czwartek, 20 lipca 2017

BODY-OPERA NOWY TEATR


Ci z nas, którzy poznawali historię osobistej traumy Wojtka Blecharza w TRANSCRYPTUM wędrując po Teatrze Wielkim Operze Narodowej (2013) lub spacerowali po parku Skaryszewskim w PARK-OPERZE napisanej dla Teatru Powszechnego (2016) mogli się domyślać, ba, oczekiwali, że nowy projekt-instalacja BODY-OPERA, przygotowana ze scenografką Ewą Marią Śmigielską, tancerzem Karolem Tymińskim, kontrabasistką Beltan Ruiz Moliną i perkusistą Alexandrem Babelem, jest zaproszeniem do kolejnej przygody artystycznej, która będzie pracą, treningiem wsłuchania w ciało i muzykę/ „opera” z włoskiego znaczy „praca”/. I nie zawiedli się. Niekonwencjonalne rozwiązania formalne, uwolnienie widzów z konieczności zachowań, do jakich są przyzwyczajeni w tradycyjnym odbiorze opery, interesująca scenografia wykorzystana jako instrument muzyczny, sama muzyka, jej brzmienie, źródło pochodzenia, jej sposób tworzenia i oddziaływania jest tu niezwykły i tworzy nową kategorię przekazu, odmienną jakość odbioru, partnerskie relacje dzieło-odbiorca. Wojtek Blecharz przypomina, że doświadczanie świata, w tym również świata sztuki, jest procesem ucieleśnionym. Wykorzystującym wszystkie zmysły, uwzględniającym nasz świat wewnętrznych, bardzo zróżnicowanych predyspozycji, talentów i indywidualnych możliwości kreacji. I ważna jest interakcja artysta odbiorca. To, w jaki sposób świat, artysta i jego dzieło działa. W jakim stopniu odbiorca decyduje o kształcie ostatecznym wypowiedzi artystycznej, jaki ma na nią wpływ.

CIAŁO muzyka, tancerza, widza umiejscowione jest w nowej sytuacji muzyczno-teatralnej. Zarówno generuje dźwięk, jak i go poprzez siebie odbiera, przetwarza. To rzeczywiście działa.  Tancerz swym ruchem tworzy muzykę/wybija rytm, stukot, szum, szmer, itd./. Muzycy-perkusista i kontrabasistka-poprzez bezpośredni kontakt ciała z instrumentem wydobywają niekonwencjonalne brzmienie instrumentów, improwizują oryginalne linie melodyczne. Wszyscy, łącznie z Wojtkiem Blecharzem, wyczarowują z instalacji scenograficznej/wiszące olbrzymie stalowe płachty/ raz używając, raz nie smyczków, swoisty metaliczny, kosmiczny koncert, który doskonale wpisuje się w całość kompozycji muzyczno-dźwiękowej. A ta przenosi nas w przestrzeni i czasie. Odnieść można wrażenie, że zarówno do początku naszego istnienia/życia płodowego w łonie matki/ jak i w przyszłość czy podróż w kosmosie. Mamy możliwość wzbogacania swoich doznań. Uruchomienia swego ciała technikami relaksacyjnymi. Czeka też na otwarcie pudełko z tajemniczą zawartością, co też stymuluje procesy myślowe, poznawcze. Dowolność reakcji, działań, interpretacji tego, co się przeżywa w trakcie BODY-OPERY jest wartością samą w sobie. 
Wojtek Blecharz, kompozytor wykształcony klasycznie, z jednej strony odchodzi od tego, w jaki sposób dziś wystawiamy i odbieramy operę, formę bogatą, ogniskującą wiele zróżnicowanych środków wyrazu absorbujących percepcję widza/muzyka, śpiew, taniec, gra aktorska, choreografia, scenografia/ i wykorzystuje jej strukturę ale z drugiej strony wraca do jej początku wystawiania, kiedy wizyta w operze miała charakter bardziej społeczny, bo przede wszystkim była spotkaniem towarzyskim, biznesowym, a nie jak obecnie głównie wydarzeniem artystycznym.Dlatego autor uwalnia widza. Pozwala mu się czuć swobodnie. Zachowywać dowolnie. Przygotowuje mu do tego idealne warunki: matę z poduszką, w którą wmontowany jest głośnik, kocyk, krzesła. Widz nic nie musi. Nie jest statycznym, unieruchomionym przez konwencję zachowań biernym adresatem sztuki/fotel, siedzący obok niego w rzędach inni widzowie, słuchacze/. Dowolnie wybiera pozycję odbioru sztuki. Może więc siedzieć, leżeć, spać, reagować na sugestie autora lub nie, może włączyć się w przebieg zdarzeń ale też może się z nich wyłączyć.  Może rozmawiać, szeptać, wychodzić czy wchodzić. Indywidualnie sam decyduje o tym, w jaki sposób jest w tej sztuce obecny.

W zasadzie nie zaburzają te swobodne zachowania widzów całości odbioru. Bo jak w poprzednich operach Wojtka Blecharza, projekt z góry zakłada różnorodność. Harmonijne linie melodyczne zakłócane są wdzierającym się w nie dźwiękowym chaosem/szumy miasta, brzdęki, rozmowy, szepty, kroki, itd./. Jakby jedno z drugim współistniało, jedno poprzez drugie się wypowiadało, niekoniecznie ze sobą walczyło. Właściwie nic nie zagrażało kompozycji. Autor a priori wpisał ten spontanicznie tworzący się rumor, indywidualne, przypadkowe dźwięki w to, co sam stworzył. Założył tylko, że muszą się pojawić, jeśli daje widzom wolność, co jest interesującym pomysłem, który powoduje, że spontaniczne zachowania niosą elementy improwizacji, nie są tak naprawdę do końca przewidywalne.

W tym sensie Wojtek Blecharz cudownie kontynuuje i rozwija swój pomysł na operę. Szanuje widza, słuchacza, odbiorcę. Traktuje go bardzo poważnie. Budzi w nim instynkt artysty. Daje szansę nie tylko na samą obecność i odbiór ale prowokuje współuczestnictwo i współtworzenie. Zależy mu na tym, by każdy uczestnik uświadomił sobie  co czuje, co myśli, w jaki sposób, czym odbiera muzykę, sztukę, jak postrzega swoją w tej sztuce, proponowanej kompozycji obecność.

Poza formą, która jest u Blecharza futurologiczna/srebrne kostiumy, paznokcie pięknie komponują się ze stalową, surową scenografią/, prosta, otwarta, pojemna interpretacyjnie, ujmuje własnie ta jego na widza uważność. Jaki efekt spowoduje dzieło samo w sobie-niezależne, skończone, zamknięte?-trudno powiedzieć. Celem jego działania wydaje się być relacja widza, słuchacza, odbiorcy z propozycją kompozytora. I niekoniecznie te dwie ścieżki, którymi podąża autor-twórca, i współautor-odbiorca są tożsame. Zdarza się, że przecinają cię tylko lub pozostają dwiema równoległymi stanami ciała i umysłu, odrębnymi mentalnymi ścieżkami przeżywania sztuki. Gdzie autor inspiruje, motywuje, sugeruje a aktywny, wolny odbiorca według własnego klucza z zaproponowanej palety artystycznych bodźców, środków tworzy swoje indywidualne kombinacje znaczeń i rozwija je dalej, szerzej, głębiej. Blecharz angażuje swoją propozycją odbiorcę-jego ciało i umysł, wrażliwość i wyobraźnię-stwarza mu możliwość ingerencji, uczestniczenia, współtworzenia. Nie jest kompozytorem apodyktycznym, nieobecnym a jego dzieło zamkniętym tradycyjnie projektem, danym raz na zawsze utworem z możliwością wirtuozerskiej tylko wariacji. Interpretacji. Kompozytor stawia na aktywne otwarcie, kreatywność każdego z uczestników spotkania. Szanuje ją i traktuje jak pożądaną, oczekiwaną kontynuację, która ma decydujące rozwinięcie. Ma świadomość, że i tak odbiorca przetwarza w czasie i przestrzeni to, co wybierze, zawłaszczy dla siebie. Jego sztuka, jeśli padnie na podatny grunt, będzie dalej w duszy jej odbiorców grać. Bo jest kompozycją wybranych i opracowanych elementów, które dopiero wzbogacone o indywidualny wkład sposobu aktywności każdego odbiorcy uzyskuje dopiero kształt ostateczny. A przecież trudno z góry przesądzić, jak wybrzmi w każdym z osobna.

Wojtek Blecharz to wyjątkowa, otwarta, odważna osobowość artystyczna ciągle poszukująca nowego sposobu komunikowania się, oddziaływania na ciało, zmysły i umysł człowieka. Wykorzystuje niekonwencjonalne ale bardzo proste środki wyrazu, tworzące nową jakość ważnej wypowiedzi. Opowiadającą o jedności świata, jego ważności, charakterze, o tym co obce, inne, nowe ale i o tym, co dobrze znane, stare, o związku chaosu z harmonią. Jakby przeciwieństwa nie mogły istnieć bez siebie, w jakiś tajemniczy ale oczywisty sposób były komplementarne. A najważniejsze jest otwarcie się na to bogactwo różnorodności, które jest zarówno darem jak i przekleństwem. Zmusza bowiem do afirmacji życia, poszukiwań sztuki, akceptacji człowieka jaki jest.W sprzecznościach i niekonsekwencjach.  W ich własnym ze światem splątaniu. W złożoności prostoty. I choć OPERY Blecharza wydają się niepozorne, oczywiste, nieskomplikowane, to jednak uderzają w czułą strunę duchowości człowieka, jego istotę, która raz poruszona gra i wibruje nadal; raz uspokaja, innym razem drażni. Na pewno inspiruje. Nic dziwnego, że kompozytor nie ustaje w poszukiwaniu nowego spojrzenia na starą formę opery. Jak można się było przekonać, daje ono tyle zaskakujących możliwości!

Przyznam, że bardzo mi się sztuka opery Wojtka Blecharza podoba. Bardzo. Jest sugestywna ale nienachalna. Prosta ale komplikuje mi tradycyjny obraz postrzegania świata, sztuki, mnie jako odbiorcy. Podprogowo burzy schematy, wnika naturalnie, spokojnie i zostaje. W każdej chwili mogę się przenieść siłą wyobraźni w rewiry wyczarowane przez kompozytora. Nadal wędruję po zakamarkach Opery Narodowej i snuję własną opowieść z pogranicza jawy i snu, thrillela psychologicznego. Czy lato czy zima spaceruję po parku Skaryszewskim przeobrażonym przez Blecharza w ogród rajskich artystycznych doznań-naturalnych i niezwykłych. Teraz, po BODY-OPERZE, przemieszczam się w czasie i przestrzeni kosmosu-od łona matki , poprzez kawalkadę dźwięków życiowych doświadczeń po nieskończony kres. Sztuka uwalnia. Otwiera, odblokowuje, tworzy nowe konfiguracje. Co nam to daje, co umożliwia, każdy może odpowiedzieć sam. Z własnej nieprzymuszonej woli. Spontanicznie, naturalnie, swobodnie. Wystarczy przyjąć tę propozycję, przyjąć postawę ciekawego wszystkiego dziecka. Słuchać, patrzeć. Ze sztuką być.

Muszę jeszcze zobaczyć, usłyszeć, przeżyć SOUNDWORK w TR Warszawa. Dobrze, że jest na co czekać. Dobrze, że Wojtek Blecharz będzie pracował nad nowymi projektami.  Powodzenia:) 
BODY-OPERA
reżyseria, muzyka: Wojciech Blecharz
tancerz: Karol Tymiński
kontrabas: Beltane Ruiz Molina
perkusja: Alexandre Babel
scenografia, kostiumy: VJ Ewa Śmigielska
reżyser światła: Tadeusz Perkowski

Produkcja: Nowy Teatr
Koprodukcja: Instytut Adama Mickiewicza, Huddersfield Contemporary Music Festival
Partner: Fundacja Ciało/Umysł w ramach projektu Performing Europe

Nagranie utworu Wojtka Blecharza „Techno" ze spektaklu „Soundwork" zostało udostępnione dzięki uprzejmości TR WARSZAWA.

Nowy Teatr 16-17.07.2017
foto: Brian Slater

czwartek, 13 lipca 2017

KINKY BOOTS TEATR DRAMATYCZNY


Już samo spojrzenie na plakat powoduje, że jesteśmy zaintrygowani. Przyciąga jak magnes, fascynuje wyrafinowaną kompozycją plastyczną kryjącą nieokreślony niepokój, niewypowiedziane napięcie, determinację, zuchwałą pewność siebie. Spekulujemy czy ta ekstrawagancja prowokującej, bogatej formy aby nie opakowuje szczelnie kruchego, skupionego na sobie tajemniczego, równie bogatego i cennego człowieczego wnętrza.  Nic dziwnego, że chcemy je poznać, oswoić. Obiecuje wiele. Jesteśmy zaciekawieni, niczego do końca pewni.

