niedziela, 25 lutego 2018

roz/CZAROWANIE TEATR OCHOTY


Na pustej kameralnej scenie Teatru Ochoty wylądowała kapsuła czasu. Otwarta jak Puszka Pandory. Niezwykła, lśniąca, mieniąca się odbijanym, zmiennym światłem, zwichrowana komnata królewska. Miejsce metamorfozy. Przejścia. Prawdy. Wyczarowała bajkowy awers i życiowy rewers losu ludzkiego. Dobra i zła. Złożoność doświadczania, niejednoznaczność postrzegania, ból poznania. Pięknie, mądrze, bezkompromisowo zderzyła czyste człowiecze marzenie, czułe pragnienie z realiami natury ludzkiej, ślepym losem. Trudem, niemożnością spełnienia. Przeznaczeniem.

"Dawno, dawno temu, kiedy na świecie nie było jeszcze ludzi, istniały dwie krainy. Jedna należała do kruków, a druga do łabędzi. Jedna była czarna, a druga biała. Jedna usypana była z ziemi, a druga ze śniegu..." Wszyscy chyba kochamy bajki. Ich wzruszającą prostotę, nie do odrzucenia morał. Piękno. Prawdę zaklętą w metaforze. Odwoływanie się do wyobraźni. Spektakl korzysta z tego bogactwa wiedzy o świecie i człowieku, reguł rządzących nimi. I opowiada uniwersalną historię bez happy endu. Raczej triller psychologiczny o losie ludzkim. Gdzie ignorowanie norm, przekraczanie granic, łamanie zakazów kończy się tragicznie/królewna/, wyśniona miłość trudnym do zniesienia cierpieniem/służąca/, karmiona latami zemsta niespełnieniem/sługa/, matczyna miłość gorzki ma smak i niszczący charakter/macocha/ a ojcowie są nieobecnymi gigantami, bogami poza zasięgiem miłości dzieci i ich nie ocalą, nie uchronią przed popełnianiem błędów prowadzących do zguby. Każdy tak naprawdę zdany jest na siebie, ma własną historię, która go ukształtowała i motywuje jego postępowanie, prowokuje zachowanie, nieodwracalne czyny.

Prawda ma tu gorzki smak, życie brutalny wymiar. Nawet marzenie okazuje się złudą prowadzącą na manowce. Do rozczarowania. Bo na nic zda się czarowanie, zaklinanie rzeczywistości. Pragnienie dobra, szczęścia, miłości. Przeznaczenie i tak dopada bohaterów. Odpłaca im pięknym za nadobne. Przy czym poznajemy przyczynę tego stanu rzeczy. Upadku. Trzeźwego obudzenia. Straty złudzeń, nadziei gdy wszelkie zasłony kamuflaży, przemilczeń, manipulacji opadają. I znów dowiadujemy się, że nie można zmienić ludzkiej natury, oszukać jej, zignorować, bo mami nas obietnicą nie do spełnienia. Nie można uciec od przeznaczenia, bo każdy sam sobie je wykuwa. Życie to kompromis, układ, gra, walka, pakt. Balansowanie. Na konkretnych warunkach. Cała reszta to fantazjowanie. Bajanie. Krótko działające endorfiny. Pogoń za odreagowywaniem, rekompensatą,  ratunkiem. Ucieczka od czyhającego zła.  Jest w formie bajki jakaś rozbrajająca czułość, tkliwość, która pozwala znieść prawdę z dystansem, w poczuciu bezpieczeństwa oswajającego zło świata ludzkiego. 

Ten spektakl będzie się wszystkim podobał. Na pewno nikogo nie rozczaruje. Wspaniale skomponowany tekst Grzegorza Staszaka dał fory budowaniu złożonych, ciekawych, barwnych postaci aktorom, którzy ze swych zadań wywiązali się znakomicie. Dramatyczna, mroczna, przejmująca królewna Karoliny Baci jest nie tylko bajkową ale i współczesną śmiałą dziewczyną mocno doświadczoną z powodu zuchwałości, przekraczania granic, ignorowania zagrożeń. Miała wszystko, została z niczym zraniona bardzo boleśnie, głęboko. Zupełnie odwrotnie niż jej radosna, ufna, ciepła służąca Małgorzaty Kowalskiej, która nie mając nic marzyła o wszystkim ale i tak za odwagę bujania w obłokach przez los została ukarana. Wszystkiemu winne są matki, ich złe wychowywanie, kształtowanie dzieci. Ich nieobecność, śmierć zostawia pustkę nie do wypełnienia. Brak miłości, czułości, wieczną tęsknotę za nią/królewicz, królewna/. Obecność wypacza spojrzenie na życie, w nim swoje miejsce. Rozbudza złudne nadzieje. Oczekiwanie, że można więcej otrzymać, niż się na to zasługuje, mimo że są intencje czyste, serce dobre, charakter nieskażony/służąca/. Znienawidzona przez otoczenie, nieszanowana, poniewierana i obrażana królowa Diany Zamojskiej to niespełniona, potencjalnie idealna matka lecz i ona nie jest w stanie przywrócić swemu dziecku życia dwa razy. Nie uratuje go jej bezgraniczne oddanie, pełne poświęcenie, bezwarunkowa miłość. Bo jest intencjonalna, deklaratywna, wyidealizowana. W istocie prawda jest inna, bardziej prozaiczna i bezwzględna. Czyni królową winną, odpowiedzialną, niedoskonałą. Ojców fizycznie nie ma, podobnie jak w naszej współczesnych czasach, lecz odgrywają decydujące znaczenie jako figura autorytarna, silna, władcza. Jest punktem odniesienia, autorytetem, o którego miłość się zabiega, o uwagę, akceptację walczy. Jest ukrytym, niewidzialnym ośrodkiem motywującym do działania i do naśladowania. Ale i ojcowie nie są w stanie ocalić swoich dzieci. Są przyczyną ich klęski. Trzeźwego ratunku. Powrotu na ścieżkę rozsądku i powinności. Bo jeśli nawet rzeczywistość okrutnie rozczarowuje, to należy chwytać się każdego kompromisu aby dać szansę przetrwaniu. Łukasz Borkowski w roli służącego jest wyrazisty, podstępny, dwuznaczny. Jakub Hojda jako królewicz naiwny, miękki, ambiwalentny. Bohaterowie ubrani w proste czarno lub białe kostiumy wzbogacone piórami, pomysłowe peruki, znaczące korony doskonale wpisują się w przekraczającą czas i formę konwencję. Reżyserka, Annę Wieczur-Bluszcz, sprawnie prowadzi ich od czarowania do dojrzewania. Od bajkowego dziecięctwa do znojnej dorosłości. Pierwsze jest cudownym snem, marzeniem, pełnią. Drugie samym mozołem, bagnem życia.

