poniedziałek, 24 czerwca 2019

ŚPIEWAK JAZZBANDU TEATR ŻYDOWSKI


ŚPIEWAK JAZZBANDU Teatru Żydowskiego w reżyserii Wojciecha Kościelniaka jest spektaklem dla każdego. Doskonałą rozrywką. Gwarantuje to jego poziom artystyczny, wypracowany przez ponadczasowy temat, atrakcyjną wizualnie inscenizację, nowoczesną choreografię Eweliny Adamskiej-Porczyk, perfekcyjnie profesjonalne wykonanie całego zespołu. Przemyślana  reżyseria, konsekwentna dramaturgia, umiejętnie konfrontująca znaczenie tradycji z koniecznością zmiany, rozwoju, realizowania marzeń, projektów prowadzi do zderzenia kultur, światopoglądów, postaw, przewartościowuje wybory życiowe bohaterów. Pokazuje dążenie do zachowania lub poszukiwania własnej tożsamości. Konfrontuje dylematy w wypełnianiu powinności uznanych za słuszne, w czynieniu tego, co uważa się za ważne, priorytetowe, zgodne z samym sobą. Narracyjna prostota, naiwna, przewidywalna fabuła jest przekaźnikiem ważnych treści, fundamentalnych wartości, uniwersalnych problemów. W ujęciu sentymentalnym nie gubi swojego eksplozywnego potencjału. Podkreślającego z jednej strony, że rozwoju, zmian się nie zatrzyma i warto w nich aktywnie uczestniczyć, z drugiej, że kultywowanie tradycji jest ważnym fundamentem dla kształtowania  osobowości, każdego rozwoju. Nie czyni przy tym przedstawienia ckliwym, anachronicznym, nudnym. Tu dynamika, tempo, kontrasty budują napięcie, taniec i śpiew, muzyka wykonywana na żywo wyzwalają emocje. Monochromatyczna barwa obrazu, siatka, na której wyświetlane są bardzo stare obrazy i dialogi jak z filmu niemego, kostiumy, rekwizyty nadają wizualizacji ciepła, szlachetnej nostalgii.

Musical Wojciecha Kościelniaka ma swój styl, pociągający charakter. Jest komunikatywny, prosty, harmonijny. Pięknie skomponowany, zsynchronizowany Nie boi się linkować bezpośrednio do tego co zaprzeszłe, umiejętnie wykorzystuje każdy motyw, formę, która związana jest z tematem, odważnie łączy to co różne, odmienne, niekompatybilne. I udowadnia, że można wykorzystać z powodzeniem tekst Simona Raphaelsona THE JAZZ SINGER, by pokazać proces, który doprowadził do zrealizowania pierwszego pełnometrażowego filmu fabularnego z mówionymi kwestiami dialogowymi w reżyserii Alana Croslanda, co było historycznym przełomem w rozwoju kina.

Fabuła jest prosta. Opowiada o żydowskim synu kantora, Jakie Rabinowitz, który sprzeciwia się ojcu i wbrew jego woli nie chce być jego następcą, opuszcza rodzinę, by zostać Jackiem Robinem, artystą jazzowym. Młody człowiek przeżywa głębokie dylematy moralne, ma wyrzuty sumienia, że zawiódł, zdradził, odrzucił tradycję rodzinną. Zbuntował się, poszedł za głosem serca, przeczuciem, swoim marzeniem, przeznaczeniem. Nie udaje się mu pogodzić starego życia z nowymi wyzwaniami. Miał zostać doskonałym kantorem, bo ma rzadki talent, perfekcyjne przygotowanie ale wybrał niepewną karierę śpiewaka jazzowego, który ma szansę docierać swą sztuką do każdego ludzkiego serca. Ojciec czuje się głęboko zraniony, rozczarowany. Nie ustępuje. Odrzuca go, nie akceptuje jego wyborów, nowej drogi życia. Wypiera się marnotrawnego syna. Na szczęście wszystko kończy się dobrze.

Wojciech Kościelniak sprawnie łączy sprzeczności, płynnie przechodzi od estetyki żydowskiej do wodewilowej, filmowej, jazzowej. Wszystko tu pięknie gra, wspaniale wybrzmiewa. Wzajemnie się dopełnia, wzmacnia. Teksty piosenek są interesujące, celnie komentują stany emocjonalne, konteksty w jakich znajdują się bohaterowie. Muzyka skomponowana przez Mariusza Obijalskiego spełnia podobną rolę. Wypadkowy obraz jest atrakcyjny, pociągający. Wyzwala niezwykłe emocje. Musical bawi i wzrusza. Podkreśla determinację ludzi, którym na sobie zależy. Głęboką troskę, należny szacunek, wielki niepokój. Niegasnący upór w dążeniu do celu i miłość, wierność temu, do czego jest się przeznaczonym. Każdy chciałby być tak mocno kochany, każdy chciałby mieć pewność, że robi, co należy, że dokonuje właściwych wyborów. Nie tylko ma marzenia ale mimo trudności,  z odwagą, poświęceniem, podejmując duże ryzyko chce je realizować i w końcu osiąga cele. Każdy chce poczuć, że tak jak bohaterom, też mu się może uda pogodzić sprzeczne oczekiwania, niemożliwe do spełnienia opcje. Dlatego spektakl silnie angażuje widzów, budzi ich żywe zainteresowanie. Nie czaruje, nie udaje pozwalając głęboko przeżyć losy bohaterów. Uznać ich zmagania z przeciwnościami, jak swoje.


Zdjęcie z próby medialnej
fot. Tomasz Ostrowski



https://www.teatr-zydowski.art.pl/spektakle/spiewak-jazzbandu


sobota, 22 czerwca 2019

OSY WYRYPAJEW DOM ARTYSTYCZNY WEDA OCH-TEATR


Autorski spektakl Iwana Wyrypajewa jest fascynujący. Fenomenalnie zagrany. Ogląda się go i przeżywa z zapartym tchem. W stuporze zdumienia. Niby prosty a skomplikowany. Niby realistyczny a paraboliczny. Niby kawa na ławę a tajemnica ogromnieje i się ciągle oddala. I dojmująco kąsa, kąsa, kąsa.

Pozornie dotyczy tylko trzech osób: Sary /dynamiczna, energetyczna, nie do rozpoznania Magdalena Boczarska/, jej męża Roberta /ekspresyjny, perfekcyjny, wow!Marcin Dorociński/ i ich przyjaciela Donalda/doskonały Dariusz Chojnacki/, bo nieobecni: Markus, żona Donalda i sąsiadki, są równie ważni. Podobnie jak my na widowni. Podstępnie skonstruowany jest na jednym pytaniu: u kogo Marcus był w zeszły poniedziałek? W istocie to pytanie o kondycję ludzką, dryfującą przez dowolny czas i nieokreśloną bliżej przestrzeń. 

OSY, letnie osy, które kąsają nas nawet w listopadzie to świadome i przeczuwane zmory współczesnego człowieka. Niepozorne rany, niedoskonałości, wady nie dające mu spokoju, poczucia bezpieczeństwa, szczęścia. Pozbawiające go pewności siebie słabe strony osobowości. Zaniechania, grzechy. Podważające porządek świata wątpliwości, wahania, zawody. Czy naprawdę nie mają wpływu na cokolwiek, pozbawione są znaczenia? Autor przypomina, że każdy człowiek jest mikro kosmosem zanurzonym w chaosie, ale paradoksalnie podporządkowanym działaniu harmonii świata. Z całym bagażem indywidualnych, osobistych, intymnych doświadczeń, genotypem boskiego człowieczeństwa. Jest jaki jest: paradoksem, kamuflażem, nie tym kim się wydaje. Z gruntu przewidywalną, słabą, splątaną potrzebą i niemożliwością jej spełnienia. Sam siebie komplikuje. Komplikuje życie innym. Poszukuje ciągle, karkołomnie, uporczywie zrozumienia, uwagi, miłości. Wysłuchania, odarcia z masek formy. Oczekuje, że ludzie, na których mu zależy, znajdą do niego instrukcję obsługi. Zajrzeć zechcą w mrok jego głębi.

Temu ma służyć swoisty sceniczny taniec-pulsowania, przyciągania, odpychania- bohaterów w pustej, ciemnej, kosmicznej przestrzeni, rozświetlanej tylko od czasu do czasu błyskami, wypełnianej muzyką, nadającej tempo, rytm, charakter akcji/reakcji. Znaczenie mają rozmazane odbicia w zaburzających realistyczny obraz lustrach, portrety Sary, Roberta, Daniela, pozostałych osób przerysowane wyraziście, zniekształcające niejednoznacznie. Ukryte pod kostiumem, charakteryzacją, ekspresją. Intensywną obecnością obecnych i nieoczywistym istnieniem nieobecnych. Ale opisywane językiem mentalności i ciała. Słowotokiem, logoreą, tyradą, atakiem, obroną, dochodzeniem co jest kłamstwem, co prawdą. Egzystencjalnym i filozoficznym śledztwem. To nieustanne, natarczywe, nienawidzące ciszy mówienie, dociekanie, pytanie symptomatycznie dopomina się o zainteresowanie, uwagę, czas. Wysłuchanie. Człowiek dziś musi robić wokół siebie zamęt, posługiwać się intrygą,  prowokacją, gdy chce być w full kontakcie. Musi ryzykować, eksperymentować, by wyrazić, co myśli, czuje, uważa. Gdy chce zaznaczyć swoją obecność. Zakomunikować, przedstawić ją światu. Zyskuje na znaczeniu gdy toczy grę, wchodzi ostro w niebezpieczne dla siebie interakcje. Ma wtedy szansę poczuć, że naprawdę coś znaczy, intensywnie żyje dla siebie, dla innych. Bada granice fałszu i prawdy, sprawdza ich wagę, siłę i pojemność. Walczy. Broni się. Chroni. Naraża się na kąsanie ale i sam kąsa. Jak letnie osy. Nawet w listopadzie. 

OSY
Reżyseria: Iwan Wyrypajew
Tłumaczenie: Agnieszka Lubomira Piotrowska
Scenografia: Anna Met
Kostiumy: Katarzyna Lewińska
Muzyka: Jacek Jędrasik
Reżyseria światła: Adam Czaplicki
Asystent scenografa i kostiumografa: Małgorzata Domańska
Producent: Piotr Duda (WEDA Dom Artystyczny)
Producent wykonawczy: Jan Malawski
Asystenci reżysera: Jan Malawski, Michał Rogalski
Obsada:
Magdalena Boczarska, Dariusz Chojnacki, Marcin Dorociński

PRODUKCJA: DOM ARTYSTYCZNY WEDA
Data premiery: 29 listopada 2018

piątek, 21 czerwca 2019

XIX MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL SZTUKI MIMU CAFE PANIQUE WROCŁAWSKI TEATR PANTOMIMY

Spektakl CAFE PANIQUE Wrocławskiego Teatru Pantomimy inspirowany jest zbiorami opowiadań  CZTERY RÓŻE DLA LUCIENNE oraz NAJPIĘKNIEJSZA PARA PIERSI NA ŚWIECIE oraz malarstwem i grafiką Rolanda Topora. Ma stworzyć klimat poetycznego absurdu, surrealistyczny nastrój oswajania samotności, tolerowania odmienności, poszukiwania i akceptacji prawdziwego siebie. Jest próbą panowania nad paniką chaosu współczesnego człowieka. Mową emocji obrazu.

Kawiarnia -stoliki, krzesła, lampki, podest dla śpiewaczki, orkiestra, fragmenty ruin-to realistycznie, neutralne miejsce spotkań. Znajomych i nieznajomych. Normalności i dziwności. Nie daje jednak wytchnienia, nie relaksuje. Jest jak zaczarowane miejsce wyzwalające ukryte skłonności, pragnienia, uczucia, słabości. Stany podświadomości. Daje szansę wyzwolenia od samotności ale pokazanie kim się w istocie jest nie przynosi ulgi, nie sprawia przyjemności. Staje się diaboliczną drogą donikąd, bo nic tak naprawdę nie zmienia. 

Spektakl działa poprzez sceny-obrazy. Ich wyrazistą, mocną, intensywną  plastykę, niepokojącą  niejednoznaczność, muzyczno- mimiczną kompozycję budującą  napięcie zwykłych zdarzeń, oczekiwań, pragnień. Nieporadny sztywniak, brzydal nie jest zakochany w śpiewaczce ale w jej piersiach. To one są obiektem pożądania. Ona, wyraźnie przestraszona jego adoracją, nie jest zainteresowana jego pieniądzmi, wpływami, bo wzrokiem podąża za młodym przystojniakiem. Jest tylko młodą dziewczyną w kostiumie divy. Obiekt jej uczuć zajęty jest samym sobą. Zamyślony, zaniepokojony, wycofany przed czymś a może  przed kimś ucieka, by w końcu popełnić samobójstwo. Co tak naprawdę zabija? Jakie lęki, niepokoje, strachy? Pojawiają się ludzie ryby opiekujące się ludźmi, bezręczny demiurg z mechanicznymi kończynami, postać w marynarce z przyczepionymi do niej nosami, pogubiona para zakochanych. Zwariowana, wesoła kapela w melonikach i żółtych, przeciwdeszczowych płaszczach co i rusz przemyka po scenie. Świat fantazji, iluzji, fikcji, sztuczności, nienaturalności miesza się ze światem o realnych, zwyczajnych, dobrze znanych wszystkim kształtach. Wymiar materialny miesza się z niematerialnym. Sen z jawą. Co wprowadza element  chaosu, dezorientacji, zaskoczenia. Dystansu. Uruchamia wyobraźnię. Umożliwia projekcję własnych intymnych  doświadczeń widzów na sugestywny obraz pantomimiczny.

