poniedziałek, 20 listopada 2017

IMITACJA ŻYCIA PROTON THEATRE BUDAPESZT


IMITACJA ŻYCIA Kornéla Mundruczó to sztuka o przemocy wykluczenia wynikającego z rasizmu, wieku, statusu, płci, który degraduje człowieka, nie pozwala mu żyć godnie. Spycha go na wszelki margines życia, czyni istotą gorszej kategorii a więc taką, wobec której można sobie bezkarnie pozwolić na lekceważenie, wyzysk, niesprawiedliwość. Większe, bezduszne, ostentacyjne, bezwstydne, bezczelne zło.

Już na samym początku rozmowa ze starszą kobietą uzmysławia grę, jaką toczy z nią  czyściciel mieszkań. Chce ją eksmitować następnego dnia. Zachowuje się wobec niej opresyjnie. Działa z pozycji siły. Jest nieustępliwy, natrętny, namolny. Bezwzględny. Gwałci ją instytucjonalnie. Przy okazji poznajemy życie starej, biednej, samotnej, chorującej na serce kobiety, jak się okazuje Cyganki. Pracownik windykacyjny nie przedstawia się a żąda od niej wszelkich informacji. Napiera. Straszy. W gruncie rzeczy ma paskudną, nisko płatną pracę. Trudną, niewdzięczną. Gdy kobieta słabnie, stara się jej pomóc. To odruch serca, empatii. Okazuje się jednak, że nieskuteczny. Długa, absurdalna rozmowa z operatorem pogotowia ratunkowego pokazuje, że oboje są trybikami w tej samej maszynie, która selekcjonuje obywateli, wartościuje, arbitralnie uznaje komu i kiedy pomóc a komu nie. Kobieta w szpitalu umiera. Problem sam się rozwiązał. Mieszkanie może być ponownie wynajęte.

A świat się nie zatrzymuje /, kręci się dalej. Dosłownie. Mieszkanie obraca się wokół własnej osi. Obserwujemy, jak wszystko, co w nim jest przemieszcza się, otwiera ujawniając swoje wnętrze. Wysypuje się zawartość szafek, półek, wersalki. Odrywają się urządzenia elektryczne, zwisają na kablach. Przesuwają, przewracają stół i krzesła. Sypie się tynk, spadają kawałki ścian. Kurz, pył unosi się w powietrzu. W końcu mieszkanie wraca na swe dawne miejsce ale nie jest już takie samo. Wybebeszone, w ruinie, bałaganie, zniszczeniu jak po trzęsieniu ziemi, przejściu tajfunu dalej istnieje.

Jest już w nim młoda, atrakcyjna ale znów biedna, samotna, niepracująca kobieta, która chce wynająć mieszkanie. Najwyraźniej jest w potrzebie, szuka  dachu nad głową. Znów ten sam mężczyzna stosuje triki, wybiegi, ustanawia zasady, które są bezprawne. Toczy kuriozalną,  upokarzającą grę z kobietą polegającą na tym, by wyłącznie na jego warunkach podpisała umowę. Pyta o sprawy osobiste, domaga się informacji, które nie powinny go interesować. Wywiera presję, stosuje szantaż. Udowadnia,że wszystkie chwyty są dozwolone. W końcu dostaje to na czym mu zależy-umowa zostaje podpisana.

W tej grze o swoje kobiety są na słabszej pozycji, wykazują jednak dużo sprytu, nie są zupełnie  bezbronne. Cyganka świetnie gra na emocjach, frustracji, ma mocne argumenty. Mąż zginął w wypadku, syn, męska prostytutka, zaginął. Młoda kobieta też ma syna. Ukryła to przed  agentem nieruchomości.  Dziecko karmione jest jakimiś nieświeżymi rybnymi resztkami. Źle jest przez nią traktowane. Kobieta ma siniaki  na ciele. Esemesuje z mężczyzną, umawia się z nim. Być może jest jego ofiarą. Zostawia synka samego w mieszkaniu, wychodzi nocą do miasta.

Obserwujemy różne warianty ciągle tak samo podłego, nędznego życia. Wegetującego na krawędzi przetrwania. W dominacji pozornych relacji. Bezwzględności systemu, który niszczy słabe jednostki, spycha je w niebyt, by nie miały normalnego życia a zaledwie jego imitację. Pozór. Namiastkę.  Jedynie ich siła instynktu, wola przetrwania decyduje o  status quo. Wizualizuje to dobitnie mieszkanie/spektakularna, zjawiskowa, hipperrealistyczna scenografia Mártona Ágha/. Odrażająca, zagracona ponad miarę nora. Wszystko jest stare, brudne i zużyte. Naznaczone biedą, ubóstwem. W małą powierzchnię wtłoczono śmieciowisko. Przedmiotów i ludzi. Jeśli coś działa, to tylko za sprawą sprytu, cudu. Nie do końca na uczciwych zasadach. Może być tylko gorzej, trudniej. Smutniej. W perspektywie nawet tragicznie.

W epilogu spektaklu wyświetlana jest na ekranie medialna informacja o zranieniu nożem mężczyzny romskiego pochodzenia. Policja wszczęła dochodzenie dopiero wtedy, gdy odbyła się w mieście duża antyrasistowska demonstracja. W wyniku śledztwa okazało się, że sprawcą był mężczyzna również romskiego pochodzenia. Sprawa została po presja opinii publicznej wyjaśniła.

Spektakl zaczyna się interesująco, odnosimy wrażenie, że jesteśmy w kinie. Filmowana jest tylko kobieta i gdy pytania stają się intymne, bolesne, bezdusznie okrutne i zimne, oko kamery maksymalne zbliża się do jej twarzy. Jakby sprawdzało czy na pewno mówi prawdę. Jakby ją infiltrowało niezależnie od rozmówcy. Kobieta zmuszana sytuacją opowiada o swoim życiu, które jest jej orężem, obroną. Przejmuje inicjatywę. Słabnie, wzbudza swoim stanem litość. Mogła i tym razem poradzić sobie z opresją, była szansa. Jednak umiera.  Jej syn pokazany jest w dwóch filmowych scenach. Pierwsza- przejmująca, czuła, niepokojąca-gdy matka go szuka i znajduje w hotelu. W drugiej chłopak kłóci się z kobietą, której jest utrzymankiem a syn młodej kobiety niespodzianie się tam pojawia/film/ i obaj  razem wracają do mieszkania/na scenę/.

Opowieści o rasizmie, wykluczeniu, samotności dorosłych i dzieci nie są tu drastyczne a bolesne. Pozbawione nadziei na jakąkolwiek zmianę. Żona traci męża gdy próbuje zdobyć dla niej jedzenie. Matka traci syna, bo prześladowany nie chce być Cyganem. Zrywa z rodziną i swoją przeszłością. Walczy z genotypem. Maluje włosy, rozjaśnia skórę. Kobieta, która go utrzymuje, też chce wymusić na nim wyznanie, że jest Cyganem. Chłopak żyje w ciągłym strachu. Nowa lokatorka, młoda kobieta z małym dzieckiem nie ma mu nic do zaoferowania poza dziedziczeniem upodlenia. Nie ma szans na uwolnienie się od biedy, pogardy, nienawiści. Obcy, inny, słabszy jest atakowany, rugowany, stygmatyzowany. Spychany na margines. Wykorzystywany. Pilnowany, by nie wkroczył w rewir normalnego życia. Przez wszystkich, nawet takich jak on sam. Toczy walkę o przetrwanie, którą w końcu przegrywa.

Kornél Mundruczó zrealizował mądry, przejmujący obraz teatralny, wykorzystał adekwatne środki, by uwiarygodnić trudny temat wykluczenia. Zaskoczył fenomenalną scenografią, użyciem filmu. Miał doskonały pomysł na  rozmowę otwierającą spektakl, rozwinięcie przedstawianych problemów bohaterów. Ich nieustanną, uporczywą samoobronę.


Wydarzenie organizowane w ramach Roku Kultury Węgierskiej w Polsce 2016/2017.

premiera: 27 kwietnia 2016 Dom Sztuki Współczesnej Trafó, Budapeszt

sobota, 18 listopada 2017

PROCES LUPA/KAFKA


Mam nadzieję, że Krystian Lupa rozpoczął poprzez wiwisekcję rzeczywistości, poprzez sztukę proces dekonstrukcji obecnej niemocy artysty i obywatela. Wyborem i sposobem rozwinięcia złożonego tematu wieszczy czas apokalipsy. Okazał swoją artystyczną przenikliwość, odwagę, maestrię, która jest tu aktem ostatniej szansy lub desperacji. Opowiada w swej sztuce o każdym: o nas indywidualnych i zbiorowych, o sobie, o twórcach, o aktorach, artystach. Czerpie z tego kim jest i co do tej pory w teatrze stworzył. Zanurzamy się w jego świat rozumienia sztuki i rzeczywistości, w tą samą od zawsze estetykę ogromnych przestrzennych, zużytych wnętrz, z drzwiami, z olbrzymimi oknami, które są wrotami do realu. Izolują lub się otwierają. Zaciemniają lub rozjaśniają wnętrze. Bo to, co jest ukryte lub skrywane ma być wydarte tajemnicy, a co oświetlone daje nowe informacje, rozwijające znaczenia, sensy. Filmy wyświetlane na ekranach są nie tylko rozwinięciem, ale też  wzmocnieniem, wspomaganiem tworzonej od początku spektaklu atmosfery charakteryzującej schizofreniczne okoliczności, stany umysłu i ducha, przytłaczającą atmosferę udręczenia, natrętne czyny i myśli. Człowieka będącego w potrzasku, w pułapce, przeżywającego rzeczywistość, która go zaskakuje, prześladuje, niszczy i  jednocześnie obserwującego to, co się dzieje, analizującego nieustępliwie, komentującego spokojnie w myślach w ukryciu, w cieniu, obok miejsca zdarzeń.  Dlatego jest Franz K. , Józef K. a we wszystkim K.Lupa. Bohater, który jest jednocześnie urzędnikiem państwowym, przedstawicielem systemu i nadwrażliwym, depresyjnym artystą. Niewinnie oskarżoną jednostką i nie bez winy ofiarą z punktu widzenia systemu. Rodzi to napięcie, frustrację. Prowadzi do poważnego kryzysu i nieuniknionej klęski.

Chodzi  jednak ogólnie o charakterystykę sytuacji, wnikniecie w pewien tryb, przebieg, sekwencję zdarzeń, właśnie proces, który doprowadza anonimowego, zwyczajnego bohatera do upadku przez wtłoczenie go w pewien nieokreślony status, trudne do zrozumienia sytuacje, niejednoznaczne uwarunkowania. Irracjonalne, absurdalne, niemożliwe do zrozumienia z jego punktu widzenia. Uwiarygodniane siłą przez system, w ramach którego funkcjonuje.

Normalne życie, jakie każdy zna, zwyczajna egzystencja, jaką każdy wiedzie zostaje zaburzona z powodu nieznanych lub celowo zakamuflowanych powodów. Czy odbędzie się proces sądowy, który będzie jasno, treściwie, logicznie wyjaśniał winę, okoliczności, które do niej doprowadziły, łączył skutek i przyczynę, wymierzał sprawiedliwą karę? Czy może jest to twardo realizowany proces degradacji, niszczenia, upodlania samotnej, bezwolnej, nieprzygotowanej do walki z systemem jednostki z mocy wszechmocnego, instytucjonalnego prawa?  A może też jest to proces samozniszczenia, bo wynika z akceptacji, przyzwolenia, podporządkowania się, braku skutecznego przeciwdziałania, antycypującego przygotowania się do ataku w celu obrony, przejęcia kontroli nad sytuacją?

Krystian Lupa już poprzez plakat zasygnalizuje o jaki PROCES mu chodzi. W spektaklu na wiele sposobów swą myśl rozwinął. Pokazał transformację każdego człowieka: od wolnego, niezależnego, otwartego, obywatela świata Leonarda do stanu całkowitego uwięzienia, wymazania, unicestwienia nic nie znaczącej, upodlonej, nic nie wartej istoty ludzkiej, traktowanej instrumentalnie, przedmiotowo. Wbicie jej w poczucie wstydu, pozbawienie godności, człowieczeństwa. Widzimy kwadraturę koła. To, co niemożliwe, staje się realne. Czerwony kwadrat przeniesiony jest na scenę, stanowi ramę więzienia, granicę, którą nie sposób przekroczyć. Proces degradacji, dokonywany w pogardzie, prowadzący do nienawiści jest tu nadzwyczaj skuteczny choć już na pierwszy rzut oka wydaje się piramidalnie absurdalny. Eskaluje przemoc systemu, ignoruje bunt jednostki, jej niezgodę na to, co bezduszne prawo i ludzie, którzy mu służą z wygody, z przekonania, z wiary oraz ci, którzy podporządkowują się, bo instynkt życia każe im się ratować za wszelką cenę, w nieustannym napięciu i strachu. Ze świadomością nieuniknionej porażki.

Sztuka oskarża. Lupa oskarża, aktorzy oskarżają. I czują się jak Józef K., jak Franz Kafka. Nie mają złudzeń. Tracą nadzieję. Wydają się wypaleni, zdruzgotani, pozbawieni argumentów, przerażeni oceną  realnego stanu rzeczy. Sfrustrowani bezsilnością wobec faktów dokonanych, które z mocy prawa, działań rządu wchodzą w życie. Niszczą wszelką wolność. Nie pozwalają się jednostce, sztuce, teatrowi bronić, ratować. Zamykają im drogę ocalenia. Cokolwiek jednostka, sztuka, teatr zrobi-czy się podporządkuje, przyjmując zasady obowiązujących zasad czy zbuntuje, czy podda, czy będzie walczyć - niewykluczone, że poniesie klęskę. Bo oprócz teatralnego zilustrowania sytuacji, w zgodzie z prozą Kafki, spektakl nie znajduje optymistycznego rozwiązania. I chyba nie może. Sam w sobie nie niesie amunicji, argumentów pozwalających rozluźnić zaciskającą się pętlę. Rozpoznanie Krystiana Lupy jest wyrazem i siły, i bezsilności. Psychodelicznym, gęstym, sennym koszmarem, stanem rozdwojenia jaźni, stuporu grożącym katatonią. Reakcją na rzeczywistość nie do zaakceptowania, nie do oswojenia, nie do zniesienia. Analiza Lupy pokazuje, że wchodzimy w okres dekadencji. Rozpadu. Upadku.



