piątek, 22 września 2017

ANONIM TEATR SOHO


Spektakl ANONIM wyreżyserowany przez Karolinę Kowalczyk według scenariusza Alicji Kobielarz w Teatrze SOHO tak wyraziście charakteryzuje bohaterów i ich wzajemne relacje, że nie budzi wątpliwości jego przesłanie- coraz bardziej stajemy się samotnymi, zamkniętymi w sobie, anonimowymi ludźmi. Śle ku nam komunikat, że zawsze jest szansa na zmianę sytuacji, relacji, życia. Ostrzega nas przed całkowitą alienacją, bo jej skutki są złe, destrukcyjne, smutne.

Poznajemy ojca, rasowego naukowca, który, nie interesował się nigdy swoim dzieckiem. Zamknięty coraz bardziej w swoim świecie badań, poszukiwań, wylogował się całkowicie z realu, z życia żony, córki, innych ludzi. Nic dziwnego, że jej nie zna, nie wie kim jest, co robi. Opuścił ją, zdezerterował, zamknął się w swoim świecie nauki, w sobie, w domu. Bardziej lub mniej świadomie. A że jest człowiekiem coraz starszym, jego sytuacja się komplikuje, zaostrza.

Córka, młoda, zdolna dziewczyna, mogła być kim tylko by zechciała. Wybrała tworzenie komiksów jako formę ekspresji i komunikacji ze światem. Jest równie samotna, niezorganizowana, niezaradna życiowo jak ojciec. Dziesięć lat była za granicą. Teraz wróciła i próbuje nawiązać kontakt z ojcem. Nie jest to łatwe, bo oboje nie potrafią ze sobą rozmawiać, być. Oboje się nie znają. Ich spotkania są katastrofą.

Tak naprawdę są dla siebie ludźmi obcymi, anonimami. Podobnie jak trzecia osoba obecna w sztuce- młody chłopak, o którym nic nie wiadomo, bo nie chce zdradzić kim jest, co robił i dlaczego najpierw pomaga ojcu, później córce. Spełnia rolę łącznika, katalizatora, dobrej duszy. Jest tym, który pokazuje czego obojgu brakuje. Ojcu opieki, zainteresowania, wspomagania. Córce miłości, której nie zna, chłopaka, przyjaciela, kumpla, którego nie ma, wsparcia, towarzystwa, którego bardzo pragnie. Wizualizuje ich potrzeby materialne, fizjologiczne, emocjonalne, uczuciowe. Spełnia je, daje przedsmak tego, jak wspaniale, cudownie i szczęśliwie można żyć, realizować się i rozwijać. Tytułowy ANONIM to brakujące ogniwo w relacjach międzyludzkich, które łączy, scala, pozwala zrozumieć sytuację, drugiego człowieka. Dopełnia, naprawia, uczy. Po prostu jest. To anielska cierpliwość, bezinteresowność, prostota. Po prostu idealne dziecko, opiekun, idealny przyjaciel, kumpel, idealny partner, kochanek. Ale też ANONIM to synonim OBCEGO,  NIEZNANEGO, WYALIENOWANEGO jakim się dziś człowiek staje.

Sztuka w bardzo przystępny, by nie powiedzieć łopatologiczny sposób uzmysławia błędy jakie popełniamy w relacjach z ludźmi, jak destrukcyjne sytuacje sami sobie stwarzamy. A jeśli z najbliższymi w ogóle nie mamy kontaktu lub mamy tak zaburzoną komunikację, jak to spektakl pokazuje, nic dziwnego, że stajemy się ANONIMAMI. Ale nieznajomy chłopach udowadnia też, że nie jest to sytuacja beznadziejna, całkowicie bez wyjścia, choć na taką wygląda. Dając przykład, rozbudza nadzieję. Unieważnia, to co było w przeszłości i od podstaw, uczy krok po kroku, co zrobić, by ścieżki życia ojca i córki na powrót się połączyły. Nic dziwnego, że chłopak w końcówce sztuki przepada, znika. Jakby był hologramem, archetypem zachowań, postaw, reakcji, których bohaterowie nigdy nie znali,  nie stosowali lub odrzucili. Albo zapomnieli. Ten wzór, program naprawczy jest już niepotrzebny, bo został z sukcesem wdrożony.

Spektakl ma przemyślaną konstrukcję opartą na kontraście zarówno postaw, charakterów, jak i otoczenia. Pomysłowa, ciekawa, dopełniająca scenografia podkreśla wagę i ostrość poruszanych problemów. Życie codzienne jest szare, bure, byle jakie, zabałaganione a więc i na scenie dominują te kolory, które  je ilustrują. Nieatrakcyjne. Ojca w świecie nieustannych badań, córki tworzącej w stercie nierozpakowanych od powrotu z zagranicy pudeł. Dla tej mizerii egzystencji w kryzysie stworzyła Katarzyna Załęska szarą, zakratowaną ścianę, na której wyświetlane były geometryczne galimatiasy, abstrakcyjne ścieżki, labirynty. A w momentach gdy córka zaczynała tworzyć, podświetlano okienka i stawały się żywymi, kolorowymi komiksowymi obrazkami, które na naszych oczach uzyskiwały treść, kształt i formę ostateczną. Te chwile pracy były radosne, szczęśliwe. Poprzez wyrazistość grafiki komiksu, autentyczność ruchu, wydawały się mieć więcej witalności, siły w sobie niż to realne, osobiste życie córki. Pokazywały piękno kreacji. Jej moc i walor twórczy. Jakby podpowiadały, że w prawdziwym życiu też wszelka zmiana, korekta i równie silna intensywność jest możliwa. Scenografia i światło, i muzyka wykonywana na żywo fantastycznie podbiły myśl autorki i reżyserki sztuki.

