czwartek, 19 października 2017

W MROCZNYM MROCZNYM DOMU TEATR NARODOWY


W MROCZNYM MROCZNYM DOMY,  gdzie panuje przemoc, rządzi alkohol, nie ma miłości, brakuje troski, pozytywnego wzorca, nie można liczyć na wsparcie, pomoc, zrozumienie dzieci pozostawione są same sobie, muszą dawać sobie radę same. I wpadają w jeszcze okrutniejszą, bardziej perfidną pułapkę. Przekonują się o tym, że świat cały jest mrocznym mrocznym domem. I nie ma dokąd uciec. Nie ma szansy na zmianę. Dom zły generuje złe wychowanie. Jeszcze gorsze życie. Całkowicie zasłania horyzont szczęścia, radości, normalności. Bo wszystko co się wyniesie z domu może tylko się rozwijać, coraz mocniej wrastać w bieżącą rzeczywistość. Mrok rośnie i gęstnieje.

Terrego/Grzegorz Małecki/ i Drew /Marcin Przybylski/ poznajemy już jako dorosłe osoby. Ale trauma wykorzystywania seksualnego przez przyjaciela rodziny w dzieciństwie odcisnęła piętno, niszczy ich dorosłe życie. Całkowicie wypacza, paraliżuje, nie daje spokoju. Jest ciągle obecna. Obserwujemy dwie różne osobowości, charaktery, życiorysy. I tą samą przyczynę skazy dziecinnego, infantylnego, szalonego Drew używającego młodzieżowego slangu i wycofanego, nerwowego, tajemniczo zamkniętego w sobie Terrego. Dom z dzieciństwa nie był w stanie im pomóc, teraz Terry ratuje brata, mimo że widzi manipulacje, kłamstwa Drew.

Spektakl z minimalistyczną scenografią: ścianą wysokiej zielonej winorośli, która przybliża się ze sceny na scenę i niestabilny grunt żwiru ogrodowego hałasujący przy każdym kroku, buduje atmosferę  otwartości, komfortu ale i nastrój zagrożenia, klinczu. To ziemia niczyja. Jedyna przyjaźnie wyglądająca przestrzeń, na której mogą spotykać się bohaterowie i w ogóle ze sobą rozmawiać.  W ich kontakcie wyczuwa się mroczne, niebezpieczne napięcie. Jakby obaj walczyli o przeżycie: Terry widzi je w zrozumieniu, akceptacji brata, w prawdzie a Drew samolubnie w wybrnięciu z opresji, którą sam sobie nie po raz pierwszy i prawdopodobnie nie ostatni zafundował. Wyraźnie widać, że mają przetrącone kręgosłupy emocjonalne. Obaj starają się markować swoim zachowaniem, odruchami, maskami prawdę o sobie. Ciągle nie są ufni, z trudem otwierają się jeden na drugiego. Jak zupełnie obcy sobie ludzie. Jak tonący chwytający się brzytwy.

I ta gra, jaka się toczy między braćmi, jest fascynująca. Charakteryzuje ich osobowości, bardzo trudne relacje. Pokazuje samotność, ciągłą walkę ze wspomnieniami, ze skutkami przeszłości i to , że ten mroczny mroczny dom w nich nadal rośnie i przytłacza, pożera każde pojawiające się światło nadziei i zmiany a prawdziwa bliskość, mimo szczerości, otwartości wyznań, solenności przyrzeczeń, jest nieosiągalna, jest niemożliwa, pozostanie utopią. Cud się nie dokona. Wszystko pozostanie jak było.

Spektakl ogląda się jak triller psychologiczny. Jego wymowa jest przejmująca dzięki wybitnemu aktorstwu Grzegorza Małeckiego. Trzeba doświadczyć samemu, co aktor robi z rolą Terrego, jak ją konsekwentnie, wiarygodnie prowadzi, by móc docenić jego talent i pomysł na wyrażenie trudnych stanów emocjonalnych jego bohatera. To napięcie na styku rozumienia siebie, innych i świadomości do czego jest  zdolny. Walka z powściąganą z trudem furią. Te stany nerwowości maskowane bardzo subtelnymi gestami rąk, mimiką twarzy. Reakcje ciała. Ta posągowa niemal statyka postawy, którą siłą woli powstrzymuje przed gwałtownością charakteru. I głos, ilustrujący skomplikowany krajobraz wewnętrzny. Wyciszenia, pauzy, wahania będące przykrywką obawy wybuchu emocji, przeżywanego przez bohatera bólu. Piękna rola, decydująca o sukcesie ważnego spektaklu.