KINKY BOOTS  to musical inspirowany prawdziwą historią.  I to jest jego pierwotna, naturalna siła. Jądro wiarygodności. Pokazuje drag queen w kontekście biznesu, co jest fantastycznym połączeniem dramaturgicznym. Rodzi poważne napięcia, które rozładowywane są przez ich ujęcie humorystyczne. Muzyka, taniec i śpiew ilustrujące sytuacje i wybory życiowe bohaterów sprawiają, że o trudnych sprawach intymnych, osobistych, biznesowych spektakl opowiada lekko, przyjemnie, optymistycznie. Przebojowo. Z góry wiadomo że wszystko skończy się dobrze. A mając perspektywę przeżycia ciekawej, niebanalnej przygody w teatrze, łatwiej jest widzom razem z jej bohaterami podążać drogą poznawania niewygodnej prawdy, podejmowania trudnych decyzji, konieczności dokonania niezbędnych zmian w życiu, doświadczania świata i akceptowania w nim siebie. Sztuka sugestywnie uczy tolerancji, otwartości, elastyczności. Mówi, że różnorodność jest cenna. Może uwalniać od stereotypów, przesądów, przyzwyczajeń. Przypomina, że pasja w życiu to siła napędowa wszelkiego postępu i źródło szczęścia. Ma moc inspirującą, uzdrawiającą, kreacyjną. Na wskroś pozytywną. Twórczą.

I udaje się twórcom i artystom sprawić, że sztuka jest silnie emocjonalną wypowiedzią sceniczną. Kolorowa, dynamiczna, wyrazista w przekazie przyciąga uwagę, wyzwala pozytywną energię. Walcząc ze stereotypami sama je stosuje w rozwiązaniach formalnych. Posługuje się dobrze sprawdzonym klasycznym sentymentalizmem, konserwatywnym podejściem do miłości, uczuć, biznesu, samoakceptacji, orientacji seksualnej. Przywołuje stare jak świat traumy, które komplikują dorosłe życie/relacje ojciec syn/. Skutecznie jednak oswaja z tym, co nowe, inne, obce. Wiarygodnie to wykorzystuje. A to wartość niebagatelna, ważna sama w sobie. Bo przy tym angażuje i bawi widzów doskonale. Pozwala im śnić w teatrze sen o sukcesie, szczęściu, spełnieniu, byciu sobą. Umożliwia przeżywanie bajki dla dorosłych. Wysyła do realnego świata z przesłaniem:„Bądź tym, kim chcesz. Nie daj sobie wmówić, że robisz coś źle”. Jak może się ten musical publiczności nie podobać?

Zwłaszcza, że pomysłowa, prosta scenografia, wykorzystująca kontrast i akcent kolorystyczny/w szarej, niewesołej rzeczywistości pojawia się ostra czerwień/, zmienia nastrój otoczenia, temperaturę uczuć, stanów emocjonalnych  pod wpływem światła. Muzyka wykonywana jest na żywo, co jest mocnym atutem. Aktorzy grają niełatwe, charakterystyczne, śpiewające role, niektórzy w mocnym makijażu, poruszając się w butach na wysokich obcasach.  Kostiumy fenomenalne, charakteryzacja bogata, choreografia skomplikowana, zjawiskowa sprawia, że oczu od sceny nie można oderwać.

Kontrowersyjna jest w tym wszystkim obecność dziecka, również ozutego w czerwone buty. Razić może niektórych zbytnie uproszczenie, naiwność, banał, schematyczność opisywanej historii, właściwa dla musicalu. Rekompensuje to i unieważnia aktorstwo Krzysztofa Szczepaniaka. Wyważone, lekkie, nieprzerysowane. Trzymające w surowych karbach warsztatu aktorskiego Lolę, drag queen. Aktor na szczęście nie popada w przesadę, nie tworzy karykatury, nie przedstawia nam słodkiej, naiwnej, kolorowej, papierowej postaci. Zdecydowanie choć nienachalnie sięga głębiej. Pozostaje wiarygodny, przekonujący, prawdziwy w tej roli. Pozwala poznać widzom człowieka z krwi i kości, z determinacją, pokorą przedzierającego się przez niełatwe życie naturalnego, wzruszającego Simona. Akceptującego siebie, otwartego na innych ludzi. Dającego sobie radę, czerpiącego z życia, co się da. Wykorzystującego każdą możliwą szansę. Starającego się być szczęśliwym. Nie brakuje mu pasji, siły. Choć nie zawsze jest przyjemnie i wesoło.Trzeba podkreślić, że jest to kolejna bardzo udana podwójna rola Krzysztofa Szczepaniaka. Równie mocno charakterystyczna jak poprzednie. Ale inna, bo aktor tu też śpiewa, tańczy. Dominuje w sposób szczególny. Wyróżnia się ale nie zagłusza istoty treści jakie niesie jego bohater. Pozostawia pole do zaistnienia, wypowiedzi innym aktorom. Co ostatecznie decyduje o tym, że musical jest zbiorowym sukcesem Teatru Dramatycznego. Radością dla publiczności, która przyjęła tę propozycję sceniczną bardzo, bardzo gorąco. Wręcz entuzjastycznie. Najwyraźniej potrzebuje rozrywki, szuka takich sztuk, które niosą optymistyczne, budujące przesłanie. Które dodają siły, przywracają nadzieję i wiarę w człowieka, w jego walkę o przetrwanie w zgodzie z nim samym. Które bawią i cieszą. Pomagają pokonywać przeszkody, trudności, komplikacje. Uczą dostrzegania całej palety barw, różnorodności jakie oferuje świat. Bo nie ma przymusu doświadczania go tylko w kontrastowej, ubogiej, przygnębiającej, poważnej odsłonie.

Musical KINKY BOOTS niewątpliwie wzbogaca ofertę repertuarową Teatru Dramatycznego, który przyciąga coraz bardziej różnorodną publiczność. Przyzwyczaja widzów do siebie grając dużo i często. Ma przez siebie wykreowane gwiazdy. Buduje solidny, szeroko mainstreamowy teatr. Brawo!




KINKY BOOTS
według scenariusza Geoffa Deana i Tima Firtha, z librettem Harveya Fiersteina, muzyką i słowami Cyndi Laupertłumaczenie libretta i tekstów piosenek: Michał Wojnarowski

reżyseria: Ewelina Pietrowiak
scenografia i kostiumy: Aleksandra Gąsior
choreografia: Paulina Andrzejewska
kierownictwo muzyczne: Urszula Borkowska
przygotowanie wokalne: Anna Grabowska
reżyseria świateł: Łukasz Różewicz

OBSADA:

Mateusz Weber – Charlie Price
Krzysztof Szczepaniak – Lola/Simon
Kinga Suchan – Nicola
Anna Szymańczyk – Lauren
Mariusz Drężek – George
Łukasz Wójcik – Don
Anna Gajewska – Pat
Marta Król – Trish
Michalina Sosna (gościnnie) – Marge/Menedżerka pokazu
Tomasz Budyta – Pan Price/Bezdomny/Pracownik
Maciej Wyczański – Simon Senior/ Pete/Chuligan
Maciej Radel (gościnnie) – Harry/Pracownik
Kamil Siegmund – Richard Bailey/Kurier/Pracownik
Kamil Mróz (gościnnie) – Aniołek Loli
Kamil Studnicki (AT) – Aniołek Loli/Sędzia
Jakub Szyperski (AT) – Aniołek Loli/Spiker
Mirosław Woźniak (gościnnie) – Aniołek Loli
Jakub Kozak/Jan Petersen – Mały Charlie
Jakub Chmielarz/Krzysztof Białowąs – Mały Lola/Simon

KINKY BOOTS wystawiono w porozumieniu z Music Theatre International (MTI), które zapewniło autoryzowane materiały do przedstawienia www.MTIShows.com. Prawa autorskie do KINKY BOOTS w Polsce reprezentuje Agencja ADiT.

premiera: 7.07.2017

plakat Teatru Dramatycznego, fot. Kasia Chmura-Cegiełkowska

środa, 12 lipca 2017

GALA Jérôme BEL FESTIWAL CIAŁO/UMYSŁ 2017


FESTIWAL CIAŁO/UMYSŁ 2017 wystartował zdumiewająco prostym ale mocno chwytającym za serce spektaklem GALA. Koncepcja Jérôma Bela mówi:to nie jest skomplikowane. Sięga do źródła. Wraca do człowieka, każdego człowieka, takiego jakim jest. Sięga po jego potencjał, odrębność, kreatywność. Nie ingeruje w jego świat, nie tresuje go, nie kształtuje na doskonały, perfekcyjny, bezbłędny obraz a daje szansę odwadze podjąć ryzyko wyrażenia siebie. Spontaniczne, dowolne, do końca własne. Jakie by w efekcie nie było. Umożliwia konfrontację jednostki ze światem zewnętrznym. W całokształcie ograniczeń, w krasie wszystkich możliwości. Wraca do początku tego, co może się rozwinąć, bo projekt pozwala na to, stwarza komfortowe warunki do prezentacji, ekspresji, rozwoju  jednostki indywidualnie i zbiorowo. Pokazuje jej przebudzenie, otwarcie się. Umożliwia światu poznanie jej  w formie nie wymuszonej, nie narzuconej a więc w swobodnej ekspresji tańca, ruchu, gestu. Z muzyką i w ciszy. Uczestnik mówi swoim występem: oto jestem jaki jestem, przyjrzyjcie się, przebijcie do mej istoty, wnętrza poprzez powłokę, która jest stereotypowo odbierana, automatycznie oceniana, klasyfikowana, szufladkowana a więc myląca, kamuflująca prawdziwą moją naturę. I te olśnienia mają miejsce. Są to ułamki sekund, nieprzewidziane zdarzenia, przypadkowe sceniczne reakcje. Wysiłek sprostania postawionemu do wykonania tego samego zadania, trud naśladowania tańca osoby wiodącej, tak by wykonać synchroniczny układ ruchów, kroków, gestów, solo w grupie do tej samej muzyki, prezentacja własnych improwizacji tworzą nieprzewidywalną, zaskakującą, emocjonującą dramaturgię. Budują napięcie, które uzmysławia widzowi codzienne sytuacje, działanie, relacje międzyludzkie. Życie w społeczności, w samotności. W trudzie i znoju dostosowywania się do siebie nawzajem. Uważności na siebie. Skupieniu na tym, co inni mają do powiedzenia tylko samym swoim zaistnieniem.  

Jakby Jérôm Bel odwracał spojrzenie na sztukę. Nie poprzez sam efekt estetyczny ale poprzez intencje, potencjał, istotę wykonawcy. Proponuje widzom dostrzec tą czystą, pozbawioną ingerencji, moderacji, manipulacji, edukacji, tresury kreację uczestników projektu. W każdym kraju, gdzie go realizuje, jest ich zawsze dwudziestu, w różnym wieku, płci, o różnym statusie, wykształceniu, narodowości. Tożsamości, temperamencie, osobowości. Ta różnorodność, odrębność, wsobność jest też podstawowym walorem w malowaniu obrazu jednostki i scalającej się na scenie zbiorowości. Jest dla nas, widzów, informacją pobudzającą ciekawość, proponującą radość odkrywania, poznawania, uczenia się siebie nawzajem. Otwiera wszystkich uczestników spotkania w teatrze: zarówno tych na scenie, jak i tych na widowni. Zbliża. Pozwala się utożsamić. Wpatrzeć w siebie nawzajem. Akceptować. Afirmować. Burzyć barierę wstydu, zahamowania, lęku przed kompromitacją, śmiesznością a przede wszystkim innością, obcością. Unieważnia granice poprawności, tego co można i nie można. Ignoruje, choć wykorzystuje kanon. Pokazuje zabawę sztuką. Jej pierwotną, naturalną rolę. Znaczenie. Sięga do jej początku. I pokazuje nam wszystkim kierunek działania: wieczna doskonałość jest niemożliwa, akceptujmy się takimi, jakimi jesteśmy, czerpmy z życia, ze sztuki przyjemność tworzenia i przeżywania, starajmy się być szczęśliwi, wyrozumiali. Bądźmy ciekawi świata i ludzi. Siebie. To piękny i prosty przekaz. 

