niedziela, 31 marca 2019

FEDRA FITNESS COLLEGIUM NOBILIUM


FEDRA FITNESS Istvana Tasnadiego, grana przez studentów IV roku Wydziału Aktorskiego w Sali im. Jana Kreczmara Akademii Teatralnej, to spektakl śpiewnie wytańczony. Ruchem, rytmem, choreografią opowiedziany. I młodością, która się uczy. Próbuje. Chłonie. Uporczywie powtarza, donośnie przemawia, mechanicznie baja- jeszcze nie o sobie samej ale poprzez siebie. Intuicyjnie szuka i spontanicznie interpretuje. Ćwiczy, wprawia się, utrwala. Przerabia starą historię. Przepracowuje nie swoje fascynacje, pragnienia, zawody uczuciowe, historie miłosne. Mity.

Wszyscy aktorzy, w konsekwencji ich bohaterowie są bardzo młodzi. Niedoświadczeni. Nieskażeni. Okrucieństwo władzy, przemijania, śmierci nie jest ich klęską. Jedynie ciekawości próbą. Mają do niej, wydaje się, bardzo duży dystans/czas, brak doświadczenia, nieświadomość/. Starość nie pożąda młodości. Jest apetyt na życie. Na mityczną padlinę. Może dlatego wszystko ma wydźwięk powierzchowny, narzucony, obcy. Wymuszony. Sztuczny. Niestabilny. Jakby czerpiąc u źródła uczyła się niedojrzałość dla swego przeznaczenia nowej formy. Kierując się przeczuciem, intuicją błądzi, wchodzi w obcą skórę. Stara się wykorzystać, co zaprzeszłe ale nie minione. Sięga po nieznane.

Hipolit, grany przez delikatną, drobną dziewczynę, Marię Juźwin, nie ma przyszłości. Kobiecość go zgubi. Żaden z niego przyszły wódz, żaden przyszły mężczyzna, kochanek. Fedra Julii Szewczyk pozostanie urażoną dumą, pychą, wściekłą zemstą. Wiecznie młodą nienasyconą ambicją. Przypadkiem kobiecości, która pragnąc wszystkiego, nic nie zdobywa, nie nie dostaje. Poza poniżającym rozczarowaniem.  Śmiertelnym upadkiem. Mąż nie ma dla niej czasu, pasierb ją odtrąca, władza się wymyka.Tezeusz Błażeja Stencela, pogromca i zdobywca, swym działaniem ciągle udowadnia, że jest poza czasem. Musi podbijać, nieustannie zdobywać, zwyciężać. Nawet gdy upada natychmiast powstaje, gdy umiera zmartwychwstaje. Jest patriarchatem nie do pokonania. Wieczną władzą, walką, panowaniem. Minotaur Michała Kłosiewicza, symbol wynaturzonych seksualnych skłonności, zwierzęco- ludzki potwór, też pozostaje niezniszczalny. Jak to herosi, superbohaterzy, ikony, punkty odniesienia, idealne w swym portrecie wzory do naśladowania.


Istvan Tasnádi przepisał mit o TEZEUSZU, FEDRZE, HIPOLICIE. Wtłoczył dramat we współczesne ramy. Język zwulgaryzował, przestawił akcenty, podkreślając modę na młodość, piękno, podsycany głód seksu, pogoń za dominacją, władzą, zwariowanie galopujący styl życia. Daria Wiktoria Kopiec zaadoptowała tekst na potrzeby wydobycia talentów, aktorskich umiejętności  młodych wykonawców, wyreżyserowała go w dynamice właściwej naszym wspaniałym czasom, choć bezpośrednio nawiązuje ekspresją do antycznych środków wyrazu/pieśń+ciało+słowo/. minimalistyczna, wprawiana w  ruch scenografia/zawieszone słupy u powały/ sygnalizuje również niestabilność, ciągłą zmianę, metamorfozę, dostrajanie się do ludzkiego rozedrgania, leków, pragnień, oczekiwań, obaw. Proste, pomysłowe kostiumy podkreślają charakter, osobowość bohaterów. Najważniejsze jest jednak aktorstwo. Ono znacząco wybrzmiewa. Najsilniejsza jest świeżość młodości. Ta najmocniej się broni. 


FEDRA FITNESS Istvan Tasnádi
PRZEKŁAD:Jolanta Jarmołowicz, Jerzy Czech
REŻYSERIA I ADAPTACJA: Daria Wiktoria Kopiec
MUZYKA, PRZYGOTOWANIE MUZYCZNE: Natalia Czekała, Krzysztof Guzewicz
CHOREOGRAFIA: Jacek Owczarek
SCENOGRAFIA: Anna Wunderlich
KOSTIUMY: Patrycja Fitzet

Obsada: Fedra - Julia Szewczyk, Hipolit - Maria Juźwin, Sauros - Robert Mróz, Kapłanka - Aleksandra Lechocińska, Tezeusz - Błażej Stencel, Minotaur - Mikołaj Kłosiewicz. Chór Kobiet/ Lekarka/ Trenerka - Magdalena Howorska. Chór Kobiet/ Dziewczyna, - Paulina Wróblewska

sobota, 30 marca 2019

PRZEBUDZENIE

P


Plakat spektaklu przedstawia rozsadzane ciał kobiece naturą. Piękno rozczłonkowuje piękno. Tworzy nową jakość. Nieznany, dziwny, niepokojący kształt. Określa moment przemiany. PRZEBUDZENIE.

Młode, piękne, zaangażowane kobiety, aktorki- każda inna, każda indywidualna- wynurzają się z ciemności, w szlafrokach  siadając na wprost publiczności, patrzą jej prosto w oczy, tłumaczą a następnie przeprowadzają teatralny eksperyment,. Za zasłoną-parawanem wizualizującym roślinne matecznikj, jak rusałki, nimfy, zjawy, anonimowe, efemeryczne cienie przechodzą tajemniczą metamorfozę. Uwolnione od kulturowej, krępującej powłoki, jaką zawsze symbolizuje ubranie-całkowicie wolne, bezwstydne, swobodne-jedna po drugiej szukają własnego sposobu wyrażenia, oczyszczenia, zresetowania. Ekspresja choreografii, rytm, tempo, brzmienie muzyki pozwala im wprowadzić się w trans, przeprowadza je od siebie z przeszłości ku sobie w przyszłości. To ciało jest naturą płci, nośnikiem pamięci, matrycą zachowań, nawyków, systemu wartości. I to poprzez ciało dokonuje się transformacja. Rezygnacja z patriarchalnego, restrykcyjnego, opresyjnego schematu podległości, podporządkowania dla otwarcia się na ryzykowne, nowe, nieznane bliżej wcielenie. Fizyczność wymusza zmiany w psychice, pomaga zmienić perspektywę, sposób postrzegania rzeczywistości, w niej siebie.

Spektakl koncentruje się głównie na samej przemianie, która umożliwia przebudzenie się kobiecości ze snu patriarchalnego zniewolenia. Na momencie podjęcia decyzji, przesilenia, buntu. Poszukiwania sposobu dotarcia do jądra siebie. Przebicia powłoki zwyczajowego konwenansu, pancerza ról jej przypisanych, kokonu narzuconych powinności. Jest to akt odważny, radykalny, szalony. Bez krępującego myślenia o konsekwencjach, bez dławiącego odwagę lęku. Intuicyjny, spontaniczny, prowokujący. Nieobliczalny. Poznawczy. Badający granice, poprzez ich przekraczanie, burzenie, ignorowanie. Każda z dziewcząt staje się DIONIZOSEM, wchodzi w rolę BOGA. Przejmuje władzę, rząd dusz siadając  na huśtawce, grając na gitarze lub bębnie.  A tak naprawdę znów, jak wcześniej męskość, podstępnie moderuje, manipuluje, tresuje. Nadając rytm, decydując o intensywności dźwięku, głębi brzmienia zmusza do reakcji tańczące ciała. Inicjuje podporządkowanie.  Jakby dawała do zrozumienia, że zawsze jakiś bóg, w istocie każdy człowiek wprawia w ruch ten czy inny porządek świata. I od tego nie ma ucieczki, uwolnienia.

