piątek, 22 września 2017

ANONIM TEATR SOHO


Spektakl ANONIM wyreżyserowany przez Karolinę Kowalczyk według scenariusza Alicji Kobielarz w Teatrze SOHO tak wyraziście charakteryzuje bohaterów i ich wzajemne relacje, że nie budzi wątpliwości jego przesłanie- coraz bardziej stajemy się samotnymi, zamkniętymi w sobie, anonimowymi ludźmi. Śle ku nam komunikat, że zawsze jest szansa na zmianę sytuacji, relacji, życia. Ostrzega nas przed całkowitą alienacją, bo jej skutki są złe, destrukcyjne, smutne.

Poznajemy ojca, rasowego naukowca, który, nie interesował się nigdy swoim dzieckiem. Zamknięty coraz bardziej w swoim świecie badań, poszukiwań, wylogował się całkowicie z realu, z życia żony, córki, innych ludzi. Nic dziwnego, że jej nie zna, nie wie kim jest, co robi. Opuścił ją, zdezerterował, zamknął się w swoim świecie nauki, w sobie, w domu. Bardziej lub mniej świadomie. A że jest człowiekiem coraz starszym, jego sytuacja się komplikuje, zaostrza.

Córka, młoda, zdolna dziewczyna, mogła być kim tylko by zechciała. Wybrała tworzenie komiksów jako formę ekspresji i komunikacji ze światem. Jest równie samotna, niezorganizowana, niezaradna życiowo jak ojciec. Dziesięć lat była za granicą. Teraz wróciła i próbuje nawiązać kontakt z ojcem. Nie jest to łatwe, bo oboje nie potrafią ze sobą rozmawiać, być. Oboje się nie znają. Ich spotkania są katastrofą.

Tak naprawdę są dla siebie ludźmi obcymi, anonimami. Podobnie jak trzecia osoba obecna w sztuce- młody chłopak, o którym nic nie wiadomo, bo nie chce zdradzić kim jest, co robił i dlaczego najpierw pomaga ojcu, później córce. Spełnia rolę łącznika, katalizatora, dobrej duszy. Jest tym, który pokazuje czego obojgu brakuje. Ojcu opieki, zainteresowania, wspomagania. Córce miłości, której nie zna, chłopaka, przyjaciela, kumpla, którego nie ma, wsparcia, towarzystwa, którego bardzo pragnie. Wizualizuje ich potrzeby materialne, fizjologiczne, emocjonalne, uczuciowe. Spełnia je, daje przedsmak tego, jak wspaniale, cudownie i szczęśliwie można żyć, realizować się i rozwijać. Tytułowy ANONIM to brakujące ogniwo w relacjach międzyludzkich, które łączy, scala, pozwala zrozumieć sytuację, drugiego człowieka. Dopełnia, naprawia, uczy. Po prostu jest. To anielska cierpliwość, bezinteresowność, prostota. Po prostu idealne dziecko, opiekun, idealny przyjaciel, kumpel, idealny partner, kochanek. Ale też ANONIM to synonim OBCEGO,  NIEZNANEGO, WYALIENOWANEGO jakim się dziś człowiek staje.

Sztuka w bardzo przystępny, by nie powiedzieć łopatologiczny sposób uzmysławia błędy jakie popełniamy w relacjach z ludźmi, jak destrukcyjne sytuacje sami sobie stwarzamy. A jeśli z najbliższymi w ogóle nie mamy kontaktu lub mamy tak zaburzoną komunikację, jak to spektakl pokazuje, nic dziwnego, że stajemy się ANONIMAMI. Ale nieznajomy chłopach udowadnia też, że nie jest to sytuacja beznadziejna, całkowicie bez wyjścia, choć na taką wygląda. Dając przykład, rozbudza nadzieję. Unieważnia, to co było w przeszłości i od podstaw, uczy krok po kroku, co zrobić, by ścieżki życia ojca i córki na powrót się połączyły. Nic dziwnego, że chłopak w końcówce sztuki przepada, znika. Jakby był hologramem, archetypem zachowań, postaw, reakcji, których bohaterowie nigdy nie znali,  nie stosowali lub odrzucili. Albo zapomnieli. Ten wzór, program naprawczy jest już niepotrzebny, bo został z sukcesem wdrożony.

Spektakl ma przemyślaną konstrukcję opartą na kontraście zarówno postaw, charakterów, jak i otoczenia. Pomysłowa, ciekawa, dopełniająca scenografia podkreśla wagę i ostrość poruszanych problemów. Życie codzienne jest szare, bure, byle jakie, zabałaganione a więc i na scenie dominują te kolory, które  je ilustrują. Nieatrakcyjne. Ojca w świecie nieustannych badań, córki tworzącej w stercie nierozpakowanych od powrotu z zagranicy pudeł. Dla tej mizerii egzystencji w kryzysie stworzyła Katarzyna Załęska szarą, zakratowaną ścianę, na której wyświetlane były geometryczne galimatiasy, abstrakcyjne ścieżki, labirynty. A w momentach gdy córka zaczynała tworzyć, podświetlano okienka i stawały się żywymi, kolorowymi komiksowymi obrazkami, które na naszych oczach uzyskiwały treść, kształt i formę ostateczną. Te chwile pracy były radosne, szczęśliwe. Poprzez wyrazistość grafiki komiksu, autentyczność ruchu, wydawały się mieć więcej witalności, siły w sobie niż to realne, osobiste życie córki. Pokazywały piękno kreacji. Jej moc i walor twórczy. Jakby podpowiadały, że w prawdziwym życiu też wszelka zmiana, korekta i równie silna intensywność jest możliwa. Scenografia i światło, i muzyka wykonywana na żywo fantastycznie podbiły myśl autorki i reżyserki sztuki.

Spektakl pokazuje prostą, elementarną drogę odkrywania, jak poznać siebie nawzajem, jak być ze sobą, dla siebie. Jak wykonać pierwszy krok naprawy życia, relacji. Jak wychodzić z samotności, opuszczenia. Bo cały potencjał twórczy jest w nas. To jego wartość. W dzisiejszych czasach naprawdę nie do przecenienia. Tak łatwo być dziś ANONIMEM, galopującą samodestrukcją. Tak łatwo być dziś  ANONIMEM, który każdemu w opresji może pomóc.