Jérôm Bel otwiera i uwalnia. Proponuje przestrzeń sztuki jako sposób na zbliżenie. Poznanie. Zaakceptowanie. I udowadnia, że spontaniczna, wolna, szczera forma ekspresji daje ogromną radość wzajemnego ze sobą obcowania. Wyzwala empatię. Ośmiela każdego. Jest komunikatywna. Jasna i zrozumiała.  Może dlatego spektakl rozpoczyna się prezentacją pustych sal teatralnych, widowiskowych, miejsc z różnych krańców świata. Jest zaproszeniem. Jest zachętą mówiącą, że świat czeka na każdego z nas otwarty i gotowy. Ale otwarty i gotowy również na zmianę. Siłą jest sama różnorodność, odrębność, historia świata i nasza własna, która opowiedziana może być dowolnym sposobem; poprzez ciało i umysł. Naszą niedoskonałością i dążeniem do doskonałości. Momentami, gdy to, co brzydkie, wadliwe, ułomne, co ogranicza i więzi przestaje być istotne, widzialne. Ważne jest nieustające próbowanie, działanie, wychodzenie sobie naprzeciw. Dawanie sobie i innym szansy. Tolerancja. Najważniejsza jest wyobraźnia, wrażliwość, szczerość i prawda. A te zdawałoby się niedopuszczalne potknięcia, błędy, omsknięcia/gubiony pantofelek na scenie/w tym wypadku wzruszają, podkreślają  człowieczeństwo. Warto choć raz spróbować wejść w skórę drugiego człowieka/ tu zamiana ubrań/, tak, by umysł zrozumiał inne, obce ciało. Przytulił je z życzliwością, czułością, nieograniczonym kredytem zaufania. Sztuka potrafi to pokazać. GALA umożliwiła to widzom poczuć. 

Projekt Jérôma Bela jest dokładnie przemyślany, zorganizowany i wykonany. Odnosi się do instynktu, dążenia jednostki do życia we wspólnocie, łączy indywidualizm z wymogami zbiorowości i pokazuje ich wzajemne przenikanie się.  Zawierzając wykonawcom wyzwala w nich siłę, wzmacnia pewność siebie, daje poczucie własnej wartości. Pozwala na walkę z tym, co ogranicza, więzi. Uczy akceptować błędy, niedoskonałości. Umożliwia poznanie wartości, wagi porażki, którą oswaja, ignoruje, by dalej realizować przyjęty plan. Wskazuje na to, co łączy ludzi, by pokonać to, co ich dzieli. To plan dla nas wszystkich. Spektakl podzielony na części: BALET/jedna osoba, jedna figura, ten sam fragment muzyki klasycznej/, WALC/dwie indywidualności we wspólnym kroku tańca/, IMPROWIZACJA W CISZY 3 MINUTY WSZYSCY/wow! obraz dowolnych ruchów ciał w ciszy/, MICHAEL JACKSON/odniesienie do popkulturalnych wpływów na indywidualne ciało/umysł/, UKŁONY/o! to bardzo osobisty, intymny pokaz indywidualizmu, wdzięczności i pokory/, SOLO/absolutna wolność, tego co co w duszy gra a wyraża się poprzez ciało/, ZESPÓŁ ZESPÓŁ/ jeśli można razem coś stworzyć, mimo różnic, zróbmy to!/, stwarza jedynie ramy, w których zawiera się oryginalny plan koncepcji jej autora, dającego nieograniczone pole dla uwolnienia indywidualnej kreacji każdej jednostki, która realizuje się i rozwija dopiero w kontakcie, w interakcji z różnorodną, równie wolną, stymulującą zbiorowością. Bo tak naprawdę nothing and nobody's perfekt. Idealnym ciałem, perfekcyjnym umysłem można być tylko przez chwilę, dobrym, otwartym człowiekiem można być zawsze. I tę prostą prawdę o ludziach, ich sztukę wyrażania się poprzez sztukę pokazuje ten spektakl. 

Dlatego publiczność reagowała entuzjastycznie, nagradzała występujących gromkimi brawami, dopingowała, skandowała, bawiła się doskonale, na koniec wyraziła swoje zadowolenie długą owacją na stojąco. Dziękowała uczestnikom projektu i rozmawiała z  nimi jeszcze długo po zakończeniu premiery. Było pięknie, było energetycznie:)

GALA
koncepcja/conception: Jérôme Bel
Assistant : Maxime Kurvers
asystenci/assistants for he local restaging : Sheila Atala, Frédéric Seguette
z udziałem: Stella Walasik, Rinaldo Venuti, Iza Szostak, Wojciech Grudziński, Katarzyna Maria Zielińska, Aleksander Janiszewski, Zuzanna Hartfiel, Franciszek Prętki, Małgorzata Kwiatkowska, Natalia Majewska, Maja Kowalczyk, Ryszard Czubak, Maciej Gośniowski, Oliwia Olczyk, Teresa Ferraris, Yasmina Yasa, Agnieszka Goźlińska, Monika Chodyra, Dariusz Matuszewski, Mamadou Ba

kostiumy: tancerze/costumes: the dancers

koprodukcja/coproduction: Dance Umbrella (Londyn/London), TheaterWorks Singapore/72-13, KunstenFestivaldesArts (Bruksela/Brussels), Tanzquartier Wien, Nanterre-Amandiers Centre Dramatique National, Festival d'Automne à Paris, Theater Chur (Chur) and TAK Theater Liechtenstein (Schaan) - TanzPlan Ost, Fondazione La Biennale di Venezia, Théâtre de la Ville (Paryż/Paris), HAU Hebbel am Ufer (Berlin), BIT Teatergarasjen (Bergen), La Commune Centre dramatique national d’Aubervilliers, Tanzhaus nrw (Düsseldorf), House on Fire przy wsparciu programu kulturalnego Unii Europejskiej/ with the support of the European Union cultural program

produkcja/production: R.B. Jérôme Bel (Paris)
wsparcie artystyczne/executive direction and artistic advice: Rebecca Lee
kierownik produkcji/production manager : Sandro Grando
wsparcie techniczne/technical advice : Gilles Gentner
premiera: Paryż, 2015/premiere: Paris, 2015
_____________
Produkcja w Polsce/production in Poland : Ciało/Umysł Foundation
kurator/curator: Edyta Kozak
kierownik produkcji w Polsce/production manager in Poland: Agnieszka Kiewicz
koordynator zespołu w Polsce/cast coordinator in Poland: Krzysztof Kwiatkowski
polska premiera/Polish premiere: 11.07.2017 | Nowy Teatr, Ciało/Umysł Festival



© Photographer Josefina Tommasi, Museo de Arte Moderno de Buenos Aires (Argentina, August 2015)

niedziela, 2 lipca 2017

iTSelF 2017 projekt zero: WITZELSUCHT


Projekt zero: WITZELSUCHT to teatr tańca. Bez znajomości polskiego znaczenia tytułu, bez przeczytania opisu w programie tego projektu przygotowanego przez młodych ludzi, odbiór i rozumienie przekazu nie jest łatwe, proste, jednoznaczne. Stanowi wyzwanie, bo otwiera się szansa dla widza indywidualnej interpretacji tego, co doświadcza w kontakcie ze sztuką. Czy potrzebujemy takiego przewodnika, prowadzenia za rękę, by się nią w pełni cieszyć  czy też może lepiej przyjąć, że jest to obraz sceniczny bez tytułu, całkowicie otwarty i tym samym zdać się na własną wiedzę, intuicję, by móc poczuć się wolnym, nieskrępowanym odbiorcą? Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sobie sam. Ale przyjęty projekt odbiorcy w proponowanym przez artystów zyskuje dodatkowy wymiar badawczy. Jest szerszy, ciekawszy, bardziej inspirujący, wyzwalający wyobraźnię.

Tytuł zobowiązuje ale nie wiąże ostatecznie. Naprawdę nie musi. Czy jest koniecznym drogowskazem interpretacyjnym? Na pewno tak, jeśli chcemy analizować skuteczność wysiłku twórczego z jego ostatecznym efektem. A tu mamy do czynienia ze śmieszkowatością, głupkowatością, działaniami, zachowaniem wynikającym z konkretnej choroby/zaburzenia płata czołowego/ zmieniającej osobowość . Nie jest to więc stan normalny, zdrowy a wynika z konkretnej dysfunkcji mózgu. Aktorzy zastanawiają się i ćwiczą, ilustrują, sprawdzają w układach choreograficznych konkretne kliniczne przypadki.  Wykorzystują to, co już wie nauka o zjawisku i przetwarzają to w wypowiedź artystyczną. Są zdrowi. Świadomi tego, co robią, co chcą pokazać. Są zdystansowani, metodyczni, wykonują plan, realizują koncepcję. I czynią to perfekcyjni.

Można przy okazji pospekulować, czy akt twórczy nie wynika z jakiejś dysfunkcji albo indywidualnej dyspozycji, wady, ułomności. Sama tak często o geniuszach myślę. Ale też czy nie wymaga dla ich zrozumienia, odbioru takiej samej indywidualnej dyspozycji, wady, ułomności od widza, czytelnika, słuchacza? Inna, nowa, niestandardowa artystyczna interpretacja rzeczywistości przekształcająca się w dzieło i związana z tym odwaga, umiejętność podejmowania ryzyka wynika z określonych przyczyn, okoliczności, stanu rzeczy. Nie zawsze je znamy. Nie do końca rozumiemy. Bo tak naprawdę czym jest proces twórczy, zwłaszcza ten rewolucjonizujący, burzący, przewartościowujący wszystko, co zastane, tak naprawdę nikt nie wie. I to jest pretekst, który wykorzystują studenci, by zasiać ziarno domniemania, że bycie artystą może być w pewnym stopniu stanem chorobowym, zaburzeniem, genetyczną mutacją. Darem. Tym złem, które obraca się w dobro dla zbiorowości. Bo ją rozwija, posuwa do przodu, inspiruje, funduje nowe wrażenia, wskazuje inne punkty widzenia, nowe perspektywy. Poszerza pole widzenia, przeżywania, rozumienia.

Ignorowanie tytułu projektu i całej nadbudowy interpretacyjnej autorów projektu, czyli pójście w ciemno na spektakl, może być ciekawym eksperymentem. Myślę, że nikomu nie przyszłoby do głowy to, co podpowiadają, wyjaśniają twórcy w swoim programie projektu. Obawiam się, że niewielu widzów zrozumiałoby bezbłędnie ich intencje, zamysł, formę i treść wypowiedzi bez wcześniejszego rozpoznania. Hulaj dusza, piekła nie ma, gdy uwolni się wyobraźnię! A jednak bez słów trudno się porozumieć. Język mowy ciała, gestu, mimiki, kontekstu, układu nie jest do końca wystarczający. Choć bywa bardzo emocjonalnym, mocnym środkiem wyrazu. Sięga wprost, chwyta bezpośrednio gdzieś u źródła. I wyciąga na wierzch z człowieczej głębi, co ukryte, przyczajone, czułe, bezbronne.

Spektakl jest interesujący, intrygująco zatańczony. Z zaangażowaniem, pietyzmem wystawiony. Korzysta ze środków audiowizualnych, elektroniki, specjalistycznej wiedzy medycznej. Spójny, konsekwentny, metodyczny budzi emocje. I zainteresowanie.

Nie do końca wszystko o nim wiem. Nie do końca da się o nim napisać. W pamięci wirują obrazy, ich sekwencje, które szukają nadal swego ostatecznego uzasadnienia. Podoba mi się to ze sztuką siłowanie, boksowanie, splątanie. Czasem po prostu wiem, że ma rację, sens, właściwy formę jakby była moim wewnętrznym odbiciem, wyrazem, kształtem. Ale z tym niedopowiedzeniem jest mi dobrze. Jest mi dobrze. Może dlatego nie śpieszę się, nie dążę, by je nazwać, sklasyfikować, zamknąć w stereotypie czucia i myślenia. Tak, podoba mi się to sztuki we mnie buszowanie. Z nią błądzenie, szukanie. Mnie wewnętrzne przemeblowanie, psucie, WITZELSUCHTOWANIE:)




projekt zero: WITZELSUCHT
reżyseria i choreografia: Liwia Bargieł

muzyka: Aleksander Kaźmierczak (II rok)
video i światło: Marta Mielcarek
konsultacje dramaturgiczne: Paulina Ozga

Obsada:
Anna Fazja – Patrycja Grzywińska (I rok ATM)
Aga Połowiczna – Sonia Mietielica (III rok)
Agnoz Aj – Vova Makovskyi (III rok)
Wo Korsak/ AlegTostandon II – Błażej Stencel (II rok ATM)
Et Tur/ AlegTostandon I – Piotr Janusz (II rok ATM)

http://festiwal.at.edu.pl/spektakl/projekt-zero-witzelsucht/







środa, 21 czerwca 2017

XVII MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL SZTUKI MIMU SZKOŁA BŁAZNÓW WROCŁAWSKI TEATR PANTOMIMY


WROCŁAWSKI TEATR PANTOMIMY to siła zespołu, sztuki mimu, indywidualności artystycznych. Spektakl SZKOŁA BŁAZNÓW Michela de Ghelderode’a w reżyserii Zbigniewa Szymczyka koncentruje się na nauce, drylu, treningu, tresurze okrucieństwa jako sposobie obrony przed nim samym. I jest to niezwykle przewrotny, ambitny, ważny temat, bardzo trudny do komunikatywnego, czytelnego przekazu mimicznego. Natura ludzka zakodowane ma zło, dziedziczy je z pokolenia na pokolenie. Jeśli mu stworzyć sprzyjające warunki, pozwolić na dominację, uczynić normą relacji międzyludzkich, ma się dobrze, objawia w pełni swe destrukcyjne oblicze. To niekoniecznie sama natura czy złe wychowanie ale banalność okrucieństwa jest tak podstępna. Zarządza tchórzostwem i strachem. Nakręca prowokację, agresję, ćwiczenie w stosowaniu przemocy, narzucanie i utrwalanie nagannych zachowań, ich eskalację, trudną a czasem niemożliwą przed nim obronę. Przy czym w zderzeniu z okrucieństwem świata jednostka nie ma szans. Albo przyjmując jego reguły- milczy, kamufluje się, atakuje-jest oprawcą, albo walcząc- broni się -jest ofiarą. Przy czym ofiara musi być równie bezwzględna jak oprawca, kat, jeśli chce dać sobie szansę na ocalenie. Jakby istniał przymus istnienia, akceptowania okrucieństwa jako gwaranta skutecznej obrony. Inaczej można zginąć. Tylko system, który się przemocy, okrucieństwu przeciwstawia, ma szansę wygrać.