Publiczność pozostaje zbiorową, anonimową zachowawczością, masowym przedstawicielem konserwatywnych, przewidywalnych postaw. Jak PERSEUSZ. Ale tak naprawdę wszyscy bez wyjątku pragną/pragnęli/będą pragnąć zmiany, dążą/dążyli/będą dążyć do eksperymentowania na sobie, marzą/marzyli/będą marzyć o przemianie, którą z bezpiecznego dystansu obserwują w teatrze na scenie. I choć przechodzą podstępną, niepewną, trudną drogę, wiedzą, indywidualni i zbiorowi, podobnie jak jedna z Bachantek, że nałożą na siebie-zrezygnowani, wyczerpani, przez siebie samych doświadczeni, sprawdzeni-kaganiec niby nowej ale tak naprawdę zawsze starej formy.  Bo nie sposób wykreować nowego człowieka gdy się ignoruje  własną płeć, naturę indywidualnego siebie. Nawet jeśli uda się zniszczyć, kim się było dotychczas.  Nawet wtedy gdy się wraca do punktu wyjścia, do początku narodzin w sobie człowieczeństwa. Po krwawym, obrzydliwym, barbarzyńskim katharsis. Można mieć z tego tylko FUN. Gorzki fun procesu przeprogramowywania siebie.



Marcie Malinowskiej udało się wyreżyserować spójny, transowy, monochromatyczny spektakl. Odważnie poprowadziła wątek dionizyjskiego szaleństwa Bachantek. Działania umożliwiającego przebudzenie kobiet, a właściwie każdego człowieka, z jednego snu o wolności i samostanowieniu i natychmiastowe pogrążenie się w kolejnym majaku, w uzależnienia horrorze nowym. Aktorki sprostały trudnemu zadaniu przekonania publiczności o tym, że nagość jest artystycznym kostiumem. Choć na pewno jeszcze wiele osób zaskakuje, szokuje, konsternuje, jest nie do zaakceptowania, to w tym wypadku była adekwatna. Drastycznie działając, spełniła swoją rolę. Bo tylko wtedy gdy człowiek odrzuci bezceremonialnie, bezkompromisowo, bezwstydnie wszystko co go więzi, zakłamuje, a priori, wbrew jego woli określa, ma szansę na nowo sam, zgodnie ze sobą, na własnych warunkach się zdefiniować. Światu prawdziwego, szczęśliwego, spełnionego siebie przedstawić. Czy to rzeczywiście jest możliwe, oto właściwe pytanie wymagające szczerej do bólu odpowiedzi! Powodzenia.:)

PRZEBUDZENIE

Reżyseria: Marta Malinowska
Scenografia:Iga Koclęga, Maciej Krajewski,Maks Mac

Występują:
Katarzyna Auli Barszczewska,
Katarzyna Dmoch,
Paulina Fonferek,
Helena Hajkowicz,
Karolina Kosecka,
Katarzyna Kucharska,
Aleksandra Padzikowska,
Maria Patykiewcz

plakat: Joanna Bagnucka
Rekomendacja wiekowa: spektakl dla widzów dorosłych

Spektakl powstał podczas seminarium prowadzonego przez dr. hab. Jarosława Kiliana na Wydziale Reżyserii.

http://tcn.at.edu.pl/spektakl/przebudzenie/?fbclid=IwAR14T_XQiDAdn0GuG1fusvgp2hV3B13sgQt30_qDt4nGUaheYEp0UF6b8vI

wtorek, 26 marca 2019

RANDOM TEATR OCHOTY

RANDOM to spektakl złożony z trzech opowieści, które zwyciężyły w drugiej edycji konkursu dramaturgicznego Teatru OCHOTY pt." POLOWANIE NA MOTYLE". Jest wypowiedzią młodych artystów, ich głosem przeczucia, niepokojem intuicji. Refleksją nad zdarzeniami, sytuacjami, które bohaterów zaskakują, przerastają, zadziwiają. Interesują.

Wspólnym tematem jednoaktówek jest ulotność piękna, nieuchronność przemijania, sprzeczna z naturą radości życia śmierć. Niepewność.Towarzyszy temu brak przygotowania na sytuacje, których nie można uniknąć, przewidzieć, nieumiejętność radzenia sobie z trudami starości, doświadczaniem straty osób najbliższych. Wielka samotność współczesnego człowieka. Zagubienie w bólu żałoby i bezradność wobec niezrozumiałego cierpienia, które wyniszcza ciało, zabija duszę. Osłabia wolę życia. Czyni ją posłuszną frustracji, zwątpieniu, zagubieniu.

BARBARIĘ Marty Fortowskiej Igor Gorzkowski wyreżyserował klasycznie. Obserwujemy codzienne, proste, rodzinne życie matki i córki, nad którego szczęściem cieniem kładą się troski związane ze starością, jej udręką, widmem śmierci. Zwłaszcza że trzecią osobą, znacząco obecną jest babcia, która nie żyje. Starość jest okresem w życiu człowieka najmniej atrakcyjnym, pełnym ciężkich chwil, ciągłych obaw, nieuniknionych lęków. Czasem, w którym młodsi muszą opiekować się, troszczyć, dbać o swoich podupadających na zdrowiu rodziców. To trudny, wymagający, bywa traumatyczny dla nich okres. Z jednej strony oczywisty obowiązek, z drugiej obciążająca ich psychicznie i fizycznie niewdzięczna praca. I pojawiająca się natrętna myśl, że ich samych czeka podobny los w przyszłości. Nie napawa to optymizmem, szczęściem. Nie przynosi ulgi. Podsuwa za to szaloną myśl o wyzwoleniu wszystkich z kłopotu. Matka Sławomiry Łozińskiej jest typowym, starzejącym się rodzicem, który potrzebuje opieki, pomocy, wsparcia. Sama opiekowała się swoją matką i wie jak bardzo ją to obciążało, frustrowało, męczyło. Z trudem znosiła natarczywość, demencję niedołężnej, przykutej do łóżka staruszki. Teraz samotna, ciągle zajęta, zatroskana wie, że to samo czeka jej córkę. Ich wzajemne relacje nie są łatwe, każda z kobiet żyje w innym świecie. Matka patrzy w przeszłość, córka w przyszłość. Pogodzenie tych rozjeżdżających się perspektyw pozostaje bardzo wymagającym zadaniem. Salomonowe rozwiązanie podsuwa wspólna wyprawa do Indii.

RANDOM Ewy Opawskiej w reżyserii Iwo Vedrala to niepewność wynikająca z zagrożenia życia na ziemi z niesprecyzowanych bliżej przyczyn. Przedstawiony  świat  jest tuż przed lub tuż po nieokreślonej katastrofie. Zakodowany jest w tej opowieści strach przed tym, co człowieka przerasta, lęk przed nieznanym. Pustynny krajobraz pogrążony we mgle ma tylko dwoje mieszkańców, kobietę i mężczyznę. Ale czyż życie nie jest od zawsze związane z niebezpieczeństwem zagłady? Ta może przyjść w każdej chwili: z kosmosu, z powodu działalności człowieka. Nikt z ludzi nie jest panem życia i śmierci, choć wydawać się może, że jest inaczej. Nieprzewidywalność losu, brak gwarancji co do tego, czy człowiek będzie w stanie poradzić sobie z naturą przyrody i ze swoją własną rodzi niepewność, lęk o przyszły świat, życie i szczęście ludzi. Zwłaszcza dla tych, którzy mają dojmująco bolesną świadomość, że wszystko jest przejściowe, ulotne, niestałe.

SZCZENIĘTA Marceliny Obarskiej w reżyserii Julii Mark i Alicji Brudło poruszają problem kolejnego nieprzygotowania do wyzwań życia. Jest studium psychicznego, emocjonalnego  zagubienia, rozbicia rodzeństwa po stracie osoby najbliższej, najmłodszego brata. Siostra nie potrafi napisać mowy pogrzebowej, mimo że się bardzo stara. Czesanie włosów/jak Marina Abramović w swoim performensie Art Must Be Beautiful/Artist Must Be Beautiful, 1975/ jest dla niej aktem samoudręczenia, wyrazem bezsilności. Bólu, cierpienia. Wściekłości na sytuację, która ją przerasta, dręczy, prześladuje. Niezrozumienia, co się stało. Brakiem akceptacji, zgody na  niesprawiedliwy, okrutny los, którego nie pojmuje. Nie potrafi się z nim pogodzić.

Dlaczego bardzo młodzi artyści podejmują temat dotyczący poważnego problemu niepewności: kruchości życia, toksycznej starości, okrucieństwa niezawinionej śmierci dzieci, trudno pojąć. Na pewno jest ważny. Aktualny. Na pewno czują, że ich dotyczy lub może dotyczyć. Nie chcą, by ich zaskoczył. Wszystko jest możliwe, pilnie do przepracowania. Nie ma co zwlekać, trzeba pisać, grać, dyskutować. Co też swoją sztuką czynią.