ANONIM
reżyseria: Karolina Kowalczyk
scenariusz: Alicja Kobielarz
muzyka na żywo: Maciej Witkowski
scenografia/kostiumy/ projekcje: Katarzyna Załęcka
światła: Zofia Krystman
koordynacja produkcji: Alicja Brudło
realizacja scenografii: Tomasz Grabowski, Mikołaj Grabowski, Marcin Harasimowicz
szycie kostiumów: Joanna Kotowicz
charakteryzacja: Agata Król
producent: Studio Teatralne Koło

obsada: Bartosz Mazur, Wiktor Korzeniewski, Diana Zamojska

premiera: 16 września 2017 r.

czwartek, 21 września 2017

CEZARY IDZIE NA WOJNĘ KOMUNA/WARSZAWA


CEZARY IDZIE NA WOJNĘ  Cezarego Tomaszewskiego wpisuje się w cykl PRZED WOJNĄ/WOJNA/PO WOJNIE KOMUNY//WARSZAWA, która zaniepokojona tym, co się dzieje na świecie postanowiła otwarcie zadać pytania:"Czy jesteśmy przygotowani do wojny? Czy pamięć o wojnie ułatwia podtrzymanie pokoju? Czy woja może być sprawiedliwa? Czy polityki historyczne otwierają rany i zbroją społeczeństwa do walki?".  Przecież wojna to stan permanentny: okres pokoju przygotowuje do niej, czas wojny to walka, po wojnie to jej dalszy koszmar przeżywania, wspominania przez tych, którzy przeżyli, bo nie sposób o niej zapomnieć i lęk, że  jej zło się powtórzy.

Cezary Tomaszewski podjął się przepracowania okresu PRZED WOJNĄ, bo w takim żyje. Pomyślał o sobie a ponieważ  jest mężczyzną w wieku poborowym, zaczął przygotowania. Jego projekt ma wymiar osobisty i nieheroiczny, wpisany jest jednak w obowiązujące zasady, kodeksy, wymagania. W atmosferę współczesnych klimatów, które określa spuścizna historyczna. Patos walki w triumwiracie wartości: BÓG, HONOR, OJCZYZNA.To buduje kontekst, narzuca porządek działań, wymusza podporządkowanie się procedurom. Cezary poddaje się regulaminowi, który określa jego zdolność do służby wojskowej. Jest badany, przechodzi serię ćwiczeń, co ma  sprawdzić jego psycho-fizyczną zdolność do bycia żołnierzem. Przygotuje do walki i przetrwania.

Cezary, który idzie na wojnę, zmultilikowany do czterech takich jak on chwatów, nie ma szans. Pójdzie, nie pójdzie, przegra. Wszystkie starania spełzną na niczym. Bo całe przygotowanie przeradza się w show. Jest zaprzeczeniem stereotypu walecznego żołnierza. Zrywa z faceta gorset twardziela i ubiera go w trykot. Wypełza tu cała ludzka słabość. To, co jest zazwyczaj fizyczną, ciężką wyczynową, męską zaprawą przekształca się w niezborny, lekko traktowany trening tanecznego układu. W tym pozornym zachowaniu dekownika, nieudacznika, lekkoducha przejawia się zwyczajny, ludzki strach, obawy, lęki. Instynktowna myśl młodych, silnych, zdrowych ludzi, by się wywinąć, pokazać z jak najgorszej strony i za wszelką cenę uniknąć kategorii A. Dają sobie tym samym szansę przetrwania. Z jednej strony Cezary z kolegami w żołnierskim drylu ujawnia to, co w nim jako jednostce jest najbardziej ludzkie, z drugiej pokazuje, jak bardzo system podtrzymujący żołnierski etos, narodową dumę, konieczność obrony granic, poświęcenia życia za ojczyznę  jest skostniały, niewydolny, zakłamany. Śmieszny. Jak bardzo zmieniło się podejście do kwestii militarnego zaangażowania jednostki. Cezary skutecznie rozsadza mit żołnierza jako ofiary złożonej na ołtarzu ojczyzny, a może już Europy, nawet świata.

Można ten spektakl traktować jako antywojenną, bardzo krytyczną wypowiedź. W komediowo-farsowym wydaniu. Podważa muzyką poważną SYMFONII WOJENNYCH Dymitra Szostakowicza, patriotycznymi pieśniami narodowymi ze ŚPIEWNIKA DOMOWEGO  Stanisława Moniuszki, choreografią, między innymi Niżyńskiego w POPOŁUDNIU FAUNA, kostiumem, grą to, co w warstwie tekstowej, myśli autora przekaz niesie, co wszyscy już o wojnie wiemy. Te dwa poziomy strumieni informacyjnych kompromitują się nawzajem. Ośmieszają. Znoszą. To one toczą na naszych oczach sceniczną wojnę  z anachronicznym podejście do tematyki wojennej i służby wojskowej, z mentalnością zaprzeszłą. Nic dziwnego, stara retoryka już nie działa, by dać dziś przekonujące motywacje, wiarygodne uzasadnienie konieczności walki, w której sens by młodzi uwierzyli. A gdy wiary nie ma, nie ma też woli walki. Stare strategie propagandowe są dziecinne, wyczerpane, martwe. Infantylne, naiwne. Mają tak naprawdę wartość sentymentalną. Mogą tylko śmieszyć. I tak też się dzieje.

Dlatego z Cezarego nie będzie żołnierza, bo tak naprawdę nie wie dlaczego miałby umierać za ojczyznę. Nie dostaje znikąd przekonywującego uzasadnienia. Życie ma tylko jedno i jest dla niego ważne, a dobra zabawa w markowym ubraniu chyba najważniejsza. Zresztą po co myśleć o przyszłości, gdy liczy się tylko tu i teraz na haju maksymalnego zadowolenia. Gdy nie ma narracji, która mogłaby dziś kogokolwiek przekonać o konieczności uczestniczenia w wojnie. Gdy miliony zabitych w ostatniej wojnie światowej są już martwą, anonimową liczbą.  Z dzisiejszego punktu widzenia, po tym jak się ocenia Powstanie Warszawskie czy inne zrywy powstańcze, wojny, które są już dla współczesnych abstrakcją, myśl o umieraniu dla tych, którzy będą żyli w przyszłości, wydaje się idiotyczna, naprawdę bezsensowna i niezrozumiała. Patriotyzm, ojczyzna, obowiązek, dyscyplina to tak naprawdę wyrazy obce.