Piękny to spektakl, pięknie zainscenizowany. Bajeczny balsam na stęsknione dobra, piękna, miłości serce, lodowaty kubeł starych lęków na sponiewieraną, wypieraną z ciała współczesną duszę.

roz/CZAROWANIE
reżyseria: Anna Wieczur-Bluszcz
scenariusz: Grzegorz Staszak
scenografia i kostiumy: Ewa Gdowiok
muzyka na żywo: Joanna Kamińska
konsultacje choreograficzne: Kamil Wawrzuta
konsultacje perukarskie: Jaga Hupało
asystentka reżyserki: Diana Zamojska

obsada: Karolina Bacia, Łukasz Borkowski, Jakub Hojda, Małgorzata Kowalska, Diana Zamojska

premiera: 23 lutego 2018

fot. Tomasz Słupski

BIBLIA.RDZ.12-25 ZADARA NOWY TEATR CENTRALA


BIBLIA.RDZ.12-25 to część druga projektu Nowego Teatru i Centrali w reżyserii Michała Zadary. 

Uff, po pierwszym spotkaniu, w trakcie którego wszyscy uczestnicy, duzi i mali, napracowali się  bardzo przy malowaniu teatralnego obrazu stwarzania świata według boskiego planu, przyszedł czas na odpoczynek. Jednak aktywny, też zaangażowany. Tym razem słuchamy, patrzymy. Wizualizujemy sami dla siebie słowa, zdarzenia, sytuacje.  Myślimy. Być może zadajemy ważne, trudne pytania. Jakie? Każdy zna tylko swoje. 

Artyści stworzyli warunki, by i tym razem wyobraźnia została pobudzona, by to w jej obszarze rozgrywały się kolejne zdarzenia. Nastrojowe światło buduje przyjemny, kameralny klimat. Wchodzimy w przestrzeń sceny, która jest umieszczona pod tym samym, jak w części pierwszej, wielkim, białym namiotem z oknami otwartymi na niebo, z wygodnymi, miękkimi pufami, które zapraszają do zajęcia miejsca. Wszędzie czekają kartki do kolorowania,  kredki, w centrum leżą duże, czarne, winylowe płyty, stoi stary, w drewnianej obudowie adapter, który uruchamia dziewczynka, Maja Amsterdamska.  Z offu dobiega głos Michała Zadary, który opowiada, co wydarzyło się w księdze rodzaju 12-25. Reżyser wchodzi we wszystkie, bardzo różne role. Zmienia głos, płeć, raz jest dorosłym, raz dzieckiem, kobietą i mężczyzną, a nawet samym bogiem. Treści są trudne, nie do końca jasne. Być może nie wszystkim znane a więc po raz pierwszy słyszane. Prawdopodobnie w każdym prowokują pytania, ale tylko swoje wypowiada głośno dziewczynka. W międzyczasie razem z innymi dziećmi koloruje, rysuje. Niby bawi się a jednak uważnie słucha. Tak jak wszyscy pozostali. Czuwa. Przykuwają  uwagę  dzieci i dorosłych wyświetlane ponad nimi gwieździste niebo, ilustracje Sodomy i Gomory, płonącego miasta. Identyfikowane są z tym, co znają, niedawno widzieli, jak pożar w Los Angeles oglądany poprzedniego dnia w telewizji czy internecie. Bo przenikają się biblijne treści ze współczesnością. Odnoszą się do intuicji i wiedzy. Natury ludzkiej. Prowokują odwieczne pytania, co jest ludzkie, co boskie. I dlaczego jest jak jest. Jaki mamy wpływ na przebieg zdarzeń, nasze życie, losy świata. Przeżywamy indywidualnie swoje wyobrażenia powstałe na zadany temat ale wspólnie, razem. Nie dzielimy się nimi. Pozwalamy, by się narodziły w nas i tam wybrzmiały, pozostały. 