Spektakl pokazuje prostą, elementarną drogę odkrywania, jak poznać siebie nawzajem, jak być ze sobą, dla siebie. Jak wykonać pierwszy krok naprawy życia, relacji. Jak wychodzić z samotności, opuszczenia. Bo cały potencjał twórczy jest w nas. To jego wartość. W dzisiejszych czasach naprawdę nie do przecenienia. Tak łatwo być dziś ANONIMEM, galopującą samodestrukcją. Tak łatwo być dziś  ANONIMEM, który każdemu w opresji może pomóc.


ANONIM
reżyseria: Karolina Kowalczyk
scenariusz: Alicja Kobielarz
muzyka na żywo: Maciej Witkowski
scenografia/kostiumy/ projekcje: Katarzyna Załęcka
światła: Zofia Krystman
koordynacja produkcji: Alicja Brudło
realizacja scenografii: Tomasz Grabowski, Mikołaj Grabowski, Marcin Harasimowicz
szycie kostiumów: Joanna Kotowicz
charakteryzacja: Agata Król
producent: Studio Teatralne Koło

obsada: Bartosz Mazur, Wiktor Korzeniewski, Diana Zamojska

premiera: 16 września 2017 r.

czwartek, 21 września 2017

CEZARY IDZIE NA WOJNĘ KOMUNA/WARSZAWA


CEZARY IDZIE NA WOJNĘ  Cezarego Tomaszewskiego wpisuje się w cykl PRZED WOJNĄ/WOJNA/PO WOJNIE KOMUNY//WARSZAWA, która zaniepokojona tym, co się dzieje na świecie postanowiła otwarcie zadać pytania:"Czy jesteśmy przygotowani do wojny? Czy pamięć o wojnie ułatwia podtrzymanie pokoju? Czy woja może być sprawiedliwa? Czy polityki historyczne otwierają rany i zbroją społeczeństwa do walki?".  Przecież wojna to stan permanentny: okres pokoju przygotowuje do niej, czas wojny to walka, po wojnie to jej dalszy koszmar przeżywania, wspominania przez tych, którzy przeżyli, bo nie sposób o niej zapomnieć i lęk, że  jej zło się powtórzy.

Cezary Tomaszewski podjął się przepracowania okresu PRZED WOJNĄ, bo w takim żyje. Pomyślał o sobie a ponieważ  jest mężczyzną w wieku poborowym, zaczął przygotowania. Jego projekt ma wymiar osobisty i nieheroiczny, wpisany jest jednak w obowiązujące zasady, kodeksy, wymagania. W atmosferę współczesnych klimatów, które określa spuścizna historyczna. Patos walki w triumwiracie wartości: BÓG, HONOR, OJCZYZNA.To buduje kontekst, narzuca porządek działań, wymusza podporządkowanie się procedurom. Cezary poddaje się regulaminowi, który określa jego zdolność do służby wojskowej. Jest badany, przechodzi serię ćwiczeń, co ma  sprawdzić jego psycho-fizyczną zdolność do bycia żołnierzem. Przygotuje do walki i przetrwania.

Cezary, który idzie na wojnę, zmultilikowany do czterech takich jak on chwatów, nie ma szans. Pójdzie, nie pójdzie, przegra. Wszystkie starania spełzną na niczym. Bo całe przygotowanie przeradza się w show. Jest zaprzeczeniem stereotypu walecznego żołnierza. Zrywa z faceta gorset twardziela i ubiera go w trykot. Wypełza tu cała ludzka słabość. To, co jest zazwyczaj fizyczną, ciężką wyczynową, męską zaprawą przekształca się w niezborny, lekko traktowany trening tanecznego układu. W tym pozornym zachowaniu dekownika, nieudacznika, lekkoducha przejawia się zwyczajny, ludzki strach, obawy, lęki. Instynktowna myśl młodych, silnych, zdrowych ludzi, by się wywinąć, pokazać z jak najgorszej strony i za wszelką cenę uniknąć kategorii A. Dają sobie tym samym szansę przetrwania. Z jednej strony Cezary z kolegami w żołnierskim drylu ujawnia to, co w nim jako jednostce jest najbardziej ludzkie, z drugiej pokazuje, jak bardzo system podtrzymujący żołnierski etos, narodową dumę, konieczność obrony granic, poświęcenia życia za ojczyznę  jest skostniały, niewydolny, zakłamany. Śmieszny. Jak bardzo zmieniło się podejście do kwestii militarnego zaangażowania jednostki. Cezary skutecznie rozsadza mit żołnierza jako ofiary złożonej na ołtarzu ojczyzny, a może już Europy, nawet świata.