Jest wesoło, zabawnie, śmiesznie. Dlatego spektakl odbiera się tak ciepło. Jako wyzwolenie. Napięcie zostało rozładowane poczuciem humoru, rozbrojone dystansem, lekkością. Zabawą. Bo kojarzymy sceny spektaklu na przykład z obozem szkoły przetrwania, treningiem, ćwiczeniami gimnastycznymi /tu w zamyśle polowymi/, kampanią promocyjną klubu sportowego, przygotowaniem drużyny przed meczem lub reklamą produktów np. firmy NIKE.


Jaka tam wojna? Ta jest głęboko  wrośnięta. Mocno ukryta.  W Cezarym. W tobie. We mnie. W nas.

Tu tak naprawdę CEZARY IDZIE NA WOJNĘ z wojną.


CEZARY IDZIE NA WOJNĘ

reżyseria: Cezary Tomaszewski

występują: Michał Dembiński, Weronika Krówka, Oskar Malinowski, Bartosz Ostrowski, Łukasz Stawarczyk

realizatorzy: Bracia (Agnieszka Klepacka, Maciej Chorąży), Antoni Grałek, Tomasz Kowalski, Justyna Wąsik * (stypendystka Prezydenta Miasta Lublin), Klaudia Hartung-Wójciak

fot. Pat Mic

środa, 20 września 2017

OJCIEC TEATR ATENEUM


Tytuł sztuki jest prosty, surowy. Jasno wskazuje temat choć nie w prost wyznacza jego zakres. Mówi o osuwaniu się w śmierć. Resetowaniu. Wyłączaniu. I to w ten sprytny sposób, że naocznie się o tym my, widzowie, przekonujemy. Doświadczamy tego. Widzimy to tak, jak Ojciec. Wchodzimy w jego skórę. Obserwujemy kolejne fazy choroby, przeżywamy jego zmieniające się stany starczej świadomości, nowe problemy, którym musi stawić czoło, redukujący się świat do najprostszej egzystencji, trwania. Przystosowywanie się do nowej sytuacji nie przebiega bez zgrzytów-prowokuje nadpobudliwość, drażliwość, roszczeniowe nastawienie do otoczenia. Poza tym widzimy stadium przejścia, ten moment, gdy niedyspozycje mężczyzny są dla wszystkich jeszcze zaskoczeniem. Słabnie kojarzenie, rozpoznanie osób, sytuacji, orientacja w czasie i przestrzeni, wracają fragmenty zdarzeń, sytuacje, wspomnienia, silne uczucia z przeszłości a ucieka ze świadomości to, co się wydarzyło w czasie teraźniejszym. Gdy zdaje sobie sprawę, że traci kontrolę nad sobą i swoim życiem, staje się uzależniony w decydującym stopniu od innych buntuje się, reaguje nerwowo.

Ojciec pokazany jest w końcówce życia. Po stracie żony. Traci pamięć, popada stopniowo w demencję. Zmienia się, zaskakując tym siebie i otoczenie. Nie jest lekko, nie jest łatwo, bo rodzi to wiele niemiłych a nawet niebezpiecznych sytuacji. Jego relacje ze światem, zwłaszcza że są to ludzie mu najbliżsi, oddani, opiekuńczy, komplikują się. Zaburzona jest komunikacja, brakuje wzajemnego zrozumienia, cierpliwości, czasu. Trudno się dogadać. Widzimy, że nie będzie już nigdy lepiej, może być już tylko gorzej. W dodatku  nie można się było do tego przygotować. Mimo ogólnej wiedzy o starości i tego, że się panu Bogu nie udała. Ludziom też. Ten stan, traktowany jako chorobowy, zawsze jest, mimo wszystko, zaskoczeniem. Zarówno Ojciec, jak i jego córka Anna, nie chcą na początku zaakceptować, że nastąpiła nieodwracalna zmiana w stanie jego zdrowia. Odraczana jest decyzja umieszczenia rodzica w domu spokojnej starości. Anna Magdaleny Schejbal jest spokojna, opanowana, cierpliwa, odpowiedzialna, przywiązana do ojca. Jest dobrą córką. Choć i ona w śnie przeżywa skrajne wyczerpanie- chce Ojca udusić własnymi rękami. On nie przyjmuje do wiadomości, że wymaga stałej opieki. Stąd jego niechęć do dziecka i uzasadniona obawa. Przywołuje  wyidealizowany obraz młodszej córki, która nie żyje, a do której tęskni, bardzo mu jej brakuje ale z premedytacją ten fakt wykorzystuje przeciwko Annie. Chłodny stosunek, nieprzyjemne w stosunku do niej, jej partnera i opiekunki zachowanie, stwarzają dystans, ostro sygnalizuje, że nie akceptuje zmian, jest krzywdzony, niesprawiedliwie, a nawet źle traktowany. Jedynie Pierre /Przemysław Bluszcz/, nowy partner Anny po jej nieudanym małżeństwie, jest stanowczy, brutalny, po męsku komentuje sytuację, ma konkretne propozycje. Stawia sprawę jasno-Ojciec musi odejść. Opiekunka może zrezygnować z pracy, ale córka nie przestanie być córką. Musi sprostać wyzwaniom, musi sobie poradzić. Decyzja nie jest łatwa, choć, przeczuwają to wszyscy łącznie z Ojcem, nieunikniona.

Starość to naturalna kolej rzeczy, kolejny etap życia.  Ale jak nadać jej status normalności, by była znośna, oto dopiero wyzwanie! Problemy się multiplikują. Konflikty kumulują. Potrzeba dużo wolnego czasu lub pieniędzy, by zapewnić rodzicowi godną starość, niezbędną opiekę. By nikt nie czuł się krzywdzony, ograniczany. Tak, by jedno drugiemu nie rujnowało życia. Decyzje są na pewno trudne, bolesne. I to pokazuje nam spektakl.

Minimalistyczna scenografia w zielonkawym odcieniu spokoju i neutralności wieloznacznie sugeruje, że może to być mieszkanie ojca, mieszkanie córki, szpital lub pokój w domu spokojnej starości. Jedynie uszaty fotel nosi znamiona przytulnego siedziska, rewiru spokoju, charakter jego właściciela. Reszta pozostaje bez właściwości. Bez wyrazu. Trudna do scharakteryzowania, do określenia. Rozmywa się jak sytuacja, w której znaleźli się bohaterowie. Muzyka, światło, projekcje to dodatkowo akcentuje, delikatnie podkreśla.