Ta surrealistyczno-komiczna pantomima zakończyła XIX MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL SZTUKI MIMU. W tym roku skromny, kameralny ale niezwykle ciekawy, bardzo ważny dla jego wiernych sympatyków. Bartłomiej Ostapczuk podziękował im za obecność, Teatrowi Dramatycznemu za gościnę, ministrowi Glińskiemu za dotację. Być może kolejna edycja będzie bardziej różnorodna, bogata. Najważniejsze, by festiwal trwał. Z tą nadzieją patrzeć należy w przyszłość. 

Pantomima się ciągle rozwija, zmienia, zaskakuje. Inspiruje. Staje się coraz bardziej interdyscyplinarna. Jest szkołą myślenia za pomocą obrazów. Bez słów. Odwołuje się do osobistych przeżyć. Rozwija wyobraźnię. Przede wszystkim niezmiennie wzrusza widzów. Pozwala im dobrze się bawić, poznawać człowieczy los, przeżywać komedię ludzką. Ciągle oczarowuje. Wyzwala pozytywne emocje. W młodych ludziach roznieca zachwyt i ciekawość światem. W dorosłych budzi zdumione pięknem sztuki mimu szczęśliwe, niewinne, ufne dziecko.


CAFE PANIQUE
reżyseria: Joanna Gerigk
scenografia: Michał Dracz
muzyka: Sebastian Ładyżyński
wykonanie rekwizytów: Aleksandra Stawik
obsada: Mariusz Sikorski, Monika Rostecka, Artur Borkowski
premiera: 9 lutego 2017

Fot. Natalia Kabanow
 
https://www.mimefestival.pl/1606-ndz-cafe-panique---wroc322awski-tear-pantomimy.html

niedziela, 16 czerwca 2019

XIX MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL SZTUKI MIMU KONCEPCJA ŻYCIA NIMU THEATRE - NIEMCY


Trwa upalny wieczór. Scena kusi widzów zimnymi napojami serwowanymi w barku.  Niektórzy z propozycji ochoczo korzystają. Warto ugasić pragnienie. To w tym miejscu  historia pewnej miłości się niewinnie zaczyna, tu się tragicznie kończy.  ON i ONA spotykają się, zbliżają do siebie, poznają. Uczucie się rozwija, rośnie. Pojawia się stół, który bywa też kanapą, wanną, tym co łączy lub dzieli, jest narzędziem walki, wyznacza pole bitwy, podkreśla harmonię, jest dowodem erozji, destrukcji, chaosu, braku równowagi w związku dwojga młodych ludzi. Naprawiony nic już nie zmieni. Jest podporą samotności. Pojawia się też płachta białej tkaniny, która pełni rolę obrusa, prześcieradła, narzuty na kanapę, ręcznika, podgłówka, welonu. Jest symbolem czystości lub żałoby. Opresji lub więzi. Tego, co zbliża lub oddala. Ale najważniejsze są ciała bohaterów, które ruchem, układem, ekspresją wyzwalanych emocji zdradzają kolejne etapy narodzin i śmierci uczucia. Nie docierając do istoty przyczyn i skutków jego zaistnienia. 

Miłość po prostu pojawia się. Najpierw jest prostą, spontaniczną, wzajemnie rozbudzaną fascynacją, z czasem radością przeżywania wspólnego życia, celebrowania codziennych  rytuałów, okazywania sobie czułości. Szczęściem zaistniałym bez wyraźnej przyczyny, bez jasnej potrzeby.  Na pozór przypadkowym darem losu. A jednak nie wiadomo dokładnie co i dlaczego zaczyna psuć związek. Czy jest to rutyna, nuda, zdrada, nie ma pewności.  To, co go budowało zawodzi, wyczerpuje się, nie wystarcza. Uczucie blednie, więzi zanikają, relacje negatywnie się wyostrzają, eskalują. Partnerzy oddalają się od siebie, zajmują się tylko sobą. Dziewczyna umiera lub tylko odchodzi, opuszcza chłopaka. Miłość gaśnie, związek się rozpada. Mężczyzna, mimo  uporczywych starań, nie potrafi jej wskrzesić, ocalić.  Ciało dziewczyny się poddaje. Kiedyś przysłaniało chłopakowi świat cały, na końcu jest obciążeniem, balastem, niegasnącym wspomnieniem, tęsknotą za tym, co było intensywne, wyjątkowe, ważne. A jednak zaowocowało smutkiem. Rezygnacją. Bólem. Porażką.

Irena Fas Fita oraz Johennes Stubenvoll w sugestywny  sposób opowiedzieli, że w miłości należy być aktywnym graczem. Nie wystarczy mieć szczęście, należy o nie dbać. Nie wystarczy się dostosować do siebie, warto być kreatywnym partnerem. Miłość wymaga nowych podniet, pomysłów, ciągłej zmiany. Żywiąc się samą sobą, zużywa się szybko, nieodwołanie. Jej słodycz zamienia się w gorycz. Nie dość, że jest. Jeśli ma przetrwać musi się rozwijać, ewoluować, przekształcać w nowe formy. Ważna jest koncepcja życia. Ale trzeba ją wymyślić, przygotować, mieć. Aktorzy inteligentnie wykorzystują/ogrywają/ rekwizyty, układami choreograficznymi, scenicznym ruchem, tańcem bez trudu ilustrują swój artystyczny komunikat. Wypracowują nastrój oczekiwań,  urok euforii,  erozję uczucia, kryzys związku, napięcie porażki. Czuwają nad tym, by emocje nie gasły. Dbają o więź z widzami. Przedstawiają im pantomimę współczesną. Fantastycznie nawiązującą do tradycji. Ale interdyscyplinarną, nowoczesną. Profesjonalną, prawdziwą, czułą. Piękną.

Fot. Roger Rossell

sobota, 15 czerwca 2019

XIX MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL SZTUKI MIMU SOLITUDES KULUNKA TEATRO


SOLITUDES, spektakl Kulunka Teatro,  zapoznaje widzów z trzypokoleniową rodziną. Opowiada poprzez nią o nas wszystkich. Zaprasza do wiwisekcji relacji międzyludzkich, kondycji jednostki. Pozwala mocno poczuć, co współczesność traci, nic w zamian nie mogąc zaoferować, ocalić. Rośnie w niej smutek różnych odmian samotności. Postępuje zaburzenie komunikacji. Porozumienie bliskich sobie osób zdaje się niemożliwe, bo kontakty są krótkie, powierzchowne, szorstkie, sprowadzone do poziomu spełniania niezbędnych powinności, podstawowych obowiązków. Pogłębia się niepełnosprawność starości. Doskwierają skutki izolacji, zamykania się we własnym tylko, introwertycznym świecie. Ból egzystencjalny paraliżuje, doprowadza do depresji, wycofania, śmierci.  Pęd życia, wygoda, brak empatii wypycha z życia to co nieatrakcyjne, zużyte, zbędne. Uciążliwe. Nie moje. Nie dla mnie. Brakuje radości, brakuje bliskości, brakuje uważności na drugiego człowieka, kimkolwiek by nie był. Wspólnych wspomnień, rytuałów, zajęć. Każdy z bohaterów staje się zamkniętym światem ważnym tylko dla siebie samego. Bycie razem niczego nie zmienia. Jeszcze bardziej daje odczuć, że można stać się dla świata, dla siebie obciążeniem, balastem, kłopotem.

José Dault, Garbiñe Insausti, Edu Cárcamo grają we wspaniałych maskach, które odpowiednio oświetlone, ustawione zmieniają swój wyraz, charakter, wyrażane emocje. Aktorzy zdumiewająco sprawnie multiplikują typy charakterystycznych bohaterów. Symboliczną rodzajowość. Subtelnie niuansując, delikatnie ironizując grają wiele ról. Nie używają słów ale mowa ich ciał wszystko wypowiada, opisuje, komentuje. Dotyka.To zasługa ich mistrzowskiego poziomu, sprawności warsztatu, głębokiej wrażliwości i wyobraźni. Niczego nie udają, nie przedstawiają. Są szczerze, naturalnie, czule, z poczuciem humoru starością, samotnością, obojętnością, wykluczeniem. Tęsknotą za bliskością, zrozumieniem. Bólem naszych czasów. Który łamie serca, ale i je otwiera. Który dokonuje emocjonalnego harakiri po to, by po wyjściu z teatru można było spróbować naprawiać siebie, ratować myślą, mową i uczynkiem świat. Tylko wielka sztuka potrafi rozkruszyć skorupę obojętności, którą narzucają bezduszne mody, współczesne trendy, uprzedmiotowujące rytuały codzienności. Tylko ona jest w stanie rozbić mur dystansu odgradzającego od cierpienia drugiego człowieka, często im nam bliższego, tym mocniej, głębiej, dotkliwiej przez nas krzywdzonego. Tylko wielka sztuka potrafi wstrząsnąć tak, by można było przestać się bać, wstydzić kochać prosto, szczerze, naturalnie. Poczuć, że możliwe jest wszystko. Od zaraz. Natychmiast. Tak po prostu.

Różne wcielenia samotności pozostaną na zawsze z tymi szczęśliwcami, którzy zetknęli się ze sztuką KULUNKA TEATRO. Z jej magią, tą siłą fatalną, która pozwala wrócić do istoty nas samych, pomaga zdefiniować na czym nam tak naprawdę zależy. Pokazuje jak można ocalić wszystko co jest dla mnie, dla ciebie, dla każdego człowieka dobre, piękne, najważniejsze.

SOLITUDES

Reżyseria: Iñaki Rikarte
Autorzy: José Dault, Garbiñe Insausti, Iñaki Rikarte, Edu Cárcamo, Rolando San Martín Obsada: José Dault, Garbiñe Insausti, Edu Cárcamo
Muzyka: Yayo Cáceres


Spektakle Kulunka Teatro wystawiano wiele razy na scenach Hiszpanii, Ameryki Południowej, USA, Chin i Europy. W ciągu ostatnich 4 lat spektakl można było oglądać w 22 krajach na 3 kontynentach. Zdobył on nagrodę na Birmingham European Theatre Festival w 2011 r. oraz na La Habana International Theatre Festival (Kuba).

POLSKA PREMIERA 10 czerwca 2019 r., Scena na Woli im. T. Łomnickiego

 foto: David Ruiz

niedziela, 9 czerwca 2019

XIX MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL SZTUKI MIMU AVANT TOUT Lenka Vegnerová & Company.



Spektakl AVANT TOUT opowiada historię pewnej relacji. Wraca do jej początku, bo ten jest zawsze odpowiedzialny za początki kolejnych historii. Cofa się w czasie, wnika we wszystko powtarzalne, znaczące, ważne. Wartościowe. Dom, rytuał Bożego Narodzenia, znaczenie zamówionej pizzy w pudełku, które będzie w kolejnych odsłonach ujawniało swoje nowe symboliczne tajemnice, pierwszy czuły gest, który rozwija się w nieskończone ciągi dalsze, bardziej złożone i skomplikowane. Narodziny uczucia, narodziny związku, narodziny dziecka. Kształtowanie człowieka, poznawanie go, odprzedmiotowianie, ale i osaczanie, zniewolenie, uzależnianie. Jest więc kosmos, ziemia, ludzie i zwierzęta/lis pluszak/. Zagadujące, zwodzące słowa, które zdają się być intruzem. Zniekształcone, ułomne, zbędne brutalnie wkraczają w rewir sobie zakazany/pantomima z zasady się ich wyrzeka/. Ale przecież na początku była tajemnica, słowo, chaos. Dlatego akcja szuka, porządkuje, zapętla, podróżuje w czasie i przestrzeni. Wraca do wszystkiego co jest dla człowieka, ludzi najważniejsze/MAŁY KSIĄŻĘ Antoine’a de Saint-Exupéry’ego, KOPCIUSZEK/.