RANDOM
Marta Fortowska „Barbaria”
reżyseria: Igor Gorzkowski
obsada: Aleksandra Pisula, Sławomira Łozińska, Maciej Cymorek
konsultacje choreograficzne: Inga Pilchowska

Marcelina Obarska „Szczenięta”
reżyseria: Julia Mark
reżyseria obsady dziecięcej: Alicja Brudło
obsada: Edyta Januszewska, Krzysztof Satała, chłopcy z Ogniska Teatralnego Teatru Ochoty
głosu użyczył: Oskar Nagórka

Ewa Opawska „Random”
reżyseria: Iwo Vedral
obsada: Paulina Szostak, Jakub Falkowski
muzyka: Jakub Orłowski

scenografia i kostiumy: Aleksandra Gąsior
video: Michał Kluszczyński by People Agency
realizacja video: Hubert Kos
konsultacje video: Maria Porzyc
realizacja scenografii: Wiktor Korzeniewski
realizacja świateł: Witold Juralewicz / Zofia Krystman
realizacja muzyki: Piotr Trojanowski / Maciej Witkowski
garderobiane: Magdalena Adamczyk / Ilona Giżycka
montażyści: Marcin Chojnacki / Wiktor Korzeniewski
charakteryzacja: Ali Kosoian-Koźbielska
koordynacja produkcji: Małgorzata Błasińska, Olga Stefańska

premiera:16 lutego 2019r.

niedziela, 24 marca 2019

DZIADY-NOC DRUGA TEATR WIERSZALIN



Spektakl DZIADY-NOC DRUGA Teatru WIERSZALIN to seans magiczny, metafizyczny. Czysta poezja. Metafora. Przenikanie się świata realnego z tym wyśnionym, wymarzonym. Zaprzeszłym. To sublimująca się na scenie tajemnica, której powidoki na mgnienie odkrywa światło. Określa  barwa, definiuje nastrój, opisuje ruch. Ludyczna muzyka. Materia i jej ulotny, zmieniający się efemerycznie, raz rosnący, innym zwielokrotniony diaboliczny cień. I wypowiedziany tekst, do którego wysłuchania zachęcają dwie totemiczne lipy. Jak wrota do czyśćca, zaproszenie do piekieł. Guślarz Piotra Tomaszuka to artysta i demiurg, gra i śpiewa. Spektakl jest jego pieśnią. Pojemną, szczodrą. Łączącą stare melodie z nowym brzmieniem.

Konrad Rafała Gąsowskiego jest dziadem, wiecznym wędrowcem, tułaczem, uchodźcą. Potępieńcem. Człowiekiem wypalonym, w kryzysie. Więźniem swego o władzy majaka. Brudny, samotny, w łachmanach, zawieszony na łańcuchach u powały jak gigantyczna marioneta, miota się w swym szaleńczym buntownika tańcu. Cieleśnie potężny, duchowo martwy. W obłędzie pisze swe teksty na podłodze. W otoczeniu mrocznego świata śmierci/katakumby, kościotrupy, kości/, w towarzystwie ciemnej strony mocy/upiory, zjawy, zmory, diabły/. Konrad jest wśród umarłych umarłym, wśród dziwolągów dziwakiem, samotnie balansującym na skraju życia.  Przeszłość, teraźniejszość jest więzieniem ale i inspiracją. Kolejnym krokiem w nieznane. Wielką improwizacją bez egzaltacji, bez uniesień, bluźnierczych oskarżeń  przez zwykłego człowieka wypowiedzianą, wyszeptaną, wyrzuconą z siebie tak po prostu, wstydliwie, z rezygnacją zaprawioną goryczą, z lękiem w krwistą poświatę otulonym.  Tylko ona emanuje energią, jakby cała moc Konrada się wyczerpała, sczezła w pustce, w morzu niezrozumienia,  w nieskutecznym działaniu. Wampirycznie wyssana przez złowrogie, martwe otoczenie. Pozostanie wyznaniem, spowiedzią intymną, szczerą, bezsilną ale niezbywalną.  Częścią ważnego doświadczenia i mocnego czucia. Ksiądz, wiara, modlitwa mu nie pomoże, zbyt jest zdziecinniała, zbyt ułomna, zbyt słaba. Ksiądz Piotr ponosi klęskę. Tylko kobieta, Ewa, może ofiarować Gustawowi przemienionemu w Konrada wyzwolenie, wytchnienie, siłę. Choćby była tylko wcieleniem zmysłowego wspomnienia, niegasnącej tęsknoty, niewygasłej do końca w nim wiary. To miłość go ratuje, wskrzesza. Przywrócony życiu jest gotowy do nowych wyzwań, może ruszyć w dalszą drogę. Guślarz go żegna, pozwala mu odejść. Kończy się czar nocy dziadów. Tak i my, widzowie, sztuką poruszeni, dotknięci, prawie jak Konrad na nowo narodzeni, możemy powrócić do swojego życia, które trzeba  zmieniać, przekształcać, ratować.

DZIADY-NOC DRUGA jest więc próbą, ćwiczeniem, symulacją mającą przetestować nasze człowieczeństwo.  Gotowość i możliwość zmiany. Jest szukaniem punktów zaczepienia w życiu. Tego, co nadaje mu sens, co pomoże się zregenerować, wzmocnić, odrodzić. To survival psychoterapeutyczny z mocnym akcentem samookreślenia. Próba duchowego wzmocnienia. Zdefiniowania na nowo swojej tożsamości, wyznaczenia celów, sprawdzenia siły własnych argumentów. Wyzwolenia się od tego, co w nas i wokół nas jest skostniałe, ubezwłasnowolniające, martwe. Wampiryczne. To teatr, który mówi, że kto nie był ni razu Konradem, temu sztuka nic nie pomoże.

Spotkanie z Teatrem Wierszalin z Supraśla, z jego guru, Piotrem Tomaszukiem, zawsze jest wielkim, artystycznym, duchowym przeżyciem. Zakotwiczonym w przeszłości, tradycji, klasyce. Oferującym inspirującą perspektywę, piękne, transowe obrazy, interesujące, doskonałe aktorstwo. Niezapomniane wrażenia.





Spektakl został pokazany w ramach XX FESTIWALU GARDEROBA. To był doskonały pomysł, szczodry dar dla widzów. Należą się organizatorom gorące od nich podziękowania. Co niniejszym od siebie wdzięczna, szczęśliwa czynię:):):)

DZIADY-NOC DRUGA
Inscenizacja i reżyseria: Piotr Tomaszuk
Scenografia: Mateusz Kasprzak
Muzyka: Jacek Hałas
Wykonanie partii instrumentalnych: Adrian Jakuć-Łukaszewicz, Piotr Tomaszuk
Obsada:
W roli Konrada Rafał Gąsowski
W rolach współwięźniów:
Dariusz Matys – ksiądz Piotr, Senator
Monika Kwiatkowska – Pani Rollinson
Sylwia Nowak/Katarzyna Wolak – Ewa
Barłomiej Olszewski – Diabeł
Vitalij Kuprianov/Adam Milewski – Diabeł
W roli Guślarza Piotr Tomaszuk

INNI LUDZIE TR WARSZAWA


INNI LUDZIE, czyli kto? Przecież nie my, widzowie, inteligenci, ludzie kultury, miłośnicy sztuki. Świadomi, odpowiedzialni obywatele Europy, ba, pyszna, dumna elita świata zachodniego. Przeniesiona do teatralnego wyimka Stonehenge, mega formatowych ekranów, betonowej, azbestowej  wielkiej płyty, filmowo wizualizującej krajobraz stolicy. Obserwująca w TR Warszawa rozrastający się jak śmiertelny rak, jak zaraza ponad wszelka miarę  odrażający margines społeczny, tworzący wielkomiejskie, nie bójmy się stygmatyzować,  ludzkie ZOO, melanżowy popkulturowy skansen, brudny, wulgarny, śmierdzący, zaćpany warszawski rynsztok, którego źródło bije z otumanionych głów, pustych serc, zdegenerowanych mentalności oszołomionych snem o wielkości. Chodzi o skalę konsumpcjonizmu, skok na główkę nieśmiertelnej homo sovieticus w rozbuchany potencjał wolności. Chodzi o gwałtownie przebiegające rewolucyjne zmiany systemowe, wynaturzające, udziwniające,wykrwawiające świat, który nie jest na nie przygotowany. Transformacja obiecywała wszystko. Natychmiast. Miało być tak pięknie. Bogato. Stracone złudzenia  fundują wstydliwy second hand trash life, rozkładającej się nadziei smród rozczarowania.

