środa, 30 września 2015

ZBÓJCY SCHILLER ZADARA NARODOWY

ZBÓJCY to klasyka z fantazją, lekkością, wiernością dramatowi, ze zrozumieniem tematu wystawiona. Nowoczesny, wyczyszczony z tradycji interpretacji romantyzmu ale romantyczny, bezpośrednio podlinkowany pod gorącą współczesność spektakl nie budzi w istocie takich emocji na jakie zasługuje zważywszy na doskonałe, imponujące, bogate opakowanie scenograficzne ilustrujące kontekst dramatu dla spójnej koncepcji reżyserskiej, przejrzystej kompozycji, perfekcyjnego aktorskiego wykonania, co wypracowuje bogaty, konsekwentny realizacyjny efekt całości. Gwarantuje wysoki poziom artystyczny. W pełni satysfakcjonujący widza, zwłaszcza młodego.

Bo też dla młodych o młodych przez młodego artystę , Fryderyka Schillera, dramat został napisany. Przez młodego reżysera, Michała Zadarę, wyreżyserowany. Czy nadal ma młodości świeżość, siłę buntu, destrukcyjnej żądzy władzy narzucającej swoją wolę, czy niesie smak gorzkiego rozczarowania dojrzałością, systemem zaprawionym bólem egzystencjalnym, pokazuje obraz trudnego doświadczania ojca przez obu synów:Karola i Franciszka von Moorów? To młodość domagająca się zmian, sprawiedliwości, władzy. Miejsca, uwagi dla siebie w świecie. Walczy ze starą, zużytą, skorumpowaną materią, mentalnością, obyczajowością, która jest splątana w skostniałych układach- rodzinnych, politycznych, korporacyjnych, religijnych -interesów, wpływów, zależności, nacisków, presji, wymuszeń. W kolejnych scenach pokazujący przemianę bohaterów. Uwikłanie w skutki własnych decyzji, wyborów. Ale tez pokazuje, jak system może brutalnie potraktować tych, którzy nie potrafią się w nim odnaleźć, przyjąć jego reguł, zasad gry/absolwenci bez perspektyw, niskie zarobki, nuda, nędzne życie, brak siły przebicia, degradacja/.

ZBÓJCY mają potencjał dramatu szekspirowskiego. Jest konflikt rodzinny: dominujący ojciec, właściciel korporacji, kontra jego dwaj synowie/manipulacja, intryga, podstęp, fałszerstwo, kłamstwo na usługach walki o sukcesję/. Walka dobra ze złem ale przewrotna, niejednoznaczna, kontrowersyjna, tragiczna w skutkach. Starcie starego z młodym /pokoleniem, systemem, również systemem wartości/. Wojna pomiędzy uprzywilejowanym, skostniałym światem władzy a sfrustrowanymi wykluczonymi, wypchniętymi na margines, nieprzystosowanymi i ogranymi przez silniejszych, sprytniejszych. Poboczny wątek miłosny będący kolejnym polem walki miedzy braćmi. Metafizyka w zderzeniu z rzeczywistością. Nie ma kompromisów. Nie ma w tym świecie kobiet, poza instrumentalnie wykorzystywaną Amalią, choć jej rola jest znacząca a miłość bezwarunkowa, wierna, nieszczęśliwa, romantyczna. Trup ściele się gęsto. Wszystko kończy się źle, tragicznie. Widz, bezpośrednio angażowany w czasie trwania spektaklu, pozostawiany jest z gorzką diagnozą rzeczywistości. Jakby nie było wyjścia, rozwiązania, sensu wszelkich wysiłków, działań. Bo i tak wszystko kończy się klęską, bólem, zbrodnią, śmiercią. Każdy wysiłek obraca w nicość. Zabija miłość. Znikąd nadziei. Ocaleje tylko ziemia niczyja. Przestrzeń dla nowych starć życia ze śmiercią. Gdzie życie jest po to, by doświadczać upadku, rozczarowania, bólu i cierpienia, dominacji zła. A przecież musi być w nim coś więcej, wyżej, poza. Na pewno jest. /ha,"Centrala nas ocali"/.

