poniedziałek, 29 maja 2017

ZŁA MATKA TEATR TRZYRZECZE


Paradoksalnie spektakl ZŁA MATKA w Teatrze TrzyRzecze jest o DOBREJ MATCE. Bo tylko taka tak intensywnie, świadomie i odpowiedzialnie myśli o sobie samej, o trudym, bo nie łatwym przecież, macierzyństwie. Nie teoretyzuje a praktycznie pokazuje, jak to jest być matką, kobietą, człowiekiem. Dostrzega blaski i cienie tego stanu. Błędy, meandry, pułapki. Bo co ta rola znaczy, czym jest naprawdę, wie się dopiero wtedy, gdy dziecko przychodzi na świat, w nim rośnie i razem z rodzicielką dojrzewa. Po prostu jest. Trudno jest o tym mówić, pisać, dyskutwać. Trudno to zjawisko rozszerzającej się obecności i niekończącej się nigdy więzi matki z dzieckiem sublimować zarówno w życiu, jak i w sztuce. Wrośnięte jest jedno w drugie, splecione niezwykle czule i bardzo boleśnie. Sprzecznościami związane na zawsze. I lękiem. Dojmującym lękiem i frustracją. Wiecznym niepokojem, obawą, niezadowoleniem. Niespełnieniem. Poczuciem nieustającej walki i przeczuciem nieuniknionej klęski. To bardzo trudny temat. Stary jak świat. Zawiera w swym obszarze pytania o to, ile nas samych ma być w życiu innych. Jak daleko w głąb siebie nawzajem możemy wnikać, ingerować, oddziaływać. Jak postępowac, wychowując bliskiego sobie człowieka, by dawał sobie w życiu radę. Był silny, niezależny, szczęśliwy. Na ile matka może zrezygnować ze swojej wolności, miłości własnej, ambicji, planów, z siebie, by mieć szansę budować, kształtować, rozwijać w dziecku jego własną wolność, umacniać w nim poczucie bezpieczeństwa. To piekielnie trudne zadanie.

Ten spektakl jest bardzo prawdziwy, bezkompromisowy i szczery. To studium uporczywego szukania właściwych rozwiązań dla ciągle pojawiających się nowych, trudnych zadań, intuicyjnego wyboru optymalnego postępowania w obszarze wychowania dziecka i nieustannego przystosowania się do roli bycia matką. Kobiety wykonują jednocześnie heroiczny wysiłek, by w całym tym procesie nie zgubić siebie samej, co decyduje o poczuciu indywidualnego spełnienia. Sukcesie i matki, i dziecka. Bo rola matki jest też niewdzięczna, trudna, ograniczająca. Zmusza  do podporządkowania się fizjologii. Wyższej konieczności sytuacji, w której znajduje się kobieta po urodzeniu dziecka. Mocowania się z realiami roli, jaką narzuca natura, życie, a właściwie dominujący od zawsze świat patriarchatu. Stan zniewolenia, sytuacja permanentnej czujności, radzenia sobie z emocjami, uczuciami, potrzebami, wymogami sprzecznych ról życiowych, które zniewalają umysł, degradują ciało. Unieważniają "tylko ja" , "tylko dla siebie"," tylko o sobie". Matka to zawsze liczba mnoga. Sklonowana jednia. Dożywotni lęk, niekończąca się troska o dziecko, które nawet już dojrzałe, ukształtowane, wychowane, oddane światu, zawsze jest jej bliskie. Jej własne. Ważniejsze niż ona sama dla siebie i świata. Na czym ta więź polega, pozostanie tajemnicą. Jest w każdym przypadku inna. Ma inny przebieg powstawania, formę kształtowania, zróżnicowane znaczenie. Choć nigdy nie ucieknie się od stereotypów. Od szablonu. Szczególnie tego dziedziczonego po swojej matce.

Dlatego tak ważne jest to, że grają w tym spektaklu dwie aktorki. Dwie naturalne, kochające bezgranicznie matki, każda inna, co pełniej ilustruje złożoność problemów, które pojawiają się w momencie przed i po narodzinach dziecka, związane są z procesem wychowawczym, byciem mamą, pełnieniem różnych ról w życiu. Z pasją, zaangażowaniem, oddaniem, poczuciem humoru personifikują  na scenie rolę matki. Tak naprawdę siebie. Wizualizują jej wyznania, rachunki sumienia, wszelkie możliwe sytuacje związane z byciem mamą, ich oceny zachowań. Wprowadzają nas w swój indywidualny, intymny świat macierzyństwa. I jest to bezcenne w tym spotkaniu. Karolina Picardi, młodsza, spokojniejsza i mniej doświadczona mama podchodzi metodycznie i świadomie do swojej roli. Próbuje zahować dystans, zimne, racjonalne spojrzenie. Przekonana jest, że wszystko się uda. Małgorzata Bogdańska to matka histeryczka, toksyczna, splątana emocjonalnie, chcąca panować nad życiem dziecka. Nie zrywa nigdy pępowiny. Dramatyzuje, wyolbrzymia wszystko, nie potrafi samodzielnie żyć bez dziecka, nie potrafi pozwolić mu się od niej uwolnić.  Cierpi i tym cierpieniem zarządza światem. 

Nie ma złotego środka, nie ma doskonałego przewodnika "Jak byc dobrą matką". Dlatego zawsze macierzyństwo jest eksperymentem dokonywanym na żywym organiźmie, obarczone jest dużym marginesem prób i błędów, klęsk i porażek.  Zwłaszcza, że świat narzuca  model idealnej Kobiety, Matki, Polki, Europejki. Restrykcyjnie wymaga perfekcji i profesjonalizmu. Doskonałości. Umiejętności pogodzenia niemożliwego. Poświęcenia, oddania, podporzadkowania matki dziecku. Sprzeczność pomiędzy idealnym modelem a możliwym realem funduje kobietom frustrację. Poczucie winy, zawodu, niższej wartości, braku pewności siebie. Dlatego czują zawsze, że są złą, bo nigdy wystarczająco dobrą, matką. 

Matki muszą mieć nieziemską a kosmiczną kondycję ciała i ducha. Spektakl umiejscowiony w czarnej, mrocznej przestrzeni pustej sceny z dwoma jednakowymi domkami  w jej dwóch rogach, zaczyna się od wykonywania przez aktorki układów intensywnych  ćwiczeń mających zadbać o ich sprawność fizyczną. Są przygotowaniem do przyszłego życia, które będą wiodły w nieustannym ruchu, napięciu, stresie.  Tak, ta przemyślana, bogata choreografia, synchronicznie wykonywana przez obie panie, jeszcze mocniej podkreśla kontrast charakterologiczny obu kobiet, ich podejście do roli matki, różnicuje ich sposoby radzenia sobie z obowiązkami, emocjami, sytuacjami. Wyostrza tezę, że nie można opierać się na stereotypach zachowań, reakcji, ocen, bo każdy ma prawo do przeżywania macierzyństwa indywidualnie. A to heroiczny wysiłek, bardzo ciężka fizyczna praca. Dodatkowy odpowiedzialny etat narzucony kobiecie gratis. 



ZŁA MATKA jest bardzo dobrym spektaklem, performensem, projektem. Dynamicznym, autobiograficznym, dowcipnym. O ciele i duchu. O emocjach. Uczuciach. Lękach. Troskach. Wszelkich matczynych stanach świadomości i podświadomości. O doświadczeniu indywidualnym. Zderza się z niejednym oczekiwaniem zbiorowym. Jej, kobiety, własnym życiem. Opowiada o uzależnieniu od fizyczności, od świata patriarchatu, który nadal chce definiować, kontrolować, wymagać i tak naprawdę to on narzuca postawę Matki zapominając o Matce Kobiecie, o Matce Człowieku. A tu nie ma ideału, są konkretne problemy, sytuacje, stany, z którymi trzeba sobie na bieżąco radzić. Nie zapominając, że dobra, piękna, mądra mama to przede wszystkim szczęśliwa mama. A jeśli mama jest szczęśliwa to i szczęśliwe będzie dziecko.