O tym jest sztuka. Słowo"okrucieństwo" stało się inspiracją dla artystów. Dostrzegają jego siłę,  destrukcyjne oddziaływanie. Badają jego genezę. Wizualizują jego źródło, przejawy, skutki. Rolę przewodnika, obserwatora, badacza spełnia FOLIAL. Nauczyciel, którego uczniowie się buntują, osądzają i karzą. Jego motywacje odkrywane są gdy okazuje się, że sam na sobie doświadcza okrucieństwa losu, bo w jego ciele kobiety ukrywa się mężczyzna.  Dla świata w masce, która jest jego prawdziwą tożsamością płciową, jest mężczyzną, fizycznie pozostaje kobietą. I to jest symptomatyczne dla interpretacji tej sztuki. Wszystko nie jest takie, jakim się wydaje. Ma niejednoznaczny wymiar.

Krok po kroku  artyści pokazują w kolejnych scenach, jak niepozorna zabawa, rozwijająca nauka, radosne spotkanie niepostrzeżenie przekształca się w opresyjne zachowanie, uporczywe prześladowanie, brutalną przemoc, a nawet zabójcze okrucieństwo. Zbyt łatwo może przekroczyć granicę miedzy dobrem a złem, która przebiega płynnie, w takiej samej mierze za ogólnym przyzwoleniem jednych, co w postępującej bezsilności drugich.  Mimo obowiązującego prawa, funkcjonujących norm, wdrażanych kanonów zachowań. Mimo rozsądku i wiedzy. Łatwo przychodzi krzywdzenie młodszych, słabszych, obcych, innych, gdy ma się nad nimi przewagę, gdy dzierży się władzę. Natura też potrafi być nieczuła i okrutna, podobnie system bezdusznie traktuje jednostki. Najbardziej jednak zdumiewa siła okrucieństwa, jakie zadaje człowiek drugiemu człowiekowi. Jednostka jednostce.

Folial wybiera prawdę, uwalnia się od maski, kamuflażu. Zdziera męski kostium, zdejmuje perukę, usuwa wąsy. Staje się tym, kim jest w istocie.  Nie chce być błaznem a człowiekiem. Ale dopiero pod presją, gdy nie ma już wyjścia i broni się przed oskarżeniem. W samousprawiedliwieniu odsłania tajemnicę, przyczynę doświadczanego okrucieństwa. Obawiał się przemocy fizycznej i psychicznej, wykluczenia, pogardy. Niezrozumienia.

Spektakl demaskuje zło, pozwala mu się ujawnić w całym jego wymiarze. Odkrywa wiele jego twarzy, masek, kamuflaży. Stara się pokazać złożoną prawdę. Zaczyna się synchronicznym tańcem dwóch jednakowych postaci, jakby dwojaka natura człowieka: dobra i zła potrafiła współistnieć, kontrolowała jedna drugą. Mówi tym samym, że wszyscy jesteśmy do siebie podobni. Przechodzi następnie do pokazania reprezentacji społeczności-różnorodnej, beztroskiej, wolnej- na łące, relaksującej się na słońcu. To ludzie zwyczajni. Na pozór przyjaźni i dobrzy. Nie budzą strachu, nie stanowią dla nikogo zagrożenia. Jakby świat wyuczył ich w szkole na błaznów, by kamuflowali swoją prawdziwą naturę, by umieli przyczaić się, przeczekiwać niebezpieczeństwo, zwodzić innych.

Sceny realistyczne przeplatane są metaforycznymi impresjami. Akt przemocy, okrucieństwa, zbrodni rozpoczęty zabawą zestawiony jest z obrazem alegorycznym. Brutalne, ostre, bezkompromisowe, pozbawione nadziei ilustracje z tymi poetycznie tłumaczącymi naturę człowieka, jego zachowanie w społeczności, we wzajemnych relacjach, w jednostkowej samotności, bezradności wobec zła. Zawsze podkreśla się niejednoznaczność sytuacji, jej teatralność, umowność. Tak, by nie było wątpliwości, że jest to teatr w teatrze.  Optymistyczne zakończenie jest wspólnym wykonaniem ODY DO RADOŚCI Ludwiga van Beethovena, hymnu Unii Europejskiej. Zjednoczona, zgrana, jednomyślna wspólnota, wyłaniająca się spośród widzów, która z nadzieją patrzy w przyszłość, śpiewem zagłusza demony zła. Ale czy na pewno? Nie wiadomo czy wdziewa, czy odrzuca tym aktem kolejną błazeńską maskę. Przemawia jednym głosem, tłumi różnorodność. Co tak naprawdę kryje się ostatecznie pod tym wspólnotowym uniesieniem:prawda czy fałsz?

Sceny rodzajowe wydają się takie oczywiste! Podbite są wyrazistą, dobitną, krystaliczną prostotą ruchu i gestu, co czyni je rozpoznawalnymi i czytelnymi obrazami: synchroniczny taniec jednakowo ubranych mimów, wypoczynek grupy osób w parku czy etiudy okrucieństwa /ze skakanką, obręczą, siłowania się mężczyzn, najczęściej zakończone przemocą, spuentowane biciem, katowaniem, duszeniem, a nawet zadawaniem śmierci/, osąd, wymierzanie kary.  Inaczej jest z kompozycjami jednocześnie filmowanymi i wyświetlanymi na ekranie. Wyrastają z jednego działania ale  tworzą dwie różne rzeczywistości, dwa różne obrazy, bo to, co się dzieje choreograficznie na podłodze sceny-wszystkie zachowania i ruchy ciał- inaczej się komponują na oglądanym filmie. Razem dopiero przedstawiają sens ostateczny. Łączą,to, co bliskie ziemi-upadłe, pełzające, wierzgające, nieporadne, niewidoczne - z tym co ponad nią -ulotne, wolne, wzniosłe, piękne, niezwykłe. Wizualizują dwoistość natury, niejednoznaczność, nieokreśloność. Kreację, jaką jest też zakończenie spektaklu, która jednak ma siłę jednoczącą przeciwko złu, by miało szansę zwyciężyć dobro. Bo życie to walka. Nieustanna czujność, by nie dać się w tłoczyć w maskę błazna, który szyderstwem, obśmianiem, przekonaniem, że więcej może, ucieka przed trudną, niewygodną prawdą. A jej trzeba stawić czoło. Zawsze próbować działać, by zatriumfowała. Nie tylko wyszła na jaw ale też sprawiła, że człowiek nie będzie musiał walczyć z okrucieństwem używając okrucieństwa. Czy jest to w ogóle możliwe? Na to pytanie każdy musi sobie odpowiedzieć sam.



SZKOŁA BŁAZNÓW na podstawie SZKOŁY BŁAZNÓW
Michela de Ghelderode'a
reżyseria: Zbigniew Szymczyk
kostiumy: Wanda Kowalska

poniedziałek, 19 czerwca 2017

XVII MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL SZTUKI MIMU PLAN LEKCJI A3 TEATR

A3 TEATR przedstawił nam PLAN LEKCJI jak plan gry wstępnej do prawdziwego, dorosłego życia. Zastajemy scenograficzną wskazówkę- każdy jest samotną wyspą i musi chcieć znaleźć własną drogę komunikacji ze światem, z innymi ludźmi/kładki/. Szkolne ławki-każda z inną zawartością/ ściągawki, lalki, cały arsenał przedmiotów/, wnętrzem, usytuowane są na drewnianych platformach, jakby były tratwami unoszonymi nurtem życia, jakby wyrastały w naturalny sposób z gruntu istoty rzeczy/rozsypana ziemia/.  Tu nie ma drylu szkolnego, nie ma nauczycieli, przewodników i strażników systemu. Pokazana jest metoda instynktownego dążenia do poznawania, sprawdzania się, naśladowania, walki, w której przejawia się osobowość i charakter natury ludzkiej chcącej postawić na swoim, narzucić swoje, udowodnić własną siłę, rację i przywództwo. Obserwujemy, jak hartuje się stal, jak metodą prób i błędów człowiek zdobywa wiedzę. Ale jakby to czynił przy okazji zabawy, kontaktów z rówieśnikami, w czasie pozalekcyjnym. W gruncie rzeczy, nie ma znaczenia, czy jest młody czy stary. Ten pęd do ciągłego próbowania, uczenia, doświadczania, rozpoznawania poprzez prowokację, zaczepkę, zmaganie się, sprawdzanie -siebie, innych i świata- przypisany jest każdemu. Człowiek czerpie zewsząd, jest ciekawy, potrafi ryzykować, bawić się i bić.  I trwa to przez całe życie. Taki to plan ma na nas natura, instynkt, siła przetrwania. Plan lekcji życia. Nieustanny, uporczywy, sztywny. Jak matryca. Jak genotyp. Jak mus poza świadomością, racjonalnym myśleniem. Oto zamysł tego spektaklu; pokazanie pantomimiczne tego co oczywiste, samoistne, pierwotne. Co wyraża się przede wszystkim w działaniu. W samym istnieniu, obecności ciała w przestrzeni bytu. Dopiero później przychodzi czas na refleksję, myślenie, świadomość. 


Artyści doskonale wyczuwają i wygrywają swoją sztuką ten porządek rzeczy a forma jest adekwatna, nie potrzebuje słów, bo kompozycja obrazu sama mówi za siebie. Pantomima podkreśla tylko jeszcze mocniej ten pozawerbalny aspekt zjawiska, które nie chce do końca przemilczeć. I słusznie. I po to właśnie istnieje. Pokazuje, co pierwotne, instynktowne, uwięzione, zamaskowane, zakłamane, wyparte, ukryte.  W ciele, w środku, we wnętrzu. W istocie, która najwłaściwiej objawia się w ruchu, w działaniu, w mowie ciała. Co zdradza niewypowiadalne, co chce z różnych przyczyn być nie wyartykułowane lub musi być przemilczane. A jednak istnieje. I to istnienie wrażliwe, czułe, słabe ale ważne zdradza ciało, komunikuje otwierając na wrażliwość, czułość odbiorców. 

Spektakl w prosty, niewymuszony, prześmiewczy sposób wprowadza w nas tematykę odrabiania przez człowieka lekcji życia. Stosuje łagodną formę, przyjemną treść. I choć dotyka drażliwych tematów, bo musi, to czyni to w sposób delikatny, zabawny, bezpieczny. Jednak naskórkowy, incydentalny, powierzchowny, bezbolesny. Jakby sięgał do źródła, raczej udowadniając dobro niż zło początku wszystkiego, pokazując przyczynę problemów, jeszcze niewinnych, naiwnych, nieszkodliwych, które widzowie sami sobie rozwiną w wyobraźni, spuentują, z których wyciągną wnioski. Zobaczą już na własnym gruncie wiedzy i doświadczeń ich skutek w czasie przyszłym. Tymczasem lekcja przebiega poprawnie grzecznie, kontrolowanie bezboleśnie. Celowo  metodycznie poprawna nie rani, nie burzy, nie wstrząsa. Nie jest gorzką pigułką, traumą, patologią, wynaturzeniem. Jakby ten plan systematyzował. Czuwał nad szczęśliwym zakończeniem. A ono zawarte jest właśnie w początku, w tej nonszalancji, swobodzie, wolności, naturalności. W dowolności zachowań wszelkich. W luzie, beztrosce, w smaku porażki, sukcesu, z radością poznawania siebie i świata  tym zdziwieniu, któremu towarzyszy wszelkie odkrywanie czegoś nowego. Tu jesteśmy u źródeł, zanim wszystko jeszcze się dokona, spełni. Tu można korygować, poprawiać, ćwiczyć. Taki jest plan, by poznać siebie, swoje możliwości, swoją naturę. 