To spektakl perfekcyjny, doskonale przemyślany, skonstruowany. Atrakcyjny wizualnie. Pięknie, sugestywnie, z rozmachem pokazany, zagrany. W nienachalnej narracji. W ciekawym włączaniu widza, pobudzaniu go, aktywizacji. Burzeniu czwartej ściany. Przyciąganiu jego uwagi, zainteresowania, stymulacji. Z poczuciem humoru, dystansem, w nawiązaniu do tego, co zna widz, co mu jest bliskie, interesujące, atrakcyjne. Korporacyjne biuro prezesa von Moora, wnętrze galerii sztuki współczesnej, blokowisko, przestrzeń publiczna, współczesne mieszkanie/odjazdowo urządzona nowoczesna kuchnia/, gigantyczny pokój portretowy. Rozwiązania scenograficzne Roberta Rumasa/brawo!/ pokazały możliwości sceny narodowej, jakiej do tej pory nawet nie przeczuwaliśmy. Imponujący rozmach, wzmacniający ruch sceniczny, potęgujący wymowę inscenizacji. Przybliżające się i oddalające panele wnętrz. Wynurzające się z zapadni nowe aranżacje przestrzenne. Gra na wielu poziomach, też na pustej scenie. Pędzący samochód w filmowym anturażu w przerwie spektaklu. Aktorzy grają i śpiewają na żywo. Cała ta różnorodność wzmacnia przekaz, uatrakcyjnia go, czyni bogatym komunikatem, wszechstronną relacją.

Współczesny widz z łatwością rozpoznaje motywacje bohaterów. Starego, dojrzałego, choć udającego, że jest w pełni sił ojca, właściciela korporacji, całkowicie pochłoniętego pracą, jedzącego w pośpiechu przyniesiony przez bezosobową sekretarkę fast food/jak zawsze doskonały Mariusz Bonaszewski/. Ciekawa, nie do końca jasna, jest jego naiwna ufność w kłamstwa młodszego syna, Franciszka, jakby do końca nie znał swoich dzieci, nie wiedział na co je stać. On, który winien znać się na ludziach. Nie wiadomo, czy nie widział, że Franciszek pragnie przejąć jego majątek, władzę a ukochaną brata uczynić swoją kochanką czy może chciał sprawdzić starszego syna, Karola/Paweł Paprocki/. Wydziedziczył pierworodnego. I chyba się na nim zawiódł. Bo Karol odpuścił walkę o sukcesję. Nie wrócił do domu, nie wyjaśniał całej sprawy z ojcem, nie walczył o prawdę, zrejterował. Okazał się słaby, bo reakcja ojca dotknęła go bardzo, załamała. Nie podjął bezpośredniej walki o swoje, o prawdę. Mógł przecież. Ujął się honorem. Jak dziecko obrócił się na pięcie i w poczuciu niesprawiedliwego odrzucenia przez rodzica przystąpił do odrzuconych, pokrzywdzonych, nie radzących sobie z trudnościami, porażką, wyrzuconych na margines życia, by trwać w dumnym buncie i złem walczyć o dobro. Był wolny ale w momencie podjęcia decyzji o przywództwie w bandzie /gangu, grupie przestępczej, samozwańczej organizacji, grupie/ ubezwłasnowolnił się ponownie. Poddał dyktatowi grupie. Czuł się do tego stopnia skrzywdzony, upokorzony, poniżony, że nie potrafił nawet ujawnić swojej prawdziwej tożsamości w momencie śmierci ojca, który był w rozpaczy, bo bardzo przeżywał rzekomą śmierć syna/Karola właśnie/. To było zamierzone okrucieństwo Karola. Konsekwentne, samobójcze postępowanie odcinające go od życia, od miłości. Zastrzelił Amalię, wierną, kochającą go szczerze, do końca, bo honor, lojalność grupie była wartością wyższą. Udowodnił, że postępuje konsekwentnie. Ale też i czuł, że jest już człowiekiem przegranym do końca. Wszystko tracił a właściwie oddawał walkowerem: sukcesję, rodzinę, miłość. Wszystko to zostawił za sobą. Wkraczając w rewir zła, mimo że opowiadał się za dobrem sprawy, idei, też nic nie osiągnął. Nic nie zdobył, nie zmienił. Pozostał bohaterem tragicznym.

Franciszek, jego młodszy brat, też przeszedł metamorfozę/świetny Przemysław Stippa/. Od zwycięstwa po klęskę. A tak dobrze mu szło. Uknuł ambitny, przebiegły plan, z powodzeniem wyeliminował brata z biznesu, oszukał ojca. Manipulował, intrygował, wywierał presję. W tym względzie, jak mu się wydawało, był skuteczny. Nie udało mu się uśmiercenie obojga najbliższych mu ludzi, ojca i brata, zdobycie i upokorzenie Amalii. Zwycięstwo, uzyskana wolność, jaką daje władza, była pozorna. Rozpasane, dostatnie życie pozbawione sensu. W końcu doprowadziło go do samobójstwa. Ostatniego aktu kreacji.