Spektakl Grzegorza Jarzyny, wykorzystujący hiphopowy, niestety już nie dziewiczy w swej formie i brzmieniu tekst Doroty Masłowskiej, idzie na konfrontacyjne zwarcie z adresatami jego sztuki. Kondensując opresyjny język, demaskujący współczesną zapętloną, pozbawioną człowieczeństwa  osobowość bohaterów z jej dystansującą się w filmowym obrazie diagnozą, demaskuje odklejenie się przeżywanego życia od rzeczywistości. Prawda uwięziona jest w green boxie. Bolesna, zwierzęca, dzika. Sztuka pokazuje jak współczesny Polak samobójczo rozpięty pomiędzy rozbudzonymi oczekiwaniami a brakiem możliwości ich zaspokojenia, zanurzony w oceanie migocącego, kolorowego, pulsującego fatamorganą, iluzoryczną energią świata- samotny, niezaspokojony, sfrustrowany, rozśrodkowany, zagubiony- błądzi, snuje się, umiera na emocjonalnej pustyni. Z uporem świadomie pogrąża się w nieświadomości/narkotyki, gry komputerowe, alkohol, antydepresanty, sex, itp./.  Rozkłada się w schizofrenicznym zwidzie. Ratuje się w chorobliwym amoku. Ucieka w instynktownym pędzie.

Ekrany emanują wielkością małości, powiększają obrzydliwość szczegółu, epatują wypieraną wulgarnością. Nie pozwalają uciec przed urealnianym absurdem, odbijają jak w lustrze publiczności frustracje. Ta, może kurwa w końcu poprzez nerwowy śmiech przyzna, że sama jest w tym bagnie pogrążona, ma przejebane po nieskończony horyzont niemożności. Bo obserwując obcych, pogardzanych, znienawidzonych, INNYCH LUDZI, z coraz większą dozą jasności pewnością rozpoznaje w nich niechciane, wypierane, nieskutecznie tłumione eksperymentujące na sobie ofertę nowego wspaniałego świata wcielenie siebie. 

Grzegorz Jarzyna wyreżyserował bardzo, bardzo dobry, bardzo, bardzo ważny, niepozbawiony humoru, energii, mocno krytyczny spektakl. O potencjale katharsis. Aktorzy, zaproszeni goście, wszyscy bez wyjątku, cudownie grają. śpiewają. Doskonale radzą sobie się z trudnym tekstem. Obraz filmowy fantastycznie rezonuje z aktorstwem na żywo. Idealnie zgrywa się z niezwykle dynamiczną akcją. Diagnoza jest porażająca. Nie daje, nawet sztucznego, światełka w tunelu. Nie odważa się na wskazanie dróg wyjścia z tej matni, nie obiecuje ratunku. Co zrobimy z tymi artystycznymi perłami, zależy już tylko, zresztą jak zawsze, od nas. Powodzenia:)



fot. Marcin Oliva Soto


I ŻE CIĘ NIE OPUSZCZĘ SCENA PRZODOWNIK


Kilka krzeseł i duży, solidny, drewniany stół w centrum sceny/mieszkanie/bliżej nieokreślone miejsce/, nad którym wisi lustro/świetlik w suficie/ to bardzo prosta ale sugestywna scenografia symbolicznie ilustrująca istotę tematyki sztuki  I ŻE CIĘ NIE OPUSZCZĘ Gérarda Watkinsa wyreżyserowana przez Aldonę Figurę na SCENIE PRZODOWNIK. Zakodowany jest w niej  podział na wyższe, mocniejsze, ważniejsze i niższe, podległe, podporządkowane. Szczere, jasne, prawdziwe, naturalne i podstępne, zaskakujące, groźne. Nie ma w niej czystej symetrii, nie ma równowagi opartej na równych podstawach.  Bo nie ma równouprawnienia w relacjach międzyludzkich. 

Sztuka opowiada spokojnie, metodycznie, konsekwentnie o genezie, przebiegu, skutkach przemocy mężczyzn wobec kobiet. O momentach, w których się ta przemoc rodzi, narasta, eskaluje. Do czego prowadzi. A tytuł sugeruje niewypowiedzianą groźbę, że doprowadzić może AŻ DO ŚMIERCI. Jest próbą  nagłośnienia, przepracowania, przedyskutowania problemu nierówności płci. A szerzej przyczynkiem do przeciwdziałania przemocy, zwłaszcza w sferze prawnej, instytucjonalnej, społecznej, co pozwoli oskarżać i karać sprawców przemocy, pomagać i skutecznie chronić ich ofiary. 

Podczas spektaklu obserwujemy początek znajomości, fascynacji, miłości dwóch par/młodych i dojrzałych ludzi/, wyglądające niegroźnie próby sił, przebieg niesnasek, wymuszanie zachowań, działań, postaw, pozornie drobnych przysług. Krok po kroku godzenie się na ustępstwa, co prowadzi do podporządkowania się kobiet mężczyznom, przejęcia nad nimi całkowitej kontroli poprzez próby izolowania partnerek, narzucania im priorytetów, ustalanie pod presją systemu wartości, hierarchii w związku. Sprawowanie władzy poprzez okazywanie niechęci, stosowanie presji, przymusu, przemocy fizycznej i psychicznej. W końcu poniżanie, pozbawianie poczucia pewności siebie, godności, co skutkuje  niską samooceną, uległością. Lękiem, brakiem szacunku do siebie, zgodą kobiet na ubezwłasnowolnienie. W konsekwencji dochodzi do łamania im kręgosłupa niezależności, pozbawiania ich wolności, możliwości decydowania o sobie. Do okazywania pogardy, nienawiści. Poważnego zagrożenia dla zdrowia i życia. Przebieg zdarzeń w sztuce prowadzi bohaterów do konieczności podjęcia przez nich terapii, stosowania  psychoanalizy, wracania do przeszłości, do źródeł psychopatycznych zachowań. Wspólne przepracowanie problemów, wzajemne głębokie poznanie się partner ów jest szansą na zmianę. Daje nadzieję. Mimo opresyjnego, bezdusznego systemu dochodzenia do prawdy o sobie/przesłuchania, zeznania, wywiady lekarskie, psychoterapia/. To, że przez cały spektakl wszyscy bohaterowie są razem, tworzy z nich wspólnotę, grupę terapeutyczną. Łatwiej wtedy analizować problemy, przyznawać się do błędów ale i wybaczyć. 

W gruncie rzeczy chodzi o przypadki gdy warunki na jakich związek działa, ustala, narzuca, wymusza osoba silniejsza psychicznie i/lub fizycznie. Bez względu na to czy ma, czy nie ma racji. Przejmuje kontrolę, narzuca zasady, surowo je egzekwuje. Zmusza do działania pod presją. Związek to zawsze oprócz miłości, więzi, czułości, bliskości, ciepła, nieustannie wypracowywany kompromis. Ale wymaga wzajemności, szacunku, odpowiedzialności. Wynaturza się gdy jeden z partnerów wymusza dominację. Manipuluje, zastrasza, używa przemocy. Jest chorobliwie zaborczy, zazdrosny, agresywny. Obiecuje poprawę ale nie dotrzymuje słowa.

Autor, pisząc sztukę, inspirował się ZBOMBARDOWANYMI Sarah Kane. Zdecydował się na jej soft formę i informacyjną, dydaktyczną wymowę. Ku przestrodze. Ku rozwadze. Ku pokrzepieniu. Jakby wierzył, że nie należy złem epatować, straszyć, a  sugeruje, że jeśli nie uda się go naprawić, to trzeba na przyszłość starać się nauczyć rozpoznawać jego symptomy. By można było się przed nim bronić, dystansować, przeciwdziałać. Solidarnie, konsekwentnie, instytucjonalnie kompleksowo z nim walczyć.  Profilaktycznie je powstrzymywać. Uczulić każdego na jego niepozorny charakter, pozwalający niepostrzeżenie burzyć spokój, niszczyć harmonię normalnego, codziennego życia. Niszczyć psychicznie, okaleczać fizycznie. Zagrażać zdrowiu a nawet życiu.