Ławki, klasa, lekcja zawsze będzie się nam kojarzyć z UMARŁĄ KLASĄ Tadeusza Kantora. Spektaklem, który jest już punktem odniesienia. Ale też z Witolda Gombrowicza FERDYDURKE. Z innymi artystami. Z naszym własnym doświadczeniem szkoły, nauki, jej wymogów, kontekstów.  Każdy patrzy z innej perspektywy. Co innego wnosi. I czy WE DON'T NEED NO EDUCATION musimy ostatecznie odpowiedzieć sobie sami. Powodzenia:)


PLAN LEKCJI

scenariusz, reżyseria: Dariusz Skibiński
muzyka: Jacek Hałas

występują: Dariusz Skibiński, Stanisław Vojtechowski, Jan Kochanowski/ Bartlomiej Ostapczuk

fot: Kasia Chmura-Cegiełkowska

XVII MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL SZTUKI MIMU VAI VEM GATO SA COMPANY



Portugalska grupa GATO SA COMPANY w swym pantomimicznym spektaklu zaprezentowała własną wizję człowieka w drodze, wiecznego tułacza. Uciekiniera, migranta,  podróżnika, marzyciela, który usiłuje dopłynąć do upragnionego lądu, mimo burz, katastrof, nieprzychylnych wiatrów. Który chce uratować życie, choć przedziera się przez nie samotnie, pokonując wiele niebezpieczeństw. Pragnie zachować człowieczeństwo w warunkach nieprzychylnych, wrogich. Który tęskni za lepszym życiem. Stara się ocalić miłość, goni za nią, jej szuka.  Uporczywie, z poświęceniem, z mozołem zmierza ku wyznaczonym celom. Odważnie patrzy w przyszłość uciekając przed przeszłością, choć nie może się od niej uwolnić. Niepozorny tobołek, stary płaszcz, bolesne wspomnienia, wielka nadzieja i głęboka ufność, że się uda są kapitałem, z którego czerpie napęd do podróży, poszukiwań, podejmowania kolejnych prób życia w nowych warunkach, nieznanej sobie rzeczywistości.

Artyści używają prostych, czytelnych metafor. Język mimiczny jest jasny, przejrzysty. Charakterystyki postaci typowe, rozpoznawalne. Ilustracje sytuacji, okoliczności, konteksty nie budzą wątpliwości/efekty dźwiękowe, słowna, animacje graficzne wyświetlane w tle na ekranie/. Kostiumy adekwatnie podkreślające stany psychiczne i uczuciowe bohaterów. Pantomima GATO SA COMPANY nie jest eksperymentem formalnym, odwołuje się do klasyki przez co staje się podróżą sentymentalną, badającą los człowieka prostego, pozbawionego korzeni, szukającego swego miejsca na świecie, gdzie czułby się szczęśliwy i bezpieczny. Odnosi się do  tematu uchodźstwa, obcości, samotności. Poszukiwań, podejmowania prób ocalenia tego, co najważniejsze w warunkach ograniczeń sprowadzonych do ekstremalnego minimum. Jest tęsknotą za lepszym, spełnionym życiem. Ten metaforyczny przekaz aktualny jest dla każdego miejsca i czasu. Dlatego bliski jest wielu ludziom. Dobrze, że odnosi się do wrażliwości, doświadczenia i wiedzy ogólnej. I choć nie wnosi nic nowego w treści i formy, to pozwala się zastanowić nad przyczyną tułaczki, którą ludzie muszą lub decydują się pod wpływem sytuacji podjąć. Mają odwagę zaryzykować. Postawić wszystko na jedną, niepewną kartę. Ten stan zawieszenia jest wyraźnie odczuwalny, ten stan zdania na przypadek, zawierzenia losowi wzruszający. Bo jedyne, co pozostało do stracenia, to dające siłę do życia, determinację do walki marzenia.

Spektakl jednak nie wyszedł  poza trajektorię stereotypu, nie wyniósł widzów na orbitę zachwytu. Zróżnicowany technicznym przygotowaniem, warsztatem mimów, przeładowany nowoczesną wizualizacją osłabił czyste wzruszenie. Opowiadając niejednorodnym językiem stylistycznym rozbijał napięcie. Ale prawdziwi teatromani, sympatycy pantomimy, cieszą się z każdego spotkania ze sztuką mimu. Bo zawsze można poczuć to szczególne porozumienie pomiędzy sceną a widownią, które wynika z wyzwalania emocji i ich odbioru, zderzenia oczekiwań z ich spełnieniem. Zaspokajania ciekawości. Radości tworzenia i przeżywania. Niedosyt wzmaga tylko apetyt. Zachęca, by sprawdzać bez końca, czy realizowane marzenie osiągnęło kształt doskonały.

VAI VEM 

reżyseria: Juan Carlos Agudelo
dramaturgia: Ángela Valderrama
konsultacje, Maski: Mario Primo
światła: Rul Sensos
dźwięk: Jose Oliveira
multimedia, Animacje: Rui Senos, Nuno Cintrão
scenografia: Gato SA Company
zdjęcia: José Mónica, Paulo Chaves
produkcja: Ajagato

obsada: Helena Rosa, Marina Leonardo, Raul Oliveira, Tomás Porto

piątek, 16 czerwca 2017

XVII MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL SZTUKI MIMU LOST HOTEL

LOST HOTEL mógłby być simply story o przypadkowym spotkaniu kobiety i mężczyzny w nieokreślonym miejscu, na neutralnym gruncie w niezwykłych, burzowych okolicznościach gdyby nie przedstawiony pantomimiczny kontekst. Młoda ona, recepcjonistka, młody on, pisarz, tworzą parę, która wyczarowuje dające do myślenia sytuacje, maluje surrealistyczne obrazy. Jedna burzowa noc wyzwała demony. Uwalnia kreatywną wyobraźnię, seksualne pożądanie, pokazuje przełamywanie kryzysu twórczego a może nawet poważną chorobę psychiczną. Oglądamy prozaiczny przygodny romans, który ma wymiar trillera psychologicznego, rozbudowanego o wątek procesu twórczego, związku sztuki z rzeczywistością, konfrontacji pragnienia miłości, bliskości z przeżyciem erotycznej przygody, która mogłaby się przekształcić w stały związek/piękna metaforyczna papierowa projekcja teraźniejszości w przyszłość/. Czy dzieje się cała akcja tylko w głowie pochłoniętego pracą nad powieścią artysty, jest wynikiem bujnej wyobraźni samotnej dziewczyny czy jest wersją wizualizującego się snu każdego z nich, a może jest cała tylko procesem twórczym, obrazem mogących się spełnić pragnień i marzeń, rozbudowanym, emocjonującym wspomnieniem, a może jest jeszcze czymś więcej-trudno przesądzić. Dzieją się rzeczy niezwykłe, sytuacja jest elektryzująca. Dominuje zaskoczenie, dwuznaczność, groza zneutralizowana komizmem niezwykłych sytuacji. Króluje pantomimiczny teatr absurdu. Miesza się w nim proza zwyczajnego życia z uczuciowym, wrażliwym, czułym światem wyobraźni.

Spektakl jest debiutem Eweliny Grzechnik i Artema Manuilova, młodych, obiecujących artystów, którzy zaprezentowali w zeszłorocznym Festiwalu Sztuki Mimu etiudę POMIĘDZY STRONAMI/BETWEEN THE PAGES, której główne elementy wykorzystali w spektaklu LOST HOTEL. W obu przypadkach wykorzystali papier, kartki i olbrzymie płachty, by budować kontekst przekazu. Spotkanie jest opowieścią o relacjach, pragnieniach, marzeniach, zwyczajnym, powszednim życiu, jakie mogliby wieść kobieta z mężczyzną-spotkanie, zauroczenie, ślub, ciąża, dziecko, rozstanie. Papier ilustruje stany ducha i ciała, pozwala pokazać i skrywać, co i jak mocno czują, przeżywają, umożliwia parze komunikować się ze sobą i z nami, widzami.  Skrót, intensywność, tempo, odniesienia do doświadczenia każdego człowieka wzruszały, bawiły, dawały do zastanowienia. Było pięknie. Magicznie i blisko życia.

Papier w LOST HOTEL odgrywa ogromną rolę. Jest czystą, nie zapisana kartą, stronami niedokończonej powieści, materiałem kamuflującym, z którego raz wyłania się, raz skrywa kształt rzeczy i osób, umożliwiając zmianę, przemianę. Pozostałe rekwizyty pełnią podobna rolę, przez co rozszerza się paleta absurdalnych zdarzeń. Gęstnieje atmosfera niezwykłości, zaskoczenia. Spod łóżka wysuwają się stopy, co jest zaskakujące, bo nie powinno ich tam być. Spod kołdry wynurza się kobieta, której tam się nikt nie spodziewał. Wiszący obrazek morza rozświetlony od środka ukrywa wnętrze łazienki. Barek hotelowy to miejsce snu, lektury, posiłku. Etażerka wyrzuca strony rękopisu, wysuwają się z niej ręce, można do niej wejść. Ze ścian też wychodzą ręce, nogi, stopy, postaci. Lampka tajemniczo mruga, zapala się niespodziewanie i równie nagle gaśnie. Ebonitowy telefon, gdy dzwoni zapowiada przekaz szumiących, rozbijających się o skały fal. Przedmioty w tym spektaklu są równie ważne, jak ludzie. Są otuliną ciała. Zdradzają stany emocjonalne, psychiczne. Ale nie tylko one, bo także dźwięki- brzdęk recepcyjnego dzwonka, trzask przekręcanego klucza w zamku drzwi, szum włączonego prysznica, ulewy, rozbijających się kropel wody  kapiących z kranu lub deszczu, silnego wiatru, zawodzące wichury, grzmotów o różnej intensywności, w końcu muzyka, piosenki-odgrywają znaczącą rolę. Tworzą nastrój, budują kontekst. Dramatyzują napięcie. Podbijają emocje.

W zaginionym hotelu przygodny podróżny, samotna dziewczyna zdarzeniem kondensują pantomimicznie pięknie, dramatycznie swoją sytuację życiową, stan psychiczny, kondycję. Chcą kochać, być kochani, tęsknią za wymarzoną lub straconą miłością, widzą ją w innych osobach, nie podobnych do pierwowzoru. Nie mając czego pragną, zadowalają się tym, co przyniesie los. I to pomaga przetrwać kryzys, pokonać nudę, pogodzić się z prozą życia. Umożliwia wydobycie się z impasu, wykonanie kroku się naprzód,  dalszą egzystencję. Artyści pokazują stany emocjonalne jakich doświadczają ich bohaterowie, jak sobie radzą w życiu, mimo że kolejne szanse na sukces się wymykają. A to, co przeżywają już wcześniej zaistniało wiele razy, w innej formie, w innym kształcie. To, co stwarza pisarz już ktoś wcześniej opisał, jak to widzimy w scenie, gdy chłopak porównuje treść książki dziewczyny z własnym rękopisem. Bohaterowie szukają sposobu na przełamanie impasu w swoim życiu, które związane jest ze sztuką, bo ona ciągle czyta a on pochłonięty jest pracą nad książką. W twórczości, sile wyobraźni, umiejętności kompensowania widzą źródło swojej siły. Zawsze jest sposób, by nudna, powszednia, depresyjna rzeczywistość przekształciła się w coś niezwykłego, nieoczekiwanego, pozwalającego przekroczyć ograniczenia, przełamać kryzys. Czego i my, widzowie, doświadczamy na tym przedstawieniu. Dzięki kreacji. Dzięki sztuce. Dzięki pantomimie.

SINART COMPANY pięknie zadebiutowała spektaklem intrygującym, wieloznacznym, otwartym. Formą teatru absurdu, budującą surrealistyczne sceny, nastrój trillera trafia w punkt przedstawianych problemów, sytuacji życiowej bohaterów. I choć na początku akcja dzieje się niepośpiesznie, środki wyrazu sztuki mimu mogłyby być bardziej zróżnicowane, precyzyjne, mocniejsze, charakterystyki bohaterów aktorsko bardziej wyraziste, co jeszcze wzmocniłoby dramaturgię narracji, to jest to bardzo pomysłowy projekt autorski. Udało się artystom złagodzić grozę  komizmem.  A to, choć osłabia napięcie, wydaje się ryzykowne, jest zawsze bardzo trudnym zadaniem. Warto było, bo odnieśli w tej mierze sukces.