W MROCZNYM MROCZNYM DOMU 
Neil LaBute

reżyseria: Grażyna Kania
scenografia: Stephan Testi
muzyka: Dominik Strycharski
reżyseria światła: Mirosław Poznański

występują: Marcin Przybylski, Grzegorz Małecki, Milena Suszyńska

premiera: 2.06.2012, Scena Studio, 
spektakl dla widzów dorosłych

zdjęcie Milenki Suszyńskiej

BIBLIA.RDZ.1-11 NOWY TEATR CENTRALA


Michał Zadara w spektaklu/performansie/happeningu BIBLIA.RDZ.1-11, zaprasza jego uczestników, dzieci i dorosłych, aktorów i widzów  do kreacji, do wspólnego stwarzania świata. Malowania horyzontu teatralnego, obrazu, który jest dziełem zbiorowym. Wyzwala spontaniczność,  radość tworzenia. Daje poczuć satysfakcję z zaskakującego efektu pracy-ogromnego, kolorowego, abstrakcyjnego obrazu. I jest to bardzo piękna, mądra  lekcja, przy okazji świetna zabawa. Uwalniająca wyobraźnię. Precyzyjnie przemyślana, sprytnie kontrolowana, skutecznie przeprowadzona.

Na początku rządzi chaos. Spotkanie zaczyna się od wspólnego malowania. Każdy w swojej grupie, na papierze/terytorium zaznacza pod dyktando aktora określone kreski, kropki, figury, plamy. Powstaje zbiór indywidualnych malunków. Każdy zawierając to samo, wygląda zupełnie inaczej. Następnie łączone są te grupowe dzieła w jeden olbrzymi obraz, który dalej jest malowany, uzupełniany, przerabiany przez wszystkich. Zawieszony wysoko pod powałą teatru, spływa farbą, sam siebie jeszcze zmieniając. Tak połączony kanon, indywidualizm i przypadek tworzy dzieło. Bóg uporządkował chaos sam jeden ale zajęło mu to siedem dni. W teatrze akt stwarzania trwał może niecałe pół godziny, ale uczestniczyli w nim zgodnie wszyscy.

Będzie jeszcze można obserwować opowieść o Adamie i Ewie, o drzewie dobrego i złego/pomysłowa, prosta, metalowa instalacja/, złamaniu przymierza człowieka z Bogiem /świetny wąż, który tworzą dzieci/i wygnaniu z raju, jako konsekwencji grzechu pierworodnego. Budowa wieży Babel. Przedstawiona zostanie prosto historia Kaina i Abla i pierwszego morderstwa, gdy brat zabił brata. Przeżyją też wszyscy wielki potop z ratowaniem zwierząt/maskotki/ i ludzi, z trudem rozpoznają samego Pana Boga, którego gra tu 12- letnia dziewczynka, Julia Leszkiewicz. Nic nie jest straszne, złe czy okrutne. Raczej dowcipne, Może odrobinę zaskakujące.

Zadara teatralną formą, dziecięcym językiem, w sposób prosty i jasny, odwołując się do intuicji i emocji, opowiada biblijną historię o kształtowaniu się relacji ludzi i Boga. Pokazuje jak poprzez sztukę, w formie niezobowiązującej nauki, bezpośredniego doświadczenia, beztroskiej zabawy można wspólnie poznawać i tworzyć rzeczywistość. W procesie tym chętnie uczestniczą: widzowie duzi i mali, zarówno zaangażowane do spektaklu dzieci, jak i zawodowi aktorzy: Paulina Holtz, Robert Koszucki i Barbara Wysocka, którzy są  animatorami, przewodnikami po tej stwarzanej na bieżąco rzeczywistości.

Udało się artystom zainteresować najmłodszych, najtrudniejszych, najbardziej wymagających widzów. Zachęcić do podporządkowania się rygorowi spektaklu. Przykuć ich uwagę. Okiełznać ich żywiołowość. Zaciekawić.  Spowodować zdziwienie, sprowokować oczekiwanie, wywołać uśmiech na twarzach. Namówić do działania. Bez oporu dzieci uczestniczyły w spektaklu, z uwagą słuchały. Poruszano przecież bardzo trudne, tajemnicze tematy. Nie wszystkim znane. Opowieści przebiegły gładko. Dały dzieciom dużo frajdy, przyjemności. Sprawiły, że czuły się swobodnie, naturalnie. Stymulowane, zachęcane, w końcu z własnej, nieprzymuszonej woli skupiły się na oswajaniu biblijnego, teatralnego i rzeczywistego świata. Sztuka w tym bardzo pomaga. Bardzo angażuje, pozwala być w środku zdarzeń. Pozytywnie, energetycznie nastraja.

Po spektaklu widzowie duzi i mali wyszli zadowoleni, pełni wrażeń. Wracali w doskonałym humorze do domu. W grudniu Michał Zadara wyreżyseruje kolejną część tryptyku Księgi Rodzaju, w nowym roku ostatnią. Będzie więc po co wracać do teatru. Miejmy nadzieję, że po nową przygodę, interesującą naukę, wspaniałą zabawę.