Spektakl jest dobrze przemyślany, konsekwentnie skonstruowany. Najsilniej działa, najpiękniej przemawia poprzez choreografię/np.narodziny dziecka, sceny z wykorzystaniem przezroczystej folii/, ruch, akcent sceniczny/dom, czerwone szpilki, przybliżająca się ziemia, lis zabawka, bose stopy/, muzykę/klasyczna, rozrywkowa/. Prosty, sugestywny, doskonale zagrany podkreśla wagę pamięci człowieka, możliwości zrozumienia skąd jest i po co, kim jest, jak może się ratować dzięki temu, co było, co jest dla niego, tych, których kocha dobre, autentyczne, prawdziwe w życiu. Powrót do źródła miłości, do początku związku, przywoływanie wspomnień, kolekcjonowanie chwil szczęśliwych, celebrowanie momentów pozytywnych nastraja optymistycznie, daje siłę. Konstytuuje radość istnienia. Przywraca spokój, porządek. Uzasadnia przeczuwaną harmonię, pozwala dotknąć sens świata.

Szkoda, że cały nie jest pantomimą tańca, układami choreograficznymi opowiedziany. W tych samych jasnych kostiumach, z naturalnej wielkości lalką, bez dosłownego linkowania do literatury, bez cytowania. Surowy, wyrafinowany, stylistycznie jednorodny przemawiałby mocniej, celniej, piękniej. Uniwersalnie.

AVANT TOUT

Reżyseria, koncepcja, dramaturgia: Lionel Ménard
Muzyka: Tomáš Vychytil
Współpraca w ruchu / choreografia: Lenka Vagnerová
Wykonawcy: Fanny Barrouquére, Andrea Opavská, Barbora Nechanická, Michal Heriban
Projekt: Michal Kříž
Światła: Michal Kříž / Karel Šimek
Projekcja: Erik Bartoš
Dźwięk: Eva Hamouzová / Andrej Jurkovič
Zdjęcia: Michal Hančovský
Projekt graficzny i wideo: Michal Heriban
Produkcja: Andrea Vagnerová
Producent: Lenka Vagnerová & Company
Koproducent: MDP Městská divadla pražská (Praskie Teatry Miejskie)
Projekt wspierany przez: Miasto Stołeczne Praga, Ministerstwo Kultury Republiki Czeskiej

Premiera: 24 listopada 2018 r. / Theatre Komedie / Praga
Premiera przygotowana została w koprodukcji z MDP (Praskimi Teatrami Miejskimi)

http://bilety.teatrdramatyczny.pl/rezerwacja/numerowane.html?id=3445

XIX MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL SZTUKI MIMU ONCE


Pewnego razu za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, w krainie wyobraźni, pragnień, iluzji a może tuż, tuż obok nas spotyka się ONA z NIM. Ogień z wodą, dzień z nocą, sen z jawą, niebo z piekłem, dobro ze złem. Jakby od zawsze żyli obok siebie, w komplementarnej relacji, w niewidzialnym związku. Pełni sprzeczności, odmiennej natury, różnego przeznaczenia. Donna Flora, którą z wdziękiem kreuje Ola Batko, jest piękna, giętka, wiotka. Jak nieuchwytne pragnienie. Trochę jak marionetka, trochę jak uruchomiona figurka tancerki, trochę jak zwykła dziewczyna, która o miłości, lepszej wersji siebie, piękniejszym  życiu marzyć zaczyna. Chłopak, sugestywnie przez Bartłomieja Ostapczuka grany, jest nieporadny, przyznać trzeba, że nieatrakcyjny, nieładny. Mroczny, tajemniczy, szalony. Wieczny tułacz, dziobonosy klown z powrozem na szyi. Z tych, na których nie zwraca się uwagi, których ignoruje się, unika. Jest w Donnie Florze beznadziejnie zadurzony. Ona romantycznie marzy ale na trzeźwo wybiera. Pociąga ją szarmancki, glamour elegant.  Obietnica władzy i sukcesu doskonale wizualizowana mimicznie przez Maję Rękawek. Wszystko nie jest tym, czym się wydaje. Pozory mylą. Powłoka, cielesność nie jest obrazem duszy. Pojawia się Diabeł, Amor, Śmierć. Tak, tu dzieją się rzeczy dziwne, dokonują niezwykłe przemiany, cudowne czary, diaboliczne spotkania. Choć tak naprawdę jest to zwyczajna historia każdej prawie miłości, losu ludzkiego. Niepozbawiona humoru, ciepła, czułości. Ze sceny odważnie wkraczająca w rewir widowni.

ONCE jest bajką dla dorosłych, powrotem do bezpiecznej krainy wytchnienia. Gdzie uczucia, wybory, niepowodzenia bohaterów przeżywa się jak swoje, bez nieprzyjemnych konsekwencji. W otulinie sentymentalnej  nostalgii, poezji pantomimy. Z dystansem jaki funduje sztuka. Trochę naiwna, trochę dziecięca. Pełna emocji, niedomówień, fantastyki. Wzruszająca, wrażliwa. Prawdziwa. Profesjonalizmem twórców wyczarowana/surrealistyczna scenografia, emocjonalne światło, sugestywna choreografia, podkreślające charakterystykę postaci kostiumy, charakteryzacja, performatywny ruch sceniczny, celne pomysły inscenizacyjne/. Lekko, naturalnie, z wdziękiem przez wspaniałych artystów zagrana. Entuzjastycznie przyjęta przez publiczność, która przejęta metaforyczną opowieścią o miłości, o życiu, o człowieku długo nagradzała występ gromkimi brawami.

ONCE, spektakl będący efektem  współpracy z legendarnym Teatrem Derevo, jest najnowszą premierą Teatru Warszawskiego Centrum Pantomimy. Z sukcesem otworzył XIX Międzynarodowy Festiwal Sztuki Mimu, jeden z najdłużej trwających festiwali pantomimy na świecie, który, jak podkreślił jego dyrektor artystyczny Bartłomiej Ostapczuk, znakomity mim, zasłużony dyrektor, kochany przez swoich uczniów pedagog świętujący 20-lecie pracy twórczej, ma być nieprzewidywalny, różnorodny, poruszający. Selekcji spektakli dokonał osobiście, w zgodzie z samym sobą. Tak więc festiwalowa chwilo trwaj! Powodzenia.:)

​ONCE
Reżyseria i koncepcja: Anton Adasinsky and Derevo Labolatorium
Scenografia: Maxim Isaey
Muzyka: Andey Sizintsev & Dmitry Abramov
Światło: Igor Formin / Jędrzej Skajster
Dźwięk: Mateusz Kacprzyk

Obsada: Paulina Staniaszek / Aleksandra Batko, Ewelina Grzechnik / Maja Rękawek,
Paweł Kulesza, Maciej Jan Kraśniewski, Bartłomiej Ostapczuk

zdjęcia: Katarzyna Chmura

https://www.mimefestival.pl/706-fri-once---warsaw-mime-center-company.html

środa, 5 czerwca 2019

SUPERMENKA TEATR GUDEJKO COLLEGIUM NOBILIUM

SUPERMENKA, monodram Doroty Macieja w wykonaniu Jowity Budnik, przedstawia kobietę niezależną, silną, współczesną. W kryzysie, w momencie próby życiowej, w konieczności bolesnego dojrzewania do afirmacji siebie, losu, świata.

Wystarczy, że przebojowa business woman, która odniosła zawodowy sukces, posiada pieniądze, władzę, ma dorosłe dzieci i mężczyznę, panuje nad wszystkim, z dnia na dzień zostaje zwolniona ze stanowiska.  Dotąd zapracowana, skupiona na robieniu zawodowej kariery, osiąganiu coraz to ambitniejszych celów, realizowaniu o każdej porze dnia i nocy poleceń przełożonych drastycznie wyrzucona zostaje w niebyt, poza rewir dotychczasowych zajęć, obowiązków, przyjemności. Najpierw myśli, ze  dobrze się stało. Ma czas na wszystko, również na to, by się nad sobą zastanowić, przemyśleć swoją sytuację i spróbować się z nią uporać. Może robić, co dusza zapragnie. Jest mimo to w szoku, przechodzi terapię wstrząsową. Usuwa się jej grunt pod nogami. Samotnie stawia czoło piętrzącym się kłopotom, niekomfortowej, z czasem coraz trudniejszej egzystencjalnej, psychicznej, społecznej sytuacji. Nie ma wyjścia, działa pod presją, gwałtownie zmienia styl i poziom życia. Wyautowana musi się przystosować, obmyślić plan awaryjny, w końcu ratunkowy.

Bohaterka kreowana przez Jowitę Budnik ma wiele wdzięku, ciepła i optymizmu. Energiczna, dynamiczna, kreatywna, władcza w pracy nosi czerwoną, ognistą sukienkę. Dominuje. Panuje nad sytuacją imponująco sprawnie, skutecznie. Jest z tych, których nie można oszukać, podejść, wykorzystać. Ale można zwolnić. I w ten sposób się jej pozbyć. Pracodawca zawsze znajdzie sposób, zawsze ma rację. Cała konstrukcja życia rozpada się jak domek z kart. Bieda, niepowodzenie nie ma przyjaciół. A oszczędności topnieją w zastraszającym tempie. Nową pracę kobiecie w pewnym wieku, z wysokimi kwalifikacjami trudno jest znaleźć. Na wszystkim więc oszczędza, nosi niedbały, sportowy strój, doświadcza wielu upokorzeń, porażek, upadków. Nie poddaje się jednak, szuka nowych możliwości, kolejnej szansy. Przewartościowuje całe swoje życie. W czasie przeszłym znajduje punkty oparcia, drogi ratunku. Z niego wykuwa swój przyszły skromny, na miarę możliwości szczęśliwy los. Wiedzie spokojne, proste życie, które jest zaledwie cieniem życia poprzedniego. Ale pozwala przetrwać.

Jowita Budnik gra w symbolicznej dekoracji otoczenia fasadowego, nietrwałego, złudnego. Jedynie stół, krzesła, szafka, laptop, ubrania, buty są realne-istnieją naprawdę. Cała reszta to fotografia mieszkania jak z modnego żurnala. Aktorka z finezją prowadzi swoją bohaterkę od euforii do depresji, od zapału do rezygnacji, od przygnębienia do pogodzenia się ze stanem rzeczy. Zaakceptowania tego, co może ocalić i czym jeszcze może się cieszyć. Zachwyca widzów gdy śpiewa i tańczy. Wzrusza gdy siłą osobowości, charakteru, uporu ciągle jej bohaterka radzi sobie z samą sobą, przeciwnościami losu. Choć upada, to walczy. Ciągle uporczywie walczy.

Stan, gdy wydaje się człowiekowi, że może osiągnąć wszystko o czym tylko zamarzy, jeśli wystarczająco się stara, dużo pracuje, doskonale organizuje jest cudowny. Łatwo mu ulec. Móc wszystko, mieć wszystko, żyć jak w transie, na dopalaczach sukcesu. Kryzys obnaża życie SUPERMENKI w super czasach dla kobiet. Piękną iluzję, pobożne życzenie. Super pułapkę.

SUPERMENKA
Autor: Dorota Macieja
Reżyseria: Jerzy Gudejko
Scenografia: Krzysztof Kelm
Kostiumy i fotosy: Grażyna Gudejko
Produkcja: Teatr Gudejko

Obsada: Jowita Budnik

niedziela, 26 maja 2019

GRAJĄC BALLADYNĘ COLLEGIUM NOBILIUM



GRAJĄC BALLADYNĘ, spektakl studentów III roku Wydziału Aktorskiego Akademii Teatralnej w Warszawie, ma uzmysłowić im i widzom metamorfozę dojrzewania, dochodzenia człowieka do władzy. Musi mieć predyspozycje, sposobność, siłę. Na początek wystarczy złe serce. Dobro wobec niego jawi się piękne lecz słabe i kruche. Bezwartościowe, jałowo czułe. Bezbronne brutalnie przegrywa. Balladyna jest Kainem, Alina Ablem. Jednak tu  nie o zazdrość o miłość Boga chodzi ale rosnącą w siłę ambicję posiadania, panowania, zwyciężania, awansu. Podsycania dzikiej, pierwotnej żądzy.  Wbrew rozsądkowi, wbrew warunkom. Niskie urodzenie, nieumiejętność zbierania malin, brak miłości do Kirkora, głęboka świadomość popełniania najcięższego grzechu nie powstrzymuje Balladyny przed zbrodnią. Od morderstwa siostry zawsze znajdzie sposób, by osiągnąć zamierzony cel, wbrew ludzkiej i boskiej ocenie moralnej czynu. Jej racja, perspektywa, styl rządzenia zwycięży. Pozostanie do końca bezkarna. Będzie skuteczna. Wszyscy, bogaci i biedni, mądrzy i głupi nie są bez winy, mogą być usunięci, zgładzeni. Jedynie dziecko w łonie matki jest bez skazy, ono jest niezagrożone, ma szansę przeżyć krwawe rządy matki, Balladyny.