LOST HOTEL   SINART COMPANY
Ukraina/Polska

scenariusz i reżyseria: Ewelina Grzechnik, Artem Manuilov
asystentka sceniczna: Paulina Szczęsna
muzyka: DVA (Bara Kratochvil, Jan Kratochvil)
scenografia: Barbara Wojtkowiak
projekcje video: Volidymyr Stetskovych, Andrii Voronov
występują: Ewelina Grzechnik, Artem Manuilov

Termin: 13-06-2017 19:00
Miejsce: Scena Przodownik

zdjęcia: Festiwal Sztuki Mimu

wtorek, 13 czerwca 2017

XVII MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL SZTUKI MIMU WIECZÓR WSPÓŁCZESNEJ PANTOMIMY

WIECZÓR  WSPÓŁCZESNEJ PANTOMIMY to już tradycja, bardzo dobra tradycja. Stały punkt Festiwalu. Umożliwia przegląd form, technik, stylów. Jest smakowitą namiastką pomysłów, które mogą rozwinąć się z etiudy w  bogatszą, dłuższą, bardziej złożoną formę. Ta różnorodność zaprezentowana w czasie jednego wieczoru jest intensywna, mocna, bardzo interesująca. Dla widzów to niesamowita gratka. Przyjemna nauka i pouczająca zabawa. Wyjątkowe przeżycie. Jak się okazało, spotkanie z plejadą artystów pantomimy było nad wyraz udane. Bardzo się publiczności podobało. Zakończyło się długimi, huraganowymi owacjami  na stojąco. To duża radość i satysfakcja. Bo jest to przegląd umożliwiający widzom określić, co im się podoba, co odpowiada jej gustom, rzadka okazja dla artystów konfrontacji, możliwość sprawdzenia siły oddziaływania ich sztuki.

Festiwal, jak sama pantomima, ma nieść formą treść, myśl, emocję, działanie, które są istotne dramaturgicznie ale oprócz warstwy intelektualnej i estetycznej, oferują nadzieję, sprawiają radość. Mają działanie budujące, wzmacniające, rozrywkowe. Emocjonalnie angażują, artystycznie rozwijają, optymistycznie nastrajają. Są pociechą. Przeżyciem pozytywnym. Nie boją się wzruszeń, uniesień i wstrząsów. Poezji, kontemplacji. Pantomima zdradza, jak wiele powiedzieć może nam ciało. Ile odkryć potrafi o naturze człowieka, jego relacjach z innymi ludźmi, ze światem. Przy czym bywa dziecinnie wzruszająca, naiwnie zabawna, rozbrajająco urocza. Czuła i wyrozumiała. I rozwija się, rozwija się ciągle. Eksploruje wszelkie możliwe obszary. Zawłaszcza każdą treść i formę.Nie boi się eksperymentu i ryzyka.

Wieczór rozpoczął piękny występ w LEGENDZIE FAUNA, wspaniale ucharakteryzowanego na drzewo Mai Rojas/Spain/ o podwójnej naturze człowieka, dwóch w nim walczących bestiach. Zdumiewająca technika stylu mima, giętkość jego ciała, miękkość ruchów zahipnotyzowały, przykuły uwagę widzów. Wiarygodnie oddały dzikość i subtelność, ostrość toczącej się w jednym ciele walki. Użyto słów, muzyki. Najmocniej przemawiało ciało mima.

W HAPPY BIRTHDAY spotykamy młodego człowieka, Radima Vizwary/Czechy/UBRANEGO SPORTOWO, z deskorolką. Sam świętuje urodziny, otwiera prezent. Żuje prezerwatywy jak gumy do żucia. Jedną z nich naciąga na głowę i sprytnie nadmuchuje, po czym spuszcza powietrze. Zabawa formą, perfekcja gestu, pomysł narodzin człowieka i pantomimy. Jedno przechodzi w drugie. Lekko, wesoło i przyjemnie.

HISTORIA Studia Pantomimy/Polska/ to powrót do przeszłości. Odsłona kolejnych obrazów, kompozycji grupowych. Prezentacja statyczna, narracyjna charakteryzująca naturę kobiet, mężczyzn, relację małżeńską, pana i poddanego, opowiada w skrócie historię człowieka poprzez narodziny po dojrzałość do życia we wspólnotowości. Esencjonalna, krótka, kostiumowa. Rodzajowa. Jak w Muzeum Etnograficznym, Historycznym. Z nutą dydaktyczną.

TRESER LWÓW w wykonaniu BODECKER&NEANDER COMPANY /Francja/Niemcy/to popis pantomimy klasycznej: zabawnej, radosnej, śmiesznej. Ten styl: niewymuszony, lekki, naturalny , wykonany przez mistrzów pantomimy, widzowie lubią najbardziej. Prosty pomysł odnoszący się do doświadczenia zbiorowego/cyrk/, dowcipny scenariusz zdarzeń/ tresura lwa/, perypetie, które mają szczęśliwe zakończenie tworzy sztukę dla wszystkich:małych i dużych. Zwłaszcza, że wykonanie jest perfekcyjne, wyczucie formy, proporcji, tempo idealne. Wielkie brawa!

DOPÓKI ŚMIERĆ NAS NIE ROZŁĄCZY, etiuda Polaków/pomysł Ewelina Grzechnik, reżyseria Paulina Szczęsna/ ilustruje dokładnie to, co zapowiada. Para zacnych, zżytych staruszków uporczywie unika śmierci. Przegania ją, wypycha, straszy. Ta nie ustępuje i gdy ostatecznie robi swoje, małżonkowie, niczym para młodych ludzi, wydaje się być na nowej , szczęśliwej drodze życia/welon/. Ciepła opowieść o trudnej starości, odchodzeniu. A jednak nie nastraja smutkiem, nie przygnębia. Niesie pocieszenie, ze śmierć nie jest w stanie rozłączyć prawdziwej, mocnej miłości, która z ziemskiej przeradza się w wiecznie trwające gorące uczucie. Etiuda narracyjna, rodzajowa. Szydząca ze śmierci, głosząca pochwałę miłości i życia.

WSPOMNIENIE w wykonaniu Luisy Bragi/Szwajcaria/ to piękna, nastrojowa historia sytuacji życiowej samotnej, dojrzałej kobiety w czerni, w koronkach. Teatr tańca inspirowany sztuką Piny Bausch ma olbrzymi potencjał dramatyczny. Wizualizuje powtarzająca się codzienność starzejącej się kobiety, której wiatr, deszcz, łopot skrzydeł wpadającego do pokoju gołębia przywołuje wspomnienie. To ona jest tym ptakiem, które uciekając przed napierającą burzą wpadł w pułapkę czasu, rutyny, konieczności. Wspomnienie będące metaforą uwięzienia, marzenia o zmianie w życiu, bycia kimś innym, z koniecznością znoszenia losu i na koniec nadzieja, że można być szczęśliwym człowiekiem, jak ptak, który w końcu wylatując z pokoju odzyskuje wolność. Symboliczna scenografia, zredukowana do absolutnego minimum/stół, miednica, lustro, okno, krzesło/, taniec, aktorstwo z krótkiej etiudy buduje głęboką emocjonalną alegorię losu człowieka.

Renata Birska i Ireneusz Wojaczek w etiudzie KOPYTKO I KNYPELEK- 20 LAT WCZEŚNIEJ przenoszą swoich bohaterów do czasów dzieciństwa psotnego, słodkiego, idyllicznego. W dziecięcych ubrankach, fryzurkach stają się uroczymi bobasami smakującymi olbrzymie, słodkie lizaki, bawiącymi się foremkami w piasku. To powrót do przeszłości bezpiecznej i naiwnej, gdy nie sposób jest być nieszczęśliwym, rozczarowanym, smutnym człowiekiem, bo artyści prezentują nam wesoły, optymistyczny obrazek samych siebie. W niewinnej beztrosce, wolności i szczęściu. Tak, nie zapominać o dziecku w sobie, to dążenie każdego z nas. Dobrze się czujemy w świecie prostych czynności, nieskomplikowanych relacji, gdy wszystko co najważniejsze  dopiero się zdarzy.

Radim Vizvary wystąpił ponownie, wizualizując wysmakowane stylistycznie, wyrafinowane formalnie, bezpretensjonalnie proste NARODZINY KRZYKU. Bowiem wykiełkował z pozornego ładu, jasności, światła. Odkrywając fizyczność  z szarawarów czystości bieli, doprowadza do wyzwolenia stanu ducha z uwikłania w niewinność, ciszę. To wewnętrzne rozedrganie, sprzeciw uwalnia się z rozedrganego ciała, rezonując w niemy krzyk, strumieniu promieni świetlnych jak w stanie iluminacji. Symbol  równowagi, samostanowienia, indywidualizmu. Dowodząc konieczność wypowiedzi najbardziej intymne, emocjonalnej. Usprawiedliwionej mocą wypieranego buntu, dojrzałości do dojrzewania.

Mai Rojas też wystąpił raz jeszcze, pokazał się w etiudzie PODRÓŻ. Potwierdził fantastyczne przygotowanie warsztatowe, perfekcyjne panowanie nad ciałem i duchem, pedantyczne opracowaną charakteryzację i kostium, rekwizyty, specyficzny język ekspresji. Giętkość, gibkość, sprawność ciała, która pozwala wykonać wszystko, co pomyśli głowa. Koordynacja ruchowa, synchronizacja gestu, mimiki daje efekt doskonałego aktorstwa, gdy ciało jest posłuszny myśli, pośrednikiem, narzędziem, zaprogramowanym przez artystę najważniejszym środkiem przekazu treści, emocji, uczuć. Wszelkich napięć, przemian. Samą motoryczną narracją. To dowód na to, jak ważne jest przygotowanie warsztatowe, techniczne, dojrzałość emocjonalna i psychiczna. Balans ducha i ciała. zarządzany czuciem i myślą, synchronizującymi, kontrolującymi całokształt. Mai Rojas w ubraniu kloszarda, włóczęgi ze starą, dużą, skórzaną walizką wydawał się trwać w nigdy nie odbytej podróży. Rozedrgany, walczący ze samym sobą, niewidzialnymi przeciwnościami losu, całą zgrają fikcyjnych bohaterów wyczarowuje tysiące biletów, które wirują jak konfetti. W końcu biedny, okradziony, zmęczony chowa się do walizki z jednym biletem przygotowanym do okazania. Jakby odkrywał na koniec prawdziwą naturę podróży, którą odbywa we śnie, wyobraźni, marzeniu, nie na jawie. A może jest ta etiuda czystą ideą poznawania siebie, która jest podróżą wgłąb siebie a  przejawia się w walce, przygodzie, wewnętrznym napięciu. Jako jedna z postaw, jeden ze stanów w spełniającej się eskapadzie przez własne życie.

Prezentacje zakończyła POKUSA  BODECKER&NEANDER COMPANY związana z konsumpcją, modą. Zaspokajaniem ciała i ducha. Panowie znaleźli się w jadłodajni, barze, przy szwedzkim stole. Sięgają po potrawy, wzajemnie decyzje komentują, oceniają. Odkładają na miejsce te niezaakceptowane, skrytykowane, zganione, nie mogąc się ostatecznie zdecydować czy jest to właściwy, z różnych powodów, wybór. I tu jest zabawa, gestykulacyjno-mimiczny komentarz, błyskotliwa, dowcipna narracja. Kumulują się w tej etiudzie wszelkie lęki, obawy, nawyki, mody związane z jedzeniem, konsumpcją. Głodem, pragnieniem, pokusą zaspokojenia w świecie wszelkiej obfitości ale i wymogów zdrowia, kanonów piękna.  Zwyczajnego, naturalnego dogodzenia sobie, smakowania przyjemności,  z jednoczesną akceptacją otoczenia.  Kończy się to godzenie sprzeczności zabawnym pokazem mody i wielkim obżarstwem. Śmiechem aktorów i widzów. I jest to najlepsza puenta. Doskonałe porozumienie sceny z widownią. Ukoronowanie wieczoru pantomimy, która kontynuując, rozwijając klasyczny kanon z powodzeniem wprowadza ją we współczesność.