Ta niejednoznaczność, jest charakterystycznym walorem tego spektaklu. Niepewność tego, kogo widzimy, co rozpoznajemy. Podążamy za zmieniającymi się stanami świadomości Ojca, zmieniającymi się osobami w  pozostałych rolach/podwójna obsada/, by móc zrozumieć, poczuć, co tak naprawdę się z Ojcem dzieje. I jest to bardzo interesujące doświadczenie.

Ojciec Mariana Opani jest wiarygodny na każdym etapie przemian. Aktor naturalnie, lekko precyzyjnie niuansuje skrajne uczucia, stany psychiczne, emocjonalne. Stopniuje z wyczuciem, nie szarżuje. Nie tworzy postaci jednoznacznej, tragicznej czy złamanej. Potrafi wyzwolić w granej postaci wigor zalotnika, upór witalnego mężczyzny, który panuje nad sytuacją, jest stanowczy, wojowniczy, z sukcesem zachowuje pozory. Dopóki może, trzyma się swoich wersji wydarzeń. Ma poczucie humoru, jest szarmancki, ciepły, nostalgiczny, czuły. Ale i złośliwy, nieprzyjemny, bezlitosny, twardy. Marian Opania pokazuje kolejne fazy osobowościowych, charakterologicznych i psychicznych przemian swego bohatera. Z poczuciem zagubienia, dezorientacji, niepewności, lęku, obaw, zagrożenia bezpieczeństwa włącznie. To piękna, ważna, przejmująca, wielka rola. Mistrzowska. Możliwa dzięki doskonałemu tekstowi Floriana Zellera i inteligentnej, powściągliwej ale pomysłowej reżyserii Iwony Kempy.


OJCIEC FLORIAN ZELLER

przekład – Bogusława Frosztęga
reżyseria i opracowanie muzyczne – Iwona Kempa
scenografia i kostiumy – Justyna Elminowska
reżyseria światła i projekcje – Mateusz Wajda

obsada:
Andre’ – Marian Opania
Anne, jego córka – Magdalena Schejbal
Pierre – Przemysław Bluszcz
Laura – Paulina Gałązka
Mężczyzna – Dariusz Wnuk
Kobieta – Małgorzata Mikołajczak / Paulina Kondrak
prapremiera polska – 8 kwietnia 2017

Nominacja dla Mariana Opani do Nagrody im. Aleksandra Zelwerowicza za najlepszą kreację aktorską w sezonie 2016/2017

fot. Krzysztof Bieliński

wtorek, 19 września 2017

DZIECIĘ STAREGO MIASTA TEATR WARSawy




To przedstawienie jest o Polsce i Polakach. Na scenie panuje chaos, galimatias, pomieszanie z poplątaniem, co kojarzy się automatycznie z naszymi współczesnymi klimatami, polskimi narodowymi krajobrazami. Stare walczy z nowym. Niskie, małe, indywidualne urasta do wielkiego ponad miarę znaczenia. Demonizuje się i eskaluje patos, dominuje irytująca przesada, dusi przerost narodowego ego. Spektakl łączy przewrotnie, ironicznie tekst Józefa Ignacego Kraszewskiego z piosenkami religijnymi, dziecięcymi, co podkreśla silne zakorzenienie wartości podstawowych w infantylności, naiwności natury ludzkiej, która boi się gdy czuje się zagrożona.  Lokuje akcję w przestrzeni starych obrazów, również nagrobnych, na scenie króluje ruchoma kapliczka Matki Boskiej z Małgorzatą Rożniatowską, która je kwaszone ogórki, pluje pestkami słonecznika, siedzi na kupie sztucznych kwiatów, obłożona jest wielkimi torbami z zakupami. Sacrum wyrasta z profanum i na powrót się w nim zanurza. Przaśny to i śmieszno- smutny obraz małej wiary, wielkiego lęku, strasznej grozy. Wszystko odnosi się do anachronicznego, romantycznego pojęcia patriotyzmu, kiczowatego, płytkiego katolicyzmu, zaprzeszłej idei walki narodowo-wyzwoleńczej, Polski jako Chrystusa narodów, Matki Polki, symboli narodowych w modyfikacji kumulujących się zmian, emocji, egzaltacji.

Diagnoza sceniczna wprost krzyczy, że topimy się w oceanie stereotypów, trupów ciągle zmartwychwstałych, demonów narodowych lęków i wynaturzeń. Jesteśmy więźniami historii duszącej nas przymusem, nakazem wykraczającym ponad zdrowy rozsądek. Emocjonalnie rozbuchani, ideologicznie skołowani, religijnie urobieni zapominamy o instynkcie rozumu, który sugeruje inną drogę, niż tą która prowadzi do ślepej afirmacji śmierci za ojczyznę. Ten rozziew pomiędzy koniecznością a normalnością rodzi jednak frustrację. Nieustanne szukanie wroga pozbawia ufności, brak dostatecznej wiary w człowieka, w siebie. Sprofilowani na nieustanną walkę, czujność paradoksalnie nigdy nie jesteśmy wolni, swobodni, niezależni. Naprawdę radośni, spontaniczni, zadowoleni. Wyluzowani, zdystansowani. Z jednego jarzma, na moment uwolnieni, natychmiast popadamy w kolejne. Nie ma mowy na jakąkolwiek analizę, weryfikację, przemodelowanie świata wartości i priorytetów. Utknęliśmy, zapętlamy się, dziedziczymy to, co dawno winniśmy odrzucić. Wszelkie zmiany są tylko po to, by nic się nie zmieniło.

To przedstawienie jest wizualizacją mentalnego zniewolenia Polaków, uwikłanych silnie, niezmiennie w spuściznę historyczną. Gdzie ja to naród, a Polska to nadal zbiorowy obowiązek. Dziś szczególnie mocno odczuwa się to pomieszanie najważniejszych pojęć: Bóg, Honor, Ojczyzna, wiara, nadzieja, miłość, patriotyzm, naród, wolność i niepodległość.  Każde z nich skąpane jest we krwi niewinnie przelanej, w słusznej sprawie/miska z krwią=czerwona farba, w której zanurza ręce matka, krew, którą maluje swój obraz syn a matka nanosi czerwone krzyże/. Naznaczone obawą przed wstydem, hańbą. Podsycane strachem realnym i wydumanym.