Jan Englert nadaje dramatowi Juliusza Słowackiego nową interpretację. Interesujące, bliższe prawdy bezkompromisowe, pozbawiające iluzji zwyciężającej zawsze sprawiedliwości zakończenie. Zło dziś jest bezkarne. Powszechne. Władza mordercza, krwawy ślad, groby po sobie zostawia. Grając Balladynę studenci poznają naturę jej mocy, nie potrafiącego obronić się przed nią dobra.

Może dlatego przestrzeń jest gęstniejącym, zacierającym wszelkie granice mrokiem. Kostiumy czarne, pesymistyczne to gorsety zła, które ubezwłasnowolnia, więzi lub zabija. Jedynie jaskrawa czerwień płaszcza/zbroi/współcześnie królewskiego stroju Balladyny, jej ust stanowiących prawo i znamienia, które nie boli, nie naznacza, nie uwiera  jest wiodącym akcentem. Wyróżnia się, triumfuje. Białe insygnia natury na ciemnym tle bledną, jakby zanikały. Drewniany stół, ława, gruby sznur zwisający swobodnie w centrum nie budują napięcia, nie są znakiem kary, władzy zagrożenia.

Balladyna w domu rodzinnym Iny Marii Krawczyk jest zwykłą córką, prostą dziewczyną, w której wszystko co przyszłe jest potencjalne, jeszcze tylko drzemie. Elżbieta Nagel gra drapieżną, zachłanną, już czującą smak władzy kobietę, typ wampira, ognistego wampa. Barbara Liberek, wcześniej w roli Wdowy, to model władzy skończony, dojrzały. Już nie człowiek a cyborg, machina nieczuła, pragmatyczna, piekielna. Poza prawem ludzi i Boga. Samostanowiąca, samowystarczalna. Kolorem władzy parzy nietykalna. Alina Justyny Fabisiak, Balladyny skrajne przeciwieństwo, dobrocią, pięknem ujmuje, miłością do matki, Kirkora i siostry wzrusza. Słuszność, prawda, racja jest po jej stronie lecz szczęście jej nie sprzyja. Otwartość uczuć, prostota serca, uczciwość z podstępem, manipulacją, kłamstwem, zbrodnią sromotnie przegrywa. Świat zawsze taki był-mami awersem uwodzącego pozytywu, rządzi rewersem twardego negatywu. Dziś nie ma już nadziei, że sprawiedliwość jest możliwa.

Świetny jest Kirkor Michała Dąbrowskiego, filutny, huncwotowaty Grabiec Mariusza Urbańca, bardzo ciekawa w swej fantastycznej a tak przecież ludzkiej istocie Goplana Moniki Cieciory. Muzyka, choreografia, światło/jego brak/ tworzą adekwatny nastrój dla lekcji gry BALLADYNY, dziewczyny z ludu sięgającej po władzę. Awans społeczny, bogactwo, wpływy. Odkrywającą kim jest, na czym jej zależy. Nie cofającą się przed niczym, by osiągnąć sukces. Coś znaczyć. Wszystko  zdobywać, używać, mieć.  Za wszelką, nieludzką także cenę. Udaje jej się, bo świat jest tak samo nieobliczalny i nieczuły. Okrutny i zły. Zepsuty do szpiku kości. Pazerny. Uznaje siłę, szanuje zwycięzcę. Ślepy i głuchy jest na potrzeby biednych, ból i cierpienie słabych, los władzy ofiar.


GRAJĄC BALLADYNĘ  Juliusz Słowacki
Reżyseria:Jan Englert


Osoby:
Pustelnik – Bartosz Włodarczyk
Kirkor – Michał Dąbrowski, Bartosz Włodarczyk
Grabiec – Mariusz Urbaniec
Wdowa – Barbara Liberek
Alina – Justyna Fabisiak
Balladyna – Ina Maria Krawczyk, Elżbieta Nagel, Barbara Liberek
Fon Kostryn – Jędrzej Hycnar
Gralon – Konrad Żygadło

Goniec – Michał Dąbrowski

Osoby fantastyczne:
Chochlik – Konrad Żygadło
Skierka – Natalia Jędruś
Goplana – Monika Cieciora

Plakat:Kaja Kozłowska

niedziela, 19 maja 2019

PSYCHOZA NOWY TEATR TEATR im. Stefana Żeromskiego w Kielcach

PSYCHOZA. Summa wszystkich współczesnych przeczuć, strachów, lęków, szaleństw, obsesji prowadząca do zaburzenia postrzegania rzeczywistości. Urojeń i halucynacji. Paranoi. Wypadkowa działania cywilizacji. Stres wywołany próbą wytłumaczenia współistnienia oczywistych sprzeczności. Zwerbalizowany strumień świadomości, ściek mentalnego bełkotu jako wynik totalnej samotności, znerwicowanego roztrzęsienia, zagubienia człowieka. Jego beznadziejnego egzystencjalnego błądzenia. Emocjonalnej pustki przeradzającej się w wynaturzenie, obcość. Rozrzucone litery słowa "psychoza", lumpeksowe, obciachowe ubrania z zaprzeszłości, dezorientująca głupkowata mimika, nieadekwatne uśmiechy, asfaltowa ścianka z czarną dziurą w środku, rozbuchany plastikowy rozum, sklejkowe góry jako umowna kurtyna, piramidka, plastikowy płomień,rozjechany intonacyjnie głosy aktorów wizualizują to, czego tematycznie dotyczą- niepasujące do siebie puzzle. Najtrudniej przedstawić niepokój, przeczucie, splątanie. Zakomunikować pogłębiającą się dezorientację. Osuwającą się w chorobę alienację. Absurd niezrozumienia przeczuwanego sensu. Niemożność wyjaśnienia.

Widz doświadcza chaosu, choć jego rozum domaga się porządku skutku i przyczyny. Zaczyna się czuć podobnie jak przedstawiany produkt sztuki. Układanka sceniczna nie stapia się w logiczny ciąg znaczeń, narracja nie jest spójna, jasna. Indywidualne porządki światów wewnętrznych rozpadają się, ulegają masakrze. Nic nie jest kompatybilne. Króluje ludzki bałagan w świecie harmonijnego kosmosu. Rośnie niepokój, eskaluje wypierana frustracja. Czy ma to sens? Trudno się go doszukać. Pozostaje domniemanie, przeczucie, że jest, że winien być. Można się zbuntować, uporczywie drążyć, analizować lub zaakceptować oczywisty stan rzeczy. By nie stworzyć odjechanej, samej siebie rozumianej fantazji.

Niekoniecznie poszukiwanie skutkuje znalezieniem. To seans dla wytrwałych. Hardkorowy wykład, eksperymentalny produkt. Abstrakcyjna, hermetyczna, wsobna artystyczna psychoza.


PSYCHOZA
Reżyseria: Tomasz Węgorzewski
Tekst, dramaturgia: Magda Kupryjanowicz
Scenografia i kostiumy: Dorota Nawrot
Muzyka: Teoniki Rożynek
Reżyseria światła: Szymon Kluz
Obsada: Dagna Dywicka, Joanna Kasperek, Anna Kłos (gościnnie), Bartłomiej Cabaj, Andrzej Plata
Producent: Teatr im. Stefana Żeromskiego w Kielcach
Koproducent: Nowy Teatr 

fot.Natalia Kabanow

środa, 8 maja 2019

KINO MORALNEGO NIEPOKOJU NOWY TEATR


Nie ma wątpliwości, jesteśmy w teatrze, NOWYM TEATRZE w Warszawie. Choć to KINO MORALNEGO NIEPOKOJU, spektakl wyreżyserowany przez Michała Borczucha, który debiut filmowy ma już za sobą /WARANY Z KOMODO/. Tytuł dobitnie sugeruje zakres tematyczny sztuki, czas, do którego się odnosi, ambicje reżysera, łączącego to co osobiste, intymne, wsobne z tym, co zewnętrzne, wrogie, niszczące.

Niepokój to rys szczególny naszych czasów. Jest jak podskórny stygmat współczesności, naznaczający ale i rozsadzający od wewnątrz nonszalancję, wolność, otwartość nowoczesnego człowieka. Jego galopadę do przodu, nastawienie na sukces, ciągłe doskonalenie się, kompulsywną konsumpcję jakby mimo lub poza  upływającym czasem. Ignorowana w życiu moralność pozornie tylko go nie dotyczy.  Literatura/WALDEN, CZYLI ŻYCIE W LESIE  Henry Davida Thoreau w tłum. Tomasza Śpiewaka/ i kino jako bezpośrednie odniesienie/ LISTY RODZEŃSTWA Andrzeja Wajdy, AMATOR Krzysztofa Kieślowskiego/ i rozszerza, i pogłębia pole widzenia. Mówi, że nic, a w każdym razie niewiele się zmieniło. Człowiek nadal musi żyć w rzeczywistości, która nie jest wyłącznie jego indywidualną kreacją. Podąża za swoją pasją. Łaknienie i niezaspokojenie niszczy mu życie, sztuka i realizm jest w opozycji, mimo że jedno bez drugiego nie zaistnieje. Michał Borczuch nie rezygnuje jednak z atutów teatralnego stwarzania światów równoległych, ich wsobnego postrzegania i indywidualnego odbioru przez widza. Multiplikuje je na wiele artystycznych sposobów, pozwala się im przeplatać, przenikać, jednocześnie współistnieć. Łączy różne teksty, elementy scenografii, zestawia odległe czasy akcji, które się stapiają w jedną narrację w czasie rzeczywistym, aktorzy grają jednocześnie na wielu planach, co powoduje, że postacie z przeszłości, wpływają na to, co się dzieje na scenie.

To jest  znakiem firmowym Borczuchowej formy. Niesłychanie skutecznym sposobem opowiadania, ilustrowania, wyjaśniania, co tak naprawdę artysta ma na myśli. Co go niepokoi w dzisiejszym chaosie świata, pędzie za konsumpcją, egoistycznym używaniem życia, pogonią za nie swoim, bo wykreowanym przez modę, marketing, promocję marzeniem, potrzebą, pragnieniem. Reżyser mówi o sobie, z siebie. Proponuje powrót do źródła. Tworzy krajobrazy wewnętrznych, emocjonalnych doznań. Odwołuje się do doświadczenia, które najskuteczniej, najbardziej sugestywnie może w nas, odbiorcach jego sztuki, przemówić. Wskazuje na możliwość ucieczki przed narzucaną narracją, niszczącą presją świata kapitału, interesu, manipulacji/polityki, środków masowego przekazu, reklamy, mody, itd /. O uniezależnieniu się od wpływów zewnętrznej nami modulacji. Psychologicznej, społecznej, edukacyjnej, wychowawczej, religijnej obróbce osobowości, mentalności, wymuszanego na wiele sposobów obowiązującego stylu życia. O zdystansowaniu się do tego, czego świat od nas oczekuje a skupieniu się na tym, kim jesteśmy, czego chcemy, po co, dla kogo żyjemy, czego sami od siebie, świata chcemy. Co tracimy, co zyskujemy. Co daje prawdziwy napęd do reaktywowania chęci szczęśliwego życia.

Borczuch przywołuje wspomnienia, uruchamia wyobraźnię, uwalnia od jednej normatywnej tylko wersji nas indywidualnych. Kieruje światło na intymny, osobisty, emocjonalny kształt, wymiar, głębię, sposób postrzegania nas samych. Mówi, że mamy wiele możliwości. A sfera wolności możliwa jest do wypracowania przez każdego indywidualnie. I nie jest to skomplikowane. Dystansuje się do polityki, choć to ona decyduje o jakości życia, narzuca scenariusz walki jednostki ze światem.

Może się wydawać, że to zbyt oczywista, prosta, naiwna propozycja. Anachroniczna, tak bardzo odklejona jest od rzeczywistości. Bo jak można zejść na ziemię z niebotycznie ustawianych celów, ciągle modyfikowanych ścieżek karier, ambitnych planów, wymagań bycia szczęśliwym gdy jest się formatowanym od urodzenia na nie swój sukces, na nieustanne pokonywanie samego siebie/własnych ograniczeń, słabości, obaw, lęków, itd/ cyborgiem?  Życie w niezgodzie ze sobą, już nie w teraźniejszości ale w ciągle wizualizowanych planach, celach, projekcjach przyszłości, bo tak szybko, tak intensywnie funkcjonuje współczesny człowiek, któremu trudno się zatrzymać, grozi rosnącym egzystencjalnym niepokojem. Moralną frustracją. Zapaścią. Przeżywanym -nie w kinie, nie w teatrze a w nęcącym reklamową oferty przymusem, wymuszanej przez system dręczącej fantazji- koszmarze realu.