Akt pierwszy jest stanem rozpoznawania sytuacji w jakiej znalazł się bohater. Natrętnym, powolnym rozpamiętywaniem, drążeniem, szukaniem przyczyn tego, co go zaskoczyło lub się w związku z nim ujawniło. Próbą ocknięcia, zrozumienia dlaczego został oskarżony, co z nim samym się tak naprawdę dzieje. Konfrontacji z sobą, z otoczeniem, z sądem. Z własną zawiłością tajemnicy, seksualności. Poznajemy Franza K., obserwujemy. Też staramy się dociec, dlaczego jest jak jest. Mimo pustej przestrzeni atmosfera robi się napięta, gęsta, tajemnicza. Dusząca. Zamęczająca. Sytuacje sygnalizują stany schizofreniczne, opresyjne, lękowe. Tworzą obraz pozycjonowania jednostki wobec systemu lub inaczej, jego w nim rozdwojenia. Wielogłosu bohatera, który jest jednocześnie sobą/Andrzej Kłak/ i własnym obserwatorem/Marcin Pempuś/, komentatorem, myślą, analizą.

Akt drugi to rozwinięcie  surowej, bezkompromisowej wiwisekcji rzeczywistości/głównie współczesnej/, relacji jednostka system. Oskarżycielska i bardzo źle rokująca. Wnikamy też w prywatne, intymne życie Franza K. Poznajemy jego relacje z bliskimi mu osobami. Z Felicją Bauer, Gretą Bloch, z Maxem Brodem, przyjacielem. Franz jest otępiały, nieobecny, pogrążony w depresji. W ogromnym strachu i wycofaniu. Bezwolny. W pułapce winy. Jakby nie można było przeżyć życia bez krzywdzenia innych.

Ta część spektaklu jest wtrętem autorskim aktorów i reżysera. Tekstowo ciałem obcym PROCESU Franza Kafki ale niesie sensy ważne. Męczy, drażni, smęci, kluczy pokazując również naszą własną nieporadność, błądzenie w rozumieniu i kształtowaniu rzeczywistości. Wpływ portretu psychologicznego jednostki, jej decyzji, wyborów na życie innych ludzi, ogółu. Irytująco rozbiera do naga, więzi w łóżkach-barłogach osobowość ubezwłasnowolnioną, słabą, niesprawczą. Zagubioną, zdezorientowaną, chorą, wytrąconą z bezpiecznych kolein egzystencji. Nie mamy szans oszczędzić w analizach siebie. Może trzeba człowieka sprowokować, sponiewierać, doprowadzić do ściany, by zaczął myśleć, działać? Nie wiem czy Lupa ze mnie/nas kpi. Raczej jest zły, że oczekiwania są tak wysokie tylko w stosunku do niego. A ON już jest zmęczony. Czekamy na Godota, na gotowe rozwiązania, wskazówki, panaceum. Na to, by inni za nas wykonali cały PROCES mentalnej transformacji. Ratowali wszelką wolność, w tym ekspresji artystycznej. A tu figa z makiem. Pracę trzeba wykonać samemu. Taki jest ten akt drugi, dla jednych nieznośny, długi, zagadany, zaszczuty bylejakością  logorei, dla drugich adekwatną paralelą realu. Miastem snu.

Akt trzeci wraca na tory teatralnej adaptacji PROCESU. Odsłania system manipulacyjnej opresji władzy/ instytucji, kościoła/, daje Franzowi K. kolejne drogi ratunku, podpowiada możliwości ocalenia. Oferty podporządkowania się. Poddania nieuniknionemu. On się jednak do końca buntuje ale w sposób szczególny. Po prostu rezygnuje. Rejteruje. Nie podejmuje żadnej walki. Poddaje się wyłącznie własnej naturze  osoby adecyzyjnej, rozdwojonej, przegranej. We własnym mniemaniu absolutnie niewinnej. Nie zgadza się na żaden wariant asekuracyjny, ma dosyć naginania się do narzucanych mu wymogów, jakby wyczerpał się w nim instynkt życia, wszelka uległość. Biega goły, samotny, zdezorientowany  jak głodny, zaszczuty szczur w laboratoryjnym, mrocznym labiryncie/film/. Historia kończy się: "Wiecie jak/?/".

Ostatni akt jest popisem gry aktorskiej Haliny Rasiakówny, jaką już znamy, zawsze podziwiamy, demonicznego tu Piotra Skiby, umęczonego prawie siedmiogodzinną obecnością na scenie ale doskonałego Andrzeja Kłaka.

Tymczasem wychodzimy z teatru udręczeni, umęczeni, sponiewierani. Wstępujemy w mroki miasta pogrążonego w głębokim śnie.


Ważne jest, że udało się PROCES wystawić. Ważne jest, że możemy spektakl obejrzeć. Już sam ten fakt jest optymistyczny, budujący. Sztuka trwa bardzo długo, jest trudna, męcząca. Wymaga cierpliwości. Nie zawiera gotowych rozwiązań, dramaturgicznych struktur, konkretnych argumentów, które porwałyby, wyniosłyby nas ponad poziomy. Pokazały na horyzoncie światełko, wydobyły z klaustrofobicznego labiryntu niemocy. Ta praca musi być wykonana w każdym z osobna. Samokosztem. Wyjście na pewno istnieje. Czy spektakl jest kamieniem rzuconym z zewnątrz, z ulicy do naszego dusznego wnętrza i zamieni się w uskrzydlającą myśl, ratunek, nadzieję/ptak w filmie otwierającym spektakl/, trudno przesądzić. Czy wystarczy determinacji, mądrości, solidarności?

Wystarczyło sił, by PROCES został ukończony. Teatry: NOWY, STUDIO, TR WARSZAWA, POWSZECHNY, instytucje krajowe i zagraniczne zjednoczyły się, wypracowały ten sukces. Wystarczyło entuzjazmu i środków, by polskie spektakle na DIALOGU zostały pokazane. Wystarczyło pomysłu, kreatywności, by spektakle WORKPLACE i SOLIDARNOŚĆ.NOWY PROJEKT były grane w TR Warszawa. Znów będą. Mimo wszystko należy mieć nadzieję. Nie ustawać w wysiłkach. Walka o teatr nadal trwa. Powodzenia:)

PROCES wg powieści Franza Kafki
Przełożył Jakub Ekier

Reżyseria, adaptacja, scenografia, światła: Krystian Lupa
Kostiumy: Piotr Skiba
Muzyka: Bogumił Misala
Wideo, współpraca przy reżyserii światła: Bartosz Nalazek
Animacje: Kamil Polak
Charakteryzacja i fryzury: Monika Kaleta
Głosy: Krystian Lupa, Andrzej Kłak, Marta Zięba, Marcin Pempuś, Adam Szczyszczaj, Małgorzata Gorol, Radosław Stępień
Współpraca dramaturgiczna, asystenci reżysera: Radosław Stępień, Konrad Hetel
Asystent ds. wideo, operator kamery: Natan Berkowicz
Asystentka ds. kostiumów: Aleksandra Harasimowicz

Obsada:
FRANZ K.: Marcin Pempuś
FRANZ K.: Andrzej Kłak
PANI GRUBACH: Bożena Baranowska
PANI BÜRSTNER: Anna Ilczuk
SĘDZIA ŚLEDCZY: Michał Opaliński
WOŹNY SĄDU: Wojciech Ziemiański
RÓŻA, ŻONA WOŹNEGO: Ewa Skibińska
STUDENT PRAWA, STRAŻNIK 2: Maciej Charyton
MAX BROD, SZEF KANCELARII: Adam Szczyszczaj
GRETA BLOCH, DZIEWCZYNA W KANCELARII: Małgorzata Gorol
FELICJA BAUER: Marta Zięba
CIOTKA: Halina Rasiakówna
MECENAS: Piotr Skiba
LENKA: Ewelina Żak
BLOCKBAUM, CZŁOWIEK W KANCELARII: Dariusz Maj
MALARZ, STRAŻNIK 1: Mikołaj Jodliński
KAPELAN, INSPEKTOR: Andrzej Szeremeta
ASYSTENT SĘDZIEGO 1: Radosław Stępień / Łukasz Jóźków
ASYSTENT SĘDZIEGO 2: Konrad Hetel

Inspicjent, operator kamery: Łukasz Jóźków
Kierowniczka produkcji: Anna Czerniawska
Koordynator techniczny: Paweł Paciorek
Koordynatorka, asystentka produkcji: Sylwia Merk

Główny producet: Nowy Teatr

Produkcja: Studio teatrgaleria; Teatr Powszechny; TR Warszawa; Le Quai Centre Dramatique National Angers Pays de la Loire

Koprodukcja: Kunstenfestivaldesarts, Bruxelles; Printemps des Comédiens, Montpellier; Odéon-Théâtre de l'Europe, Paris; Festival d’Automne à Paris; La Filature, Scène nationale – Mulhouse; Théâtre du Nord, Lille; HELLERAU - Europäisches Zentrum der Künste Dresden; Onassis Cultural Centre-Athens

Partner: Teatr Polski w Podziemiu

Premiera: 15 listopada Nowy Teatr
Koncepcja plakatu: Krystian Lupa
Fotografia na plakacie: Natalia Kabanow
Fotografia z próby: Magda Hueckel

https://www.polskieradio.pl/8/3664/Artykul/1929058,Proces-Kafki-i-bolesny-swiat-Krystiana-Lupy

poniedziałek, 13 listopada 2017

DO DNA


Przed tym spektaklem szła jego sława. Zdumienie nad dojrzałą, śmiałą, zachwycającą  interpretacją i fascynującym wykonaniem nowych aranżacji piosenek ludowych przez bardzo młodych ludzi, jeszcze studentów Wydziału Aktorskiego PWST/specjalność wokalno-aktorska/. Ja, jak niewierny Tomasz, wątpiłam. Chodziło o estetykę, która mnie nie chwyta za serce. O muzykę, której nie lubię. Chodziło o naiwne, okazjonalne, archaiczne przyśpiewki, pieśni, które nie tylko mnie nudzą, co bardzo, bardzo irytują, budzą automatycznie bunt, sprzeciw za każdym razem gdy je słyszę. Nawet śpiewane przez znanych ludowych pieśniarzy niosą w sobie jakąś niezaprzeczalną, niepodważalną, twardą prawdę. Dydaktykę lub ckliwość. Naiwność. Banał. Jakiś przytłaczający mozół, ból, obowiązek, nakaz, nawet jeśli odnoszą się do szczęśliwych wydarzeń w życiu, takich jak wesele. Wyrażają trudno definiowalną rzewną nutę pesymizmu, która zatruwa największą nawet radość. Kładzie się cieniem. Powoduje smutek, zadumę, refleksję nie dającą nadziei. Mocno wbijają w ziemię, przywiązują do cierpienia. Nie pozwalają wyzwolić się z prozy życia. Uwolnić, unieść ponad nią. Poszybować.

A spektakl w swojej formie,  interpretacji, aranżacji sięga lekko, zdaje się bez żadnego wysiłku, naturalnie, niezwykle dynamicznie do dna. Szczęścia. Tęsknoty. Marzenia. I  tam znajduje czysty entuzjazm, radość. Nadzieję. Miłość. Wiarę. Silne uczucie. Mocne doznanie. Potrafi ją wyśpiewać, zatańczyć, zagrać. Z niespotykaną energią. Temperamentem. Z zaraźliwą emocją, bo ta natychmiast udziela się widzowi. Znajduje w nim sprzymierzeńca. Towarzysza. Zaskakuje to ciepło optymizmu wydobyte, celebrowane, ośpiewane, obtańczone  ze znanych ale brzmiących zupełnie inaczej w pamięci pieśni, przyśpiewek.  I właśnie ta różnica interpretacyjna w emocjonalnym odbiorze powoduje, że nowa wersja tak się podoba, natychmiast podbija serca widzów.

Być może intuicyjnie pragniemy otuchy, wzruszenia, potrzebujemy nadziei, wsparcia, oczekujemy, radosnej rozrywki, która nas buduje, wzmacnia. Tymczasem ludowi wykonawcy, zazwyczaj dojrzali, zwykli ludzie, na pierwszym miejscu stawiali troskę, by ich słuchacze jak Ikary, zbyt wysoko ku słońcu nie ulecieli. Bo wiedza o prostym, biednym, znojnym życiu była najważniejsza. Znajomość ciemnych  stron egzystencji nakazywała im jej przekazanie i utrwalenie w pamięci zbiorowej. By nie ulegali złudnym nadziejom, nie oczekiwali od siebie i życia zbyt wiele i w codziennym, realnym jego doświadczaniu mogli przetrwać.  Okazało się, że wiek wykonawców zmienia perspektywę. Miejsce i czas wykonania również. Niesie inne, nowe przesłanie. Uwalnia inne, nowe emocje.

Spuścizna mądrości ludowej okazała się bardzo bogata. Kryje jeszcze wiele skarbów. Studenci przy istotnym wspomaganiu Ewy Kaim/reżyseria, scenariusz/, Włodzimierza Szturca/dramaturgia/ udowodnili nam, jak dobrze jest z niej czerpać, kiedy się wie, co chce się z niej wydobyć. W jakim celu. Własną wrażliwością, intuicją, talentem zinterpretowali na nowo stare, wydawało się już zmurszałe tony i treści. I przy okazji siebie samych wyrazili. Sobą wyśpiewali, zatańczyli, zagrali, co od zawsze człowiekowi w duszy gra. Sięgnęli do jej dna. Pokazali ogromny potencjał, zdolności. Być może energię tylko przynależną młodości, która niczego się nie boi, wszystkiego chce spróbować, wszystko sprawdzić. I poraża świat swoim entuzjazmem, świeżością, siłą. Odwagą. Naturalnością.

Udało się. Bardzo.

DO DNA
Reżyseria, scenariusz i opieka pedagogiczna: Ewa Kaim
Dramaturgia: Włodzimierz Szturc
Scenografia, kostiumy, projekcje i światło: Mirek Kaczmarek
Kierownictwo muzyczne i aranżacje: Dawid Sulej Rudnicki
Choreografia: Maćko Prusak
Przygotowanie wokalne: Justyna Motylska
Asystentka reżysera: Natalia Orkisz (III r. WRD)
Zdjęcia: Bartek Cieniawa

Występują: Dominika Guzek, Agnieszka Kościelniak, Weronika Kowalska, Jan Marczewski, Łukasz Szczepanowski oraz Dawid Sulej Rudnicki (fortepian, basy).

