poniedziałek, 15 stycznia 2018

ZAMORDUJ EUROPEJCZYKA. ZAMORDUJ GO!... CHRISTOPHER MARTHALER NOWY TEATR

W ramach cyklu wykładów JAK TEATR PRZESTAJE BYĆ TEATREM, ŻEBY TEATREM POZOSTAĆ prowadzonych przez Piotra Gruszczyńskiego w Teatrze Nowym można było obejrzeć spektakl Christophera  Marthalera ZAMORDUJ EUROPEJCZYKA. ZAMORDUJ GO!..., zarejestrowany po jego 14-letniej obecności na scenie Volksbühne w Berlinie. Spektakl, który stał się legendą, wpłynął na poetykę teatru Marthalera i przyniósł mu sławę.

Dobrze, że można było go zobaczyć. Minęło od jego premiery w 1993 roku już 25 lat, wiele się zmieniło w teatrze, na świecie, w nas. Co z tego przekazu, syntetycznie podsumowującego bardzo ważny moment w historii Niemiec/upadek muru berlińskiego, zjednoczenie Niemiec/ zostało?
Otóż ujawniło się to, co było w nim uniwersalne, ponadczasowe, zawsze ważne. Spektakl dziś oglądany, nawet jeśli tylko w formie rejestracji filmowej, nadal jest aktualny, budzi głębokie emocje, wyzwala silne lęki.

Przedstawia społeczność w zamknięciu, odosobnieniu, w jednej scenografii i kostiumie. W mentalnym, kulturowym, ideologicznym uwięzieniu. Rygorze wyuczonych, powtarzanych, zachowań, przewidywalnych reakcji. W podporządkowaniu.  Grupa, złożona z różnorodnych jednostek/płeć, wiek, zainteresowania, zdolności/ stanowi jednorodny twór społeczny o spójnej konweniencji. Jest nośnikiem tego świata, który odszedł. Mur berliński  został zburzony, Niemcy się zjednoczyły ale w bohaterach sztuki nic się nie zmieniło.  Stanowią monolit jak arystokracja w ANIELE ZAGŁADY Luisa Bunuela. Jej przedstawiciele ukształtowani, zdefiniowani przez przeszłość, klasę społeczną, którą reprezentują, przychodzą na  skromną burżuazyjną kolację i nie wiedząc dlaczego nie potrafią, nie są w stanie, nie mogą już tego miejsca, w którym są, opuścić. Pozbawieni formy, coraz bardziej sfrustrowani, zdesperowani, osaczeni stają się w stosunku do siebie okrutni, prymitywni i źli. Wychodzi z nich zwierzęca natura. Nie są w stanie przekroczyć raz wytyczonych granic, dokonać wolty, pokonać nawyku, wyuczonego odruchu,  zmienić mentalności, w której tkwią. Oderwać się od samych siebie, uwolnić od świata, który istnieje poprzez nich ale tak naprawdę należy już do przeszłości. Martwej, pustej, bezpłodnej. Niemożność wyjścia to demaskuje. Zmiana nie nastąpi, bo nie może nastąpić.

Przedstawiana w sztuce Marthalera społeczność jest ukształtowana przez czasy socjalistycznej ideologii NRD, kiedy kraj był rewirem całkowicie zamkniętym. To ludzie wydający się być w stanie choroby, upośledzenia, z dysfunkcją psychiczną. Są prości, zdyscyplinowani, ubezwłasnowolnieni przez system, który wrastał w nich przez całe życie, tak, ze teraz instynktownie ulegają rygorowi uroczystości patriotycznej. Wspólnie śpiewają stare ludowe, wojskowe, wojenne piosenki niemieckie. Czuje się wpojony im dryl, narzuconą dyscyplinę. Na znak ustawiają się w kolejce do łazienki, myją ręce, wycierają i w porządku wracają na swoje miejsca. Od czasu do czasu jedna z osób otwiera drzwiczki do pieców, sprawdzając, jak się w nich pali.  Słyszymy wydobywający się z nich śpiew. Może to się kojarzyć z obozami koncentracyjnymi, z holokaustem, co jest wpisane w historię niemiecką. Duchy przeszłości dają o sobie znać, choć nie robi to na nikim wrażenia. Natomiast dźwięki muzyki poważnej/Wagner?/ dochodzące z piętra wyżej powodują, że wszyscy unoszą głowy do góry, uważnie słuchają. Świat wrażliwości, wartości wyższych jest poza ich zasięgiem. Zachowują się złośliwie, obscenicznie, jak osoby zaburzone i nie jest to wyuczony kamuflaż, by przetrwać. Jest też osoba, która się wyłamuje z  podporządkowania/nie reaguje, nie śpiewa/.  Nie wykazuje inicjatywy. W ten sposób się buntuje lub chce zachować neutralność, stosując bierny opór, zachowując milczenie, choć i tak to niczego nie zmieni. Za stary, zbyt wycofany, słaby jest wyjątkiem. Większość i tak robi swoje/patrz: zdjęcie/.

Smutny to obraz stanu wypalenia, wyczerpania, degeneracji, dysfunkcji człowieka,społeczności. Sytuacji, która nie daje nadziei, bo czas się dla niej zatrzymał/zegar z tą samą godziną/. Zasklepienia w przeszłości, w tym co już przebrzmiałe, puste, nieproduktywne. Sztuka pozostaje przestrogą. Pokazuje, że zmiany zewnętrznego świata, jakie by nie były, nie mają do niektórych ludzi, grup społecznych dostępu. Ci żyją w przeszłości, w jej wartościach, ideologii. Nie mogą sięgnąć po to, co zmiany oferują, bo sami nie potrafią się dostosować. Ta zachowawczość, skostniałość kręgosłupa wewnętrznego jest hamulcem postępu. Prowadzi do wykluczenia, do zepchnięcia na margines. Do uwięzienia bez więzienia. Bo jest to stan mentalnego zniewolenia, który nie pozwala skorzystać z nadarzających się okazji transformacji. Można zburzyć mur berliński, zmienić świat cały, tylko nie ten, który wrósł w ludzki genotyp wraz z tresurą ducha, zniewalając wolę i ciało. Powodując, że wolność może być wokół  ludzi ale nie w nich samych. I nie można wtedy zdjąć tego gorsetu nabytych cywilizacyjnych opresji, zrzucić zbroi dotychczasowej formy, wyjść z siebie dawnego. Gdziekolwiek się jednak znajdują, są nośnikami zachowawczości, tego co martwe, zużyte, co stanowi zagrożenie/np. nacjonalizm, faszyzm, socjalizm/. Jest zarzewiem potencjalnej reaktywacji zła. Póki żyje fizycznie. Nic dziwnego więc gdy spektakl w takiej sytuacji prowokuje i woła: "ZAMORDUJ EUROPEJCZYKA. ZAMORDUJ GO!..."

Forma spektaklu dziś ani nie zaskakuje, ani nie inspiruje. Spotykana jest często w naszych teatrach. Jesteśmy z nią już doskonale oswojeni. To uzmysławia, że może i ona się już zużyła i tu musi nastąpić radykalna zmiana. Do dzieła więc, drodzy artyści, zamordujcie już tę  formę, zamordujcie ją. Powodzenia:)


https://goingapp.pl/evt/1336094/jak-teatr-przestaje-byc-teatrem-zeby-teatrem-pozostac

piątek, 12 stycznia 2018

ANIOŁY W AMERYCE TR WARSZAWA NOWY TEATR



Mamy szczęście, mamy ANIOŁY W AMERYCE. Są dowodem na istnienie sztuki wysokiej, niezniszczalnej, dostępnej, która mimo upływającego czasu jest nadal aktualna, świeża, artystycznie mocarna. Działa. To splot zdarzeń nie do przecenienia: doskonały, wielokrotnie nagrodzony tekst Tony'ego Kushnera, fenomenalne, dojrzałe, perfekcyjne aktorstwo całego zespołu, kompozycja wizualizacji plastycznej, aranżacji muzycznej, dramaturgicznej konsekwentnej i spójnej koncepcji oraz wrażliwej, wierzącej w człowieka i teatr reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego.  Ważne jest to, że ten wielowątkowy spektakl bazujący na konkretnej sytuacji społeczno-politycznej lat 80-tych ubiegłego wieku, Ameryki Ronalda Reagana-dotyczący poszukiwania tożsamości/też seksualnej/, wyborów moralnych i etycznych,  stylu życia, AIDS, duchowości, religijności, problemów rodzinnych, społecznych, homoseksualnych, niezrozumienia, sumienia, cierpienia i śmierci- ma wymiar uniwersalny, głęboko psychologiczny, bardzo mocno angażuje emocjonalnie. Przedstawia bohaterów sztuki w sposób, który budzi w stosunku do nich empatię, wywołuje współczucie, zrozumienie, akceptację. Konstytuuje tolerancję. Sprawia, że jesteśmy po ich stronie. Z nimi. Nimi. Tak silne wniknięcie w motywacje, stan psychiczny, emocjonalny, sytuacje życiowe wszystkich postaci skutkuje tym, że sztuka ta zwykłych zjadaczy chleba, w aniołów przerabia. Pozytywnie nastraja, przeprogramowuje. Wynosi ponad poziomy. Pozbawia wszelkiego lęku przed INNYM, OBCYM, NIEZROZUMIANYM/też w nich samych/. Bez poczucia wrogości, bez obojętności dystansu, bez zachowania rezerwy.  Pozwala silnie współodczuwać i mądrze rozumieć. Bezpiecznie utożsamiać się. Przeżywać. Śnić i marzyć.

Ta umiejętność artystycznego wciągnięcia widza w sprawy, przemiany, które uruchamia spektakl- bez fałszu, zakłamania, manipulacji- uwiarygodniane przez mistrzostwo gry aktorów, ich osobowości powoduje, że intuicyjnie czuje i wierzy on w przekaz odwołujący się do dobra w człowieku, bo odnajduje w w tym obrazie scenicznym realne, ważkie, bliskie mu własne problemy. Tożsame, skomplikowane w całej złożoności i splątaniu jego życie. Sztuka wizualizuje, to co jest znane ale wypierane, ukrywane, wstydliwe i pokazuje, jak człowiek sobie z tym radzi lub nie radzi. Jak się zmaga z własną niedoskonałością, słabością, nieprzystosowaniem. Nie unika śmieszności, ironii, obsceny, wulgaryzmów, bólu i cierpienia. Walczy o człowieczeństwo w każdym człowieku dla drugiego człowieka. Obnażając go w archetypie niełatwej, nieprostej prawdy o nim. Czule, poetycznie, metaforycznie. Poprzez fizjologię i duchowość. Realność i metafizykę. Bunt, który ewoluuje ku afirmacji życia i śmierci. Ku  temu, co nieuniknione, niepojęte, niesprawiedliwe. Ale właściwe, konieczne, dobre. Zaspokaja potrzebę zrozumienia, wybaczenia, akceptacji. Wspomagania za wszelką cenę. Zwłaszcza za cenę miłości własnej.

Przejmująco sugestywna, pełna, iskrząca życiową prawdą jest rola Andrzeja Chyry, wstrząsająca doskonałej Danuty Stenki, rozczulająca wspaniałej Mai Ostaszewskiej, poruszająca silnie sympatycznego Macieja Stuhra, współczująca, wyrazista, zaskakująca Tomasza Tyndyka, anielsko intrygującej Magdaleny Cieleckiej, naturalna Jacka Poniedziałka, ujmująca Rafała Maćkowiaka. Genialna Stanisławy Celińskiej /dawniej/ i Mai Komorowskiej/obecnie/ otwierającej spektakl.

Genialny spektakl, arcydzieło teatralne bawi i wzrusza. Daje nadzieję. Czasem bulwersuje. Jest intensywne, bogate, mocne. Głębokie i wnikliwe. Piękne. Tak złożone, że nie chciałoby się nigdy z nim, jego bohaterami rozstawać. Nic dziwnego, że wielu widzów wielokrotnie go ogląda, nawet za każdym razem, gdy tytuł wraca na afisze TR Warszawa i Nowego Teatru.



ANIOŁY W AMERYCE  Tony Kushner

reżyseria: Krzysztof Warlikowski
przekład: Jacek Poniedziałek
scenografia: Małgorzata Szcześniak
muzyka: Paweł Mykietyn
światła: Felice Ross
film: Paweł Łoziński
zdjęcia filmowe: Kacper Lisowski
songi:Adam Falkiewicz

obsada:

Roy M.Cohn– Andrzej Chyra
Joe Porter Pitt–Maciej Stuhr
Harper Amaty Pitt–Maja Ostaszewska
Prior Walter–Tomasz Tyndyk
Louis Ironson–Jacek Poniedziałek
Belize, Mr.Ściemniacz–Rafał Maćkowiak
Anioł, Emily–Magdalena Cielecka
Hannah Porter Pitt, Rabbi Izydor Chemelwitz–Maja Komorowska, Małgorzata Hajewska-Krzysztofik
Martin Heller, Aleksiej A.Prelapsarianow–Zygmunt Malanowicz
Ethel Rosenberg–Danuta Stenka Dorota Landowska
Lekarka–Dorota Kolak


premiera:17.02.2007

Nagrody dla Tonego Kushnera: Pulitzera, dwie Tony Awards, dwie Drama Desk Awards, The Evening Standard Award, The New York Critics Circle Award, The Los Angeles Drama Critics Circle Award i The LAMBDA Liberty Award for Drama

Nagroda im. Konrada Swinarskiego dla Krzysztofa Warlikowskiego
Nagroda im. Aleksandra Zelwerowicza dla kreacji Mai Ostaszewskiej i Andrzeja Chyry

Francuski Związek Krytyków Teatru, Muzyki i Tańca uhonorował "Anioły w Ameryce" Tony'ego Kushnera w reżyserii Warlikowskiego za "najlepsze przedstawienie zagraniczne" w 2008.

zdjęcia: 1. https://www.facebook.com/photo.php?fbid=1234319939993020&set=a.829275593830792.1073741835.100002450763678&type=3&theater
2. B.Bajerski

piątek, 5 stycznia 2018

RACHATŁUKUM TEATR STUDIO

Monodram dla dorosłych w wykonaniu Marcina Bosaka to spotkanie z męskim światem  wzlotów i upadków, seksualnych przygód, uwikłań i splątań, które bardzo komplikują życie jego scenicznego bohatera o  temperamencie, mentalności i psychice tak porąbanej, odjechanej, wypaczonej i niedojrzałej, że trudnej do ogarnięcia. Aktorowi jednak z sukcesem udaje się przeprowadzić widzów przez piekło doświadczeń swego bohatera. Najpierw  jego wyznania  budzą zainteresowanie, później intrygują, mogą powodować wzburzenie, może niektórych nawet szokują.  Jest szansa przejścia od stanu zażenowania i litości do zrozumienia i współczucia. Uczestniczenia w niezłej emocjonalnej jeździe! Nie jest to intymna samokrytyka, wstydliwa spowiedź, cicha wiwisekcja a efektowne, zaczepne, wyuzdane show.

Bohater jest hedonistą. To wolny, wyzwolony, nieskrępowanie eksperymentujący, podejmujący ryzyko i artysta, i mężczyzna. Korzysta z życia bez skrupułów, bez ograniczeń, bez wyrzutów sumienia. Leci w relacje międzyludzkie, ryzykowne przygody bez trzymanki, bez norm i zasad. Bez zobowiązań i odpowiedzialności.  Galopuje, ledwie zauważając, że używa innych nie bacząc na konsekwencje. Uprzedmiotawia siebie poprzez uprzedmiotowianie innych. Zatraca się w łatwo dostępnym  tak zwanym szczęściu, które jest tylko zaspokajaniem żądzy. Spuszczaniem nakręconego wcześniej napięcia. A ponieważ to jego szczęście nie jest wartością, postacią czystą, szczerą, prawdziwą, a chwilową tylko przyjemnością, bohater podkręca emocje, przyśpiesza, całkowicie nie zauważając tego, co dla niego jest najważniejsze, dobre, prawdziwe. I co przegapia. Co mu umyka. Przechodzi obok. Staje się bezpowrotnie stracone.

Monolog jest analizą życia jakie wiódł, stanu psychicznego, w jaki sam się wkręcił.  Przechodzi w zawoalowany lament, tłumione zdziwienie nad własną głupotą, ślepotą, stępieniem. Brakiem wrażliwości. Zdrowego rozsądku. Chwili opamiętania.  Jest furią niezadowolenia, skutkiem frustracji, krzykiem bólu straty. Wyrazem żałoby. Cały czas gra. Gra.  Jakby celowo przebrał się w szaty pajaca, bo tak się czuje, takim się sam sobie wydaje.  Ku samokrytyce, ku przestrodze obśmiewa, wyszydza, obrzydza, z naddatkiem żółci ironizuje, komentuje. Jakby też obarczał winą, atakował świat cały/tu:publiczność/ za własne błędy, za przegapioną szansę szczęścia, miłości.

Występ odbywa się w kolorowej dyskotekowej oprawie stand-upu  a może peep show lub talk show i adekwatnym kostiumie /srebrzysta marynarka, okulary z oprawkami w formie gwiazd, gigantyczny plastikowy fallus/. Nonszalancja, żałosna w skutkach niedojrzałość bohatera tej historii wydawać by się mogła banalna i płytka a nawet nudna gdyby nie aktorstwo Bosaka. Najpierw zaczepnie drapieżny, mocno wulgarny,  mentalnie i psychicznie ekshibicjonalny, obsceniczny prowokuje, bulwersuje, szarżuje. Leci, oj, leci.Nie przestaje być artystą przekuwającym własne życie w sztukę. Jakby takie były współczesne wymagania, oczekiwania. Trendy, mody. Bosak potrafił jednak dotrzeć do jego jądra ciemności, ocieplić jego wizerunek. Rozumiejąc jego bohatera można mu nawet współczuć. Tęsknić razem z nim za rajem utraconym. Bosak doskonale przeprowadza tę zawoalowaną metamorfozę mentalnego dojrzewania, ten show psychoanalityczny; od bezmyślnego brylowania, zatracania się w żądzy po bolesną świadomość przebudzenia. I za to mu chwała. I dla jego aktorstwa, które zbudowało tak ekstremalną huśtawkę  emocji, nastrojów, postaw warto na tym monodramie być.  Powodzenia.:)

RACHATŁUKUM wg powieści Jana Wolkersa

PRZEKŁAD Andrzej Dąbrówka
REŻYSERIA Sebastian Chondrokostas
ADAPTACJA Marcin Bosak, Sebastian Chondrokostas
SCENOGRAFIA Urszula Bartos-Gęsikowska
CHOREOGRAFIA Anna Bosak
ŚWIATŁO Petro Aleksowski

WYSTĘPUJE Marcin Bosak

czwartek, 4 stycznia 2018

TRYLOGIA O CHORWACKIM FASZYZMIE/CZ.III CHORWACKI TEATR


Oliver Frljić tworzy teatr polityczny, silnie zaangażowany, krytyczny. O rozpoznawalnej estetyce. Stosuje mocne,  bardzo kontrowersyjne, bezkompromisowe środki wyrazu. Budzi skrajne emocje, reakcje, opinie. Dzieje się tak ponieważ stosuje wyraziste gesty, buduje prowokujące, mocne sceny, wprowadza obsceniczne sytuacje, wiarygodne portrety bohaterów. Tworzy pod prąd obowiązujących wykładni, norm, poprawności. Prezentuje swój punkt widzenia i broni go, konsekwentnie pozostaje mu wierny do końca. Nie chowa się za tekstami, treściami gotowych, kanonicznych sztuk. Komponuje samodzielnie, niezależnie, autorsko. Furią, szaleństwem, koniecznością przedstawiania i bronienia swojej prawdy.

W CHORWACKIM TEATRZE Oliver Frljić pozostaje sobą. Nie ma wątpliwości, że to jego sposób porozumiewania się z nami, widzami. Operuje mocnymi, sugestywnymi obrazami, których wymowa podbijana jest głównie adekwatną muzyką, znaną pieśnią. Nie tworzy charakterystyki postaci poprzez dialog, psychologię. To kontekst Frljića  obnaża, piętnuje, stygmatyzuje nieprawidłowości, zakłamanie, hipokryzję, konkretnych środowisk, osób, elit. W związku z tym, by móc zrozumieć właściwie ten krytyczny autorski wywód artysty, należy znać fakty, historię, zachowania w realu prawdziwych, z imienia i nazwiska, bohaterów. Widz polski mógł mieć z tym kłopot, oddziaływanie spektaklu mogło nie być na niego aż tak silne, jak mógłby oczekiwać jej autor. A jednak było.

To, co się działo na scenie, po przedspektaklowym wprowadzeniu opisującym historyczne podłoże sztuki, było na takim poziomie uogólnienia, że przekaz był czytelny. Zwłaszcza, że prowokował indywidualną projekcję widza. Nastąpiło przeniesienie jego własnych obserwacji, doświadczeń, wiedzy na obraz sceniczny, który jest dla Polaków aktualny, teraźniejszy.

W swej sztuce Oliver Frljić dokonuje konfrontacji przeszłości z teraźniejszością dla obnażenia postaw elit chorwackich, szczególnie środowiska teatralnego. Wszystko po to, by móc budować przyszłość na prawdzie. Obnaża koniunkturalizm, hipokryzję, zakłamanie, oportunizm. Oskarża o faszyzm. Upomina się o sprawiedliwość. Można wybaczać ale należy zawsze pamiętać. Frljić  nie chce wybaczyć. Ostrością scenicznej wypowiedzi dąży do ukarania i eliminacji z życia publicznego winnych, do wyrugowania nieprawidłowości, tego co złe, krzywdzące, niesprawiedliwe. Krytyka sztuki jest tak miażdżąca, tak silna, bo warstwa po warstwie zdziera zasłony, kamuflaże, maski z winowajców. Pokazuje nagą, brutalną prawdę. Wywołuje silne emocje.

Spektakl obejmuje trzy okresy: II wojny światowej, wojny domowej w latach 90-tych i okresu współczesnego. Dotyczy przyczyn powracającego, odradzającego się faszyzmu, postaw nagannych, nieetycznych. Zastanawia się dlaczego akceptuje się niesprawiedliwość, przyzwala na zbrodnię. Komponowanymi obrazami scenicznymi, grą aktorską prowokuje do poważnych, fundamentalnych pytań. Pozwala, by widz sam je sformułował, postawił i na nie odpowiadał. Brał odpowiedzialność. Poczuł jej wagę i ciężar. Mocno przeżywał to, co widzi.  Tym samym Frljić przywraca normalność postawy człowieczeństwa. Zło powinno nas tak bulwersować i mocno dotykać, obrażać, atakować, byśmy zmuszeni byli do natychmiastowej reakcji. Byśmy automatycznie wyrażali swój sprzeciw, bunt, coś z tą sytuacją nie do zaakceptowania zrobili. I tak działają spektakle Frljića. Najpierw zaskoczenie śmiałością, bezpośredniością przedstawiania tematów, tsunami emocji, frustracji, dyskomfortu, oburzenia potem zastanowienie czy jest uzasadnione i zgoda na działanie, bo interwencja sceniczna jest słuszna, ma twarde argumenty.  A dlaczego musi być aż tak drastyczna, niech każdy odpowie sobie sam. Moim zdaniem jesteśmy osłabieni, znieczuleni, wygodni, nie chcemy się angażować w sprawy, które nas bezpośrednio nie dotyczą. Odpuszczamy sobie. Chcemy spokoju, poczucia bezpieczeństwa nawet za cenę zdrady człowieczeństwa, ograniczenia wolności, samoupodlenia. To problem stary jak świat, tylko jakby granice moralnej akceptacji zła, nieskuteczności prawa, otwartej, manipulacji się mocno przesunęły. Frljić nie wyraża zgody na to, co w człowieku, społeczeństwie, narodzie, z jego własną zgodą, gnije i umiera, rozrasta się zaraźliwą, martwą tkanką. Swoimi teatralnymi środkami wyrazu trafia w to, co w nas jeszcze intensywnie żyje, kocha i pragnie. Reżyser teleportuje widza w strefę dyskomfortu, sprawia, że trzeba siebie samego sprawdzić, przepytać, przenicować. Jakby każdy przechodził intensywny test sprawdzający kim tak naprawdę jest. Natychmiast weryfikuje, konfrontuje, określa się i definiuje. Zajmuje postawę, głośno ją  wyraża po spektaklu. To sukces, zwycięstwo reżysera. W sensie artystycznym i społecznym. Psychologia jest nie na scenie a na widowni. Scena prowokuje i wyzwala a widownia reaguje i, mam nadzieję, wyciąga wnioski.

Na początku widzimy obraz kurtynę z OSTATNIĄ WIECZERZĄ Leonarda. Gdy unosi się do góry, spektakl się zaczyna. Za stołem siedzi reprezentacja apostołów/8 osób/, w kolorowych togach, które po chwili zrzucają. Kryły brunatne mundury. Gdy aktorzy wstaną i w rzędzie, przodem do widowni się ustawią, zostaną im przypięte piękne białe anielskie skrzydła. Oto zło obleczone w boski atrybut  dobra ma kreować i strzec niczym Aniołowie nowego porządku. Obrazy zmieniają się, ilustrują seksualne wyuzdanie, rozpasanie, które jest władzy narkotykiem, stymulatorem, dopingiem.  Nawiązują do prawdziwej historii Aleksandry Zec, 12-letniej dziewczynki, świadka śmierci matki i ojca, zamordowanej przez sprawców, którzy nie zostali osądzeni, ukarani. Jej postać pojawia się wniesiona na scenę w czarnym worku. Dziewczynka pojawia się też w białej króliczej czapce, trzyma karabin skierowany w żołnierski szwadron stojący ze swym dowódcą na czele przed stołem, na którym leżą nagie ciała ofiar obozu koncentracyjnego. Wymierza sprawiedliwość za niezawinioną śmierć swoją, rodziców i innych ofiar. Jest symbolicznym mścicielem. Ma do tego pełne prawo.

Spektakl rozlicza za zbrodnie dokonane i nieosądzone, nieukarane. Demaskuje. Obnaża. Oskarża. Nie tylko polityków, dysydentów, środowisko artystyczne. Pyta też współczesnych twórców teatru o ich rozumienie misji kulturotwórczej, społecznej, ideowej. O to, czy mogą funkcjonować w rewirze sztuki bez rozpoznania zbrodni, zła, bez brania odpowiedzialności za to, co się dzieje w sferze publicznej, politycznej. Bo teatr ma możliwości sterowania nastrojami, kształtowania postaw, wpływania na mentalność, świadomość, wrażliwość. Nie działa poza systemem. Jak winien się zachowywać? Co powinien robić w sprawie działań maskujących zło wynikające z zachowań faszystowskich, nacjonalistycznych? Czy nie ma obowiązku, by otwarcie się angażować? Frljić zna na te pytania odpowiedzi i już od dawna realizuje swoją misję, walczy w teatrze. Proponuje terapię wstrząsową. Drastyczną, bezczelną, trafiającą w punkt problemów, w splot człowieczego sumienia, poczucia przyzwoitości i sprawiedliwości prostą, choć drastyczną formą. Wywołuje święte oburzenie. Nie pozostawia nikogo obojętnym. Nawet tych, którzy nie widzieli żadnego z jego spektakli. Tworzy teatr, który się wtrąca, skutecznie wdziera w sferę prywatną, publiczną. I staje się punktem odniesienia, dowodem na potęgę sztuki, zbudowanej na wolności, racji artysty, instynkcie walki człowieka o sprawy ważne i słuszne. Bez względu na konsekwencje. Bez względu na to, co z tym- co zobaczymy, usłyszymy, przeżyjemy, zrozumiemy-zrobimy. Powodzenia:)


TRYLOGIA O CHORWACKIM FASZYZMIE/CZ.III CHORWACKI TEATR
reżyseria: Oliver Frljić
dramaturgia: Marin Blažević
scenografia: Petra Veber
kostiumy: Sandra Dekanić
reżyseria świateł: Boris Blidar
asystentka reżysera: Nina Gojić
asystentka dramaturga: Nataša Antulov
inspicjentki: Jolanda Pahor, Sandra Čarapina

obsada: Damir Orlić, Tena Antonija Torjanac, Dean Krivačić, Jasmin Mekić, Jerko Marčić, Nikola Nedić, Dražen Mikulić, Nika Mišković, Jolanda Pahor, Nina Batinić

Spektakl prezentowany w ramach II edycji Festiwalu Sztuki i Społeczności Miasto Szczęśliwe.

„Trylogia o chorwackim faszyzmie” została zainicjowana podczas Letniego Festiwalu w Splicie w 2008 roku, gdzie zagrane zostały „Bachantki”, czyli spektakl o ukrywaniu i negowaniu zbrodni wojennych popełnionych przed i podczas wojny w Chorwacji wobec niechorwackich współobywateli."/materiały spektaklu, http://www.powszechny.com/spektakle/trylogia-o-chorwackim-faszyzmie-cz-iii-chorwacki-teatr,s1393.html?ref_page=controller%2Cindex%2Caction%2Cspektakle-goscinne/

https://www.facebook.com/VidKOD/videos/1755341911436505/

środa, 3 stycznia 2018

SUPERSPEKTAKL TEATR POWSZECHNY TEATR 21


Tak, to jest SUPERSPEKTAKL generujący artystyczny supersukces! Począwszy od doskonałej, wielofunkcyjnej, inspirującej scenografii Barbary Hanickiej, co widać już na pierwszy rzut oka, pomysłowych, zabawnych kostiumów, które przygotowała Wisła Nicieja, dramaturgii Justyny Lipko-Koniecznej, która zaskakiwała, spinała i wzmacniała siłę oddziaływania przebiegu zdarzeń sformatowanych przez zespołowy, niebanalny, mądry scenariusz, po głównych bohaterów: aktorów Teatru 21 i Teatru Powszechnego, bez których nie byłoby tylu wzruszających momentów, zwrotów akcji, ciekawych wrażeń. Publiczność też była niezwykła: zaangażowana, aktywna, żywo reagująca. Brawo!

To było moje pierwsze spotkanie  z Teatrem 21, skupiającym osoby z zespołem Downa. Dotąd nie widziałam jego spektakli. I żałuję. Mają charakter, wyraz, tworzą nastrój nie do podrobienia. Spełniają niezwykłą supermisję. Dowodzą cudownego działania sztuki, która burzy wszelkie bariery dla wspólnego tworzenia, wyrażenia potrzeb, marzeń grupy i siebie. I nie chodzi o to, że spotykamy się w teatrze, by się tylko wzajemnie poznać, ale też zrozumieć i poczuć ducha artystycznej przygody. Twórcy wypracowali wspólną przestrzeń rozważań na tematy, które są im bliskie, dla nich ważne. Publiczność uczestnicząc w spektaklu ma szansę odkryć, że dla niej również.

Spektakl ma formę performatywną, wydaje się, że improwizowaną, na bieżąco tworzoną akcją. Oczywiście ta lekkość, spontaniczność to udane teatralne złudzenie. Wszystko jest dokładnie przemyślane i przygotowane. Profesjonalnie, solidnie wypracowane. Już pierwsza scena, gdy słyszymy wielogłos dochodzący z czarnej konstrukcji wbijającej się klinem w widownię, dotyczący tego, czego się boimy, daje do myślenia. Musimy przywołać obraz wypowiadanych lęków, nie widzimy ich przecież. Zastanawiamy się nad swoimi. Gdy ściany czarnego wieloboku/statku?, skały?/ się rozsuną zobaczymy w gablocie kostium Batmana. Dowiemy się, że jednak nie może być wykorzystany w spektaklu jako zastrzeżony prawami autorskimi znak firmowy.  Podobnie pozostali znani z komiksów superbohaterowie nie mogą brać udział w projekcie. Jeden z aktorów w makijażu Guya Fawkesa /komiks "V jak Vendetta"/, ubrany w bluzę z napisem REBEL czyta bezduszną odmowę przedstawicielki właściciela, wymienia ją z imienia i nazwiska, w końcu nie zgadzając się z nią, drze list na strzępy.

Aktorzy nie rezygnują, postanawiają wykreować własnych superbohaterów, odpowiadając na pytanie jaka supermoc im pomoże w spełnieniu ich  potrzeb, marzeń, fantazji. Mają koszulki z zaprojektowanym logo. Mogą działać. Realizować własne pomysły, wyrażać siebie, to, co jest dla nich najważniejsze. Co boli, kompensuje, ale też bawi. Poznajemy procedurę stawania się superbohaterem, która uwalnia zwykłego śmiertelnika od wszelkich ograniczeń. Wyzwala go, odrywa od ziemi, ośmiela, dodaje odwagi. To udawadnia, że nie tyko można ale i trzeba marzyć, szukać w sobie samym siły do zmagania się z wszelkimi przeciwnościami. Należy wykazać się inicjatywą,  brać sprawy w swoje ręce. W grupie jest łatwiej, raźniej, radośniej. A jak się jest razem, można stworzyć nie tylko Superbohatera ale i założyć Superpartię z programem, który wspólnie redagują jej członkowie i zaproszeni chętni widzowie. Wybrany jest też w zabawnym talent show, Pan Wąs, nowy superbohater, który niestety, natychmiast staje się tyranem, narzucić chce dyktaturę. Uczymy się wszyscy razem, że złudna jest wiara w siłę superjednostki, bo prowadzi  na manowce złowrogiego totalitaryzmu. Pozostaje więc wiara w zjednoczoną niedoskonałość, na pozór nic nieznaczącą słabość.  Przecież wiemy, wiemy to bardzo dobrze, że tak naprawdę nobody's perfect.

Chodzi więc o to, by zaakceptować siebie i innych takimi, jakimi jesteśmy.  By być razem. Starać się. Dawać z siebie wszystko, co najlepsze. Z dobrej, nieprzymuszonej woli. We wzajemnym szacunku, na siebie otwartości. Nie tylko dla nauki, z powodu powinności, dla zasad ale może przede wszystkim dla radości. Poczucia, że zwykli, niedoskonali ludzie, jakimi wszyscy jesteśmy, w tym wysiłku są superbohaterami i wypełniają wspaniale fantastyczną supermisję.

Dlatego podoba mi się, że repertuarowy teatr i jego profesjonalni aktorzy pracują z niepełnosprawnymi amatorami aktorami. Każdy ma coś do zaoferowania. Każdy coś zyskuje. Razem tworzą, wspomagają się, inspirują. Publiczność bierze z nich przykład i chętnie angażuje się we wspólną przygodę i myślę, że wychodzi z tego spotkania podbudowana, wzmocniona, wzruszona. Z poczuciem, że teatr to my, kimkolwiek jesteśmy, bez względu na to czy zajmujemy miejsce na scenie czy widowni. Teatr staje się wspólną przestrzenią spotkania, porozumienia budowanego przez sztukę.


SUPERSPEKTAKL
dramaturgia: Justyna Lipko-Konieczna
scenariusz (na podstawie improwizacji aktorów): Justyna Lipko-Konieczna, Justyna Sobczyk i Jakub Skrzywanek
scenografia: Barbara Hanicka
kostiumy: Wisła Nicieja
ruch sceniczny: Justyna Wielgus
muzyka: Kamil Tuszyński
reżyseria światła: Piotr Pieczyński
wideo: Wojtek Kaniewski
koordynacja produkcji: Katarzyna Stępniak
inspicjent: Barbara Sadowska

obsada: Magdalena Koleśnik (TP), Aleksandra Skotarek (T21), Julia Wyszyńska (TP), Jacek Beler (TP), Grzegorz Falkowski (TP), Adam Kowalewski (T21), Michał Pęszyński (T21), Piotr Swend (T21)

premiera:11.11.2017


GOLEM TEATR ŻYDOWSKI


W GOLEMIE Mai Kleczewskiej pamięć jest głównym, przewodnim tematem, bohaterem, problemem. Ona jest najważniejsza. I również walka o nią. Czas, polityka, fatum, człowiek ją zaciera, udziwnia, wypacza, zakłamuje, uśmierca. W jaki sposób zachować ją w formie niezdeformowanej, nieprzetworzonej, czystej? Jak o historii mówić, jak ją utrwalać, przechowywać? By nie była martwa, pusta, nic nie znacząca. Unieważniana. By nadal świadczyła prawdę o istocie rzeczy.

GOLEM  ma zbawić, uratować świat. Ocalać od zapomnienia. Może być wszystkim. Zależy, co mu jego stwórca, człowiek, swoim tchnieniem, potrzebą, koniecznością przypisze, jakie nada mu znaczenie, czego go nauczy, co w niego wgra, jak go zaprogramuje.  Mityczny twór z gliny i mułu to tylko punkt wyjścia. GOLEM może być robotem, dziełem Frankensteina, fantomem, androidem, hostem, duchem, zjawą, człowiekiem, wszystkim innym. To nośnik pamięci, bo o nią tu chodzi. Ale też o każdego widza. To jego percepcja rejestruje, układa, tworzy ostateczną kompozycję z proponowanych przez artystów skrawków opowieści, postaci, tekstów, sytuacji, obrazów. Widz więc w pewnym sensie staje się też Golemem, tyle tylko, ze sam dla siebie w dowolnym czasie, z wybranej przez siebie perspektywy, we własnym tempie, kombinacji, intensywności zwiedza tą przestrzeń galerii czy muzeum z eksponatami, instalacjami, obiektami teatralnymi, bo nie ma tu podziału na scenę i widownię. Komponuje i zapisuje obraz, który zostanie w jego pamięci. Te same zdarzenia każdy z widzów inaczej zarejestruje, utrwali. Przeżyje. Sam dokona wyboru, podejmie decyzję z jak bliska, w jakiej kolejności zapozna się z tym, co proponują artyści. Ale i zda się na przypadek, poprowadzenie przez aktorów. Podąży za propozycjami scenicznymi aranżowanymi w różnych miejscach w tym samym czasie jednocześnie. W pełnej wolności. W nieskrępowanej ekspresji. Bez przymusu. Bez rygoru konwencji, kanonu, przyzwyczajeń. Bez żadnych ograniczeń. Sam bezpośrednio nie wchodzi w interakcje. Ale on sam ma znaczenie. Stapia się, doskonale komponuje z  poszczególnymi scenami, obiektami, instalacjami. Jak w tym obrazie lustra weneckiego, które łączy, stapia osoby znajdujące się po obu jego stronach. O tę jednię tu chodzi. O to stopienie, wzajemne przenikanie. Oddziaływanie. Tworzenie. Proces utrwalania, wzmacniania poprzez sztukę.

Widz, który ma się otworzyć i czuć nieskrępowany podczas spektaklu, wkracza w przestrzeń ogromną, otwartą. Jak do nowoczesnego muzeum, galerii, teatralnego miejsca pamięci. W odgrywane światy równoległe, które się zapętlają, powtarzają, reprodukują po wielokroć, w założeniu bez końca, bez początku. Spotyka osoby, zjawy, powidoki, zmaterializowane wizje, wspomnienia, relacje przyjmujące kształt i formę figury wyobrażeń, pamięci, przeczuć, podejrzeń, obaw. Wizualizujące się stany emocjonalne i psychiczne. Obrazy przyczyny i skutku. Motywacje tych, którzy przeżyli zagładę i nie chcą o niej mówić i przyszłe pokolenia, które przeczuwają grozę skrywanej tajemnicy ale chcą się z nią zmierzyć. Widz podejmuje decyzje, dokonuje wyboru. Lub porusza się trajektorią przypadkową, kierując się instynktem, ciekawością. Spektakl jest produkcją Teatru Żydowskiego więc i on jest tu bohaterem. I historia Żydów. I Holocaust. I świat cały. Spektakl pęcznieje, przechodzi w kolejne poziomy, porusza różne tematy, rozpracowuje alternatywne podmioty znaczeń. Ma formę niezwyczajną, wyjątkową, nowatorską.

Ten spektakl, performens, instalacja, projekt dekonstruuje i konstruuje. Składa, łączy historie, narracje, wspomnienia, interpretacje w sposób nieoczywisty, nielinearny, odrębny. Modeluje. W potrzebie poznania  konieczności rozwikłania, ustalenia, odkrycia tożsamości.  Pobudzenia indywidualnego przeżywania widza. Może najmniej dąży do zrozumienia. Tworzy możliwości. Widzowie swobodnie poruszają się w teatralnej rzeczywistości. Wydaje się, że mają  kontrolę. Decydują o wszystkim.  Ale tak nie jest. Mają poznać działanie pamięci, która przyjmuje różną formę, kształt, postać. Fragmentaryczną w treści, zaskakującą w emocjach, rozszerzaną poprzez skojarzenia. Przywracają pamięć wypartą, wypieraną. Przemilczaną, zamilczaną. Ukrytą. Cierpiącą. Toksyczną. Skazaną na śmierć przez żywych i umarłych.

Spektakl w reżyserii Mai Kleczewskiej z dramaturgią Łukasza Chotkowskiego jest niezwykły, wyjątkowy, zjawiskowy. To uruchomienie, uaktywnienie widza, wpisanie go w obraz sceniczny, nadanie jego obecności statusu szczególnej ważności, zaproszenie go do procesu twórczego jest nie do przecenienia. Inaczej dociera przekaz gdy się do aktorów można zbliżać jeśli się tego chce, potrzebuje. Inaczej zupełnie się przeżywa, gdy można obserwować w epicentrum instalacji, gdy widz prowadzony jest przez obiekt/aktora za rękę. Gdy osoba widza, jego rzeczywistość, jego pamięć, prawda stapia się z tą inicjowaną teatralnie na żywo. To rozbija obojętność, skraca dystans, działa  ekspansywnie, z efektem nie do przewidzenia. Tego doświadczenia nie da się z niczym porównać. Kolejnym przekroczeniem byłoby wchodzenie widzów w różne role, granie postaci. To by prowokowało jeszcze silniejsze zaangażowanie i  oddziaływanie sztuki. Na pewno byłoby trudniejszym, bardziej wymagającym, bardziej ryzykownym do przeprowadzenia artystycznie i logistycznie przedsięwzięciem. Ale jest to możliwe.

DYBUK był wprowadzeniem, przygotowaniem, powtórką z mitologii, tradycji i kultury żydowskiej dla poradzenia sobie ze stratą, dla ocalenia pamięci, świadomości, własnej tożsamości, sensu i spełnienia. MALOWANY PTAK to kontynuacja, konfrontacja z tym, jak pamięć pracuje, jak działa, jak się zmienia, jak jest interpretowana, w jakim celu wypierana, manipulowana, obrabiana. Do czego użyta. To wstrząsające oskarżenie i pytanie o sprawiedliwość, o kondycję, naturę człowieka, relacje międzyludzkie, winę i karę, bo to człowiek człowiekowi jest w stanie wyrządzić największą krzywdę. GOLEM jest projektem z przeszłości dla przyszłości, programem ratunku, koncepcją ocalenia, sposobem zachowania tego, co najważniejsze. Nie tylko faktów ale i emocji, uczuć, przeczuć, tożsamości. Nie tylko wszystkiego, co jest najważniejsze dla Żydów, Teatru Żydowskiego ale dla wszystkich, kimkolwiek jesteśmy. To nauka, że nic nie jest wieczne, dane raz na zawsze, że należy wybaczać lecz pamiętać. Tak, pamięć świadczy, przestrzega, upomina się. Decyduje o przetrwaniu. W tym sensie każdy człowiek jest GOLEMEM. Nie każdy GOLEM człowiekiem.

Nie dajcie sobie wmówić, że ten spektakl nie działa. Doświadczcie go, sprawdźcie na sobie. Tu nie będziecie stawiani pod ścianą, zmuszani do czegokolwiek, uwięzieni w fotelu, w narzuconym czasie. Tu każdy jest wolnym kreatorem. To nieprawda, że te instalacje-obiekty nie składają się w całość. Są też kompatybilne z DYBUKIEM i MALOWANYM PTAKIEM. Wszystko jest doskonale przemyślane. Ten tryptyk jest jednym z najpiękniejszych, najczulszych, najmocniej działających projektów teatralnych, jakie znam. W dodatku mądrym. Wrażliwie uwrażliwiającym.  Mocno angażującym emocjonalnie. Cieszę się, że wszystkie trzy spektakle zobaczyłam, przeżyłam i pamiętam, nadal pamiętam. Na zawsze pozostaną we mnie, ze mną. Poprzez mnie żyć będą dalej i dalej. Jestem GOLEMEM.

Teatr Żydowski swoją najnowszą trudną historią/brak siedziby/, artystyczną działalnością udowodnił, że TEATR to spektakle, byty niezależne same w sobie, i my/artyści, widzowie, wszyscy z nim związani/. Dopóki będziemy pamiętać, czym jest dla nas, jakie może wywołać emocje, reakcje, wrażenia, dopóty będzie istniał. Nawet jeśli nie będziemy potrafili ich nazwać, zdefiniować, opisać. Bo wystarczy nam sił, energii, by o niego walczyć. Powodzenia:)

GOLEM
Reżyseria: Maja Kleczewska
Dramaturgia: Łukasz Chotkowski
Scenariusz sceniczny: Maja Kleczewska, Łukasz Chotkowski
Scenografia, światło, video: Wojciech Puś
Muzyka: Cezary Duchnowski
Kostiumy: Konrad Parol
Asystent reżysera: Damian Josef Neć

Obsada: Gołda Tencer, Barbara Szeliga, Joanna Przybyłowska, Kaya Kołodziejczyk (gościnnie), Małgorzata Gorol(gościnnie), Wanda Siemaszko, Jerzy Walczak, Michał Czachor (gościnnie), Henryk Rajfer, Piotr Sierecki, Marek Węglarski.

W spektaklu wykorzystano fragmenty:

„Kaspar” Petera Handke, tłum. Grzegorz Sinko
„1945 Wojna i pokój” Małgorzaty Grzebałkowskiej
„Golem” Halperna Lejwika, tłum. Olek Mincer
Historie z tomów „Dzieci Holocaustu mówią” – „Turkowice” Adama Pruszkowskiego, „Mała szmuglerka” Jadwigi Kotowskiej, „Szafa świętej Moniki” Andrzeja Czajkowskiego, „Bałam się tylko mamy” Haliny Szostkiewicz i „Dziewczynka, która nie płakała” Margarity Turkow

Premiera 2 grudnia 2017, TR Warszawa / ATM Studio, ul. Wał Miedzeszyński 384

Golem - Premiera III części tryptyku
http://ksiazki.onet.pl/maja-kleczewska-swiadkowie-zaglady-nie-powiedzieli-nam-wszystkiego-wywiad/831er6
http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/252022.html
https://kultura.onet.pl/teatr/z-dystansu-golem-rez-maja-kleczewska-teatr-zydowski-w-warszawie/633696e

wtorek, 2 stycznia 2018

OJCIEC MATKA TUNEL STRACHU STARY TEATR W IMCE


Spektakl OJCIEC MATKA TUNEL STRACHU w reżyserii Wojtka Klemma opowiada o rodzinie w sposób szczególny,  przewrotny, podstępny. Na scenie występuje  aktorska rodzina Peszków. Dojrzały Jan Peszek gra tu dziecko o imieniu Otto, jego syn, Błażej, ojca Johanna a synowa, Katarzyna Krzanowska, matkę Anne. Przyglądamy się portretowi rodziny we wnętrzu dziecięcego pokoju. Na niewielkiej przestrzeni białego kwadratu wypełnionej trzema pastelowymi pufami, wielkimi kolorowymi klockami, dwiema roślinami w doniczkach Johann, Anne i Otto uwięzieni są w świecie rytuału dnia powszedniego, a tak naprawdę niedojrzałości, banalnych, naiwnych zachowań, zwyczajnych obaw i naturalnych lęków.  W permanentnym niespełnieniu, błądzeniu, pogubieniu. Ojciec pracuje przy obsłudze ksera, jest niespełnionym artystą. Nadopiekuńcza, toksyczna matka wychowuje dziecko. Rodzice nie radzą sobie ze sobą, z życiem, nie radzą sobie z wychowaniem syna.  Mimo, że się bardzo starają, nieszczęśliwi, przewrażliwieni, sfrustrowani, słabi powodują, że dziecko dziedziczy wszystkie ich strachy i lęki.  Proces destrukcji relacji rodzinnych, związku małżeńskiego jest powolny, długotrwały, podskórny. Paradoksalnie wygląda niegroźnie, a nawet zabawnie, bo rozmywając się w codzienności, przy braku dobrej komunikacji i bagatelizowaniu problemów skutecznie można ukrywać kłamstwo, maskować prawdę.

Prawie niewidocznie przebiega walka pomiędzy ojcem i matką, niespodziewanie pojawiają się napięcia pomiędzy rodzicami a synem, enigmatycznie sygnalizowany jest wpływ i rola dziadków w tym rodzinnym układzie. Zauważalne są tylko pojedyncze symptomy, znaki. Reakcje, miny, gesty. Niezrozumiałą nieporadność, wstydliwa bezradność wobec kryzysowych, trudnych sytuacji.Ujawniane są  namiastki, strzępy niepokojących informacji. Bagatelizowane są spięcia, neutralizowane pretensje, zagadywane problemy. Dominuje infantylizm. Jakby dziecięce podejście, niedojrzałość miała wszystko usprawiedliwić. Rozmydlić. Pozorna harmonia, ład, zabawa czy bezpieczna, sterylna atmosfera upewniają, że jest to jednak spektakl o prawdziwym życiu.

Okazuje się, że pojawiające się rysy na sielskim, beztroskim, radosnym obrazie rodziny w jej wnętrzu nie znikają a kumulują się i ostatecznie doprowadzają do rozbicia tego toksycznego, niewydolnego układu. Brak rozwiązywania zarówno poważnych, jak i błahych problemów skutkuje katastrofą. Wielką porażką, która jest wypadkową wszelkich błędów i wypaczeń. Zaniechań. Wiecznej niedojrzałości dorosłych. Co stanowi pewne zaskoczenie, bo na pierwszy rzut oka było fajnie i przyjemnie. Ironicznie. Zabawnie. Miło.

Rodzina to interaktywna konfiguracja nieprzewidywalnych wyzwań, do których trudno się przygotować. Nie zawsze oczywistych sytuacji. To gra pozorów. Mozolny proces wspólnego dojrzewania, uczenia, poznawania. Balansowania na linie niepewności, kompromisu, zaufania. W wielkim strachu, głębokiej obawie przed znanym i nieznanym. Ciągłej bezradności wobec nieuniknionego. Permanentnej słabości. Zmieniających się wymagań, obowiązków, powinności, zdarzeń losu. Odpowiedzialności ponad siły. To nieskończone dostosowywanie się do siebie, do sytuacji, które zaskakują i wymagają szybkiej reakcji. A ponieważ każdy człowiek to świat odrębny, niedoskonały a życie jest dynamiczne, zmienne, nigdy nie jest to zbiór puzzli, który tworzy perfekcyjny, idealny obraz miłości i szczęścia. Z pokolenia na pokolenie. Na wieki wieków.

Spektakl ten głównie śmieszy i bawi, rozczula, zaskakuje nieoczywistym, gorzkim zakończeniem. Prosty w treści i formie, nie jest łatwy do zagrania. Tym większa zasługa aktorów, wspaniałej rodziny Peszków. Brawo!


OJCIEC MATKA TUNEL STRACHU
PRZEKŁAD: IWONA NOWACKA

REŻYSERIA I SCENOGRAFIA: WOJTEK KLEMM
KOSTIUMY: JULIA KORNACKA
MUZYKA: DOMINIK STRYCHARSKI
INSPICJENTKA: SUFLERKA EWA WRZEŚNIAK

OBSADA:
KATARZYNA KRZANOWSKA
BŁAŻEJ PESZEK
JAN PESZEK

PREMIERA: 22 MAJA 2015 R

zdjęcie: Teatr IMKA

MĄŻ I ŻONA TEATR POLSKI

MĄŻ I ŻONA Aleksandra Fredry w reżyserii Jarosława Kiliana to bardzo udana produkcja teatralna. Już wchodząc na widownię, siadając w fotelu czujemy, że będzie interesująco, ze będzie wspaniale. Obiecuje to piękna, elegancka scenografia wizualizująca wnętrze domu marzeń w stylu art deco z niepokojącym widokiem, jak z mrocznego horroru, wdzierającym się przez okno.  Zdradza cały zamysł inscenizacyjny komedii, której beztroskę zabawy, perypetii zdrad małżeńskich, komfortowego, próżniaczego życia elit zakłócają symptomy nadciągającej wojny, katastrofy, końca tego przedstawianego świata. 

Poznajemy młodych bohaterów, którzy bezpruderyjnie choć za zasłoną starej, dobrej hipokryzji, śmiało sobie poczynają w  relacjach damsko-męskich. Korzystają z życia, możliwości, każdej nadarzającej się szansy, by zaspokajać swoje zachcianki, potrzeby erotyczne. Rekompensują swoje porażki, wykorzystują sposobność, by osiągnąć własne cele. W tej lekkiej, przyjemnej, słodkiej egzystencji opakowanej luksusem, sprowokowanej nudą widać rysy samotności, zagubienia i dekadencji ludzi goniących za doznaniem rozkoszy, która prowadzi donikąd. Zuchwałość poczynań, płytkość i miałkość gier miłosnych dowodzą  niedojrzałości małżonków,  fasadowości instytucji małżeństwa, braku działania zasad moralnych, które się tu łatwo lekceważy, bez trudu omija, bez wyrzutów łamie. Co prawda młodość musi się wyszumieć, młodość musi eksperymentować, sprawdzić, doświadczyć zanim okrzepnie, wejdzie w stare koleiny ale ta nieznośna lekkość zdrady, akceptacja rozwiązłości, powszechność obłudy pokazuje zmurszałość systemu, który konstytuuje powierzchowność związków międzyludzkich, degraduje moralnie i uczuciowo ludzi.   

Fredro, za nim Kilian, nadal pokazują prawdę o pogoni ludzi za namiastką, iluzją. Zatraceniem człowieka w grze pozorów. Jego balansowaniu na powierzchni, ucieczce przed wnikaniem w głąb, drążeniem istoty rzeczy. Ilustrują naturę człowieka, który mając wszystko/młody, piękny i bogaty/, ciągle niezaspokojony, szybko znudzony, niechętny wszelkiemu wysiłkowi, gorączkowo na oślep nowych podniet, kolejnych obiektów pożądania szuka. Nie boi się konsekwencji, nie obawia błędów. Brnie ślepo w przygodę, podejmuje ryzyko. Gubi miłość, bo wybiera żądzę. I wkłada w to wiele wysiłku, energii. Karmi pychę, zaspokaja próżność. Uprzedmiotawia, co w nim, w innych żywe. Bawi się, nie walczy. W kamuflażu doskonałej formy nęci, przyciąga, mami osuwając się w śmieszność i banał. Niefrasobliwie dobre, wartościowe życie sprowadza do farsy, dziecinnej igraszki.

I jest zabawnie, cudownie. Każdy dostaje to, w co wydaje się mu, że wierzy. Ale chwytając przelotną okazję, traci coś zawsze. W końcu odkrywa, że wymogów życia nie da się oszukać. Zasad ostatecznie złamać. Wszystko wraca na swoje miejsce, choć wiemy, że raz przekroczone granice nigdy nie zamykają się na przeżycie nadarzającej się przygody. Mimo czającej się grozy w tle. Mimo świadomości porażki, nadciągającej katastrofy. Pamięć miłego doznania, pokusa jest zbyt silna.

Taki jest ten teatralny obraz. Doskonały ze skazą. Nutą zepsucia. Wymazywanym cieniem grzechu. Wypieraną perspektywą wojny/zabawa maskami gazowymi, radiowe przemówienie Becka, syrena przeciwlotnicza/. Wszyscy wydają się szczęśliwi, beztroscy, bezkarni. Radzą sobie jak mogą. Prowadzą grę na wielu frontach. Ponętna Elwira Marty Kurzak, zdradzana żona zdradza męża, hrabiego Wacława Maksymiliana Rogackiego z przyjacielem domu Alfredem Piotra Bajtlika. Pokojówka Justysia Lidii Sadowej, ładna, zaradna, sprytna dziewczyna ostatecznie przegrywa, chcąc zyskać najwięcej. Manipuluje, intryguje wykorzystując swoje zalety charakteru, urodę/flirt z Alfredem i Wacławem, próba kompromitacji Elwiry, oczekiwanie, że Kamerdyner z nią wyjedzie/. Tylko Kamerdyner Tomasza Błasiaka zachowuje profesjonalny dystans i dyskretnie, milcząco obserwuje, podejmuje rozsądne decyzje.

MĄŻ I ŻONA w świetnej reżyserii i sugestywnym opracowaniu muzycznym Jarosława Kiliana to wspaniała rozrywka, interesujące, bardzo dobre przedstawienie. Wszystko w nim gra. I zachwycająca, wyrafinowana artystycznie scenografia, i piękne, stylizowane na okres międzywojenny kostiumy Doroty Kołodyńskiej, i ruch sceniczny Iwony Runowskiej, łącznie z symboliczną sceną końcową. Atutem dopełniającym jest zdyscyplinowana, spójna, zespołowa gra aktorska z wybijającą się rolą pokojówki Lidii Sadowej. To młodość, energia, zapał są napędem spektaklu, który pokazuje, że komedia salonowa hrabiego Aleksandra Fredry nadal bawi i uczy. Nadal celnie komentuje rzeczywistość, prześwietla naturę człowieka.

MĄŻ I ŻONA Aleksander Fredro
reżyseria: Jarosław Kilian
scenografia i kostiumy: Dorota Kołodyńska
ruch sceniczny: Iwona Runowska
projekcje: Jagoda Chalcińska
opracowanie muzyczne: Jarosław Kilian

obsada: Maksymilian Rogacki, Marta Kurzak, Piotr Bajtlik, Lidia Sadowa, Tomasz Błasiak

premiera: 18.05.2017