ZŁA MATKA KRZYSZTOF SZEKALSKI

reżyseria: Karolina Porcari
choreografia: Izabela Chlewińska
muzyka: Daniel Pigoński

obsada - Małgorzata Bogdańska, Karolina Porcari

premiera: 7.04.2017

zdjęcia: Teatr TrzyRzecze













czwartek, 18 maja 2017

TAJNY DZIENNIK MIRON BIAŁOSZEWSKI SCENA PRZODOWNIK


Czy możliwe jest poznanie człowieka do końca, w całej prawdzie? Nie sądzę. Zawsze można się ledwie przybliżyć. Przeczytanie czy obejrzenie w Teatrze Dramatycznym TAJNEGO DZIENNIKA w reżyserii Wojciecha Urbańskiego kilkadziesiąt lat po śmierci Mirona Białoszewskiego nie gwarantuje pozyskania kompletnej wiedzy o poecie. Zwłaszcza, że trudno zweryfikować, co jest ostatecznie prawdą a co ewentualnie kreacją. Ale jednak uwalnia informacje, emocje, obserwacje pochodzące bezpośrednio od samego autora. Dlatego TAJNY DZIENNIK jest tak ważny. Dlatego tak bardzo jesteśmy go ciekawi.

Adaptacja sceniczna dziennika poety to operacja skomplikowana, wybiórcza. Na scenie przekształca się w wielowątkową narrację. Zdaje się być wykonywaną na żywo partyturą kwartetu aktorskiego. Każdy z aktorów przedstawia inny fragment życia Białoszewskiego, co podkreśla złożoną osobowość bohatera, jego rewir wewnętrzny, emocjonalny i psychiczny. Zmultiplikowany duch poety opowiada swoje wspomnienia impresje w przestrzeni autentycznych sprzętów, przedmiotów, kolekcji, mebli, wizualizując szarość, zgrzebność epoki w jakiej żył, odsłania jego prywatny, osobisty, intymny świat myśli, doznań i przeżyć. Uwiarygadnia go. Oswaja z jego szczególnością, odmiennością, wsobnością. Poprzez aktorów poznajemy wiele twarzy Mirona Białoszewskiego. A na nich lęk przed śmiercią, ucieczkę w samotność, odmienną, ukrywaną seksualność, skomplikowane związki z najbliższymi, interesującą relację z wizyty w Nowym Jorku na rok przed śmiercią. Tematyka odchodzenia, żegnania się z życiem jest tu bardzo ważna. Najpierw umiera dziadek Jadwigi Stańczakowej, pisarki i poetki, przyjaciółki Białoszewskiego, potem jego ojciec, po pewnym czasie matka. W końcu widzimy poetę gdy ma ostatni zawał i przeżywa ostatnie kilka miesięcy życia. I są to Białoszewskiego bardzo intymne, osobiste wyznania. Pokazujące jego myśli, wrażenia, emocje, ilustrujące stosunek do najbliższych, relacje z nimi.

W teatrze  rozszerza ten splątany krajobraz wewnętrzny snu, jawy i wspomnień poety widok dostępny z okna jego mieszkania, zdjęcia Białoszewskiego i nastrój budowany przez muzykę, którą kochał /wideo na ekranie/ oraz odtwarzane z kasety fragmenty dziennika czytanego przez samego autora. Spektakl zapoznaje nas z obrazem świata, który odszedł bezpowrotnie, razem z Białoszewskim umarł. Na szczęście jest jego poezja, TANY DZIENNIK i to co pomiędzy słowami zostało ukryte, niewypowiedziane, a jednak pozostaje nadal żywe. Dostępne wrażliwości, intuicji, uwalniane przez wyobraźnię każdego, kto się z nią zetknie poprzez lekturę czy wizytę w teatrze.


TAJNY DZIENNIK Miron Białoszewski 
adaptacja: Elżbieta Chowaniec i Wojciech Urbański
reżyseria: Wojciech Urbański
scenografia i kostiumy: Anna Tomczyńska
projekcje: Stanisław Zaleski
muzyka: Marcin Masecki
reżyseria światła: Paulina Góral
obsada: Michał Piela (gościnnie), Robert T. Majewski, Henryk Niebudek, Piotr Siwkiewicz

premiera: 30.03.2017

zdjęcie: własność Teatru Dramatycznego, Katarzyna Chmura - Cegiełkowska

środa, 17 maja 2017

CHŁOPI REYMONT GARBACZEWSKI TEATR POWSZECHNY


Ze spektaklem CHŁOPI według Władysława Reymonta w adaptacji i reżyserii Krzysztofa Garbaczewskiego jest tak jak ze sztuką abstrakcyjną. Rozpoznajemy pewne elementy, znamy narrację bazową, która była punktem wyjścia do konstrukcji całego teatralnego obrazu ale wiele zależy od naszej indywidualnej wyobraźni, wrażliwości, możliwości dystansu i poczucia humoru. Realizacja sceniczna Garbaczewskiego, jak zresztą jego wszystkie poprzednie, jest uwolniona od linearnej, uporządkowanej akcji. To impresja, wizualizacja na tyle uniwersalna, że może być dowolnie, bardzo odmiennie odczytana. Sprawić może kłopot interpretacyjny, estetyczny, bo staje w poprzek dotychczasowych przyzwyczajeń, oczekiwań, wymagań. Szczególnie tych tradycyjnych, kanonicznych. Ci, którzy są wygodni, czekają na gotowe, jasne, uporządkowane, rozpoznane historie z wyrazistymi, jednoznacznymi bohaterami, klarowną interpretacją mają trudniej. Sztuka Garbaczewskiego pozbawia poczucia bezpieczeństwa, bo jest bezkompromisowo odjazdowa, niekonwencjonalna,  bo nie można jej odnieść do bezpośredniego doświadczenia. Jest wymagająca, bo stanowi zagadkę do rozwiązania. Jest nieoczywista, bo skonstruowana na wysokim poziomie uogólnienia. Odnosi się do buntownika, rewolucjonisty, niepokornego w nas dziecka lubiącego przygodę, eksperyment, wyzwanie, smakowanie świata, bo w ten sposób się go uczy, poznaje. Czy jest to zaleta czy wada, każdy musi ocenić samodzielnie. Otwarcie sztuki na dowolność skojarzeń, budowę własnych, niezależnych światów interpretacyjnych jest wartością samą w sobie. Nic dziwnego, że może stwarzać trudności widzom, co dziwne, również krytykom. Nowa dramaturgia wymaga nowego języka opisu, oceny. Odmiennego podejścia, nastawienia, spojrzenia. Najprościej jest dzielić społeczność oglądających na wyznawców, fanów i tych oburzonych, nierozumiejących, zdegustowanych. Na akceptujących i odrzucających. Tymczasem jest to sztuka odważna, nowatorska, inspirująca, nie pozbawiona poczucia humoru. 

Spektakl ten, a może parateatr, czy performance odnosi się do tego,  co niesiemy w sobie; tą prymitywną, pierwotną siłę, instynktowną wolę walki o byt, o przetrwanie i wszystko, co z tym jest związane a wpisane jest w otaczający świat, dziś już nie tylko przyrody, wyznaczający rytm w kieracie życia. Ale też uwalnia, uogólnia, nadaje nowe znaczenia. Mamy piękny, naturalistyczny, magiczny tekst Reymonta. Ale też łazik świnię zaganianą gromadnie do chlewika, którego nie ma. I człekopodobną krowę z kartonikiem mleka rozlanego podczas dojenia. Mamy bohaterów zdepersonifikowanych, wieloznacznych, tajemniczych, nieoczywistych czasem tylko odsłaniających ludzkie, konkretne oblicze. Jak w stanie łaski, objawienia, cudu. Lub naturalnej kolei rzeczy. Mamy kosmiczne chaty szkielety ale i chomąto PRZEJŚCIE jak sci-fi wrota pozwalające się narodzić, przeniknąć do innego świata plemnikom, naturze ludzkiej, życiu - jakie by nie było, jak by nie wyglądało. Artysta nie chce, my chyba też nie chcemy, by to, co przeszło, zbyt szybko się zdezaktualizowało, ograniczyło rodzajowością. Bo po co? Otrzymujemy uniwersum, historię, postać, znak, symbol, który może odnosić się do każdego miejsca i czasu. Świat Reymonta i jest i nie jest w naszej rzeczywistości. Wszystko przecież zmienia się. Ewoluuje. Miesza się, staje bardziej anonimowe, dostępne, wyzwolone. Płynne. Bardziej oczywiste, bolesne a przede wszystkim świadome. I wieloznaczne. I bezkarne. I nie ma ucieczki od wolności. Nie mamy już dziś czterech pór roku. Nie ma człowieka, niewolnika, chłopa pańszczyźnianego  na wieki wieków przywiązanego do ziemi. Tylko jego nową formę. Bardziej zawoalowaną, ukrytą, podstępną. Jagusia Magdaleny Koleśnik jest wzruszająco skomplikowaną istotą, świadomą siebie i świata mężczyzn, który jej pożąda ale niszczy, na pewno jej nie kocha. I nie jest odpowiedzialny. To nie jest typ prostej dziewki, blondynki, ale delikatnej, subtelnej, samotnej, wykorzystywanej przez mężczyzn dziewczyny dramatycznie poszukującej miłości, bliskości i zrozumienia. Szczęścia. Jak kiedyś, jak dziś, jak zawsze. Hanka, żona Antka Julii Wyszyńskiej, też zdradzana, samotna, poniewierana a mimo to czuła i oddana mężowi jak business woman wyczekuje na swoją chwilę, by być kim chce dla siebie i rodziny. Zmysłowa Dominikowa Ewy Skibińskiej, choć niepozorna w warkoczykach, robi swoje, że aż dech zapiera. Jagustynka Anny Ilczuk, Józka Klary Bielawki, Organiścina Karoliny Adamczyk to nowa, nam współczesna już generacja kobiet naznaczona Reymontowskim chłopskim grzechem pierworodnym. Żyd  Barbary Wysockiej jedyny, jak przystało na wykluczonego, wyróżnia się czarną maską.