Spektakl dyplomowy IV roku Wydziału Aktorskiego, specjalności wokalno-aktorskiej, PWST w Krakowie

Fot. Bartek Cieniawa

piątek, 10 listopada 2017

BIEDNY JA, SUKA I JEJ NOWY KOLEŚ SCENA PRZODOWNIK



BIEDNY JA, SUKA I JEJ NOWY KOLEŚ, sztuka Michała Walczaka od dawna jest grana na Scenie PRZODOWNIK. Ma powodzenie. Łączy komediowość zachowań,  relacji młodych ludzi z surową, bezwzględną, celną oceną ich postaw, charakterów, osobowości. Sytuacje zabawne prowadzą widzów ku  poważnej refleksji, nie śmiesznej wcale puenty.

Mała scena, oszczędna scenografia skutecznie zamyka współczesną egzystencję młodego pokolenia w pigułce goryczy samotności, beztroski, demonstrowanego ostentacyjnie dystansu. Bagatelizowania wszystkiego. Minimalizm formy,  kamuflaż języka, okazywana nonszalancja i afirmacja tego co jest i jak jest ukrywa wielką potrzebę bliskości, prawdziwego uczucia. Rodzi napięcie pomiędzy tym, co się nam teatralnie objawia i jest  powierzchowne, naskórkowe, błahe z tym, co jest wypierane a upragnione, głębokie, czyste, pierwotne. Bohaterowie nie wierzą chyba i nie mają nadziei, że miłość, wierność, przyjaźń jest możliwa, jakby prawdziwe wartości a priori były poza ich zasięgiem. A jeśli nawet o nich marzą, do nich tęsknią, ich pragną, to nie wiedzą jak marzenie o mitycznym szczęśliwym życiu zrealizować. Po prostu nie potrafią nie nauczeni, pozbawieni punktów odniesienia. Stare wzorce się wyczerpały, nie znajdują zastosowania w dzisiejszych realiach. Na wypracowanie nowych, bohaterowie zdają się nie mieć czasu, siły, pomysłów. Cierpliwości.

Obserwujemy więc nieznośną choć zabawną lekkość życia, rozjechanego przez bylejakość codzienności, przeciętność, groteskowość niedojrzałości młodych ludzi, którzy poddali się słabości i unoszą się na fali konieczności i wygody. Jest bezstresowo fun &cool. Bez szans na zmianę w przyszłości. Bo każdy sukces wymaga nieustannej pracy nad sobą, brania życia za rogi, ciągłej walki.

Ona, piękna, niestabilna emocjonalnie, zagubiona SUKA Agnieszki Warchulskiej, i ich dwóch absztyfikantów: bezsilny, starający się bez skutku znaleźć swoje miejsce w życiu BIEDNY JA Macieja Wyczańskiego i ot, po prostu JEJ NOWY KOLEŚ Marcina Sztabińskiego tworzą trójkąt, ale nie klasyczny. Bo nie małżeński, nie partnerski, nie przyjacielski. Można go ewentualnie nazwać przejściowym, tymczasowym, próbnym. Nawet NARRATOR Roberta Majewskiego w białym garniturze, obecny cały czas na scenie jak dobry duch czy anioł stróż, nie jest w stanie wpłynąć na przebieg zdarzeń, na bohaterów. Relacje są płynne, niezobowiązujące, niedojrzałe. Powierzchowne bez szansy na dalsze, głębsze, poważniejsze rozwinięcie. Bohaterowie uwięzieni są w swojej beztrosce, bezsilności, braku zdecydowania jakby nie wiedzieli kim są, co chcą w życiu robić. Zawieszeni w konsumpcyjnej, egoistycznej egzystencji z dnia na dzień, poddają się jej bezrefleksyjnie bez najmniejszego oporu, nie potrafią, nie chcą, nie mogą zmienić myślenia kategoriami "ja" na "my". I wyczuwa się w nich ten dystans podszyty lękiem gdy dokonują wyborów, podejmują decyzje. Śpieszą się gdzieś, szybko akceptują nowy stan rzeczy. Wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie. Jakby bez ich prawdziwego, przemyślanego dobrze udziału.

Michał Walczak napisał zabawnie o poważnych sprawach współczesną sztukę a aktorzy, doskonale ją rozumiejąc i czując, zagrali. Czy zgodzimy się z rozpoznaniem rzeczywistości przez artystów? Każdy winien przekonać się osobiście. Na szczęście jeszcze spektakl grają. Powodzenia:)

BIEDNY JA, SUKA I JEJ NOWY KOLEŚ
Autor - Michał Walczak
Reżyseria - Piotr Jędrzejas
Asystent reżysera - Iwona Gradkowska
Scenografia - Marcin Chlanda
Kierownik produkcji - Magdalena Romańska
Inspicjent - Mateusz Karoń

Obsada:
Suka - Agnieszka Warchulska
Biedny Ja - Tadeusz Łomnicki / Maciej Wyczański
Jej Nowy Koleś - Błażej Wójcik/ Marcin Sztabiński
Narrator - Robert T. Majewski
Premiera w Laboratorium Dramatu - 24 kwietnia 2009 roku

Zdjęcie plakatu: Daniel Rudzki / Piotr Wacowski lay out Langfuhr&Magenta

czwartek, 9 listopada 2017

SOLIDARNOŚĆ. NOWY PROJEKT


Wcześniej był spektakl SOLIDARNOŚĆ. REKONSTRUKCJA w Teatrze Polskim w Bydgoszczy, teraz po zmianach SOLIDARNOŚĆ. NOWY PROJEKT w ATM Studio w Warszawie. I jest niezwykły. Paradokumentalny. Teatr życia spotyka się w nim z teatrem sztuki. Ziściło się marzenie realizowania poprzez sztukę misji społecznego dialogu. W pełnej wolności. W konfrontacji miejsca i czasu. Z perspektywy  36 lat.

Autorzy spektaklu przywołują stenogramy  z I Krajowego Zjazdu Delegatów NSZZ "Solidarność" z 1981 roku, dokumentalne filmy z obrad, rozmów, wystąpień, wywiadów, sond ulicznych, w stoczni. Wypowiadają się aktorzy jako przedstawiciele zagranicznych delegacji związków zawodowych, wyemitowany jest na ekranie film z odczytem listu z USA do delegatów, zrealizowany na potrzeby spektaklu.  Twórcy wykorzystują bieżące zdjęcia z protestów ulicznych, podczas których cytują nadal aktualne wypowiedzi konkretnych osób sprzed lat. Teatr konfrontuje  wymowę tych materiałów, które są świadectwem  historycznych sytuacji, rewolucyjnych przemian związanych z SOLIDARNOŚCIĄ z dniem dzisiejszym. I wypada ona niekorzystnie, a nawet druzgocząco. Bo można odnieść wrażenie, że przez ponad trzy dekady nic się nie zmieniło: stare postulaty są ciągle aktualne, bo nie spełnione, nadal marzymy o tym, by bez lęku w wolny, nieskrępowany sposób wyrażać, co się myśli i czuje naprawdę, bo tylko wtedy można zmieniać siebie, rzeczywistość, świat.

Widzimy przede wszystkim entuzjazm tamtych dni, efekt zrywu SOLIDARNOŚCI, liczącej 10 milionów członków. Szczerość, otwartość, bezkompromisowość emanującej wolności w zwykłym człowieku. Dowód na jej istnienie. Nieważna jest nieporadność, nieskładność wypowiedzi. Boksowanie argumentacyjne delegatów i prezydium Zjazdu. Podążanie za prawdą jest ważne. Obrona jej jest ważna. Upór, by mogła zostać wypowiedziana, zatwierdzona przez większość, co potwierdzi, że demokracja istnieje, co więcej działa. Materiały z tamtych dni świadczą, że prosta, szczera intencja mówienia, co się naprawdę czuje, myśli, sądzi stanowi siłę, gdy człowiek przestaje się bać. I to było piękne, wartościowe, stanowiło kapitał na następne lata budowy nowego państwa, nowego społeczeństwa, nowego systemu. Czuje się moc nadziei, głęboką wiarę, że się uda, że warto walczyć.

Kapitał SOLIDARNOŚCI został jednak roztrwoniony. Jesteśmy tego świadkami. Gorzka to konstatacja. Prowadząca do punktu, gdy mamy świadomość, że wszystko zaczynać trzeba od początku. Może dlatego, że w ferworze hurra optymizmu, zapomnieliśmy o tym, że o wolność i demokrację należy walczyć, bić się każdego dnia. Nie wystarczy mieć władzę. Zwycięstwo jest wtedy, gdy można je kontynuować, rozwijać. Wysiłek był tak wielki, emocje szalone, entuzjazm zagłuszał podszepty rozumu, że walka nie jest skończona.

Spektakl w przedstawionym materiale dokumentalnym ujawnia zarodki tego zła, które, jak wiemy to już dziś z perspektywy czasu i faktów dokonanych, znamionowały błędy i wypaczenia kształtującego się nowego systemu. Nie bez przyczyny twórcy cytują wystąpienia przedstawicieli związków zawodowych dojrzałych demokracji. Okrzepłych, mających duże doświadczenie ale i oswojonych, spacyfikowanych już przez kapitalistycznych pracodawców. 200 lat demokracji w USA doprowadziło do tego, że związki zawodowe stały się tam karykaturą samych siebie. W Polsce dziś rola związków zawodowych jest minimalizowana, ograniczana. Jak jest naprawdę, każdy z nas na swoim podwórku zawodowym obserwuje i doświadcza.

Widzowie usadzeni w pojemnej przestrzenni ATM Studio, podobnie jak delegaci I Krajowego Zjazdu Delegatów NSZZ "Solidarność" w Gdańsku, konfrontowani są z prawdą  tamtych i obecnych czasów. Po jednej stronie wyświetlane są dokumentalne fragmenty filmów z obrad Zjazdu, po drugiej stronie ujęcia publiczności  w czasie rzeczywistym trwającego spektaklu. Na ekranie na wprost widowni obserwujemy zbliżenia z teatralnych obrad, które dosadnie pokazują atmosferę, okoliczności dyskusji  delegatów, później obrad Prezydium Zjazdu. Aktorzy- delegaci zabierają głos również z miejsc usytuowanych na widowni. Genialny jest moment negocjacji nad uchwałą, kiedy kartka jest zamazywana kolejnymi uwagami, zmianami, w końcu porwana i na powrót składana zgodnie z kolejną koncepcją. Zaciera się sens, jasność, zasadność  w tym dyskusyjnym bałaganie. Kończy go głosowanie.

Powiązanie dokumentu, autentycznych zdjęć, prawdziwych postaci z obrazem dnia dzisiejszego winno  dawać mocno do myślenia, skłaniać do działania. Wszystko -muzyka, piosenki, postulaty, atmosfera, siła demokracji bezpośredniej -w tym spektaklu przypomina siłę i sprawczość wspólnotowości. Argumenty są twarde, wnioski oczywiste. Walka o demokrację, wolność i prawdę winna trwać. Jest potrzeba. Konieczność. Imperatyw wewnętrzny, który staje się znów przymusem spontanicznego, oczywistego protestu wobec tego, co demokratyczne, wolne, prawdziwe  nie jest. Twórcy przywołują ducha solidarności, by sprowokować w nas samych proces krytycznego myślenia, aktywnego działania.

Spektakl działa. Dlatego jest tak ważny, choć mało teatralny, mało zdystansowany, mało aluzyjny. Adekwatnie do tematu wizualnie, scenograficznie dostosowany. Ma przejrzystą konstrukcję. Jasny cel. Stosuje proste środki. Aktorstwo podporządkowane jest koncepcji reżysera. Kobiety czytają kwestie męskie, mężczyźni wchodzą w role żeńskie. Nie ma to znaczenia. Chodzi o człowieka, o każdego z nas, o ideę, o przesłanie. Bo jest to teatr zaangażowany, bezkompromisowy, polityczny. Nie składa broni, nie smęci a konfrontuje i rzuca nam odważnie w twarz, że zawodzimy. Że nie pamiętamy, bo nie chcemy pamiętać. Że na powrót zniewoliliśmy w sobie tego prostego człowieka, który się nie lękał mówić tego, co myślał i czuł. Nie bał się mówić prawdy. Straciliśmy entuzjazm i czystą, prostą wiarę w to, że można zmienić rzeczywistość. A więc widzu: patrz, myśl i działaj. A więc walcz! Bądź wolny, bezkompromisowy. Empatyczny. Solidarny. Inaczej zgnuśniejesz w słodkim, miłym, dostatnim, wygodnym życiu. Prześnisz kolejną rewolucję.