Można ten spektakl traktować jako antywojenną, bardzo krytyczną wypowiedź. W komediowo-farsowym wydaniu. Podważa muzyką poważną SYMFONII WOJENNYCH Dymitra Szostakowicza, patriotycznymi pieśniami narodowymi ze ŚPIEWNIKA DOMOWEGO  Stanisława Moniuszki, choreografią, między innymi Niżyńskiego w POPOŁUDNIU FAUNA, kostiumem, grą to, co w warstwie tekstowej, myśli autora przekaz niesie, co wszyscy już o wojnie wiemy. Te dwa poziomy strumieni informacyjnych kompromitują się nawzajem. Ośmieszają. Znoszą. To one toczą na naszych oczach sceniczną wojnę  z anachronicznym podejście do tematyki wojennej i służby wojskowej, z mentalnością zaprzeszłą. Nic dziwnego, stara retoryka już nie działa, by dać dziś przekonujące motywacje, wiarygodne uzasadnienie konieczności walki, w której sens by młodzi uwierzyli. A gdy wiary nie ma, nie ma też woli walki. Stare strategie propagandowe są dziecinne, wyczerpane, martwe. Infantylne, naiwne. Mają tak naprawdę wartość sentymentalną. Mogą tylko śmieszyć. I tak też się dzieje.

Dlatego z Cezarego nie będzie żołnierza, bo tak naprawdę nie wie dlaczego miałby umierać za ojczyznę. Nie dostaje znikąd przekonywującego uzasadnienia. Życie ma tylko jedno i jest dla niego ważne, a dobra zabawa w markowym ubraniu chyba najważniejsza. Zresztą po co myśleć o przyszłości, gdy liczy się tylko tu i teraz na haju maksymalnego zadowolenia. Gdy nie ma narracji, która mogłaby dziś kogokolwiek przekonać o konieczności uczestniczenia w wojnie. Gdy miliony zabitych w ostatniej wojnie światowej są już martwą, anonimową liczbą.  Z dzisiejszego punktu widzenia, po tym jak się ocenia Powstanie Warszawskie czy inne zrywy powstańcze, wojny, które są już dla współczesnych abstrakcją, myśl o umieraniu dla tych, którzy będą żyli w przyszłości, wydaje się idiotyczna, naprawdę bezsensowna i niezrozumiała. Patriotyzm, ojczyzna, obowiązek, dyscyplina to tak naprawdę wyrazy obce.

Jest wesoło, zabawnie, śmiesznie. Dlatego spektakl odbiera się tak ciepło. Jako wyzwolenie. Napięcie zostało rozładowane poczuciem humoru, rozbrojone dystansem, lekkością. Zabawą. Bo kojarzymy sceny spektaklu na przykład z obozem szkoły przetrwania, treningiem, ćwiczeniami gimnastycznymi /tu w zamyśle polowymi/, kampanią promocyjną klubu sportowego, przygotowaniem drużyny przed meczem lub reklamą produktów np. firmy NIKE.


Jaka tam wojna? Ta jest głęboko  wrośnięta. Mocno ukryta.  W Cezarym. W tobie. We mnie. W nas.

Tu tak naprawdę CEZARY IDZIE NA WOJNĘ z wojną.


CEZARY IDZIE NA WOJNĘ

reżyseria: Cezary Tomaszewski

występują: Michał Dembiński, Weronika Krówka, Oskar Malinowski, Bartosz Ostrowski, Łukasz Stawarczyk

realizatorzy: Bracia (Agnieszka Klepacka, Maciej Chorąży), Antoni Grałek, Tomasz Kowalski, Justyna Wąsik * (stypendystka Prezydenta Miasta Lublin), Klaudia Hartung-Wójciak

fot. Pat Mic

środa, 20 września 2017

OJCIEC TEATR ATENEUM


Tytuł sztuki jest prosty, surowy. Jasno wskazuje temat choć nie w prost wyznacza jego zakres. Mówi o osuwaniu się w śmierć. Resetowaniu. Wyłączaniu. I to w ten sprytny sposób, że naocznie się o tym my, widzowie, przekonujemy. Doświadczamy tego. Widzimy to tak, jak Ojciec. Wchodzimy w jego skórę. Obserwujemy kolejne fazy choroby, przeżywamy jego zmieniające się stany starczej świadomości, nowe problemy, którym musi stawić czoło, redukujący się świat do najprostszej egzystencji, trwania. Przystosowywanie się do nowej sytuacji nie przebiega bez zgrzytów-prowokuje nadpobudliwość, drażliwość, roszczeniowe nastawienie do otoczenia. Poza tym widzimy stadium przejścia, ten moment, gdy niedyspozycje mężczyzny są dla wszystkich jeszcze zaskoczeniem. Słabnie kojarzenie, rozpoznanie osób, sytuacji, orientacja w czasie i przestrzeni, wracają fragmenty zdarzeń, sytuacje, wspomnienia, silne uczucia z przeszłości a ucieka ze świadomości to, co się wydarzyło w czasie teraźniejszym. Gdy zdaje sobie sprawę, że traci kontrolę nad sobą i swoim życiem, staje się uzależniony w decydującym stopniu od innych buntuje się, reaguje nerwowo.