Miota się ten krajobraz żeński podporządkowany nadal męskiemu, łasy na każdą pana swego łaskę. Silną ręką jednak patriarchat, kościół wodzi rej/ksiądz Grzegorza Frankowskiego w kontrapunkcie z zabawnym do łez Mateuszem Michała Czachora/. Bezwzględnie rządzi i karze. Zarządza strachem. Antek Mateusza Łasowskiego jednak ma coś w sobie z czerstwego chłopa, ciacha prymitywa. Gra ciałem mięśniaka. Wizerunkiem samca. Ostatecznie pragmatyczny, cyniczny, bezwzględny wybiera zachowawczo, politycznie. Maciej Boryna jest marginalizowany, pozbawiony siły, prestiżu, rangi jak dziś starość. Nie ma dojrzałości, jest nieporadność. Nie ma kontroli, jest podglądactwo. Nie ma głębi mądrości, jest marna cielesna powłoka. Boryna i Jaguś są martwi tak samo/ujęcie kamery na ich nieruchome, jednakowo kadrowane twarze/. Użyteczni. Użyci. Wygrywa to, co przeciętne, normatywne, takie jak wszyscy/np. białe jak śnieg postacie połączone pępowiną rąk, nóg i głowy= masa ludzka, anonimowa, każda, pozbawiona indywidualizmu/. Cyklicznie rodzi się i umiera w ferrii metamorfoz od plemnika, człowieka, zwierzęcia po robota czy cokolwiek bądź innego. Fantastyczny to pomysł kostiumu, charakteryzacji. Nowoczesny, silny, poza miejscem i czasem. Działa na wyobraźnię, otwiera na znaczenia. Nie przeszkadza grać aktorom, w maskach, bez masek. Cały zespół sprawia się doskonale w roli ludzi, zwierząt, nowej formy życia. Z werwą i zaangażowaniem wykonuje niełatwe aktorskie zadania. 

Dzieło Garbaczewskiego nie pozbawione jest poczucia humoru, horroru, zabawy, fantastyki. Ironii, przerysowania. Porusza temat ekologii i wykluczenia, wprowadza wątek emancypacyjny. Pokazuje nierozerwalny związek dążenia do harmonii i porażkę walki z chaosem. Reżyser nie odczytuje CHŁOPÓW Reymonta kongenialnie ale wykorzystuje dla podkreślenia tego, co się zmieniło a co jest stałe. Zderza naturalny porządek rzeczy z nieprzewidywalną, dziką naturą świata i skomplikowanego człowieka. Potwierdza zwycięstwo wyższości racji zbiorowości nad indywidualizmem jednostki. Pokazuje gwałt systemu i instynktu  na obu; w kościele w trakcie niedzielnego kazania i na Jagnie. Skuteczność przemocy fizycznej i mentalnej, wiecznego ogłupiania manipulacją . I uświadamia jak bardzo jest wypierana, wstydliwa chłopskość naszego narodowego genotypu. A powrót na łono natury, choć upragnione, to pozostanie nieosiągalne. Jest fikcją, iluzją, mamidłem, jak wszystko inne. Nie ma już wieku niewinności, czystości, prostoty. Pozostaje siła wyobraźni. Moc sztuki. 

Jagna i Boryna

Krzysztof Garbaczewski nie rezygnuje ze swojego rozumienia sztuki i świata.  Pozostaje na szczęście sobą. Tworzy sugestywne, kontrowersyjne, złożone obrazy scenicznej wypowiedzi. W estetyce pojemnej abstrakcji, mającej jednak głębokie, mocne korzenie w klasyce, w przeszłości, w naturze człowieka, w rzeczywistości, którą każdy z nas zna ale odmiennie, indywidualnie, po swojemu postrzega, przeżywa, interpretuje. Bo może, bo powinien, bo ma do tego prawo. Reżyser antycypuje formalnie ale też bawi się sztuką. I nas do tego zachęca. Nie pozbawiajmy się tej szansy. Powodzenia:)


CHŁOPI według WŁADYSŁAWA STANISŁAWA REYMONTA
adaptacja, reżyseria: Krzysztof Garbaczewski
scenografia: Krzysztof Garbaczewski, Jan Strumiłło
kostiumy: Sławomir Blaszewski
wideo: Robert Mleczko
reżyseria światła: Bartosz Nalazek
muzyka: Jan Duszyński
opracowanie tekstów: Karolina Kapralska
asystent reżysera: Radosław Mirski
inspicjentka: Barbara Sadowska

ośrodek parateatralnych badań terenowych: Karolina Adamczyk, Klara Bielawka, Anna Ilczuk, Magdalena Koleśnik, Ewa Skibińska, Barbara Wysocka, Julia Wyszyńska, Grzegorz Artman, Arkadiusz Brykalski, Michał Czachor, Grzegorz Falkowski, Michał Jarmicki, Andrzej Kłak, Mateusz Łasowski, Paweł Smagała / Julian Świeżewski, Kazimierz Wysota

premiera:13 maja 2017

zdjęcia: własność Teatru Powszechnego

NASZE ŻONY TEATR SYRENA


Kto by przypuszczał, że miło zapowiadające się wieczorne spotkanie trzech przyjaciół, dojrzałych mężczyzn, w mieszkaniu blokowiska wielkiego, anonimowego miasta, przeciągnie się do rana i przyniesie wiele zaskakujących zwrotów akcji, dostarczy mnóstwo emocji. Odkryje informacje świadczące o skomplikowanych relacjach międzyludzkich, wynikających z 35 letniej znajomości, związków małżeńskich, rodzicielskich, demaskowanej prawdziwej natury osobowości, charakterów bohaterów.  

Panowie znają się jak łyse konie, wydawać by się mogło, że wiedzą o sobie i swoich partnerkach, życiu wszystko. Czują się ze sobą dobrze a wspólne męskie spotkania są zasłużoną chwilą wytchnienia, relaksu, odskoczni od rutyny i trudów codzienności. Są próbą radzenia sobie z samotnością. Wieczór spędziliby tak jak zwykle, gdyby nie zaskakująca ich konieczność podjęcia decyzji czy należy pomóc przyjacielowi w problematycznej moralnie sytuacji. Przyjaźń zostaje poddana próbie. Lojalność i oddanie również. Weryfikuje się przy okazji stan wiedzy każdego z nich na temat co jest prawdą, co kłamstwem, co przemilczeniem, co zaniechaniem, błędem. Przyjaciele wychodzą z opresji zwycięsko, to co ich relacji nie zabiło, to prawdopodobnie wzmocniło. Pomogło podjąć właściwe decyzje, wykonać pewne kroki, by dać sobie szansę na przywrócenie normalności. Przy okazji można się było przekonać, do czego doprowadza unikanie wyjaśnień, jakie spustoszenia czyni zaburzona komunikacja międzyludzka: przyjaciela z przyjacielem, ojca z córką, męża z żoną. Okazało się, że warto rozmawiać, dociekać istoty problemów, bo może być jeszcze szansa na korektę, na ratunek związków, relacji. Jednak tak ekstremalnie szczere, bezpośrednie, trudne rozmowy możliwe są wtedy gdy ich uczestnicy są pod ścianą, nie mają innego wyjścia. Gdyby ich indywidualne problemy były rozwiązywane na bieżąco, nie doszłoby do kryzysu, spięcia. Lepiej jednak wszystko wyjaśnić późno niż wcale, to pewne. 