Nie wszystko trzeba o niej wiedzieć. Wystarczy na niej być. Profesjonalizm artystów, ich wrażliwość jest podobna do naszej, bo tak naprawdę ich historie są naszymi.  Sztuka łączy. Sztuka mimu opowiada, wyjaśnia, przedstawia gdy słowa zawodzą lub nie wystarczają.  Komunikuje się pozawerbalnie, nigdy nie rezygnuje. Dlatego nie ustaje w poszukiwaniu nowych środków dla szczerego, adekwatnego, trafiającego w punkt przekazu. A publiczność nie zawodzi. Przybywa licznie, uważnie ogląda, emocjonalnie reaguje. Dzięki sztuce odnajduje dziecko w sobie i jest to dziecko szczęśliwe. Wzmocniona sztuką, rozbawiona do łez, w doskonałym humorze może brać się za bary z rzeczywistością, do której wraca. A ta nie jest już tak straszna, trudna, przytłaczająca, depresyjna, bo przepracowana, oswojona w teatrze, obejrzana z innego, artystycznego punktu widzenia, już tak nie dotyka, nie boli. Widzowie, wzmocnieni, rozbawieni, naładowani pozytywną energią na pewno na kolejne spektakle sztuki mimu wrócą. Bo kto raz poczuje jej działanie, chce więcej, pragnie czerpać z tej sztuki/też śmiać się i płakać/ częściej. A artyści czekają, są w doskonałej formie, co wspaniale WIECZÓR WSPÓŁCZESNEJ PANTOMIMY potwierdził.

zdjęcie: Kasia Chmura-Cegiełkowska

XVII MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL SZTUKI MIMU ŚWIATŁA MIASTA

Pantomima znów rządzi w Warszawie. Po raz siedemnasty. I znów widzowie kochający sztukę mimu i ci, którzy pojawili się na festiwalu pierwszy raz, mają okazję obejrzeć wiele interesujących spektakli. Pantomima jest sztuką autonomiczną, głównie opierającej się na mowie ciała, ruchu, mimiki. Sugestii kompozycji obrazu, ujęcia tematu. Nie wyrzeka się słów, tańca, wszelkiej możliwej formy. Łączy wiele dramatycznych środków wyrazu, by opowiedzieć swoją historię, stworzyć nastrój, dotknąć istoty rzeczy. Czerpie skąd się da, by się z widzem skomunikować, porozumieć, połączyć we wspólnym obcowaniu ze sztuką. Sztuka mimu jest różnorodna, bogata, czuła. Niosąc nawet najbardziej tragiczne treści, podszyta jest nadzieją. Poetyczna, drapieżna, tragiczna czy komiczna wpisuje pozytywne odczuwanie świata, mając na uwadze budowanie w człowieku dobra i siły. Wymaga maestrii warsztatowej, predyspozycji psychicznych i fizycznych. Pasji. Finezji. Pewności, że ten sposób ekspresji jest dla artysty najwłaściwszy, najlepszy, najskuteczniejszy w doprowadzeniu go do celu.

I właśnie dwóch artystów, tworzących Bodecker&Neander Compagnie, goszczących już w Polsce dziewiąty raz otwierającym festiwal spektaklem ŚWIATŁA MIASTA, potwierdzili swoją najwyższą klasę. Łączą tradycję ze współczesnością. Przywiązują wagę do szczegółu, niuansu, by wydobyć esencję wszystkiego, co charakterystyczne, ważne. Są komiczni, dowcipni, wszechstronni. Celnie trafiają w punkt. Zachwycają poziomem przygotowania, perfekcją przedstawiania. Bawią poczuciem humoru, lekkością wchodzenia w rolę, konwencję, temat, umiejętnością wydobywania z każdej sytuacji pozytywów. Uczą dystansu, ciepłego, przyjaznego spojrzenia na ludzi i życie. 

Tym razem  Aleksander Neander i Wolfram von Bodecker pod artystyczną opieką Lionela Menarda wzięli widzów w podróż po stolicach świata. Pokazali charakterystyczne emocjonalne, nastrojowe, poetyczne wizje wielkich miast, budując ich obraz ze stereotypów, skojarzeń, indywidualnych wyobrażeń i doświadczeń, a przede wszystkim poprzez relacje człowieka z człowiekiem, bo to ludzie są głównymi twórcami klimatu miejsca i czasu. Wydaje się, że w jakiejś mierze ten spektakl inspirowany jest filmem Charliego Chaplina ŚWIATŁA WIELKIEGO MIASTA, gdzie historia zwykłego, niepozornego człowieka, jego osobowość, charakter celnie opisuje specyfikę miasta, w którym żyje. Wzruszająco. Czule. Metaforycznie. Byłby też ukłonem w kierunku filmu niemego, niewątpliwie wykorzystującego sztukę mimu. 

Na początek przenieśliśmy się do MOSKWY, tu tematem były SZACHY. Przybyły gość, hochsztapler, pewny siebie cwaniak łatwo ogrywa miejscowych w szachy, inkasując spore sumy, dopóki nie rozegrał partyjki szachów z kelnerem w miejscu, gdzie się zatrzymał. Etiuda budowana jest na kontraście charakterów, postaw, wartości, jakie reprezentują bohaterowie.  Pokazuje, że gra w szachy dla mieszkańców Moskwy, Rosjan, jest zabawą, rozrywką a przegrana ich nie dotyka, nie boli. Gdy wygrywają, to nie dla pieniędzy, po prostu są lepsi. Są bezpośredni, bezpretensjonalni, pozbawieni wyrachowania, nie podchodzą do gry w szachy zarobkowo. Rozegranie partyjki sprawia im przyjemność bez względu na wynik. Przybysz w gorejącym czerwienią piekielną meloniku pokornieje wobec tej obezwładniającej go skromności. Przyjmując pozę kelnera, przez mgnienie wchodzi symbolicznie w jego skórę, jego świat wartości szczerych i prostych, najpierw zaskoczony, później jakby tęsknił za nimi, jakby chciał, by uczciwa gra sprawiała mu podobną radość. Całość etiudy wykorzystuje skrót myślowy, sytuacyjny, wynika z przenikliwej obserwacji, znajomości natury ludzkiej i miejsca, które ją kształtowało. Minimalizm formy, umiejętność celnego puentowania bez przerysowania, epatowania, zbędnej nadbudowy, rozwlekania akcji podbija dramaturgię występu. Urzeka lekkość, finezja, poczucie humoru, wyczucie formy. Lapidarność. Koncentracja. Zdolność kondensowania, zestawiania elementów akcji, cech charakteru i zachowań. Działanie na zmysły i wyobraźnię widza, odniesienie do wiedzy podstawowej, by wzmocnić emocjonalne znaczenie sztuki. 

Kolejną stacją był PARYŻ, spojrzenie na GRAND CAFE. W maksymalnym skrócie artyści nakreślili codzienność dwóch starych, zapracowanych francuskich przyjaciół prowadzących kawiarnię, która jest całym ich życiem. Te niczym nie różniące się, wypełnione obowiązkami dni fantastycznie odzwierciedlają ich charaktery, ilustrują ich życie. Pokazują krótką chwilę wytchnienia, gdy sami stają się swoimi klientami. Zupełnie jak w prawdziwym życiu-są to te momenty, gdy ledwie zdążamy być tylko dla siebie odprężeni, swobodni, szczęśliwi. To one uzasadniają, wynagradzają, rekompensują całą mordęgę, jakiej doświadczamy. I to końcowe mgnienie osobistego życia, radość, jaka jest z niego czerpana, przynosi zrozumienie tego miejsca. Tęsknoty za nim. Paryż kochamy dla jego klimatu, zapachu, nastroju. A przecież tworzy go kultura, tradycja, kuchnia a przede wszystkim konkretni ludzie. To z nimi artyści nas zapoznali. Przypomnieli, że o charakterze miejsca i czasu decydują prości, pracowici, oddani swemu miastu zwykli ludzie.  W gruncie rzeczy nam podobni. Dlatego bliscy, wzruszający, wiarygodni.

Nie obyło się bez wizyty w NOWYM JORKU w etiudzie  TIMES i spotkania z gazeciarzem, przedstawicielem mass mediów.  To one tu tak silnie wpływają na ludzi. Kształtują ich światopogląd. Jak wypaczają, pozbawiają indywidualnego, niezależnego myślenia artyści pokazali na scenie. Dowcipnie i wnikliwie. Dramatycznie prawdziwie. Przybyły kupując gazetę, czytając ją jakby oddał się w jej władanie.  To ona opakowuje całą głowę czytelnika,  zasłaniając całkowicie mu osobiste pole widzenia. W końcu pochłania ją. Głowa znika. Pojawia się na moment niesiona w rękach jej właściciela, jak w horrorze. Oto powierzchnia papieru rośnie do niesłychanych rozmiarów. Ginie cała postać przysłonięta przez płachtę gazetowego papieru, przez newsy, które udostępnia, przez świat, który kreuje, narzuca; tak silne jest jej oddziaływanie. A więc NEW YORK pochłania bez reszty. Zasysa, fascynuje, pozbawia osobowości, narzucając swoją wizję ludzi i świata. Nie ma na scenie wieżowców, przestrzeń jest monochromatyczna, zamglona, niejasna, pusta. Cała wypełniona wyobrażanymi rzeczywistościami, uwolnionymi przez lekturę prasy. Budowany jest za to konsekwentnie i precyzyjnie klimat zawierzenia, podporządkowania, zafascynowania światem prasy, mediów, bywa, że zabójczego dla indywidualnego punktu widzenia. Świat dziś jest małą wioską. Szał działania mass mediów dociera i do każdego z nas, gdziekolwiek by nie był. Dlatego etiuda ta jest uniwersalna. Odnosi się do doświadczenia, które jest już dobrze nam wszystkim znane. Przez co wszelka metafora jest czytelna i zrozumiała. 
Zaproszeni tez jesteśmy do Włoch. Tu króluje kontekst operowy. Jesteśmy w MEDIOLANIE, gdzie jest słynna LA SCALA, przyglądamy się przygotowaniom DIWY do występów w BOLERZE Ravela. Bodecker&Neander wyczarowują fantastyczną komedię na granicy farsy, synchronizując linię melodyczną opery z włamaniem do pokoju DIWY, by złodziej mógł skraść cenny naszyjnik. Bawią się artyści, bawiąc nas, widzów, gdy mężczyzna gra kobietę, inspicjent złodzieja, opera jest sprzymierzeńcem przestępstwa, do którego w końcu nie dochodzi, bo wszystko kończy się dobrze, szczęśliwie. Pozostaje w pamięci obraz gorejący energią czerwieni, jak temperamentnych, sprytnych, zdolnych Włochów. Z przymrużeniem oka,  w salwach śmiechu, który wywołują. Bo karykaturalnie ujęta sztuka wysoka w służbie prozy życia, gagi, żart sytuacyjny, charakterologiczny, umowność budzi celnie  nasze poczucie humoru, przywołuje znajomość miejsca i tematu.

Odwiedzamy TOKIO. Prostota, minimalizm, metafora tego miejsca urzeka poetycznym nastrojem. To obraz wzruszający, mówiący o potędze sztuki. Sile wyobraźni, wielkości zaklętej w otaczającym świecie, czerpania z niego radości życia, inspiracji do tworzenia.  Zużyty tekturowy wielki karton/ ironiczno-liryczny komentarz do architektury japońskiej, mentalności Japończyków/ jako dom mężczyzny nie potrzebującego pieniędzy, dóbr, tylko bliskości, kontaktu z drugim człowiekiem, książek, sztuki, co wizualizuje styl życia człowieka ceniącego wartości duchowe. A wtedy banknot zamieniony jest w origami,  ptaka, który rośnie, potężniejszy wylatuje z książki, by w końcu już olbrzymi i silny mógł mocą wyobraźni unieść karton z mężczyznami ponad wszelkie poziomy przyziemności. Proste, zgodne z własną naturą życie ma wielką wartość pozamaterialną. Ulotną ale czyniąca człowieka bardzo, bardzo szczęśliwym. Czy nie tego potrzebujemy?

Nie ominie nas RIO, gdzie TWARZ jest przewodnim tematem. A właściwie maska.  Może to nawiązuje do karnawału, z którym Brazylia, Rio się kojarzy? Ale tu ma podtekst psychologiczny. Prowokuje pytania: kim jestem? kim chcę być? co mówi twarz? jaki wyraz, obraz, informacje niesie? czy ją zmienić czy nie, bo może najlepiej pozostać sobą, cokolwiek to znaczy, dlaczego pragniemy być kimś, kim nie jesteśmy, czy naturalny wizerunek wystarcza, satysfakcjonuje.  Etiuda poprowadzona jest w konwencji snu. Poza rzeczywistością, choć się do niej odnosi i czerpie z niej inspirację. Dramatyczna. Drastyczna. Ostra. Jak na karnawał przewrotnie poważna. A jednak nie przeraża tylko metaforycznością prowokuje do zastanowienia. 

W końcu musimy wstąpić do BERLINA na ALEXANDERPLATZ. To miejsce, gdzie zderza się teraźniejszość z przeszłością, młodość ze starością. Dwa skrajnie różne style życia. Ale jednak nadal taka sama ludzka natura. Jeden człowiek potrzebuje drugiego. Zdani są na siebie. Artyści udowadniają, że nie musi to być dramatyczne, wykluczające spotkanie. Jest zabawnie, śmiesznie, ciepło. Można się, mimo wszelkich różnic, dogadać, można sobie wzajemnie pomóc. Jak wnuczek z babcią, młodzieniec z dojrzałą kobietą. Tu biegłość w stosowaniu środków wyrazu osiągnęła apogeum. 

ŚWIATŁA MIASTA poprzez swoją różnorodność budowanych portretów psychologicznych bohaterów, bogactwo formy i treści zaprezentowały maestrię techniczną artystów, która skutkowała lekkością w natychmiastowym wchodzeniu w skrajnie różne role, co wymaga gigantycznej wiedzy, pracy i talentu. Sprawności warsztatowej. Intuicji. Doświadczenia. Aleksander Neander i Wolfram von Bodecker potwierdzili swój mistrzowski poziom. Czapki z głów!!! Wspaniała festiwalowa publiczność doskonale się bawiła i doceniając występ nagrodziła artystów zasłużenie długą owacją na stojąco. 