Opowieści o Abrahamie, Sarze, Hagar, Ismaelu , Izaaku, Locie, Sodomie i Gomorze, wśród których obecny jest Bóg i jego aniołowie, są niezwykłe. Słuchowisko skierowane jest do dzieci a dotyczy przecież świata dorosłych. Przyznajmy, jest brutalny, okrutny, w którym seks i występek, grzech i nieposłuszeństwo nakręcają spiralę przemocy. Sprawdzają przymierze człowieka z Bogiem.  Dobrze, że sceny mrożące krew w żyłach nie są pokazywane, grane. Wypowiedziane brzmią wystarczająco groźnie. Jak bardzo, każdy uzmysławia sobie sam. 




Teraz będziemy czekali na dopełniający, ostatni spektakl, który mamy nadzieję zobaczyć pod koniec marca 2018 roku. A więc już niedługo. Czas tak szybko mija!! 

BIBLIA.RDZ.12-25

Reżyseria, scenariusz, projekcje: Michał Zadara
Głos: Michał Zadara
Występuje: Maja Amsterdamska
Scenografia: Robert Rumas
Muzyka: Jan Duszyński, Michał Zadara
Asystentka reżysera: Michalina Żemła

Produkcja: Fundacja Nowych Działań
Koprodukcja: Centrala, Nowy Teatr

foto: Maurycy Stankiewicz

czwartek, 22 lutego 2018

DRUGI ŚWIAT TG.LYNX NOWE EPIFANIE 2018


DRUGI  ŚWIAT to znaczy inny, alternatywny. Ale obcy czy znany, gorszy czy lepszy, zrozumiały, doświadczony? Świat Wschodu czy Zachodu, wewnętrzny czy zewnętrzny, osobisty czy zbiorowy, subiektywny czy obiektywny? Ja dla ciebie czy ty dla mnie?

Teatr TG.LYNX z Holandii w swym spektaklu podjął ciekawy i ważny temat postaw jednostki, człowieka żyjącego w krajach Europy Wschodniej, a konkretnie w Polsce i NRD po drugiej wojnie światowej wobec totalitarnej władzy, która łamała kręgosłupy moralne, modelowała systemem wychowania, kształcenia, regulowania i restrykcyjnego kontrolowania relacji państwo obywatel. Przeprogramowała mentalnie człowieka, stworzyła homo sovieticus. Dobrze, że ten spektakl powstał, został pięknie zagrany, zaśpiewany/MURY Jacka Kaczmarskiego po polsku/, przedstawiony. 

Spektakl obrazuje uwikłanie jednostki w socjalizmie. Problem zdrady, lojalności, odpowiedzialności. Przyjaźni i miłości. Nie jest łatwo dziś wykazać, co jest prawdą co fałszem. To skomplikowane. Twórcom udało się pokazać postawę wynikającą z wiary w system, któremu ludzie chcą pomagać, służyć a w związku z tym świadomie akceptują jego zasady, system wartości, prawa i obowiązki /Monika, Niemka z NRD, kolaboruje ze STASI, przenika do struktur organizacji STOWARZYSZENIE KOBIET DLA POKOJU, donosi/ oraz postawę oporu, buntu polegającą na nielegalnej, zakazanej działalności, poprzez którą jednostka stara się z systemem walczyć, robiąc wszystko, co jest w jej mocy, na miarę sił i możliwości/Anna, Polka, artystka, powiela i rozprowadza książkę „1984” Orwella /. W każdym przypadku konkretna postawa wynika z historii życia bohaterek sztuki, ich rodzin. Mniej lub bardziej świadomych wyborów. Monika, urodzona w 1945 roku, nie poznała ojca/dziecko gwałtu?/, wychowywana była najpierw przez babcię, która wierzyła w partię, później  kształtował ją dom dziecka. Anna to artystka, z sukcesem wystawiająca swoje prace w kraju i zagranicą. Duch niezależny i wolny. Związki Moniki i Anny z ich mężczyznami i przyjaciółkami pokazane są pobieżnie, ale odzwierciedlają komplikacje życiowe, których są przyczyną. Donosicielstwo, szantaże. Detlef Moniki to zimny, nieprzystępny ubek, nie chce nawet zdradzić jej swojego adresu zamieszkania. Bob Anny jest Holendrem, co rodzi wiele problemów/paszport, gdzie być :w Polsce czy w Holandii?/.

Aktorki wspaniale poradziły sobie z piekielnie trudną problematyką, zakresem tematycznym, materiałem tekstowym, koniecznością grania podwójnych ról, bo spektakl jest komunikatywny, ciekawy, atrakcyjny. A przy tym wyważony, nie epatujący ekstremalnymi emocjami. Artyści przedstawiają, inscenizują, zestawiają fakty a nie oceniają, nie krytykują, nie piętnują. Nie gloryfikują postaw właściwych, pożądanych. Pokazują raczej tragizm konsekwencji sytuacji, w jakiej znaleźli się ich bohaterowie bez swojej winy, dokonanych przez nich wyborów w kontekście skutków zarówno dla jednostek/Anny i Moniki/, jak w szerszym, ogólnoludzkim czy narodowym wymiarze/morderstwo Popiełuszki, cynizm, bezkarność decydentów, władzy: Wojciech Jaruzelski, Czesław Kiszczak, w innym obrazie: Erich Honecker, Nicolae Ceauşescu/. Wszelka ocena dokonuje się automatycznie w nas, widzach. Nasuwa się nienachalnie, powoli, będąc wynikiem logicznej kompozycji scenicznej, nieuniknionej sekwencji zdarzeń, zestawionych informacji, konfrontowanych postaw i chwyta za gardło. To duży atut spektaklu, gdy pozwala widzowi dojrzeć samodzielnie do wniosków, dociec konsekwencji, zauważyć niebezpieczne skutki na przyszłość. Wartościować. Dokonywać oceny moralnej. Można powiedzieć wtedy, że sztuka wypełniła powinność, spełniła swoją misję. Czegoś nauczyła. Nie jest obojętna, reaguje na zło najlepiej jak potrafi, wykorzystując nowoczesne, różnorodne środki wyrazu: wideo, dokumentalne filmy, wywiad, animacje, śmiałą dramaturgię/płynne przeplatanie kilku życiorysów, w różnym miejscu i czasie/, pomysłowa, umowna, minimalistyczna scenografię/np. wyświetlane na ekranie aranżacje pomieszczeń /, kilka rekwizytów/kwiatek, goździk, flaga, zabawka, telefon/, zmieniane kostiumy i peruka zakładana na scenie, muzyka/również wykonywana na żywo/.

Twórcy obawiają się możliwości odrodzenia totalitaryzmu w Europie. A ma ono źródło również w nierozliczonym, powojennym, narzuconym siłą porządku społeczno-politycznym. Bowiem sprawcy nie zostali osądzeni, ukarani. Nie czują się winni i nie ponieśli żadnej odpowiedzialności/przywołana wypowiedź Kiszczaka/. Ci, którzy rządzili i ci, którzy ulegali tym narzuconym rządom; zwykli, normalni obywatele. Anna przygotowała listę 160 000 osób, jeśli są niewinni, mają szansę to udowodnić. Nie można powiedzieć przecież, że nic się nie stało. Zbrodnia, która się dokonała a nie została rozpoznana, nazwana, napiętnowana, przyczynia się do akceptacji zła. Powoduje, że nadal się będzie ono odradzać i rosnąć w siłę. I pozwala odsuwać od siebie odpowiedzialność, gmatwać skutek z przyczyną i mówić, że to nie ja to ten drugi człowiek, świat, system jest winny. 

Może łatwiej jest z zewnątrz, w tym wypadku Holendrom, szeroko, wnikliwie spojrzeć na to, co w ludziach za żelazną kurtyną decydowało jak mają postąpić w określonych warunkach, konkretnych sytuacjach. Dla  Europy Zachodniej to jest ten drugi świat. Tak jak Europa Zachodnia była dla Wschodniej przez długi okres czasu rajem, ziemią obiecaną, tym drugim, lepszym, nieznanym dobrze ale upragnionym światem. Można powiedzieć, że ten podział jeszcze nie został do końca zniesiony. Tym bardziej jest ważne, by zrozumieć można było, co się wydarzyło po obu stronach formalnie nieistniejącej już dziś granicy. Jednak lęki, obawy, mury, granice, przeszłość są nadal w ludziach. A wtedy ten świat zła, zniewalający człowieka, całe narody, regiony budzi się. By nas przed nim przestrzec, pokazać nam jego nierozpoznane, podstępne, nierozliczone do końca, cynicznie odsuwające od siebie odpowiedzialność oblicze powstał ten spektakl.

Dlaczego nie u nas, w Polsce? 


DRUGI ŚWIAT 

Koncepcja: Julia Van de Graaff de Graaff, Gonny Gaakeer
Tekst Moniki: na podstawie książki „Geschützte Quelle” Ireny Kuktz i Katji Havermann
Tekst Anny: na podstawie wywiadów Julii van de Graaff
Adaptacja: Julia van de Graaff, Gonny Gaakeer, Leen Braspenning, Johann Van Gerwen
Dramaturgia: Jannet van Lange
Reżyseria i scenografia: Leen Braspenning i Johann van Gerwen
Muzyka: Radek Fedyk
Projekcje: Johann Van Gerwen
Światło: Nik Tenten i Robin Kiezebrink

Występują: Julia van de Graaff i Gonny Gaakeer

Za stronę muzyczną spektaklu odpowiada multiinstrumentalista Radek Fedyk, który zabiera widzów w podróż w świat jazzu, muzyki ludowej, bigbit-u i punka z NRD.

premiera: 2016 w HOLANDII

Goscinnie w Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski

poniedziałek, 19 lutego 2018

ROKCY BABLOA TEATR ALATYR


Teatr prywatny, produkcja niezależna, autorska, boje o przetrwanie  wypracowały tym spektaklem niezwykłe artystyczne wydarzenie. Zgrabne dramaturgicznie, formalnie minimalistyczne, emocjonalnie gorące. Maksymalnie angażujące. Niosące  otuchę, nadzieję. Budujące pewność siebie. Ofiarujące ten zaskakujący naddatek, wartość dodaną w postaci niewymiernej a jednak odczuwalnej energii pozytywnego oddziaływania. Doskonałej zabawy, twórczej nauki. Przekonania, że marzenia warto mieć, ale trzeba bardzo ciężko pracować, by móc je zrealizować. A co najważniejsze nigdy się nie poddawać. Walczyć o siebie, o to co się kocha.

Publiczność  doświadcza radości. Autentycznej, pierwotnej, naturalnej. Doskonale się bawi. Utożsamia się, przejmuje losami bohaterów. Czuje się z nimi związana. Mocno przeżywa znaną historię Rocky'ego Balboa z filmu ROCKY z Sylvestrem Stallone w kultowej roli głównej. Bo to on i jego film, osoba i życie jest inspiracją spektaklu. Atrakcyjne treści, szczegóły związane z okolicznościami powstania filmu, biograficzne monologi Bartosza Budnego, Michała Karczewskiego i Rafała Pietrzaka, ich barwne osobowości, sprawność, kondycja, dynamiczna, przybierająca różnorodną, sugerującą improwizowaną formę gra aktorska decydują o tym, że narracja jest wciągająca, akcja wartka, obraz intrygujący, barwny, żywy. Tempo drakońskie, zmiana granych postaci imponująca. Lekkość, naturalność, poczucie humoru czyni ją bardzo osobistą, intymną. Nie czuje się, że sztuka jest grana w klaustrofobicznych warunkach małej sceny, minimalistycznej scenografii, przy użyciu niezbędnych rekwizytów, skromnych ale charakterystycznych kostiumów, spontanicznie na oczach widzów zmienianej charakteryzacji. Paradoksalnie wszelkie ograniczenia wyzwalały inwencję, wyobraźnię, kreatywność i unieważniany wszelkie niedostatki. Sceny są wyraziste, mocne, zabawne. Przekonujące. Porwała wszystkich końcowa walka na ringu. Metaforyczna i prawdziwa, bo Rocky jest każdym z nas, nie wygrywa pojedynku ale jednak zwycięża. Udowadnia, że ma charakter. Pasję. I zdobywa miłość swego życia, którą w spektaklu jest naturalnej wielkości człowieka dziewczyna lalka. Prostota, bezpośredniość, szczerość rodzi siłę oddziaływania przekazu. Powoduje, że widz bohaterom wierzy i współodczuwa. Dokonuje projekcji ich doświadczenia na swoje życie. I odwrotnie. Każdy przecież przeżywa mocno swoje niepowodzenia, chwile zwątpienia, zawody, złośliwość losu, nieprzewidywalność fatum. Musi coś z tym zrobić. Naginać się jak myśląca trzcina do realiów życia. Jednak poszukiwanie tego kim się jest, co się lubi robić, co sprawia przyjemność powoduje, że wszelkie  porażki, klęski przestają mieć znaczenie. W walce nie tylko ważny jest zwycięzca ale to o co toczy się gra. Wszyscy wygrali miłość do tego, co robią, do sztuki. Rocky miłość do dziewczyny, Stallone'a kariera nabrała rozpędu, rola i film przyniosła mu sławę. Młodzi aktorzy stworzyli zgrany zespół, założyli teatr, wystawiają autorskie sztuki. Mocno cieszy sukces, silnie odczuwa się chwile euforii. Szczęścia. Harmonii ze sobą samym i światem.


Spektakl niesie prawdę uniwersalną. W gruncie rzeczy prosty wzór na to, by mimo wszelkich przeciwności, ograniczeń, trudów, być szczęśliwym człowiekiem.  Mieć efekty, satysfakcję, osiągać cele. Widzowie czują prostotę koniecznych wyborów i skomplikowaną, bardzo trudną drogę dążenia do ich realizacji. Sami mają podobne doświadczenia. Nieustannie się uczą, poszukują pracy, która oprócz stabilizacji i zabezpieczenia bytu sprawiałaby im przyjemność, była ich pasją. Ale to nieustanne dociekanie istoty siebie i znalezienie jej, robienie w życiu tego, co rozwija i daje radość, samo w sobie dodaje siły, uspokaja, wzmacnia. Przewartościowuje dotychczasowe życie, zmienia hierarchię, system wartości. Pozwala cieszyć się najmniejszym sukcesem, najdrobniejszym postępem w wysiłku dążenia do obranego celu. Nawet, jeśli się on ciągle oddala, nieustannie zmienia czy modyfikuje. Poza tym nie sposób zapomnieć, że życie jest ciężkie, szczęście nietrwałe, ulotne. Gonimy króliczka w pozycji żółwia odwróconego na plecy. A jednak człowiek czyni możliwym to, co wydawało się niemożliwe.

Sprawdza się przejrzysty, jasny i spójny scenariusz i reżyseria Jakuba Kasprzaka. Podbija serca żywiołowość obecności scenicznej aktorów. Ta determinacja, nieustępliwość, mozolne posuwanie się naprzód nie zawsze w zgodzie ze światem i samym sobą.  Mimo, że trzeba nieraz siebie i rzeczywistość nagiąć do własnych projektów. Czy projekty do siebie. Aktorzy nie mieli satysfakcjonującej pracy więc założyli teatr. Teatr nie uzyskał zgody do używania nazwy Rocky Balboa, więc zmienił ją. Spektakl powstał minimalnym kosztem. Artyści dają z siebie wszystko. Włączyli własne życiorysy, osoby, pomysły, narracje. Grają po kilka postaci. Ale grają, wciąż grają. Ciągle z takim samym entuzjazmem, zaangażowaniem, nadzieją.

Nie przegapcie tego spektaklu, nie pomińcie. Pokazuje triumf determinacji i woli. Miłości do sztuki. Teatru. Życia jakie się otrzymuje i dalej samemu ocala, tworzy i rozświetla. Powodzenia:)



ROKCY BABLOA 
Scenariusz i reżyseria - Jakub Kasprzak
Przestrzeń - Adam Karol Drozdowski
Muzyka - Paweł Jeleniewski
Produkcja - Paweł Klica

Obsada:
Bartosz Budny jako BARTOSZ BUDNY
Michał Karczewski jako MICHAŁ KARCZEWSKI
Rafał Pietrzak jako RAFAŁ PIETRZAK
Julia Sacharczuk jako JULIA SACHARCZUK (spektakle w Chorzowie i Warszawie)

Spektakl realizowany w ramach rezydencji w Teatrze Rozrywki w Chorzowie.
Spektakl otrzymał dofinansowanie ze środków Miasta Stołecznego Warszawa.
Spektakl bierze udział w 24. Ogólnopolskim Konkursie na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

niedziela, 18 lutego 2018

BIESY STUDIO teatrgaleria

Natalia Korczakowska konsekwentnie tworzy w formule teatru postdramatycznego. Bezczelnie linkuje, odważnie kradnie, wprost odnosi się do tego, co już zaistniało, dawno zapadło w pamięć widzów. Jak każdy artysta. Nie wypracowała dotąd własnego, odrębnego artystycznego języka scenicznego, całkowicie niezależnego od jakichkolwiek wpływów. Na razie komponuje czerpiąc zewsząd. Skutkuje to powstaniem inscenizacji, która jest abstrakcyjnym patchworkiem. Odbiorca może odnaleźć w nim wiele znanych sobie, ugruntowanych już estetyk teatralnych, konkretnych pomysłów, inspiracji, scenicznych, aktorskich, reżyserskich, scenograficznych. Sztuka-co nie jest nowością, poza tym nikt nie obiecuje, że będzie łatwo, lekko i przyjemnie -jest wymagająca wobec widza, który ma trudne zadanie szukania sensu, znaczenia, uzasadnienia użytych przez reżyserkę technik. Ale ma też szansę samodzielnie tworzyć własne rozumienie spektaklu. Widz, o ile to możliwe,  nie powinien zniechęcać się, rezygnować  z teatralnej przygody śledzenia myśli, założeń, intencji twórców, mimo że podążając za nimi może się gubić, błądzić. Sam musi rozwikłać tę teatralną zagadkę. Zmagać się z nią. Jeśli tylko zechce. Jeśli starczy mu sił, wyobraźni, woli. Uporu. Cierpliwości. Niewykluczone, że do końca pozostanie dla niego tajemnicą o co tak naprawdę w tym spektaklu teatralnym chodziło. Wysiłki artystów  i oczekiwania  odbiorców niekoniecznie muszą skonfigurować się w jednej wykładni. Na tym to spotkanie polega, że jedni komponują, drudzy interpretują. Wszyscy wolni, niezależni. Każdy ma prawo inaczej  myśleć i co innego dostrzegać, rozumieć. Łączyć. Pamiętać.


Odnieść można wrażenie, że rzeczywistość BIESÓW Natalii Korczakowskiej jest niesłychanie płynna, nieokreślona, symboliczna. Usytuowana poza miejscem i czasem. Poza konkretem, który by ją precyzyjnie definiował, kongenialnie w rzeczywistości rozpoznawalnej więził. Jakby chodziło o wzór ogólny zjawiska, o archetypy ludzi, idei, zjawisk, problemów. Ich cechy szczególne odnajdujemy w  sygnalizowanych- treścią, obrazem, nazwiskiem, w zarysach portretów scenicznych bohaterów, w kompozycji sytuacji- mgnieniach, błyskach, nastrojach.

Spektakl ma ambicje wybicia się ponad banalność, nudę, kanon, ograniczony zakres konkretnego przypadku. Oczekuje od widza umiejętności kojarzenia, składania, indywidualnego wartościowania, tworzenia w nim samym obrazu teatralnego.  Zmusza go do spostrzegania, odczytywania, łączenia sprowokowanych scenicznie asocjacji. Widz ma szansę odnaleźć tu odniesienia do teatru Krzysztofa Warlikowskiego/np. plastikowe boksy Małgorzaty Szczęśniak, muzyka, kostium, charakteryzacja /, Krystiana Lupy/atmosferę zawieszenia, rozciągnięcia czasu, stuporu, nastrój dezorientacji, np. MIASTO SNU/, Maję Kleczewską/ Pempuś rzucający się na boks, stylizacja Kiryłowa,  Rasiakówna i Porczyk=końcowa scena jak z GOLEMA,/, Michała Borczucha/ gra Krzysztofa Zarzeckiego jak w spektaklu WSZYSTKO O MOJEJ MATCE/, Jędrzeja Piaskowskiego/sposób konstruowania postaci scenicznej, mówienia nią, alternatywnego ilustrowania, komentowania/, Castellucciego. Film, wideo, zbliżenia wykorzystują prawie wszyscy. Przez co wszystko wydaje się cytatem, jego rozwinięciem lub kolejną wariacją, a to właściwie jest normalne w teatrze postdramatycznym, czy sztuce w ogóle/wytnij, wklej, stwórz collage, nadaj nowe znaczenie, zinterpretuj/. Przy czym tylko najzdolniejsi, najbardziej doświadczeni i utalentowani aktorzy potrafią wnieść wiele od siebie, radzą sobie z trudną dramaturgią, znacząco decydują o wypadkowej postaci swojej roli. Takich aktorów ma obecnie STUDIO wielu.

Fenomenalna jest, ulegająca metamorfozie Halina Rasiakówna w roli Szygalewa,  z perfekcyjnym, wieloznacznym Bartoszem Porczykiem w roli Lembkego, który się pod koniec do niej upodabnia, staje się jej klonem, kopią. Ulega transformacji, przeistacza się w kolejnego wyznawcę ideologii /socjalizmu/Szygalewa. Metaforycznie i dosłownie. Istotny jest moment gdy się rozbiera, by na nowo całkiem nagi mógł narodzić się na nowo. Nie można od niego oczu oderwać gdy staje się człowiekiem niepodobnym do siebie dawnego. Lembke,  zwykły, normalny człowiek, dał się przeprogramować. Bo Szygalew Rasiakówny jest narratorem przewodnikiem, podstępnym agitatorem, zdolnym nauczycielem, który potrafi nawet w opresji wpływać na ludzi tak, że mu ulegają. Łowi dusze dla nowej religii. Wpływa na nie niepostrzeżenie. Tak buduje swą nową armię wyznawców bies niebezpiecznych ideologii, rewolucji.

Świetna jest Irena Jun ze Stanisławem Brudnym jako przedstawiciele klasy i generacji, która nie ma już nic do powiedzenia, odchodzi w niepamięć, traci całkowicie znaczenie i wpływ na rzeczywistość.  Statyczne, niepotrzebne, zbędne. Takie, które można już tylko dotknąć, skrzywdzić, zignorować. Na którym można ćwiczyć swoje ekstremalnie wyrafinowane okrucieństwo, sprawdzając jednocześnie granice własnego znieczulenia na cierpienie ludzi, którzy na to nie zasłużyli.

Scena, w  której Nikołaj Stawrogin Krzysztofa Zarzeckiego opowiada matce o psychopatycznym zachowaniu w Petersburgu w pustym, zamkniętym plastikowym boksie robi ogromne wrażenie. Uczeń przerósł mistrza. Metodyczne, spokojne, pozbawione emocji relacjonowanie o zezwierzęceniu, zepsuciu, upadku jako człowieka swojej rodzonej matce jest dla niej torturą, doświadczeniem granicznym.  Wieńczącym eksperymenty na własnej duszy, psychice, wytrzymałości wydawałoby się normalnego, przeciętnego człowieka, jakim wydawał się być Nikołaj. Nic dziwnego, że Barbara Stawrogin chce wyjść, uciec przed spowiedzią syna. Uchyla drzwi, by zaczerpnąć świeżego powietrza, bo atmosfera wewnątrz jest dla niej nie do zniesienia.

Bies Nikołaja, swymi podszeptami sprawdzania granic człowieczeństwa doprowadził go ostatecznie do samobójczej śmierci.  Rzeczywiście, jako przywódca rewolucji, jakim go widział Piotr Wierchowieński, musiał sprawdzić się, wyzbyć resztek cech ludzkich. Każdy jego czyn krok po kroku przybliżał go do stania się idealnym cyborgiem tyranem, mogącym się zdobyć na absolutnie wszystko, na każde niewyobrażalne zło, wyrobił w nim gotowość na przekraczanie kolejnych granic, w końcu przekonał go, ze nie ma już żadnych. Znieczulił go, uodpornił, wzmocnił. I ostatecznie zniszczył.

Kiriłłow opętany jest biesem ateizmu, nihilizmu. Samobójstwo jest dla niego całkowitym wyzwoleniem. Uważa, że "jeśli Boga nie ma to wszystko wolno" a udowadniając nieistnienie Boga poprzez własne samounicestwienie staje się przydatny do wykorzystania przez system, który manipuluje, zarządza strachem. Robert Wasiewicz w tej roli w długich włosach, rozmemłaniu, niepewności nagości tworzy postać słabą, podatną na wpływy innych. Trudno uwierzyć, że jest Bogiem dla siebie samego. Jego postać zaprzecza naturze jego bohatera.

Szatow Marcina  Pempusia to postać tajemnicza, mroczna, niepozorna. Milczy, rzuca się, bawi czcionkami  drukarskimi/jest przecież z zawodu drukarzem/ jak nabojami wyłuskiwanymi z magazynku pistoletu, który obok złowrogo leży na podłodze. To w czarny garnitur ubrana figura socjalisty, krytyka Zachodu, który staje się obrońcą dziedzictwa chrześcijańskiego prawosławnej Rosji zostaje jednak brutalnie zamordowany. Traci swą misję. Choć samotny, smutny za życia był już osobą przegraną.

Piotr Wierchowieński jest uosobieniem człowieka opętanego władzą, zwolennikiem anarchizmu. To on inspiruje walkę ze starym porządkiem społecznym. Tomasz Nosiński nieprzekonująco o tym sygnalizuje. Ma moc, siłę. Trudno mu jednak uwierzyć. Przejąć się jego walką. Może dlatego ostatecznie się przegrywa? Zawsze coś lub ktoś zawodzi. Nawet ci najlepsi.