Na scenie oprócz Matki Boskiej, figury pocieszającej ale i profilującej maluczkich rozpoznajemy archetypy Matki Polki, samotnie wychowującej syna  Franka /Patryk Szwichtenberg/  na żołnierza, wysyłającej go na śmierć, granej brawurowo groteskowo przez Jolantę Olszewską. Jest też przedstawiciel ideowej opcji narodowej, organizator systemu podniecania żaru walki z wrogiem Polski/Wojciech Brzeziński/. Anna, młoda dziewczyna/Anna Jakubowicz/, która bezrefleksyjnie wchodzi w koleiny Matki Polki, za chwilę powtórzy jej los jest traktowana instrumentalnie, nie ma właściwie możliwości wyboru. Przedstawiciel młodego pokolenia, Edward, który studiował za granicą, w Niemczech/Marcin Januszkiewicz/, zwraca uwagę na rolę pracy, zabezpieczenia finansowego, rozsądnego, chłodnego pragmatycznego myślenia i działania.  Jest marginalizowany.  I pojawia się tez barwna figura globtrotera/maska afrykańska, wieniec kwiatów hawajskich, proporzec  przywiązany do ramy roweru/, zesłańca, kombatanta stylizowana na postać z rycin Artura Grottgera poruszająca się na rowerze/prawie nie do rozpoznania Mariusz Drężek/ w czapce z wyraźnie przypominającymi Myszki Miki uszami. Znak to i symbol, że historia się powtarza, a my nie wyciągamy nadal wniosków, nie zmieniamy punktów widzenia, nie rozszerzamy swojego horyzontu myślenia,  niczego z oglądu i doświadzeń świata się nie nauczyliśmy.

Religia, dom i wychowanie, ideologia zagrożenia, zarządzania strachem stwarza system, który mimo deklarowanej wolności i w imię tejże wolności nadal zniewala umysł. Za fasadą scenografii panuje bałagan, który tworzy zbieranina różności jakie można znaleźć na strychu lub w piwnicy niejednego domu. Przypomina stan naszego narodowego umysłu, który jest krajobrazem wynaturzonych idei, zmurszałych postaw, niekompatybilnych, boksujących się z galopującą współczesnością. To zagracone zaplecze bez właściwości jest budulcem, z niego czerpiemy, z niego tworzymy dzień dzisiejszy. By zapełnić pustkę z olbrzymią kanapą, figurą Matki Boskiej i straszącymi, nic nam już nie mówiącymi anonimowymi przodkami z portretów. Nawet obraz Andrzeja Wróblewskiego z jego cyklu ROZSTRZELANIA nie do końca buduje jasny kontekst.

To jest i straszne, i śmieszne to nasze nic nierozumienie  z historii, przez nas współczesnych, odwróconych od przyszłości, choć się oficjalnie do tego nie przyznamy. Rozdarci, sfrustrowani, zastraszeni i kochamy, i nienawidzimy Polski, jak śpiewa nam wzruszająco w finale Matka Boska Małgorzaty Rożniatowskiej. I nie chcemy w ojczyźnie żyć i nie możemy bez niej żyć. Jak to zrozumieć? Jak to pojąć?

Bez wątpienia trzeba znać historię, interesować się literaturą i sztuką, trzymać rękę na pulsie najświeższych wydarzeń, by w pełni docenić wysiłek twórców. Obraz sceniczny wydaje się prosty ale czy jest dla widzów, zwłaszcza młodych do końca jasny, tego nie jestem do końca pewna. Chyba nie tylko ja. No cóż, nikt nie obiecywał, że będzie transparentny. Ten chaos, galimatias, pomieszanie z poplątaniem należy samemu uporządkować. Odpowiedzieć sobie na pytanie: jak to naprawdę jest z tą Polska, czy rzeczywiście i kocham ją, i nienawidzę.


DZIECIĘ STAREGO MIASTA

reżyseria: Cezi Studniak
scenografia: Michał Hirsulidis
muzyka: Krzysztof Wiki Nowikow
dramaturgia: Michał Pabian
kostiumy: Katarzyna Adamczyk

Obsada:
Małgorzata Rożniatowska
Jolanta Olszewska
Ewa Jakubowicz
Patryk Szwichtenberg
Marcin Januszkiewicz
Mariusz Drężek
Wojciech Brzeziński

data premiery: 24-05-2017

fot. Kasia Chmura-Cegiełkowska

poniedziałek, 18 września 2017

TWÓRCY OBRAZÓW TEATR NARODOWY


„… To nie jest takie proste. Kiedy się nad tym zastanowić. Być twórcą obrazów”. To nie jest takie proste. Kiedy się nad tym zastanowić. Być twórcą swego życia. Obrazu siebie stwarzanego z tego, co boli, uwiera, nie daje spokoju, niszczy.  Gdy się już wie, jakie może być okrutne, destrukcyjne, brudne. Kreacja jako napęd życia, twórczości, sposób ratunku dla siebie i wskazanie drogi ocalenia dla innych może być sposobem na przetrwanie, jeśli tylko człowiek odważy się zaryzykować i będzie szukać, pytać, drążyć. Uporczywie, bezczelnie, bezkompromisowo. Wtedy przekucie każdego bólu, porażki, będzie tym, co go nie zabije a wzmocni, określi, stworzy. I da szansę osiągnięcia sukcesu. Doprowadzi do wymarzonego celu.