Ojciec pokazany jest w końcówce życia. Po stracie żony. Traci pamięć, popada stopniowo w demencję. Zmienia się, zaskakując tym siebie i otoczenie. Nie jest lekko, nie jest łatwo, bo rodzi to wiele niemiłych a nawet niebezpiecznych sytuacji. Jego relacje ze światem, zwłaszcza że są to ludzie mu najbliżsi, oddani, opiekuńczy, komplikują się. Zaburzona jest komunikacja, brakuje wzajemnego zrozumienia, cierpliwości, czasu. Trudno się dogadać. Widzimy, że nie będzie już nigdy lepiej, może być już tylko gorzej. W dodatku  nie można się było do tego przygotować. Mimo ogólnej wiedzy o starości i tego, że się panu Bogu nie udała. Ludziom też. Ten stan, traktowany jako chorobowy, zawsze jest, mimo wszystko, zaskoczeniem. Zarówno Ojciec, jak i jego córka Anna, nie chcą na początku zaakceptować, że nastąpiła nieodwracalna zmiana w stanie jego zdrowia. Odraczana jest decyzja umieszczenia rodzica w domu spokojnej starości. Anna Magdaleny Schejbal jest spokojna, opanowana, cierpliwa, odpowiedzialna, przywiązana do ojca. Jest dobrą córką. Choć i ona w śnie przeżywa skrajne wyczerpanie- chce Ojca udusić własnymi rękami. On nie przyjmuje do wiadomości, że wymaga stałej opieki. Stąd jego niechęć do dziecka i uzasadniona obawa. Przywołuje  wyidealizowany obraz młodszej córki, która nie żyje, a do której tęskni, bardzo mu jej brakuje ale z premedytacją ten fakt wykorzystuje przeciwko Annie. Chłodny stosunek, nieprzyjemne w stosunku do niej, jej partnera i opiekunki zachowanie, stwarzają dystans, ostro sygnalizuje, że nie akceptuje zmian, jest krzywdzony, niesprawiedliwie, a nawet źle traktowany. Jedynie Pierre /Przemysław Bluszcz/, nowy partner Anny po jej nieudanym małżeństwie, jest stanowczy, brutalny, po męsku komentuje sytuację, ma konkretne propozycje. Stawia sprawę jasno-Ojciec musi odejść. Opiekunka może zrezygnować z pracy, ale córka nie przestanie być córką. Musi sprostać wyzwaniom, musi sobie poradzić. Decyzja nie jest łatwa, choć, przeczuwają to wszyscy łącznie z Ojcem, nieunikniona.

Starość to naturalna kolej rzeczy, kolejny etap życia.  Ale jak nadać jej status normalności, by była znośna, oto dopiero wyzwanie! Problemy się multiplikują. Konflikty kumulują. Potrzeba dużo wolnego czasu lub pieniędzy, by zapewnić rodzicowi godną starość, niezbędną opiekę. By nikt nie czuł się krzywdzony, ograniczany. Tak, by jedno drugiemu nie rujnowało życia. Decyzje są na pewno trudne, bolesne. I to pokazuje nam spektakl.

Minimalistyczna scenografia w zielonkawym odcieniu spokoju i neutralności wieloznacznie sugeruje, że może to być mieszkanie ojca, mieszkanie córki, szpital lub pokój w domu spokojnej starości. Jedynie uszaty fotel nosi znamiona przytulnego siedziska, rewiru spokoju, charakter jego właściciela. Reszta pozostaje bez właściwości. Bez wyrazu. Trudna do scharakteryzowania, do określenia. Rozmywa się jak sytuacja, w której znaleźli się bohaterowie. Muzyka, światło, projekcje to dodatkowo akcentuje, delikatnie podkreśla.

Ta niejednoznaczność, jest charakterystycznym walorem tego spektaklu. Niepewność tego, kogo widzimy, co rozpoznajemy. Podążamy za zmieniającymi się stanami świadomości Ojca, zmieniającymi się osobami w  pozostałych rolach/podwójna obsada/, by móc zrozumieć, poczuć, co tak naprawdę się z Ojcem dzieje. I jest to bardzo interesujące doświadczenie.

Ojciec Mariana Opani jest wiarygodny na każdym etapie przemian. Aktor naturalnie, lekko precyzyjnie niuansuje skrajne uczucia, stany psychiczne, emocjonalne. Stopniuje z wyczuciem, nie szarżuje. Nie tworzy postaci jednoznacznej, tragicznej czy złamanej. Potrafi wyzwolić w granej postaci wigor zalotnika, upór witalnego mężczyzny, który panuje nad sytuacją, jest stanowczy, wojowniczy, z sukcesem zachowuje pozory. Dopóki może, trzyma się swoich wersji wydarzeń. Ma poczucie humoru, jest szarmancki, ciepły, nostalgiczny, czuły. Ale i złośliwy, nieprzyjemny, bezlitosny, twardy. Marian Opania pokazuje kolejne fazy osobowościowych, charakterologicznych i psychicznych przemian swego bohatera. Z poczuciem zagubienia, dezorientacji, niepewności, lęku, obaw, zagrożenia bezpieczeństwa włącznie. To piękna, ważna, przejmująca, wielka rola. Mistrzowska. Możliwa dzięki doskonałemu tekstowi Floriana Zellera i inteligentnej, powściągliwej ale pomysłowej reżyserii Iwony Kempy.