Dlatego metafora zagubionej w mieście autostrady jako jeziora, w którym kąpią się, odnajdujący szczęście, radość, beztroskę bohaterowie jest wskazówką. Bawi ich uczenie się umiejętności przystosowania do zmieniających się okoliczności, warunków ale też niepokoi, bo nie widać granicy, która zatrzymałaby pęd galopujących zmian w świecie, mogących prowadzić człowieka donikąd. Interesujące są  sceny z AMATORA Krzysztofa Kieślowskiego grane na brudno/Dominika Biernat, Piotr Polak/. Będące zderzeniem indywidualnej, nieprofesjonalnej kreacji z kreacją społecznego, instytucjonalnego, systemowego terroru. Ale też daje do myślenia gra Krzysztofa Zarzeckiego wcielającego się w rolę wydelikatnionego, subtelnego, soft drwala, człowieka miasta uciekającego do życia w głuszy. Bardzo grzecznie pouczającego o wyższości spokojnego życia w zgodzie z naturą, z sobą niż uczestniczenia w konsumpcyjnym wyścigu szczurów. Jego bohater, mimo że chodzi z siekierą, mieszka samotnie w wybudowanej przez siebie chatce wcale nie jest silny, twardy, dziki jak jego otoczenie. Pozostaje słabym gigantem, który w istocie nie innych, a sam siebie chce upewnić o słuszności wyboru prostego życia. Znaczące są listy, spotkania rodzeństwa/ Maja Ostaszewska, Marek Kalita, Jacek Poniedziałek/, pokazujące jak łatwo zapomina się o więzach, powinnościach rodzinnych, uczuciach najprostszych, czułych gestach, zwykłej komunikacji w rozśrodkowanym, samotnym, zapracowanym, walczącym z obowiązkami, brakiem czasu, egotycznym, narcystycznym życiu człowieka.

Ucieczka przed rzeczywistością jest utopią, przegraną, a wiec wyborem wątpliwym. Pozostaje inspirującą ale tylko artystyczną kreacją. Wyjściem z systemu chwilowym, awaryjnym. Sam Henry David Thoreau swoim życiem to udowodnił. Michał Borczuch daje nam lekcję uruchomiania wyobraźni, wrażliwości. Ośmiela nas do cieszenia się każdą chwilą. Porzucenia wstydu przed wzruszeniem, okazywaniem czułości. Proponuje pielęgnowanie w sobie siebie, z całym bagażem wspomnień, niezafałszowaną duchowością, niezaburzoną obcym wpływem osobowością, kultywowanie prostych związków, jasnych relacji, pozytywnych emocji. Kolekcjonowanie chwil radosnych, szczęśliwych. Chwytanie i celebrowanie tego, co sprawia radość, daje przyjemność, wnosi spokój. Doskonali umiejętności utrzymania równowagi pomiędzy sobą i tym, co ma na nas wpływ. Jedynie kosmos wewnętrzny człowieka jest rewirem, w którym jest on w stanie się schronić, poczuć się bezpiecznym. To daje siłę. Reżyser, wykorzystując literaturę, kino moralnego niepokoju, to, co prywatne, subiektywne i obiektywne, tworzy teatralne rozwinięcie tak, że każdy musi odpowiedzieć sobie na pytanie czy budowanie harmonii świata, w nim harmonijnego siebie, pozostanie tu i teraz niemożliwą do przeprowadzenia misją.

KINO MORALNEGO NIEPOKOJU
Reżyseria: Michał Borczuch
Dramaturgia, scenariusz: Tomasz Śpiewak
Scenografia, kostiumy: Dorota Nawrot
Muzyka: Bartosz Dziadosz
Reżyseria świateł: Jacqueline Sobiszewski
Wideo, fotografia użyta w scenografii: Wojciech Sobolewski
Charakteryzacja: Monika Kaleta
Obrazy: Jan Płatek
Asystenci reżysera: Jeremi Pedowicz, Aleksandra Śliwińska

Obsada: Bartosz Bielenia, Dominika Biernat, Marek Kalita, Maja Ostaszewska, Ewelina Pankowska, Piotr Polak, Jacek Poniedziałek, Eliza Rycembel, Krzysztof Zarzecki

W spektaklu wykorzystane są fragmenty:
„Walden, czyli życie w lesie” Henry Davida Thoreau w tłum. Tomasza Śpiewaka
Scenariusza filmowego „Amatora” Krzysztofa Kieślowskiego.
W scenie „Listy rodzeństwa" wykorzystano fragmenty dziennika Jacka Poniedziałka.
Scenografia jest inspirowana wideo-performansem Józefa Robakowskiego „Samochody, samochody” z 1985 roku.
W spektaklu wykorzystano następujące utwory muzyczne:
Fryderyk Chopin „Mazurek in b minor Opus. 33”
Fryderyk Chopin „Nokturn Op.48”
Kirby James Leyland „All You Are Going To Want To Do Is Get Back There”
Andrzej Korzyński „Wiersz Miłosza”

Spektakl dla widzów w wieku 16+
Spektakl trwa 2h bez przerwy
Koproducent: Künstlerhaus Mousonturm

fot. Tomasz Ostrowski

poniedziałek, 22 kwietnia 2019

39.WST ANTY-GONE TRYPTYK TEATR PIEŚŃ KOZŁA

 ANTYGONA, tragedia grecka Sofoklesa, stała się inspiracją dla współczesnej wypowiedzi artystycznej Teatru Pieśń Kozła.  Badającej, jak racje ludzkie mogą być wyrażone poprzez sztukę najpełniej jak to tylko możliwe. Zwłaszcza, że łączy odległe antyczne czasy ze spojrzeniem wrażliwym, gorącym, bieżącym. W powściągliwej, surowej estetyce ale poprzez miksowanie różnorodnych środków wyrazu.  Wykorzystuje tekst, muzykę, taniec, śpiew w specyficznym, adekwatnym do przekazywanych myśli, prezentowanych postaw, stawianych pytań językiem, brzmieniem, tonacją, rytmem, ruchem, światłem. Tworzy surową ale bardzo mocną ekspresję. Spektakl składa się z trzech aktów.

SIEDEM BRAM TEB jest wypowiedzią Kreona/Dimitris Varkas/. Racją mężczyzny, polityka, władcy, człowieka idei. Siły. Tego, który jest przedstawicielem zbiorowości i w jej imieniu, w jej interesie rządzi, musi utrzymać władzę. Jej się podporządkować, służyć. Własne ambicje, aspiracje, cele na pewno nie są bez znaczenia. Ale to rytm 7 bębnów wikingów wzmacniany dźwiękiem gitary elektrycznej, perkusji-przeszłość, racja stanu definiuje rzeczywistość- nadaje tu ton, pilnuje, porządkuje. Jak groźba sankcji wybrzmiewa. Władza-tyrania, despotyzm, demoniczna siła- to więzienie. Polityka, jej spójna narracja jest gorsetem powinności zamykającym możliwość swobodnej, spontanicznej, osobistej postawy, co podkreśla metalowa klatka z siatki zakończona drutem kolczastym. Mroczny rewir konieczności, w której toczy się walka jednostki ze zbiorowością, przedstawicielem władzy. 

ANTY-GONE jest perspektywą siostry, kobiety, Antygony/Anu Almagro/. Tego, co słabe, osobne, odrębne, podąża za buntem, powinnością religijną wobec brata. Odwołuje się do obowiązku człowieka wobec drugiego człowieka, by zachować duchowy porządek świata, wewnętrzną harmonię, szacunek, godność jednostki. Dziewczyna jest przeciw/anty/, jedynym jej przeznaczeniem będzie śmierć/gone/. Sekunduje jej i wyraża otwarta przestrzeń, umieszczone na postumentach w tle posągowe figury śpiewaków, wykonujących pieśni, arie i gra na wiolonczeli między nimi Malwiny Maławy. Akt Antygony jest odważny, konsekwentny, zdeterminowany. Samobójczy. Jej niezłomność postawy z kruchością statusu wzrusza. Zmusza do przemyśleń, współczucia. Rozstrzygnięcia racji jednostka kontra jednostka, jednostka kontra zbiorowość. Starcia kobiety i mężczyzny. Pokonanego i zwycięzcy. Materializmu i duchowości. Zmierzenia się z niemożnością rozwiązania wszystkich kwestii związanych z problemami, jak należy postąpić w sytuacji krytycznej, niejednoznacznej, moralnej.

EKSTAZA to najbardziej refleksyjna, kumulująca złożoność formalną część spektaklu/muzyka, taniec, śpiew/. W niej najsilniej dochodzi do głosu wyśpiewane pięknie, ekstatycznie  pytanie o pozorny bezsens, o oczywisty sens działań człowieka, wizualizowane nowoczesną choreografią tańca Melanie Lomoff, muzyką  Macieja Rychłego. Grzegorz Bral odkleja ideę postaci od niej samej. Uwalnia myśl, rację, problem, by nadać jej uniwersalny wymiar. Poza miejscem, czasem, konkretnym człowiekiem. Anty grą aktorską. To ruch ciała, brzmienie głosu, dźwięk muzyki, mówienie różnymi językami w symbiozie wypracowanej przez bohatera zbiorowego, uruchamia emocje w abstrakcyjnej przestrzeni, gdzie walczy światło z ciemnością jak dobro ze złem/ciemny kostium i jasne ciała, mrok miejsca i reżyseria świateł Wojciecha Maniewskiego/. Podkreśla, że doskonałość jednostki dopiero w zbiorowej polifonii, we współpracy z pozostałymi elementami otaczającego świata jest skutecznym, mocnym, działającym argumentem w obronie przed absurdem trudu życia i logiką sensu śmierci.

Teatr Grzegorza Brala tym przedstawieniem przeszedł od szczegółu do ogółu, od jednostki do zbiorowości, od antyku do współczesności na poziom wysokiego uogólnienia, abstrakcji. Rośnie, potężnieje. Wspina się na cokół patosu formy, gdzie głównym bohaterem staje się oszołomiony nią widz, który nie musi zadawać pytań, te są postawione. Nie szuka odpowiedzi,bo nigdy ich nie znajdzie. Pozostaje zachwycony urokiem monumentalnej kompozycji, emocjonalnym wyrazem, brzmieniem mocnych obrazów. I nie jest na pewno wolny. I nie jest na pewno anty.

ANTY-GONE TRYPTYK
Alicja Bral na podstawie Sofoklesa

Reżyseria: Grzegorz Bral
Dramaturgia: Alicja Bral
Rytmy greckie na bębnach: Radosław Nowakowski
Gitara elektryczna: Kamil Abt
Perkusja: Przemysław Michalak
Kompozycje i aranżacje tekstów greckich Akt I: Dimitris Varkas, Kamil Abt
Tłumaczenia greckich partii Akt I: Dimitris Varkas
Kompozycja muzyczna: Akt II i III: Maciej Rychły
Aranżacja muzyczna Akt II: Maciej Rychły, Przemysław Michalak
Choreografia Akt I: Julien Touati
Choreografia Akt II i III : Melanie Lomoff
Kostiumy: Alicja Gruca
Scenografia: Robert Florczak, Grzegorz Bral
Dźwięk: Waldemar Trzaska
Światła: Wojciech Maniewski

OBSADA:
Akt I i II : Kamil Abt, Anu Almagro, Gabriel Almagro, Mikołaj Bońkowski, Jakub Lechki, Dominik Kujawa, Bogdan Koca, Julien Touati, Przemysław Michalak, Dimitris Varkas

Akt II i III: Volodymyr Andrushchak, Paweł Frasz, Piotr Gałek, Anna Grycan, Aleksandra Michniewicz
Urszula Milewska, Łukasz Wójcik, Natalia Voskoboynikov, Malwina Maławy

Tancerze
Akt II i III: Eleonora Accalai, Ludovica Di Santo, Maya Gomez, Sophie Hutchinson, Patryk Jarczok, Risa Kojima, Heung Won Lee, Gieorgij Puchalski, Ahmed Slimani, Dominika Stróżewska, Rebecca Wolbeck
Chiara Zanaga

FOT. KASIA-CHMURA

sobota, 20 kwietnia 2019

FAUST. NOWA HISTORIA TEATR WIERSZALIN Z SUPRAŚLA

Teatr Piotra Tomaszuka wyłania się z ciemności, ale na tyle ile sam zechce pokazać, ujawnić, odkryć. Mrok całunem śmierci ciąży tu nad światem w ruinie, życiem w rozpadzie, człowiekiem w upadku. Dopada Fausta uwięzionego w cierpieniu, pogrążonego w udręce. W piekle starzejącego się ciała, zanikającego ducha. Wszystko domaga się odnowy, wymaga naprawy. Nie boga, bo go nie ma, ale diabła ingerencji.