A nie jest to łatwe. Bo oprawca działa podstępnie, stosuje szantaż emocjonalny, werbalny, siłę fizyczną. Manipuluje. Sprawia, ze bita, poniżana, traktowana z pogardą, nienawiścią ofiara ciągle go kocha. I bojąc się niezrozumienia przez otoczenie, porzucenia lub prześladowania przez partnera, powrotu do samotności wszystko wybacza. Nadal więc poddawana jest praniu mózgu. Nieszczęśliwa, zastraszona, bezbronna, czuje się wszystkiemu winna.

Aldona Figura sprawnie wyreżyserowała zdyscyplinowany, spokojny, powściągliwy spektakl szkoleniowy, interwencyjny w sprawie przemocy w związkach. Aktorzy grają ilustracyjnie, trzymając emocje na wodzy. Nie stosują nadekspresji, przerysowania, nie epatują okrucieństwem, nie wykorzystują ekstremalnych środków wyrazu. Jakby chcieli podkreślić, że należy zawsze starać się panować nad sytuacją. Zwłaszcza w sytuacjach skrajnie niebezpiecznych. A tego można się nauczyć. Temu można przeciwdziałać. Zapobiegać. Nigdy nie należy przemocy akceptować,  jej symptomów lekceważyć. Oznaki są charakterystyczne, a związki, w których się pojawia, toksyczne. Skazane na klęskę. Na długą, ciężką, bolesną terapię. Bez gwarancji na pełny sukces.

Wyciszona, stonowana, w tonacji bezpiecznych szarości konwencja spektaklu pomaga dobrze zrozumieć widzom bardzo trudny temat ale go nie pozwala mocno, głęboko emocjonalnie przeżyć. Wyzwala poruszenie, budzi czujność, odsłania źródło przemocy, analizuje mechanizm piętrzenia się problemów w relacjach międzyludzkich nie prowadząc do wstrząsu. A jednak powinni poczuć, że to w nas i wokół nas na co dzień  toczy się walka o zaspokojenie ciągle rosnącego apetytu na dominację, sprawowanie władzy, bezdyskusyjne otrzymywanie czego tylko dusza zapragnie, życia wyłącznie na naszego JA warunkach. Indywidualni i zbiorowi nie znamy granic, nie znamy sposobu, by tę chorą ekspansję powstrzymać, by rosnącą frustrację narodzoną z niezaspokojenia rozbuchanego konsumpcjonizmu rozładować. Szukamy ofiary. I zazwyczaj ją znajdujemy. Będąc również ofiarą własnej słabości, zaborczości, egoizmu. Stosowanie przemocy werbalnej, psychicznej, fizycznej od dawna przestało być tematem tabu. Ciągle eskaluje. Coraz bardziej jest agresywne. Bezwstydne, bezkarne. Rozpasane. I zdarza się, że nie opuszcza niektórych aż do śmierci. Trzeba ich koniecznie powstrzymać.

I ŻE CIĘ NIE OPUSZCZĘ Gérard Watkins
reżyseria: Aldona Figura
przekład: Aleksandra Stelmach
scenografia i kostiumy: Joanna Zemanek
kompozycje muzyczne: Piotr Łabonarski
reżyseria światła: Paweł Srebrzyński
OBSADA:
Paula Kinaszewska (gościnnie) Annie Bardel
Marcin Sztabiński Pascal Frontin/Arnaud Armadian (psychiatra)
Agnieszka Roszkowska Agnes Pertuis/Mado Vilar (wiktymolog)
Anna Szymańczyk Rachida Hammad
Kamil Mróz (gościnnie) Liam Merinol/Hedi Osim (policjant)

PREMIERA 16 marca 2019 r.
zdjęcia z próby medialnej fot. Tomasz Ostrowski

sobota, 23 marca 2019

FATALISTA TEATR DRAMATYCZNY

FATALISTA, nowa sztuka Tadeusza Słobodzianka, inspirowana opowiadaniem Isaaca Bashevisa  Singera, filozofią Spinozy, pięknie wyreżyserowana przez Wojciecha Urbańskiego, to komedia małżeńska. Mądra i zabawna. Nastrojowa i nostalgiczna. Romantyczna. Jej istotą jest ocalenie tego, co stanowi o uczuciu, wartości człowieka, relacji międzyludzkiej, małżeńskiego związku. Jej ramy stanowi tradycja, religia, obyczajowość, mentalność żydowska. Przestrzeń intymna mieszkania z widokiem na ulicę Krochmalną, wyznaczająca mikrokosmos jednostki, małżonków, rodziny. Świata zaprzeszłego, który oferuje światu teraźniejszemu ciepło i ratunek. Głęboki, nieśmiertelny, emanujący optymizmem sens. Ocalenie. Jest wskazówką, jak przetrwać w czasach kryzysu. Bo w tym przypadku wszystko, co mogłoby zniszczyć i unieważnić związek, za sprawą małżonków, Lei i Benjamina, ratuje go, wzmacnia, co jest dowodem na to, że warto o miłość walczyć, ale z wyczuciem, taktem, dystansem, poczuciem humoru, znajomością siebie nawzajem. Tak łatwo zapomina się w ferworze dnia codziennego, że gorące, prawdziwe, szczere uczucie nie jest dane raz na zawsze. Nieuchronnie, z czasem fascynacja sobą blednie, zanika, naturalnie umiera. Uczucie zmienia się, powszednieje, wyczerpuje. Zaczyna nudzić i ciążyć. Więzić. A przecież jest cudem, darem, szczęściem. Warto je chronić, pielęgnować. By małżeństwo trwało, rozwijało się, ewoluowało należy o nie dbać. Po prostu  trzeba bardzo ciężko nad nim pracować.

Sztuka jest pretekstem do zastanowienia się nad tym, co w związku dwojga ludzi, mających jeszcze małe dzieci, jest najważniejsze. Co ma sens, znaczenie, jakie są priorytety, jaki system wartości, któremu należy się podporządkować, by być swemu partnerowi, samemu sobie wiernym. Istotna jest intensywność kontaktu, rozmowa, małżeńska gra. Powrót do źródła wzajemnej fascynacji, do początku zmagań o to, by być razem, mimo trudności, mimo piętrzących się problemów, mimo niegasnących wątpliwości i krytycznych postaw rodziców/z jej strony ojca, z jego matki/. Ważna jest wspólna pamięć historii miłości. Przyczyn, powodów, uwarunkowań jej zaistnienia, trwania. Tego, czego się tak naprawdę chce, pragnie. Na czym kochającym się ludziom naprawdę bardzo zależy.

Interesujące jest, że to, co na początku związek Lei i Benjamina cementuje, z czasem może stać się powodem jego rozpadu. Oskarżenia, argumenty rodziców, sprzeciwiających się ich małżeństwu, w tyradach małżonków złowieszczo wracają. Rozczarowanie, niepowodzenia, rutyna robią swoje. Sondując siebie w zaczepkach, prowokacjach, wyrzutach stąpają po kruchym lodzie. I mimo zabawnych komplikacji, przekomarzania się, "odgrzewania" starych tematów, wątków, argumentów, racji, małżonkowie wracają do siebie. Szabatowy złoty rosół Lei zostanie zjedzony. W zgodzie i porządku poszanowania tradycji, nawet jeśli Beniamin jest ateistą, urzędnikiem bankowym, zwyczajnym człowiekiem, fatalistą. Wszystko wraca do normy. A zwyczajność dnia powszedniego, proste rodzinne życie znów staje się źródłem szczęścia trudnego do zdefiniowania. Wytłumaczenia. Choć w tak oczywisty sposób się je czuje.

Spektakl jest wzruszający, odradza i wzmacnia nadzieję. Działa kojąco. Z mroku skromnego, małego mieszkania zniszczonej kamienicy bije ciepło kochających się ludzi. Dobrych, rozsądnych, szanujących się, troszczących o swoje dzieci odpowiedzialnych rodziców, którzy z wyczuciem, swadą, humorem walczą o siebie, swój związek. Takimi ich przedstawiają Magdalena Czerwińska w roli Lei i Robert T. Majewski w roli Beniamina, którzy tworzą budzącą zaufanie i sympatię, trafiającą prosto do serca widzów parę. Grają wspaniale. Profesjonalnie perfekcyjnie. Lekko, zabawnie, naturalnie. Rozbrajają wszelkie wątpliwości, wyjaśniają niejasności. Przywracają wiarę w harmonię i rozsądek szaleństwa nieprzewidywalnego, trudnego życia. W solidny, dobry, budujący związek małżeński. W możliwość przetrwania ewoluującej w czasie, nie poddającej się nudzie, burzom, trudnościom, wojnom miłości.