BIBLIA.RDZ.1-11

Reżyseria: Michał Zadara
Scenografia: Robert Rumas
Muzyka: Jan Duszyński
Światła: Artur Sienicki
Asystentki reżysera: Michalina Żemła, Iga Dzięgielewska

Obsada: Paulina Holtz, Robert Koszucki, Julia Leszkiewicz, Barbara Wysocka.


Biblia: Księga Rodzaju 1-50, koprodukcja Nowego Teatru i Centrali, trzy spektakle dla ludzi wszystkich wyznań w wieku od 6 lat.


zdjęcie górne: Krzysztof Bieliński
zdjęcie dolne: Paulina Holtz

środa, 18 października 2017

JEDEN GEST NOWY TEATR


JEDEN GEST to spektakl surowy, kameralny, skromny a jednak głęboko poruszający. Dzięki niemu widzowie spotykają się z czterema  migającymi osobami, zwykłymi ludźmi z dysfunkcją słuchu. Marta Abramczyk, Jolanta Sadłowska, Paweł Sosiński, Adam Stoyanov opowiadają swoje prywatne historie. Mówią o sobie, swoim codziennym życiu pełnym trosk, obaw, zmagań z trudnościami. Walki o możliwość rozwoju, samorealizacji. Ale i o tym, co udało się im osiągnąć. Dzielą się bardzo indywidualnym doświadczaniem świata i ludzi.  Poziom emocji, które ten spektakl generuje jest wysoki. Mocno działa na widza. Decyduje o tym osobisty charakter relacji, mający swe źródło w rzeczywistych, indywidualnych losach, osobowościach, temperamentach opowiadających, prostota bezpośredniego przekazu mowy ciała, specyfika dźwięku, miganie na różne sposoby. Humor, lekkość, intensywność przekazu. Istotne jest też to, że spektakl mówiąc o języku, komunikacji, wykluczeniu i integracji poza konkretnym geograficznym, rasowym lub religijnym kontekstem, porusza ważne zagadnienia natury ogólnej.  Stawia pytania, jak postępujemy ze sobą nawzajem i jak traktujemy to, co jest dla nas obce, inne.

Poznajemy różne języki migowe,  konkretnych ludzi, ich życie. Wystarczy jeden gest, nasz indywidualny gest dobrej woli, by wejść w ten intymny świat człowieka, który zaprasza do kontaktu, współodczuwania. Teatr prowokuje pierwszy wspólny krok ku sobie. Daje szansę. Ten niezwykle zmysłowy przekaz, inny niż u ludzi słyszących, jest szczery, ufny, prawdziwy. Autentyczny. Wzbudza zainteresowanie, empatię. Prowadzi do konstatacji, jak bardzo jesteśmy do siebie podobni, będąc tak różni. Nikt przecież nie jest doskonały a liczy się to, jak sobie z przeciwnościami, ograniczeniami, własną dysfunkcją radzimy. Jak na nią reagujemy. Ile jesteśmy w stanie z siebie dać, by móc się wzajemnie rozumieć. Musimy więc przyznać, że  jesteśmy -ci na scenie i ci na widowni-sobie bliscy. Kogo spotykamy, kogo widzimy? Tak naprawdę, w jakimś głębokim sensie, samych siebie. Tylko w szczególnej wariacji na temat. W innym wcieleniu. W teatralnym przetworzeniu, w artystycznym ujęciu. Z innej perspektywy. Poprzez inne środki, różne sposoby komunikacji. Co pokazuje, jak bardzo ważny jest każdy człowiek w swoim całokształcie, w kontekście, w sposobie wyrażania siebie. Na widowni jesteśmy anonimowi, bezpieczni, ukryci. Na scenie aktorzy się odkrywają, wykonują pierwszy, szczery, ufny gest, dając wskazówkę jak radzić sobie z samym sobą. Ważne jest, by nie być samotnym. Wystarczy zdecydować się. Potrafić przełamać zahamowania, wstyd, lęk przed  drugim, innym, obcym człowiekiem. Zaryzykować.

To nie jest seans terapeutyczny z zacięciem dydaktycznym, choć wiele nowych rzeczy się uczymy. Spotkanie uruchamia tą falę ciepła, energii, optymizmu, która łączy, buduje, pozytywnie nastraja. Zbliża. Niesie otuchę, daje pocieszenie, przyzwala czerpać z tego teatralnego kontaktu siłę. Ośmiela. Czujemy i wiemy, że występujące na scenie osoby pokazały swą choreograficzną mową ciała/wyrazistą mimiką, znaczącym gestem/ jak nie poddawać się słabościom, by odnieść ważne zwycięstwa nad sobą. Aktorzy upubliczniając swoje życiorysy, przeżycia, doświadczenia, sposoby komunikacji, zaprosili widzów do swego świata w sposób naturalny, wyciszony, powściągliwy przez to intensywny, przekonujący, wiarygodny. Interesujący. Pokazali, że warto się komunikować każdym możliwym sposobem, choć jest to trudne. Wymaga czasu, otwartości, uporu, cierpliwości obu stron.