OJCIEC FLORIAN ZELLER

przekład – Bogusława Frosztęga
reżyseria i opracowanie muzyczne – Iwona Kempa
scenografia i kostiumy – Justyna Elminowska
reżyseria światła i projekcje – Mateusz Wajda

obsada:
Andre’ – Marian Opania
Anne, jego córka – Magdalena Schejbal
Pierre – Przemysław Bluszcz
Laura – Paulina Gałązka
Mężczyzna – Dariusz Wnuk
Kobieta – Małgorzata Mikołajczak / Paulina Kondrak
prapremiera polska – 8 kwietnia 2017

Nominacja dla Mariana Opani do Nagrody im. Aleksandra Zelwerowicza za najlepszą kreację aktorską w sezonie 2016/2017

fot. Krzysztof Bieliński

wtorek, 19 września 2017

DZIECIĘ STAREGO MIASTA TEATR WARSawy




To przedstawienie jest o Polsce i Polakach. Na scenie panuje chaos, galimatias, pomieszanie z poplątaniem, co kojarzy się automatycznie z naszymi współczesnymi klimatami, polskimi narodowymi krajobrazami. Stare walczy z nowym. Niskie, małe, indywidualne urasta do wielkiego ponad miarę znaczenia. Demonizuje się i eskaluje patos, dominuje irytująca przesada, dusi przerost narodowego ego. Spektakl łączy przewrotnie, ironicznie tekst Józefa Ignacego Kraszewskiego z piosenkami religijnymi, dziecięcymi, co podkreśla silne zakorzenienie wartości podstawowych w infantylności, naiwności natury ludzkiej, która boi się gdy czuje się zagrożona.  Lokuje akcję w przestrzeni starych obrazów, również nagrobnych, na scenie króluje ruchoma kapliczka Matki Boskiej z Małgorzatą Rożniatowską, która je kwaszone ogórki, pluje pestkami słonecznika, siedzi na kupie sztucznych kwiatów, obłożona jest wielkimi torbami z zakupami. Sacrum wyrasta z profanum i na powrót się w nim zanurza. Przaśny to i śmieszno- smutny obraz małej wiary, wielkiego lęku, strasznej grozy. Wszystko odnosi się do anachronicznego, romantycznego pojęcia patriotyzmu, kiczowatego, płytkiego katolicyzmu, zaprzeszłej idei walki narodowo-wyzwoleńczej, Polski jako Chrystusa narodów, Matki Polki, symboli narodowych w modyfikacji kumulujących się zmian, emocji, egzaltacji.

Diagnoza sceniczna wprost krzyczy, że topimy się w oceanie stereotypów, trupów ciągle zmartwychwstałych, demonów narodowych lęków i wynaturzeń. Jesteśmy więźniami historii duszącej nas przymusem, nakazem wykraczającym ponad zdrowy rozsądek. Emocjonalnie rozbuchani, ideologicznie skołowani, religijnie urobieni zapominamy o instynkcie rozumu, który sugeruje inną drogę, niż tą która prowadzi do ślepej afirmacji śmierci za ojczyznę. Ten rozziew pomiędzy koniecznością a normalnością rodzi jednak frustrację. Nieustanne szukanie wroga pozbawia ufności, brak dostatecznej wiary w człowieka, w siebie. Sprofilowani na nieustanną walkę, czujność paradoksalnie nigdy nie jesteśmy wolni, swobodni, niezależni. Naprawdę radośni, spontaniczni, zadowoleni. Wyluzowani, zdystansowani. Z jednego jarzma, na moment uwolnieni, natychmiast popadamy w kolejne. Nie ma mowy na jakąkolwiek analizę, weryfikację, przemodelowanie świata wartości i priorytetów. Utknęliśmy, zapętlamy się, dziedziczymy to, co dawno winniśmy odrzucić. Wszelkie zmiany są tylko po to, by nic się nie zmieniło.

To przedstawienie jest wizualizacją mentalnego zniewolenia Polaków, uwikłanych silnie, niezmiennie w spuściznę historyczną. Gdzie ja to naród, a Polska to nadal zbiorowy obowiązek. Dziś szczególnie mocno odczuwa się to pomieszanie najważniejszych pojęć: Bóg, Honor, Ojczyzna, wiara, nadzieja, miłość, patriotyzm, naród, wolność i niepodległość.  Każde z nich skąpane jest we krwi niewinnie przelanej, w słusznej sprawie/miska z krwią=czerwona farba, w której zanurza ręce matka, krew, którą maluje swój obraz syn a matka nanosi czerwone krzyże/. Naznaczone obawą przed wstydem, hańbą. Podsycane strachem realnym i wydumanym.