O sukcesie tego spektaklu decyduje znakomity, mądry, życiowy, dowcipny, wiarygodny tekst Erica Assousa, dojrzałe, stateczne, profesjonalne aktorstwo Wojciecha Pszoniaka, Wojciecha Malajkata i Jerzego Radziwiłowicza, znakomita scenografia Barbary Hanickiej doskonale charakteryzująca jej właściciela, wybór muzyki, która adekwatnie ilustruje nastrój zmieniających się sytuacji. Brakuje doświadczonej reżyserii i dramaturgii, które są niewidoczne ale tym razem nie jest to atut. Aktorzy pewnie prowadzą swoje role, kreślą zróżnicowane, pełnokrwiste charakterystyki granych bohaterów. Zawierzają swojemu doświadczeniu, rutynie, intuicji i nie zawodzą. Brakuje jednak tempa, werwy, synchronizacji. Zgrania, które naturalnie przyjdzie z czasem. Sztuka w tak znakomitym wykonaniu ma ogromny potencjał dramatyczny i komediowy. Rozrywkowy i dydaktyczny. I choć są to męskie rozmowy, to bohaterowie potraktowani są łagodnie, przedstawieni ciepło, ze zrozumieniem. Są tylko ciężko pracującymi ludźmi ze swoimi wadami, zaletami, nie zawsze radzącymi sobie z życiem, ze światem kobiecej mentalności. Max Wojciecha Malajkata, radiolog, to pedant i narcyz, który ma nieudane kolejne związki, nie może pozbierać się po rozwodzie  z żoną, nie ma odwagi i siły sprostać wymaganiom kolejnych partnerek. Kocha je ale nie jest w stanie z nimi żyć. Paul Jerzego Radziwiłowicza to stateczny mąż, solidny reumatolog, który jednak pozwolił żonie, by oddaliła się od niego i żyła w samotności równie dojmującej i trudnej jak jego. Córka ma z nim zły kontakt, bo całe życie realizowała jego marzenia, powoli stawała się nim samym w wersji kobiecej wbrew własnej naturze i potrzebom. Simon Wojciecha Pszoniaka, fryzjer z biznesowymi sukcesami, kocha swoją dużo młodszą, niewierną żonę, która doprowadza go do szału swoim zachowaniem. Ten związek również przeżywa poważny kryzys. Powoduje, że Simon potrzebuje od przyjaciół pomocy, wymaga wsparcia. Panowie, by działać, muszą się odkryć, przepracować złożoną sytuację. Jest ostro, gorąco ale jest też zabawnie.   


Spektakl NASZE ŻONY jest propozycją zacnej rozrywki dla szerokiej publiczności, właściwie dla każdego. Gwarantuje zaspokojenie widza spragnionego kontaktu ze sztuką łatwą, lekką, przyjemną ale solidną i bezbłędnie zagraną przez znanych i lubianych aktorów. Spełniającą jego oczekiwania, że teatr pomoże zrewidować pośrednio i jego życie. Czegoś istotnego nauczy, na sprawy fundamentalne zwróci uwagę. Nie zanudzi, nie znuży, nie zamęczy trudnościami interpretacyjnymi. Wiele jasno, bezpośrednio powie o prawdziwym życiu, ludziach, ich indywidualnych losach i charakterach. O tym, co tak naprawdę człowieka łączy z innymi, ile jest w stanie od siebie dać w imię przyjaźni i miłości, powinności i obowiązku. I sztuka nie zawodzi. Mówi o pięknej, długotrwałej, dojrzałej męskiej przyjaźni, o momencie, gdy jest sprawdzana jej lojalność, oddanie, siła. I choć problemy w sztuce są przedstawiane tylko z męskiego punktu widzenia, bardzo dokładnie charakteryzują też kobiety, ich rolę w związkach, ich życie. Żony, partnerki, córka są ważnymi nieobecnymi bohaterkami. Czy panowie mogą odzyskać to, co z własnej przyczyny stracili, czy naprawią błędy, rozwiążą swoje problemy, trudno powiedzieć. Mają szansę, ale nie będzie łatwo, nie będzie lekko. Na pewno spróbują. Wiedzą, że mogą na siebie liczyć, bo łączy ich przyjaźń, wiek, status, samotność, pragnienie szczęścia dla siebie i tych, których kochają. Mają potężne wsparcie. A to naprawdę bardzo, bardzo wiele.


NASZE ŻONY  Eric Assous

reżyseria: Wojciech Pszoniak
scenografia: Barbara Hanicka

obsada: Wojciech Pszoniak, Wojciech Malajkat, Jerzy Radziwiłowicz.

premiera: 5 maja 2017

wtorek, 16 maja 2017

PARK - OPERA TEATR POWSZECHNY


PARK-OPERA to nie jest forma opery do jakiej jesteśmy przyzwyczajeni. A jednak nią jest. Rewolucyjność i świeżość pomysłu polega na tym, że widz-słuchacz-uczestnik jest aktywnym, zaangażowanym współtwórcą. Od niego zależy wiele, nie działa pod presją przymusu, nakazu. To on zdecyduje, co ostatecznie przeżyje, co mu w pamięci zostanie. Ile z potencjału propozycji Wojtka Blecharza wydobędzie, zawłaszczy dla siebie, rozwinie. Jest obiektem-odbiorcą w ruchu, w pełnej wolności zachowania i wyboru rejestrowania wszelkich możliwych obrazów, dźwięków, melodii, szumów, trzasków, jazgotu, hałasu, stukotu, odgłosów pulsującego życiem miasta, itd.-wszystkiego, co zauważone, wychwycone, zarejestrowane może być przez zmysły. Ma szansę odkryć, że różne przedmioty/rekwizyty/ przyłożone do ucha, poruszane generują specyficzne, zróżnicowane szumy, jak muszla. Jakby przemówiły, opowiadały jakąś historię.

To inspirujące gdy można włączyć do opery wszystkie pojawiające się przypadkowe, niezaprogramowane, choć na pewno wzięte pod uwagę przez kompozytora, dźwięki. Ruch, aktywność, kreatywność, świadome i spontaniczne wybory zachowań, działania, uruchomiona wyobraźnia widza, zaskakujące zdarzenia, sytuacje, np.: deszcz, przelatujący helikopter, przypadkowi uczestnicy mijani na parkowej ścieżce, jak choćby pani rytmicznie stukająca kijkami do nording walking to integralne części tego projektu. Wykorzystuje on potencjał natury, odgłosy miasta/np. komunikacyjne i przemysłowe/, stymulacje zapachowe/grillowane kiełbaski, mięso w parkowym barze, zapach parku/. Percepcyjne doświadczanie opery możliwe jest z różnych punktów parku, bo widz -słuchacz się przemieszcza, co zdecydowanie zmienia sposób odbioru dźwięków-czucie ich intensywności, natężenia brzmienia, przesunięcie akcentów muzycznych. Może też osobiście wygrywać melodie na gongach stojąc w samym środku ich powstawania. Wtedy wibruje, rezonuje całe ciało.

Ważne jest to, że w znacznym stopniu każdy uczestnik PARK-OPERY sam decyduje o tym co robi i w jakim tempie, czasie. W parku sam tworzy muzykę poruszając gałęzie drzew, liście na chodniku, ścieżce, otwierając parasolkę, gdy pada deszcz,  rozmawiając z osobami towarzyszącymi, przez telefon. Stojąc, idąc, biegnąc, maszerując, siedząc, wiercąc się, przepychając, itd. Nie musi milczeć, być statycznym obserwatorem. Nie słucha biernie całkowicie podporządkowany narzucanemu przekazowi, koncepcji autorskiej, interpretacji, reżyserskiej, śpiewaków. Nie jest niewolnikiem kanonu.Tu nikt nikomu nie przeszkadza, każdy przez cały czas jest kreatywny i wolny. Staje się pożądanym elementem wydarzenia.