Przejmująca jest kulminacja spektaklu. Wstrząsająca. Celna. Jest to film z autentycznej, niedawnej  manifestacji idącej ulicami miasta w kordonie policji, w którym uczestniczą  aktorzy-niczym duchy z odległej przeszłości albo oni sami, albo każdy z nas-wypowiadający słuszne, te ciągle niespełnione i nowe postulaty, aktualne nadal żądania, treści. W prostych, lapidarnych zdaniach domagają się obrony demokracji. Czy jesteśmy z nimi solidarni? Warto to sprawdzić, warto się przekonać. Powodzenia:) 

Następne spektakle w ATM Studio:
8 grudnia 2017, g. 19:00
9 grudnia 2017, g. 19:00
/więcej informacji na profilu FB spektaklu, http://trwarszawa.pl/repertuar//


SOLIDARNOŚĆ. NOWY PROJEKT 
reżyseria i scenografia: Paweł Wodziński
współpraca dramaturgiczna: Piotr Grzymisławski
muzyka: Karol Nepelski
wideo: Magda Mosiewicz
światła: Michał Głaszczka
projekt dźwięku: Łukasz Maciej Szymborski
asystent kompozytora: Sławek Kyrylow
konsultacja merytoryczna: Jan Sowa
produkcja: TR Warszawa

obsada: Beata Bandurska, Magdalena Celmer, Paweł L. Gilewski, Mirosław Guzowski, Maciej Pesta, Martyna Peszko, Sonia Roszczuk, Jan Sobolewski, Anita Sokołowska, Małgorzata Trofimiuk, Jakub Ulewicz, Piotr Wawer Jr, Małgorzata Witkowska, Konrad Wosik


Materiały filmowe z I Zjazdu Delegatów NSZZ "Solidarność" użyte w spektaklu pochodzą ze zbiorów Fundacji Video Studio Gdańsk

https://historia.org.pl/2016/12/19/i-krajowy-zjazd-delegatow-nszz-solidarnosc/
http://www.aict.art.pl/2017/11/11/finisaz/
fot. Monika Stolarska

środa, 8 listopada 2017

WORKPLACE


WORKPLACE, miejsce pracy, okazuje się być przestrzenią wiwisekcji współczesnych dylematów pracowników, w tym wypadku kobiet, polem eksperymentu, doświadczenia, symulacji, pozwalającym sprawdzić dlaczego praca jest nam potrzebna, jak się w roli pracownika, pracodawcy, szukającego pracy czujemy, czy musimy pracować, czy praca jaką wykonujemy nas zadowala, rozwija, czyni szczęśliwym, czy jest przymusem, koniecznością czy może szczęśliwie naszą pasją. Spektakl po to jest, by je prowokować. Pytań jest dużo, ciągle wracają w spektaklu, każdy widz może je jeszcze modyfikować, multiplikowyć, formułować w osobiste, intymne, nieskończone ciągi dalsze. Dobrze, że spektakl je postawił, bo zapracowani, nieustannie zajęci, w ciągłym pędzie na co dzień nie mamy czasu na myślenie, zastanawianie, ocenę siebie i pracy, jaką w danym momencie wykonujemy. Może też wypieramy ten proces, bo jest dla nas zbyt bolesny, trudny, nieprzyjemny. Kłopotliwy. Uciekamy od tych pytań z powodu przyzwyczajenia, konieczności, nawyku. Wygody. Afirmacji stanu rzeczy takim jaki jest, bo boimy się zmian, ryzyka, odpowiedzialności za ich ewentualne niekorzystne skutki. Nie ma się też co łudzić, sytuacja kobiety na rynku pracy, jej status, możliwości awansu, realizowanie kariery według jej własnej koncepcji jest o wiele gorsza niż mężczyzn. Kobiety łączą pracę zawodową z obowiązkami domowymi, rodzinnymi. Nadal muszą walczyć o swoje. Nawet jeśli są lepsze, mają wyższe kwalifikacje, większe doświadczenie. Potencjał.

Dlatego autorska koncepcja spektaklu Bartka Frąckowiaka, nomen omen mężczyzny, tak jest ważna, potrzebna, interesująca. Imponuje pomysłem inscenizacyjnym, podejściem do tematu, kompozycją, końcową kulminacją, która zaskakuje i wzrusza. Mocno daje do myślenia. Cieszę się, że mogłam ten spektakl obejrzeć.



W przestrzennej hali ATM Studio scena wydaje się miejscem laboratoryjnym, przeznaczonym do eksperymentu.  Zaaranżowana jest jak zagracone biuro, w którym nagromadzono dużą ilość przestarzałego sprzętu. Są telefony, komputery, kserokopiarka, biurka, lampy, krzesła, zwoje kabli, nieśmiertelna palma, itd.  Przychodzi od razu na myśl, że ludzie/aktorzy/ jak szczury, będą tu poddawani próbom, dzięki którym będzie można ich poznać, sprawdzić, przećwiczyć. I tak jest w istocie. Poznajemy panie w różnym wieku, o różnym statucie i wykształceniu, reprezentantki trzech pokoleń. Na początku przedstawiają się formą swojego cv. Przyszły na rozmowę kwalifikacyjną, chcą zaprezentować się z jak najlepszej strony. Głos z offu, również kobiecy, jak anonimowy Big Brother z ukrycia zarządza nimi. Niczym demiurg reżyseruje  to spotkanie, beznamiętnie, metodycznie, surowo. Panie opowiadają o sobie, poznajemy je coraz lepiej. Wchodzą też w różne, narzucone im role. Raz są pracownikiem, raz pracodawcą, innym razem właścicielem. Same siebie nawzajem przepytują, prowadzą rozmowę kwalifikacyjną. Wzorce z życia, doświadczenia przenoszą na własne zachowanie. Widać, jak są silne, gdy mają władzę i mogą ja stosować. Są dla siebie w zadanej symulacji równie okrutne, bezwzględne, nieczułe jak system, warunki, inni ludzie w realu dla nich. Co dobitnie pokazuje łatwość, gotowość, dyspozycję przejścia z pozycji ofiary do roli kata. Bez refleksji, że się czyni drugiemu człowiekowi krzywdę. Wszystkie choroby, patologie relacji międzyludzkich, stosunków w pracy są tu poruszone. Przemoc werbalna, mobbing, znajomości, układy, nadużywanie władzy, niewolniczy system i warunki pracy mają się dobrze. Ważne, że w spektaklu wybrzmiewają indywidualnie, wiarygodnie, osobiście. Nie bez poczucia humoru, karykatury, kamuflażu. Dystans pozwala znieść cały ten galimatias wynaturzeń, wypaczeń, nadużyć. Presji, konieczności, przymusów, które właściwie dobrze, często z autopsji, znamy. Niestety, znamy.


Gorzka to lekcja, która pozwala poznawać, konfrontować, analizować dzisiejsze warunki, relacje, sytuacje na rynku pracy, które łamią życiorysy, wybijają zęby motywacji, podcinają skrzydła kreacji. Bo nie są atrakcyjne, łatwe, oczywiste zarówno dla młodych, jak i starszych, przed emeryturą kobiet. Wpędzają w depresję, stupor postawy niewolniczej. Tak wiele zależy od sytuacji gospodarczej a przede wszystkim od politycznej kraju. Braku stabilności, działania równego, sprawiedliwego prawa. I przede wszystkim od nas samych, ludzi. Jakbyśmy byli najsłabszym ogniwem. Mentalnie nie poddającym się zmianom. Oporni na samodzielność, podejmowanie ryzyka. Odporni na empatię. Niesolidarni.

Trzy teatralne pracownicze genotypy osób szukających pracę, których doświadczenie mocno wyrasta z życia, dowodzą jak trudna jest nadal sytuacja kobiet. W scenie finałowej aktorki, Beata Bandurska, Magdalena Celmer, Anita Sokołowska, wychodzą z roli, choć to co mówią jest ich ról bieżącym rozwinięciem. Dopełnieniem. Opowiadają o swojej sytuacji, w jakiej się nie ze swojej winy znalazły po zmianie dyrekcji w Teatrze Polskim w Bydgoszczy. Relacje odsłaniają obrazy intymne, czułe, bolesne krajobrazów wewnętrznych aktorek. Gdzie toczy się krwawa walka pomiędzy koniecznością, przymusem a misją, pasją. Powołaniem a twardym życiem.  W obecnym zawieszeniu, braku pewności. W napięciu oczekiwań, co przyszłość przyniesie. Beata Bandurska, Magdalena Celmer, Anita Sokołowska wnoszą coś niebywale wartościowego. Ich wyznanie jest też wyznaniem wiary w teatr, swoje powołanie, sens tego co robią zawodowo. Jest walką, by ich  ciężka praca nie poszła na marne. Miała swoją kontynuację.

I jak w poprzedniej części spektaklu można się było zdystansować do bohaterek, ich przypadków,  sytuacji i losów, na chłodno przyglądać się, metodycznie analizować, tak na koniec wybuchła bomba emocjonalna. I jest to niesłychana wartość tego spektaklu. Nie do przecenienia.

Przyznam, że nie rozumiem po obejrzeniu dwóch spektakli, WORKPLACE i SOLIDARNOŚĆ. NOWY PROJEKT, Teatru Polskiego w Bydgoszczy, dlaczego można było, oczywiście w ramach obowiązującego prawa, pozbawiać go możliwości kontynuowania swego programu, misji poprzez zmianę dyrekcji a w konsekwencji doprowadzenie do rozbicia zespołu. To nie ma sensu. To nie ma wytłumaczenia. Na szczęście oba spektakle można będzie jeszcze obejrzeć w ATM Studio. Mam nadzieję, że wejdą do repertuaru TR WARSZAWA. Są bardzo, bardzo ważne. Obejrzyjcie koniecznie. Nie przegapcie. To o nas, dla nas. Tu i teraz. Teatr jest zaangażowany, bądźmy i my. Powodzenia:)

SOLIDARNOŚĆ. NOWY PROJEKT 8-9.12 o godz. 19.00
WORKPLACE 15-16.12 o godz. 20.00

http://trwarszawa.pl/repertuar/


WORKPLACE 
reżyseria: Bartek Frąckowiak
scenariusz: Natalia Fiedorczuk
scenografia i kostiumy: Anna Maria Zajęty, Mikołaj Małek
muzyka: Krzysztof Kaliski
reżyseria światła: Michał Głaszczka
asystentka reżysera: Magdalena Celmer
asystentka scenografa: Anna Adamiak
produkcja: Teatr Polski w Bydgoszczy
obsada: Beata Bandurska, Magdalena Celmer, Anita Sokołowska

premiera: 24.06.2017, Teatr Polski w Bydgoszczy
fot. Monika Stolarska

wtorek, 7 listopada 2017

MARLENA. OSTATNI KONCERT TEATR POLSKI

 

Spektakl MARLENA.OSTATNI KONCERT, na którym byłam, zakończył się niemal stu procentową standing ovation. Full satisfaction. Euforią. Radością. Moim zdumieniem, jak bardzo publiczność oczekuje czystej rozrywki, prostej narracji, jasnych sytuacji scenicznych.  Obcowania ze sławną, jedyną w swoim rodzaju artystką. Tu w rozwiniętym, podwójnym portrecie gwiazdy charyzmatycznej, ikony kina, królowej estrady, przedstawionej w kontraście pięknej, odważnej młodości i trudnej do zniesienia starości. Gdy Marlena Dietrich jest pełną siły, nadziei i radości, pewną siebie kobietą, w tej roli podziwiamy Izabellę Bukowską-Chądzyńską, a za chwilę zapobiegliwą, obsesyjnie chroniącą swojej prywatności,  pogrążoną w depresji, schorowaną, pozbawioną wszelkich złudzeń staruszką, ciekawie graną przez Grażynę Barszczewską. Opowieść toczy się z perspektywy osoby,  która podbija i opuszcza świat jednocześnie, bo czasy przeszły i teraźniejszy na scenie się przenikają.  Gdzie wszystko dopowiedziane jest do końca, jednoznacznie wyjaśnione, zilustrowane. Bez zaskoczenia. W uproszczeniu, które potwierdza stereotypy, doskonale ogniskuje to, co jest powszechnie wiadome. Tak, to mógłby być ostatni koncert, gra, walka Marleny, która chce być zapamiętana na jej własnych warunkach. Ten spokój i gładkość przekazu, połączenie śpiewu doskonale znanych schlagwortów do muzyki wykonywanej na żywo i gry aktorskiej Grażyny Barszczewskiej i Izabelli Bukowska-Chądzyńskiej w roli Marleny jest tym,  co doskonale bawi widzów, czyni ten teatralny wieczór udanym,  miłym, przyjemnym. I odrobinę tylko dramatycznym.

Na scenie króluje Marlena Dietrich. Jej czar i urok. Tajemnica o tajemnicy. Kariera. Sława. Radość sięgania po wszystko i ból żegnania się z życiem. Work in progress nad mitem gwiazdy, która tworzy i podtrzymuje swój doskonały, wyidealizowany portret. Do końca czuwa nad publicznym wizerunkiem swej kariery. Wszystko chce mieć pod kontrolą, o wszystkim pragnie decydować. Mężczyźni są tylko niezbędnym dodatkiem, tłem, kontekstem. Fanami  wielbiącymi swoją idolkę, muzę, mroczny obiekt miłości bądź pożądania. Adorującym dopingiem, imponującą kolekcją trofeów. Narkotykiem, używką. Nałogiem. Reprezentuje ich- Rudolfa Siebera, Josefa von Sternberga, Jeana Gabina, Ericha Marię Remarque'a, Zbigniewa Cybulskiego-w charakterystycznych, przerysowanych wcieleniach Tomasz Błasiak, wspomaga akompaniujący gwieździe Aleksander Dębicz. Kobiety są tu przemilczaną wielką nieobecną miłością, fascynacją, tęsknotą Marleny. Tematem tabu. No, może oprócz Grety Garbo, nie tylko rywalki do statusu gwiazdy. Jeśli ich wszystkich zabraknie, bo Marlena z własnego wyboru przez ostatnie dwadzieścia lat żyła samotnie w paryskim mieszkaniu, sięgnie po tabletki, whisky i niezawodne, retuszowane przez siebie wspomnienia. Bo jest uzależniona od swej legendy. W niej uwięziona. Jej do końca wierna, oddana. I bardzo, bardzo zmęczona, wyczerpana i samotna. Wycofana. Czujna na paparazzich. Zdana na swoją pokojówkę, asystentkę spisującą wspomnienia, niewykluczone, że kochankę, powiernicę, opiekunkę, towarzyszkę w jednej osobie, którą gra Afrodyta Weselak.

Autor scenariusza, Janusz Majcherek, i reżyser, Józef Opalski, sprytnie oparli sztukę na symbolicznej reprezentacji. Zredukowali maksymalnie ilość aktorów ale zmultiplikowali Marlenę. Prosty to i wygodny zabieg, bo trudno by było jednej aktorce unieść całą rolę. Poza tym koncept jest taki, by pokazać, jak prawdziwa, na progu śmierci Marlena tworzy, uwiarygadnia awatara Marlenę. Rozkłada się więc napięcie, wyciszają emocje. Jest nostalgicznie. Dystansuje się starość do młodości, pozwala sobie na modyfikację pamięci, przemilczenia. Wszystko jest oswojone, pod kontrolą, w świetnej scenografii Pawła Dobrzyckiego, wizualizującej metaforę życia jako sceny dla kreacji ostatniego występu artystki, która nieustannie podróżuje w czasie i przestrzeni. Scena z trzema wielkimi lustrami, fortepian, różnej wielkości kufry podróżne, łóżko i blond peruka Marleny wystarczająco definiują jej świat. Cieszy gra Grażyny Barszczewskiej, której metamorfozy zdumiewają. To piękna kobieta, cudowna aktorka. Satysfakcjonuje udział w spektaklu Izabelli Bukowskiej-Chądzyńskiej, która uzmysławia, jak bardzo wytwór zbiorowej wyobraźni,  pamięci czyni Marlenę, stworzoną  dla potomności przez nią samą, posągową, nieprzenikalną, uniwersalną.