Na scenie oprócz Matki Boskiej, figury pocieszającej ale i profilującej maluczkich rozpoznajemy archetypy Matki Polki, samotnie wychowującej syna  Franka /Patryk Szwichtenberg/  na żołnierza, wysyłającej go na śmierć, granej brawurowo groteskowo przez Jolantę Olszewską. Jest też przedstawiciel ideowej opcji narodowej, organizator systemu podniecania żaru walki z wrogiem Polski/Wojciech Brzeziński/. Anna, młoda dziewczyna/Anna Jakubowicz/, która bezrefleksyjnie wchodzi w koleiny Matki Polki, za chwilę powtórzy jej los jest traktowana instrumentalnie, nie ma właściwie możliwości wyboru. Przedstawiciel młodego pokolenia, Edward, który studiował za granicą, w Niemczech/Marcin Januszkiewicz/, zwraca uwagę na rolę pracy, zabezpieczenia finansowego, rozsądnego, chłodnego pragmatycznego myślenia i działania.  Jest marginalizowany.  I pojawia się tez barwna figura globtrotera/maska afrykańska, wieniec kwiatów hawajskich, proporzec  przywiązany do ramy roweru/, zesłańca, kombatanta stylizowana na postać z rycin Artura Grottgera poruszająca się na rowerze/prawie nie do rozpoznania Mariusz Drężek/ w czapce z wyraźnie przypominającymi Myszki Miki uszami. Znak to i symbol, że historia się powtarza, a my nie wyciągamy nadal wniosków, nie zmieniamy punktów widzenia, nie rozszerzamy swojego horyzontu myślenia,  niczego z oglądu i doświadzeń świata się nie nauczyliśmy.

Religia, dom i wychowanie, ideologia zagrożenia, zarządzania strachem stwarza system, który mimo deklarowanej wolności i w imię tejże wolności nadal zniewala umysł. Za fasadą scenografii panuje bałagan, który tworzy zbieranina różności jakie można znaleźć na strychu lub w piwnicy niejednego domu. Przypomina stan naszego narodowego umysłu, który jest krajobrazem wynaturzonych idei, zmurszałych postaw, niekompatybilnych, boksujących się z galopującą współczesnością. To zagracone zaplecze bez właściwości jest budulcem, z niego czerpiemy, z niego tworzymy dzień dzisiejszy. By zapełnić pustkę z olbrzymią kanapą, figurą Matki Boskiej i straszącymi, nic nam już nie mówiącymi anonimowymi przodkami z portretów. Nawet obraz Andrzeja Wróblewskiego z jego cyklu ROZSTRZELANIA nie do końca buduje jasny kontekst.

To jest i straszne, i śmieszne to nasze nic nierozumienie  z historii, przez nas współczesnych, odwróconych od przyszłości, choć się oficjalnie do tego nie przyznamy. Rozdarci, sfrustrowani, zastraszeni i kochamy, i nienawidzimy Polski, jak śpiewa nam wzruszająco w finale Matka Boska Małgorzaty Rożniatowskiej. I nie chcemy w ojczyźnie żyć i nie możemy bez niej żyć. Jak to zrozumieć? Jak to pojąć?

Bez wątpienia trzeba znać historię, interesować się literaturą i sztuką, trzymać rękę na pulsie najświeższych wydarzeń, by w pełni docenić wysiłek twórców. Obraz sceniczny wydaje się prosty ale czy jest dla widzów, zwłaszcza młodych do końca jasny, tego nie jestem do końca pewna. Chyba nie tylko ja. No cóż, nikt nie obiecywał, że będzie transparentny. Ten chaos, galimatias, pomieszanie z poplątaniem należy samemu uporządkować. Odpowiedzieć sobie na pytanie: jak to naprawdę jest z tą Polska, czy rzeczywiście i kocham ją, i nienawidzę.


DZIECIĘ STAREGO MIASTA

reżyseria: Cezi Studniak
scenografia: Michał Hirsulidis
muzyka: Krzysztof Wiki Nowikow
dramaturgia: Michał Pabian
kostiumy: Katarzyna Adamczyk

Obsada:
Małgorzata Rożniatowska
Jolanta Olszewska
Ewa Jakubowicz
Patryk Szwichtenberg
Marcin Januszkiewicz
Mariusz Drężek
Wojciech Brzeziński

data premiery: 24-05-2017

fot. Kasia Chmura-Cegiełkowska

poniedziałek, 18 września 2017

TWÓRCY OBRAZÓW TEATR NARODOWY


„… To nie jest takie proste. Kiedy się nad tym zastanowić. Być twórcą obrazów”. To nie jest takie proste. Kiedy się nad tym zastanowić. Być twórcą swego życia. Obrazu siebie stwarzanego z tego, co boli, uwiera, nie daje spokoju, niszczy.  Gdy się już wie, jakie może być okrutne, destrukcyjne, brudne. Kreacja jako napęd życia, twórczości, sposób ratunku dla siebie i wskazanie drogi ocalenia dla innych może być sposobem na przetrwanie, jeśli tylko człowiek odważy się zaryzykować i będzie szukać, pytać, drążyć. Uporczywie, bezczelnie, bezkompromisowo. Wtedy przekucie każdego bólu, porażki, będzie tym, co go nie zabije a wzmocni, określi, stworzy. I da szansę osiągnięcia sukcesu. Doprowadzi do wymarzonego celu.