Sztuka zawsze jest nośnikiem informacji, jest próbą komunikacji. Porozumienia. Zrozumienia. Poznania. Nawet jeśli tego nie zakłada, nawet jeśli tego nie chce. W tym wypadku znów zwyciężyła autentyczna, własnym językiem, wrażliwością opowiedziana historia. Odsłoniła  najcelniej wszystko co najważniejsze ukryte między słowami, gestami, działaniami, opowieściami. Wyraźnie, pięknie przemówiła. Połączyła aktorów i widzów.

Marta Abramczyk, występująca w spektaklu, powiedziała: "opowiadamy poprzez sztukę naszą prywatną historię. Ja opowiadam na przykład jak doszło do tego, że jako osoba całkowicie niesłysząca, mająca od niedawna implant słuchowy, mogę dziś mówić. Opowiadam o tym, jak pracowała ze mną moja mama - to dzięki niej mogę mówić swobodnie i poruszać się między światem głuchych i słyszących. Opowiadam też skąd nauczyłam się języka migowego. Takie historie opowiadamy: jak niedosłuch wpływa na nasze życie, jak przez to przebrnęliśmy". 

Obraz mówi więcej niż tysiące słów, teatralny JEDEN GEST również.

JEDEN GEST
reżyseria: Wojciech Ziemilski
scenografia: Wojciech Pustoła
muzyka: Aleksander Żurawski

obsada: Marta Abramczyk, Jolanta Sadłowska, Paweł Sosiński, Adam Stoyanov

"Jeden gest" w reżyserii Wojtek Ziemilski otrzymał główną nagrodę międzynarodowego festiwalu Zürcher Theater Spektakel w Szwajcarii.

wtorek, 17 października 2017

BAL W OPERZE COLLEGIUM NOBILIUM


Teatralny BAL W OPERZE ma filmowy plakat. To stopklatki z intrygująco niepokojącym monochromatycznym portretem zbiorowym młodych, gniewnych, zbuntowanych, wojowniczych a może tylko wykluczonych każdego pokolenia. Reprezentacji anonimowej generacji raz w jaśniejszej, raz w ciemniejszej  tonacji. Krytycznych duchów każdego miejsca, każdego czasu. Przeobrażających świat, powtarzających ciągle ten sam rytuał koniecznej zmiany, która niesie jednak niepokój, groźbę powtarzania tych samych błędów. Jakby wszystko było zakodowane raz na zawsze. Ostatecznie zdjęcie to obraz widmo, którego w spektaklu bezpośrednio w takiej formie nie można zobaczyć. Pojawia się dopiero gdy akcja spektaklu zatrzyma swój niezwykle dynamiczny bieg. Jakby informacja była zakodowana, ukryta w podprogowym przekazie. Celnie oddając jego sens, nastrój. 

Znakomity tekst satyryczno-polityczny-celny, lekki, rytmiczny - Juliana Tuwima do inteligentnej, ilustracyjnej  muzyki-podkreślającej a nie miażdżącej znaczenia-  Leszka Możdżera w błyskotliwym opracowaniu choreograficznym budującym wizualne intensywne obrazy w całkowicie adekwatnej formie do całości, w kostiumie wprowadzającym niezbędny dysonans formalny buduje od pierwszych chwil niezwykle dynamiczny, energetyczny spektakl muzyczno-taneczny. Zasługa to też Anny Sroki-Hryń, reżyserki spektaklu, która potrafiła tak zestawić wszelkie elementy artystycznego wyrazu, że w maksymalny sposób wydobyła ich potencjał, nie przerysowując tematycznie, nie szarżując estetycznie.  Dowcip ma potencjał obnażający, obserwacja społeczna, obyczajowa, polityczna  krytyczny, choreografia plastyczny wymiar opisu kontekstu, kostium wprowadza niepokojący dysonans w określeniu pozycji klasowej, ton jest karcący, wypowiedź przyjmuje postać znaczącego ruchu, wyrazistego gestu. Minimalistyczna scenografia daje fory sugestii, wyobraźni. Spektakl ma miejsce w małej, czarnej przestrzeni a jedynymi rekwizytami są białe i czarne krzesła. Całość jest doskonale zrównoważoną kompozycją. Z muzyką wykonywaną na żywo.