FATALISTA Tadeusz Słobodzianek
reżyseria: Wojciech Urbański
asystentka reżysera: Kamila Smętkowska
scenografia i kostiumy: Joanna Zemanek
muzyka: Natalia Czekała
reżyseria światła: Damian Pawella
projekcje: Stanisław Zaleski
udźwiękowienie: Mariusz Szyc
konsultant od tradycji żydowskich: Robert Koszucki


OBSADA:
Magdalena Czerwińska Lea
Robert T. Majewski Beniamin
Jakub Strach Abram
Maksymilian Zieliński Kubek

Premiera: 15 lutego 2019


poniedziałek, 18 marca 2019

BACHANTKI TEATR POWSZECHNY


W BACHANTKACH Maja Kleczewska podąża trzema ścieżkami do celu. Wykorzystuje dramat Eurypidesa dla zilustrowania próby uniezależnienia się kobiet od mężczyzn , udowadnia nieskuteczność ulicznych, społecznych, artystycznych wystąpień w sprawie niezależności  kobiet, podkreśla, że tylko rozwiązania legislacyjne mogą gwarantować skuteczne egzekwowanie ich prawa do decydowania o sobie. Nie tłumaczy, nie drąży, nie buduje skomplikowanych figur, głębokich relacji, obrazów emocjonalnych, psychologicznych, poprzez które w sposób subtelny, podprogowy, od środka w każdym widzu rozsadzałaby stare jak świat opresyjne struktury patriarchalne. Reżyserka informuje, instruuje, wymaga. Żąda. Egzekwuje. Metodycznie, różnymi metodami, środkami stara się dotrzeć do zainteresowanych. Wprost komunikuje o co chodzi. Upraszcza i radykalizuje artystyczny komunikat, jakby dostrojony do współczesnych wymogów recepcji. Tak, tu i teraz toczy się ostra, poważna, rewolucyjna walka o status quo kobiet. Przeciw uzurpującej sobie prawo męskiej dominacji. Pozbawia więc mężczyznę jego męskości, obnaża go, ośmiesza, przebiera w kobiece suknie, stawia warunki, ostrzega, wyprasza, w końcu rozszarpuje na strzępy.  Bezwzględnie ujawnia zakorzeniony w nim pierwiastek żeński, uzależnienie od niego. Uzasadnienie odmawia tyrani męskiej racji bytu, pokazując jej prawdziwe intencje, cele, naturę. Pokazuje, że kobieta chce żyć wyłącznie na własnych warunkach. Na koszt własny. Na własną odpowiedzialność. Ale niestety nie tworzy własnej, odrębnej, zupełnie niezależnej ścieżki postępowania, nie dokonuje radykalnych, jakościowych zmian. Powiela, kopiuje wariant męskiej natury.  Drogę tą przechodzi Sandra Korzeniak łącząc postać matki, wyzwolonej kobiety, boga. W fantastycznie transowy sposób.

To nie jest spektakl o aborcji, która jest tu tylko jednym z mocniejszych argumentów w walce o samostanowienie kobiet, ich prawo decydowania o sobie, o własnym ciele. O domaganie się równości, wolności, braterstwa. Poprzez siostrzeństwo, bachantkowanie. Całkowite od mężczyzn uwolnienie. Izolację. Wyparcie, wyrzeczenie się, odrzucenie, zabicie wszystkiego, co kobiety więzi, ogranicza, ubezwłasnowalnia.

Kobiecość była, ale i nadal jest, dla męskości. Męskość jest ciągle sama dla siebie. Ten brak symetrii, wzajemności, zrozumienia doprowadził do walki o emancypację słabszej strony tego układu. I słusznie. Ekstremalna, ta jawna i ukryta, prawna i zwyczajowa zależność kobiet od mężczyzn odczuwalna jest na każdym kroku/w pracy, kościele, domu, itd./. Podziały są wyraźne, granice wytyczone. W chrześcijańskiej idei Boga-Bóg Ojciec, Syn Boży, Duch Święty- nie ma śladu pierwiastka żeńskiego. Ateistyczna idea państwa realizuje się w równie wyrafinowanej, ciągle ewoluującej, opresyjnej dla kobiet formie. Tak miałoby być po wieki wieków, zgodnie z męskim punktem widzenia, zgodnie z jego interesem, jego prawem.

Dlatego akcja sztuki ma miejsce w owalnym parlamencie/instalacja Jonasa Staala "Unionizing the Polish Parliament"/, u źródła prawodawstwa, władzy, rządzenia. Dlatego kobiety, piękne, ponętne, seksowne, po ostatecznej metamorfozie są jednak androgeniczne. Stwarzają się na obraz i podobieństwo męskiego-bezwzględnego, samolubnego, okrutnego, ślepego- boga. Dlatego obrzędy dionizyjskie mają restrykcyjny charakter wykluczający mężczyzn a w końcowej scenie spektaklu mężczyźni proszeni są w imieniu twórców o opuszczenie widowni, kobiety zostają. To ciekawy eksperyment prowadzący do zastanowienia się, jak się czują w takim rygorze mężczyźni a jak kobiety. Panowie są traktowani instrumentalnie, przedmiotowo, jak zazwyczaj są traktowane kobiety, a kobiety mają się poczuć wyróżnione, mogąc obejrzeć sceny końcowe. Co się dzieje w teatralnym foyer, ci, którzy pozostali w teatralnym parlamencie nie wiedzą/podobno odrębny performance/.

Teatr ma prawo włączać się w ważne dyskursy społeczne. Maja Kleczewska wykorzystując sztukę Eurypidesa adekwatnie odzwierciedla współczesny stan rzeczy. Konserwatywna część społeczeństwa, którą reprezentuje Penteusz/Michał Czachor/, król Teb,  nie akceptuje ruchów emancypacyjnych i ostro się im przeciwstawia. Siłą prawa narzuca swoją twardą, niereformowalną wolę. Męską perspektywę.  Patriarchalny punkt widzenia. Reżyserka, a w scenicznym wymiarze Sandra Korzeniak, łącząc postać jego matki Agawe i Dionizosa przejmująco rozwija, uzasadnia, ilustruje tragizm metamorfozy-pułapki, w którą wpadają kobiety ślepo podążające drogą całkowitego wyzwolenia spod władzy męskiej. Zabija w sposób okrutny, bestialski, co jest jej samej istotą/Penteusz=dziecko=mężczyzna=pan i władca=symbol dobrego i złego z wężem pokusą wszelką/. Tak naprawdę nie jest możliwe oddzielenie pierwiastka męskiego od żeńskiego. Nieuniknienie przenikają się, dopełniają, przyciągają. Wzajemnie jeden przez drugi się definiują. A każda skrajność skazana jest na samobójcze wyzwolenie. Wypracować należałoby wspólne, dobre dla kobiet i mężczyzn, koncyliacyjne rozwiązanie. Jakie? Nadal nie wiadomo.



BACHANTKI według Eurypidesa Mai Kleczewskiej mają eksperymentalny, mocny charakter performatywny. Postdramatyczną, patchworkową konstrukcję. Moderują widzami, prowokują ich i doświadczają. Zmuszają do działań scenicznych, z którymi ci, szczególnie mężczyźni, niekoniecznie się zgadzają, które nie do końca akceptują. Niektóre sceny są zbyt kontrowersyjne, ostentacyjne, proste, bezpośrednie.  Zaordynowana, wymuszona na widzach na początku spektaklu płciowa segregacja/panowie na lewo, panie na prawo/, czytanie instrukcji użycia pigułki aborcyjnej, żywe węże na szyjach mężczyzn, dyspozycja, by mężczyźni opuścili widownię, wywoływały silną konsternację. Są sprawdzianem, czy się poddadzą zebrani, zarówno kobiety, jak i mężczyźni, dyktatowi tych, którzy przejęli nad nimi kontrolę z racji swojej władzy. Spektakl pokazuje, jak łatwo jest ludźmi manipulować, jak trudno przychodzi im zbuntować się przeciw wszelkiemu opresyjnemu, nawet tylko sugerowanemu dyktatowi. Jak bardzo są podatni na podporządkowanie się tresurze, jak bardzo są posłuszni, ulegli. Uświadamiają, że decyzja o czynnym sprzeciwie, kontrującej postawie wobec narzucanym autorytatywnie poleceniom, prośbom, poleceniom, prawu nie jest prosta.

