosce, wolności i swobodzie nieskrępowanego, buszowania w rzeczywistości bez dorosłych, bez ich kontroli i opieki, co umożliwiało eksperymentowanie w wielu dziedzinach życia. Zanurzyliśmy się we wspomnieniach szalonego okresu dojrzewania, pobytu we wspaniałej szkole, która mądrze rozwijała a nie tylko zmuszała do zapamiętania formułek, definicji nie mających nic wspólnego z rzeczywistym życiem. Edukacja w Holandii pobudzała do myślenia, uczyła samodzielności. Gorzej, choć równie ciekawie, było na studiach w Polsce. Praca nie do końca go satysfakcjonowała. Widzowie znają Redbada Klijnstra, człowieka teatru, z takich kultowych  spektakli jak "Oczyszczeni", "Krum", ale on nadal czuje niedosyt, ma poczucie, że jego potencjał nie został do końca wykorzystany, a talent nie rozwinął się, jakby tego oczekiwał. Potrzebował dużego, indywidualnego sukcesu. Ten jeszcze nie nadszedł. 

Aktor zdecydował się opowiedzieć monodramem nam swoją historię, odważył podzielić się tym, co dotychczas przeżył, czego doświadczył, bo chce dotrzeć do prawdy o jego relacji z matką, uporać się z jej śmiercią, która nastąpiła w nie do końca jasnych okolicznościach. Nie jest to proste. Uporczywie szuka informacji. Próbuje wydobyć to, co świadomość ukryła, uczucie do matki wyparło. Dotychczasowe próby go nie zadowoliły. Nie przyniosły spodziewanych rezultatów. Zawiodły. A on stara się nadal znaleźć sposób, by panować nad swoim życiem. Pięknie mówił o swej matce swoją miłością do niej, podkreślając jej miłość do sztuki, pracy, tańca. Akcentował oddanie, sumienność, pasję z jaką traktowała swój zawód, przyjaciół, znajomych, ale opisał też nonszalancję, szaleństwo, jej stosunek do życia rodzinnego, obowiązków macierzyńskich. Powoli poznawaliśmy rewers doskonałego dzieciństwa, jego samotność, wielką, niezaspokojoną potrzebę bliskości, uwagi, miłości matki. Brak ojca. Bolesne traumy. Odpowiedzialność dziecka za nieodpowiedzialność rodziców.  Poczucie bezsilności i winy. Ten mrok, który przez lata niszczył w nim pewność siebie, był przyczyną nieumiejętności budowania stałego związku, podniecał niezrozumiały niepokój. To, co go do dziś osłabia. Dręczy. Wraca jak zmora. Koszmar nocny. Funduje poczucie niespełnienia. 

Prawda jednak daje szansę wyzwolenia z tego, co dręczy. Jest faktem, który można i chyba trzeba zaakceptować. Oswoić. Pomaga zrozumieć. Pomaga walczyć. Chyba uspokaja, wycisza lęki. Unieważnia to, co było skrywane milczeniem. Pozwala dalej walczyć. Daje nadzieję. Dlatego aktor tak jej docieka. 

To nadzwyczajne, że Redbad Klijnstra włączył nas, widzów, w obszar swych badań nad rolą matki w procesie budowania siebie, intymnego dociekania własnej tożsamości, bolesnego dochodzenia do istoty rzeczy i ludzi. Pozwolił nam poznać udrękę przedzierania się przez życie z bagażem nieznanych sobie a jednak przeczuwanych tajemnic, co je zawsze komplikowało. Przede wszystkim pokazał cały długi proces odkrywania prawdy o sobie i najbliższych osobach. Na pewno nie jest łatwo zdecydować się na tak szczere wyznania, umożliwić nieznanym ludziom zajrzeć w swoje życie emocjonalne, uczuciowe tak głęboko. Sztuka jednak pomaga. Sztuka potrafi. Redbad Klijnstra w czasie tego monodramu ją sprawdzał. Siebie sprawdzał. Również nas. I było coś w tym niezwykle pięknego. Metafizycznego, chociaż bardzo ludzkiego. Wiara w Boga i wiara w człowieka. 


MATKO JEDYNA!
Scenariusz, reżyseria i wykonanie: Redbad Klijnstra

Współpraca: Rafał Rutkowski,Emilia Komarnicka, Marek Kochan, Maciej Omylak, Fabian Włodarek.

premiera: 25.03.2017, Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego