niedziela, 16 września 2018

IRAŃSKA KONFERENCJA


Na plakacie anonsującym spektakl, znaczącym elementem jego scenografii, widzimy kosmonautę, który eksploruje nieznaną sobie przestrzeń/odbicie/. Jest całkowicie odizolowany od otoczenia. W stroju ochronnym, umożliwiającym przeżycie, badania. I udział w irańskiej konferencji, bo Iran to przykład kraju, mentalności, religii, tradycji, prawa świata całkowicie różna od tego, który zna i reprezentuje. Poza tym, że jest doskonale do tego spotkania, konfrontacji przygotowany, ciekawy, dysponuje najwyższą technologią, wiedzą, niewiele tak naprawdę o nim samym można powiedzieć. Celnie charakteryzuje bohaterów spektaklu, bo każdy z nich jest nie tyle konkretną osobą, co reprezentantem  określonego poglądu, uczucia, postawy, dzieckiem swojego świata kontekstów i uwarunkowań, wiedzy, doświadczeń, przeczuć, niepokojów.  ILUZJI W NIEZNOŚNIE DŁUGICH OBJĘCIACH. UPOJENIA.

Iwan Wyrypajew w IRAŃSKIEJ KONFERENCJI, zarówno w treści, jak i w adekwatnie minimalistycznej formie, konsekwentnie kontynuuje swoje stare wątki, rozwija dotychczasowe pomysły, podobnie się z widzami komunikuje. Tym razem włącza ich biernie do spektaklu /aktorzy mówią w języku angielskim, niezbędne są słuchawki, głosy zadające pytania prelegentom dobiegają z widowni, choć pochodzą z offu/. Przewrotnie, dowcipnie, czule ich dotyka. Wodzi na pokuszenie. Obnaża. Drażni. Prowokuje. Głosi kazania, alarmuje, poucza. Wartościuje. Konfabuluje. Banalizuje. Chwyta się każdego sposobu, by dociec prawdy. Istoty miłości. Wolności. Wiary. Duchowości. Szuka sensu życia, świata. Odpowiedzi na pytanie, czy jest nadzieja na porozumienie, zrozumienie, kontakt. Współistnienie różnorodności, indywidualności, sprzeczności.

Spektakl bezkompromisowo charakteryzuje współczesne splątanie, zagubienie, lęki, hipokryzję Zachodu. Zagadywaną męcząco bezradność wobec inności, obcości, nieznanego. Samotności. Rozczarowania. Paniczny, naiwny, płytki zwrot ku duchowości. Histeryczne poszukiwanie ratunku dla ocalenia siebie, reprezentowanego systemu wartości, stanu posiadania. Dyskurs prowadzony starymi koleinami indywidualnego wrażenia, emocji, intuicji, argumentu zarówno irytuje, jak i wzrusza. Tak jak w rzeczywistości skazuje rozśrodkowany konferencyjny przekaz na niepowodzenie, nieskuteczność. A jest on przecież ważny, symptomatyczny, jasny.

Autor przypomina stare, dobrze znane prawdy o naturze człowieka, jego fundamentalnych potrzeb. Wraca do źródła. Do tradycji. Upomina się o nazywanie rzeczy i zjawisk takimi jakie są w swej istocie, znaczeniu, strukturze, etymologii. Krytykuje konsumpcyjny, roszczeniowy styl życia, dla którego ważne jest to, to czego JA chce, pragnie posiadać, mieć, gromadzić. Oskarża system, który reprezentuje wyłącznie siłę i władzę, zapomina o człowieku. Mówi wprost, że wolność to odpowiedzialność, miłość to otrzymywanie przez oddawanie, szczęście nie zależy od kondycji materialnej człowieka, wiąże się z poczuciem wspólnotowości, współodczuwania. Czerpanie radości wynika z brania i dzielenia się tym, co się jest w stanie dać. Człowiek jest zdeterminowany genami i środowiskiem. Podrabia, imituje sobą Boga, CZYMKOLWIEK, KIMKOLWIEK JEST, choć prawdziwego desperacko potrzebuje. Do bólu tęskni za bezwarunkową, bezbrzeżną miłością, która wszystko znosi, wszystko wybacza, rozumie, buduje, tłumaczy, nadaje sens i znaczenie, ma życiodajną, nieocenioną, zbawienną wartość, siłę.  I że to wystarczy, TO WSZYSTKO. TO WSZYSTKO.

Surowa forma naukowej konferencji/szare fotele, dwa stoliki z karafkami z wodą, szklanki, mównica= ambona, subtelna muzyka, znaczące kontekst, wymowę, nastrój światło, powściągliwa, doskonała gra aktorska zespołu/ powoduje skupienie na słowie,  wypowiedzianej w obcym języku treści, co tylko raz jeszcze podkreśla kłopoty współczesnej komunikacji.  Scena i widownia to jednia, komplementarna całość podejmująca niewygodny, nużący, trudny- choć fascynujący, przejmujący, istotny- bój o analizę kondycji człowieka, świata. Poddaje próbie wyniki poszukiwań Iwana Wyrypajewa, sprawdza sugestie artystów, testuje wysiłki wspaniałych aktorów dla czynnego zaangażowania  widza w przedefiniowanie systemu wartości zagubionego, chaotycznego, histerycznego Zachodu, by mógł wyjść z impasu żenującej bezradności wobec wyzwań, mającej znaczący wpływ na przyszłość, teraźniejszości. By zaczął pracę od siebie. Skorzystał z dostępnej nauki i wiedzy. Z niezależnej, czułej, uważnej na człowieka sztuki. Jest przecież nadal wolny, niezależny, otwarty. Dla rozwiązania wszelkich problemów MA WSZYSTKO. MA WSZYSTKO.


IRAŃSKA KONFERENCJA
autor tekstu i reżyser: Iwan Wyrypajew
przekład angielski: Cazimir Liske, Boris Wolfson, przekład polski: Karolina Gruszka
kostiumy: Maria Duda
scenografia: Karolina Bramowicz
muzyka: Jacek Jędrasik
światło: Adam Czaplicki

Obsada: Agata Buzek/Anna Moskal, Redbad Klynstra-Komarnicki, Philip Mogilnitzkiy, Patrycja Soliman / Justyna Kowalska, Magdalena Górska, Mariusz Zaniewski, Juliusz Chrząstowski, Krzysztof Kumor, Richard Berkeley
lektorzy: Michał Klawiter / Anna Moskal.

PREMIERA 14 września 2018. Spektakl gościnny w Teatrze Dramatycznym, Scena na Woli im. Tadeusza Łomnickiego.

PRODUKCJA: Dom Artystyczny WEDA, Aksenov Family Foundation we współpracy z MIA Group oraz Fundacją Sztuki Kreatywna Przestrzeń

niedziela, 1 lipca 2018

FERDYDURKE SCENA NA WOLI

FERDYDURKE Witolda Gombrowicza w reżyserii Magdaleny Miklasz to retuszowany ostrym emocjonalnie  kolorem sen polskiego inteligenta, wiwisekcja zdziecinniałego mężczyzny uwięzionego w traumie swojej słabości, niepewności wiecznego dojrzewania, podsycania gotowości do buntu przeciw upupiającemu jednostkę światu, który ją permanentnie testuje, kształtuje, doświadcza, urabia. Stwarza na własny obraz i podobieństwo. To podświadomość alarmująca wizualnie o przemocy każdej kultury, religii, ideologii, rodziny, systemu, układu, kontekstu. O tym wszystkim, co uprzedmiotawia/ stąd manekiny, lalki duże i małe, okaleczone, obnażone, rozpadające się/, atakuje /stąd pojedynki, potyczki, walki/, zabija indywidualizm czyli to, co stanowi o wyjątkowości, niepowtarzalności, wartości dodanej każdego człowieka. Sztuka jest o jego lęku  przed utratą swojej istoty.  O walce o samego siebie. O konfrontacji JA z MY. Z innym, obcym, niekompatybilnym, niechcianym, narzucanym.

Przerysowana przeładowanym kiczem rzeczywistość horroru dusi, tłamsi, pochłania bohatera, który multiplikuje się w pantomimicznych wcieleniach. Jakby potrzebował wspomagania, wzmocnienia do celów ochronnych, obserwacyjnych, badawczych z konieczności zwielokrotnionego, sklonowanego JA. By przetrwać, by obronić swój punkt widzenia, swoją intelektualną, mentalną konstrukcję wizji świata, kod wsobnej wrażliwości.  By uzasadnić swoje przerażenie napierającą zawsze i wszędzie opresją zastanych, zużytych, starych struktur. By nie zrezygnować, uratować, ocalić siebie. Dlatego ją rozbraja ironią, neutralizuje ośmieszeniem, wizualizacją wynaturzenia, przerysowania, karykatury, uwalnianiem we śnie. Sztuka jest tu nieustającą psychoanalizą przepracowującą wszystko, co niszczy napędzający rozwój, wolność, niezależność, co stanowi siłę umysłu, ciała i ducha człowieka. Pokazuje, że nie sposób przed tym uciec, tej konfrontacji uniknąć. Bój o siebie toczy się cały czas. Nadaje sens życiu, choć je ekstremalnie udziwnia, dręczy nieprzerwanie. Zasysa jak bagno, zalewa falą glutów, wydzielin, ekskrementów, śmieci na pozór niegroźnych, obłych, pastelowych. Przywracając obrazy minione, zaprzeszłe, umarłe, które nie chcą zniknąć, odejść, przepaść.

Gombrowicz buntuje się. Świadomie posługuje się podświadomością. Wyraża niezgodę na utratę niewinności, wtłaczanie w przeciętność, wieczne przyprawianie gęby, los kameleona. Twórcy spektaklu to wykorzystują. Józio Waldemara Barwińskiego jest zalęknioną przeciętnością, smutną zwyczajnością chłopięctwa, dojrzewającego do niezależności samookreślenia. Broni się przed szarością odpychającej rzeczywistości, choć ta śniona: kolorowa, chaotyczna, zabałaganiona, jeszcze bardziej męczy, więzi, straszy i też nie ma przed nią ucieczki. Jakby ideał był nieosiągalny, ciągle oddalający się, zagrożony. Miętus Marcina Bikowskiego to instynkt, dynamika, naturalność, wolność, przekora, pierwotna energia. Demon sprzeciwu, potwór buntu. Syfon Mateusza Webera to archetyp mu przeciwstawny znamionujący  konserwatywny obraz świata. Profesor Łukasza Wójcika, przedstawiciel instytucjonalnego systemu kształtowania postaw i zachowań,  narzuca restrykcyjny, sztywny dryl wychowania, edukacji, kontroli. Koduje, przeprogramowuje, ujednolica jednostki systemem wdrażanych nakazów i egzekwowanych kar, narzuca schematy myślenia. Staje się Józia wewnętrznym głosem egzekutora, prześladowcy. System społeczny z ogromną siłą wymusza na jednostce przyjmowanie póz, akceptowanie mód, poprawność/scena na wsi, karykatura ziemiaństwa, świetna scena salonowa na stancji u Młodziaków/. Hipokryzję, kłamstwo, obłudę. Ta nie może wyrzec się kamuflażu, musi przybierać barwy ochronne. Człowiek indywidualny, samotny skazany jest na zawarcie kompromisu. Wybiera pomiędzy tym, czego nie jest w stanie zmienić,  a tym czego pragnie, o czym marzy, śni, kim naprawdę jest.

W FERDYDURKE Gombrowicz opisał dramat niemożności otwartego, swobodnego bycia sobą w świecie, który człowieka brutalnie gwałci,  krok po kroku systemowo zniewala, nieustannie kontroluje, monitoruje, traumatyzuje swoją dyktatorską strukturą i terroru formą. Spektakl komediowo, barwnie neutralizuje porażkę jednostki, sprawiając że ta prawda nie przytłacza jednoznacznie, beznadziejnie, negatywnie, złowieszczo. Choć wiemy, dobrze wiemy, że w istocie taka jest. Dramatopisarz nam mówi swoim inteligentnym, błyskotliwym językiem poety, erudyty, intelektualisty, dzielnie przebijającym się przez sugestywną, wywołującą fizjologiczne odruchy organizmu scenografię, że żyjemy w napastliwym, bezwzględnym  matriksie, który na wiele wyrafinowanych sposobów przerabia nas na swoje interesowne, upupiające podobieństwo, przyprawia nam nie niejedną gębę, nakłada maskę na maskę. Dogrzebanie się do tego, kim naprawdę w istocie jesteśmy to program na całe życie, konieczność powrotu do źródeł samego siebie. Na pewno nie boska a ludzka komedia. Syzyfowa praca. Sens usensowiany. Finezyjna, podstępna gra. Taniec w ciemnościach. Nurkowanie do dna Rowu Marańskiego. Dlatego Gombrowicz wielkim dramatopisarzem jest.  Spektakl to tylko dobitnie, dzięki imponującej, komediowej grze aktorskiej całego zespołu/jednak dodatkowe brawa dla Magdaleny Smalary, Marcina Bikowskiego/, wywołującej nudności, o co, jak sądzę, chodziło!, scenografii Katarzyny Borkowskiej, precyzyjnie przemyślanych, celnie uwspółcześnionych kostiumów Pauli Grocholskiej, udanej reżyserii Magdaleny Miklasz podkreślił. Bardzo konsekwentnie, nieodczuwalnie długo uprzytomniał. Wtłaczał w głowę. Wbijał w serce. Plastycznością, dynamiką obrazów  przekonywał. Duchem świętej misji sztuki uwodził. Bawił. Skutecznie.

Ta interpretacja FERDYDURKE jest lekka, komediowa, zmysłowa. Ma ognisty, piekielny kolor żądzy władzy nad samym sobą. Płonie. I spala nadzieję na to, że każdy z nas, osobny, szczery i do  bólu prawdziwy, uwolni, zmieni, urealni obraz świata, tego samego ciągle świata.

FERDYDURKE WITOLD GOMBROWICZ
adaptacja:Maciej Podstawny
reżyseria: Magdalena Miklasz
scenografia: Katarzyna Borkowska
kostiumy: Paula Grocholska
muzyka: Anna Stela
lalki: Marcin Bikowski
asystent reżyserki: Michał Karwowski

Obsada:
Waldemar Barwiński - Józio
Anna Gorajska - Zuta, Myzdral, Kopyrda, Hurlecka
Magdalena Smalara - Młodziakowa, Pyzo
Mateusz Weber - Syfon, Walek
Łukasz Wójcik - Pimko, Hurlecki
Marcin Bartnikowski - Młodziak, Hopek, Sługa Franciszek
Marcin Bikowski - Miętus
Anna Stela - Uczennica Zosia

premiera: 29.06.2018

Koprodukcja Teatru Malabar Hotel i Teatru Dramatycznego

zdjęcia: Kasia Chmura-Cegiełkowska

niedziela, 3 czerwca 2018

38.WST 1946 TEATR IM.S. ŻEROMSKIEGO W KIELCACH

To odważny, nowoczesny, mocno emocjonalnie angażujący widzów spektakl Tomasza Śpiewaka i Remigiusza Brzyka o pogromie kieleckim z 4 lipca 1946 r. w perspektywie politycznej, historycznej, społecznej. Z dystansem artystycznym porusza temat jednostkowej i zbiorowej pamięci, odkrywa kody antysemityzmu, nienawiści, niemożliwej do zaakceptowania niesprawiedliwości, bo prawdziwi sprawcy nie zostali zidentyfikowani, osądzeni, ukarani. Najważniejsze, że spektakl powstał, działa, pozwala wpisać się widzom w jego akcję. Budzi empatię wobec ofiar, potrzebę zrozumienia zjawisk niepojętych, nieludzkich, rzeczywistości złożonej, przemilczanej, manipulowanej, mistyfikowanej przez dekady. Jest zrealizowany w konsekwentnej, rzeczowej, wyrzekającej się metafory formie. Otwiera dialog, którego przebieg i zakres zależy od recepcji widza, a więc od tego, jak tę formę proponowaną przez twórców przyjmie, w sobie rozwinie. Opowiadając o tym, co się wydarzyło w Kielcach, przestrzega, że to wypierane, zakłamywane, wymazywane, nierozliczone, nienazwane do końca zło może odrodzić się w każdej chwili. Przywołuje więc ducha tamtego czasu, włącza widzów informując ich o historiach, osobach prawdziwych, z krwi i kości. Opowiada o życiu aktorów, współczesnych Kielczan. Przebija się do każdego- do zamkniętych, niedoinformowanych, nieświadomych światów indywidualnych i zbiorowych- swą nienachalną, rzeczową, faktograficzną formą. Nie, nie obojętną ale swoją niesprawiedliwością, nieuzasadnionym niczym, bezsensownym, niezawinionym okrucieństwem po żywym w pamięci holokauście, przed Marcem'68 niepokojąco dojmującą. Jakby zdarzenia te w Kielcach były przemyślanymi, celowymi, metodycznymi działaniami systemu, mającymi na celu pozbywanie się za wszelka cenę Żydów z Polski. Jakby Polacy podchwycili, kontynuowali politykę Hitlera, Stalina, dążącą do eksterminacji, rugowania z przestrzeni swojego państwa niechcianej nacji.

Jednak najważniejszy jest w spektaklu proces przywracania, rekonstruowania, utrwalenia pamięci. Docierania do prawdy. Powrót do tego, co było metodycznie niszczone, dokładnie wymazywane, finezyjnie manipulowane, do cna fałszowane przez dekady. Im więcej  autentycznych relacji, zdjęć, świadectw, tym większa budzi się świadomość złożoności wyjaśnienia, co się rzeczywiście wydarzyło i dlaczego. Twórcy z aktorami dokonują tego z niesłychaną powściągliwością, wyczuciem, taktem. Delikatnie, sugestywnie, czule. Trudno sobie wyobrazić, że można by to zrobić  inaczej. W gruncie rzeczy pokazują nam zarys, konstrukcję, jaką jest celna scenografia. To siłą naszej wyobraźni, wrażliwości i zwykłej ludzkiej przyzwoitości wypełnia się jej białe, puste plany.  Bo w takich przypadkach oprócz niezbitych faktów jest przestrzeń na uczucia, emocje, przywoływanie na powrót zapomnianych skutków i przyczyn, utraconego bezsensownie czasu i życia, tego, co nieuchwytne, nienazwane, niespełnione, niedokonane a pozostanie na zawsze niedostępną tajemnicą, skargą, strzeżonym przez oprawców przeczuciem, dziedziczonym wyrzutem nie swojego a jednak obciążonego na zawsze sumienia.

Spektakl dowodzi, że nie można powrócić do tego, co było w przeszłości w sposób kongenialny. Można jednak szukać i nazywać odzyskane emocje, by to one utrwalały pamięć o antysemityzmie, nienawiści, pogardzie, wyrządzonym bestialstwie, okrucieństwie, zadanym niewinnym bólu, pozbawienie ofiar możliwości  wypełnienia swego życia tak, jakby tego pragnęli, chcieli, wymarzyli. Pozostało żywym pamiętać. Dbać o przekaz niesiony w następne pokolenia, że w Kielcach plotka o porwaniu polskiego chłopca przez Żydów spowodowała śmierć 40 osób. Poeta pamięta, o czym świadczy wyjęty spod siedzeń widzów, jak prawda, która może być w zasięgu ręki, tuż tuż, tylko możemy o tym nie wiedzieć, wiersz Juliana Kornhausera "O zabiciu doktora Kahane".

Udało się Remigiuszowi Brzykowi przeprowadzić tym spektaklem Kielczanom, Polakom bezkompromisową, historyczną lekcję.  Z Tomaszem Śpiewakiem i aktorami doprowadzili spokojnie, mądrze, krok po kroku do rozbudzenia świadomości, że zbrodnia może nie zostać nazwana, osądzona, ukarana, ale tym bardziej pamięć o niej jest wiecznym więzieniem, udręką, wyrzutem. Kontemplacją nad kumulacją stanu umysłu i ducha nie jednego człowieka, który dopuścił zło do przejęcia kontroli nad nim, w tym miejscu, w tym czasie a więc potencjalnie w każdym czasie i miejscu.

Teatr nie jest miejscem pamięci, chyba że działy się w nim wydarzenia, o których opowiada. A jednak jego przestrzeń powietrza wypełnia emocjonalna prawda czasu. Zdarzenia, o których jest mowa, sięgają swymi korzeniami w głąb tożsamości narodu dziedziczonej z pokolenia na pokolenie i  mogą się zawsze powtórzyć, dlatego prostota ich przedstawienia poprzez konkretne historie ludzi działa tak silnie. Dlatego nie sposób z nimi, o nich dyskutować. Są  świadectwem, dowodem w sprawie niepodważalnym. Wstrząsającym, pewnym, mocnym.

1946
tekst i dramaturgia: Tomasz Śpiewak
reżyseria, światło: Remigiusz Brzyk
scenografia, kostiumy: Iga Słupska, Szymon Szewczyk
muzyka: Szymon Szewczyk
asystentka reżysera: Dagna Dywicka
inspicjent-sufler: Maria Bielińska-Pacholec

OBSADA:
Anna Antoniewicz, Dagna Dywicka, Magda Grąziowska, Ewelina Gronowska, Joanna Kasperek, Bartłomiej Cabaj, Janusz Głogowski, Edward Janaszek, Wojciech Niemczyk, Andrzej Plata, Łukasz Pruchniewicz, Dawid Żłobiński
http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/256389.html

czwartek, 31 maja 2018

38.WST ZAKONNICE ODCHODZĄ PO CICHU TEATR IM. JANA KOCHANOWSKIEGO W OPOLU

ZAKONNICE ODCHODZĄ PO CICHU w reżyserii Darii Kopiec to subtelny, prosty, przejmujący spektakl nie tylko o kobietach dla kobiet przygotowany przez kobiety. To udana, rozszerzona teatralna adaptacja książki Marty Abramowicz o tym samym tytule. Cecylia Caban, Natalia Czekała, Karolina Kuklińska, Joanna Sokołowska, Małgorzata Mikołajczak opowiedziały na scenie o dojrzewaniu młodych kobiet do: wolności,  prawa do świadomego wyboru, decydowania o sobie, własnym losie. O drodze odkrywania i definiowania świadomej samej siebie. Z odpowiedzialnością, konsekwencją, pokorą.

Z dużym przejęciem, zaangażowaniem, odwagą, determinacją i artyzmem kobiety nie tylko dla kobiet przepracowały trudne tematy. Zanim weszły w role zakonnic, ubrane w czarne, jednolite kostiumy bez właściwości, opowiedziały o sobie, o swej kobiecości, aktorstwie, wyborach życiowych. Zdefiniowały podstawowe pojęcia, wyraźnie określiły zakres problematyki poruszanej w spektaklu. Dalej następowała metamorfoza. Przejście w świat bohaterek, ich życia i duchowości. Postacie sztuki dotknęły niejednego tabu, np.: intymności wiary, specyfiki i trudów życia w zakonie, posłuszeństwa jego kontrowersyjnym regułom, samotności. płci, seksualności. Poznajemy egzaltowaną wiarę młodych bardzo dziewcząt, które z miłości do Boga postanawiając mu służyć i się podporządkować drylowi instytucjonalnego kościoła, zakonowi, rezygnują z życia jakie znają. Przechodzą bardzo wymagającą próbę. Wyrzekają się siebie, bliskich związków, relacji z innymi ludźmi, oddają nieustannej modlitwie, medytacji, rozmyślaniom.  Życie w odosobnieniu, milczeniu, umartwieniu, pracy dla innych jest sprawdzianem charakteru, testem, który sprawdza chęć pozostania w zakonie, bez bliskich, bez rodziny, kochanych. Nie każdy zalicza go pozytywnie i zostaje. Wiele zakonnic odchodzi, po cichu. Nie robiąc wokół swojej rezygnacji zamieszania, hałasu, sensacji. Odchodzi, by wrócić do świata, który choć pogrążony jest w chaosie, zgiełku, pośpiechu to jednak na każdym kroku nie pilnuje, nie kontroluje, nie zmusza restrykcyjnie nikogo do niczego. Pozwala swobodnie żyć i decydować o życiu. Dziewczyny odchodzą, gdy są pewne, że życie w zakonie nie jest dla nich. Nie znaczy to, że nie realizują swojej surowej, pełnej poświęceń, wyrzeczeń, pracy dla innych, dla Boga. Wręcz przeciwnie. Klasztor dał im determinację, siłę dyscypliny, ukształtowanego, pewnego siebie charakteru, wzmocnił ducha i wiarę. Zakonnice miały możliwość wyboru i go dokonały. W pełnej zgodzie ze sobą. Z tym, co dla nich było najlepsze.

Pusta przestrzeń /cztery krzesła i mikrofony, pianino/, światło, muzyka, kostiumy, choreografia i aktorstwo tworzą spektakl, który jest precyzyjnie skonstruowany, perfekcyjnie zagrany. Kostiumy są zindywidualizowane, znacząco podkreślają cechy osobowe ich bohaterek. Oryginalna muzyka subtelnie buduje, ilustruje nastrój, rozszerza, pogłębia kontekst znaczeń. Dominuje czerń złamana akcentem bieli, wyrazem nadziei na lepsze, szczęśliwsze, pełniejsze życie zakonnic, które odchodzą nad ranem, po cichu z miejsca opresyjnego, bo je ubezwłasnowolnia, łamie emocjonalnie, psychicznie, sprawdza ile są warte, czego pragną najbardziej, najmocniej.

Podobnie jest z każdą kobietą w realnym świecie, wchodzącą w wymarzone role, która w zderzeniu z życiem musi się zmieniać, dostosowywać, określać, definiować. Ryzykować i decydować. Spektakl sprawdza napięcie pomiędzy pragnieniem a spełnieniem, pomiędzy instytucją, w ramach której chce się kobieta realizować a nią samą, jej indywidualnym światem predyspozycji, możliwości, potrzeb ciała i duszy. Stawia pytania dotyczące wiary, powołania, powinności, poświęcenia. Pełni rolę emancypacyjną. Walczy, upomina się o prawo kobiet do szczęścia i samorealizacji w pełnej godności, niezależności, wolności. Z sukcesem. Bo bez impetu wojującego, drapieżnego feminizmu, szantażowania poczuciem doznanej krzywdy, poczuciem straconego czasu. Bez pazurów agresywnej niezgody. Odwetu, zemsty. Oskarżeń rzucanych wprost.

I to się bardzo publiczności podobało. Na spotkaniu po spektaklu widzowie wyrazili swoją wdzięczność za niezwykłe przeżycia, ekstremalne emocje, wyjątkowe doznania. Osobiście podziękowali  twórczyniom i aktorkom, wyrazili nadzieję, że jak najwięcej osób w Polsce będzie mogła ją obejrzeć. Życzyli kolejnych tak udanych spektakli młodemu, utalentowanemu, fantastycznemu, twórczemu zespołowi. Będą cierpliwie czekali. Podziękowali Teatrowi im. J. Kochanowskiego w Opolu za wystawienie tej wspaniałej, ważnej społecznie, ważnej dla nich osobiście sztuki.


ZAKONNICE ODCHODZĄ PO CICHU
reżyseria: Daria Kopiec
scenariusz: Martyna Lechman
muzyka na żywo: Natalia Czekała
choreografia: Aneta Jankowska
kostiumy: Patrycja Fitzet
inspicjent: Andrzej Jakubczyk

OBSADA:
Cecylia Caban, Natalia Czekała (gościnnie), Karolina Kuklińska, Joanna Sokołowska (gościnnie), Małgorzata Mikołajczak (gościnnie)

38.WST K. TEATR POLSKI W POZNANIU

Spektakl K. Pawła Demirskiego w reżyserii Moniki Srzępki to political fiction. Miał być pięknie krytyczny. Miał ostro teatralną iluzją real biczować. Słowem i obrazem sztuki, charakterystyką, działaniem bohaterów nas chłostać. I rachunek sumienia sceny politycznej wolnej Polski, bez taryfy ulgowej, bez asekuracji został bez zarzutu dokonany. Widzimy poważny zamysł naprawy, korekty Polaków w koncepcji sztuki Demirskiego. Paradoksalnie jednak wypadł od początku do końca na tym samym diapazonie ekspresji, bez czucia i wiary w to co sobą reprezentuje, co się na scenie przedstawia. Pozbawiony energii, celnego uderzenia, działania poczucia humoru, który tu się scenicznie w żenadę obraca, spektakl wykastrowany jest z tego, co zazwyczaj o sile, wadze, stylu, randze sztuki Demirskiego i Strzępki stanowi: samonapędzającej się drapieżności o ideowym zabarwieniu, wyraźnie ironicznej autorskiej perspektywy, jasnego punktu widzenia, nie do podrobienia zaśpiewu frazy Demirskiego języka. Tym razem wszystkie środki dramaturgiczne się znoszą. A rozczarowanie wszystkim, wszystkimi ma wyraźnie nijaką barwę. Gasi raczej niż elektryzuje napięcie. Mimo naprawdę świetnego pomysłu na sztukę, dobrej scenografii, mocnej muzyki, znaczącego światła, charakteryzujących postaci kostiumów. Mimo udanych starań Jacka Poniedziałka/Donald Tusk/ i Marcina Czarnika/Jarosław Kaczyński/. W gruncie rzeczy są do siebie bardzo podobni, zarówno fizycznie jak i mentalnie. Rozumiem świetny pomysł, by pokazać Kaczyńskiego pięknego, przystojnego, nie podobnego do siebie samego, by realne wcielenie nas jeszcze bardziej od niego, jego partii odstręczało. Efekt nie został osiągnięty. Scena polityczna rozczarowuje pod każdym względem na co dzień, od lat, dekad, kolejne dwie godziny w teatrze nie wniosły nic nowego. Nie rozsadziły tego monolitu, który się coraz bardziej cementuje wykorzystując coraz bardziej zużyte składniki. Teatralna Matka Kaczyńskiego rozczarowuje. Instytucja rodzicielki w Polsce pozostaje świętością, naśmiewanie się z niej pachnie profanacją. Dziewczyna z ulicy, z tasakiem, z plecakiem nie przekonuje. Ani groźna ani sfrustrowana czy zdesperowana. Przedstawia uprawdopodobniony ale raczej chory niż zdrowy punkt widzenia. Jej kostium  i charakteryzacja jest wymowniejszy od czynów. Symbol parytetu kobiet w polityce, działaczka PO w lumpeksowej wizualizacji ducha i ciała przeraża. Pozostałe figury polityczne wnoszą tylko chaos i zamęt. Jakby aktorzy nie znaleźli, nie wypracowali, nie zgrali komplementarnego zespołowo aktorstwa. Nie wyszukali wspólnego rytmu, który z kuli śniegowej uczyniłby groźną lawinę,  emocji tsunami. Wybory w październiku 2019 roku to political horror. Strach się bać, bo scena polityczna jest absolutnie bezsilna, wyczerpana, wydrążona, zużyta, bez wyrazu, wypalona, ośmieszona, bez jakiejkolwiek wiarygodnej już propozycji dla wyborców. Ta perspektywa wszelkiej niemożności powinna rzeczywiście przerazić. Ale nie przeraża. Rozpoznanie artystów całkowicie pokrywa się z wiedzą i czuciem publiczności, nie ma więc czego wyważać, rozsadzać, potęgować. Nie znaczy to, że nie ma powodu. Po prostu zabrakło bardziej radykalnych działań scenicznych, aktorskich, reżyserskich. Olbrzymia głowa z rozdziawioną paszczą, połykająca i wypluwająca na powrót figury bohaterów może się śmiać szyderczo do rozpuku lub z przerażenia krzyczeć. Oczy demona, diabła, gada, bazyliszka dodają jej znamion fatum, które Polskę, Polaków prześladuje, doświadcza, naznacza. I jak zawsze jest doskonałym cudownym wytłumaczeniem. To chichot historii, który robi z nas głupków. Pożałowania godne wyborcze marionetki, które na co dzień zaharowują się na śmierć, żeby polityczni idioci na wieki wieków zainstalowani na swych funkcyjnych stołkach wykorzystywali je jak niewolników. Świadomość instrumentalnego wykorzystywania nie uskrzydla, nie dodaje sił a podcina wolę walki. Chęć zmiany. Zaangażowania.

Tak, rozczarował mnie ten spektakl. Czekałam na mocne uderzenie. A on nie wstrząsnął, nie rozsadził ani merytorycznie ani emocjonalnie. Nie wykorzystał potencjału tekstu, problemów, jakie generuje rzeczywistość, oczekiwań ducha,  potrzeb rozumu. Nie wypracował tej siły fatalnej a skutecznej, co porusza wbrew rozsądkowi, niemożliwe w pył rozkrusza. Jakby pozbawiony energii w nas jej już tylko szukał. Nie potrzebuję zwątpienia a ratunku, nawet takiego, w który nie sposób uwierzyć. Podsumowanie teatralne w tym wypadku nie jest światełkiem na horyzoncie ale ostatnią deską do trumny, w której grzebie się nadzieję. Znów piłka jest po stronie publiczności, ulicy/tak kończą się też ARTYŚCI/. Ale może właśnie taki jest prawdziwy obraz naszej współczesności? Cokolwiek opozycyjnie się wydarza w naszym lokalnym mikroświecie, również w sferze kultury, nie jest w stanie wysadzić z posad wdrażanego nowego wspaniałego porządku rzeczy. Za słabe jest, za mało ideowe, bez argumentów. Bez rządu nad duszami. Zapatrzone tylko w siebie.

Oczywiście bardzo ważne jest, że spektakl K. powstał. Bardzo ważne jest też, że mogliśmy go zobaczyć. To bez wątpienia akt wiary i nadziei artystów i widzów w to, że sztuka to potęga i coś w naszym życiu zmieni. Za nas samych załatwi. Spektakl boli, bardzo boli, że jest tak bez wyrazu. Bezsilny, obojętny, neutralny. Nie śmieszy, nie bulwersuje. Nic nowego nie ma nam do powiedzenia. Żongluje zgranymi kartami, które nawet w mocnym, słusznym, inteligentnym zestawieniu nie przebijają napierającej, wyprzedzającej ją, bardziej kreatywnej, pociągającej, zaskakującej rzeczywistości, którą kształtuje ulica, media, kościół, sejm, senat, parlament europejski, itd. Bo z tego zestawienia figur, archetypów postaci, z tej akcji dywagacji nic nie wynika. Wieje chłodem. Wielką ostrożnością. Polityczną poprawnością. Uderzając równo we wszystkie strony sceny politycznej, wzajemnie neutralizuje oskarżenia, zarzutów pozbawia ich siły krytycznej.  Wszystko w tej sztuce jest celne, uzasadnione, słuszne ale nieskuteczne. Nie dotyka. Nie działa. Nie porusza.Trafia w pustkę emocjonalną. Pozostawia z  rzeczywistością, która była, jest, będzie dołująca, smutna.


Spektakl K. Pawła Demirskiego i Moniki Strzępki to jednak ważna propozycja artystyczna. Pozostaje, jak dotąd, jedyną poważną w komediowym zwierciadle odbitą teatralną analizą polskiej sceny politycznej, autorską charakterystyką polityków, głównych architektów współczesnej wolnej Polski, odpowiedzialnych za dominację narracji konstytuującej mentalność konserwatywno-katolicką Polaków. Trzeba mieć wielką odwagę, niezwykły talent i siłę wściekłego tandemu, by podjąć się tak karkołomnego, potrzebnego dla nas wszystkich krytycznego zadania. Czy się udało, każdy musi ostatecznie ocenić sam. W sztuce nie zawsze wszystko zagra, mimo najszczerszych chęci, mimo wybitnego talentu,  najlepszego teamu twórców. Ale bez kontrolowanej szarży, emocjonalnego impetu, ostrości, wyrazistości treści i formy, postawienia wszystkiego na jedną kartę, bez ryzyka, nie ma wybicia widza z trajektorii świętego spokoju, przerwania błogiego snu o tym, że jakoś to będzie. Nie ma fermentu, nie ma rewolucji i nie ma postępu. Taki K. jak KAŻDY nie obejdzie NIKOGO.





K.
autor: Paweł Demirski
reżyseria: Monika Strzępka
scenografia i kostiumy: Arek Ślesiński
muzyka: Tomasz Sierajewski
konsultacje wokalne: Mateusz Sibila
ruch sceniczny: Jarosław Staniek
światło: Robert Mleczko
asystentka reżyserki: Sara Bustamante-Drozdek
ruch sceniczny, asystentka: Katarzyna Zielonka

OBSADA:
Joanna Drozda, Barbara Krasińska, Barbara Prokopowicz, Monika Roszko, Marcin Czarnik, Jacek Poniedziałek, Wojciech Kalwat, Piotr Kaźmierczak, Jakub Papuga, Andrzej Szubski


W spektaklu wykorzystano fragmenty książki „Czas Kaczyńskiego” Roberta Krasowskiego, a także utwór „Polskie drogi” Andrzeja Kurylewicza oraz piosenkę z filmu „O dwóch takich co ukradli księżyc” (słowa: Jan Brzechwa, muzyka: Jan Sart).W nagraniu piosenki wzięły udział: Julia Zabel i Julia Roszyk.