Może zabrakło odwagi, drapieżności, pazura wampa, jakim była Marlena. A może było to celowym artystów zamiarem. Pozostała tęsknota za nieuchwytną aurą jaką roztaczała wokół siebie. Za emocjami. Niejednoznacznością, niepokojem, ciekawością jaką budziła. Tajemnicą sprzecznych uczuć, jakie wyzwalała. Ambiwalencją płciową, która rozpalała zmysły. Mrokiem duszy, do której obsesyjnie strzegła dostępu. Poznajemy w skrócie życiorys gwiazdy, przebieg jej kariery, niełatwe, tułacze życie. Mamy przyjemność wysłuchania  najsłynniejszych szlagierów: LILI MARLEEN, FALLING IN LOVE AGAIN, ICH BIN DIE FESCHE LOLA, JOHNNY, WHERE HAVE ALL THE FLOWERS GONE. Pozostajemy z wątpliwością czy Marlena była naprawdę  szczęśliwa, spełniona. Co jest prawdą, co zmyśleniem.  Pozostajemy z brakiem odpowiedzi na pytanie o źródło fenomenu popularności Marleny. Z obrazem młodej dziewczyny z powodzeniem robiącej karierę, podbijającej świat i kobiety z trudem radzącej sobie z samotnością, starością, chroniącej się przed światem.  Poznajemy skrajnie różne Marleny, które za wszelką cenę chcą ocalić mit o Marlenie Dietrich, bo to on jest glejtem nieśmiertelności, grą, celem samym w sobie.

Te skrawki pamięci selektywnej, piosenki, filmy, fotografie, listy, ślady i tropy, efektownie skomponowane w tej sztuce teatralnej, rozbudzają wyobraźnię, dają OSTATNI KONCERT dla wyzwolenia współczesnych emocji związanych z MARLENĄ. Pierwotne dawno, bardzo dawno umarły.


MARLENA. OSTATNI KONCERT
scenariusz: Janusz Majcherek
reżyseria: Józef Opalski
scenografia, reżyser światła: Paweł Dobrzycki
muzyka, opracowanie piosenek: Aleksander Dębicz
projekcje: Agata Roguska, Rafał Łączny
asystent scenografa: Agata Roguska
asystent reżysera: Katarzyna Bocianiak
asystent reżysera: Anna Wachowiak

obsada: Grażyna Barszczewska, Izabella Bukowska-Chądzyńska, Afrodyta Weselak, Tomasz Błasiak, Aleksander Dębicz

piątek, 3 listopada 2017

DOBRA TERRORYSTKA TEATR STUDIO


Wyszłam ze spektaklu DOBRA TERRORYSTKA, wyreżyserowanego przez Agnieszkę Olsten w Teatrze Studio, mocno skonfundowana. Bo nie wiedziałam, o czym i czym ten spektakl tak naprawdę jest. Komedią, tragedią czy szyderstwem. Może chodziło o to, by widzowie mogli odczuć tą niemoc uchwycenia istoty rzeczy, wątłość napędu twórczego, również samego spektaklu, niedostatek autentycznych motywacji, prawdy, szczerości, siły jego bohaterów. Mimo dużego wysiłku.  Bo jak pokazać, scharakteryzować wszelki BRAK, który pozbawia skuteczności KREACJĘ: artystyczną, polityczną, społeczną, każdą inną. Nawet najbardziej awangardową, najmocniej rewolucyjną.  Otóż chcieć, nie znaczy móc. Spektakl ośmiesza i dezawuuje indywidualny bunt, hipokryzję i słabość spontanicznych wysiłków działalności wywrotowej, amatorskiej twórczości artystycznej, która zrozumiała jest i ważna tylko dla ich pomysłodawców, samozwańczych autorów dzieł wtórnych, poślednich, wymęczonych, z naciąganym znaczeniem, wydumaną, nieczytelną interpretacją.

Akcja dzieje się w przestrzeni w ruinie, w budowie lub w remoncie. W dwóch ścianach, kącie do mieszkania. W zagraconym, bez właściwości, z drutem kolczastym wokół ogrodzenia squacie.  W bałaganie pomieszania porządków. Niejednoznaczne to miejsce, różni bohaterowie, luźne sytuacje, niezobowiązujące relacje międzyludzkie. Artystyczne never ending work in progress. Kogel-mogel  społeczny, mentalny, uczuciowy, z którego może się potencjalnie narodzić anarchistyczne myślenie, domowy terroryzm, awangardowy rewolucjonizm, a w efekcie dzieła radosnej twórczości, twory indywidualnych koncepcji prowadzących donikąd.

Ważny wydaje się być dom, ten porzucony, rodzinny i ten umowny, przejściowy jako bastion zwyczajnego szaleństwa. Ziemia niczyja, wielka pustka, w której rodzi się  trudne do zdefiniowania głębokie, konsekwentne, konceptualne NIC. W efekcie udawania, markowania, naśladowania, wykonywania ruchów pozorowanych. Mozolne, nudne, nieskuteczne usiłowanie. Podszywanie się pod kogoś, kim się nie jest. Powielanie pomysłów dawno odkrytych. Bo nic tu nie jest autentyczne, rzeczywiste, prawdziwe. Naprawdę nowe i świeże. Zupełnie własne. Rządzą kalki wyobrażeń, pragnień, marzeń sformatowane przewodnikami, poradnikami, modami. Przeszłością. Wychowaniem i uzależnieniem od rodziców /finansowym/. Recyklingiem obcej, bo na pewno nie własnej wyobraźni. Jeśli tu poprawność i codzienność przeradza się w bunt, to jest on, niestety, bezowocny.  Wszystko jest cudze, za nie własne pieniądze, na czyjś koszt. Zaczynamy mieć pewność, że nikt tu nie jest naprawdę sobą. Każdy zasklepiony we własnej pozie/ życia, działania, sztuki, itd/ pozbawiony jest tej prawdziwej, silnej, autentycznej energii, mającej moc sprawczą.

Każdy z bohaterów sztuki w indywidualny sposób stara się, pręży, jest w ciągłym ruchu. Artystycznym zaangażowaniu. Wydaje się mu, że się buntuje, tworzy, pracuje, poprawia siebie, ratuje świat. Na swój niedoskonały, zawodny obraz i podobieństwo. To syzyfowe wysiłki, second hand życie i plagiaty dzieł sztuki. Komiczny, wtórny, żenujący cyrk obracania powszedniości, wszystkiego, co jest w domu, pod ręką w sztukę. Książka Doris Lessing obecna na scenie, jest dla Agnieszki Olsten i Sławomira Rumiaka tylko punktem odniesienia. Artyści nie adaptują jej na potrzeby spektaklu, piszą własny scenariusz.  Twórcy sztuki teatralnej mają autorski koncept. Obieranie ziemniaków w Zachęcie przez Julitę Wójcik jest jednak czym innym niż obieranie ziemniaków w domu, w teatrze przez Alice. Performance Mariny Abramović  ma inny wymiar w  galerii sztuki niż np. Alice zawieszona na miotle przy ścianie. Instalacja BIAŁA CHMURA, będąca kompozycją puszek, plastikowych butelek i szczotek do czyszczenia toalet, pozbawionych logo, jest tu sztuką dla sztuki. Rzeźba PORTRET TOTALNY KAROLA MARKSA. Instalacja. autorstwa Krzysztofa W.Bednarskiego, w spektaklu z jajkiem niespodzianką, ma dziecinny, naiwny, nieszkodliwy wymiar. Rozrzucone makarony jak kłębowisko kabli śmieszy, dziura w twarzy rzeźby LENINA wypełniona warzywami przypomina malarskie portrety Giuseppe Arcimboldo. Spektakl cały jest zbudowany z odniesień do prac konceptualistów, bo SZTUKA KONCEPTUALNA jest bohaterem tego spektaklu, przyczyną i skutkiem bezsilności bohaterów wobec rzeczywistości, życia, świata. Tak pięknie artystycznie tłumaczy nieskuteczność wszelkich wysiłków. Pokazuje, że sama kreacja, w tym wypadku i ona jest wtórna, nie wystarczy, jeśli nie ma tej furii, determinacji, motywacji w sobie, która nie jest tylko pozą, pustym wyborem, modną ideą fix. To prawda, że bombę można wykonać w domu, rewolucja może narodzić się z prozaicznej, niewinnej przyczyny, ale jeśli nie ma w tym autentycznego pragnienia, marzenia, szczerej frustracji, prawdziwie dzikiej siły, stanie się jej karykaturą, wynaturzeniem, dewiacją.  Będzie marną imitacją, dowodem na brak konceptu.

Bohaterowie nie są w stanie wymyślić nic nowego, nic do końca autorskiego. Alice /doskonała  Agnieszka Kwietniewska/ bardzo stara się porządkować, stwarzać, rejestrować na nowo świat, który ją otacza. Popełnia błędy, wchodząc w koleiny życia, które porzuciła. Nie zrobi krzywdy nikomu więcej niż samej sobie. Łudząc się, że buduje świat na własnych warunkach, oszukuje tylko siebie. Ostentacyjne ignoruje dizajnerski, drogi, snobistyczny gadżet, wyciskarkę do cytryn Starcka, przyniesioną w prezencie od Marry i Reggiego, co jest pustym gestem. Pozostali bohaterowie też są nieszkodliwi. To zarzut, bo nie sposób się przejąć ludźmi, którzy mogą tylko powielać błędy przeszłości, wykorzystują zużyte pomysły, pochodzące z innego czasu, innego miejsca, kontekstu. Zachód pożera własny ogon. Przeżuwa sam siebie. Wydala nic niewarte, choć uświęcone glejtem aktu twórczego, ekskrementy, gówno. W rzeczywistości konceptualista Piero Manzoni słysząc od konceptualisty Marcela Duchampa, że jego prace to gówno, wpadł na pomysł, by je puszkować i sprzedawać. W sztuce mowa jest o trudnym pomiarze tego, co współczesna konsumpcyjna nacja, ciągle głodna, niezaspokojona, wydala. Jak bardzo jest jego śmierdząca, kłopotliwa do "zagospodarowania" skala.

Mogłoby być bardzo wzniośle, poważnie ale nic z tego, jest zabawnie. Bo poznając bohaterów, dojdziemy do wniosku, że z tej materii burzy rewolucji nie będzie. Jedynie pretensjonalne, dziecinne, rozmemłane wiele hałasu o nic. Łącznie z końcową kulminacją-instalacją z ziemniaków, drutów, monet, wybuchającą coca-colą ze wstrząśniętej butelki. Po drodze obserwujemy, jak wyczerpuje się, gubi i ośmiesza wywrotowy potencjał kreacji życia, sztuki, buntu.  Nie uda się bohaterom odciąć od przeszłości, dotychczasowych źródeł finansowania. Bunt nie doprowadzi ich do wybicia się na niezależność czy samodzielność. A znajomość sztuki do wypracowania własnego  języka ekspresji artystycznej. Squattersi pozostaną społecznością przypadkową, bez właściwości, bez charakteru. Rozśrodkowaną mentalnie. Niezdolną do zmian. Pozbawioną energii, siły napędowej, motywacji. Sztuka teatralna brutalnie to obnaża. Oparta na sztuce konceptualnej, sama się taką staje. Ze wszelkimi tego konsekwencjami.

Spektakl jest jak jego bohaterowie; intrygujący ale trudny do przeniknięcia. Za sprawą koncepcji twórców, w konsekwencji scenariusza. Może też dlatego, że pozbawiony dramaturgii, odpowiedniego tempa, rytmu, braku pogłębionych psychologicznie portretów postaci, co powoduje, że są jednak anonimowe, emocjonalnie pozostaje obojętny. Widz błądzi, gubi się w niezrozumiałej narracji teatralnej, jak bohaterowie w swojej rzeczywistości. Mimo uporządkowania, mimo wskazówek. Bez znajomości  książki Doris Lessing, konkretnych projektów konceptualnych, odniesień, kontekstów nie jest łatwo zorientować się, jakie są intencje twórców, dokąd mają prowadzić wysiłki aktorów. A ci są wspaniali, szczególnie wtedy, gdy mają trochę więcej tekstu do grania. Sprawni fizycznie, dowcipni, komiczni robią wszystko, by umożliwić widzom poznanie tego konceptualnego teatralnego obrazu, instalacji. W końcu dobrze byłoby zrozumieć, dlaczego świat Zachodu jest adecyzyjny, grzęźnie w marazmie, kryzysie, niezdolny jest do zmiany prowadzącej do rewolucji. Bawi się, bezpiecznie eksperymentuje, ostentacyjnie blaguje. W hipokryzji poprawności, pewności finansowego zabezpieczenia, bez lęku, cierpienia egzystencjalnego nie szuka nowych pomysłów. Konsekwentnie korzysta ze starych. Warto poznać podłoże słabości, bezsilności kolejnego pokolenia wobec słomianego buntu, którego samo jest autorem i ofiarą.