Spektakl podejmuje interesujący temat inspiracji twórczych, ilustruje proces dojrzewania do aktywnego uczestniczenia w życiu kulturalnym, przedstawia różne portrety psychologiczne tych, którzy są twórcami obrazów: scenicznych, filmowych, literackich, plastycznych/poprzez elementy scenografii-np. prace Laszlo Moholy Nagy/, życiowych /tych intymnych, ukrytych, zakamuflowanych ale i wizerunku publicznego/. Tak więc mamy do czynienia z bogactwem przenikających się wzajemnie głównych bodźców wyzwalających wszelką kreację artystyczną. Spektakl daje szansę na przyjrzenie się i poznanie jądra, źródła, pierwotnej przyczyny motywacji działania twórczego. Jego uzasadnienia, jego sensu, jego wysiłku, jego dążenia do zaistnienia nie tylko dla siebie samego ale do konfrontacji ze światem zewnętrznym. Interesujący to zamysł i ważny. I pięknie przedstawiony. W żywej kompozycji obrazu teatralnego, wykorzystującego film, doskonały tekst, łączący aktorstwo dojrzałe, głębokie, doświadczone z tym spontanicznym, intuicyjnym ale wyrastającym z tej samej podstawy pasji, talentu, prawdy życiowej. Czerpiącego z autentycznego filmu WOŹNICA ŚMIERCI/projekcja fragmentów/, opierającego się na autentycznych postaciach/BOHATEROWIE/. Co dodatkowo potwierdza i wzmacnia wiarygodność przekazu. Budzi zainteresowanie. Gmatwając fikcję z prawdą wysnuwa  ekstrakt, esencję, istotę sztuki. Z jednej strony bardzo, bardzo zakorzenionej w rzeczywistości doświadczonej, namacalnej, powszechnie znanej, z drugiej uwolnionej siłą wyobraźni, wrażliwości artysty. Zawsze modyfikowanej, manipulowanej, zmienianej. Przetwarzanej.

Jedno doświadczenie życiowe-alkoholizm ojca- wyzwala różne sposoby radzenia z problemem przeżytej traumy w życiu prywatnym i karierze zawodowej artystów, których poznajemy na scenie. Daje ciekawe spektrum walki ze spuścizną emocjonalną dzieciństwa, okresu dojrzewania. Z pamięcią doświadczeń. Z własnym stosunkiem do niej. Poznajemy dojrzałą pisarkę, Selmę Lagerlöf, laureatkę nagrody Nobla, genialnie scharakteryzowaną scenicznie przez Annę Seniuk, która poprzez pisarstwo pragnie ocalić sens swego życia, szacunek do ojca i siebie. Pisze książki, by zapanować nad żywiołem emocji związanych z przeszłością. Cała jej twórczość kluczy wokół jednego tematu. Każda jej książka jest próbą przepracowania jednego problemu. Poznajemy też ambitną, bezczelną, niepokorną, dociekliwą młodą aktorkę , Torę Teje, pysznie graną przez Martę Wągrocką na początku kariery teatralnej /tak też jest w istocie/w jej brutalnych realiach środowiskowych. Ona stała się silna, niezależna, twarda gdy odrzuciła, zapomniała, zniszczyła całą pamięć o ojcu, jego pijaństwie. Nie ma wyrzutów sumienia. Nie rozpamiętuje przeszłości, nie usprawiedliwia ojca a dokonuje wyboru i prze do przodu ku obranemu celowi. Przeciwwagą kobiecego punktu widzenia, dopełnieniem jasności kontekstu są mężczyźni w osobie reżysera filmowego, Victora Sjöströma/wiarygodny Piotr Grabowski/ i eksperymentującego odważnie operatora, Juliusz Jaenzon/uroczy Marcin Przybylski/. Z różnych perspektyw możemy spojrzeć na twórców obrazów. Ten sam problem  każdy z bohaterów rozwiązuje na swój sposób. 

Dobrze, że reżyser Artur Urbański zawierzył aktorom. Podąża za autorem. Spełniona, doświadczona, sławna pisarka w głębokim dramatycznie obrazie Anny Seniuk i drapieżna, drażliwa, bezpośrednia a nawet bezczelna, zmysłowa młoda aktorka w portrecie Marty Wągrockiej, reprezentują na pozór sprzeczne podejście do życia, inaczej radzą sobie z alkoholizmem ojca, stosunkiem do niego. Mają jednak ze sobą wiele wspólnego. To obraz komplementarny, dopełniający się. Pokazujący, co było na początku i na końcu samodzielnych, bezkompromisowych wyborów kobiet artystek. Mężczyźni są równie ambitni, mają konkretne plany artystyczne, do których konsekwentnie dążą. Ale jakże są różni od kobiet! W sumie każdy idzie własną drogą twórczą, w innym krajobrazie przyjętych taktyk dla realizacji wytyczonych strategii. Cel jest jednaki: każdy na swój indywidualny sposób pragnie poradzić sobie z trudną przeszłością, z życiem, które ściąga na dno, uwiera, drażni /jak ziarnko piasku w bucie, które trzeba wyrzucić lub włożyć do muszli, by się przekształciło w perłę/, chce tak je przetworzyć, by zahartowało, ocaliło i sprecyzowało to w co się wierzy, że jest ważne.  Wszyscy bohaterowie mają pasję, upór i cierpliwość. Imperatyw wewnętrzny, by obrócić brud tego świata w wartość, która nie będzie ich niszczyć a wzmocni, wyniesie na pożądany, możliwie najwyższy poziom ducha. Przyniesie w perspektywie sukces, którego pragnienie też jest napędem wszelkiego działania.

A więc sukces. Wielkich pasji, zdyscyplinowanego aktorstwa i doskonałej oprawy plastycznej. Kameralny spektakl lokuje widza w klaustrofobicznej przestrzeni łączącej miejsce montażu filmów/trzy duże stoły ze szpulami/, biura i sali projekcyjnej. To mroczna jaskinia, w której zaszywają się bohaterowie, by mogli wypracować, zmontować ostateczną, wiarygodną, mocną artystycznie dla świata wersję swego życia, ekstrakt do dalszej indywidualnej obróbki przez odbiorcę- widza, co pozwala mu z bliska obserwować dojrzałe, perfekcyjne aktorstwo Anny Seniuk i temperament, świeżość, intuicję, grę ciałem Marty Wągrockiej. Obie ważne, obie naturalne, swobodne, pewne w swoich rolach. Są dla siebie partnerkami, bratnimi duszami. Jak matka z córką, nauczycielka,  mentorka z uczennicą, raczej wspomagają się niż walczą ze sobą o swoje racje. Wspólnie nieustępliwie dociekają, przeprowadzają wiwisekcje siebie. Panowie, jakby w gorsecie konwenansu, poprawności ról społecznych, dominacji patriarchatu, a priori narzucającego porządek świata, stanowią dopełnienie. Niezbędny kontrastujący, dramatyzujący walor w tej palecie barw scenicznych.