Faust wybiera zło, myśląc w swej naiwności, że je przechytrzy, uniknie przeznaczenia. Strawił swe życie na poszukiwaniu prawdy, sensu istnienia. Czas mu dany zużył na gromadzenie wiedzy, dociekanie istoty rzeczy, by móc ratować świat, potrafić go naprawiać. Odbudowywać kościół, mieć władzę nadczłowieka. Jest jednak w punkcie, gdy wie, że nic nie wie. I czuje całym sobą, że podle umiera. Chce żyć, kochać, używać. Wybiera nie mądrość- tę posiadł, nie dobro- nim gardzi, nie miłość,-szybko go znudziła- ale młode, zdrowe, silne ciało. Ono pozwoli mu zaspokoić pychę, próżność, żądzę. Ujawni jego głupotę, naiwność i małość. Szaleństwo wizji człowieka bez boga. Cielesność go gubi. I nie da spełnienia. Zaryzykował tak wiele, by zyskać jedynie wiedzę o swej nędzy i upadku. Niedoskonałości. Nie ma dla niego przebaczenia za zło, które sprowokował.To pewne, jest winien.  Zasłużył na śmierć, staje się jej symbolem jak w kartach Tarota. Ostrzeżeniem. Wieszając się, skazuje sam siebie na wieczne potępienie. Przegrał doczesne, zaprzepaścił nieśmiertelne życie.

Piotr Tomaszuk kontynuuje tym spektaklem swoją estetykę nastroju, sugestii, metafory. Z grą cieni, światłem rzeźbiącym niedopowiedzenie, niejednoznaczność, kostiumem mocnym, dosadnym, charakteryzacją godną kabaretu, scenografią biedy jarmarcznej, ludycznością choreografii, wykonywaną na żywo muzyką. Komponuje malarskie, z pogranicza snu i jawy, obrazy. Zderza sacrum z profanum.Stosuje soczyste tyrady, tworzy spójne sekwencje, używa języka wulgarnego, prostego, a aktorzy, jak u Grotowskiego, grają ciałem. Spektakl nie nuży, bawi. Daje do myślenia. Uwodzi niezwykłą plastycznością. Pozwala przeżywać go zmysłami, zapamiętywać emocjonalną wrażliwością.

FAUST.NOWA HISTORIA  PIOTR TOMASZUK 
W oparciu o teksty Ch. Marlowe'a, A.E.F. Klingemanna i J.W. Goethego w tłumaczeniach Jana Kasprowicza, Edwarda Lubomirskiego i Emila Zegadłowicza 

Reżyseria: Piotr Tomaszuk
Scenografia: Mateusz Kasprzak
Muzyka: Adrian Jakuć-Łukaszewicz


OBSADA:
Rafał Gąsowski, Dariusz Matys, Monika Kwiatkowska, Katarzyna Wolak, Adam Milewski, Grzegorz Zaręba, Adrian Jakuć-Łukaszewicz, Piotr Tomaszuk
Na instrumentach grają: Adrian Jakuć-Łukaszewicz, Adam Milewski, Piotr Tomaszuk

czwartek, 18 kwietnia 2019

39.WST TROJANKI TEATR WYBRZEŻE


Sceniczny piasek trojańskiej plaży, z której wyłaniają się tylko torsy poległych, okaleczonych herosów, uwięzionych w wieczności anonimów, jest jak popiół, pył. Nietrwałość, ulotność, niebyt. Przypomina, że życie, trwanie, istnienie to marność nad marnościami.Wszystko się rozpadnie, w nicość, z prochu w proch, obróci. Wojna Trojańska się zakończyła. Troja, jak zamek z piasku, została zrównana z ziemią. Trojanie zakończyli swój bój, przegrani nie żyją. Pozostały ich kobiety: żony, matki, córki, kochanki. Trojanki, zdegradowane do roli niewolnic, branek, żon, trofeum, czeka o wiele gorszy los niż mężczyzn. Nie będą traktowane z szacunkiem, nie będą w chwale, z godnością walczyły i umierały. Czas zabijania duszy, udręki ciała, odzierania z człowieczeństwa.będzie większą torturą niż śmierć sama. By nic co ludzkie z nich nie zostało. Niewolnictwo, gwałt, w końcu zwłok barbarzyńskie bezczeszczenie straszniejsze się stanie niż nieistnienie. Kobiety znają swoje przeznaczenie, Kasandra każdej powiedziała. A jednak próbują wszystkiego, by cokolwiek ocalić. Matka córkę. Córka dumę. Lub spokój. Próżne, upokarzające nadzieje.

Eurypidesa dramatyczny tekst, kontekst jest inspiracją dla Jana Klaty wnikliwej współczesnej refleksji. Powstał  mądry, przejmujący, prawdziwy spektakl o kobietach. Ich losie, sposobach przetrwania, walce przystosowywania się. Znoszenia każdego cierpienia, ciosu. Sceneria pustej, mrocznej plaży, chłostanej błyskami światła, piorunującymi akordami Kasandry w prowokacyjnej sukni ślubnej, stwarza niewidzialne więzienie dla kobiet, niewolnic swojej marnej kondycji, beznadziejnego położenia. Prawdziwych ofiar żądz, manipulacji, słabości zachłannych, nienasyconych, pysznych mężczyzn. Zakładniczek czasu pokoju i wojny. Natury słabszego, podporządkowanego, który zmuszony jest do przeprowadzenia dowodu swej wielkości. Wszystkie kobiety- po kolei, w różnych wariantach losu, kombinacjach kontekstu- pokazują jak bardzo walczą o siebie, o żywych i umarłych, których kochają. Jak bardzo starają się spełniać oczekiwania kultury, obyczaju, tradycyjnego obrządku. Ustanowionego przez mężczyzn, przez bogów porządku świata. Cios pada za ciosem. Żądanie przystosowania się za żądaniem. Jakby badano granice wytrzymałości, jakby chciano po kres wykorzystać kobiety do świętowania triumfalnego zwycięstwa mężczyzn. Zagwarantować sobie rząd dusz, uzasadnić agresję, najazd, usprawiedliwić okrucieństwo, pazerność. Siłą i wyrafinowanym cierpieniem reżyserowanie grozy. A wszystkiemu jest winna polityka. Interes jednostki poświęcony interesowi ogółu. Z wszechmocnym boskim namaszczeniem. Ingerencją. Prawem.

Nie wystarczy mężczyznom wygrać wojnę z mężczyznami. Muszą jeszcze dobić pamięć o nich zbezczeszczeniem tego, co posiadali, co było ich własnością. Nie może nic z pokonanych pozostać oprócz złej o nich pamięci. Budzącej lęk, respekt narracji. By można było chełpić się sławą i chwałą. Zastraszać wrogów, agresorów, przeciwników. Uniemożliwić zemstę. I okrucieństwo działa. Spełnia swoją rolę. Kobiety odgrywają wbrew sobie, wyznaczone przez patriarchat, tragiczne role.

Zarówno heroiczna, dzielna i odważna Hekabe, rewelacyjna w tej roli Dorota Kolak, przechodząca kolejne stopnie upokorzenia, bólu, walcząca do końca o swoje dzieci, mszcząca się na Polimestorze, jak i przebiegła, sprytna, seksowna Helena, energetycznej, przekonującej Katarzyny Figury, tocząca bój o swoją rację, ujarzmiona jak sam Hannibal Lecter czy Poliksena, obiecującej Magdaleny Gorzelańczyk, z ogoloną głową, po śmierci bestialsko w ciszy gwałcona przez Greków, jej wyjątkowa siostra Kasandra Małgorzaty Gorol, znająca los wszystkich, są zabawkami, pionkami w męskiej czy boskiej grze. Nie mają szans na wolność, godność, szczęście. Ocalenie.

To, co napisał Eurypides Klata inscenizacją projektuje na współczesność. I mówi że nic się nie zmieniło. Demony natury ludzkiej budzą naturę, demony wojny. Odkrywają jedną i drugą bezwstydną, lubieżną, perwersyjną. Wojna niszczy wszystko. Zarówno zwyciężonych, jak i zwycięzców. Nie ma w niej nic szlachetnego. Niczego dobrego nie uczy. Poniża w swych czynach haniebnych. Pycha, arogancja, plan ludzki i boży kieruje instynktem dominacji, władzy. Uzasadnia to boską koniecznością, boskim namaszczeniem, chcąc odsunąć od siebie ludzką odpowiedzialność, ludzką winę i karę. Kobiety są zawsze uprzedmiotowiane, są narzędziem do osiągnięcia męskich celów. Związane razem z góry przesądzonym losem, służą i cierpią w nie swojej sprawie. Nie maja na nic wpływu. Jak Trojanki połączone jedną żałobną suknią. Cokolwiek robią jest przez Greków ignorowane, ma wartość symboliczną i jeszcze boleśniej je ubezwłasnowolnia. Unieważnia. Udowadnia, że wszystko w nic się obraca. Wojna nigdy nie ustaje, bo krzywda prowokuje zemstę, zemsta odwet i tak bez końca. Każda walka jest porażką.

Jan Klata wykorzystał w spektaklu drugie zakończenie napisane przez Eurypidesa. Przełamał pochwałą życia smutek śmierci. Kreacją przebiegłości kobiece fatum. Okpił beznadzieję losu Trojanek, bezsens  agresji Greków, dzielnej obrony Trojan, dystansem paranoicznego snu, w którym pięknie kampowa Helena Katarzyny Figury z lumpem, ciulem, Menelaosem Grzegorza Gzyla,  beztrosko używają życia. Odżegnują się od udziału w zagładzie, bojkotują Wojnę Trojańską. To alternatywne do części pierwszej, tragicznej komiczne, kabotyńskie second life jest obrazem współczesnym. Nas samych sprytną ucieczką. Odsuwaniem od siebie odpowiedzialności. Kursem na chowanie głowy w piasek. Bo tak jest głupkowato przyjemniej, po prostu wygodniej. Fajniej.

" I tak się skończyła ta sprawa."Nieprawda. Jak Feniks z popiołów, tak Trojanki z pyłów Troi unoszą głowy, stając gotowe do swej syzyfowej walki. Tak przecież ta sprawa się zaczęła. I nie skończy się nigdy.


TROJANKI EURYPIDES

Reżyseria: Jan Klata
Przekład: Jerzy Łanowski
Współpraca dramaturgiczna: Olga Śmiechowicz
Scenografia i kostiumy: Mirek Kaczmarek
Muzyka: Michał Nihil Kuźniak
Ruch sceniczny: Maćko Prusak

OBSADA:Dorota Kolak, Jacek Labijak, Sylwia Góra-Weber/Apolonia/, Piotr Biedroń, Magdalena Boć/Akanta/, Agata Bykowska/Enyo/, Małgorzata Brajner/Sophia/, Cezary Rybiński, Małgorzata Gorol, Magdalena Gorzelańczyk/Polyksena/, Michał Kowalski, Antoni Łaciński/Marcel Pawłowski, Katarzyna Dałek/Andromacha/, Michał Jaros, Grzegorz Gzyl, Katarzyna Figura, Robert Ninkiewicz, Krzysztof Matuszewski,

Fot. Michał Szlaga

środa, 17 kwietnia 2019

39.WST LWÓW NIE ODDAMY TEATR IM. WANDY SIEMASZKOWEJ W RZESZOWIE


Spektakl LWÓW NIE ODDAMY Katarzyny Szyngiery, Marcina Napiórkowskiego, Mirosława Wlekłego dotyczy działania pamięci, też tej historycznej, jej roli w budowaniu relacji Polski i Ukrainy, Plaków i Ukraińców. Natychmiast angażuje publiczność teatralną. Wywołuje reakcje emocjonalne.  Każe się jej określić. Jedni uważają, że jest antypolski, drudzy że antyukraiński. Są też tacy, którym się podobał, uznają go za udany, ważny, potrzebny. Inni nie zgadzają się z nim fundamentalnie. Oskarżają o utrwalanie stereotypów, propagandowy charakter, koncentrowanie się bardziej na tym co dzieli niż łączy, co niszczy a nie buduje. Spektakl sam w sobie jest więc wizualizacją galimatiasu splątanych, niełatwych relacji sąsiadów. I tego, jak trudno jest się dogadać, jak trudno mówić, dyskutować, wypracowywać wspólnie porozumienie. Przestrzeń teatru wydawała się wręcz do tego idealna. Stała się przyczynkiem podziału, polem walki.