ŚWIATŁA MIASTA

reżyseria: Lionel Menard
światła: Werner Wallner
występują: Aleksander Neander, Wolfram von Bodecker, Bodecker & Neander Compagnie

premiera polska Scena na Woli, 10 czerwca 2017

fot: Kasia Chmura-Cegiełkowska

GORSET LESZEK MĄDZIK SCENA PLASTYCZNA KUL


Leszek Mądzik nie zaskakuje a kontynuuje. Wierny jest swojej estetyce. Potwierdza to GORSET, jego sztuka autorska oparta na budowaniu przekazu światłem, skrótem, nastrojem, ciałem aktorów. Obrazem kontemplacyjnym, nasączonym emocją, powściągliwością precyzji i ekstremalnym minimalizmem. To, co widzimy i czujemy, czego doświadczmy jest esencją na zadany przez artystę sobie i nam temat. 

GORSET, jak może się wydać, jest synonimem życia. Tego, co krępuje, ogranicza, narzuca formę i treść. Określa indywidualność, podporządkowuje powszechnie obowiązującej umowności. Jednocześnie jest wyrazem konieczności. Kompromisem, który zawsze w jakiś sposób splątuje wolność, ogranicza swobodę, dowolność. Gorset to jedyne słowo zasugerowane przez Mądzika wprost. Ukierunkowuje interpretację, nadaje wskazany sens scenicznym obrazom. 

A te są piękne. Malarskie, plastyczne. Czyste. Wysmakowane,  zredukowane do niezbędnego minimum. Światło rzeźbi, wydobywa i pochłania kształt kompozycji. Nastrój podbija muzyka. Nic nie ma szansy rozpraszać skupienia, burzyć koncentracji, neutralizować napięcia. Artyści robią wszystko, by przejąć władzę nad widzem. Na początku wchodzimy w mrok sali rozświetlonej tylko reflektorami skierowanymi w widownię. To resetuje pamięć oka, czyści spojrzenie, czyni je świeżym, spragnionym recepcji. Po chwili widzowie zapadają w całkowite ciemności, wytężają wzrok, który zaczyna dostrzegać majaczący, nieokreślony kształt, który zaczyna się przybliżać. Do końca pozostanie niejasne, czym jest matką, ziemią, łonem. Powoli odkrywa się leżące ciało w pozycji embrionalnej, objęte niezidentyfikowanymi rękami. Gdy wycofują się, człowiek leży niewzruszenie dalej.  Po czym znika wchłonięty przez swą macierz. Pojawiają się raz po raz ptaki, symbole życia, przepadają w plastycznej skale, która się wolno zaczyna oddalać, w ciemnościach zanurzać, by mogły się wyłonić  trzy ubrane, nieruchome postacie, stojące oddzielnie w gablotach, jedna przy drugiej. Mają zamknięte oczy, twarz bez wyrazu spokojną, pogrążoną we śnie, letargu lub zastygłą w śmierci. Zaczynają się poruszać, obracać wokół własnej osi, wyzwalać ze stylowych stylowych kostiumów. Prężą się i silą uwalniając się z ubrania jak z więzów. Po czym odpływają w nicość. Od czasu do czasu widoczny jest delikatny błysk, majaczący promień. Jak siła sprawcza, tchnienie, ledwie wyczuwalny wzrokiem powidok energii, mocy, pana życia i śmierci. I znów pogrążamy się w ciemności, w bezmiarze kosmosu. By zobaczyć delikatnie pojawiające się i potężniejące światło wytyczające białe ścieżki życia. A na niej jeden za drugim rodzi się człowiek i podąża do przodu. Nie za długo jest wolny, bo gdy tylko staje na nogi, musi zmagać się z ogromem swego przeznaczenia, które go przytłacza, nań napiera ciężarem trudnym do wyobrażenia, tajemnicą nie do przeniknięcia. Jak Syzyf prze do przodu, nie ustaje w wysiłku. I gdy tylko wykona kilka kroków, a trwa to mgnienie, przepada pochłonięty przez to, z czym się zmagał. Pozostaje mrok i pusta, choć świetlista droga. Za chwilę znów rodzi się życie i cykl się powtarza. Ze światłości w ciemność. Z ciemności w światłość. Z prochu w proch się obraca.

Jak w następnej scenie, gdy pojawiają się trzy trumny z niewidocznymi gołymi ciałami, bo osłoniętymi czarną folią każde. Całun zsuwa się najpierw z jednej postaci, która obróciwszy się na bok spada w niebyt grobu, przepada. To samo się dzieje z pozostałymi. Ciała pochłonęła ziemia. Cykl życia się zakończył. Po nim nastał mrok. Zapanowała ciemność. Kryje cały potencjał nicości, który znów może się przekształcić w jakąś formę życia. W gorset, w przymus, w konieczność przyjęcia formy. 

Można powiedzieć, że to nic nowego, że to plagiat z siebie samego, to znaczy Mądzik z Mądzika. Przewidywalne, nudne, oczywiste. Znane. Ja uznam to za atut. Za możliwość ciągłego obcowania ze światem sugestywnym, mrocznym, wysublimowanym. Ale dobrze znanym. Prostym ale intensywnym. Skondensowanym. Metaforycznym. Filozoficznym. Kontemplującym. Pięknie otwierającym się na tajemnicę ale i pilnie strzegącym jej istoty. Zobaczyć to niewypowiedziane, uwolnione z ciemności na mgnienie, choć tkwiące w gorsecie konwencji, warte jest podjęcia ryzyka, z którą wszelka twórczość, każda sztuka jest związana. 
GORSET
reżyseria, scenariusz scenografia: Leszek Mądzik
muzyka: Paweł Odorowicz

udział biorą:
Ewelina Grzechnik
Bartlomiej Ostapczuk
Katarzyna Ośko
Krzysztof Petkowicz
Jedrek Skajster
Paulina Staniaszek
Sławek Szondelmajer
premiera:16 grudzień 2016

Spektakl powstał we współpracy z Akademią Sztuk Pięknych w Warszawie oraz Warszawskim Centrum Pantomimy.

Gościnnie 9.06.2017 w Warszawie
zdjęcie: Scena Plastyczna KUL

wtorek, 6 czerwca 2017

DOWÓD NA ISTNIENIE DRUGIEGO TEATR NARODOWY


DOWÓD NA ISTNIENIE DRUGIEGO jest finezyjnie wyreżyserowanym spektaklem Macieja Wojtyszki, także autora tej erudycyjnej, dowcipnej sztuki. Spotykają się na scenie Teatru Narodowego Mrożek z Gombrowiczem w otoczeniu swoich partnerek życiowych oraz najbliższych przyjaciół. Obaj piekielnie inteligentni, błyskotliwi, o swoistym poczuciu humoru, ekscentryczni, różniący się znacznie, bo jeden dominuje gadaniem, drugi irytuje milczeniem, faktycznie spotykali się latem 1965 roku we Włoszech. O czym tak naprawdę rozmawiali, jakie tematy poruszali, jaka panowała atmosfera, nastrój, klimat tak naprawdę nie wiadomo. Wojtyszko w swej sztuce wykorzystał ich utwory, głównie „Dzienniki”, i wystąpienia. Cała reszta sceniczna to licentia poetica autora i niewątpliwie artystyczny wkład aktorów, którzy z niezwykłą intuicją i maestrią warsztatową wcielili się w postaci historyczne ważne tak bardzo dla literatury polskiej XX wieku. 

Zarówno Gombrowicz, jak i Mrożek w swej twórczości posługiwali się satyrą, groteską i prowokacją. Forma służyła im do demaskowania i dezawuowania polskich absurdów i stereotypów. Obaj byli mistrzami. Intelektualistami szydercami. Mieli podobne cele artystyczne, pomysły pisarskie, intencje, intuicję i wizje ale różnili się wiekiem, temperamentem, osobowością. To w uporczywym milczeniu Mrożka i zaczepnym, uszczypliwym perorowaniu Gombrowicza oraz w ich wzajemnych wymianach zdań zawarta jest istota ich wzajemnej relacji. Gdy Gombrowicz mówi: "na świecie jest za dużo ludzi", odpowiada mu Mrożek: "najlepiej jest nie żyć, ale kto ma tyle szczęścia?" Gombrowicz z Mrożkiem zachowują się jak mistrz i uczeń lub raczej kontynuator, godny następca. Jeden chce się przejrzeć w drugim, zdyskontować swoją wartość. Nawiązać kontakt. Potwierdzić, co dla nich samych jest już od dawna wiadome i jasne. To sama konfrontacja jest ciekawa-ten atak i unik ataku. I gra aktorska Jana Englerta, który swą rolę w wielki mieniący się niuansowanymi znaczeniami i zróżnicowaną formą monodram przekuwa. Tworzy laserunkowe aktorstwo. Tak jest genialnym Gombrowiczem genialny Englert! Mrożek Cezarego Kosińskiego wypada przy nim skromnie, powściągliwie, naturalnie. W tej roli jest wielka pokora, szacunek do obu pisarzy. Trudno jest grać milczenie. Dlatego tak ważna jest mowa ciała aktora, która wyraża się w geście, mimice, spojrzeniu. Dynamice ruchu. Mrożek Kosińskiego jest skromny, nieporadny, pozornie zakompleksiony. Nieśmiały. Docenia wielkość Gombrowicza, jego mistrzostwo. Zna też wartość swojej sztuki. Potrafi perfekcyjnie wejść w konwencję Gombrowicza, pozostając sobą. Pięknie się obaj różnią, dobrze rozumieją, twórczo doceniają. 

Wojtyszko dla scharakteryzowania obu pisarzy wykorzystał ich otoczenie. Stanowi ono tło, dopełnienie niewypowiedzianego, pomaga poznać ich bliżej. Rita Labrosse Kamilli Baar, wtedy jeszcze nie żona a bardzo młoda, piękna partnerka Gombrowicza stwarza tajemniczą aurę wokół pisarza. Dodaje mu splendoru, wigoru, odmładza go, adoruje. Jest ekskluzywnym afirmującym  bez zrozumienia francuskim kwiatem, który wzbudza ukrywaną zazdrość i zdziwienie. Pisarz traktuje ją jak maskotkę, protekcjonalnie i bez głębszego zainteresowania. Nie wnika w jej osobisty świat. Nie interesuje się zbytnio jej sprawami jakby była mu obojętna. Skupiony jest na sobie. To on nadaje ton, rządzi. Równie powściągliwa, aczkolwiek bardziej zaczepnie, wojowniczo, jest żona Mrożka, Mara Obremba Dominiki Kluźniak. Inteligentna, stanowcza, pewna siebie potrafi zwycięsko stawić czoła zaczepkom, prowokacjom, uszczypliwościom Gombrowicza. Nie ustępuje mu pola, odpowiada staremu wyjadaczowi ciętymi, trafnymi ripostami. Delikatnie acz stanowczo. Celnie. Młody, początkujący malarz, Kazimierz Głaz Marcina Przybylskiego, jest dla Gombrowicza, mentora, opiekuna, mecenasa, niezbędnym kontrastem. Paczowscy, grani przez Monikę Dryl i Grzegorza Kwietnia, przyjaciele Mrożka krótkimi komentarzami neutralizują pole konfrontacji pisarzy erudytów. Akceptują obu, są wyrozumiali, swobodni, uczynni. 

To spotkanie dwóch gigantów jest najważniejszym dowodem na istnienie trzeciego. Niektórzy twierdzą, że Wojtyszki, co potwierdzać ma ten spektakl. Wydaje się, że prawdziwą wielkość artysty może potwierdzić tylko inny, równie wielki, wybitny artysta. By mieć pewność i satysfakcję. Należny szacunek i sławę. Tym trzecim mógłby być też odbiorca, każdy, kto pojmie mądrość, doświadczy piękna, poczuje ponadczasowe działanie sztuki. Potrafi przekuć ją w nową rzeczywistość, jak artysta potrafi rzeczywistość przekuć w sztukę. Ostatecznie to w niej zawarta jest wielkość twórcy, to w niej przeprowadzony jest dowód na istnienie drugiego.  Mimo wszelkich różnic, mimo upływającego czasu.


DOWÓD NA ISTNIENIE DRUGIEGO  Maciej Wojtyszko
reżyseria: Maciej Wojtyszko
scenografia: Paweł Dobrzycki
muzyka: Piotr Moss
obsada: Kamilla Baar, Monika Dryl, Dominika Kluźniak, Jan Englert, Cezary Kosiński, Grzegorz Kwiecień, Marcin Przybylski

premiera:14 marca 2014

fot: Andrzej Wencel