Spektakl podejmuje interesujący temat inspiracji twórczych, ilustruje proces dojrzewania do aktywnego uczestniczenia w życiu kulturalnym, przedstawia różne portrety psychologiczne tych, którzy są twórcami obrazów: scenicznych, filmowych, literackich, plastycznych/poprzez elementy scenografii-np. prace Laszlo Moholy Nagy/, życiowych /tych intymnych, ukrytych, zakamuflowanych ale i wizerunku publicznego/. Tak więc mamy do czynienia z bogactwem przenikających się wzajemnie głównych bodźców wyzwalających wszelką kreację artystyczną. Spektakl daje szansę na przyjrzenie się i poznanie jądra, źródła, pierwotnej przyczyny motywacji działania twórczego. Jego uzasadnienia, jego sensu, jego wysiłku, jego dążenia do zaistnienia nie tylko dla siebie samego ale do konfrontacji ze światem zewnętrznym. Interesujący to zamysł i ważny. I pięknie przedstawiony. W żywej kompozycji obrazu teatralnego, wykorzystującego film, doskonały tekst, łączący aktorstwo dojrzałe, głębokie, doświadczone z tym spontanicznym, intuicyjnym ale wyrastającym z tej samej podstawy pasji, talentu, prawdy życiowej. Czerpiącego z autentycznego filmu WOŹNICA ŚMIERCI/projekcja fragmentów/, opierającego się na autentycznych postaciach/BOHATEROWIE/. Co dodatkowo potwierdza i wzmacnia wiarygodność przekazu. Budzi zainteresowanie. Gmatwając fikcję z prawdą wysnuwa  ekstrakt, esencję, istotę sztuki. Z jednej strony bardzo, bardzo zakorzenionej w rzeczywistości doświadczonej, namacalnej, powszechnie znanej, z drugiej uwolnionej siłą wyobraźni, wrażliwości artysty. Zawsze modyfikowanej, manipulowanej, zmienianej. Przetwarzanej.

Jedno doświadczenie życiowe-alkoholizm ojca- wyzwala różne sposoby radzenia z problemem przeżytej traumy w życiu prywatnym i karierze zawodowej artystów, których poznajemy na scenie. Daje ciekawe spektrum walki ze spuścizną emocjonalną dzieciństwa, okresu dojrzewania. Z pamięcią doświadczeń. Z własnym stosunkiem do niej. Poznajemy dojrzałą pisarkę, Selmę Lagerlöf, laureatkę nagrody Nobla, genialnie scharakteryzowaną scenicznie przez Annę Seniuk, która poprzez pisarstwo pragnie ocalić sens swego życia, szacunek do ojca i siebie. Pisze książki, by zapanować nad żywiołem emocji związanych z przeszłością. Cała jej twórczość kluczy wokół jednego tematu. Każda jej książka jest próbą przepracowania jednego problemu. Poznajemy też ambitną, bezczelną, niepokorną, dociekliwą młodą aktorkę , Torę Teje, pysznie graną przez Martę Wągrocką na początku kariery teatralnej /tak też jest w istocie/w jej brutalnych realiach środowiskowych. Ona stała się silna, niezależna, twarda gdy odrzuciła, zapomniała, zniszczyła całą pamięć o ojcu, jego pijaństwie. Nie ma wyrzutów sumienia. Nie rozpamiętuje przeszłości, nie usprawiedliwia ojca a dokonuje wyboru i prze do przodu ku obranemu celowi. Przeciwwagą kobiecego punktu widzenia, dopełnieniem jasności kontekstu są mężczyźni w osobie reżysera filmowego, Victora Sjöströma/wiarygodny Piotr Grabowski/ i eksperymentującego odważnie operatora, Juliusz Jaenzon/uroczy Marcin Przybylski/. Z różnych perspektyw możemy spojrzeć na twórców obrazów. Ten sam problem  każdy z bohaterów rozwiązuje na swój sposób. 

Dobrze, że reżyser Artur Urbański zawierzył aktorom. Podąża za autorem. Spełniona, doświadczona, sławna pisarka w głębokim dramatycznie obrazie Anny Seniuk i drapieżna, drażliwa, bezpośrednia a nawet bezczelna, zmysłowa młoda aktorka w portrecie Marty Wągrockiej, reprezentują na pozór sprzeczne podejście do życia, inaczej radzą sobie z alkoholizmem ojca, stosunkiem do niego. Mają jednak ze sobą wiele wspólnego. To obraz komplementarny, dopełniający się. Pokazujący, co było na początku i na końcu samodzielnych, bezkompromisowych wyborów kobiet artystek. Mężczyźni są równie ambitni, mają konkretne plany artystyczne, do których konsekwentnie dążą. Ale jakże są różni od kobiet! W sumie każdy idzie własną drogą twórczą, w innym krajobrazie przyjętych taktyk dla realizacji wytyczonych strategii. Cel jest jednaki: każdy na swój indywidualny sposób pragnie poradzić sobie z trudną przeszłością, z życiem, które ściąga na dno, uwiera, drażni /jak ziarnko piasku w bucie, które trzeba wyrzucić lub włożyć do muszli, by się przekształciło w perłę/, chce tak je przetworzyć, by zahartowało, ocaliło i sprecyzowało to w co się wierzy, że jest ważne.  Wszyscy bohaterowie mają pasję, upór i cierpliwość. Imperatyw wewnętrzny, by obrócić brud tego świata w wartość, która nie będzie ich niszczyć a wzmocni, wyniesie na pożądany, możliwie najwyższy poziom ducha. Przyniesie w perspektywie sukces, którego pragnienie też jest napędem wszelkiego działania.