Każdy obecny uczestniczy w żywej, niepowtarzalnej operze performasie. Specyficznej, złożonej, interaktywnej przygodzie muzycznej, towarzyskiej w plenerze. Z elementami, częściami, punktami stałymi. W pełni wykorzystującej potencjał miejsca, talent kompozytora, umiejętności artystów, zaangażowanie widzów-uczestników. Czyniąca ich wszystkich współodpowiedzialnymi za efekt końcowy- to, co z niej w nich wyzwoli, pobudzi, uruchomi, Co w nich pozostanie.

PARK-OPERA uaktywnia, pobudza wszystkie zmysły. Pokazuje, że możliwe jest współistnienie przyrody i miasta. Pogodzenie sprzeczności materią sztuki. Delikatną, subtelną, z poczuciem humoru i dystansu. Włącza czasowo w przestrzeń parku instalacje sztuczne, bajkowe, mityczne, dydaktyczne/pogadanka Doroty Kozińskiej w prologu/, które jednak doskonale wpisały się w specyfikę tego miejsca. Dźwięk chóru bajkowych niebieskich ptaków/paw stadionowy, harpia skaryszewska, pingwin nadwiślański/  w mateczniku zieleni nie wchodzi w konflikt z rumorem przepływających czy przycupnietych kaczek. Podobnie  jest z melancholijnym, relaksującym, nie kolidującym z niczym co realne, bo wysłuchanym przez słuchawki syrenim śpiewem Barbary Kingi Majewskiej nad bulgocącą sugestywnie taflą oczka jeziorka.  Żerowisko ze słomy, czerwonych płatków róż, kolorowych, pachnących jabłek i wibrującego podłoża, jeśli tylko się na nim stanie, umożliwia poznanie historii o jednorożcu, czytanej przez Krystynę Czubównę. Czeka też na gościa tego wydarzenia występ Bartka Wąsika, grającego  na małym, dziecinnym fortepianie/toy piano/ fragmenty oper: "Dziewczynka z zapałkami", "Einstein na plaży", "Salome", "Orfeusz", "Tristan" . Spacerujący poznają smak cukierków, czują weekendowy zapach grillowania i wsłuchują się w gwar baru nad jeziorkiem. Ferria dźwięków  tworzy parkowy, operowy, niecodzienny miszmasz łączący precyzyjną kompozycję z tą całkowicie nie do okiełznania, nie do przewidzenia, przypadkową kakofonią dźwięków. 

Spacer po Parku Skaryszewskim przekształca się w zaskakującą podróż zmysłów. Pozwala współistnieć sprzecznościom. Łączy chaos z harmonią, naturę przyrody z naturą miasta, real z wyobraźnią, statykę z dynamiką. Snuje wyjątkową historię w tętniącym życiem krajobrazie. Nie eliminuje tego, co przeszkadza,  przypadkowo wkracza w sferę działań zaprojektowaną precyzyjnie, profesjonalnie. Dopuszcza nieprzewidywalne,  akceptuje niepasujące zdarzenia, elementy, spontaniczne zachowania.

Przeżyć PARK -OPERĘ na łonie przyjaznej natury i sztuki, nieść ją w sobie we wspomnieniu to niezwykłe doświadczenie. Wrażenia są wyjątkowe. Zupełnie odmienne niż te wyniesione z sali koncertowej czy wyzwolone przez tradycyjną operę. Tu wszyscy uczestnicy spotkania- zanurzeni w zieleni, spacerujący pod pochmurnym lub słonecznym niebem odbijającym się w tafli jeziorka, otoczeni odgłosami zamieszkujących to miejsce zwierząt prawdziwych i mitycznych, konkurujących z odgłosami miasta, echem muzyki skomponowanej przez Wojtka Blecharza, granej przez muzyków Symfonii Varsovia- doskonale się  wpisują w reżyserię spotkania, autorskiego operowego baletu. Są jej równoprawnymi bohaterami. I to jest zaskakujące. Fantastyczne!


PARK-OPERA


koncepcja, reżyseria i muzyka: Wojtek Blecharz
scenografia: Nawer
lektor: Krystyna Czubówna
kostiumy: Konrad Parol
wideo: Michał Januszaniec

obsada:
Barbara Kinga Majewska – głos
Bartek Wąsik – toy piano
muzycy Sinfonia Varsovia: Paweł Szczepański – waltornia, Magdalena Wąs - waltornia, Jakub Waszczeniuk – trąbka, Mariusz Opaliński – puzon, Andrzej Tomczok – trąbka, Marek Żwirdowski – puzon oraz Dorota Kozińska, Monika Pasiecznik, Anna Radziejewska
aktorzy: Paulina Holtz i Grzegorz Falkowski oraz wolontariusze, publiczność, biegacze i miłośnicy Parku Skaryszewskiego


zdjęcie: Park Skaryszewski, Katarzyna Piotrowska


http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/225867.html
http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/225830.html

piątek, 5 maja 2017

RIPLEY POD ZIEMIĄ RYCHCIK TEATR STUDIO


RIPLEY POD ZIEMIĄ jest teatralnym kryminałem w  autorskiej estetyce Radka Rychcika. Atutem spektaklu jest poczucie humoru, ironia i Marcin Bosak, który już samą swoją fizycznością, fantastycznie charakteryzuje naturę mrocznego choć rozczarowująco banalnego Ripleya.

To kontynuacja UTALENTOWANEGO PANA RIPLEYA. Zarówno pod względem samej adaptacji, jak i pomysłu inscenizacyjnego. Czerpie bez opamiętania z popkultury, nie boi się brzydoty, która przejmuje na siebie wizualizację zła przetaczającego się przez scenę. To, co widzimy jest stare, niemodne, brzydkie. Obskurne, zniszczone, zestawione na pozór przypadkowo. Zużyte. Jak z lamusa, śmieciowiska, graciarni. Nic do siebie nie pasuje, choć ma niewątpliwie funkcjonalne znaczenie. Fasada z piaskowca zabazgrana graffiti. Zielona budka telefoniczna, jak jednoosobowy box. Piwniczna przestrzeń z pleksi, jednocześnie miejsce zbrodni. Część mieszkalna zagracona sprzętami domowymi, z ebonitowym telefonem, paskudne wzorzyste tapety, metalowe schody, okropne drzwi, i czerwona kotara na całą ścianę, za którą nie mamy pojęcia co jest, bo pozostanie to do końca tajemnicą. No cóż, stwarza to wszystko przestrzeń ludzkiego piekiełka, generuje nastrój grozy zanurzony w bardziej lub mniej potęgującym się mroku, pokazuje morze przelanej krwi czy zafałszowany kolor fioletu. Wniesiona toaletka czy biurko sygnalizują zmianę miejsca akcji. Ale przenosić w czasie i przestrzeni pomaga przede wszystkim nagminne używanie telefonu, pisanych bądź otrzymywanych listów, korzystanie z pociągów, samolotów.

Gra aktorska jest wtłoczona w ironiczną, groteskową formę. Naiwność z narzuconą, niedbałą manierą amatorszczyzny pozbawiają postaci wiarygodności, nie pozwalają się nimi, ich losem przejmować. Nie można tego, co się dzieje na scenie traktować poważnie. Stwarza to dystans, kreacja ma być zabawą. Ale jednocześnie wydaje się tu wszystko błahe, nieistotne, nieważne. Aktorzy grają jakby obok swych bohaterów, nie wchodzą w głąb ich natury, motywacji, co powoduje, że widz również nie koncentruje się na nich i toczącej się akcji. Ta jest banalnie prosta, przewidywalna, nudna. Pretensjonalnie oczywista. Karykaturalna. Jakby była nieudolnym naśladownictwem tego, co już wiadome i doskonale znane, dawno rozpoznane. Klisze, kalki, charakteryzacje i kostiumy osób publicznie znanych sugerują, że to powszechne zjawisko powielania wszelkich wzorców. Naśladownictwo, kradzież wizerunku. Podrabianie, podrasowanie, jakbyśmy dzisiaj wszyscy byli lub chcieli być kopiami osób sławnych, znanych, celebrity.