Bal w operze-przygotowania, przyjęcie, obraz po- dotyczy prominentnych, bogatych elit ale kolejne jego fazy opowiadane są piosenkami aranżowanymi na ludowo, z perspektywy wykluczonych  z niego uczestników. Wykonywane są przez dziewczyny ubrane w białe bluzki z chustkami ludowymi na szyi i czarne spódnice z dużą falbaną. Chłopaki noszą białe koszule, czarne krawaty i spodnie/korporacyjne białe kołnierzyki/. Nowa generacja młodych gniewnych- ni to ze wsi, ni z miasta- daje wyśpiewany krytyczny opis tych, który rządzą światem, mają wpływy i pieniądze. Im wyżej się wynoszą możni tego świata, tym niższe są ich oceny moralne. Muzyka adekwatnie dostosowuje się do treści, podkreślając jej znaczenie i emocjonalny ładunek. Jest i nowoczesna, i ludowa, i rodzajowa, i typowo możdżerowa. Prosty, czytelny, jasny ale skondensowany w wyrazie ruch sceniczny /np. jadące wozy/ ma  niezwykłą siłę ilustrującą. Staje się celną obok tekstu krytyką trafiającą w istotę rzeczy. Siłą spektaklu jest jego tempo, dynamika, żywiołowość, lekkość, podprogowe, subtelnie wzmacnianie charakterystyki i oceny rzeczywistości, ludzi, społeczności. Co wyzwoliło niezwykłą energię. Nałożyło na przekaz filtr ponadczasowości.

Studenci, obecnie trzeciego roku Akademii Teatralnej w Warszawie, dla których był to egzamin w sezonie 2016/2017, wypadli wspaniale. Mieli szansę zaprezentować się tanecznie oraz wokalnie. Postawiono na zbiorową kreację, choć były też indywidualne popisy. Ich pomysły choreograficzne zostały włączone do spektaklu.  Niezwykłe tempo wymagało dużej kondycji, sprawności, koordynacji. Zgrania. Udało się. Brawo!!

Ważna jest oczywiście koncepcja kompozycji całości, materiał, z którego się kraje i wykonawcy, ich dyspozycja, talent i przygotowanie będące owocem ciężkiej pracy. Było warto. Bo nie liczy się tylko intencja, konieczność zaliczenia zajęć, krew i łzy pracy nad spektaklem ale i efekt końcowy, który stanowi satysfakcję nie tylko dla samych studentów, pedagogów, artystów ale i dla publiczności. Działanie sztuki, całokształt wysiłków ma ogromne znaczenie. A tu nie obyło się bez bisów, owacjom nie było końca. A to znaczy, że decyzja władz uczelni, by spektakl ten pokazać widzom w kolejnym sezonie, była słuszna. Nie przegapcie. Nie zapomnijcie o BALU W OPERZE. Będziecie świetnie się bawić. Powodzenia:)

BAL W OPERZE    Julian Tuwim
reżyseria: Anna Sroka-Hryń
muzyka: Leszek Możdżer
kierownictwo muzyczne: Mateusz Dębski
światło: Piotr Hryń
opieka artystyczna: Ryszard Peryt

występują:
Aleksandra Boroń
Kamila Brodacka
Katarzyna Gałązka
Małgorzata Kozłowska
Monika Szwajnos
Mateusz Burdach
Marcin Franc
Aleksander Kaźmierczak
Jakub Kordas
Konrad Szymański

zespół muzyczny:
Mateusz Dębski – fortepian
Łukasz Borowiecki / Piotr Domagalski / Piotr Filipowicz – gitara basowa
Grzegorz Masłowski / Jakub Szydło – perkusja

konsultacja akustyczna: Miro Bestecki

Spektakl warsztatowy studentów II roku WA.

premiera: 7 listopada 2016

OTELLO COLLEGIUM NOBILIUM


Ta sztuka mogłaby mieć tytuł nie OTELLO lecz JAGO lub CASSIO, DESDEMONA lub EMILIA. Mogłaby przyjąć imię każdego z nas. OTELLO pozostaje jednak punktem odniesienia, jest tym, w obecności którego się definiujemy, odsłaniamy swoje prawdziwe oblicze: czarne z duszą białego człowieka , białe z czarną duszą jak otchłań wszystkiego, co niszczy.  Jago mówi:"Nie jestem, kim jestem." I każdy z pozostałych bohaterów mógłby tak samo o sobie powiedzieć. Niewykluczone, że i my też. Nie ma jednoznaczności. Nie ma transparentności. Jest błądzenie w sieci intryg, sprzecznych uczuć,  niepewności. Wielki strach przeradza się we frustrację i ślepą, nienawistną, zabójczą furię.

Czarna scena z zawieszoną u powały instalacją metalowych rur, jak Puszka Pandory otwiera się w momencie rozpoczęciem spektaklu, już nic nie skrywa i wywleka na wierzch naturę zła. Jedynie kolorowe konfetti ożywia tą martwą materię. Przełamuje smutek, przygnębienie. Jakby wyczyszczona z rekwizytów scenografia chciała udowodnić, że przepisany Szekspir-ostro, bezkompromisowo mówiący o samotności współczesnego świata, rasizmie, szowinizmie, homofobi, instrumentalnym traktowaniu kobiet przez dominujący patriarchat, będący w nieustannej walce z samym sobą-uśmierca wszystkich. Nic się nie zmieniło oprócz formy. Ta jest wyrazista, bezwstydna, wulgarna. Demaskuje treść, obnaża ją i miażdży. Bo zasługuje na to, co ma nam do powiedzenia.