A więc sukces. Wielkich pasji, zdyscyplinowanego aktorstwa i doskonałej oprawy plastycznej. Kameralny spektakl lokuje widza w klaustrofobicznej przestrzeni łączącej miejsce montażu filmów/trzy duże stoły ze szpulami/, biura i sali projekcyjnej. To mroczna jaskinia, w której zaszywają się bohaterowie, by mogli wypracować, zmontować ostateczną, wiarygodną, mocną artystycznie dla świata wersję swego życia, ekstrakt do dalszej indywidualnej obróbki przez odbiorcę- widza, co pozwala mu z bliska obserwować dojrzałe, perfekcyjne aktorstwo Anny Seniuk i temperament, świeżość, intuicję, grę ciałem Marty Wągrockiej. Obie ważne, obie naturalne, swobodne, pewne w swoich rolach. Są dla siebie partnerkami, bratnimi duszami. Jak matka z córką, nauczycielka,  mentorka z uczennicą, raczej wspomagają się niż walczą ze sobą o swoje racje. Wspólnie nieustępliwie dociekają, przeprowadzają wiwisekcje siebie. Panowie, jakby w gorsecie konwenansu, poprawności ról społecznych, dominacji patriarchatu, a priori narzucającego porządek świata, stanowią dopełnienie. Niezbędny kontrastujący, dramatyzujący walor w tej palecie barw scenicznych.

Jednak podszyte jest łagodnością to boksowanie się, uporczywe prowokowanie, dociekanie prawdy, tajemnic i odkrywanie bohaterów, nieustępliwa chęć zrozumienia siebie nawzajem w relacjach, niełatwych przecież, nie pozbawionych iskrzenia, presji w dążeniu do dopięcia swego, w obronie prawdy o sobie, w brutalnych realiach życia. Spektakl maluje, mimo wszystko, czułą impresję pozwalającą przybliżyć się do poznania na czym polega przetwarzanie życia w sztukę. Czerpanie z siebie, innych, używanie siebie i możliwych dostępnych środków ma udowodnić, że wszystko może być tworzywem, które buduje a nie tylko niszczy. I, że jest to proces nieskończonej walki, wymagający twardego, silnego charakteru, przejścia drogi bólu, upokorzeń, porażek, upadków i błędów zanim dojdzie się do wymarzonego celu. Najpierw jest rzeczywistość i w procesie twórczym zostaje zmodyfikowana, wykorzystana, użyta. Powstałe dzieło, w tym wypadku książka, która jest punktem wyjścia dla kolejnych artystów do ich własnej twórczości/film z nowatorskimi efektami specjalnymi/. Sztuka karmi się nie tylko rzeczywistością ale i samą sobą. Ciągle opowiada przez różnych artystów tą samą historię, choć używa różnych narzędzi, środków wyrazu. Bywa kamuflażem. Ratunkiem. To często walka o przeżycie, zachowanie godności, obrona człowieczeństwa, chęć odciśnięcia własnego piętna na świecie i kolejna inspiracja dla tych, którzy się z dziełem zetkną i nałożą na nie własny laserunek wiedzy, doświadczenia, wrażliwości.

Tak jest też ze sztuką teatru a więc i z tym spektaklem, obrazem scenicznym. Sam w sobie jest żywą kreacją indywidualną i zbiorową. Dzieło wypracowane jest wspólnie. Jak widownia, jego odbiorca, go odczyta, zrozumie, przetworzy dla siebie, trudno przewidzieć. Jeśli zechce podzielić się wrażeniami ze światem, proces twórczy nadal będzie trwał-otwarty, nieskończony, nieprzewidywalny. Bo widzowie wychodzą ze spektaklu z własną wizją tego, co zobaczyli.  Też są twórcami obrazów.

TWÓRCY OBRAZÓW  PER OLOV ENQUIST

reżyseria: Artur Urbański
scenografia i kostiumy: Magdalena Maciejewska
projekcje wideo: Marek Zamojski

asystent reżysera: Tomasz Żebrowski
realizatorzy dźwięku: Piotr Gos, Marek Wojtulanis
realizatorzy światła: Janusz Brodacki, Łukasz Obuch-Woszczatyński
realizatorzy wideo: Mariusz Chałubek, Paweł Woźniak

obsada: Anna Seniuk, Marta Wągrocka, Piotr Grabowski, Marcin Przybylski

Premiera: 16 września 2017r., Scena Studio 
Fot. Maciej Landsberg, projekt ELIPSY