Radek Rychcik po raz kolejny mówi nam wprost, że dokonujemy zbrodni na sobie samych pozbawiając się indywidualizmu. Podszywamy się, upodabniamy się do osób, które są modne, sławne, na topie, z jakichś względów nam się podobają: ich stylizacja, pozycja, status, osobowość, styl życia. Imponuje osiągnięty sukces, sława wydaje się czynić człowieka szczęśliwym. Dlatego będąc ludzkim falsyfikatem, w efekcie zbiorowiskiem różnych podróbek osobowych stajemy się człowieczym second handem, funkcjonującym w otoczeniu, środowisku, miejscu, które naśladuje to upragnione, pożądane, wymarzone. Modne, bogate, szpanerskie. I świat Ripleya, on sam, jego otoczenie, to jedna wielka podróba, , niedoskonałe naśladownictwo. Pośledniejszego gatunku, gorszego sortu, marnej jakości falsyfikat.

Wiele wspólnego ma z prawdą, z naszą rzeczywistością ta żałośnie wyglądająca sceniczna walka całej przestępczej bandy, generująca zbrodnię za zbrodnią dla zachowania jej status quo, mająca za wszelką cenę utrzymać sukces finansowy, niezależność, wolność, wieczne nic nierobienie, nic sobą stanowienie, pustotę i lumpowanie, tylko oglądanie seriali. Wydaje się, że są to zbrodnie doskonałe, bo nie do udowodnienia z powodu niewydolności systemu, głupoty ludzkiej. Inspektor to idiota wystylizowany karykaturalnie na Sherlocka Holmesa, policjantki to girlsy z wyglądającą na femme fatale wampirzycą. Przestępstwa się udają, bo w sumie jest na to ogólne przyzwolenie. Dopuszczenie manipulacji, niemożność udowodnienia kłamstwa, operowanie schematami psychologicznych zachowań. Wystarczy spryt, intuicja, inteligencja i odrobina szczęścia przestępcy a kolejne wtajemniczenie jak żerować na oryginale/tu:produkcja falsyfikatów, upodabnianie się do osób sławnych, znanych, itd./ jest dostępne.

Prawda, którą nam Radek Rychcik pokazuje o nas, naszym świecie jest mało atrakcyjna. I nie jest nam w smak. Nie wydaje się od razu czytelna, jasna. Długa, mroczna, nieoczywista inscenizacja może nużyć. Może zniechęcać. Sama w sobie wydaje się być tym falsyfikatem, podróbką, produktem second handu, który jest głównym tematem sztuki. Mówi, ze łatwiej się upodabniać, powielać sprawdzone sukcesem wzory niż wybić się na niezależną indywidualność twórczą. Prościej jest naśladować to, co potwierdziło już, że działa.

Rychcikowi nie zależało na kongenialnej adaptacji kryminału Patricii Highsmith. Użył go jako bazy do własnych celów. Przetworzył. Wykorzystał. Dlatego nie jest to klasyczne wystawienie fabuły li tylko kryminalnej. Nie wydaje mi się, by była to tylko sztuka o aktorstwie dla aktorów. Odnosi się do przedstawienia problemów szerszych, natury bardziej ogólnej. Mówi o wchodzeniu w role, podszywanie się pod osobowości medialne, sławne, znane, dla własnych korzyści, a przede wszystkim dla zaspokojenia ambicji, aspiracji bycia kimś, kim się w istocie nie jest, bo nie może być z natury rzeczy. Nie wystarcza talentu, nie posiada się kapitału, nie ma pomysłu jak osiągnąć upragnione, wymarzone cele. Nie ma wytrwałości, zacięcia, determinacji. Motywacji starcza i woli, by się upodobnić, uprawdopodobnić, ogrzać się w blasku sławy prawdziwego talentu, prawdziwego artysty. Rychcik pokazuje brutalnie do jakich wynaturzeń, zbrodni, żałosnych, śmiesznych, karykaturalnych efektów ten wysiłek prowadzi. To życie ponad stan swych zdolności i możliwości. Trzeba też mieć pewną dyspozycję w sobie, by chcieć stać się kimś, kim się nie jest w istocie. I trzeba mieć odwagę zaryzykować, chwytać okazję, wykorzystywać nadarzającą się szansę.

Nie dziwi w tym wypadku wcielenie Marcina Bosaka w Marlona Brando w otwarciu spektaklu. Jego opowieść staje się punktem odniesienia, nie wprost ale to ta gwiazda, ten sukces, ten prawdziwy talent, który szczęśliwie się spełnił. Budzi podziw, jest inspiracją, możliwym spełnieniem. I później Ripley stał się jego alter ego. W jakiejś wynaturzonej, innej formie. Podrobionej. Zmodyfikowanej, zakamuflowanej, ukrytej. Ze statuetką Oskara przyznaną Brando, stojącą na telewizorze w domu Toma . 

Aktorzy ze sceny zwracają się do publiczności, patrzą w stronę widowni wypowiadając swoje kwestie, wchodzą w interakcje z widzami. Szukają akceptacji, potwierdzenia. Publiczność pośrednio jest głównym bohaterem sztuki. Materią. Tematem. Ciekawe jak ocenia to, co obserwuje. Nie powinno się jej  podobać to, co widzi, więc jeśli się nie podoba to chyba dobrze? Wszystko będzie w porządku, jeśli zrozumie, że spektakl jest o niej. O pragnieniu, sprzyjającej okazji, coraz silniejszej presji, by być bogatszym, lepszym, szczęśliwszym niż na to w istocie zasługuje. By grać najlepiej jak tylko można swoją rolę dla dania sobie szansy osiągnięcia wymarzonego celu. Być kameleonem, być jak Barack Obama, być jak Marlon Brando, być jak sprytny, nieuchwytny Tom Ripley.




RIPLEY POD ZIEMIĄ
scenariusz i reżyseria: Radosław Rychcik
scenografia i kostiumy: Anna Maria Karczmarska
muzyka: Michał Lis
video, multimedia: Piotr Lis,
konsultacje choreograficzne: Jakub Lewandowski.

obsada: Maria Dębska (gościnnie), Agata Góral, Irena Jun, Dorota Landowska, Natalia Rybicka, Marcin Bosak, Stanisław Brudny, Tomasz Nósinski (gościnnie), Mirosław Zbrojewicz, Wojciech Żołądkowicz, Piotr Żurawski (gościnnie).


Premiera: 14 września2016

zdjęcie:https://www.facebook.com/ripleypodziemia/photos/ms.c.eJxFjEEKwDAMw340krmN7f9~;bJDS7CokZcFvki4wFvDkAQozwNoDEgGGdYHRSfoC~_iQ1RnWimXq3sWOAGiz~_yZneh4JtQAPUU~_YH25El6Q~-~-.bps.a.1639215576370655.1073741832.1632034920422054/1639217799703766/?type=3&theater

czwartek, 4 maja 2017

SANATORIUM POD KLEPSYDRĄ BRUNO SCHULZ AGATA DUDA-GRACZ TEATR ŻYDOWSKI


Performance SANATORIUM POD KLEPSYDRĄ Agaty Dudy-Gracz to jest wydarzenie, na jakie czeka się czasami latami. Mamy szczęście, że projekt udało się zrealizować przy udziale Teatru Żydowskiego, Orkiestry Sinfonia Varsovia, słuchaczy Uniwersytetu Trzeciego Wieku, hojnych darczyńców/rekwizyty/. Wszystko sprzyjało, nawet nostalgiczna jesienna pogoda na wiosnę, długi majowy weekend, który spowodował, że Warszawa się wyludniła i sprawiała wrażenie nieokreślonego miejsca gdzieś na końcu świata. Stary budynek Instytutu Weterynaryjnego SGGW, gdzie studiował Stefan Żeromski, odkrył przed nami nowe, niezwykłe oblicze. Wystarczyło wejść do środka i czar magicznego świata Brunona Schulza zaczynał działać. 

Przyjęło nas miejsce poza czasem, pomieszczenia przestronne i kameralne, z obszerną klatką schodową wypełnione tylko aranżacjami scenograficznymi, wśród których pacjenci,  osoby zjawy, każda na swój specyficzny sposób, w różnej ekspresji powtarzały krótkie teksty. Głosy nakładały się dobiegając z różnych stron. Tworzyły swoistą kakofonię dźwięków, Schulzowską muzykę narracji. My wędrowcy, goście przechodziliśmy z sieni obok stalowego łóżka wypełnionego kapeluszami, mijaliśmy postać kobiety siedzącej na sofie tyłem do nas, mężczyzny chodzącego po schodach miedzy nami, zatrzymywaliśmy się przy wciśniętej w kąt postaci żebraczej bez twarzy okutanej w szmaty, wysłuchiwaliśmy kobiety bojowo nastawionej, walczącej, wykrzykującej kwestie o naszej ułomnej naturze, po to, byśmy pomyśleli, po zastanowieniu się zmienili. Ale dobiegał do nas też głos starszej kobiety siedzącej wśród równie starych koników na biegunach i tej młodej, wierzgającej w szale uczuć na ziemi wśród miękkich poduszek. Mijaliśmy postać dziewczęcą przytulającą spory drewniany wózek dla lalek. Też coś mówiła, bełkotała pod nosem. I jeszcze ten pusty pokój tylko z balonami zanurzony w ciemnościach z punktowym światłem i postacią młodego mężczyzny w garniturze. W olbrzymiej sali, na której podłodze leżały równo rozłożone białe materiały, koronki, ręczniki, pościel, obrusy a na samym środku leżała kobieca postać z pięknym, kolorowym wiankiem wypowiadająca słowo "wiosna". Gdzieś z boku był ktoś jeszcze, mówił bardziej do siebie, niż do nas. W pomieszczeniu obok podobnie jak materiały rozłożone książki na podłodze u stóp naszych czekały, aż się po nie sięgnie, samemu przeczyta choć fragment tekstu. Na środku siedział starszy mężczyzna i od czasu do czasu czytał kilka tych samych zdań, wokół niego chodziła młoda dziewczyna. Wygłaszała swoje kwestie. On spokojnie, dostojnie, mechanicznie. Ona żywiołowo, zaangażowanie, energetycznie. Obok za ścianą kobieta z krukiem w ręku mówiła swoje. A gdy przeszło się do następnego pokoju pełnego krzeseł z nałożonymi na oparcia białymi bluzkami, koszulami czekała kolejna perorująca postać. Był jeszcze pokój z rozłożonymi talerzami na ziemi w równych rzędach,  obok sztućce, filiżanki z okrągłymi stołami, a na jednym z nich leżący mężczyzna na brzuchu, z butelką. Mówił, czytał, głosił swoje. Pokój ze stojakami na nuty, bez instrumentów, bez muzyków i znów obok w białym wnętrzu męska tyrada powtarzana ciągle i ciągle od nowa. Pragnąca zaistnieć pośród szczątkowych głosów docierających zewsząd, hałasów, rumoru, dźwięków. I na samej górze, gdzieś pod dachem na klatce schodowej z rewolwerem w ręce wdrapywał się na balustradę młody człowiek i rozmawiał, kłócił się i spierał. Zbuntowany, niepokorny, głośny, świadomy swej nierozerwalnej więzi z nieobecnym ojcem. Wydawało się, że skoczy w dół. 

Błąkały się wśród nas i inne postacie, zjawy, figury, zmory. Jakbyśmy pogrążeni byli we śnie, zanurzeni w bycie nie z tego już świata. W butach oblepionych białym puchem, w powietrzu wypełnionym pyłem brodziliśmy w czasoprzestrzeni niczyjej z miejsca na miejsce. Na każdym stopniu schodów z boku stały buty, ubrania złożone w kostkę.  Tu i ówdzie ekspozycje okularów, zabawek, starych, koszykowych wózków dla dzieci. Puste ramy, lustra i olbrzymie płaszczyzny białych blejtramów czekały na to, byśmy sami ze swej wyobraźni tworzyli kompozycje podpowiedziane panującym nastrojem, własną intuicją, świeżym skojarzeniem. Była to zachęta nienachalna, sugestywna. Zaproszenie do wyrażenia tego, co niesie się w sobie. Co powstaje w wyniku kontaktu ze sztuką.



Teksty powtarzane w kółko, słowa wracające echem, głosy, szepty i krzyki, przedmioty, postacie składały się w impresję obrazu w jaźni każdego widza indywidualnie. Wydobywały z jego niepamięci fragmenty wspomnień. Fundowały powrót do przeszłości, przywracanej tu do życia. Uwalnianej, utrwalanej poprzez głośne wypowiedzenie, wybrzmienie, samą obecność, zestawienie. Nikt nikomu nie przeszkadzał, nie wadził. Widzowie dopełniali sobą, swobodnym, niczym nie skrępowanym przemieszczaniem się sugestywny, przestrzenny, utracony świat Schulza wyczarowany performancem przez Agatę Dudę-Gracz. Ożywiali z artystami oraz niewypowiedzianymi historiami zgromadzonych przedmiotów to magiczne, tajemnicze, niejednoznaczne miejsce. Jak cienie błąkali się po budynku. Jak dobre dusze, które gotowe są nieść w sobie  dalej w przyszłość rozwijającą się w nich Schulza wrażliwość, której się poddali lub nauczyli tu na powrót poprzez zmysły.

Każdy wyszedł z tego odzyskanego na chwilę utraconego świata  z własnym jego kształtem, nastrojem, narracją. I to jest bezcenne. Bo w ten właśnie sposób bogactwo sztuki się zwielokrotnia. A przede wszystkim jest żywe i już teraz poprzez nas się wyraża. Trwać może dalej. I się rozwijać w nieskończone opowieści. Dlatego tak ważny jest osobisty kontakt ze sztuką. Obecność. Samodzielne poznawanie jej. Żadne zdjęcia, filmy, relacje , opowieści nie są w stanie zastąpić bezpośredniego działania sztuki. Niewykluczone, że ten performance zostanie powtórzony. Ale może to być już inna historia, inny obraz. Dla każdego. I to jest w sztuce żywego teatru cudowne. Powodzenia:) :)

                                                  







SANATORIUM POD KLEPSYDRĄ 
NA PODSTAWIE TEKSTÓW BRUNONA SCHULZA

Reżyseria i inscenizacja – Agata Duda-Gracz
Kurator projektu – Jan Bończa-Szabłowski
Reżyseria światła – Katarzyna Łuszczyk
Ruch sceniczny – Tomasz Wesołowski
Muzyka na żywo - Maja Kleszcz i Wojtek Kleszcz

Miejsce: Orkiestra Sinfonia Varsovia
ul. Grochowska 272

Partner projektu: Orkiestra Sinfonia Varsovia

Szczególne podziękowania dla Dyrektora Janusza Marynowskiego za pomoc i współpracę przy projekcie.

* Zdjęcie pochodzi z kolekcji „I ciągle widzę ich twarze” Fundacja ShalomGołdy Tencer-Szurmiej.

Państwowe Gimnazjum w Drohobyczu, 19 maja 1934 roku. Między rzędami ławek przechadza się pisarz Bruno Schulz, nauczyciel rysunku i prac ręcznych. Zginął w 1942 roku zastrzelony na ulicy drohobyckiego getta. Zdjęcie przechował nieżyjący dziś Mieczysław Makarski. Wspominał, że Schulz na lekcjach czytał fragmenty swoich książek, które im, uczniom, wydawały się nieco dziwne.

Film : https://www.youtube.com/watch?v=kQpB3YbXdYk

środa, 3 maja 2017

CENTRAL PARK WEST TEATR 6.PIĘTRO


Obecność na spektaklu CENTRAL PARK WEST, mimo tematu zdrady, rozpadu związku, przenosi widza do strefy komfortu. Pod każdym względem. Czuje się to już po wejściu na widownię. Podczas szukania miejsc przyglądamy się scenografii Barbary Hanickiej, bo przyciąga uwagę swoim magnetyzującym luksusem. To mieszkanie amerykańskiej klasy średniej rozświetlone ciepłem koloru, miękkością linii przestrzeni i wygodnych mebli, z pięknym soczystością zieleni widokiem na Central Park West w Nowym Jorku, bo tu dzieje się akcja sztuki. Jesteśmy w bardzo prestiżowym, fascynującym, rozpalającym wyobraźnię miejscu.