Jednak podszyte jest łagodnością to boksowanie się, uporczywe prowokowanie, dociekanie prawdy, tajemnic i odkrywanie bohaterów, nieustępliwa chęć zrozumienia siebie nawzajem w relacjach, niełatwych przecież, nie pozbawionych iskrzenia, presji w dążeniu do dopięcia swego, w obronie prawdy o sobie, w brutalnych realiach życia. Spektakl maluje, mimo wszystko, czułą impresję pozwalającą przybliżyć się do poznania na czym polega przetwarzanie życia w sztukę. Czerpanie z siebie, innych, używanie siebie i możliwych dostępnych środków ma udowodnić, że wszystko może być tworzywem, które buduje a nie tylko niszczy. I, że jest to proces nieskończonej walki, wymagający twardego, silnego charakteru, przejścia drogi bólu, upokorzeń, porażek, upadków i błędów zanim dojdzie się do wymarzonego celu. Najpierw jest rzeczywistość i w procesie twórczym zostaje zmodyfikowana, wykorzystana, użyta. Powstałe dzieło, w tym wypadku książka, która jest punktem wyjścia dla kolejnych artystów do ich własnej twórczości/film z nowatorskimi efektami specjalnymi/. Sztuka karmi się nie tylko rzeczywistością ale i samą sobą. Ciągle opowiada przez różnych artystów tą samą historię, choć używa różnych narzędzi, środków wyrazu. Bywa kamuflażem. Ratunkiem. To często walka o przeżycie, zachowanie godności, obrona człowieczeństwa, chęć odciśnięcia własnego piętna na świecie i kolejna inspiracja dla tych, którzy się z dziełem zetkną i nałożą na nie własny laserunek wiedzy, doświadczenia, wrażliwości.

Tak jest też ze sztuką teatru a więc i z tym spektaklem, obrazem scenicznym. Sam w sobie jest żywą kreacją indywidualną i zbiorową. Dzieło wypracowane jest wspólnie. Jak widownia, jego odbiorca, go odczyta, zrozumie, przetworzy dla siebie, trudno przewidzieć. Jeśli zechce podzielić się wrażeniami ze światem, proces twórczy nadal będzie trwał-otwarty, nieskończony, nieprzewidywalny. Bo widzowie wychodzą ze spektaklu z własną wizją tego, co zobaczyli.  Też są twórcami obrazów.

TWÓRCY OBRAZÓW  PER OLOV ENQUIST

reżyseria: Artur Urbański
scenografia i kostiumy: Magdalena Maciejewska
projekcje wideo: Marek Zamojski

asystent reżysera: Tomasz Żebrowski
realizatorzy dźwięku: Piotr Gos, Marek Wojtulanis
realizatorzy światła: Janusz Brodacki, Łukasz Obuch-Woszczatyński
realizatorzy wideo: Mariusz Chałubek, Paweł Woźniak

obsada: Anna Seniuk, Marta Wągrocka, Piotr Grabowski, Marcin Przybylski

Premiera: 16 września 2017r., Scena Studio 
Fot. Maciej Landsberg, projekt ELIPSY

piątek, 8 września 2017

XIV FESTIWAL KULTURY ŻYDOWSKIEJ WARSZAWA SINGERA


XIV FESTIWAL KULTURY ŻYDOWSKIEJ WARSZAWA SINGERA już się zakończył ale dla tych, którzy w nim uczestniczyli pozostanie ważnym wspomnieniem, czasem radości, przemyśleń, nauki, mądrych, wzruszających artystycznych przeżyć. Wszystko, co widzowie zobaczyli, wysłuchali w nich pozostanie: spektakle teatralne, koncerty jazzowe, poetyckie, muzyki poważnej, klezmerskiej, religijnej  i nie tylko oraz spotkania z pisarzami, artystami, gośćmi festiwalowymi, czy może też konferencja naukowa, spacery po Warszawie, zwiedzanie Synagogi, cmentarza żydowskiego na Bródnie, warsztaty, lekcje języka jidisz, tańca, zajęcia kulinarne i wiele, wiele innych interesujących spotkań. Teatromani mieli możliwość nadrobienia zaległości repertuarowych Teatru Żydowskiego a także obejrzenia spektakli gościnnych i przedpremierowych. Wybór nie był łatwy. Czas też stanowił poważne ograniczenie. Często o tej samej godzinie odbywało się kilka imprez. Program bowiem był bogaty i różnorodny. Każdy mógł spędzić interesująco czas, zgodnie ze swoimi zainteresowaniami, potrzebami. Impulsem była ciekawość, pasja, fascynacja. Trzeba było dokonywać selekcji, z konieczności rezygnować z wielu atrakcyjnych propozycji.

Ale najważniejsze było to wspólne ze sobą, z bogactwem kultury żydowskiej obcowanie. Odnawianie i wzmacnianie relacji międzyludzkich. Wspólne dyskusje, rozmowy, spotkania. Celem stało się dostrzeganie poezji w najtrudniejszej prozie życia, szukanie ukojenia w bolesnych wspomnieniach, dociekanie sensu cierpienia i śmierci. Zasadności odzyskiwania utraconego czasu, przywracania i utrwalania pamięci o przeszłości, ludziach i ich losach. Zaproponowano powrót do przeszłości, wiwisekcję teraźniejszości, by móc patrzeć bez lęku i obaw w przyszłość. Bo artyści Teatru Żydowskiego z Gołdą Tencer nie boją się podejmować odważnych, trudnych współczesnych tematów. Spektakle Mai Kleczewskiej są tego koronnym dowodem. Nagrodzony, doskonały DYBUK i kontrowersyjny ale mocno przejmujący MALOWANY PTAK to wspaniałe spektakle prezentujące najwyższy poziom artystyczny. Są oskarżycielskie, prowokacyjne, plastycznie, choreograficznie  i tekstowo gorące emocjonalnie. Dramaturgicznie perfekcyjne. Nie pozwalają widzowi na letniość uczuć czy powściągliwość myśli. Na obojętność. Chwytają mocno za gardło, czule za serce. Dają do myślenia.