Tymczasem obok wyraźnych gestów performatywnych, których w czasie spektaklu wydarza się wiele /angażowanie kobiet do budowania żywej instalacji na scenie,  poszukiwanie ich wsparcia do potwierdzenia swoich racji, tworzenie układów choreograficznych, zadawanie pytań/ interesująco prowadzona jest rola Sandry Korzeniak, której niezwykłe, niepokojące, transowe aktorstwo jest trudne do zdefiniowania. To jej charakterystyczny, transowy głos, jego modulacja, brzmienie rezonuje z przemianą postaci: od kobiety, żony, matki Penteusza w boga Dionizosa.

I jeśli nawet przez wielu będzie ten postdramatyczny manifest artystów przemilczany, ignorowany, pomijany, tak jak działania Bachantki Autonoe Aleksandry Bożek polegające na uporczywym, spokojnym, nieustannym czytaniu tekstów Simone Veil przed polskim sejmem i na rondzie Dmowskiego/wideo wyświetlane podczas spektaklu/, to pozostaje nadzieja, że w końcu sytuacja kobiet się zmieni. Spektakl jest walką o ich wyzwolenie, bo nadal wtłaczane są w zniewalające je role matki, dziwki, użytecznego zwierzęcia/sprzętu domowego, polityka. Jest artystycznym buntem, zwracającym uwagę na ich nierówne, instrumentalne, poniżające traktowanie.




BACHANTKI wg Eurypidesa

reżyseria: Maja Kleczewska
dramaturgia: Łukasz Chotkowski
scenariusz sceniczny: Maja Kleczewska, Łukasz Chotkowski
instalacje: Jonas Staal
współpraca przy instalacji: Paul Kuipers, Remco van Bladel, Younes Bouadi i Evelien Scheltinga
muzyka: Cezary Duchnowski
kostiumy: Konrad Parol
kostiumy Dionizosa i Agawe: Sandra Korzeniak
światło, ustawienie kamer, projekcje: Jacek Kędzierski
asystentka reżyserki: Michalina Żemła

obsada: Karolina Adamczyk, Aleksandra Bożek, Michał Czachor, Michał Jarmicki, Magdalena Koleśnik, Sandra Korzeniak (gościnnie), Mateusz Łasowski, Karina Seweryn, Julian Świeżewski

premiera: 7 grudnia 2018
http://cojestgrane24.wyborcza.pl/cjg24/1,13,24250306,146962,Dionizos-jest-kobieta--Kleczewska-i-Chotkowski-o--.html?fbclid=IwAR3QUMGKFNnIsQnhfg0m8HzNeIu6TvCfHQIw-oValA7jsIrSpu0LMAp2kfQ

niedziela, 17 marca 2019

DEADLINE TEATR WARSAWY

DEADLINE, tragikomedia korporacyjna na wyjeździe, jest spektaklem o dopuszczalnej granicy wytrzymałości kobiecości lat około 40-tu. Jej kondycji fizycznej, psychicznej, mentalnej. Trzy młode, atrakcyjne, przebojowe, samodzielne, niezależne bohaterki, korpo dziewczyny: Pati, Ewa i Daria są wyemancypowane, świadome siebie, swoich możliwości. Osiągnęły bardzo wiele i nie zamierzają na tym poprzestać. Kreatywne, silne, przyzwyczajone do konkurowania, zdobywania, odkrywania i poszerzania pola działania, chcą walczyć nadal. Mimo, że są wyczerpane, wypalone, samotne, w kryzysie. Zaprogramowane na sukces szukają inspiracji, sposobu na wzmocnienie, odnowę, mega zmianę. Bo w gruncie rzeczy nie mają wyjścia.  Potencjał przeszłości, traumatycznie okrutny i zły, nie stanowi już napędu. Nie wstydzą się swego pochodzenia. Nie wypierają tego, co je ukształtowało a  minęło ale nie chcą mieć z tym nic do czynienia. Teraźniejszość jest obszarem doskonale rozpoznanym, przejęły nad nią profesjonalny rząd dusz. Mogą tylko myśleć o przyszłości i pracować nad sobą, bo to pozwoli im przetrwać. Wiedzą już o tym dobrze, że życie jest ekstremalnym survivalem, niekończącą się nauką brylowania, utrzymywania się na powierzchni, bez gwarancji na satysfakcjonujący sukces, pełne zwycięstwo.

Pati, Daria i Ewa są realistkami, stoją mocno na własnych nogach.  Każda może liczyć jedynie na siebie, zna doskonale gorzki smak samodzielności, porażki, kolejnych deadlineów. Dziewczyny poradziły sobie z meandrami, mieliznami, manowcami swoich  ścieżek karier. Doświadczyły na własnej skórze skutki wyborów, decyzji, niechcianych sytuacji. Jedno wiedzą: walka to ich życie. Nie wycofają się, nie zrezygnują, mogą tylko przeć naprzód.

Nic dziwnego więc, że zastajemy je w spa, w  nieokreślonym, przyjaznym miejscu wypoczynku, relaksu, ćwiczeń. Wszelkiej odnowy, reaktywacji, rewitalizacji fundującej seans psychoterapeutyczny podsumowujący krytycznie, żartobliwie, szczerze dotychczasowe życie. Wystarczy im przestrzeń neutralna,miejsce odosobnione, wyczyszczone ze zbędnej rodzajowości. Leżaki, kroplówki z energetyzującą zawartością. Wystarczy, że zamienią krępujące swobodę obowiązujące w pracy ubranka/czarny kostium+biała koszula+szpilki/ na wygodne kostiumy fitnessowe. Pomoże to im się rozluźnić, zdystansować, trenować.  By natychmiast po zakończeniu wypoczynku-wzmocnione, silne, zmotywowane-mogły na powrót przywdziać korpo mundurek i wrócić do dawnej siebie, do swego życia.

Agata Biziuk proponuje widzom żartobliwy, lekki, dynamiczny ale jednak teatralnie dosadny seans terapeutyczny. Stand-upowo temperamentnie, bezboleśnie uzmysławiający nie tylko stan kobiecego uwikłania w samotnym zmaganiu się z życiem  ale i niemożność wypracowania odrębnego, niezależnego od męskiego modelu działania.  Kobiecość kopiuje męskość, wchodzi w męskie role, stając się karykaturą swej istoty, swego stereotypu. Funduje im trudny los. Niewątpliwie to naturalny krajobraz emancypacyjnej drogi. Intuicyjne, pełne nadziei kobiet poszukiwanie i empiryczne sprawdzanie siebie, własnych wyborów, decyzji. Nie bez wielkiej frustracji, głębokiego stressu, ostrego wkurwu. Próby życia według własnych zasad przez żonę prezesa /Pati/, matkę samotnie wychowującą syna/Ewa/ i singielkę z psem/ Daria/prowadzi w sztuce napisanej przez mężczyznę /Maciej Łubieński/ i mężczyznę grającego przewodnika, moderatora, porządkowego, guru /miły, zabawny, opiekuńczy głos Wojciecha Manna/ do powielania męskich zachowań, postaw, reakcji. Jakby nie było trzeciego wyjścia, nowego wzoru, odrębnej drogi. Nie ma nadziei, istnieje tylko twarda, szorstka, silna męska perspektywa. To mężczyzna wie więcej i lepiej, narzuca rygor, poucza, panuje, nawet z offu, nad wszystkim. Kobiety nie mogą obejść się bez jego obecności, przewodnictwa, ingerencji. Skuteczności perswazji. Dzięki niemu w pracy nad sobą, wzmocnione i zdeterminowane, wracają do punktu wyjścia. Jak Syzyf, nomen omen mężczyzna, zaczną wszystko od nowa, od nowa, od nowa.

A to wymaga niezwykłej siły, doskonałej kondycji, niespożytej energii, talentu. Co z sukcesem udowodniły fantastycznie komediowa Monika Babula, intrygująca Hanna Konarowska, przekonująca Agnieszka Przepiórska. I oczywiście nie muszący nic udowadniać ciepły, inteligentny, zabawny Wojciecha Mann, choćby to był tylko jego uwodzący, pociągający, jak syreni śpiew, głos.