Dramat Otella motywowany jest osobowością, charakterem, niezaspokojonymi ambicjami, urażonej dumy niedocenionego Jago, symbolu skuteczności manipulacji i podstępu polityki intryg, kłamstw, sugestii, podszeptów diabła. Człowieka pragnącego tego, co jest poza jego zasięgiem, co mu się, mimo starań, wymyka, co mu się w jego mniemaniu słusznie należy. Wychodzi na jaw prawda o nim ale i o wszystkich pozostałych osobach dramatu. Przenikamy oblicze współczesnego świata, odkrywamy mechanizmy władzy, koneksji, warunki otrzymania awansu. Poznajemy skutki przyzwolenia na działanie zła. Bezbronność wobec własnej natury, której nawet się nie chce poprawiać, doskonalić, zmieniać. Wiedza o słabościach drugiego człowieka nadal jest potęgą w rękach ludzi przebiegłych, podstępnych, podłych, równie wielką i skuteczną jak władza i pieniądze. Jago wie czego chce i stara się to osiągnąć, choćby po trupach niewinnych osób. Nie zna litości. I miary. Jest cyniczny, zimny, bezwzględny, przebiegły, cwany, sprytny jak najzwyklejsza pospolitość. Marność miernoty. Odtrącany, poniżany seksualnie przez żonę, pominięty w awansie za służbę, zasługi wojenne hoduje w sobie nienawiść do wszystkich w odwecie za dotychczasowe upokorzenia. Silnie odczuwa brak miłości, uznania, pozycji, rangi- tego wszystkiego, co inni dostają w nadmiarze.

W kontekście tej sztuki Otello jest jedynie na chwilę odmieniony przez miłość do Desdemony, która jest jego trofeum, zakazaną, ekskluzywną, bezwolną kobietą zabawką, zdobytą na własność w czasie pokoju. Pochodzenie i jej pozycja łechtała jego próżność, była powodem do dumy. Wyczuł okazję, wykorzystał ją. Podbił szturmem obce sobie terytorium, o którym dotąd nawet nie śnił, nie marzył. Nie złamał prawa ale osiągnął swoje podstępem, bez wiedzy ojca Desdemony, Brabantia. Nie znaczy to, że nieszczerze kochał. On kochał nieprawdziwie, niemądrze, płytko. Czujny i skuteczny na polu bitwy, okazał się dyletantem w sprawach osobistych, sercowych.  Zaskakująco łatwo dał się podejść działaniom Jago. Okazał się być słabym, bezbronnym, na glinianych nogach bohaterem, wyniesionym do zaszczytów przez możnowładców za zasługi wojenne. Jednak łaska pańska na pstrym koniu jeździ, jasno jest to tu wyłożone. Człowiek, jednostka, szczególnie inna, obca jest nikim w rękach władzy, bo ta może zrobić z nim, co zechce, zgodnie ze swym politycznym interesem. Otello jest za plecami werbalnie poniżany, obśmiewany, jego zasługi są dezawuowane. Mimo niepodważalnych talentów, osiągnięć, dobrego serca okazywanego wszystkim. Mimo serdeczności, otwartości, braku ambicji bycia kim nie jest. 

Czarna skóra Otella, czerwone, pożądliwe usta, piękny, szeroki, rozbrajający uśmiech  jest jak piętno. Znak ostrzegawczy, wystarczający powód, by nim pogardzać. Wszystko to maska, farba, która jest tu metaforą. Desdemona stwierdza, że  był bardziej biały od białych. Farba brudziła wszystkich, którzy się zbliżyli do niego. Bo w istocie wszyscy jesteśmy bardzo do siebie podobni. Z kim przebywamy, takimi się stajemy. I wszystko jesteśmy w stanie wykorzystać przeciwko drugiemu człowiekowi aby tylko dogodzić sobie. Otello nie jest bez winy. Tak łatwo dał się sprowokować,  przekonać Jago, podejść oszustwom. Zbyt szybko, bez walki uległ. Samo podejrzenie uruchomiło w nim całe pokłady emocji, dotąd tłumionych, spychanych do podświadomości.  Miłość Desdemony była dla niego cudem, w który do końca nie uwierzył.  Zraniony w swych uczuciach i ambicjach męskich stał się brutalny, okrutny i bezwzględny dla niej jak dla najgorszego wroga. Ufał tylko swemu instynktowi zawsze pogardzanego czarnucha, maura. Ukarał Desdemonę nie za to czego nie zrobiła, ale za to, co inni mu zrobili. Wziął odwet za dotychczasowe upokorzenia. Czujna, nieufna natura podporządkowała się dyktatowi logiki Jago. Nie słuchał serca lecz doświadczenia, które mu podpowiadało, że znów został oszukany, ośmieszony, poniżony. Zdradzony. I to przez kobietę, żonę Desdemonę. Przez oddanego mu sługę, swego najbliższego przyjaciela Cassio.

Desdemona to wyidealizowana kobieca a właściwie dziecięca czystość, naiwność i niewinność. Jednak to ona najwcześniej, najbardziej się brudzi. Nie ma niewinności, zdają się sugerować autorzy sztuki, reżyserka spektaklu. Epoka braku świadomości zła tego świata już dawno minęła. Winą Desdemony jest właśnie to pasywne granie niewiniątka, słodkiej blondynki, spełniającej najskrytsze marzenia, zachcianki mężczyzny. Zawsze pięknej, zawsze bogatej, sytej lalki, zabawki, idealnego przedmiotu męskiego pożądania, bo nie miłości. Potrafi zaspokoić Otella, jak on tego oczekuje i pragnie. Zna zasady gry. Daje sobie świetnie radę. Jednak i ona jest bezbronna, bezradna wobec furii zazdrości męża, który deklaratywnie bezwarunkowo kochał ale równie bezwarunkowo nienawidzi i odrzuca, co nie spełnia jego standardów wierności. Byle powód uruchamia samo napędzającą się lawinę niszczących emocji. Otello umie podbijać, nie potrafi tego, co zdobył bronić. Nieważne jest, co ma w sercu, ale co inni mu powiedzą. Desdemona nie jest w stanie już nic zrobić. Nie zdoła już niczego ocalić. Czar prysł i nie da się już poskładać tego, co tak doszczętnie zostało zniszczone. Nie jest decydujące, co mówi i robi kobieta, ważne jest co mówi i robi mężczyzna. 

Emilia to kobieta świadoma siebie i świata. Wyemancypowana.  Mocno stoi na ziemi, twardo patrzy na życie. Korzysta z niego. Bierze i daje, co chce. Jak mężczyźni za nic ma nieskazitelną reputację. Uświadamia Desdemonie przedmiotowe,  instrumentalne traktowanie kobiet przez mężczyzn. Wyraża niezgodę na to. Jest sprytna, śmiała i odważna. Zna zasady gry. Ale w niej też jest gorycz zawodu, niespełnienia. Oceany samotności. Nosi w sobie odrazę, niechęć i w istocie traktuje mężczyzn, jak oni kobiety. Dorównuje im w ich sztuce wykorzystywania, poniżania i podłości. Nie jest solidarna ze swoją płcią. Nie umie ocalić Desdemony, przyczynia się do jej upadku.

Cassio,  oddany sługa i dobry żołnierz, okazuje się być łatwowiernym, naiwnym gejem. Nie wyczuwa podstępu Jago. Daje się sprowokować. Traci czujność na rzecz zaspokojenia swoich słabości. Ulega. Ma słabą głowę i pociąg do chłopców. Gubi go to i niszczy jego karierę, doprowadza do śmierci. Sprytniejszy, zręczniejszy Jago go wykorzystuje. Podobnie jest z Rodrigo, bogatym arystokratą, którego pieniądze służą załatwianiu spraw Jago. Łatwo przychodzi Jago nim manipulować, podporządkować sobie, uczynić narzędziem w swoich rękach. Rodrigo też ulega słabościom. Łatwowierny, zaślepiony pragnieniem Desdemony pogrąża siebie i innych. Gdy Rodrigo zorientuje się, jaką ma wyznaczoną rolę w grze Jago, jest już na ratunek za późno.

No cóż, naiwni, głupi i ślepi przegrywają swoją szansę. Tracą wszystko. Życie jest brutalną, bezwzględną grą znaczonymi kartami. Jeśli nie zna się zasad, nie można wygrać. Na sukces nie ma szans. Ale mimo wygranej, przegrywa się. Szczęście, miłość, to co piękne, niezwykłe i dobre, ważne trwa chwilę i przychodzi za wszystko, nawet nie za swoje błędy, winy słono zapłacić. Nic nie trwa wiecznie. Każde życie kończy się śmiercią. Z mroku się wyłaniamy i w mroku się pogrążymy wracając do jądra ciemności.