Życie jest sztuką ale trzeba mieć na nie naprawdę własny, autorski odważny, świeży, zaskakujący koncept. W pełnej wolności wszelkiej ekspresji. Sztuka jest życiem, jeśli konsekwentny, bezkompromisowy wybór nam na to pozwala. I talent. I pasja. I dużo, dużo szczęścia. Powodzenia.:)



DOBRA TERRORYSTKA DORIS LESSING
tłumaczenie: Andrzej Szulc
scenariusz: Agnieszka Olsten, Sławomir Rumiak
reżyseria: Agnieszka Olsten
scenografia: Sławomir Rumiak
kostiumy: Angelika Józefczyk
reżyseria światła: Robert Mleczko
muzyka: Kuba Suchar
inspicjentka: Beata Szaradowska
obsada:
Dominika Biernat-MARY
Monika Obara-ROBERTA
Dominika Ostałowska-MATKA
Anna Paruszyńska-FAYE
Agnieszka Kwietniewska (gościnnie)-ALICE
Marcin Pempuś-PHILIP
Bartek Porczyk-REGGIE
Krzysztof Zarzecki-JASPER

premiera: 20.10.2017

PUSZKI+BUTELKI+SZCZOTKI=http://www.furgaleria.pl/blog/33/Upcykling+czyli+o+sztuce+ze+%C5%9Bmietnika..html
MARKS= http://bednarski.art.pl/katalog/26/3#navbar
JAPONKI +KLAMKI= http://joemonster.org/art/19085

http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/249572.html

wtorek, 24 października 2017

NANCY.WYWIAD NOWY TEATR


NANCY.WYWIAD łączy muzykę, taniec, śpiew. Paradoksalnie zawiera śladowe ilości tekstu. Oparty jest na improwizacji. To mariaż teatru, tańca i performansu. W związku z tym każde przedstawienie jest trochę inne. Prawdziwa historia tragicznie zakończonej miłości, a może tylko romansu, prostej dziewczyny, byłej striptizerki, Nancy Spungen, z  gwiazdą rocka, frontmanem i basistą SEX PISTOLS, Sidem Viciousem, pusta przestrzeń sceny, ujęcia z kamery, kostiumy, piosenki i muzyka wykonywana na żywo jest wystarczającym  kontekstem dla choreografii Claude’a Bardouila, głównej narratorki przekazu.  Tak, to ona opowiada, ilustruje, krzyczy. Pozawerbalnie.

Układ choreograficzny, swoisty taniec ciał Magdaleny Popławskiej i Claude’a Bardouila tworzy na naszych oczach zaklęty w dramatycznie siłowej, brutalnej dynamice klimat, napięcie, nastrój. Emocjonalny, energetyczny, nieoczywisty. Jedno ciało drugie ustawia, przekłada, zmienia, podporządkowuje. Podbija. Ulega. Kocha lub gwałci. Dopasowuje, mocuje, walczy. Zdobywa. Nie bez oporu. Nie bez przemocy, gwałtowności, okrucieństwa. W splątaniu, pomieszaniu, zwarciu gestów, ruchów, mimiki. W jakiejś niecierpliwości, nieumiejętności wyrażenia uczuć. Z kodą śmierci. Nie tylko kulminacja poszczególnych układów i całości przekazu jest tu najważniejsza ale właśnie ten proces kształtujący. Na efekt końcowy składają się te drobne, uwidocznione zmiany, ustawiania, zapasy Nancy i Sida. Próba sił kobiety i mężczyzny, fizycznie uwidocznione zmierzenie się anybohaterki z super bohaterem. Obserwujemy w jaki sposób kształtują się, jaki mają charakter  relacje, uczucia bardzo młodej, nieznanej nikomu dziewczyny i gwiazdy punk rocka. To ciała zdradzają nam  najwięcej, ich mowa najmocniej działa na naszą wrażliwość, wyobraźnię. Ciało, jego uroda, siła i młodość przecież jest tak ważne w naszych nowych wspaniałych czasach. Może dlatego to ono wizualizuje najcelniej wywiad z Nancy. 

Artyści zauważyli, że historia Nancy i Sida może być współczesną, punk rockową wariacją ROMEA I JULII Williama Shakespeare'a. Chodziło im o stworzenie uniwersalnego obrazu życia na krawędzi.  Gwałtowna miłość, szalone, zwariowane życie młodych ludzi, podkręcane coraz to większą dawką heroiny, przerwane gwałtowną śmiercią bohaterów fascynuje kolejne pokolenia/Nancy śmiertelnie raniona przez Sida nożem, on przedawkował, świętując uwolnienie od zarzutów/. I choć spektakl nawiązuje do atmosfery USA lat 70-tych ubiegłego wieku, to dotyczyć może każdego miejsca i czasu. 




NANCY.WYWIAD
reżyseria i choreografia: Claude Bardouil
scenografia: Nicolas Grospierre, Olga Mokrzycka-Grospierre
kostiumy: Aleksandra Laska
identyfikacja graficzna na podstawie fotografii Nicolasa Grospierre'a
muzyka: Paweł Andryszczyk, Adam Walicki
reżyseria świateł: Katarzyna Łuszczyk
wideo, inspicjent: Łukasz Jóźków
charakteryzacja: Monika Kaleta
asystent reżysera: Adam Kasjaniuk

wykonanie: Magdalena Popławska i Claude Bardouil


zdjęcie 2: Marta Rybicka

czwartek, 19 października 2017

W MROCZNYM MROCZNYM DOMU TEATR NARODOWY


W MROCZNYM MROCZNYM DOMY,  gdzie panuje przemoc, rządzi alkohol, nie ma miłości, brakuje troski, pozytywnego wzorca, nie można liczyć na wsparcie, pomoc, zrozumienie dzieci pozostawione są same sobie, muszą dawać sobie radę same. I wpadają w jeszcze okrutniejszą, bardziej perfidną pułapkę. Przekonują się o tym, że świat cały jest mrocznym mrocznym domem. I nie ma dokąd uciec. Nie ma szansy na zmianę. Dom zły generuje złe wychowanie. Jeszcze gorsze życie. Całkowicie zasłania horyzont szczęścia, radości, normalności. Bo wszystko co się wyniesie z domu może tylko się rozwijać, coraz mocniej wrastać w bieżącą rzeczywistość. Mrok rośnie i gęstnieje.

Terrego/Grzegorz Małecki/ i Drew /Marcin Przybylski/ poznajemy już jako dorosłe osoby. Ale trauma wykorzystywania seksualnego przez przyjaciela rodziny w dzieciństwie odcisnęła piętno, niszczy ich dorosłe życie. Całkowicie wypacza, paraliżuje, nie daje spokoju. Jest ciągle obecna. Obserwujemy dwie różne osobowości, charaktery, życiorysy. I tą samą przyczynę skazy dziecinnego, infantylnego, szalonego Drew używającego młodzieżowego slangu i wycofanego, nerwowego, tajemniczo zamkniętego w sobie Terrego. Dom z dzieciństwa nie był w stanie im pomóc, teraz Terry ratuje brata, mimo że widzi manipulacje, kłamstwa Drew.

Spektakl z minimalistyczną scenografią: ścianą wysokiej zielonej winorośli, która przybliża się ze sceny na scenę i niestabilny grunt żwiru ogrodowego hałasujący przy każdym kroku, buduje atmosferę  otwartości, komfortu ale i nastrój zagrożenia, klinczu. To ziemia niczyja. Jedyna przyjaźnie wyglądająca przestrzeń, na której mogą spotykać się bohaterowie i w ogóle ze sobą rozmawiać.  W ich kontakcie wyczuwa się mroczne, niebezpieczne napięcie. Jakby obaj walczyli o przeżycie: Terry widzi je w zrozumieniu, akceptacji brata, w prawdzie a Drew samolubnie w wybrnięciu z opresji, którą sam sobie nie po raz pierwszy i prawdopodobnie nie ostatni zafundował. Wyraźnie widać, że mają przetrącone kręgosłupy emocjonalne. Obaj starają się markować swoim zachowaniem, odruchami, maskami prawdę o sobie. Ciągle nie są ufni, z trudem otwierają się jeden na drugiego. Jak zupełnie obcy sobie ludzie. Jak tonący chwytający się brzytwy.

I ta gra, jaka się toczy między braćmi, jest fascynująca. Charakteryzuje ich osobowości, bardzo trudne relacje. Pokazuje samotność, ciągłą walkę ze wspomnieniami, ze skutkami przeszłości i to , że ten mroczny mroczny dom w nich nadal rośnie i przytłacza, pożera każde pojawiające się światło nadziei i zmiany a prawdziwa bliskość, mimo szczerości, otwartości wyznań, solenności przyrzeczeń, jest nieosiągalna, jest niemożliwa, pozostanie utopią. Cud się nie dokona. Wszystko pozostanie jak było.

Spektakl ogląda się jak triller psychologiczny. Jego wymowa jest przejmująca dzięki wybitnemu aktorstwu Grzegorza Małeckiego. Trzeba doświadczyć samemu, co aktor robi z rolą Terrego, jak ją konsekwentnie, wiarygodnie prowadzi, by móc docenić jego talent i pomysł na wyrażenie trudnych stanów emocjonalnych jego bohatera. To napięcie na styku rozumienia siebie, innych i świadomości do czego jest  zdolny. Walka z powściąganą z trudem furią. Te stany nerwowości maskowane bardzo subtelnymi gestami rąk, mimiką twarzy. Reakcje ciała. Ta posągowa niemal statyka postawy, którą siłą woli powstrzymuje przed gwałtownością charakteru. I głos, ilustrujący skomplikowany krajobraz wewnętrzny. Wyciszenia, pauzy, wahania będące przykrywką obawy wybuchu emocji, przeżywanego przez bohatera bólu. Piękna rola, decydująca o sukcesie ważnego spektaklu.



W MROCZNYM MROCZNYM DOMU 
Neil LaBute

reżyseria: Grażyna Kania
scenografia: Stephan Testi
muzyka: Dominik Strycharski
reżyseria światła: Mirosław Poznański

występują: Marcin Przybylski, Grzegorz Małecki, Milena Suszyńska

premiera: 2.06.2012, Scena Studio, 
spektakl dla widzów dorosłych

zdjęcie Milenki Suszyńskiej

BIBLIA.RDZ.1-11 NOWY TEATR CENTRALA


Michał Zadara w spektaklu/performansie/happeningu BIBLIA.RDZ.1-11, zaprasza jego uczestników, dzieci i dorosłych, aktorów i widzów  do kreacji, do wspólnego stwarzania świata. Malowania horyzontu teatralnego, obrazu, który jest dziełem zbiorowym. Wyzwala spontaniczność,  radość tworzenia. Daje poczuć satysfakcję z zaskakującego efektu pracy-ogromnego, kolorowego, abstrakcyjnego obrazu. I jest to bardzo piękna, mądra  lekcja, przy okazji świetna zabawa. Uwalniająca wyobraźnię. Precyzyjnie przemyślana, sprytnie kontrolowana, skutecznie przeprowadzona.

Na początku rządzi chaos. Spotkanie zaczyna się od wspólnego malowania. Każdy w swojej grupie, na papierze/terytorium zaznacza pod dyktando aktora określone kreski, kropki, figury, plamy. Powstaje zbiór indywidualnych malunków. Każdy zawierając to samo, wygląda zupełnie inaczej. Następnie łączone są te grupowe dzieła w jeden olbrzymi obraz, który dalej jest malowany, uzupełniany, przerabiany przez wszystkich. Zawieszony wysoko pod powałą teatru, spływa farbą, sam siebie jeszcze zmieniając. Tak połączony kanon, indywidualizm i przypadek tworzy dzieło. Bóg uporządkował chaos sam jeden ale zajęło mu to siedem dni. W teatrze akt stwarzania trwał może niecałe pół godziny, ale uczestniczyli w nim zgodnie wszyscy.

Będzie jeszcze można obserwować opowieść o Adamie i Ewie, o drzewie dobrego i złego/pomysłowa, prosta, metalowa instalacja/, złamaniu przymierza człowieka z Bogiem /świetny wąż, który tworzą dzieci/i wygnaniu z raju, jako konsekwencji grzechu pierworodnego. Budowa wieży Babel. Przedstawiona zostanie prosto historia Kaina i Abla i pierwszego morderstwa, gdy brat zabił brata. Przeżyją też wszyscy wielki potop z ratowaniem zwierząt/maskotki/ i ludzi, z trudem rozpoznają samego Pana Boga, którego gra tu 12- letnia dziewczynka, Julia Leszkiewicz. Nic nie jest straszne, złe czy okrutne. Raczej dowcipne, Może odrobinę zaskakujące.

Zadara teatralną formą, dziecięcym językiem, w sposób prosty i jasny, odwołując się do intuicji i emocji, opowiada biblijną historię o kształtowaniu się relacji ludzi i Boga. Pokazuje jak poprzez sztukę, w formie niezobowiązującej nauki, bezpośredniego doświadczenia, beztroskiej zabawy można wspólnie poznawać i tworzyć rzeczywistość. W procesie tym chętnie uczestniczą: widzowie duzi i mali, zarówno zaangażowane do spektaklu dzieci, jak i zawodowi aktorzy: Paulina Holtz, Robert Koszucki i Barbara Wysocka, którzy są  animatorami, przewodnikami po tej stwarzanej na bieżąco rzeczywistości.

Udało się artystom zainteresować najmłodszych, najtrudniejszych, najbardziej wymagających widzów. Zachęcić do podporządkowania się rygorowi spektaklu. Przykuć ich uwagę. Okiełznać ich żywiołowość. Zaciekawić.  Spowodować zdziwienie, sprowokować oczekiwanie, wywołać uśmiech na twarzach. Namówić do działania. Bez oporu dzieci uczestniczyły w spektaklu, z uwagą słuchały. Poruszano przecież bardzo trudne, tajemnicze tematy. Nie wszystkim znane. Opowieści przebiegły gładko. Dały dzieciom dużo frajdy, przyjemności. Sprawiły, że czuły się swobodnie, naturalnie. Stymulowane, zachęcane, w końcu z własnej, nieprzymuszonej woli skupiły się na oswajaniu biblijnego, teatralnego i rzeczywistego świata. Sztuka w tym bardzo pomaga. Bardzo angażuje, pozwala być w środku zdarzeń. Pozytywnie, energetycznie nastraja.

Po spektaklu widzowie duzi i mali wyszli zadowoleni, pełni wrażeń. Wracali w doskonałym humorze do domu. W grudniu Michał Zadara wyreżyseruje kolejną część tryptyku Księgi Rodzaju, w nowym roku ostatnią. Będzie więc po co wracać do teatru. Miejmy nadzieję, że po nową przygodę, interesującą naukę, wspaniałą zabawę.

BIBLIA.RDZ.1-11

Reżyseria: Michał Zadara
Scenografia: Robert Rumas
Muzyka: Jan Duszyński
Światła: Artur Sienicki
Asystentki reżysera: Michalina Żemła, Iga Dzięgielewska

Obsada: Paulina Holtz, Robert Koszucki, Julia Leszkiewicz, Barbara Wysocka.


