niedziela, 16 września 2018

IRAŃSKA KONFERENCJA


Na plakacie anonsującym spektakl, znaczącym elementem jego scenografii, widzimy kosmonautę, który eksploruje nieznaną sobie przestrzeń/odbicie/. Jest całkowicie odizolowany od otoczenia. W stroju ochronnym, umożliwiającym przeżycie, badania. I udział w irańskiej konferencji, bo Iran to przykład kraju, mentalności, religii, tradycji, prawa świata całkowicie różna od tego, który zna i reprezentuje. Poza tym, że jest doskonale do tego spotkania, konfrontacji przygotowany, ciekawy, dysponuje najwyższą technologią, wiedzą, niewiele tak naprawdę o nim samym można powiedzieć. Celnie charakteryzuje bohaterów spektaklu, bo każdy z nich jest nie tyle konkretną osobą, co reprezentantem  określonego poglądu, uczucia, postawy, dzieckiem swojego świata kontekstów i uwarunkowań, wiedzy, doświadczeń, przeczuć, niepokojów.  ILUZJI W NIEZNOŚNIE DŁUGICH OBJĘCIACH. UPOJENIA.

Iwan Wyrypajew w IRAŃSKIEJ KONFERENCJI, zarówno w treści, jak i w adekwatnie minimalistycznej formie, konsekwentnie kontynuuje swoje stare wątki, rozwija dotychczasowe pomysły, podobnie się z widzami komunikuje. Tym razem włącza ich biernie do spektaklu /aktorzy mówią w języku angielskim, niezbędne są słuchawki, głosy zadające pytania prelegentom dobiegają z widowni, choć pochodzą z offu/. Przewrotnie, dowcipnie, czule ich dotyka. Wodzi na pokuszenie. Obnaża. Drażni. Prowokuje. Głosi kazania, alarmuje, poucza. Wartościuje. Konfabuluje. Banalizuje. Chwyta się każdego sposobu, by dociec prawdy. Istoty miłości. Wolności. Wiary. Duchowości. Szuka sensu życia, świata. Odpowiedzi na pytanie, czy jest nadzieja na porozumienie, zrozumienie, kontakt. Współistnienie różnorodności, indywidualności, sprzeczności.

Spektakl bezkompromisowo charakteryzuje współczesne splątanie, zagubienie, lęki, hipokryzję Zachodu. Zagadywaną męcząco bezradność wobec inności, obcości, nieznanego. Samotności. Rozczarowania. Paniczny, naiwny, płytki zwrot ku duchowości. Histeryczne poszukiwanie ratunku dla ocalenia siebie, reprezentowanego systemu wartości, stanu posiadania. Dyskurs prowadzony starymi koleinami indywidualnego wrażenia, emocji, intuicji, argumentu zarówno irytuje, jak i wzrusza. Tak jak w rzeczywistości skazuje rozśrodkowany konferencyjny przekaz na niepowodzenie, nieskuteczność. A jest on przecież ważny, symptomatyczny, jasny.

Autor przypomina stare, dobrze znane prawdy o naturze człowieka, jego fundamentalnych potrzeb. Wraca do źródła. Do tradycji. Upomina się o nazywanie rzeczy i zjawisk takimi jakie są w swej istocie, znaczeniu, strukturze, etymologii. Krytykuje konsumpcyjny, roszczeniowy styl życia, dla którego ważne jest to, to czego JA chce, pragnie posiadać, mieć, gromadzić. Oskarża system, który reprezentuje wyłącznie siłę i władzę, zapomina o człowieku. Mówi wprost, że wolność to odpowiedzialność, miłość to otrzymywanie przez oddawanie, szczęście nie zależy od kondycji materialnej człowieka, wiąże się z poczuciem wspólnotowości, współodczuwania. Czerpanie radości wynika z brania i dzielenia się tym, co się jest w stanie dać. Człowiek jest zdeterminowany genami i środowiskiem. Podrabia, imituje sobą Boga, CZYMKOLWIEK, KIMKOLWIEK JEST, choć prawdziwego desperacko potrzebuje. Do bólu tęskni za bezwarunkową, bezbrzeżną miłością, która wszystko znosi, wszystko wybacza, rozumie, buduje, tłumaczy, nadaje sens i znaczenie, ma życiodajną, nieocenioną, zbawienną wartość, siłę.  I że to wystarczy, TO WSZYSTKO. TO WSZYSTKO.

Surowa forma naukowej konferencji/szare fotele, dwa stoliki z karafkami z wodą, szklanki, mównica= ambona, subtelna muzyka, znaczące kontekst, wymowę, nastrój światło, powściągliwa, doskonała gra aktorska zespołu/ powoduje skupienie na słowie,  wypowiedzianej w obcym języku treści, co tylko raz jeszcze podkreśla kłopoty współczesnej komunikacji.  Scena i widownia to jednia, komplementarna całość podejmująca niewygodny, nużący, trudny- choć fascynujący, przejmujący, istotny- bój o analizę kondycji człowieka, świata. Poddaje próbie wyniki poszukiwań Iwana Wyrypajewa, sprawdza sugestie artystów, testuje wysiłki wspaniałych aktorów dla czynnego zaangażowania  widza w przedefiniowanie systemu wartości zagubionego, chaotycznego, histerycznego Zachodu, by mógł wyjść z impasu żenującej bezradności wobec wyzwań, mającej znaczący wpływ na przyszłość, teraźniejszości. By zaczął pracę od siebie. Skorzystał z dostępnej nauki i wiedzy. Z niezależnej, czułej, uważnej na człowieka sztuki. Jest przecież nadal wolny, niezależny, otwarty. Dla rozwiązania wszelkich problemów MA WSZYSTKO. MA WSZYSTKO.


IRAŃSKA KONFERENCJA
autor tekstu i reżyser: Iwan Wyrypajew
przekład angielski: Cazimir Liske, Boris Wolfson, przekład polski: Karolina Gruszka
kostiumy: Maria Duda
scenografia: Karolina Bramowicz
muzyka: Jacek Jędrasik
światło: Adam Czaplicki

Obsada: Agata Buzek/Anna Moskal, Redbad Klynstra-Komarnicki, Philip Mogilnitzkiy, Patrycja Soliman / Justyna Kowalska, Magdalena Górska, Mariusz Zaniewski, Juliusz Chrząstowski, Krzysztof Kumor, Richard Berkeley
lektorzy: Michał Klawiter / Anna Moskal.

PREMIERA 14 września 2018. Spektakl gościnny w Teatrze Dramatycznym, Scena na Woli im. Tadeusza Łomnickiego.

PRODUKCJA: Dom Artystyczny WEDA, Aksenov Family Foundation we współpracy z MIA Group oraz Fundacją Sztuki Kreatywna Przestrzeń

niedziela, 1 lipca 2018

FERDYDURKE SCENA NA WOLI

FERDYDURKE Witolda Gombrowicza w reżyserii Magdaleny Miklasz to retuszowany ostrym emocjonalnie  kolorem sen polskiego inteligenta, wiwisekcja zdziecinniałego mężczyzny uwięzionego w traumie swojej słabości, niepewności wiecznego dojrzewania, podsycania gotowości do buntu przeciw upupiającemu jednostkę światu, który ją permanentnie testuje, kształtuje, doświadcza, urabia. Stwarza na własny obraz i podobieństwo. To podświadomość alarmująca wizualnie o przemocy każdej kultury, religii, ideologii, rodziny, systemu, układu, kontekstu. O tym wszystkim, co uprzedmiotawia/ stąd manekiny, lalki duże i małe, okaleczone, obnażone, rozpadające się/, atakuje /stąd pojedynki, potyczki, walki/, zabija indywidualizm czyli to, co stanowi o wyjątkowości, niepowtarzalności, wartości dodanej każdego człowieka. Sztuka jest o jego lęku  przed utratą swojej istoty.  O walce o samego siebie. O konfrontacji JA z MY. Z innym, obcym, niekompatybilnym, niechcianym, narzucanym.

Przerysowana przeładowanym kiczem rzeczywistość horroru dusi, tłamsi, pochłania bohatera, który multiplikuje się w pantomimicznych wcieleniach. Jakby potrzebował wspomagania, wzmocnienia do celów ochronnych, obserwacyjnych, badawczych z konieczności zwielokrotnionego, sklonowanego JA. By przetrwać, by obronić swój punkt widzenia, swoją intelektualną, mentalną konstrukcję wizji świata, kod wsobnej wrażliwości.  By uzasadnić swoje przerażenie napierającą zawsze i wszędzie opresją zastanych, zużytych, starych struktur. By nie zrezygnować, uratować, ocalić siebie. Dlatego ją rozbraja ironią, neutralizuje ośmieszeniem, wizualizacją wynaturzenia, przerysowania, karykatury, uwalnianiem we śnie. Sztuka jest tu nieustającą psychoanalizą przepracowującą wszystko, co niszczy napędzający rozwój, wolność, niezależność, co stanowi siłę umysłu, ciała i ducha człowieka. Pokazuje, że nie sposób przed tym uciec, tej konfrontacji uniknąć. Bój o siebie toczy się cały czas. Nadaje sens życiu, choć je ekstremalnie udziwnia, dręczy nieprzerwanie. Zasysa jak bagno, zalewa falą glutów, wydzielin, ekskrementów, śmieci na pozór niegroźnych, obłych, pastelowych. Przywracając obrazy minione, zaprzeszłe, umarłe, które nie chcą zniknąć, odejść, przepaść.

Gombrowicz buntuje się. Świadomie posługuje się podświadomością. Wyraża niezgodę na utratę niewinności, wtłaczanie w przeciętność, wieczne przyprawianie gęby, los kameleona. Twórcy spektaklu to wykorzystują. Józio Waldemara Barwińskiego jest zalęknioną przeciętnością, smutną zwyczajnością chłopięctwa, dojrzewającego do niezależności samookreślenia. Broni się przed szarością odpychającej rzeczywistości, choć ta śniona: kolorowa, chaotyczna, zabałaganiona, jeszcze bardziej męczy, więzi, straszy i też nie ma przed nią ucieczki. Jakby ideał był nieosiągalny, ciągle oddalający się, zagrożony. Miętus Marcina Bikowskiego to instynkt, dynamika, naturalność, wolność, przekora, pierwotna energia. Demon sprzeciwu, potwór buntu. Syfon Mateusza Webera to archetyp mu przeciwstawny znamionujący  konserwatywny obraz świata. Profesor Łukasza Wójcika, przedstawiciel instytucjonalnego systemu kształtowania postaw i zachowań,  narzuca restrykcyjny, sztywny dryl wychowania, edukacji, kontroli. Koduje, przeprogramowuje, ujednolica jednostki systemem wdrażanych nakazów i egzekwowanych kar, narzuca schematy myślenia. Staje się Józia wewnętrznym głosem egzekutora, prześladowcy. System społeczny z ogromną siłą wymusza na jednostce przyjmowanie póz, akceptowanie mód, poprawność/scena na wsi, karykatura ziemiaństwa, świetna scena salonowa na stancji u Młodziaków/. Hipokryzję, kłamstwo, obłudę. Ta nie może wyrzec się kamuflażu, musi przybierać barwy ochronne. Człowiek indywidualny, samotny skazany jest na zawarcie kompromisu. Wybiera pomiędzy tym, czego nie jest w stanie zmienić,  a tym czego pragnie, o czym marzy, śni, kim naprawdę jest.

W FERDYDURKE Gombrowicz opisał dramat niemożności otwartego, swobodnego bycia sobą w świecie, który człowieka brutalnie gwałci,  krok po kroku systemowo zniewala, nieustannie kontroluje, monitoruje, traumatyzuje swoją dyktatorską strukturą i terroru formą. Spektakl komediowo, barwnie neutralizuje porażkę jednostki, sprawiając że ta prawda nie przytłacza jednoznacznie, beznadziejnie, negatywnie, złowieszczo. Choć wiemy, dobrze wiemy, że w istocie taka jest. Dramatopisarz nam mówi swoim inteligentnym, błyskotliwym językiem poety, erudyty, intelektualisty, dzielnie przebijającym się przez sugestywną, wywołującą fizjologiczne odruchy organizmu scenografię, że żyjemy w napastliwym, bezwzględnym  matriksie, który na wiele wyrafinowanych sposobów przerabia nas na swoje interesowne, upupiające podobieństwo, przyprawia nam nie niejedną gębę, nakłada maskę na maskę. Dogrzebanie się do tego, kim naprawdę w istocie jesteśmy to program na całe życie, konieczność powrotu do źródeł samego siebie. Na pewno nie boska a ludzka komedia. Syzyfowa praca. Sens usensowiany. Finezyjna, podstępna gra. Taniec w ciemnościach. Nurkowanie do dna Rowu Marańskiego. Dlatego Gombrowicz wielkim dramatopisarzem jest.  Spektakl to tylko dobitnie, dzięki imponującej, komediowej grze aktorskiej całego zespołu/jednak dodatkowe brawa dla Magdaleny Smalary, Marcina Bikowskiego/, wywołującej nudności, o co, jak sądzę, chodziło!, scenografii Katarzyny Borkowskiej, precyzyjnie przemyślanych, celnie uwspółcześnionych kostiumów Pauli Grocholskiej, udanej reżyserii Magdaleny Miklasz podkreślił. Bardzo konsekwentnie, nieodczuwalnie długo uprzytomniał. Wtłaczał w głowę. Wbijał w serce. Plastycznością, dynamiką obrazów  przekonywał. Duchem świętej misji sztuki uwodził. Bawił. Skutecznie.

Ta interpretacja FERDYDURKE jest lekka, komediowa, zmysłowa. Ma ognisty, piekielny kolor żądzy władzy nad samym sobą. Płonie. I spala nadzieję na to, że każdy z nas, osobny, szczery i do  bólu prawdziwy, uwolni, zmieni, urealni obraz świata, tego samego ciągle świata.

FERDYDURKE WITOLD GOMBROWICZ
adaptacja:Maciej Podstawny
reżyseria: Magdalena Miklasz
scenografia: Katarzyna Borkowska
kostiumy: Paula Grocholska
muzyka: Anna Stela
lalki: Marcin Bikowski
asystent reżyserki: Michał Karwowski

Obsada:
Waldemar Barwiński - Józio
Anna Gorajska - Zuta, Myzdral, Kopyrda, Hurlecka
Magdalena Smalara - Młodziakowa, Pyzo
Mateusz Weber - Syfon, Walek
Łukasz Wójcik - Pimko, Hurlecki
Marcin Bartnikowski - Młodziak, Hopek, Sługa Franciszek
Marcin Bikowski - Miętus
Anna Stela - Uczennica Zosia

premiera: 29.06.2018

Koprodukcja Teatru Malabar Hotel i Teatru Dramatycznego

zdjęcia: Kasia Chmura-Cegiełkowska

niedziela, 3 czerwca 2018

38.WST 1946 TEATR IM.S. ŻEROMSKIEGO W KIELCACH

To odważny, nowoczesny, mocno emocjonalnie angażujący widzów spektakl Tomasza Śpiewaka i Remigiusza Brzyka o pogromie kieleckim z 4 lipca 1946 r. w perspektywie politycznej, historycznej, społecznej. Z dystansem artystycznym porusza temat jednostkowej i zbiorowej pamięci, odkrywa kody antysemityzmu, nienawiści, niemożliwej do zaakceptowania niesprawiedliwości, bo prawdziwi sprawcy nie zostali zidentyfikowani, osądzeni, ukarani. Najważniejsze, że spektakl powstał, działa, pozwala wpisać się widzom w jego akcję. Budzi empatię wobec ofiar, potrzebę zrozumienia zjawisk niepojętych, nieludzkich, rzeczywistości złożonej, przemilczanej, manipulowanej, mistyfikowanej przez dekady. Jest zrealizowany w konsekwentnej, rzeczowej, wyrzekającej się metafory formie. Otwiera dialog, którego przebieg i zakres zależy od recepcji widza, a więc od tego, jak tę formę proponowaną przez twórców przyjmie, w sobie rozwinie. Opowiadając o tym, co się wydarzyło w Kielcach, przestrzega, że to wypierane, zakłamywane, wymazywane, nierozliczone, nienazwane do końca zło może odrodzić się w każdej chwili. Przywołuje więc ducha tamtego czasu, włącza widzów informując ich o historiach, osobach prawdziwych, z krwi i kości. Opowiada o życiu aktorów, współczesnych Kielczan. Przebija się do każdego- do zamkniętych, niedoinformowanych, nieświadomych światów indywidualnych i zbiorowych- swą nienachalną, rzeczową, faktograficzną formą. Nie, nie obojętną ale swoją niesprawiedliwością, nieuzasadnionym niczym, bezsensownym, niezawinionym okrucieństwem po żywym w pamięci holokauście, przed Marcem'68 niepokojąco dojmującą. Jakby zdarzenia te w Kielcach były przemyślanymi, celowymi, metodycznymi działaniami systemu, mającymi na celu pozbywanie się za wszelka cenę Żydów z Polski. Jakby Polacy podchwycili, kontynuowali politykę Hitlera, Stalina, dążącą do eksterminacji, rugowania z przestrzeni swojego państwa niechcianej nacji.

Jednak najważniejszy jest w spektaklu proces przywracania, rekonstruowania, utrwalenia pamięci. Docierania do prawdy. Powrót do tego, co było metodycznie niszczone, dokładnie wymazywane, finezyjnie manipulowane, do cna fałszowane przez dekady. Im więcej  autentycznych relacji, zdjęć, świadectw, tym większa budzi się świadomość złożoności wyjaśnienia, co się rzeczywiście wydarzyło i dlaczego. Twórcy z aktorami dokonują tego z niesłychaną powściągliwością, wyczuciem, taktem. Delikatnie, sugestywnie, czule. Trudno sobie wyobrazić, że można by to zrobić  inaczej. W gruncie rzeczy pokazują nam zarys, konstrukcję, jaką jest celna scenografia. To siłą naszej wyobraźni, wrażliwości i zwykłej ludzkiej przyzwoitości wypełnia się jej białe, puste plany.  Bo w takich przypadkach oprócz niezbitych faktów jest przestrzeń na uczucia, emocje, przywoływanie na powrót zapomnianych skutków i przyczyn, utraconego bezsensownie czasu i życia, tego, co nieuchwytne, nienazwane, niespełnione, niedokonane a pozostanie na zawsze niedostępną tajemnicą, skargą, strzeżonym przez oprawców przeczuciem, dziedziczonym wyrzutem nie swojego a jednak obciążonego na zawsze sumienia.

Spektakl dowodzi, że nie można powrócić do tego, co było w przeszłości w sposób kongenialny. Można jednak szukać i nazywać odzyskane emocje, by to one utrwalały pamięć o antysemityzmie, nienawiści, pogardzie, wyrządzonym bestialstwie, okrucieństwie, zadanym niewinnym bólu, pozbawienie ofiar możliwości  wypełnienia swego życia tak, jakby tego pragnęli, chcieli, wymarzyli. Pozostało żywym pamiętać. Dbać o przekaz niesiony w następne pokolenia, że w Kielcach plotka o porwaniu polskiego chłopca przez Żydów spowodowała śmierć 40 osób. Poeta pamięta, o czym świadczy wyjęty spod siedzeń widzów, jak prawda, która może być w zasięgu ręki, tuż tuż, tylko możemy o tym nie wiedzieć, wiersz Juliana Kornhausera "O zabiciu doktora Kahane".

Udało się Remigiuszowi Brzykowi przeprowadzić tym spektaklem Kielczanom, Polakom bezkompromisową, historyczną lekcję.  Z Tomaszem Śpiewakiem i aktorami doprowadzili spokojnie, mądrze, krok po kroku do rozbudzenia świadomości, że zbrodnia może nie zostać nazwana, osądzona, ukarana, ale tym bardziej pamięć o niej jest wiecznym więzieniem, udręką, wyrzutem. Kontemplacją nad kumulacją stanu umysłu i ducha nie jednego człowieka, który dopuścił zło do przejęcia kontroli nad nim, w tym miejscu, w tym czasie a więc potencjalnie w każdym czasie i miejscu.

Teatr nie jest miejscem pamięci, chyba że działy się w nim wydarzenia, o których opowiada. A jednak jego przestrzeń powietrza wypełnia emocjonalna prawda czasu. Zdarzenia, o których jest mowa, sięgają swymi korzeniami w głąb tożsamości narodu dziedziczonej z pokolenia na pokolenie i  mogą się zawsze powtórzyć, dlatego prostota ich przedstawienia poprzez konkretne historie ludzi działa tak silnie. Dlatego nie sposób z nimi, o nich dyskutować. Są  świadectwem, dowodem w sprawie niepodważalnym. Wstrząsającym, pewnym, mocnym.

1946
tekst i dramaturgia: Tomasz Śpiewak
reżyseria, światło: Remigiusz Brzyk
scenografia, kostiumy: Iga Słupska, Szymon Szewczyk
muzyka: Szymon Szewczyk
asystentka reżysera: Dagna Dywicka
inspicjent-sufler: Maria Bielińska-Pacholec

OBSADA:
Anna Antoniewicz, Dagna Dywicka, Magda Grąziowska, Ewelina Gronowska, Joanna Kasperek, Bartłomiej Cabaj, Janusz Głogowski, Edward Janaszek, Wojciech Niemczyk, Andrzej Plata, Łukasz Pruchniewicz, Dawid Żłobiński
http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/256389.html

czwartek, 31 maja 2018

38.WST ZAKONNICE ODCHODZĄ PO CICHU TEATR IM. JANA KOCHANOWSKIEGO W OPOLU

ZAKONNICE ODCHODZĄ PO CICHU w reżyserii Darii Kopiec to subtelny, prosty, przejmujący spektakl nie tylko o kobietach dla kobiet przygotowany przez kobiety. To udana, rozszerzona teatralna adaptacja książki Marty Abramowicz o tym samym tytule. Cecylia Caban, Natalia Czekała, Karolina Kuklińska, Joanna Sokołowska, Małgorzata Mikołajczak opowiedziały na scenie o dojrzewaniu młodych kobiet do: wolności,  prawa do świadomego wyboru, decydowania o sobie, własnym losie. O drodze odkrywania i definiowania świadomej samej siebie. Z odpowiedzialnością, konsekwencją, pokorą.

Z dużym przejęciem, zaangażowaniem, odwagą, determinacją i artyzmem kobiety nie tylko dla kobiet przepracowały trudne tematy. Zanim weszły w role zakonnic, ubrane w czarne, jednolite kostiumy bez właściwości, opowiedziały o sobie, o swej kobiecości, aktorstwie, wyborach życiowych. Zdefiniowały podstawowe pojęcia, wyraźnie określiły zakres problematyki poruszanej w spektaklu. Dalej następowała metamorfoza. Przejście w świat bohaterek, ich życia i duchowości. Postacie sztuki dotknęły niejednego tabu, np.: intymności wiary, specyfiki i trudów życia w zakonie, posłuszeństwa jego kontrowersyjnym regułom, samotności. płci, seksualności. Poznajemy egzaltowaną wiarę młodych bardzo dziewcząt, które z miłości do Boga postanawiając mu służyć i się podporządkować drylowi instytucjonalnego kościoła, zakonowi, rezygnują z życia jakie znają. Przechodzą bardzo wymagającą próbę. Wyrzekają się siebie, bliskich związków, relacji z innymi ludźmi, oddają nieustannej modlitwie, medytacji, rozmyślaniom.  Życie w odosobnieniu, milczeniu, umartwieniu, pracy dla innych jest sprawdzianem charakteru, testem, który sprawdza chęć pozostania w zakonie, bez bliskich, bez rodziny, kochanych. Nie każdy zalicza go pozytywnie i zostaje. Wiele zakonnic odchodzi, po cichu. Nie robiąc wokół swojej rezygnacji zamieszania, hałasu, sensacji. Odchodzi, by wrócić do świata, który choć pogrążony jest w chaosie, zgiełku, pośpiechu to jednak na każdym kroku nie pilnuje, nie kontroluje, nie zmusza restrykcyjnie nikogo do niczego. Pozwala swobodnie żyć i decydować o życiu. Dziewczyny odchodzą, gdy są pewne, że życie w zakonie nie jest dla nich. Nie znaczy to, że nie realizują swojej surowej, pełnej poświęceń, wyrzeczeń, pracy dla innych, dla Boga. Wręcz przeciwnie. Klasztor dał im determinację, siłę dyscypliny, ukształtowanego, pewnego siebie charakteru, wzmocnił ducha i wiarę. Zakonnice miały możliwość wyboru i go dokonały. W pełnej zgodzie ze sobą. Z tym, co dla nich było najlepsze.

Pusta przestrzeń /cztery krzesła i mikrofony, pianino/, światło, muzyka, kostiumy, choreografia i aktorstwo tworzą spektakl, który jest precyzyjnie skonstruowany, perfekcyjnie zagrany. Kostiumy są zindywidualizowane, znacząco podkreślają cechy osobowe ich bohaterek. Oryginalna muzyka subtelnie buduje, ilustruje nastrój, rozszerza, pogłębia kontekst znaczeń. Dominuje czerń złamana akcentem bieli, wyrazem nadziei na lepsze, szczęśliwsze, pełniejsze życie zakonnic, które odchodzą nad ranem, po cichu z miejsca opresyjnego, bo je ubezwłasnowolnia, łamie emocjonalnie, psychicznie, sprawdza ile są warte, czego pragną najbardziej, najmocniej.

Podobnie jest z każdą kobietą w realnym świecie, wchodzącą w wymarzone role, która w zderzeniu z życiem musi się zmieniać, dostosowywać, określać, definiować. Ryzykować i decydować. Spektakl sprawdza napięcie pomiędzy pragnieniem a spełnieniem, pomiędzy instytucją, w ramach której chce się kobieta realizować a nią samą, jej indywidualnym światem predyspozycji, możliwości, potrzeb ciała i duszy. Stawia pytania dotyczące wiary, powołania, powinności, poświęcenia. Pełni rolę emancypacyjną. Walczy, upomina się o prawo kobiet do szczęścia i samorealizacji w pełnej godności, niezależności, wolności. Z sukcesem. Bo bez impetu wojującego, drapieżnego feminizmu, szantażowania poczuciem doznanej krzywdy, poczuciem straconego czasu. Bez pazurów agresywnej niezgody. Odwetu, zemsty. Oskarżeń rzucanych wprost.

I to się bardzo publiczności podobało. Na spotkaniu po spektaklu widzowie wyrazili swoją wdzięczność za niezwykłe przeżycia, ekstremalne emocje, wyjątkowe doznania. Osobiście podziękowali  twórczyniom i aktorkom, wyrazili nadzieję, że jak najwięcej osób w Polsce będzie mogła ją obejrzeć. Życzyli kolejnych tak udanych spektakli młodemu, utalentowanemu, fantastycznemu, twórczemu zespołowi. Będą cierpliwie czekali. Podziękowali Teatrowi im. J. Kochanowskiego w Opolu za wystawienie tej wspaniałej, ważnej społecznie, ważnej dla nich osobiście sztuki.


ZAKONNICE ODCHODZĄ PO CICHU
reżyseria: Daria Kopiec
scenariusz: Martyna Lechman
muzyka na żywo: Natalia Czekała
choreografia: Aneta Jankowska
kostiumy: Patrycja Fitzet
inspicjent: Andrzej Jakubczyk

OBSADA:
Cecylia Caban, Natalia Czekała (gościnnie), Karolina Kuklińska, Joanna Sokołowska (gościnnie), Małgorzata Mikołajczak (gościnnie)

38.WST K. TEATR POLSKI W POZNANIU

Spektakl K. Pawła Demirskiego w reżyserii Moniki Srzępki to political fiction. Miał być pięknie krytyczny. Miał ostro teatralną iluzją real biczować. Słowem i obrazem sztuki, charakterystyką, działaniem bohaterów nas chłostać. I rachunek sumienia sceny politycznej wolnej Polski, bez taryfy ulgowej, bez asekuracji został bez zarzutu dokonany. Widzimy poważny zamysł naprawy, korekty Polaków w koncepcji sztuki Demirskiego. Paradoksalnie jednak wypadł od początku do końca na tym samym diapazonie ekspresji, bez czucia i wiary w to co sobą reprezentuje, co się na scenie przedstawia. Pozbawiony energii, celnego uderzenia, działania poczucia humoru, który tu się scenicznie w żenadę obraca, spektakl wykastrowany jest z tego, co zazwyczaj o sile, wadze, stylu, randze sztuki Demirskiego i Strzępki stanowi: samonapędzającej się drapieżności o ideowym zabarwieniu, wyraźnie ironicznej autorskiej perspektywy, jasnego punktu widzenia, nie do podrobienia zaśpiewu frazy Demirskiego języka. Tym razem wszystkie środki dramaturgiczne się znoszą. A rozczarowanie wszystkim, wszystkimi ma wyraźnie nijaką barwę. Gasi raczej niż elektryzuje napięcie. Mimo naprawdę świetnego pomysłu na sztukę, dobrej scenografii, mocnej muzyki, znaczącego światła, charakteryzujących postaci kostiumów. Mimo udanych starań Jacka Poniedziałka/Donald Tusk/ i Marcina Czarnika/Jarosław Kaczyński/. W gruncie rzeczy są do siebie bardzo podobni, zarówno fizycznie jak i mentalnie. Rozumiem świetny pomysł, by pokazać Kaczyńskiego pięknego, przystojnego, nie podobnego do siebie samego, by realne wcielenie nas jeszcze bardziej od niego, jego partii odstręczało. Efekt nie został osiągnięty. Scena polityczna rozczarowuje pod każdym względem na co dzień, od lat, dekad, kolejne dwie godziny w teatrze nie wniosły nic nowego. Nie rozsadziły tego monolitu, który się coraz bardziej cementuje wykorzystując coraz bardziej zużyte składniki. Teatralna Matka Kaczyńskiego rozczarowuje. Instytucja rodzicielki w Polsce pozostaje świętością, naśmiewanie się z niej pachnie profanacją. Dziewczyna z ulicy, z tasakiem, z plecakiem nie przekonuje. Ani groźna ani sfrustrowana czy zdesperowana. Przedstawia uprawdopodobniony ale raczej chory niż zdrowy punkt widzenia. Jej kostium  i charakteryzacja jest wymowniejszy od czynów. Symbol parytetu kobiet w polityce, działaczka PO w lumpeksowej wizualizacji ducha i ciała przeraża. Pozostałe figury polityczne wnoszą tylko chaos i zamęt. Jakby aktorzy nie znaleźli, nie wypracowali, nie zgrali komplementarnego zespołowo aktorstwa. Nie wyszukali wspólnego rytmu, który z kuli śniegowej uczyniłby groźną lawinę,  emocji tsunami. Wybory w październiku 2019 roku to political horror. Strach się bać, bo scena polityczna jest absolutnie bezsilna, wyczerpana, wydrążona, zużyta, bez wyrazu, wypalona, ośmieszona, bez jakiejkolwiek wiarygodnej już propozycji dla wyborców. Ta perspektywa wszelkiej niemożności powinna rzeczywiście przerazić. Ale nie przeraża. Rozpoznanie artystów całkowicie pokrywa się z wiedzą i czuciem publiczności, nie ma więc czego wyważać, rozsadzać, potęgować. Nie znaczy to, że nie ma powodu. Po prostu zabrakło bardziej radykalnych działań scenicznych, aktorskich, reżyserskich. Olbrzymia głowa z rozdziawioną paszczą, połykająca i wypluwająca na powrót figury bohaterów może się śmiać szyderczo do rozpuku lub z przerażenia krzyczeć. Oczy demona, diabła, gada, bazyliszka dodają jej znamion fatum, które Polskę, Polaków prześladuje, doświadcza, naznacza. I jak zawsze jest doskonałym cudownym wytłumaczeniem. To chichot historii, który robi z nas głupków. Pożałowania godne wyborcze marionetki, które na co dzień zaharowują się na śmierć, żeby polityczni idioci na wieki wieków zainstalowani na swych funkcyjnych stołkach wykorzystywali je jak niewolników. Świadomość instrumentalnego wykorzystywania nie uskrzydla, nie dodaje sił a podcina wolę walki. Chęć zmiany. Zaangażowania.

Tak, rozczarował mnie ten spektakl. Czekałam na mocne uderzenie. A on nie wstrząsnął, nie rozsadził ani merytorycznie ani emocjonalnie. Nie wykorzystał potencjału tekstu, problemów, jakie generuje rzeczywistość, oczekiwań ducha,  potrzeb rozumu. Nie wypracował tej siły fatalnej a skutecznej, co porusza wbrew rozsądkowi, niemożliwe w pył rozkrusza. Jakby pozbawiony energii w nas jej już tylko szukał. Nie potrzebuję zwątpienia a ratunku, nawet takiego, w który nie sposób uwierzyć. Podsumowanie teatralne w tym wypadku nie jest światełkiem na horyzoncie ale ostatnią deską do trumny, w której grzebie się nadzieję. Znów piłka jest po stronie publiczności, ulicy/tak kończą się też ARTYŚCI/. Ale może właśnie taki jest prawdziwy obraz naszej współczesności? Cokolwiek opozycyjnie się wydarza w naszym lokalnym mikroświecie, również w sferze kultury, nie jest w stanie wysadzić z posad wdrażanego nowego wspaniałego porządku rzeczy. Za słabe jest, za mało ideowe, bez argumentów. Bez rządu nad duszami. Zapatrzone tylko w siebie.

Oczywiście bardzo ważne jest, że spektakl K. powstał. Bardzo ważne jest też, że mogliśmy go zobaczyć. To bez wątpienia akt wiary i nadziei artystów i widzów w to, że sztuka to potęga i coś w naszym życiu zmieni. Za nas samych załatwi. Spektakl boli, bardzo boli, że jest tak bez wyrazu. Bezsilny, obojętny, neutralny. Nie śmieszy, nie bulwersuje. Nic nowego nie ma nam do powiedzenia. Żongluje zgranymi kartami, które nawet w mocnym, słusznym, inteligentnym zestawieniu nie przebijają napierającej, wyprzedzającej ją, bardziej kreatywnej, pociągającej, zaskakującej rzeczywistości, którą kształtuje ulica, media, kościół, sejm, senat, parlament europejski, itd. Bo z tego zestawienia figur, archetypów postaci, z tej akcji dywagacji nic nie wynika. Wieje chłodem. Wielką ostrożnością. Polityczną poprawnością. Uderzając równo we wszystkie strony sceny politycznej, wzajemnie neutralizuje oskarżenia, zarzutów pozbawia ich siły krytycznej.  Wszystko w tej sztuce jest celne, uzasadnione, słuszne ale nieskuteczne. Nie dotyka. Nie działa. Nie porusza.Trafia w pustkę emocjonalną. Pozostawia z  rzeczywistością, która była, jest, będzie dołująca, smutna.


Spektakl K. Pawła Demirskiego i Moniki Strzępki to jednak ważna propozycja artystyczna. Pozostaje, jak dotąd, jedyną poważną w komediowym zwierciadle odbitą teatralną analizą polskiej sceny politycznej, autorską charakterystyką polityków, głównych architektów współczesnej wolnej Polski, odpowiedzialnych za dominację narracji konstytuującej mentalność konserwatywno-katolicką Polaków. Trzeba mieć wielką odwagę, niezwykły talent i siłę wściekłego tandemu, by podjąć się tak karkołomnego, potrzebnego dla nas wszystkich krytycznego zadania. Czy się udało, każdy musi ostatecznie ocenić sam. W sztuce nie zawsze wszystko zagra, mimo najszczerszych chęci, mimo wybitnego talentu,  najlepszego teamu twórców. Ale bez kontrolowanej szarży, emocjonalnego impetu, ostrości, wyrazistości treści i formy, postawienia wszystkiego na jedną kartę, bez ryzyka, nie ma wybicia widza z trajektorii świętego spokoju, przerwania błogiego snu o tym, że jakoś to będzie. Nie ma fermentu, nie ma rewolucji i nie ma postępu. Taki K. jak KAŻDY nie obejdzie NIKOGO.





K.
autor: Paweł Demirski
reżyseria: Monika Strzępka
scenografia i kostiumy: Arek Ślesiński
muzyka: Tomasz Sierajewski
konsultacje wokalne: Mateusz Sibila
ruch sceniczny: Jarosław Staniek
światło: Robert Mleczko
asystentka reżyserki: Sara Bustamante-Drozdek
ruch sceniczny, asystentka: Katarzyna Zielonka

OBSADA:
Joanna Drozda, Barbara Krasińska, Barbara Prokopowicz, Monika Roszko, Marcin Czarnik, Jacek Poniedziałek, Wojciech Kalwat, Piotr Kaźmierczak, Jakub Papuga, Andrzej Szubski


W spektaklu wykorzystano fragmenty książki „Czas Kaczyńskiego” Roberta Krasowskiego, a także utwór „Polskie drogi” Andrzeja Kurylewicza oraz piosenkę z filmu „O dwóch takich co ukradli księżyc” (słowa: Jan Brzechwa, muzyka: Jan Sart).W nagraniu piosenki wzięły udział: Julia Zabel i Julia Roszyk.















REYKJAVIK'74 TEATR im.WILAMA HORZYCY w TORUNIU



Spektakl oparty jest na faktach, dotyczących tajemniczego podwójnego  morderstwa na Islandii, za które została skazana w kontrowersyjnym procesie poszlakowym/ciał nie odnaleziono, nie poznano motywów zbrodni, pozostało wiele niejasności, itp./ grupa sześciu osób, w tym dwoje głównych oskarżonych/Saivar Ciesielski oraz Erla Bolladóttir, o nich głównie jest spektakl/ otrzymało karę dożywocia. Lecz nie zbrodnia jest tu głównym tematem a zagadnienie pamięci, pracy umysłu i trudności związane z  odtworzeniem zdarzeń, okoliczności, szczegółów. Pokazany jest bardzo wnikliwie proces rekonstruowania tego, co się tak naprawdę wydarzyło, przywracania minionych obrazów, ustalania motywu zbrodni, poznawania życiorysów osób oskarżonych. Oddzielanie zmyślenia od rzeczywistości zaistniałej. Interpretacji. Wyobrażeń. Wpływ emocji, stanu psychicznego, stanu fizycznego. Presji i stosowanych metod dochodzenia, przesłuchiwania, stosowanej presji, która wymuszała zeznania. W gruncie rzeczy udało się artystom zilustrować skomplikowany, złożony, etycznie wątpliwy proces dochodzenia do prawdy. I jak się okazuje, nie został on ostatecznie zakończony. Proces sądowy będzie w tej sprawie wznowiony.

Ostatecznie otrzymaliśmy obraz zniekształcony, niejasny, wątpliwy. Płynny. Wypadkową impresję zdarzeń, zmyśleń, fikcji, kłamstw i prawdy.  Zaburza go nie tylko oczywista niemożność ponownego kongenialnego odtworzenia okoliczności zbrodni; czas płynie nieubłaganie naprzód i działa na niekorzyść, bo zaciera, zmienia, deformuje pamięć. Poza tym nie cofnie się i niczego nie naprawi, niczemu nie zapobiegnie, nie zmieni faktów. Prawda jest jedna, dokonana. Spektakl prezentuje tylko różne jej odmiany, uzasadnienia kontekstowe, psychologiczne, mentalne, środowiskowe, itd. Doskonale uzasadnia i przedstawia różne wersje, które są wynikiem tego, ile uczestnicy zdarzeń pamiętają, ile chcą ujawnić, ile przemilczają, kłamią. I dlaczego tak się dzieje, pod wpływem kogo i czego.  Jak trudno oddzielić, wyodrębnić i nazwać jest to, co jest wyobrażeniem, przeżyciem, zapamiętaną lub wypartą rejestracją rzeczywistości.  Konfabulacją, wersją narzuconą, wygodną, prawdopodobną ale niekoniecznie prawdziwą. Narracją śledczych, prokuratury, obrońców, wszystkich, którzy są związani z tą sprawą, również pośrednio. Jak trudno jest ustalić fakty. Zweryfikować relacje, zeznania pod kątem wiarygodności. Ich prawdziwego zaistnienia.

Właściwie nie dowiadujemy się wiele o ofiarach zbrodni, jakby nie były w tym kontekście ważne. A ponieważ nie ma ich ciał, nie dostarczą żadnej wskazówki, nie niosą sobą informacji. Pozostają nieodkrytą, nierozwikłaną tajemnicą, która czeka na rozwiązanie, wyjaśnienie/powtórny proces ma się odbyć/.

Pozostali, żywi, każdy z osobna i razem, w różnych konfiguracjach, są nośnikami pamięci. Dostęp do niej jest z różnych względów utrudniona, świadomie lub nieświadomie ograniczona. Emocje, uczucia, spekulacje, przeszłość sprawców, to kim są, interes instytucjonalny organów ścigania, sądu jest tym, co zniekształca, zamazuje przekaz, ostatecznie utrudnia dotarcie do prawdy.

Spektakl wykorzystuje zaistniały ciąg zdarzeń, które się dokonały, ale to co się rekonstruuje jest bardzo wątpliwej, łatwej do podważenia jakości, wagi. Pozostajemy z wątpliwościami, że w procesie poszlakowym mogły zapaść tak wysokie wyroki, ze zdumieniem, że czasem przypadek, fatum może decydować o losie człowieka. Coś, czego się nie jest w stanie przewidzieć, niszy życie.

Spektakl teatralny jest kolejną kliszą nałożona na prawdę, bo ta jest na pewno tylko jedna, niepodważalna, niewzruszona, dokonana. Powstał, by pokazać, jak łatwo przy braku szczęścia, pieniędzy na dobrego adwokata można zamienić swoje życie, niełatwe przecież dotąd, w piekło. Każdy może znaleźć się w okolicach miejsca zbrodni, nie mając na to żadnego wpływu. Wystarczy zbieg okoliczności, niewłaściwe miejsce, niewłaściwy czas i brak wiarygodnego alibi. Trudno później odzyskać stracone lata, nadszarpnięte nerwy, finanse. Dawny status. Koszty takich sądowych pomyłek są nie do przecenienia. Strach pomyśleć. Ale takie przypadki zdarzają się a REYKJAVIK,74 jest /prawdopodobnie, bo czas to pokaże/ jednym z nich.

Spektakl przedstawiany został w małej, klaustrofobicznej przestrzeni, wizualizującej stan klinczu, zaszczucia, niemożności ucieczki. Aktorzy grali bohaterów, którzy byli małomówni, niepewni, zamknięci w sobie. To ich podejrzana przeszłość i obecność w miejscu, gdzie zaginęły osoby, brak alibi, niejasne zeznania, spowodowały, że stali się podejrzanymi, a później uporczywie oskarżonymi. Stało się więc tak, że nie konkretne, udowodnione czyny ale wyobrażenie o tym, kim byli podejrzani, błędy w stronniczym dochodzeniu, później  mało profesjonalni adwokaci, w konsekwencji słaba obrona w sądzie zdecydowała o losie ludzkim. Poważne wątpliwości co do sprawiedliwego wyroku i bardzo surowej kary pozostały.

W gruncie rzeczy nic, co z faktów, dowodów, relacji jest przywołane nie wnosi nic do ostatecznego wyjaśnienia sprawy, przynajmniej na tyle, by poznać prawdę. Im więcej wiemy, tym mniej pewnego można wywnioskować. Prawda jest nieuchwytna, poza zasięgiem pewności. Jakby to, że raz zaistniała wystarczyło. Bo od tej chwili narastać wokół niej zaczęła góra informacji, szczegółów, rzeczowych zaciemniaczy, ludzkich wymazywaczy, co w efekcie coraz bardziej skutecznie zasłania jej istotę, jasność, oczywistość. Jedynie może w sferze wyobraźni, mitów, przekonań, wiary, nastrojów miejsca i losów ludzkich tworzą się obrazy wyjaśnienia alternatywne, metaforyczne, intuicyjne.

Aktorzy grają fantastycznie powściągliwie, z poświęceniem, gdy trzeba z furią. W kostiumach, fryzurach z lat 70-tych, w zabałaganionym, na potrzeby spektaklu wielofunkcyjnym wnętrzu.  Są jak krajobraz Islandii, zimny, tajemniczy, nieprzenikniony. Który ryje jakiś ból, chroni przed światem skazę. Nic o niej nie wiemy ale ją czujemy. Bo dotyka, boli i nas, choć na pewno w inny sposób. Wszyscy jesteśmy winni. Mniej lub więcej. Ale to niesprawiedliwe, gdy przypadkowo pasowalibyśmy nieudolnym, naginającym przepisy organom ścigania do profilu np. mordercy. Dlatego obchodzi nas los skazanych, lekkomyślnie i dla chęci zamknięcia sprawy, na tak surową karę. Interesuje też nas problem niemożności dotarcia do prawdy. Takie jej uwikłanie, zawoalowanie, zmanipulowanie, że nie wiadomo czy ujrzy jeszcze światło dzienne i uratuje skazanych, a wszystkich pozostałych uwolni od wątpliwości, niepewności.

Prawda wyzwala ale i uspokaja. Daje poczucie ładu i bezpieczeństwa. Sprawiedliwości.

REYKJAVIK'74 
Autorka: Marta Sokołowska
Reżyseria: Katarzyna Kalwat
Obsada: Matylda Podfilipska, Jolanta Teska, Tomasz Mycan, Paweł Tchórzelski, Bartosz Woźny

38.WST SEKRETNE ŻYCIE FRIEDMANÓW TEATR LUDOWY W KRAKOWIE

Spektakl SEKRETNE ŻYCIE FRIEDMANÓW to doskonała teatralna robota, bo maksymalnie angażuje widza, czyni go bezpośrednim uczestnikiem, świadkiem przebiegu zdarzeń, statystą grającym przypisaną mu rolę. Wystarczyło uważnie słuchać, stosować się do określonych zasad i widzowie  stanowili naturalne dopełnienie obsady sztuki.  Potrzebna była do tego niezwykła scenografia: sala kinowa, mieszkanie Friedmanów, sala komputerowa, areszt, pokój przesłuchań, cela więzienna, sala sądowa, pokój wizyt w więzieniu, w której widz śledząc akcję, odbywał bezpieczną, kontrolowaną podróż w poszukiwaniu prawdy. Podążając za bohaterami sztuki przechodził proces odkrywania, co się wydarzyło, uczestniczył w wyselekcjonowanych przez twórców rekonstruowanych sytuacjach, rozmowach, wyznaniach. I to doświadczanie jest niezwykłą, wyjątkową wartością tego teatralnego eksperymentu: znaleźć się w środku wydarzeń, stanąć twarzą w twarz z ich bohaterami, być obok nich na wyciągnięcie ręki. To więcej niż obserwowanie, podglądanie, bo dystans się maksymalnie skrócił, perspektywa analizy i oceny zachowań, postaw staje się tożsama z tymi, których bezpośrednio dotyczy.

Widz sam może zdecydować, co jest dla niego najważniejszym tematem sztuki: życie inteligenckiej rodziny klasy średniej w kryzysie wywołanym oskarżeniem Arnolda Friedmana i jego syna Jessiego o pedofilię, postawa, zachowanie, kondycja, losy poszczególnych członków rodziny a może udział i wpływ mediów, organów dochodzenia i ścigania, przewodu sądowego, opinii publicznej w nagłaśnianiu i rozstrzyganiu sprawy. Na pewno interesujący jest nurtujące wszystkich pytanie o to, czy Friedmanowie są czy nie są winni zarzucanych im czynów. Prawda jest jedna ale nie ma do niej dostępu. Znają ją nieliczni. Spektakl ostatecznie jej nie ujawnia. Właściwie staje się jednym z mechanizmów, które kreują pewną wersję rzeczywistości.

Istotne jest to, że brakuje równowagi. Nie ma kompletnie mowy o ofiarach pedofilii, ich historii, punktu widzenia, perspektywy, wersji wydarzeń, krzywdy. Poza odczytanym listem podczas gali oskarowej w 2003 r., gdy film Andrew Jareckiego CAPTURING THE FRIEDMANS, na podstawie którego powstał spektakl, został nominowany do Oskara, nie dostajemy nic. Skutkuje to tym, że wszyscy w tym procesie stają się ofiarami a to, co się dzieje wielką manipulacją, histerią, niesprawiedliwością. Tym bardziej okrutną i bolesną, bo wiemy że dotyka realnego życia konkretnych ludzi.

To prawda, że każdy może w określonych okolicznościach zostać oskarżony. Wystarczy, że znajdzie się w nieodpowiednim miejscu i czasie, nie będzie miał alibi, argumentów, pieniędzy do obrony, przysłowiowego łutu szczęścia. Zdarza się przecież, że niewinni zostają oskarżeni, skazani a nawet straceni. Pomyłki są rzadkością ale tym bardziej, bo straconego życia, czasu, czci, opinii nie da się zrekompensować. Spowodowane są fatum, ślepym losem? Niekoniecznie. Podobnie należałoby współczuć ofiarom przestępstw, których sprawcom udało się uniknąć kary. Znów fatum, ślepy los decyduje o tym, że prawda nie wyszła na jaw, nie zwycięża, nie uwolniła od winy?

Ciekawe, że wielu widzów polubiło Friedmanów, staje w ich obronie, uważając, że zostali niesłusznie oskarżeni. Filmy pokazują normalną, kochającą się rodzinę. Bohaterowie są dowcipni, weseli, zżyci. Alfred Friedman jest bardzo dobrym ojcem, nieposzlakowanym człowiekiem, nagradzanym wieloletnim nauczycielem informatyki, obywatelem, któremu nic nie można było zarzucić. Nie ma przedstawionych twardych dowodów, że akty pedofilii się odbyły, poza kwestionowanymi zeznaniami chłopców/brak jakichkolwiek wcześniejszych sygnałów, że coś złego się działo na zajęciach Friedmanów, ani od dzieci, ani od ich rodziców, brak śladów, obrażeń, zeznania "wtłoczone" podczas hipnozy/ . Łatwiej uwierzyć Friedmanom a nawet im współczuć niż ich ofiarom, które są dodatkowo maksymalnie marginalizowane, nieobecne. Bardzo brutalne sceny w komisariacie, wzmacniające się tym, że na przemian są przesłuchiwani ojciec i syn, mocna, bezkompromisowa postawa sędziny, doświadczonej w orzekaniu w tego typu sprawach, scena w areszcie, gdy na Arnolda i Jessiego rzucane są torebki z moczem wywołują u widzów odruch obronny, empatyczny. Teatr manipuluje, jednoznacznie staje po stronie oprawcy, bo pokazuje sceny opresyjne wobec nich a o momentach wykorzystywania seksualnego nieletnich tylko wspomina, tylko opowiada. Nie ma symetrii, nie ma równowagi. Postawa matki, która mówi o tym, że była oszukiwana, mąż ją traktował instrumentalnie, a gdy wybrała całkiem rozsądną zresztą linię obrony z prawnikiem,  jest dezawuowana, oskarżana, mimo że cały czas ciężko pracowała, by Arnoldowi w jego obronie pomóc. Chłopcy jej nienawidzą, mąż wykazuje obojętność, nieszczerość, dystans. Adwokat Friedmana zaburza obraz niewinności Arnolda, ale nie musimy mu wierzyć. Brat Arnolda chce być osobą neutralną, nic kompletnie nie pamięta/wszystko wyparł?/ ale cały jego życiorys świadczy o tym, że też jest jego ofiarą. Dzieciństwo Arnolda wzrusza, rozmiękcza ale tak naprawdę jest tylko pewną wersją wydarzeń, o niczym nie musiało przesadzić. Neurotyczna, puszczalska matka, brak ojca w procesie wychowawczym, samotność, pierwsze kontakty seksualne, wykorzystujące młodszego brata i "programujące" mu przyszłość to nie jest jakiś prawdziwy horror, który usprawiedliwia późniejszą pedofilię. Arnold przez całe życie dokonywał świadomych  wyborów, czynów. Doskonale je maskował. Również wizyty u lekarza, który zalecił mu przeglądanie pism pedofilskich/zabronionych w Stanach/ wykorzystał jako argument na swoją korzyść. Gwałcił nieletniego brata przez lata, miał przygody z chłopcami w czasie wakacji/tylko raz, potem przyznał się do drugiego razu/, coś było na rzeczy w czasie zajęć komputerowych i z molestowaniem syna Jessiego, który udzielił na ten temat wywiadu. Sam się w końcu przyznał do pedofilii przed sądem, popełnił samobójstwo. Łatwo przychodzi stwierdzić,  wydaje się oczywiste, że był altruistą, odpowiedzialnym człowiekiem, bo myślał o rodzinie, przyszłości syna a więc był niewinny, czysty, skrzywdzony, bo zmuszony sytuacją, na którą nie miał wpływu.

Trzeba przyznać, że historia wkręca każdego. Widoczna powierzchnia zdarzeń działa jak magnes. A tajemnica, prawda pozostaje do końca nieodkryta. Jakbyśmy sami jej do siebie nie dopuszczali, od siebie odrzucali. Nie chcemy, by taki miły, oddany dzieciom nauczyciel, wierny mąż,  ojciec rodziny, zwykły, normalny, taki jak każdy z nas człowiek, był kimś złym, niebezpiecznym, toksycznym. Lubimy w nim siebie. Zniewolonego własną słabością. Walczącego z nią całe życie. Zaszczutego przez otoczenie. Pokonanego przez fatum. Potencjalnie absolutnie niewinnego. Nie chcemy przyznać, że nie odkrywamy jego ciemnej strony życia, jak nie chcemy ujawnić własnej. I dać jej na żer opinii publicznej, pod osąd sądu. Nie chcemy być ukarani za coś, co nie jest, jak to sobie sami dla siebie ustaliliśmy, naszą winą.

Na pewno popełniono wiele błędów w tej sprawie. Na pewno ją instrumentalnie wykorzystano. Ale olbrzymim błędem było niewyjaśnienie do końca, nawet po wielu, wielu latach, jaka była, jaka jest prawda o Arnoldzie i Jessim Friedman. Gra pozorów trwa nadal.  Kręci nas i zwodzi. Nie daje spokoju. Im więcej mówi się o niesprawiedliwości, krzywdzie potencjalnego winnego niż jego ofiar, tym bardziej uporczywie myślimy, że jednak są winni.

Marcinowi Wierzchowskiemu i Danielowi Sołtysińskiemu doskonale udało się udowodnić tym spektaklem manipulującą rolę przekazu, w tym wypadku teatralnego, w kształtowaniu wiary widzów na temat prawdy zdarzeń z przeszłości. Zwłaszcza, że pozwolili im być najbliżej jak tylko to było możliwe akcji, jej bohaterów. Dali jedyną w swoim rodzaju szansę wejścia w różne role, utożsamiania się z bohaterami/domownika, sprawcy jako ofiary, sędziego, przesłuchującego, itd./.A to przecież była, choć bardzo wiarygodna i sugestywna, to jednak fikcja. Za każdym razem gdy mamy kontakt z tą czy inną historią, otrzymujemy lub tworzymy sami powidok tego, co się wydarzyło rzeczywiście. Powidok prawdy, jej część, wersję, ujęcie, modyfikację. Każdy tworzy nowy, inny obraz, który w czasie może się zmieniać. Te przekazy się multiplikują. Jest wersja na dany moment policji, sądu, film Andrew Jareckiego, Arnolda Friedmana, Jessiego Friedmana, matki, każdego z braci, itd., kolejna wersja sądu, Arnolda Friedmana, itd., bez końca. Dlaczego nie można wrócić do tej jednej wersji, od początku do końca domkniętej prawdy, by nie mieć cienia wątpliwości? By zachować wiarę w sprawiedliwość. By mieć nadzieję, że w końcu stanie się jej zadość. Oto jest pytanie, tajemnica, zadanie. Mission impossible.

Aktorzy grają zjawiskowo, fenomenalnie w ekstremalnie trudnych warunkach, bo z oddechem widzów na karku!! Pomysły reżyserskie i inscenizacyjne są genialne!! Scenografia, kostiumy, charakteryzacja jedyna w swoim rodzaju!!! Tajemnice z kukłą obserwatorem nad mieszkaniem Friedmanów włącznie!! Wszystko działa!! Publiczność była cudowna!! To indywidualne i wspólnotowe śledztwo w sprawie Friedmanów wyzwoliło niezwykłe emocje, przeżycia, doznania. Zafundowało niezapomniane chwile, które żyją w tych, którzy tam byli, widzieli, słyszeli a nie wiedzą, nadal nie wiedzą jak było naprawdę!!!

SEKRETNE ŻYCIE FRIEDMANÓW
Marcin Wierzchowski, Daniel Sołtysiński

reżyseria: Marcin Wierzchowski
scenografia: Barbara Ferlak
kostiumy: Ewa Mroczkowska
muzyka: Urszula Chrzanowska

obsada: Piotr Pilitowski, Małgorzata Kochan, Patryk Palusiński (gościnnie), Jakub Klimaszewski (gościnnie), Piotr Franasowicz, Jan Nosal, Jagoda Pietruszkówna, Maja Pankiewicz, Kajetan Wolniewicz, Ryszard Starosta

premiera: 19.11.2016

Najlepszy spektakl 10. Międzynarodowego Festiwalu 'Boska Komedia

środa, 30 maja 2018

38.WST GDYBY PINA NIE PALIŁA , TO BY ŻYŁA Teatr Dramatyczny im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu

GDYBY PINA NIE PALIŁA, TO BY ŻYŁA. Do dziś. Albo i nie, kto to wie? Gdyby nie tworzyła, to by nie żyła. Również po śmierci. Albo i nie. Spektakl Cezarego Tomaszewskiego jest i nie jest o Pinie Bausch. Bo jest wariacją na  temat jej palenia, artyzmu, twórczości. Bo rozrósł się na tu i teraz. Na polskie klimaty. Odniesienia. Konteksty. Jednak na pewno powstał ku czci, ku pamięci. Dowcipnie, zabawnie, z poczuciem humoru. Z dystansem niedoskonałego śpiewu i kaleczonego tańca. Swobodnej interpretacji, dowolnej improwizacji. Z szaleństwem, wariactwem, wygłupem. Odwagą, dezynwolturą, beką. Jakby żałoba po wielkiej artystce, mentorce, przyjaciółce się nie skończyła a nałóg ze sztuką obcowania i nałóg palenia nadal był nie do opanowania. Roznieca tęsknotę za nią. Czułą, naturalną, ludzką. I czerpie, czerpie artysta od artysty do woli. Aż boli. To spektakl o życiu sztuki po śmierci artysty, o pewnym sposobie przepracowywania straty, radzenia i nie radzenia sobie z nałogami, również nałogiem myślenia o śmierci, od której może oderwać tylko sztuka. Zabawna, lekka i przyjemna jest dobra na wszystko. Śmiech nią wywołany również. Bo odpędza smutki, rozbraja niepokoje, wprowadza w dobry nastrój. Uzdrawiająca sztuka nie ma nic wspólnego z profanacją pamięci, osoby, jej sztuki. Choć momentami korowody śmiały się do widza szyderczo. Ale to nie z Piny było głupkowanie ale z tego nabzdyczonego, uniesionego przez odbiorcę sztuki traktowania.

Piękna scenografia: lapidarna, kolorowa, dowcipna doskonale to sygnalizowała. Sportowe, jak z fitness clubu lub zupełnie prywatne kostiumy treningowe na różnorodnych, bynajmniej nie perfekcyjnych ciałach tancerzy-aktorów również. Ale przecież Pina Bausch sięgała do głębi. Interesował ją duch nie ciało. Jego oferta i kondycja. Wszystko jest więc zgodne z jej podejściem do wyrażania się treści wyzwolonej od kanonów formy. Fajne, zwariowane pomysły reżyserskie Tomaszewskiego są już przewidywalne. Napuszone treści arii rozsadzone są amatorskim wykonaniem i ostentacyjnym, głośnym tłumaczeniem na język polski. Pozbawione tajemnicy, uziemione dosłownością piękno powszednieje, szarzeje, ale jeszcze bawi. Znane układy choreograficzne rozbrajane nonszalancją wykonania stają się jarmarcznym korowodem, spontaniczną zabawą. Przekreślenie, wykluczenie perfekcji wykonania, pozbawia sztukę Piny finezji, subtelności wynikającej z doskonałości konstrukcji, potencjału skrótu, kompozycji. Tomaszewski odziera z patosu, nie pozwala wejść w głąb, polecieć nad poziomy. Proponuje beztroską radość kontaktu ze sztuką, bezstresowe w niej uczestniczenie. Zachęca do śpiewania, tańczenia bez względu na posiadane talenty, warunki. Byśmy sami wyzwalali w sobie emocje. Rozchełstane, lekkie, prowokacyjne aktorstwo  zespołu cały czas to podkreśla, uporczywie akcentuje. Luz inscenizacyjny jest zaskakujący ale konsekwentny.  I Pina Bausch, jej sztuka w tym spektaklu jest obecna.  Instrumentalnie, symbolicznie wykorzystana nadal inspiruje, bawi, działa. No cóż, mimo że paliła, jeszcze nadal żyje. Nadal żyje.

GDYBY PINA NIE PALIŁA , TO BY ŻYŁA
Teatr Dramatyczny im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu

reżyseria i choreografia: Cezary Tomaszewski
scenariusz: Aldona Kopkiewicz
asystentki reżysera i współpraca dramaturgiczna: Marta Aksztin (PWST Kraków), Klaudia Hartung-Wójciak (PWST Kraków)
scenografia i kostiumy: BRACIA (Agnieszka Klepacka + Maciej Chorąży)
stylizacja fryzur: Kacper Rączkowski
światło: Antoni Grałek
opracowanie muzyczne i przygotowanie wokalne: Weronika Krówka

OBSADA:
Weronika Krówka (gościnnie), Joanna Łaganowska, Rozalia Mierzicka, Irena Wójcik, Włodzimierz Dyła (gościnnie), Rafał Kosowski, Filip Perkowski, Dariusz Skowroński, Piotr Tokarz



38.WST HAMLET-KOMENTARZ TEATR PIEŚŃ KOZŁA

Grzegorz Bral nie zaskakuje. Jest stały w swej surowej, eleganckiej, przewidywalnej estetyce: lakoniczny, krótki tekst jest wyśpiewany polifonicznie do muzyki wykonywanej na żywo, zagrany oszczędnie, powściągliwie, wydaje się, że statycznie w choreografii metaforycznej, w scenografii uporządkowanej, geometrycznej, czarno-szarej, w zasadzie monochromatycznej/stół, stalowe krzesła, tron, łóżko, miecze, hełmy, maska ojca Hamleta zawieszona na wprost widowni, dwa panele luster na ścianach bocznych poznających swą głębię, dominujące czarne kostiumy/. Wszystko wydaje się skrótem w kondensacji znaczeń, sensów, reżyserskiej interpretacji. Ma wypracować najwyższe, możliwie najsilniejsze emocje. Oprócz proponowanych sensów, znaczeń.

Przeplatają się na scenie rzeczywistości, czasy, sfery ducha i ciała. Zderzają się racje, postawy, czyny, myśli, intencje bohaterów. Ich wzajemne splątane, trudne relacje. Każdy z nich ma szansę się wypowiedzieć, wyjaśnić z własnej perspektywy przyczynę i przebieg zdarzeń. Przedstawić swój indywidualny punkt widzenia. Wygłosić swoją obronę. Obłęd, szaleństwo zderza się tu z racjonalizmem, normalnością. To, co się naprawdę wydarzyło z tym, co każdemu w duszy gra, się majaczy. Iluzja miesza się z faktami. Gorące emocje z zimnym, stoickim spokojem. Postacie mijają się, przebiegają w swych uzasadnieniach mimo, obok. Jakby wszystko było możliwe. Jakby wszystko można było wziąć pod uwagę. Niczego nie wykluczyć. Niczego nie pominąć.

Gdy wkraczamy na widownię, na łóżku, zdziwić może, że nie na marach, leży nieruchomo stary król, z maską na twarzy. Wstaje, nie wiadomo czy to duch, czy żywe ciało, silne swą nadprzyrodzoną władzą. Żąda od Hamleta, słabego, zagubionego młodzieńca, zupełnie nie gotowego na to, by pokierować samodzielnie swoim życiem, krwawej zemsty, domaga się bezwarunkowego posłuszeństwa, jak to za jego życia bywało. Śmierć nic w tym względzie nie zmieniła. Tyran, despota jest nieśmiertelny, niezniszczalny. Nie można go unicestwić. Nie sposób go wyeliminować, czy kontrolować. Dowiadujemy się z pieśni wiele o jego przerażającej naturze, którą trudno usprawiedliwić koniecznością utrzymania władzy. Po śmierci nie chce się pogodzić z faktem, że w końcu przegrał. A to kim jest, jak rządził ogólnie znane. Nieakceptowane. Jakby pozostali przy życiu aprobowali zbrodnię na nim, bo w pełni zasłużył na to, co go spotkało. Myśleli, że się uwolnili, wyzwolili spod jarzma. Tymczasem, nic z tego. Odtrącona Ofelia oszalała, skazana na samotność.  Nie zrozumiała dlaczego to nieszczęście właśnie ją spotkało. Tylko Gertruda sama wybierze świadomie śmierć, każąc siebie za zbrodnię i zdradę. Tylko ona ma wyrzuty sumienia i pragnie uratować syna. Pozostali będą tylko patrzeć. Ni to żywe, ni martwe ciała. Jakby jej kara przywracała równowagę, pozwalała dalej żyć. Nikt tak naprawdę nie umiera, koegzystują duchy z żywymi, winowajcy z ofiarami, wszyscy zastygają w końcu w bezruchu. Bo wszystko jest jeszcze możliwe. Można nadal konfabulować i w stary, doskonały szekspirowski schemat wtłoczyć nowe, fascynujące treści.

Piękna, efektowna, końcowa scena palenia zwojów to symboliczne ostateczne unicestwienie. Unieważnienie. Ogień, żywioł namiętności i zniszczenia, zamienia całą narrację w unoszący się na wietrze popiół  przypominający wirujące płatki śniegu.  Generuje konieczność podjęcia ponownej analizy,daje znaczący impuls szukania nowych treści dla starej formy, alternatywnych interpretacji Hamleta. Konstruowania nowych rozwinięć, komentarzy, obrazów. Wariacji na temat. Bo Szekspir jest nadal bardzo inspirujący, otwarty, pojemny.

Pomysł inscenizacji jest ciekawy, chóry perfekcyjne, najlepsze wokalne wykonanie zaprezentowała Magda Wojnarowska w roli przejmującej, dramatycznej matki Ofelii. Trzeba przyznać, że brzmienie jest tu, obok interpretacji, najważniejsze. To ono decyduje o skali wyzwalanych emocji. O tym, jak mocno, jak głęboko odbiorca poczuje dramat bohaterów tragedii Szekspira. Cenna jest ta sugestia wysłana do widza, że może podążając za artystami swoje światy interpretacyjne rozwijać, niszczyć i na nowo tworzyć. Wszystko w sztuce jest dozwolone.Wszystko jest możliwe. I choć Grzegorz Bral formy swej artystycznej wypowiedzi nie zmienia, to wtłacza w nią rozwijający się na nowo, od nowa piękny komentarz.


HAMLET-KOMENTARZ Alicja Bral
reżyseria: Grzegorz Braldramaturgia: Alicja Bral
muzyka: Jean-Claude Acquaviva, Maciej Rychły
dyrygent: Lilianna Krych
kostiumy: Alicja Gruca
scenografia: Robert Florczak
światła: Wojciech Maniewski

OBSADA:
Dimitris Varkas, Rafał Habel - Bloodgood, Julien Touati, Volodymyr Andrushchak, Łukasz Wójcik, Dominik Kujawa, Bogdan Koca, Julianna Habel - Bloodgood, Anu Almagro, Rhianna Compton, Olga Kunicka, Natalia Voskoboynikov, Magda Wojnarowska,Maciej Rychły




wtorek, 29 maja 2018

38.WST MURZYNI WE FLORENCJI TEATR NOWY PROXIMA W KRAKOWIE

MURZYNI WE FLORENCJI to spektakl bardzo mocny, niezwykle ekspresyjny, antywojenny, zbudowany na intymnych, ekshibicjonistycznych monologach członków chorwackiej rodziny w rozpadzie. Jedynie nienarodzone dzieci, bliźniaki, wykazują ludzkie odruchy solidarności, czułości, bliskości, potrafią normalnie rozmawiać ze sobą, co jeszcze dobitniej podkreśla brak więzi międzyludzkich w świecie już nie płodowym a rzeczywistym, gdzie wszyscy są w stanie wojny, skaczą sobie do gardeł, krzycząc, wrzeszcząc i warcząc komunikują swoje gorzkie, głębokie rozczarowanie i narastającą furię frustracji. Są na skraju załamania nerwowego. W klinczu niemożności. Niewydolni, wypaleni, niezdolni do ludzkiej komunikacji. Na haju maksymalnego wkurwu.

Najwyższej próby aktorstwo funduje widzom ekspresyjny występ o temperaturze i tempie stand- upu, podkręcając opresyjną, agresyjną narrację na gorące, wiecznie żywe tematy o aborcji, samotności młodych i starych, demonach wojny i pułapkach pokoju, rozczarowaniu życiem i biernym oczekiwaniu na śmierć, prostych potrzebach i marzeniach blisko spokrewnionych ale tak naprawdę obcych sobie ludzi, którzy nie radzą sobie z niczym, no może oprócz matki, żywicielki całej rodziny. Takie natężenie ekstremalnych emocji, żali, pretensji, roszczeń, oczekiwań jest trudne do zniesienia. Rozziew pomiędzy pragnieniem normalnego życia a spełnieniem potężnieje. Marzenie o spokoju, radości, szczęściu jest utopią. Tu nic nie jest normalne, zwykłe, w lekkim, przemijającym kryzysie. Triumfuje niejednoznacznie mroczne zło, bo człowiek, mały trybik w wielkim mechanizmie świata, daje się wkręcić, wmanipulować, jest słaby, bezbronny, bez wyobraźni, nie zna swej natury, nie wie czego chce i po co. Jest jaki jest: po prostu niedoskonały i w tej niedoskonałości szuka, błądzi. Prowokuje, by zwrócić na siebie uwagę. Nic z tego nie wynika, nic się nie zmienia. Jak był sam pozostawiony tylko sobie, tak pozostanie największym wrogiem samego siebie. Wojnę niesie w genotypie.

To smutne ale jednocześnie zabawne gdy dorosłych bronią w zaparte nienarodzone, kochające swych potencjalnych oprawców dzieci. Wzrusza instynktowne przytulanie się do siebie bliźniaków w sytuacjach trudnych, potencjalnie dla nich groźnych. Wzrusza moment gdy stają zgodnie przy swej matce, wspierając ją swoją obecnością. Ale nie ma nadziei, na widzów oczach dokonuje się wiwisekcja rodzącej się, narastającej, wzbierającej fali konfrontacji i napięcia, walki między tym, co ludzkie już od pierwszej chwili poczęcia aż po śmierć. Ale nawet wtedy nie ma pewności na święty spokój, wieczny spokój, bo grób może być sprzedany a szczątki sprofanowane. I tak z pokolenia na pokolenie przenosi się syndrom walki o dominację, władzę, szczęście, dziedziczy się traumę przegranych bitew, potyczek, niemożność spełnienia marzeń, nieumiejętność zaspokojenia podstawowych potrzeb.

Spektakl dowodzi, że życie to walka, nieustający sparing. Wojna. Tu wszyscy przegrywają. I ci podporządkowani, potulni, grzeczni, i buntownicy, uzurpatorzy, który się odważyli zaryzykować, przyjąć jej reguły gry. Wojna obnaża prawdziwą naturę człowieka. Pokazuje mu kim jest naprawdę. Do czego jest zdolny. Na co go stać. To okrutny proces bolesnego doświadczania siebie, bo nie może obejść się bez ofiar. A to pogłębia, poszerza pole walki, jej porażające skutki. I nasuwa się myśl, że walka nie hartuje, nie uczy a osłabia, niszczy. Degeneruje. Degraduje. Podobnie jak świadomość, kim się jest. Jakby nie było można wyjść poza własne ograniczenia. Jakby nie można było nigdy się wyzwolić, uciec i być naprawdę wolnym. Na każdym etapie życia a nawet po śmierci, bez względu na wiek, płeć czekają na człowieka zastawione pułapki przez niego samego. Nie ma szczęśliwego zakończenia, nie ma nadziei. Albo się ostro gra albo jest się użytym w grze. Innej ewentualności nie ma. Wyobraźnia nie ma nic do zaoferowania, do podpowiedzenia. Nawet Syn, który chce napisać książkę czuje się całkowicie pozbawiony inwencji. Nie ma żadnego pomysłu.

MURZYNI WE FLORENCJI to interesująca, wnikliwa, bliska życia sztuka, oparta na tekście Vedrany Rudan, doskonale wyreżyserowana przez Iwonę Kempę. Amplituda emocji rośnie z wyznania na wyznanie /jak na spowiedzi/ kolejnego członka rodziny, której szczerość i brutalna prawda łagodzona jest zabawnymi, lekkimi, błyskotliwymi komentarzami, dywagacjami, dociekaniami bliźniaków w łonie matki. Paradoksalnie, one są jeszcze wolne. To poszerzanie skali wydaje się nie mieć końca. Elektryzuje i wzmacnia napięcie. Dramatyzuje obraz rodziny uwięzionej w jej wnętrzu. Skazanej wyłącznie na samą siebie.

Brawa należą się wszystkim występującym aktorom. Mimo, że grają ludzi słabych, niedoskonałych, a nawet złych, w jakiś dziwny sposób pozyskują sympatię widzów. Dzieje się to za sprawą naszego rozumienia ich życiorysów, sytuacji, które ich ukształtowały, doprowadziły do punktu desperacji wywołującej albo wycofanie i milczenie, albo agresywną frustrację wyrażaną krzykiem, wyciem, wrzaskiem. Babunia Elżbiety Karkoszki oddała wszystko, co miała, teraz musi się podporządkować, bo jest zależna. Gdy dowiaduje się, że może sprzedać grób i zrealizować swoje marzenia, radosna, szczęśliwa rozkwita, młodnieje. Mądra jest po czasie, po szkodzie, choć domyślamy się, że i tak jej życie nie wyglądałoby inaczej, mimo otwartych, prowokacyjnych deklaracji, że dokonywałaby za młodu odmiennych wyborów. Jej córka Anny Tomaszewskiej, zmuszona trudną sytuacją finansową, już nie ma skrupułów, by brać z życia, wszystko co oferuje. A jednak podwójne życie niszczy ją i wykorzystuje, wyciska jak cytrynę. Brak kontaktu z mężem, złe relacje z dziećmi dobijają ją, nie ma siły, by walczyć. Robi jednak, co tylko może. Nieustannie tłumaczy, prosi, błaga, namawia, przekupuje i przeraźliwie wrzeszczy, krzykiem wyje. I cieszy się romansem z nieatrakcyjnym kochankiem. Lepsze coś niż nic. Z kolei jej córka to kobieta wolna, wyzwolona, ale niesamodzielna. Popełnia zbyt wiele błędów: nie studiuje, nie pracuje, ona, Chorwatka, chodzi z Serbem, będzie miała z nim dziecko/dzieci/ i ma przed sobą do podjęcia decyzję, czy je urodzić czy nie. Dramatyczna sytuacja. Jest o czym myśleć, bo dziewczyna nie wie, czy może liczyć na pomoc otoczenia czy tylko i wyłącznie na siebie. Martyna Krzysztofik jest znakomita w tej trudnej, złożonej roli. Pozycja mężczyzn jest znacznie lepsza, ale niewesoła. Maciej Sajur - Wujek, grający Syna, rozpieszczonego, niesamodzielnego zdolnego, zdrowego, silnego młodego chłopaka, który mając dobre wykształcenie/prawnik i informatyk/ chce zostać na przekór temu pisarzem, mimo że nie ma pomysłów, nie ma talentu, nie ma charakteru. Wraca do domu, uzależniony od mamusi, od rodziny, co o nim jak najgorzej świadczy. Ojciec Jacka Romanowskiego najpierw budzi współczucie, bo milczy pogrążony w depresji z powodu stresu pourazowego PTSD. Owszem jest nieszczęśliwy ale zgoła z przyczyn przerażających, nagannych. Cierpi nie z powodu przeżytej traumy ale dlatego, że nie może czynić zła. Wojna ujawniła mu jego naturę, której nie może zaspokoić, nakarmić. Kumuluje się w nim niebezpieczna frustracja, potężnieje niebezpieczny głód. Juliusz Chrząstowski ze Sławomirem Maciejewskim stworzyli fantastyczny super poważnie komiczny, ciepły, dowcipny, czule uszczypliwy tandem płodów, bliźniaków, który komentuje, poznaje świat, wspomaga siebie nawzajem i pomaga swojej scenicznej matce. To ta część życia, która jest jeszcze naiwna, niewinna, pełna serdeczności, miłości, bezinteresowności, nadziei. Choć instynktownie, silnie przeczuwa, przeżywa każde zagrożenie. Wszyscy, od nienarodzonych bliźniaków po seniorkę toczą ze sobą i z pozostałymi członkami rodziny wojnę. Nic dziwnego, że rozprzestrzenia się ona poza obręb osoby, domu, kraju.

Tak, to wspaniała, ekspresyjna gra aktorów uruchamia silne emocje, doprowadza widzów do maksymalnych przeżyć, wzruszeń. Spowodowała, że spektakl okazał się bardzo mocnym akcentem, udanie kończącym 38.WST.


MURZYNI WE FLORENCJI  Vedrana Rudan
reżyseria: Iwona Kempa

OBSADA:
Elżbieta Karkoszka, Anna Tomaszewska, Martyna Krzysztofik, Jacek Romanowski, Sławomir Maciejewski, Juliusz Chrząstowski, Maciej Sajur - Wujek

Teatr Nowy Proxima w Krakowie

premiera:5.11.2017

zdjęcie: 38.WST

niedziela, 20 maja 2018

PIJANI TEATR DRAMATYCZNY

Sztuki Iwana Wyrypajewa, szczególnie te przez niego wyreżyserowane/LIPIEC, TANIEC "DELHI",  ILUZJE, NIEZNOŚNIE DŁUGIE OBJĘCIA, SŁONECZNA LINIA/, są skromne i statyczne, powściągliwe i wzruszające. Dotykają istoty rzeczy wprost w czułym objęciu poczucia humoru. O sprawach poważnych opowiadają lekko, metaforycznie, ale co najważniejsze, ich autor i reżyser prosto i szczerze mówi do widzów od siebie. Przewrotnie krytycznie, gorzko ironicznie. Z dystansem wpisanym w osobowość bohatera, apsychologiczną interpretację aktorską/melorecytacja, śpiewnie wypowiedziany tekst/. Nieustępliwie drąży, powraca frazą, rozwija wariacje na temat,  który z upływem czasu w spektaklu potężnieje, dojrzewa, nabiera barwy świętej prawdy, półprawdy, gówno prawdy, przed którą nie sposób uciec więc się ją przyjmuje za swoją z niewinnym rozrzewnieniem. Bohaterowie sztuk Wyrypajewa to ludzie prości, nieskomplikowani, przedstawieni nam w opozycji do samych siebie. Bez względu na wiek, na swój sposób są naiwni, dziecięcy, niedojrzali. Zagubieni, samotni, w potrzebie. Do tego stopnia, że sekundujemy im, jest nam ich żal i , gdyby to było tylko możliwe, chcemy im pomóc, chcemy ich ocalić jak samym sobie. Wyrypajew konsekwentnie wyjaśnia, ilustruje, udowadnia, że wszystko nie jest takie, jakie się nam wydaje. Prymitywny, odrażający wielokrotny morderca LIPCA opowiada swoją historię ustami pięknej, młodej, niewinnej dziewczyny/Karolina Gruszka/, postawieni wobec cierpienia i śmierci bohaterowie TAŃCA"DELHI"uczą się przez taniec jak żyć, by nie mieć poczucia bezsensu, straty, pustki, poszukujący szczęścia, miłości i kontaktu młodzi ludzie w NIEZNOŚNIE DŁUGICH OBJĘCIACH są jak dzieci buszujący w zbożu, ale też ci dojrzali z ILUZJI, którzy mają całe życie za sobą, stoją nad grobem nadal niepewni, co jest prawdą a co fałszem i udowadniają, że starość to nie znaczy mądrość, bo popełniają dziecinne, okrutne błędy, bujają w obłokach, / a jednak jest nam ich żal/, w SŁONECZNEJ LINII małżeństwo uporczywie, nieustępliwie walczy, próbując ocalić swój związek, definiując w full kontakcie zakres pojęcia miłości, prawdy, wolności relacji, w niej siebie.

PIJANI, najbardziej rozbudowana, skomplikowana, złożona spośród dotychczasowych sztuk Iwana Wyrypajewa, równie wnikliwie i zabawnie ale silnie demaskatorsko, krytycznie kontynuuje próbę opisania świata, w nim zagubionych, skrzywdzonych i krzywdzących ludzi. Pijanych nie ze szczęścia ale z powodu głębokiego kryzysu. Poszukuje  panaceum na współczesny ból egzystencjalny, wzoru na miłość, szczęście, sens, prawdę, szczerość, obietnicę spokoju i złudzenia satysfakcji z życia i siebie samego. To obsesyjna praca autora nad ratunkiem, ocaleniem człowieka. Bo młodzi, piękni i bogaci ale niezadowoleni z siebie i tego, co mają bohaterowie sztuki, świadomi są swojej marnej duchowej kondycji.  Zaprzęgnięci do wyścigu szczurów, w pogoni za pieniędzmi, pracą, sukcesem, niewolniczo kręcą się w kółko. Wiruje im w głowie, wiruje wokół nich świat i wszechświat cały. Tracą grunt pod nogami.  Kompulsywnie wspinają się i upadają. Nie potrafią utrzymać równowagi. Nie powinni  narzekać, bo otoczenie jest piękne, dizajnerskie, wypasione. Ale chłodne. Odczłowieczone. To podstępna pułapka, jedna z wielu, które degradują kompleksowo moralnie, mentalnie i duchowo. Ubezwłasnowolniają. Pozbawiają wolności. I zwykłej, normalnej radości życia.

W Teatrze Dramatycznym powstała bogata, wielopoziomowa inscenizacja. Pozornie tylko wbrew estetyce Iwana Wyrypajewa. Cztery plany na obrotówce z podłogą nachyloną pod kątem, pięknie, nowocześnie zaprojektowane i wyposażone/kuchnia, salon, jadalnia, ulica/, przestrzenne i jasne sytuują bohaterów klasy średniej w rzeczywistości zmuszającej do nieustannego ruchu, przemieszczania, zmiany miejsca, pozycji, układu. Choreografia i ruch sceniczny szczegółowo rozpisany,  precyzyjnie wykonany, doskonale wzmacnia ten efekt, dodatkowo charakteryzuje, wyostrza relacje między bohaterami/ zbliżenia, przytulenia, odrzucenia, odtrącenia/. Aktorzy z poświęceniem "tańczą", przemieszczając się w rytmie pijackich kroków, potknięć, upadków /aktorki w bardzo wysokich cud szpilkach/. Kostiumy są drogie, eleganckie, wyszukane. Wizualnie obraz spektaklu jest pociągający, bardzo dynamiczny, bogaty, ilustracyjny.

Bohaterowie- sami przyjaciele, małżonkowie, drodzy sobie, dla siebie mili - na porządnym rauszu są zaczepni,  kłótliwi, spontanicznie wylewni, kochliwi, w końcu mówią prawdę o sobie. Alkohol ich obnaża, zmienia, demaskuje.  Uwalnia od hipokryzji, pozy poprawności, gorsetu pozorów. Powoduje, że w różnych konfiguracjach towarzyskich wychodzą ze swojej społecznej roli i nieprzewidywanie, wbrew zasadom, kanonom, normom szaleją, wariują, bawią się. Szarżują. Z pijacką odwagą, szczerością, otwartością. W szerokim geście, zdecydowanym postanowieniu. W bełkotliwym oskarżaniu innych i usprawiedliwianiu siebie. Spowiadaniu się, pouczaniu, kajaniu. Przyznawaniu do błędów, samobiczowaniu. Głoszeniu cudownych myśli, epokowych odkryć, utopijnych teorii.  Ratowaniu każdego człowieka i całego świata. Bez wstydu, z uwzniośloną myślą o odpowiedzialności/za wszystko, co wypowiedzą usta/. Jakby wszystko w pijackim widzie było dopuszczalne, dozwolone i wybaczalne. Tylko w tym stanie mogą wyznać, że są rozczarowani sobą, światem, życiem. Konfrontują rzeczywistość, powinność, zobowiązanie z ideałem, marzeniem, pragnieniem. Udzielają lekcji. Przepraszają, deklarują mocne postanowienie poprawy. Głoszą złote myśli poważnej korekty siebie. Zanim może być na wszystko za późno.

I coś w tym wartościowego jest jak pod, jak to ujął autor, gównem całego świata. Wystarczy tylko przebić się przez jego niewyobrażalnie grubą warstwę, sięgnąć po ten diament, brylant, perłę. Istotę siebie. Na powrót odzyskać niewinność, spokój, szczęście, niemożliwą do osiągnięcia wartość, szacunek do samego siebie, utraconą cześć, zgwałcone cywilizacją człowieczeństwo. Wszystko przez grzech nieposłuszeństwa wobec własnej natury. I zaniechania dążenia do osiągnięcia boskiego ideału w ziemskiej utopii. Niestety, gdy ludzkość  trzeźwieje,  wraca natychmiast na stare ścieżki dobrze znanych błędów i wypaczeń. Przecież bez kłamstwa nie można żyć, bez zdrady być szczęśliwym, bez pychy władczym, bez próżności wielkim, itd.

Wojciech Urbański wyreżyserował bardzo dobre, atrakcyjne przedstawienie w lekkiej komediowej formie, które jest wiarygodną, ostrą krytyką współczesnego stylu życia. Cały zespół twórców sprawił się doskonale. Cały zespół aktorski gra wyśmienicie. Robert Majewski pokazał mistrzostwo. Trafił w punkt, w samo sedno żenady pijaństwa: jego luz, rozchełstanie, śmieszność. I dostał w trakcie spektaklu gromkie brawa. Zasłużone w pełni!

Wszystko, co autor chciał powiedzieć, wybrzmiewa dosadnie, dobitnie, jasno. W pamięci pozostaje obraz klasy średniej w zimnym, pięknym, bogatym wnętrzu, w którym współczesny, bełkoczący o Bogu, sensie życia, szczęściu, miłości, dobru i prawdzie człowiek, chwiejnym krokiem  zmierza donikąd, kręci się w nienaturalnym pędzie w kółko. Przebija tu Iwana Wyrypajewa czułość i ciepło. Troska, by mu pomóc i chęć, by mu ulżyć. Autor udziela prostych wskazówek, daje dobre rady. Mówi wprost, by człowiek współczesny oderwał się od materii tego świata i zanurzył w swojej duchowości. By spontanicznie, bez zahamowań, złych intencji nawiązał ze sobą samym i  drugim człowiekiem prawdziwy, głęboki, szczery kontakt. W gruncie rzeczy tak niewiele potrzeba do szczęścia. Tak, Iwan Wyrypajew kocha ludzi. Tych pijanych z nieszczęścia, tych pijących, by mogli mówić prawdę.

PIJANI   IWAN WYRYPAJEW
przekład:Agnieszka Lubomira Piotrowska
reżyseria: Wojciech Urbański
asystent reżysera: Karolina Szczypek
scenografia i kostiumy: Anna Tomczyńska
choreografia: Aneta Jankowska
opracowanie muzyczne: Natalia Czekała
reżyseria światła: Karolina Gębska
projekcje: Adrian Cognac

Obsada:
Agata Różycka - Martha
Maciej Wyczański - Mark
Martyna Kowalik - Laura
Agata Góral - Magda
Robert Majewski - Laurenz
Łukasz Lewandowski- Gustav
Agnieszka Warchulska - Lore
Sławomir Grzymkowski -Karl
Anna Gajewska - Linda
Marcin Stępniak - Rudolf
Otar Saralidze - Max
Kamil Szklany - Matthias
Sebastian Skoczeń - Gabriel
Martyna Byczkowska - Rosa
premiera:11.05.2018

niedziela, 13 maja 2018

HAGADA NA POLSKĘ COLLEGIUM NOBILIUM


Co znaczy HAGADA, przyznam, nie miałam pojęcia. Po to jest sztuka,  między innymi, by poszerzać wiedzę. Siadłam więc z aktorami do zastawionego stołu, nakrytego białym obrusem i znalazłam się na kolacji celebrującej teatralnie obrządek religii żydowskiej, która jest mi obca, zupełnie nieznana. "Hagada jest historią Wyjścia z Egiptu narodu żydowskiego, którą odczytuje się podczas Sederu Pesachowego. Hagada upamiętnia wydarzenia z przed czterech tysięcy lat, odtwarza się ją nieprzerwanie każdego roku 15 dnia miesiąca nisan. Ma ona uczyć wdzięczności i pokory, ma spajać naród."* Celebrowanie jej ma na celu aktualizowanie tego o czym opowiada, bo istota, rdzeń, jądro przekazu nie ulega wpływowi czasu, jest niezmienne. Hagada wiąże się z subiektywną  żydowską perspektywą, pytającą o to, co jest dobre i prawdziwe dla Żydów. Nie jest ani mitologią, ani żywym przekazem historycznym. Najbliżej jej do legendy podtrzymywanej emocjami. Dzięki nim lepiej się pamięta, przeżywa, czuje.**

Spektakl HAGADA NA POLSKĘ spełnia podobną rolę. Dotyczy historii najnowszej, wynika z postawy artystów martwiących się o przyszłość. Przywołuje fakty,  okoliczności, opowiada indywidualne historie ludzkie. Przywraca świadomości pamięć, aktualizuje wiedzę, wiąże przeszłość z teraźniejszością poprzez odtwarzany obrządek religijny, co sankcjonuje obyczaje i tradycję. Przywołuje wspomnienia, relacje, pamiątki, fotografie. Język jakiego używa,  określa człowieka. Decyduje o nim, wpływa na to kim i jaki jest, będzie. Wiąże go z innymi ludźmi. Tworzy i scala tożsamość grupy, narodu.

W tym spektaklu chodzi o Polskę, Polaków różnego pochodzenia współistnienie, trudną spuściznę historyczną, pamięć, relacje, nastroje, wzajemne nastawienie. Aktorzy opowiadają głosem swoich bohaterów o pochodzeniu, korzeniach, losach ludzkich, rodzinnych, o tym, co wpływa na świadomość odczuwania ich własnej tożsamości. Konsekwencją jest obraz traktowania Żydów przez Niemców, Polaków w czasie wojny aż po dzień dzisiejszy. Związana z tym trauma, bolesne często, zaskakująco splątane historie, trudne przeżycia, skomplikowane relacje. 



Spektakl ma przemyślaną konstrukcję, znakomity rytm, dobre tempo. Interesującą, złożoną formę. Ważny, uzasadniony pretekst. Dotyczy naszej rzeczywistości, momentu gdy budzą się demony wojny, rośnie w siłę w nowej, aktualizującej się formie nacjonalizm, rasizm, antysemityzm i chce o tym mówić językiem pamięci, emocji. Reżyserski pomysł i realizacja /brawo Damian Josef Neć!/ , by wszyscy razem usiedli do stołu i wspólnie, teatralnie, przeżywali HAGADĘ, zmierzyli się z odradzającymi problemami, które wizualizują  wokół zgromadzonych się w kolejnych scenkach, odsłonach, jest doskonały. Pozwala przybliżyć się do opowiadanych historii, przeżyć je silniej, jakby się bezpośrednio brało w nich udział.  Wszystkie części są wyważone, lapidarne ale treściwe, w efekcie bogate emocjonalnie. Łączą bardzo osobiste, rodzinne intymne zwierzenia, obserwacje, wspomnienia, które jednocześnie ilustrują zjawiska, problemy, losy, doświadczenia zbiorowe.  Duchowa, religijna sfera przenika tą fizyczną, realną, materialną. Polityczną. Cały przekaz jest solidnie uwiarygodniony, dokonuje się z perspektywy bohaterów, którzy są Żydami polskimi. Obserwujemy więc poszerzony historycznie dowód na to, jak doświadczają oni groźnych skutków antysemityzmu, które prowadzą do poniżania, upodlania, wykluczania, wypędzenia, wykorzenienia, eksterminacji. Wciągają w swoje zło i czynią z ofiar katów i jak trudno przychodzi to zrozumieć, ocenić. Bo nie tylko czas Holocaustu gotował ludziom los bardzo okrutny i  skomplikowany/bardzo udana scena spotkania Ślązaczki  Anny Lise/Sebastian Perdek/ z Polakiem pracującym w Auschwitz /Kamil Studnicki/ ale też Marzec '68.

Rzeczywistość sceniczna jest bezdyskusyjna, ma barwę jednoznacznie brunatną.  Pozbawioną cienia nadziei, optymizmu, który by prowadził do ostatecznego rozwiązania konfliktów, unieważnienia pretensji, zadośćuczynienia doznanych krzywd. Polacy wychłostani są za wszelkie krzywdy, błędy przeszłego i teraźniejszego grzechu zaniechania, współuczestniczenia w haniebnych zachowaniach, działaniach, czynach. Bardziej nawet niż Niemcy obciążani są winą/postawa Polaków w czasie wojny i wypędzenie około 13 tysięcy Żydów polskich -Marzec '68/. W końcu o nich ten spektakl jest.

W tym kontekście dokonuje się coś bardzo dziwnego. Tak mocna wypowiedź teatralna-solidnie przygotowana, przekonująco zagrana- jest ostrym oskarżeniem. Czy do końca sprawiedliwym, obiektywnym? Sztuka upominając się o każdego człowieka tak dobitnie, posiłkując się argumentami nie do podważenia, może wywołać efekt odwrotny od zamierzonego. Może spowodować odruch obronny, odrzucający lub zamykający się na przesłanie sztuki, wycofania.  Każdy z widzów przychodzi ze swoją historią, jest nośnikiem własnej wersji prawdy, będącej wypadkową tego, co wie o swoich przodkach, o sobie, o świecie wokół. Zależy od wyznania i światopoglądu. I niekoniecznie prawda sztuki i indywidualnego widza jest kompatybilna. Oczywiście, nie musi być. Spektakl może to zignorować, pominąć, nie brać w ogóle pod uwagę. Ale czy słusznie?

Rachunku krzywd nigdy się nie wyrówna. Nie odstanie się to, co się dokonało. Ważne natomiast jest, by wszyscy zawsze pamiętali, mogli wypowiedzieć, co ich dotyka, dręczy, boli, niepokoi, unieszczęśliwia. Co jest niesprawiedliwe, podłe, nikczemne. Niedopuszczalne. I co nie powinno się już nigdy powtórzyć. Nie może być to działanie jednostronne. Bo w sposób naturalny, automatyczny nie przekona, nie wzbudzi empatii, nie zadziała. Nie osiągnie celu. Prawda jest zawsze o wiele bardziej złożona niż się przedstawia, niż nam się wydaje. Dobro, prawdę nie jest łatwo, prosto głosić, jeszcze trudniej wdrażać w życie.  Wymaga wiary i siły. Zło zazwyczaj lepiej sobie radzi. Idzie jak taran. Tym bardziej komunikacja, próba doprowadzenia do zrozumienia musi być prowadzona długofalowo i mądrze. Rozmowy, drążenie problemów, poznawanie się nawzajem nigdy nie powinno się kończyć. Jeśli trzeba, powtarzać należy ciągle to samo od początku do końca, bez kłamstw, przemilczeń, zatajeń, manipulacji. Nie chodzi o to, byśmy byli wszyscy tacy sami. Najważniejsze, by była w nas zawsze dyspozycja otwartości, gotowość do wsłuchania się, co innym, obcym, nieznanym i nam samym, tak naprawdę w sercu gra, płacze i śpiewa. Musimy się mentalnie aktualizować, rozwijać i w efekcie działać, przeciwdziałać. Reagować. W tym sensie HAGADA NA POLSKĘ jest niezbędna, koniecznie potrzebna. Oczywista. Obejrzyjcie ją, przeżyjcie. Ciekawe, co poczujecie. Powodzenia.:)



HAGADA NA POLSKĘ
na podstawie tekstów Hagady na Pesach, historii rodzinnych i polskiej rzeczywistości

reżyseria i scenariusz: Damian Josef Neć
scenografia: Maciek Czuchryta&Marta Wieczorek
muzyka: Agnieszka Szczepaniak
video (self tapes): Dominika Kachlik, Sebastian Perdek

Obsada:
Marysia (Miriam): Dominika Kachlik
Zosia/Miss Holocaustu: Katarzyna Skarżanka
Polonia/Wolski: Natalia Łągiewczyk
Kamil/Julian/Ziemkiewicz: Kamil Studnicki
Sebastian/Anna Lise: Sebastian Perdek

Spektakl jest efektem pracy podczas Kursu Mistrzowskiego na Wydziale Reżyserii pod opieką Pawła Łysaka.

premiera:20 lutego 2018r.
* cytat pochodzi ze strony informacyjnej spektaklu http://tcn.at.edu.pl/spektakl/hagada-na-polske/