Tylko Amalia jest bohaterem do końca krystalicznie czystym. Nieskażonym wątpliwością, brakiem ufności, wiary, walczącą o swoje. Jej piękno naturalnie pokazuje Wiktoria Gorodeckaja. Ale jej miłość jest zupełnie niepotrzebna w świecie, jaki jest. A raczej niemożliwa do skonsumowania. Ideał został na naszych oczach zamordowany. Unicestwiony. Brutalnie. Oprawca nie ma siły, odwagi, spojrzeć jej w oczy. Po części z litości/Karol widział, jak bardzo cierpiała/, po części ze świadomości, że taka miłość jest już niemożliwa do przeżycia w tym ginącym, okrutnym świecie. Nie mieści się kanonie trendów, mód. Poza tym można ją wykorzystać dla własnych celów. Nawet zabić, by zaspokoić żądanie grupy, do której się należy. Chora lojalność, konsekwencja Karola wyborów.

Sztuka sugeruje, że tak naprawdę dzisiejsi młodzi są, muszą być, niebotycznie cyniczni, okrutni i źli. Bezwzględni. Konsekwentni, nieobliczalni, elastyczni. Wielka wolność skutkuje wielką samotnością. Jest wielkim wyzwaniem. Wielka władza skutkuje wielkim zagubieniem, pośpiechem życia, splątaniem. Wielkie pieniądze szczęścia nie dają. Cel nie uświęca środków. Dobro złem zwyciężające generuje tylko kolejne wielopiętrowe zło, niszczy. A w istocie człowiek, sam czy w grupie, pozostaje słaby, niedoskonały. Choć chce być Bogu podobny, nigdy nim nie będzie. Podejmując działanie w większym lub mniejszym stopniu niszczy; siebie i wszystko wokół, z pobudek czynienia zła czy walki ze złem o dobro. Zawsze rachunek zysków i strat jest dla niego jednoznacznie niekorzystny. Zawsze będzie tęsknił za miłością, szukał sensu wszelkiego. Ostatecznie na coś się przyda. Nie będzie jednak happy endu. Jak w tej w sztuce go nie ma.

Podobają mi się właśnie takie spektakle, które od pierwszej do ostatniej chwili hipnotyzują. Uwodzą mnie i dają satysfakcję, poczucie, ze nie jestem sama w tyglu rzeczywistości, która jest wyzwaniem, walką o z góry przewidywalnym przebiegu i oczywistym końcu. Łapię oddech i dystans poprzez iluzję umowności, poczucie humoru. Bo jednak doskonałe spektakle walą prawdą obuchem między oczy, tak, że oddech zapiera. I to wrażenie dojmującego smutku wyzwolone przez utratę nadziei, że ideał znów sięgnął bruku. Życie jest walką a człowiek tylko człowiekiem traktowanym instrumentalnie, przedmiotowo. Obiektem do jednorazowego użytku, który ewentualnie na coś się przydaje. A bunt, rewolucja jest po to, jak u Lampedusy, by nic się, poza formą, nie zmieniło. A ta forma Zadarowej sztuki jest imponująca. Piękna, harmonijna, spójna. Treści stare jak świat. Cudnie, lekko zagrane. Więc i ja z nimi gram, uczę się, podciągam do tego poziomu. Akceptuję rytm, tempo. I przynosi to ulgę, uwalnia od lęku, wprowadza w nastrój pogodzenia z prawami okrutnego świata. Gdzie mężczyźni nadają ton, decydują, walczą, moderują. I upadają. Kobieta, kwiatek do kożucha, migoczący w słońcu motyl, cud marzenie, musi trwać, chyba że znajdzie się na linii strzału. ZBÓJCY my, współcześni zbójcy.

ZBÓJCY
autor: Friedrich Schiller
przekład: Michał Budzyński
reżyseria: Michał Zadara
scenografia: Robert Rumas
kostiumy: Julia Kornacka
muzyka: Jacek Szymkiewicz

obsada: Mariusz Bonaszewski, Paweł Paprocki, Przemysław Stippa, Wiktoria Gorodeckaja, Robert Jarociński, Oskar Hamerski, Mateusz Rusin, Bartłomiej Bobrowski, Ksawery Szlenkier, Paweł Tołwiński, Przemysław Wyszyński, Robert Jarociński, Arkadiusz Janiczek, Waldemar Kownacki, Tomasz Sapryk, Marzena Gorska

premiera: 08.05.2014

2014 – Nagroda im. Konrada Swinarskiego za najlepszą reżyserię dla Michała Zadary
2014 – Nagroda im. Aleksandra Zelwerowicza dla Wiktorii Gorodeckiej za rolę Amalii Edelreich

0 komentarze:

Publikowanie komentarza