Biblia: Księga Rodzaju 1-50, koprodukcja Nowego Teatru i Centrali, trzy spektakle dla ludzi wszystkich wyznań w wieku od 6 lat.


zdjęcie górne: Krzysztof Bieliński
zdjęcie dolne: Paulina Holtz

środa, 18 października 2017

JEDEN GEST NOWY TEATR


JEDEN GEST to spektakl surowy, kameralny, skromny a jednak głęboko poruszający. Dzięki niemu widzowie spotykają się z czterema  migającymi osobami, zwykłymi ludźmi z dysfunkcją słuchu. Marta Abramczyk, Jolanta Sadłowska, Paweł Sosiński, Adam Stoyanov opowiadają swoje prywatne historie. Mówią o sobie, swoim codziennym życiu pełnym trosk, obaw, zmagań z trudnościami. Walki o możliwość rozwoju, samorealizacji. Ale i o tym, co udało się im osiągnąć. Dzielą się bardzo indywidualnym doświadczaniem świata i ludzi.  Poziom emocji, które ten spektakl generuje jest wysoki. Mocno działa na widza. Decyduje o tym osobisty charakter relacji, mający swe źródło w rzeczywistych, indywidualnych losach, osobowościach, temperamentach opowiadających, prostota bezpośredniego przekazu mowy ciała, specyfika dźwięku, miganie na różne sposoby. Humor, lekkość, intensywność przekazu. Istotne jest też to, że spektakl mówiąc o języku, komunikacji, wykluczeniu i integracji poza konkretnym geograficznym, rasowym lub religijnym kontekstem, porusza ważne zagadnienia natury ogólnej.  Stawia pytania, jak postępujemy ze sobą nawzajem i jak traktujemy to, co jest dla nas obce, inne.

Poznajemy różne języki migowe,  konkretnych ludzi, ich życie. Wystarczy jeden gest, nasz indywidualny gest dobrej woli, by wejść w ten intymny świat człowieka, który zaprasza do kontaktu, współodczuwania. Teatr prowokuje pierwszy wspólny krok ku sobie. Daje szansę. Ten niezwykle zmysłowy przekaz, inny niż u ludzi słyszących, jest szczery, ufny, prawdziwy. Autentyczny. Wzbudza zainteresowanie, empatię. Prowadzi do konstatacji, jak bardzo jesteśmy do siebie podobni, będąc tak różni. Nikt przecież nie jest doskonały a liczy się to, jak sobie z przeciwnościami, ograniczeniami, własną dysfunkcją radzimy. Jak na nią reagujemy. Ile jesteśmy w stanie z siebie dać, by móc się wzajemnie rozumieć. Musimy więc przyznać, że  jesteśmy -ci na scenie i ci na widowni-sobie bliscy. Kogo spotykamy, kogo widzimy? Tak naprawdę, w jakimś głębokim sensie, samych siebie. Tylko w szczególnej wariacji na temat. W innym wcieleniu. W teatralnym przetworzeniu, w artystycznym ujęciu. Z innej perspektywy. Poprzez inne środki, różne sposoby komunikacji. Co pokazuje, jak bardzo ważny jest każdy człowiek w swoim całokształcie, w kontekście, w sposobie wyrażania siebie. Na widowni jesteśmy anonimowi, bezpieczni, ukryci. Na scenie aktorzy się odkrywają, wykonują pierwszy, szczery, ufny gest, dając wskazówkę jak radzić sobie z samym sobą. Ważne jest, by nie być samotnym. Wystarczy zdecydować się. Potrafić przełamać zahamowania, wstyd, lęk przed  drugim, innym, obcym człowiekiem. Zaryzykować.

To nie jest seans terapeutyczny z zacięciem dydaktycznym, choć wiele nowych rzeczy się uczymy. Spotkanie uruchamia tą falę ciepła, energii, optymizmu, która łączy, buduje, pozytywnie nastraja. Zbliża. Niesie otuchę, daje pocieszenie, przyzwala czerpać z tego teatralnego kontaktu siłę. Ośmiela. Czujemy i wiemy, że występujące na scenie osoby pokazały swą choreograficzną mową ciała/wyrazistą mimiką, znaczącym gestem/ jak nie poddawać się słabościom, by odnieść ważne zwycięstwa nad sobą. Aktorzy upubliczniając swoje życiorysy, przeżycia, doświadczenia, sposoby komunikacji, zaprosili widzów do swego świata w sposób naturalny, wyciszony, powściągliwy przez to intensywny, przekonujący, wiarygodny. Interesujący. Pokazali, że warto się komunikować każdym możliwym sposobem, choć jest to trudne. Wymaga czasu, otwartości, uporu, cierpliwości obu stron.

Sztuka zawsze jest nośnikiem informacji, jest próbą komunikacji. Porozumienia. Zrozumienia. Poznania. Nawet jeśli tego nie zakłada, nawet jeśli tego nie chce. W tym wypadku znów zwyciężyła autentyczna, własnym językiem, wrażliwością opowiedziana historia. Odsłoniła  najcelniej wszystko co najważniejsze ukryte między słowami, gestami, działaniami, opowieściami. Wyraźnie, pięknie przemówiła. Połączyła aktorów i widzów.

Marta Abramczyk, występująca w spektaklu, powiedziała: "opowiadamy poprzez sztukę naszą prywatną historię. Ja opowiadam na przykład jak doszło do tego, że jako osoba całkowicie niesłysząca, mająca od niedawna implant słuchowy, mogę dziś mówić. Opowiadam o tym, jak pracowała ze mną moja mama - to dzięki niej mogę mówić swobodnie i poruszać się między światem głuchych i słyszących. Opowiadam też skąd nauczyłam się języka migowego. Takie historie opowiadamy: jak niedosłuch wpływa na nasze życie, jak przez to przebrnęliśmy". 

Obraz mówi więcej niż tysiące słów, teatralny JEDEN GEST również.

JEDEN GEST
reżyseria: Wojciech Ziemilski
scenografia: Wojciech Pustoła
muzyka: Aleksander Żurawski

obsada: Marta Abramczyk, Jolanta Sadłowska, Paweł Sosiński, Adam Stoyanov

"Jeden gest" w reżyserii Wojtek Ziemilski otrzymał główną nagrodę międzynarodowego festiwalu Zürcher Theater Spektakel w Szwajcarii.

wtorek, 17 października 2017

BAL W OPERZE COLLEGIUM NOBILIUM


Teatralny BAL W OPERZE ma filmowy plakat. To stopklatki z intrygująco niepokojącym monochromatycznym portretem zbiorowym młodych, gniewnych, zbuntowanych, wojowniczych a może tylko wykluczonych każdego pokolenia. Reprezentacji anonimowej generacji raz w jaśniejszej, raz w ciemniejszej  tonacji. Krytycznych duchów każdego miejsca, każdego czasu. Przeobrażających świat, powtarzających ciągle ten sam rytuał koniecznej zmiany, która niesie jednak niepokój, groźbę powtarzania tych samych błędów. Jakby wszystko było zakodowane raz na zawsze. Ostatecznie zdjęcie to obraz widmo, którego w spektaklu bezpośrednio w takiej formie nie można zobaczyć. Pojawia się dopiero gdy akcja spektaklu zatrzyma swój niezwykle dynamiczny bieg. Jakby informacja była zakodowana, ukryta w podprogowym przekazie. Celnie oddając jego sens, nastrój.

Znakomity tekst satyryczno-polityczny-celny, lekki, rytmiczny - Juliana Tuwima do inteligentnej, ilustracyjnej  muzyki-podkreślającej a nie miażdżącej znaczenia-  Leszka Możdżera w błyskotliwym opracowaniu choreograficznym budującym wizualne intensywne obrazy w całkowicie adekwatnej formie do całości, w kostiumie wprowadzającym niezbędny dysonans formalny buduje od pierwszych chwil niezwykle dynamiczny, energetyczny spektakl muzyczno-taneczny. Zasługa to też Anny Sroki-Hryń, reżyserki spektaklu, która potrafiła tak zestawić wszelkie elementy artystycznego wyrazu, że w maksymalny sposób wydobyła ich potencjał, nie przerysowując tematycznie, nie szarżując estetycznie.  Dowcip ma potencjał obnażający, obserwacja społeczna, obyczajowa, polityczna  krytyczny, choreografia plastyczny wymiar opisu kontekstu, kostium wprowadza niepokojący dysonans w określeniu pozycji klasowej, ton jest karcący, wypowiedź przyjmuje postać znaczącego ruchu, wyrazistego gestu. Minimalistyczna scenografia daje fory sugestii, wyobraźni. Spektakl ma miejsce w małej, czarnej przestrzeni a jedynymi rekwizytami są białe i czarne krzesła. Całość jest doskonale zrównoważoną kompozycją. Z muzyką wykonywaną na żywo.

Bal w operze-przygotowania, przyjęcie, obraz po- dotyczy prominentnych, bogatych elit ale kolejne jego fazy opowiadane są piosenkami aranżowanymi na ludowo, z perspektywy wykluczonych  z niego uczestników. Wykonywane są przez dziewczyny ubrane w białe bluzki z chustkami ludowymi na szyi i czarne spódnice z dużą falbaną. Chłopaki noszą białe koszule, czarne krawaty i spodnie/korporacyjne białe kołnierzyki/. Nowa generacja młodych gniewnych- ni to ze wsi, ni z miasta- daje wyśpiewany krytyczny opis tych, który rządzą światem, mają wpływy i pieniądze. Im wyżej się wynoszą możni tego świata, tym niższe są ich oceny moralne. Muzyka adekwatnie dostosowuje się do treści, podkreślając jej znaczenie i emocjonalny ładunek. Jest i nowoczesna, i ludowa, i rodzajowa, i typowo możdżerowa. Prosty, czytelny, jasny ale skondensowany w wyrazie ruch sceniczny /np. jadące wozy/ ma  niezwykłą siłę ilustrującą. Staje się celną obok tekstu krytyką trafiającą w istotę rzeczy. Siłą spektaklu jest jego tempo, dynamika, żywiołowość, lekkość, podprogowe, subtelnie wzmacnianie charakterystyki i oceny rzeczywistości, ludzi, społeczności. Co wyzwoliło niezwykłą energię. Nałożyło na przekaz filtr ponadczasowości.

Studenci, obecnie trzeciego roku Akademii Teatralnej w Warszawie, dla których był to egzamin w sezonie 2016/2017, wypadli wspaniale. Mieli szansę zaprezentować się tanecznie oraz wokalnie. Postawiono na zbiorową kreację, choć były też indywidualne popisy. Ich pomysły choreograficzne zostały włączone do spektaklu.  Niezwykłe tempo wymagało dużej kondycji, sprawności, koordynacji. Zgrania. Udało się. Brawo!!

Dlaczego nie piszę o tym, że tekst śpiewany, wytańczony, na tak wiele sposobów ilustrowany nie zawsze jest zrozumiały? Bo nie rozumiem braku reakcji pedagogów, twórców, tych wszystkich, którzy przecież przede mną ten spektakl oglądali. Na pewno byłby ten minus na plus przerobiony. Ważna jest oczywiście koncepcja kompozycji całości, materiał, z którego się kraje i wykonawcy, ich dyspozycja, talent i przygotowanie będące owocem ciężkiej pracy. Było warto. Bo nie liczy się tylko intencja, konieczność zaliczenia zajęć, krew i łzy pracy nad spektaklem ale i wypadkowy efekt końcowy, który stanowi satysfakcję nie tylko dla samych studentów, pedagogów, artystów ale i dla publiczności. Działanie sztuki, całokształt wysiłków ma ogromne znaczenie. A tu nie obyło się bez bisów, owacjom nie było końca. A to znaczy, że decyzja władz uczelni, by spektakl ten pokazać widzom w kolejnym sezonie, była słuszna. Nie przegapcie. Nie zapomnijcie o BALU W OPERZE. Będziecie świetnie się bawić. Powodzenia:)

BAL W OPERZE    Julian Tuwim
reżyseria: Anna Sroka-Hryń
muzyka: Leszek Możdżer
kierownictwo muzyczne: Mateusz Dębski
światło: Piotr Hryń
opieka artystyczna: Ryszard Peryt

występują:
Aleksandra Boroń
Kamila Brodacka
Katarzyna Gałązka
Małgorzata Kozłowska
Monika Szwajnos
Mateusz Burdach
Marcin Franc
Aleksander Kaźmierczak
Jakub Kordas
Konrad Szymański

zespół muzyczny:
Mateusz Dębski – fortepian
Łukasz Borowiecki / Piotr Domagalski / Piotr Filipowicz – gitara basowa
Grzegorz Masłowski / Jakub Szydło – perkusja

konsultacja akustyczna: Miro Bestecki

Spektakl warsztatowy studentów II roku WA.

premiera: 7 listopada 2016

OTELLO COLLEGIUM NOBILIUM


Ta sztuka mogłaby mieć tytuł nie OTELLO lecz JAGO lub CASSIO, DESDEMONA lub EMILIA. Mogłaby przyjąć imię każdego z nas. OTELLO pozostaje jednak punktem odniesienia, jest tym, w obecności którego się definiujemy, odsłaniamy swoje prawdziwe oblicze: czarne z duszą białego człowieka , białe z czarną duszą jak otchłań wszystkiego, co niszczy.  Jago mówi:"Nie jestem, kim jestem." I każdy z pozostałych bohaterów mógłby tak samo o sobie powiedzieć. Niewykluczone, że i my też. Nie ma jednoznaczności. Nie ma transparentności. Jest błądzenie w sieci intryg, sprzecznych uczuć,  niepewności. Wielki strach przeradza się we frustrację i ślepą, nienawistną, zabójczą furię.

Czarna scena z zawieszoną u powały instalacją metalowych rur, jak Puszka Pandory otwiera się w momencie rozpoczęciem spektaklu, już nic nie skrywa i wywleka na wierzch naturę zła. Jedynie kolorowe konfetti ożywia tą martwą materię. Przełamuje smutek, przygnębienie. Jakby wyczyszczona z rekwizytów scenografia chciała udowodnić, że przepisany Szekspir-ostro, bezkompromisowo mówiący o samotności współczesnego świata, rasizmie, szowinizmie, homofobi, instrumentalnym traktowaniu kobiet przez dominujący patriarchat, będący w nieustannej walce z samym sobą-uśmierca wszystkich. Nic się nie zmieniło oprócz formy. Ta jest wyrazista, bezwstydna, wulgarna. Demaskuje treść, obnaża ją i miażdży. Bo zasługuje na to, co ma nam do powiedzenia.