Dzieje się tak za sprawą tematu i treści sztuki a przede wszystkim jej performatywnej, eksperymentalnej, prowokującej formy, mającej społeczne, historyczne, polityczne podłoże. Publicystyczny charakter. Spektakl powstał na bazie przypadkowych, swobodnych wypowiedzi, pochodzących z ankiet przeprowadzonych w szkołach polskich i ukraińskich, z wywiadów ulicznych i innych źródeł pisanych przez osoby przebywające w Polsce i na Ukrainie. Ma formę bezpośredniego, udokumentowanego przekazu, który uwiarygadnia ale nie daje ostatecznego pełnego obrazu relacji polsko-ukraińskich. Mimo autentycznych zdjęć filmowych, faktów historycznych, obecnych zdarzeń, wokół których toczy się dyskusja, mimo relacji prawdziwych osób, które aktorzy na scenie powołują, spektakl pozostanie formą otwartą, spontaniczną i mocno kontrowersyjną. Może być punktem wyjścia instytucjonalnej czy indywidualnej pracy u podstaw, osobistych poszukiwań odpowiedzi na pytanie, jakie te relacje polsko-ukraińskie tak naprawdę były, są, mają szansę być i dlaczego. W jakiejś mierze je ujawnia, ale komentuje też stan wiedzy, pokazuje nastawienie Polaków i Ukraińców do siebie nawzajem, w konkretnym czasie, a więc również tu i teraz

Specyficzna forma przekazu, płynący ze sceny komunikat wynika z indywidualnej wiedzy, doświadczenia, poglądów, osądu kontaktów, więzi łączących obywateli obu krajów. Relacje polsko-ukraińskie, komunikuje, są złe. Skomplikowane, niestabilne. Chimeryczne. Naznaczone trudną przeszłością historyczną, różną, czasem zupełnie dowolną interpretacją tego, co się tak naprawdę wydarzyło. Współczesne konteksty pogłębiają negatywną oceną. Napastliwy, nieprzyjazny, histeryczny ton wypowiedzi uzmysławia, jak dużo dzieli oba narody, które tworzą dwie odrębne, zupełnie niekompatybilne, bywa wrogie sobie narracje. Rodzi się na tej podstawie wrażenie, że porozumienie, szczególnie na poziomie oficjalnych politycznych relacji nie jest w ogóle możliwe. Jedynie bezpośrednie międzyludzkie stosunki dają nadzieję, że można się dogadać, zawrzeć kompromis, zgodnie wspólnie żyć.

W Polsce pracuje wielu Ukraińców/1- 2mln?/, wymiana handlowa, zwłaszcza ta przygraniczna jest korzystna dla obu stron. Spektakl LWÓW NIE ODDAMY jest przykładem artystycznej kooperacji. Typową ukraińską kobietę gra Oksana Czerkaszyna. To, co nas dzieli to przede wszystkim przeszłość. A właściwie pamięć przeszłości. Każda strona ocenia ją z własnej perspektywy, inny ma rejestr strat i błędów. Oskarżeń. Zaniechań. Dochodzą do tego bieżące oceny i animozje, doświadczenia. Te obciążają równie boleśnie.

Scena zadaje widowni pytanie wprost, bez ogródek, konkretne: "Jakiej przeszłości potrzebuje przyszłość?" Odpowiedź może być bardzo prosta: "Prawdziwej", "Wybaczaj ale pamiętaj". A więc nieobciążonej nadmiernymi emocjami, nieuzasadnionymi żądaniami, ostrymi oskarżeniami, nie podlegającymi negocjacjom roszczeniami. Tymczasem scena eksploduje całym ich arsenałem. Ekspresją wyrazu i nadekspresją gry aktorskiej. Jednoznacznym fochem. Bezkompromisowym dąsem. Bezdyskusyjną winą.

Może właśnie dobór argumentów projektu, proporcje i sposób ich przedstawienia decyduje o tym, że przepływająca symbolicznie przez scenę rzeka, nie zmieni swego biegu, pozostanie granicą, jaką zawsze była. Stare, dorodne, zielone drzewo na łące pozostanie niewzruszone. Jak niemy świadek historii. Krajobraz, mimo prób zmiany, pozostanie taki sam jak na początku. Bardzo to smutna konstatacja gorzkiej beznadziei, która na pierwszy rzut oka wydaje się być sielanką. Jest jak jest, zdają się mówić twórcy. Przeszłości nie da się zmienić, można, jak się czyni w rzeczywistości, manipulować jej interpretacją. Nie proponują konkretnego rozwiązania, nie mają pomysłu, co zrobić, by oswoić prawdę, która jest niezgodna z własnym interesem. A prowadzi do wypierania niewygodnych zdarzeń, ukrywania faktów i wygładzania, poprawiania, idealizowania tylko własnego wizerunku. Jest tylko wina, żądanie kary. Eskalacja. Bez możliwości zrozumienia, przebaczenia.

Spektakl przygotowywali twórcy o specjalizacjach z różnych dziedzin, by jak najpełniej przyjrzeć się udziałowi pamięci w procesie tworzenia historii. Jest zaczepny, drapieżny, karykaturalny.   Oparty na materiale wybiórczym, sprofilowanym, nieobrobionym. Skupionym na uwiarygodnieniu bezpośredniej, żywej, spontanicznej relacji. Trzeba przyznać, że bardzo trudnej do zweryfikowania. Oby nie został jednym z głosów wołających na puszczy. Wzniecających tylko ferment, potęgujących zamęt. Polaryzującym jedynie za lub tylko przeciw. Bo chodzi chyba o kompromis, ład, wzajemny szacunek, zachowanie godności. Nie może pozostać tylko edukacyjnym przyczynkiem, dydaktycznym pretekstem. Dowodem na istnienie zła. Choć na początek dobre jest i to proste wyrzucenie co tam kto ma kawa na ławę. Nie wydaje się jednak, że ktokolwiek z Polaków i Ukraińców, po obu stronach granicy, jest do tego dobrze przygotowany. Dlatego, póki co, każdy może krzyknąć: "LWÓW NIE ODDAMY!"


LWÓW NIE ODDAMY

Katarzyna Szyngiera, Marcin Napiórkowski, Mirosław Wlekły

Reżyseria: Katarzyna Szyngiera
Scenografia: Katarzyna Ożgo, Przemysław Czepurko
Kostiumy: Ireneusz Zając
Światło: Michał Stajniak
Muzyka: Jacek Sotomski

OBSADA:

Dagny Cipora, Oksana Czerkaszyna (gościnnie), Małgorzata Machowska, Mateusz Mikoś, Piotr Mieczysław Napieraj, Robert Żurek, Jacek Sotomski – gitara


http://www.warszawskie.org/lwow-nie-oddamy

poniedziałek, 15 kwietnia 2019

39.WST POD PRESJĄ TEATR ŚLĄSKI IM. ST.WYSPIAŃSKIEGO W KATOWICACH


POD PRESJĄ, spektakl Mai Kleczewskiej i Łukasza Chotkowskiego, inspirowany filmem KOBIETA POD PRESJĄ Johna Cassavetesa, to studium nieprzystosowania w chwili przesilenia prowadzącego do uznania go za chorobę psychiczną. Przedstawia życie zwykłych ludzi, Mabel i Nicka z ich trójką małych jeszcze dzieci, pojawiających się rodziców obojga małżonków, kolegów z pracy Nicka, wspólnych przyjaciół. Mimo, że w sposób nadzwyczaj wierny realizmowi scenografia odtwarza mieszkanie normalnej rodziny doświadczamy w teatrze tego, co ulotne, niewymierne, niewidzialne, co się kryje pod tego życia powierzchnią. Poprzez obserwację Mabel, jej zachowania, reakcji, dzięki wysłuchaniu, co, w jaki sposób mówi. Ważne jest też czego nie robi i nie mówi a wyraża swoim stanem emocjonalnym, poprzez sposób w jaki komunikuje się ze światem, samą sobą. Namacalny realizm miejsca i czasu skonfrontowany jest z filmowymi obrazami z przeszłości/mała Mabel gra na wiolonczeli, ojciec ubrany jak stereotypowy pedofil z reklam, typ obleśnego lubieżnika, starego grubasa w białym przykrótkim podkoszulku dwuznacznie zachowuje się w stosunku do córki/, z filmowymi wizualizacjami stanów psychicznego załamania/histeryczny bieg Mabel, jej ucieczka, kręcenie się w panicznym lęku/, zbliżeniami postaci bohaterów, ich twarzy, sytuacji w domu a także ekspresyjne, zaczepne, dziwne zachowanie Mabel na ulicy, kiedy czeka na dzieci mające wrócić ze szkoły, jej alkoholowa sesja podrywu przygodnego mężczyzny w barze. Wszystko to -wprost i podprogowo-sygnalizuje stan, w jakim się znajduje Mabel.

Narastająca ekscentryczność, prowokacyjność, alogiczność zachowań zaczyna budzić coraz większy niepokój. W kulminacji Mabel-bezsilna wobec przepełniającej ją samotności, goryczy, przekraczającej próg akceptowalnej wytrzymałości presji-wpada w histerię, szał. Filmowe komentarze, ilustracje, przechodzenie z planu filmowego w realny, w bezpośrednie zbliżenie, umożliwia wnikanie w głąb emocji, uczuć, psychiki, sytuacji. Pozwala budować narastające napięcie, wzmacniać momenty zwracającego uwagę zachowania, tracenia kontroli, zapadania się w stany depresyjnego odrętwienia czy niebezpiecznie wyglądającego nadmiernego pobudzenia. Bez bezpiecznej perspektywy spojrzenia, bez dystansu w poznawaniu, bez neutralnego, chłodnego dotykania istoty rzeczy. Wzmacnia to operowanie intensywnością światła w mieszkaniu. Prześwietlone wnętrze buduje nastrój ciepła, szczęścia tego domu. Całkowite wygaszenie powoduje, że  stereotypowa oaza bezpieczeństwa, wydaje się być grobem, przestaje istnieć. Mrok dusi, sugeruje stan uwięzienia bez możliwości ucieczki. Niebieski, zimny kolor światła pozwala zobaczyć oczami Mabel, że najbliższe osoby, rodzina i przyjaciele zgromadzeni w związku z jej powrotem ze szpitala, są jej całkowicie obcy. Ona w gorejącym, krwistym stroju króliczka, sama, bezbronna, ukrywa się w łazience. Muzyka odgrywa w spektaklu równie ważną rolę przy budowaniu napięcia,  piorunująco podbija emocje, pozwala natychmiast poznać stan psychiczny Mabel/np.: ŁUCJA Z LAMMERMOORE Dionizottiego czy dźwięk wiolonczeli/.

Brak właściwej reakcji otoczenia Mabel, nieudzielenie na czas pomocy, brak rozmowy, kontaktu, terapii powoduje pogłębianie się jej złego stanu psychicznego. Presja ma wymiar opresji/przymus,  przemoc/ i pozawerbalny/nieobecność zapracowanego męża, samotność, brak bliskich, czułych, szczerych relacji/. Wynika z roli jaką w życiu jej narzucono, sama przyjęła, gra/córki, żony, matki/. Wynika z sytuacji, na które nie jest przygotowana, uodporniona lub gdy nie ma możliwości wyboru, nie jest wystarczająco silna, gdy nie ma władzy czy musi się podporządkować. Mabel wysyłała sygnały, mówiące o tym, że traci kontrolę nad swoim życiem, traci poczucie rzeczywistości. Sposób w jaki mówi, zachowuje się, winien był sprowokować reakcję.Właściwej w odpowiednim czasie nie było.
 
Sandra Korzeniak gra Mabel fenomenalnie. Kreuje ciałem, głosem, ruchem. Całą sobą. Najpierw wypełnia realną przestrzeń ledwie wyczuwalną emocjonalna kontrą. Niuansuje, nakręca spiralę podskórnego niepokoju, eskalującego napięcia, duszącej atmosfery, grozy. Niejednoznaczności lęku. Tworzy postać niestabilną, dziwną, pozanormatywną. Dwubiegunową/nadekspresja-depresja/. Z szaleństwem narastającym, kumulującym się w niej, w środku. W końcu chorą przed i po leczeniu szpitalnym. Naznacza ją smutkiem, goryczą, rezygnacją. Uosabia kobietę, w której nie ma  nic z niej samej. Cała jest oczekiwaniem, obowiązkiem, powinnością, koniecznością pochodzącą z zewnątrz. W rolach, które powinna wejść, opanować, grać. I to doskonale! Po terapii spięta, zdezorientowana, niepewnie wylicza, jakby wyuczyła się pod presją, pięć  punktów będących jej „życiowymi przewodnikami”. Intencja deklaracji jest sprzeczna z językiem ciała. Ono mówi, że nie czyni jej to szczęśliwą, spokojną, zdrową. Nie ma, nie będzie nadziei. Cudownego wyzdrowienia. Szczęśliwego zakończenia.

Maja Kleczewska z Łukaszem Chotkowskim, w ogromnej mierze dzięki kreacji Sandry Korzeniak, umiejętnie wykorzystanym środkom artystycznym, zrealizowali  bardzo dobry spektakl. Dali szansę wniknąć w stan psychiczny kobiety działającej pod presją wychowania, edukacji, środowiska, sytuacji i ról życiowych. Ubezwłasnowolnianej od dzieciństwa przez działania, zachowanie, normy, zasady, tradycję, obyczaje otoczenia, które obiecując poczucie bezpieczeństwa i miłości, nie nauczyły jak się należy bronić przed opresją, jak zachować równowagę sił pomiędzy sobą a światem, by nie przekroczyć niewidocznej często granicy normalności i nie pogrążyć się w bólu, ukryć w samotności. Nie bronić się ucieczką w alkoholizm, seksoholizm, pracoholizm czy inne no way out szaleństwo.