Woody Allen napisał tekst, w którym każdy, nawet najpoważniejszy problem jaki się pojawia, potraktowany jest lekko, humorystycznie, komediowo, a wszelkie perypetie, zwroty akcji kończą się nadspodziewanie szczęśliwie. Wnikamy w życie bohaterów, którzy na naszych oczach dokonują zdumiewającej wiwisekcji. W efekcie widzimy, że najgorsze nawet przeżycia kończą tylko pewien etap, są ważnym, bolesnym, nieprzyjemnym doświadczeniem, ale fundują jednocześnie początek nowego, bardziej atrakcyjnego, satysfakcjonującego okresu w życiu. To rodzi nadzieję. Zmienia optykę postrzegania wszelkich problemów. Nastraja optymistycznie. Coś się kończy, by coś się mogło zacząć. Ta otwarta, ożywcza formuła postępowania w momencie kryzysu nie jest depresyjna a kreacyjna. Oto zdrada małżeńska, w dodatku jak się okazuje niejedna, wychodzi na jaw. Już nie można udawać, że nic złego w związku się nie dzieje. Ważne są przyczyny, ciekawe skutki procesu dochodzenia do prawdy obnażającego bohaterów, ich motywacje, sposób myślenia, to jak sobie radzą z emocjami, sytuacją.  

Wszystkie postacie sztuki budzą sympatię, współczucie, zrozumienie. Są tak skonstruowane i nam przedstawione, że nie można pomyśleć o nich nic złego. Mimo popełnionych błędów, wszelkich niedoskonałości; charakterów, postaw, braku wyobraźni i czujności pozostają głęboko ludzkie, naturalne, stają się widzom bliskie. Może dlatego, że sytuacje sceniczne z życia wzięte odnoszą się do realiów, które są doskonale znane. Może dlatego  również, że są grane przez lubianych aktorów. Joanna Żółkowska gra Phillis, kobietę dojrzałą, doświadczoną, inteligentną. Jej bohaterka jest wybitną psychoanalityczką ale będąc też zbyt pewną siebie, analizującą nieustannie innych osobą, ciągle zapracowana lekceważy zdrady męża, nie chce stawić mu czoła. Nie potrafi, a w końcu nie chce ratować związku, bo sprawy zaszły za daleko a tak naprawdę od dawna nic jej nie łączy z mężem. Zdrady urażają tylko jej dumę. Są policzkiem dla jej profesjonalizmu. Pomagała innym, sobie nie była w stanie. Żółkowska wchodzi w rolę gładko, jest swobodna, dominująca, apodyktyczna. Przekonująco traktuje wszystkich z góry, choć została mocno upokorzona. Zachowuje pozory, że kontroluje sytuację a przecież jej bohaterka  tak naprawdę przegrała. Jej niewierny mąż Sam, prawnik gwiazd show biznesu, grany przez Wojciecha Wysockiego żyje własnym, niezależnym życiem. Robi, co chce. Wysocki gra człowieka sukcesu, mężczyznę z pretensjami do wszelkich podbojów, któremu żona się znudziła, spowszedniała, do niczego nie jest mu potrzebna. Przestał się z nią liczyć, przestał się nią interesować. Przyciśnięty do muru próbuje kręcić, kłamać. Jest arogancki, nieprzyjemny, cyniczny. W obliczu prawdy zrywa z nią brutalnie, bezceremonialnie, bez znieczulenia. Wysocki nie dokonuje w tej roli cudów. Gra zimnego seksoholika egoistę stereotypowo, bez niespodzianek, bez szarży. Carol, przyjaciółka żony, jedna z jego licznych kochanek, grana przez Małgorzatę Foremniak to stereotyp naiwnej, zakompleksionej, mało bystrej blondynki. Ma wygórowane ambicje, aspiracje, plany bez możliwości na realizację. Płytka, prosta, nieskomplikowana źle ocenia sytuację. Łatwo ją skrzywdzić, wykorzystać, oszukać. Tyle, że ona się tym za bardzo nie przejmie. Ma szczęście, że mąż Howard ją kocha. A może brakuje mu odwagi, siły, by prawdzie spojrzeć w oczy, bo ma mnóstwo problemów ze sobą samym. Piotr Gąsowski obdarza go swoją powierzchownością, która automatycznie sugeruje bezradność, zagubienie, ciapowatość. Howard na przemian zajada lub zapija swoje problemy, stara się ich w ogóle nie zauważać, a gdy to się nie udaje, lekceważy je. Wart jest swej żony,  pozwala jej do siebie wrócić. Pozostaje do końca w tej swojej miernej pisarskiej aurze wyalienowanym, żałosnym, wzbudzającym jednak litość nieudacznikiem. Śmieszy i bawi publiczność. Wzbudza sympatię. Daje się lubić. Juliet Michaliny Sosny to najmłodsza kobieta w tym scenicznym zestawie. Była pacjentką Phyllis, jest ostatnią kochanką Sama. Sosna gra zagubioną w tym konflikcie dziewczynę, która dopiero szuka swojej drogi w życiu. Niedoświadczona, słaba, uległa pozwala wykorzystywać się przez mężczyznę, który jest o wiele starszy od niej i dominuje w tym bez przyszłości związku. 

Odnieść można wrażenie, że Woody Allen każdą z postaci swojej sztuki obdarzył pewną dozą własnych lęków, obaw, neuroz. Phillis jako psychiatra, profesjonalnie przygotowana, skutecznie racjonalizuje stan rzeczy. Gdy się skupi, gdy chce potrafi bezbłędnie rozpoznać sytuację. Ale diagnoza jest dla niej niekorzystna. Pewnych rzeczy nie może zmienić: starzeje się, związek z mężem się wypalił, a trwanie w nim może ją tylko upokarzać, ośmieszać, kompromitować. Od takich kobiet mężczyźni o charakterystyce Sama -niezależni, wiekowi z rozbuchanym ego samcy Alfa, chcą się tylko uwolnić. Celem ich są niedojrzałe, naiwne, zagubione nimfetki, takie jak Juliet. Ważne jest ciało, świeży związek, gdy można tylko samolubnie brać, korzystać, smakować. Ciągle nowy materiał badawczy, terytorium do podboju. Im mężczyzna jest starszy, tym bardziej doświadczony, bezwzględny, cyniczny. Nie jest już wybredny, zalicza wszystko, co mu się nawinie, choćby to była irytująco naiwna Carol, bo się spieszy, bo jest coraz bardziej zachłanny, świadomy swojego starzejącego się ciała i zmniejszającej się atrakcyjności. Howard ma typowe cechy Allena artysty. Znerwicowany, w kryzysie twórczym, całkowitym rozmemłaniu i irytującej adecyzyjności. Pocieszny typ, męczący, ale którego pragnie się mimo wszystko ratować. Którego się lubi. W istocie sprytny, niegroźny dla siebie i innych manipulator, tylko inaczej niż Sam, czy inni mężczyźni. 

Reżyserowi i aktorom udaje się wygrywać wszelkie zabawne sytuacje, podkreślać humorystyczne zderzenia osobowości  postaci  wynikające ze statusu, zajmowanej pozycji, różnicy płci, wieku, możliwości intelektualnych. Ale nie grają na szczęście Woody Allenem. Dostajemy komedię z Freudem w tle z doskonałą muzyką, odnoszącą się do naszej codzienności w pięknym, nowoczesnym dizajnerskim opakowaniu, na doskonale czytelnym poziomie komunikacji. I dystansu, który świadomie lub nie zachowują aktorzy do granych postaci. Co i nam, widzom, się udziela, bo przez cały czas nie mamy wątpliwości, że jesteśmy w teatrze. Nasze własne życie odsunięte na czas trwania spektaklu, czeka na nas cierpliwie. Nie wydaje się po tym seansie już tak groźne, trudne, nieznośne. Bo jak bohaterom sztuki i nam może się udać z każdej opresji wyjść na prostą, rozpocząć szczęśliwą, nową drogę życia. Powodzenia:)


CENTRAL PARK WEST  Woody Allen
tłumaczenie i reżyseria - Eugeniusz Korin
scenografia - Barbara Hanicka

obsada:
Phyllis - Joanna Żółkowska
Carol - Małgorzata Foremniak
Sam - Wojciech Wysocki
Howard - Piotr Gąsowski
Juliet - Michalina Sosna