Dramat Otella motywowany jest osobowością, charakterem, niezaspokojonymi ambicjami, urażonej dumy niedocenionego Jago, symbolu skuteczności manipulacji i podstępu polityki intryg, kłamstw, sugestii, podszeptów diabła. Człowieka pragnącego tego, co jest poza jego zasięgiem, co mu się, mimo starań, wymyka, co mu się w jego mniemaniu słusznie należy. Wychodzi na jaw prawda o nim ale i o wszystkich pozostałych osobach dramatu. Przenikamy oblicze współczesnego świata, odkrywamy mechanizmy władzy, koneksji, warunki otrzymania awansu. Poznajemy skutki przyzwolenia na działanie zła. Bezbronność wobec własnej natury, której nawet się nie chce poprawiać, doskonalić, zmieniać. Wiedza o słabościach drugiego człowieka nadal jest potęgą w rękach ludzi przebiegłych, podstępnych, podłych, równie wielką i skuteczną jak władza i pieniądze. Jago wie czego chce i stara się to osiągnąć, choćby po trupach niewinnych osób. Nie zna litości. I miary. Jest cyniczny, zimny, bezwzględny, przebiegły, cwany, sprytny jak najzwyklejsza pospolitość. Marność miernoty. Odtrącany, poniżany seksualnie przez żonę, pominięty w awansie za służbę, zasługi wojenne hoduje w sobie nienawiść do wszystkich w odwecie za dotychczasowe upokorzenia. Silnie odczuwa brak miłości, uznania, pozycji, rangi- tego wszystkiego, co inni dostają w nadmiarze.

W kontekście tej sztuki Otello jest jedynie na chwilę odmieniony przez miłość do Desdemony, która jest jego trofeum, zakazaną, ekskluzywną, bezwolną kobietą zabawką, zdobytą na własność w czasie pokoju. Pochodzenie i jej pozycja łechtała jego próżność, była powodem do dumy. Wyczuł okazję, wykorzystał ją. Podbił szturmem obce sobie terytorium, o którym dotąd nawet nie śnił, nie marzył. Nie złamał prawa ale osiągnął swoje podstępem, bez wiedzy ojca Desdemony, Brabantia. Nie znaczy to, że nieszczerze kochał. On kochał nieprawdziwie, niemądrze, płytko. Czujny i skuteczny na polu bitwy, okazał się dyletantem w sprawach osobistych, sercowych.  Zaskakująco łatwo dał się podejść działaniom Jago. Okazał się być słabym, bezbronnym, na glinianych nogach bohaterem, wyniesionym do zaszczytów przez możnowładców za zasługi wojenne. Jednak łaska pańska na pstrym koniu jeździ, jasno jest to tu wyłożone. Człowiek, jednostka, szczególnie inna, obca jest nikim w rękach władzy, bo ta może zrobić z nim, co zechce, zgodnie ze swym politycznym interesem. Otello jest za plecami werbalnie poniżany, obśmiewany, jego zasługi są dezawuowane. Mimo niepodważalnych talentów, osiągnięć, dobrego serca okazywanego wszystkim. Mimo serdeczności, otwartości, braku ambicji bycia kim nie jest. 

Czarna skóra Otella, czerwone, pożądliwe usta, piękny, szeroki, rozbrajający uśmiech  jest jak piętno. Znak ostrzegawczy, wystarczający powód, by nim pogardzać. Wszystko to maska, farba, która jest tu metaforą. Desdemona stwierdza, że  był bardziej biały od białych. Farba brudziła wszystkich, którzy się zbliżyli do niego. Bo w istocie wszyscy jesteśmy bardzo do siebie podobni. Z kim przebywamy, takimi się stajemy. I wszystko jesteśmy w stanie wykorzystać przeciwko drugiemu człowiekowi aby tylko dogodzić sobie. Otello nie jest bez winy. Tak łatwo dał się sprowokować,  przekonać Jago, podejść oszustwom. Zbyt szybko, bez walki uległ. Samo podejrzenie uruchomiło w nim całe pokłady emocji, dotąd tłumionych, spychanych do podświadomości.  Miłość Desdemony była dla niego cudem, w który do końca nie uwierzył.  Zraniony w swych uczuciach i ambicjach męskich stał się brutalny, okrutny i bezwzględny dla niej jak dla najgorszego wroga. Ufał tylko swemu instynktowi zawsze pogardzanego czarnucha, maura. Ukarał Desdemonę nie za to czego nie zrobiła, ale za to, co inni mu zrobili. Wziął odwet za dotychczasowe upokorzenia. Czujna, nieufna natura podporządkowała się dyktatowi logiki Jago. Nie słuchał serca lecz doświadczenia, które mu podpowiadało, że znów został oszukany, ośmieszony, poniżony. Zdradzony. I to przez kobietę, żonę. Przez oddanego mu sługę, swego najbliższego przyjaciela Cassio.

Desdemona to wyidealizowana kobieca a właściwie dziecięca czystość, naiwność i niewinność. Jednak to ona najwcześniej, najbardziej się brudzi. Nie ma niewinności, zdają się sugerować autorzy sztuki, reżyserka spektaklu. Epoka braku świadomości zła tego świata już dawno minęła. Winą Desdemony jest właśnie to pasywne granie niewiniątka, słodkiej blondynki, spełniającej najskrytsze marzenia, zachcianki mężczyzny. Zawsze pięknej, zawsze bogatej, sytej lalki, zabawki, idealnego przedmiotu męskiego pożądania, niekoniecznie miłości. Potrafi zaspokoić Otella, jak on tego oczekuje i pragnie. Zna zasady gry. Daje sobie świetnie radę. Jednak i ona jest bezbronna, bezradna wobec furii zazdrości męża, który deklaratywnie bezwarunkowo kochał ale równie bezwarunkowo nienawidzi i odrzuca, co nie spełnia jego standardów wierności. Byle powód uruchamia samo napędzającą się lawinę niszczących emocji. Otello umie podbijać, nie potrafi tego, co zdobył bronić. Nieważne jest, co ma w sercu, ale co inni mu powiedzą. Desdemona nie jest w stanie już nic zrobić. Nie zdoła już niczego ocalić. Czar prysł i nie da się już poskładać tego, co tak doszczętnie zostało zniszczone. Nie jest decydujące, co mówi i robi kobieta, ważne jest co mówi i robi mężczyzna. 

Emilia to kobieta świadoma siebie i świata. Wyemancypowana.  Mocno stoi na ziemi, twardo patrzy na życie. Korzysta z niego. Bierze i daje, co chce. Jak mężczyźni za nic ma nieskazitelną reputację. Uświadamia Desdemonie przedmiotowe,  instrumentalne traktowanie kobiet przez mężczyzn. Wyraża niezgodę na to. Jest sprytna, śmiała i odważna. Zna zasady gry. Ale w niej też jest gorycz zawodu, niespełnienia. Oceany samotności. Nosi w sobie odrazę, niechęć i w istocie traktuje mężczyzn, jak oni kobiety. Dorównuje im w ich sztuce wykorzystywania, poniżania i podłości. Nie jest solidarna ze swoją płcią. Nie umie ocalić Desdemony, przyczynia się do jej upadku.

Cassio,  oddany sługa i dobry żołnierz, okazuje się być łatwowiernym, naiwnym gejem. Nie wyczuwa podstępu Jago. Daje się sprowokować. Traci czujność na rzecz zaspokojenia swoich słabości. Ulega. Ma słabą głowę i pociąg do chłopców. Gubi go to i niszczy jego karierę, doprowadza do śmierci. Sprytniejszy, zręczniejszy Jago go wykorzystuje. Podobnie jest z Rodrigo, bogatym arystokratą, którego pieniądze służą załatwianiu spraw Jago. Łatwo przychodzi Jago nim manipulować, podporządkować sobie, uczynić narzędziem w swoich rękach. Rodrigo też ulega słabościom. Łatwowierny, zaślepiony pragnieniem Desdemony pogrąża siebie i innych. Gdy Rodrigo zorientuje się, jaką ma wyznaczoną rolę w grze Jago, jest już na ratunek za późno.

No cóż, naiwni, głupi i ślepi przegrywają swoją szansę. Tracą wszystko. Życie jest brutalną, bezwzględną grą znaczonymi kartami. Jeśli nie zna się zasad, nie można wygrać. Na sukces nie ma szans. Ale mimo wygranej, przegrywa się. Szczęście, miłość, to co piękne, niezwykłe i dobre, ważne trwa chwilę i przychodzi za wszystko, nawet nie za swoje błędy, winy słono zapłacić. Nic nie trwa wiecznie. Każde życie kończy się śmiercią. Z mroku się wyłaniamy i w mroku się pogrążymy wracając do jądra ciemności.

Otello Marcina Stępniaka niesie w sobie to szczęście mężczyzny, który kocha, pewność jaka bije od zwycięzcy. I całkowitą opozycję tego stanu emocjonalnego, krzywdę człowieka prostego i zranione męskie ego. Najtrudniejszy do uwiarygodnienia jest ten moment przejścia od euforii człowieka sukcesu do całkowitego załamania i upadku. Brakuje w grze mocniejszego akcentu, motywacji i głębi. Za szybko, zbyt prosto daje się zwieść Jago. I osobiście zabija żonę a dokonany akt zemsty jest odwetem, za wszystkie upokorzenia jakich doznał w życiu, sposobem rozładowania negatywnych emocji. A może tylko szukał byle pretekstu, by pozbyć się Desdemony. Zostawia nas z pytaniem dlaczego tak gwałtownie reaguje. Nie rozumiemy do końca Otella ale go jednak lubimy.  Jago Henryka Simona przekonuje. Aktor ma w swej aparycji, tonie, postawie cechy granego bohatera. Duża, ważna, dobra rola. Cassio Kamila Suszczyka brakuje pewności siebie. Jest miękki, delikatny. subtelny. Dobrze, ale może za bardzo! Winien wyostrzyć swoją postać, tchnąć w nią więcej, więcej życia. David Ściupidro gra charakterystycznie, na jednym pomyśle. Jego Rodrigo poza tym jest bez właściwości. Idealny do ukształtowania. Wymyślenia. Emilia Agaty Różyckiej to przebiegły gracz. Chodzi w wysokich szpilkach, nosi spodnie. Umiejętnie bryluje. Skutecznie prowadzi wyrafinowaną grę z mężem. Aktorka sprawia się w ciekawej roli żony, która wie, że kobiecie jest bardzo trudno żyć na jej warunkach w świecie urządzonym i kontrolowanym przez mężczyzn, uroda jest nietrwała, życie krótkie, trzeba więc wycisnąć z niego wszystko, co się tylko da. Martyna Byczkowska w roli Desdemony nie jest jednoznacznie  kruchą, słabą, bezwolną dziewczyną. Budzi ambiwalentne uczucia, jakiś niepokój, który podpowiada, że wie czego się od niej oczekuje. Potrafi spełniać marzenia, budzić pożądanie. Dostosowywać się. Nie umie się bronić w momencie opresji. Nie ma żadnych argumentów. Nie walczy. W krótkiej blond peruce,  czarnych martensach, luźnej, krótkiej sukience z odkrytymi ramionami przypominała wampa ale w scenie śmierci jest już, naturalną brunetką, tradycyjną panną młodą w tiulowej, białej sukience. Znów w konwencji normy, w ramach stereotypu. Oboje z Otellem, który ubrany jest w mieniący się garnitur, w tym najbardziej dramatyczny momencie wydają się parą rodem z show biznesu. Trudno przejąć się akcją, przeżywać tragedię. Brabantio  Marcina Bubółki to ojciec Desdemony, młody i mało dostojny. Ale to oczywiste, wszyscy wychodzą tu z roli. Nie są, kim są.

Spektakl jest tylko dla widzów dorosłych i świadomych tego, że użycie niecenzuralnego języka na scenie, mocno uzasadnione, jest uprawnione. W tym wypadku sztuka ukazuje świat twardego, trudnego życia żołnierzy, którzy walczą na wojnie i nie zawsze sobie z nią radzą. Stres, trauma, świat relacji męskich łamie normy, sprzyja rozluźnieniu wszelkich zasad. Język jest wulgarny, przekleństwa liczne, a relacje, szczególnie mężczyzn w stosunku do kobiet, nieobyczajne, brutalne.

Mimo reakcji oburzonych  jest to dobre przedstawienie. Solidnie wyreżyserowane przez Grażynę Kanię, z ciekawą, minimalistyczną scenografią, współczesnymi  kostiumami.  Równo ale bez spektakularnych fajerwerków zagrane. Z niezłą dykcją, w dobrym dramaturgicznie tempie. Grane bez mikroportów, słyszalne w ostatnim rzędzie, wybrzmiewa wiarygodnie, mocno. Dla mnie mogłoby być jeszcze bardziej radykalne. Wyostrzone, śmiałe. Na pewno ta precyzyjnie przemyślana niemiecka sztuka, zakładająca element eksperymentu, zaskoczenia, będzie się z czasem na scenie jeszcze zmieniała, doskonaliła, przeobrażała.  Tego widzowie, widząc zachęcający jak dotąd efekt, szczerze życzą. Jest ciekawie. Jest dobrze. Jest współcześnie. Powodzenia:)




OTELLO
Feridun Zaimoglu & Günter Senkel
na podstawie Williama Shakespeare’a

Tłumaczenie i opracowanie: Grażyna Kania
Współpraca: Marcin Bartnikowski
Reżyseria: Grażyna Kania
Scenografia i kostiumy: Katarzyna Sankowska
Muzyka: Dominik Strycharski
Światło: Michał Głaszczka
Video: Marcin Almert
Asystentka reżysera: Lena Alberska, Marcin Bubółka

OBSADA:

Otello – Marcin Stępniak
Jago – Henryk Simon
Cassio – Kamil Suszczyk
Rodrigo – David Ściupidro
Brabantio – Marcin Bubółka
Doża – Jakub Kordas (III rok WA)
Desdemona – Martyna Byczkowska
Emilia – Agata Różycka
______________

Spektakl dyplomowy studentów IV roku Wydziału Aktorskiego Akademii Teatralnej im. A. Zelwerowicza w Warszawie.
Premiera: 6 października 2017

fot. Bartek Warzecha