POD PRESJĄ 
Łukasz Chotkowski, Maja Kleczewska

Reżyseria: Maja Kleczewska
Dramaturgia: Łukasz Chotkowski
Scenografia: Marcel Sławiński, Katarzyna Sobańska (MIKSS)
Kostiumy: Konrad Parol
Muzyka: Cezary Duchnowski
Zdjęcia, światło: Kacper Fertacz
Montaż filmu: Artur Rej, Przemysław Chruścielewski
Realizacja światła na planie filmowym: Bartek Gburek
Realizacja dźwięku na planie filmowym: Piotr Gburek, Michał Sendek
Operatorzy kamer: Kamil Małecki, Andrzej Sepioł
Wiolonczela: Daria Kasprzak

OBSADA:
Sandra Korzeniak, Piotr Bułka, Anna Kadulska, Ewa Leśniak, Andrzej Dopierała, Antoni Gryzik, Wiesław Kupczak, Arkadiusz Machel, Marek Rachoń, Artur Święs, Andrzej Warcaba, Zbigniew Wróbel, Mateusz Znaniecki, Marcin Całka, Kaśka Dudek, Mariusz Konieczny, Sebastian Krysiak, Piotr Stanusz, Liwia Dziurosz, Igor Karaszewski, Julia Tudzierz, Filip Moczek, Franciszek Moczek, Aniela Tudzierz, Karolina Cieślar, Magdalena Dymsza, Patrycja Góra, Paweł Kempa, Wiktoria Łuczak, Małgorzata Szpiech, Aleksandra Szokiel, Cecylia Wadas

Fot. LUCAS VAN DER SMUG

niedziela, 14 kwietnia 2019

39.WST FERDYDURKE TEATR POWSZECHNY IM.JANA KOCHANOWSKIEGO W RADOMIU


Bohaterowie, piękni trzydziestoletni, kolorem kostiumu ujednoliceni, zbiorowość indywidualną, rozśrodkowaną ale uwięzioną w kole historii przedstawiają. Smutny proces upupiania, przyprawiania gęby. Tak trudno przychodzi się wybić na wolność, na niepodległość, na samostanowienie. Tytuł FERDYDURKE cóż znaczy? Pozbawiony jest sensu. Lub czeka na to, aż mu sami, czytając książkę Witolda Gombrowicza sens jakiś nadamy. Czy spektakl Teatru im.Jana Kochanowskiego w Radomiu, wyreżyserowany przez Alinę Moś-Kerker, też tego od nas, widzów, wymaga? Jest dziełem teatralnym perfekcyjnie zaadoptowanym, pięknie zespołowo zagranym, w choreografii pantomimicznej, inscenizującej sceny, charakterystyki postaci, sensy, w scenografii składającej się tylko z podwyższonej, podświetlanej żarówkami obrotówki, kostiumami lekko stylizowanymi, w jednolitej tonacji kolorystycznej, co jasno, przejrzyście, czytelnie wizualizuje zamysł autora, jest mu wierny. Przedstawia w wersji scenicznej wszystko, co o tym dziele doskonale już wiemy. Co jest zarówno jego zaletą, jak i wadą.

Spektakl tak konsekwentny, logiczny, precyzyjnie zagrany, artystycznie spójny, jednorodny stylistycznie, przejrzysty w skutku i przyczynie zjawisk staje się interpretacyjnie skończony. Dopowiedziany. Wyczerpuje rewolucyjne możliwości. Domyka, uszczelnia, dopełnia. Rozbraja, wymazuje każdy cień wątpliwości, niejasności, tajemnicy. Ofiarowuje widzowi satysfakcjonujące wrażenia estetyczne, artystyczne, bawi ale intelektualnie uspokaja, wycisza, usypia. Godzi ze stwierdzeniem, że jest jak jest. Proponuje ścieżki interpretacyjne bezpiecznie prowadzące widzów po drodze odkrywania pułapek świata, zgodne z kierunkiem wyznaczonym przez autora. W puencie nie rozsadza, nie eksploduje a dobitnie dowodzi, że Witold Gombrowicz wielkim pisarzem jest.

Siłą adaptacji jest klarowność pomysłu inscenizacyjnego. Główny bohater, Józio, najpierw poddany ogłupiającemu drylowi szkolnemu, umieszczony zostaje w domu pseudo nowoczesnego, wyzwolonego mieszczaństwa Młodeckich, trafia w końcu do domostwa Hurleckich na wsi z całą jego zaściankową specyfiką. To demaskuje instytucjonalne, wychowawcze, środowiskowe metody upupiania, co gorsze przyprawiania gęby. Zmuszania do przystosowywania się, podporządkowania, uległości. Formatowania jednostki, grupy. Obnaża, ośmiesza, wyszydza, wyolbrzymia dziwactwa, hipokryzję, głupotę, naiwność, małość tego, co ogranicza indywidualizm, odrębność, wolność, niezależność. Różnorodność formy opresyjnego procesu zniewolenia, ujednolicania jednostki, mechanizm podporządkowania jej zbiorowości podkreśla choreografia, ruch sceniczny, sposób artykulacji tekstu. Bohaterowie, ich relacje, zależności charakteryzowane są poprzez przerysowane, karykaturalne, komiczne pozy, miny, gesty, specyficzny ruch, swoisty taniec, absurdalny układ ciała indywidualnej ekspresji.  Sposób mówienia, artykulacja, intonacja wzmacniała efekt odautorskiej krytycznej ironii, groteski. To forma triumfuje. Rządzi. Wodzi rej. Zasysa. Zmusza. Wtłacza bez względu na wiek słabszych, naiwnych, uległych ludzi w życiowe role, skostniałe schematy myślowe, światopoglądowe. Narzuca kodeksy, kanony, rytuały. Nie tylko upokarzająco upupia, nie tylko przyprawia ale i trzyma mocno za gębę.

Akcja poprowadzona poza konkretnym czasem i miejscem uniwersalizuje przekaz. Sformatowanym społeczeństwem, podporządkowanymi jednostkami jednej myśli, jednej narracji  łatwiej manipulować, prościej rządzić, cokolwiek narzucać, do wszystkiego, nawet najbardziej absurdalnego działania zmuszać. Traktować jak ubezwłasnowolnione, zastraszone lub pragnące mieć święty spokój dzieci. Spektakl skutecznie uzmysłowił powagę takiej sytuacji. Oko i usta zawieszone u góry, w tle sceny, pojawiające się na scenie gotowe do słuchania ogromne, ohydne ucho monitorują wszystko a ostatnie słowa Józia-"Znikąd nadziei. Sam tylko jestem z Zosią - i z pupą". - ogłaszają jego dążeniu do wolności ostateczną klęskę. Bo zawsze się tkwi w jakiejś formie, samym sobą ją wyraża.

Na szczęście słowo FERDYDURKE jest neologizmem, który znaczy przez to, że samo w sobie nic konkretnego nie znaczy. Nadal pozostaje symbolem buntu, sprzeciwu, tego wszystkiego, czego nie da się rozszyfrować, zdefiniować, podporządkować. Instrumentalnie wykorzystać, kontrolować, zarządzać. Pozostanie tajemnicą. Niepewnością. Nadzieją. Potencjalną formą możliwości.

FERDYDURKE WITOLD GOMBROWICZ
Reżyseria i adaptacja: Alina Moś-Kerger
Dramaturgia: Anna Kulpa
Scenografia: Natalia Kołodziej
Muzyka: Łukasz Matuszyk
Ruch sceniczny: Katarzyna Kostrzewa

OBSADA:
Mateusz Paluch, Przemysław Bosek, Agnieszka Grębosz, Adam Majewski, Mateusz Michnikowski, Natalia Samojlik, Karolina Węgrzyńska, Michał Węgrzyński

fot. (1)Kamil Strudziński. (2) KASIA CHMURA

piątek, 12 kwietnia 2019

39.WST WIĘZIEŃ/THE PRISONER Teatr Theatre des Bouffes du Nord

WIĘZIEŃ to spektakl ascetyczny, surowy, prosty, ociosany do maksymalnego minimum pod każdym względem. W ten sposób dociera do każdego widza na jego własnym poziomie recepcji. Jest w tym jakaś oczywista prowokacja, ostentacja, rozbudowane podskórne maksimum, które dopiero z czasem w widzu rodzi się, rozrasta. dojrzewa. Dopisuje w nim, poprzez niego komentarze, rozwinięcia, dygresje. Nazywa co w sztuce nie nazwane. Ocenia co w działaniach, zachowaniach, reakcjach bohaterów jest nie ocenione.  A może prowadzić go do wniosku, że nie należy, nie powinien oceniać. Jedynie przyjąć do wiadomości.

Scena, wielka jak świat cały, wyposażony tylko w to, co niezbędne, proponuje poziom bazowy, podstawowy. Zwykłą opowieść. Oszczędne relacje. Konieczne reakcje. Symboliczne, bardziej słowne niż teatralne sceny. Tworzone przez odejmowanie niż dodawanie. Jakby aktorzy, zwyczajni ludzie, przekazywali zero- jedynkowe informacje, indywidualne impulsy, pojedyncze sygnały. Popełniłeś zbrodnię a więc jesteś winien i musisz ponieść karę. Jeśli kochasz, kochaj mimo wszystko/mimo tabu, bez oceny moralnej/, przeciw wszystkim, bo miłość jest najważniejsza, jest cudem/tu, ta zakazana ojca do córki jak do kobiety, brata do siostry jak do kobiety/.

Niewątpliwie twórcy zapraszają widzów do redukowania a nie multiplikowania/znaczeń, skojarzeń, treści, ocen, zwłaszcza tych moralnych/. Najważniejsze jest przeżywanie/sztuki, życia/, bezpośrednie doświadczania i nazywanie, i podążanie za tym, co się odkryje, dozna. Najważniejsze, co to w człowieku otwiera, jakie daje możliwości czucia. Nie wiedzy. Życie polega na szukaniu prawdziwego siebie, odkrywanie tego, kim się naprawdę jest. Na dojrzewaniu bez względu na upływający czas. A potem pielęgnowanie nowego siebie, dbanie, by nie stracić tego, co się odkryło.

Miłość córki do ojca jak kobiety do mężczyzny i odwrotnie miłość ojca do córki jak mężczyzny do kobiety, gdy po prostu jest, bo jest prawdziwa, jest dla nich samych dopuszczalna i poza wszelką oceną moralną pochodzącą z zewnątrz.  My zewnętrzni możemy się oburzać, nie akceptować, uważać to obiektywnie za naganne- nie zmienia to jednak faktu, że ci dwoje się kochają, jeśli się naprawdę kochają. Co i tak pozostaje bardzo kontrowersyjne. Dla niektórych a priori niedopuszczalne.

Brat, który kocha siostrę, kocha tak naprawdę, ale w szale zazdrości zabija ojca, jest winny. Karą jest śmierć. Zostaje poważnie okaleczony ale siostra, dzięki wiedzy nabytej od ojca, ulecza go, ocala, chłopak będzie żył. Musi być osądzony, musi odbyć karę, nie uniknie jej ale nie w zamknięciu. Siedzi na wzgórzu na pustyni twarzą zwrócony ku więzieniu. W poszukiwaniu naprawy, w zrozumieniu, co zrobił. Aż sam stanie się dla siebie więzieniem. Aż całym sobą będzie dla siebie winą i karą. Nowym sobą. Dojrzewanie do tego trwa bardzo długo. Oswojenie tego, co odkrył, do czego dojrzał, co zrozumiał i zaakceptował również. Wiele się musi nauczyć, by przetrwać. By nadal w zgodzie ze sobą i światem żyć a sprawiedliwości stało się zadość.

Ta prosta forma dla prostego języka przekazuje ze sceny prosty komunikat, życie to przyjemność czerpana z leżenia na ziemi w wysokiej trawie. Bliski kontakt z naturą, ludźmi. Powrót do źródeł. Bezpośredni udział w obrządku, rytuale, tradycji. Zanurzenie się w zwykłej codzienności, wykonywanie najprostszych czynności. Poddanie się niezbywalnej konieczności. Peter Brook mówi nam otwarcie, prosto i szczerze, że szczęście jest bardzo blisko. Na wyciągnięcie ręki. W zasięgu wzroku. Wszystko jest z nas, wszystko jest w nas. Trzeba się tylko  zatrzymać, naprawić i żyć, po prostu żyć.


WIĘZIEŃ/THE PRISONER 
Reżyseria i tekst: Peter Brook i Marie-Helene Estienne
Oświetlenie: Philippe Vialatte
Elementy scenografii: David Violi
Asystentka ds. kostiumów: Alice Francois

OBSADA:
Hayley Carmichael, Herve Goffings, Vasanth Selvam, Omar Silva, Kalieaswari Srinivasan


Produkcja C.I.C.T. - Theatre des Bouffes du Nord
Współprodukcja National Theatre London; Instytut im. Jerzego Grotowskiego; Ruhrfestspiele Recklinghausen Yale Repertory Theatre; Theatre For A New Audience - New York

Fot. Simon Annad