Zwłaszcza, że nie ma w spektaklu linearnej akcji, dialogów, związków przyczynowo skutkowych. Bohaterowie są właściwie tylko enigmatycznie, zdawkowo, słabo zarysowani. Jakby byli zdeformowanymi cieniami swych powieściowych pierwowzorów. Dominuje wielość nakładających się planów. Dodatkowo wyświetlane są projekcje, zbliżenia. Całość skonstruowana jest na wygłaszanych przez postaci opowieściach metaforycznych, deklaracjach, obrazach i muzyce ilustrujących ich stany emocjonalne, poglądy, racje. Na scenach, które z czymś konkretnym, namacalnym się kojarzą, coś przypominają i w konfiguracje znane, choć nie do końca wiadomo skąd, się układają. Majaczą napomknięte, niedopowiedziane, niewyjaśnione, niezrozumiałe, nieprzejrzyste. Wywołują nastrój niepokoju, grozy, koniecznej zmiany. Jakby były efektem deja vu. Lub snu.

Nic dziwnego, ze fragment tekstu, który bezpośrednio nawiązuje do naszej polskiej sytuacji nie elektryzuje, nie działa. Współczesny komentarz nie robi wrażenia. Sygnalizuje, że w naszą rzeczywistość też wpisane jest biesów działanie i jego niebezpieczne szaleństwo. Resztę mamy dopowiedzieć sobie sami. W sobie zdefiniować i  skomentować. Ocenić.


Powstał przeładowany asocjacjami teatr postdramatyczny, który mówi, że wszystko już było, się wydarzyło. To, co przeżywamy jest kolejną wariacją na ciągle ten sam temat rewolucji, alienacji jej bohaterów. Walki dobra i zła. Tworzy piękne sugestywne obrazy,  powidoki innych, wcześniej już gdzieś widzianych, przeżytych w innym czasie, w innym miejscu sceny rozsypujące się na niepasujące do siebie alogiczne części. Ale może to stanowi jego wartość i siłę. Właśnie niedoskonały, chropowaty, niejednoznaczny, nieprzenikalny, niezrozumiały do końca  staje się bliższy przeczucia, intuicji, życia, prawdy. Gdy to, co teoretycznie zrozumiałe, doskonałe w praktyce doświadczenia, w oglądzie wydaje się być swoim zaprzeczeniem. Rozwikłanie dlaczego tak jest a nie inaczej, zrozumienie tej niespójności  wymaga wysiłku. Lub wiary. Bo w sposób naturalny dążymy do jasności, logiki i sensu. Uporządkowania.  Zrozumienia. Nie chcemy pamiętać, że życie, świat jest chaotyczny, skomplikowany, niejasny. A ludzie samotni i rozśrodkowani, ciągle błądzą i gubią się w jego podstępnym splątania omamie. Tak też może być z tym spektaklem. Jego nieoczywistym, trudnym przekazem. Zwłaszcza, że BIESY Dostojewskiego i BIESY Korczakowskiej to dwa zupełnie odmienne estetyki, techniki stylistyczne. Pisarz całkowicie przenicowuje bohaterów, sytuacje, konteksty, motywacje i przyczyny. Nie daje oddechu, pola na niezależną wyobraźnię. Ta pedantyczna, szczegółowość, skończona dookreśloność domyka i skoblem blokuje wszelką wolność interpretacyjną. Dostojewski jest jak Szygalew, który siłą swego talentu i umiejętności uwodzi, nagina nas do swojej racji, nawet wbrew nam samym. Korczakowska uwalnia nas. Otwiera szeroko to, co ograniczało i daje nam wolność. Niedoskonałą, ułomną ale nieskończoną, naszą własną. Własną.


Obraz zagazowania rodziny Romanowów, stanowiący ramę spektaklu, jest metaforą okrucieństwa koniecznego przemijania. Zawsze związanego z gwałtem, bestialstwem, mordem. Chaosem. A jednak młody Romanow przemyka przez cały czas trwania spektaklu. Towarzyszy postaciom, przytula się do nich, siada na kolanach, bawi się z nimi. Na końcu zostaje sam, jeździ na hulajnodze.  Jak historia zatacza koła. Jego postać, duch jego jest niegasnącą wieczną, bo odradzającą się nadzieją, że jednak młode, czyste, niewinne pokolenie zastąpi to, co się już skompromitowało, zużyło, nie sprawdziło. Przegrało. I być może sprzeciwi się, oprze -wnikającym tak łatwo, tak podstępnie w ludzkie ciała i dusze -BIESOM.

BIESY FIODOR DOSTOJEWSKI
przekład: Adam Pomorski
reżyseria: Natalia Korczakowska
adaptacja: Natalia Korczakowska i Adam Radecki
dramaturgia: Adam Radecki
scenografia: Nicolas Grospierre, Olga Mokrzycka-Grospierre
reżyser światła: Aleksander Prowaliński
kostiumy: Marek Adamski
muzyka : Marcin Lenarczyk i Wojtek Zrałek-Kossakowski
reżyseria wideo: Marek Kozakiewicz
efekty specjalne:Andrzej Słomiński

obsada: 

Stanisław Brudny
Irena Jun
Tomasz Nosinski
Monika Obara
Marcin Pempuś
Anna Paruszynska
Bartek Porczyk
Halina Rasiakówna
Andrzej Szeremeta
Robert Wasiewicz
Krzysztof Zarzecki
Mirosław Zbrojewicz
Ewelina Żak

Premiera : 26.01.2018

plakat Teatru Studio, zdjęcia Krzysztofa Bielińskiego