Otello Marcina Stępniaka niesie w sobie to szczęście mężczyzny, który kocha, pewność jaka bije od zwycięzcy. I całkowitą opozycję tego stanu emocjonalnego, krzywdę człowieka prostego i zranione męskie ego. Najtrudniejszy do uwiarygodnienia jest ten moment przejścia od euforii człowieka sukcesu do całkowitego załamania i upadku. Brakuje w grze mocniejszego akcentu, motywacji i głębi. Za szybko, zbyt prosto daje się zwieść Jago. I osobiście zabija żonę a dokonany akt zemsty jest odwetem, za wszystkie upokorzenia jakich doznał w życiu, sposobem rozładowania negatywnych emocji. A może tylko szukał byle pretekstu, by pozbyć się Desdemony. Zostawia nas z pytaniem dlaczego tak gwałtownie reaguje. Nie rozumiemy do końca Otella ale go jednak lubimy.  Jago Henryka Simona przekonuje. Aktor ma w swej aparycji, tonie, postawie cechy granego bohatera. Duża, ważna, dobra rola. Cassio Kamila Suszczyka brakuje pewności siebie. Jest miękki, delikatny. subtelny. Dobrze, ale może za bardzo! Winien wyostrzyć swoją postać, tchnąć w nią więcej, więcej życia. David Ściupidro gra charakterystycznie, na jednym pomyśle. Jego Rodrigo poza tym jest bez właściwości. Idealny do ukształtowania. Wymyślenia. Emilia Agaty Różyckiej to przebiegły gracz. Chodzi w wysokich szpilkach, nosi spodnie. Umiejętnie bryluje. Skutecznie prowadzi wyrafinowaną grę z mężem. Aktorka sprawia się w ciekawej roli żony, która wie, że kobiecie jest bardzo trudno żyć na jej warunkach w świecie urządzonym i kontrolowanym przez mężczyzn, uroda jest nietrwała, życie krótkie, trzeba więc wycisnąć z niego wszystko, co się tylko da. Martyna Byczkowska w roli Desdemony nie jest jednoznacznie  kruchą, słabą, bezwolną dziewczyną. Budzi ambiwalentne uczucia, jakiś niepokój, który podpowiada, że wie czego się od niej oczekuje. Potrafi spełniać marzenia, budzić pożądanie. Dostosowywać się. Nie umie się bronić w momencie opresji. Nie ma żadnych argumentów. Nie walczy. W krótkiej blond peruce,  czarnych martensach, luźnej, krótkiej sukience z odkrytymi ramionami przypominała wampa ale w scenie śmierci jest już, naturalną brunetką, tradycyjną panną młodą w tiulowej, białej sukience. Znów w konwencji normy, w ramach stereotypu. Oboje z Otellem, który ubrany jest w mieniący się garnitur, w tym najbardziej dramatyczny momencie wydają się parą rodem z show biznesu. Trudno przejąć się akcją, przeżywać tragedię. Brabantio  Marcina Bubółki to ojciec Desdemony, młody i mało dostojny. Ale to oczywiste, wszyscy wychodzą tu z roli. Nie są, kim są.

Spektakl jest tylko dla widzów dorosłych i świadomych tego, że użycie niecenzuralnego języka na scenie, mocno uzasadnione, jest uprawnione. W tym wypadku sztuka ukazuje świat twardego, trudnego życia żołnierzy, którzy walczą na wojnie i nie zawsze sobie z nią radzą. Stres, trauma, świat relacji męskich łamie normy, sprzyja rozluźnieniu wszelkich zasad. Język jest wulgarny, przekleństwa liczne, a relacje, szczególnie mężczyzn w stosunku do kobiet, nieobyczajne, brutalne.

Mimo reakcji oburzonych  jest to dobre przedstawienie. Solidnie wyreżyserowane przez Grażynę Kanię, z ciekawą, minimalistyczną scenografią, współczesnymi  kostiumami.  Równo ale bez fajerwerków zagrane. Z niezłą dykcją, w dobrym dramaturgicznie tempie. Grane bez mikroportów, słyszalne w ostatnim rzędzie, wybrzmiewa wiarygodnie, mocno. Dla mnie mogłoby być jeszcze bardziej radykalne, ostre, rewolucyjne. Wyostrzone, śmiałe. Na pewno ta precyzyjnie przemyślana niemiecka sztuka, zakładająca element eksperymentu, zaskoczenia, będzie się z czasem na scenie zmieniała, doskonaliła, przeobrażała jeszcze.  Tego widzowie, widząc zachęcający jak dotąd efekt, szczerze życzą. Powodzenia:)




OTELLO
Feridun Zaimoglu & Günter Senkel
na podstawie Williama Shakespeare’a

Tłumaczenie i opracowanie: Grażyna Kania
Współpraca: Marcin Bartnikowski
Reżyseria: Grażyna Kania
Scenografia i kostiumy: Katarzyna Sankowska
Muzyka: Dominik Strycharski
Światło: Michał Głaszczka
Video: Marcin Almert
Asystentka reżysera: Lena Alberska, Marcin Bubółka

OBSADA:

Otello – Marcin Stępniak
Jago – Henryk Simon
Cassio – Kamil Suszczyk
Rodrigo – David Ściupidro
Brabantio – Marcin Bubółka
Doża – Jakub Kordas (III rok WA)
Desdemona – Martyna Byczkowska
Emilia – Agata Różycka
______________

Spektakl dyplomowy studentów IV roku Wydziału Aktorskiego Akademii Teatralnej im. A. Zelwerowicza w Warszawie.
Premiera: 6 października 2017

fot. Bartek Warzecha