DEADLINE
tekst: Maciej Łubieński
reżyseria: Agata Biziuk
scenografia: Paweł Brajczewski
muzyka: Wiktor Stokowski
występują: Monika Babula/Ewa/, Hanna Konarowska/Pati/, Agnieszka Przepiórska/Daria/
głos guru: Wojciech Mann

premiera: 13 marca 2019 r.

niedziela, 10 marca 2019

KOCHAM BAŁTYK TEATR FURIOSA

KOCHAM BAŁTYK,  lekki, wakacyjny, komediowy monodram Zośki Papużanki, kabaretowo
wyreżyserowany i stand-upowo zagrany przez Agnieszkę Przepiórską, to ostra satyra na Polskę i kochających ją, starających zrelaksować się nad polskim morzem Polaków. Napisany językiem żywym, sążnistym, temperamentnym kreuje rzeczywistość, którą dobrze wszyscy znają z autopsji, z medialnych przekazów. Powiela utrwalany przez dekady stereotyp rytuałów wakacyjnego nadmorskiego wypoczynku. Można się sobie wnikliwie przejrzeć w barwnych opowieściach, autentycznych wspomnieniach, dynamicznych relacjach młodej, pięknej, energicznej matki, wiernej żony, heroicznej wczasowiczki. Można się głośno, szczerze pośmiać z zabawnie kreowanych realistycznych sytuacji, z wad i przywar żądnych wolności, przygód, atrakcji, spuszczonych ze smyczy obowiązku, powinności, zakazów i nakazów rodaków. Można uczestniczyć w show bezpośrednio, bo aktorka do tego brawurowo prowokując zachęca. Łatwo jest w takich warunkach poczuć luz nadmorskiego sielskiego klimatu, który buduje prosta scenografia, niewyszukane rekwizyty/, wielki parasol, leżak, plastikowa kolorowa piłka, kostium kąpielowy, stado nadmuchanych zielonych krokodyli, parawan plażowy,  okulary przeciwsłoneczne, krem z filtrem,  telefon komórkowy/.

W końcu chodzi o wypoczynek.  O słońce, pogodę ducha, szum morza. Tymczasem statystyczny Polak bierze  ze  sobą  na wakacje swoje zaściankowe piekiełko. Nawet gdy ma intencje czyste, potrzeby niewyszukane, maniery proste. I tak jest kłótliwie, roszczeniowo, przaśnie. Do wyśmiania. I korekty. Bo chcąc wypocząć, kutwa, zakapior, pieniacz, nie wypoczywa. Sfrustrowany frustruje. Chcąc spełnić swoje z wypoczynkiem oczekiwania, siebie i wszystkich wokół męczy, dręczy. Dzieli. Skłóca.Wyklucza. Zachowuje się egoistycznie, narcystycznie. Bezstresowo. Jakby bieda prezentowała swe wyjazdowe oblicze a głupota je jeszcze wyostrzając udziwniała. Bezwstydnie się puszyła.   Nie dawała spokoju swoim wybujałym apetytom.

No cóż, spotkanie z Agnieszką Przepiórską w Klubie Komediowym było udane. Jej najnowszy monodram to doskonała, refleksyjnie kabaretowa rozrywka.Wspaniały wypoczynek. Relaks. Też kocham Bałtyk. 



KILKA SCEN Z ŻYCIA WEDŁUG "PŁATONOWA" TEATR NA WOLI

KILKA SCEN Z ŻYCIA WEDŁUG "PŁATONOWA" wyreżyserowała Anna Gryszkówna w tonacji kontrastu, wyrazistego sygnału, mocnego komunikatu. Spotykamy się ze sztuką Czechowa jakiej nie znamy, tak bardzo jest zredukowana jej materia, skrojona adaptacją dla zilustrowania naszej współczesności. Czas akcji- gorączka nocy sylwestrowej, moment zabawy, rozluźnienia, szaleństwa -wydaje się być końcem starego i obietnicą nowego życia. Ostentacyjny luz, pijaństwo, seksualne wyuzdanie ostro zakrzykuje ból duszy, pustkę egzystencji, stracone złudzenia, stłumione marzenia, wyparte nadzieje. Obrazuje napierające zlodowacenie emocjonalne/scenografia=rozprzestrzeniający się śnieg, lodowe ściany/, które jest wynikiem braku prawdziwej miłości, głębokich uczuć, mocnych więzi. I choć budzi się na mgnienie w bohaterach to, co  jest w nich od dawna głęboko uśpione: namiętności, tęsknoty, potencjał, pragnienia, plany, ambicje to stan ten tylko burzy spokój, sieje zamęt, dezorientuje. Instynkt wybija ich na moment z orbity marazmu, mizerii, rozczarowania i niezadowolenia, by ostatecznie zabić wszelką szansę na szczęśliwy los.

Wszyscy uczestnicy spotkania wiodą życie już ustabilizowane, a jednak Płatonow, jego uroda, egzaltacyjna energia, prowokacyjna osobowość, zaczepna postawa rozsadza każdy układ, podważa, poddaje w wątpliwość każdą myślową konstrukcję. Przywołuje zmory przeszłości, wyzwala  pragnienie spełnienia, śmiałość buntu, chęć wyzwolenia. Roznieca zapał, w którym ogrzewa się oswojona ze swą marną kondycją kobiecość. Generałowa Anna, brawurowo zagrana przez Agatę Wątróbską, to dojrzała, inteligentna kobieta wamp. Seksualne nienasycenie, chwytające każdą okazję, by poczuć, że żyje. Mogłaby być, kim zechce lecz stacza się świadomie w niebyt. Sasza Agaty Różyckiej jest prostą, ufną, wierną ŁAGODNĄ, opiekunką, matką, żoną, która wie, że kocha Płatonowa bezwarunkowo, choć nie umie wyjaśnić dlaczego. Nie musi. Nieludzko przegrywa. Cierpi okrutnie. Sonia Martyny Kowalik to piękno, blond marzenie mężczyzn. Odważna naiwność. Nieszczęśliwa desperacja. A jednak lalka Barbie z nierealnym planem na spełnienie. Maria Agaty Góral pozostanie histeryczną tajemnicą. Egzaltowaną szarą, irytującą frustracją. Nie ma pojęcia, jak pozostali, CZYM jest dla Płatonowa.

Wszystkie kobiety chcą Płatonowa. By się nim opiekować, by go zmieniać, by go ocalić. Posiadać. Tak definiuje się ich instynktowna, macierzyńska miłość do niego. Ale też jedyna szansa na wyrwanie się z kolein życia, które jest puste, gnuśne, nijakie. A Płatonow Otara Saralidze to inteligentna ale macho pospolitość, przenicowany nudą, zwątpieniem nieudacznik, zblazowany manipulant. Bezczelny playboy, uczuciowy hochsztapler. Atrakcyjny, pociągający seksualnie przedmiot pożądania. Życiowy impotent. Desperat. Doktor Mikołaj, grany przez Marcina Stępniaka, niewiele może. Rozsądny, samotny, zagubiony nie znaczy nic. Sergiusz Sebastiana Skocznia to kolejna poczciwa wersja męskiej pretensjonalności. Bezradny, bezwolny, wycofany nic nie osiągnie, bo nie musi, nie chce, nie czuje potrzeby. O nic nie walczy. Wystarczy mu, że jest. Łatwo go skrzywdzić, zlekceważyć, zniszczyć. Bez skrupułów porzucić.

Anna Gryszkówna wyreżyserowała spektakl o rozczarowującej, znudzonej własną niemożnością zdziecinniałej, egoistycznej, samolubnej męskości i równie niedojrzałej, ubezwłasnowolnionej na własne życzenie, bez pomysłu na siebie, zależnej od patriarchatu kobiecości.  Zatracający się w dynamicznym, chaotycznym, hałaśliwym anty działaniu. Umysłowym rozchełstaniu. Mentalnym zagubieniu.  W patologicznej bezsilności, w stanie wszelkiej niemożności. W szale słomianego zapału, by coś, ale tak naprawdę nie wiadomo co, zmienić. Okrutni, obojętni, bez miłości, głupi i słabi bohaterowie skazani są na klęskę. Wszystko w końcu pokryje śnieg i lód. Wypełzająca z martwej duszy, wypalonego serca, wyczerpanej woli życia, wieczna zmarzlina.

 w
KILKA SCEN Z ŻYCIA WEDŁUG "PŁATONOWA"
reżyseria i adaptacja: Anna Gryszkówna
przekład; Adam Tarn
scenografia i kostiumy:Aneta Suskiewicz
przygotowanie wokalne: Małgorzata Hauschild
muzyka: Andrzej Perkman
asystentka reżyserki: Aleksandra Konarska

OBSADA
Otar Saralidze Michał Płatonow
Agata Wątróbska Anna Wojnicew
Martyna Kowalik Sonia
Agata Góral Maria Grekow
Sebastian Skoczeń Sergiusz
Marcin Stępniak Mikołaj
Agata Różycka Sasza