Performance SANATORIUM POD KLEPSYDRĄ Agaty Duda-Gracz przepięknie przeniosło widzów w świat wrażliwości jawy i snu Brunona Schulza. Pozwoliło każdemu w pełnej wolności błąkać się we własnym rytmie, czasie i formie, tworząc tym samym indywidualny seans poetyczno-metafizyczny. Można było być jak Bruno Schulz, tu i teraz w zawsze i wszędzie. To było wyjątkowe spotkanie ze sztuką, niesamowite przeżycie. Wspaniale, że ten performance powstał!!

Gościnny spektakl CZEKAJĄC NA GODOTA Teatru Yiddishpil z Izraela pokazał interesującą interpretację dramatu Samuela Becketta. Dwaj wędrowcy, Vladimir i Estragon, są tu francuskimi Żydami uciekającymi z okupowanego przez nazistów Paryża. Bohaterowie mówią różnymi językami/jidisz, francuski, hiszpański/, co pokazuje jak trudno się im skomunikować, zrozumieć. Utknęli w wolnej strefie na południu Francji, 3 km do granicy z Hiszpanią, w czasie drugiej wojny światowej, na przełomie zimy i wiosny 1943 roku /wyświetlany jest dokładny czas akcji, słychać naloty, strzały, wybuchy, odgłosy bitwy/. Cała sytuacja odnosi się do sytuacji uchodźców, widzimy bowiem koniec linii kolejowej, rampę na stacji końcowej, ciemność wokół i samotne, bezlistne drzewo- drogowskaz. Niewykluczone, że Godotem jest zwykły człowiek, Bóg, siła wyższa albo sama śmierć. Czekanie  wynika z sytuacji w jakiej znaleźli się bohaterowie, którzy są w stanie swoistego klinczu, zniewolenia, uwięzienia, nie są w stanie podjąć jakiejkolwiek decyzji, nie potrafią odpowiedzieć sobie na pytania: co dalej mają zrobić?, czy w ogóle można coś zrobić?, dokąd się udać?, w którą pójść stronę?, jak się ratować?, jak przetrwać? Opuszczeni przez ludzi i Boga bohaterowie są bezradni, zagubieni, zdezorientowani. Znaleźli się w sytuacji absurdalnej, trudnej do zaakceptowania ale konkretnej, prawdziwej, realnej. Niepewność, strach, zagubienie symbolicznych wiecznych tułaczy, uchodźców, tkwiących w pułapce czasu i miejsca, trudności komunikacyjne, niemożność porozumienia się, dogadania przełamywana jest poczuciem humoru, lekkością gry. Kontekst, dystans i spokój bohaterów, ich wzajemne zrozumienie i relacje nadają mu cechy konkretnego przypadku. Nie jest on wyłącznie abstrakcyjną, symboliczną tylko alegorią życia ale zyskuje rys zarówno szczególny, indywidualny, jak i ogólny, zbiorowy. Oczywiście nie wiemy, czy ostateczne wyjście z zaklętego kręgu czekania na Godota uwolniło bohaterów, przeniosło ich w nowy świat, kolejną sytuację bez sensu, bez wyjścia czy pozostaje ono symbolicznym przekroczeniem granicy życia, odważnym powitaniem śmierci. Z wyraźną ulgą bohaterowie opuszczają miejsce, które ich niszczy, degraduje. Stan dotychczasowego trwania w bezsensownym, wrogim, zabójczym  świecie na ten moment skończył się. Godot jest przeczuwaną, spersonifikowaną śmiercią/to przecież człowiek ją tu zadaje/, a czekanie na nią to okrutne, puste, marnotrawione życie. Jakiekolwiek działanie, walka nie ma sensu. Człowiek jest słaby, pozbawiony wpływu na cokolwiek. Właściwie liczy się tylko relacja międzyludzka, stosunek człowieka do człowieka, jaki może sam tworzyć, budować. Ale też to, czy w końcu człowiek podejmie ryzyko, czy się odważy, podejmie próbę, by cokolwiek zmienić. I to jest tu najistotniejsze w temacie czekania na oczywiste, czekania na nieuniknione, czekania aż ktoś za bohaterów podejmie decyzję, wskaże kierunek działania, wyjaśni sens wszystkiego, przyniesie wybawienie w postaci ostatecznego rozwiązania wszelkich problemów. Wytłumaczy niewytłumaczalne. Zrozumie niezrozumiałe.  Pokocha, zaakceptuje bezwarunkowo. Wchłonie lęk egzystencjalny. Weźmie na siebie całą odpowiedzialność za skutek i jego przyczynę. Wyzwoli, ocali lub zada cios ostateczny. Będzie sprawczy, silny, decyzyjny. Wydaje się, że jak żydowscy bohaterowie dramatu umieszczeni w kontekście wojny, tak współcześni uchodźcy i my, świat zachodni, czekamy na Godota, który podejmie za nas decyzję, będzie wiedział, co dalej robić, jak się zachować. To czekanie nie doprowadza do rozwiązania problemu. A czas wydaje się bezsensownie marnotrawiony. Trwamy tak w kryzysie bezdecyzjności, bezdziałania, w coraz groźniejszym stanie chaosu.

Cudownie dał nam poczuć jednię Boga i człowieka koncert kantoralny AHAVA RABA-POKÓJ, MIŁOŚĆ, MUZYKA,  uroczyście otwierający festiwal w Synagodze im. Nożyków. Religia, tradycja poprzez sztukę pozwoliła poczuć  siłę wiary, sens życia, rolę modlitwy. Dane człowiekowi możliwości wyboru, talenty mają mu pomóc w wyrażeniu więzi z Bogiem, drugim człowiekiem. Umożliwiają afirmację życia i śmierci. Ale w miłości i pełnej prawdzie winny go  przybliżyć do pokoju. Do odczuwania złożoności, komplikacji świata.  Yaakov "Yanky" Lemmer z fantastyczną maestrią, czułością i lekkością śpiewał a Frank London, Merlin Shepherd, Patrick, Farrell, Guy Schalom i Benjy Fox-Rosen grali czerpiąc ze źródeł muzyki klezmerskiej, chasydzkiej i kantoralnej, będącej sercem i duszą wschodnioeuropejskiej tradycji żydowskiej. Dali mistrzowski, energetyczny, nastrojowy koncert, pełen duchowości, pasji, radości, piękna. Równie interesująco było na koncercie finałowym festiwalu, który uświetnił David D’Or, światowej sławy izraelski kontratenor i kompozytor, który po raz pierwszy wystąpił z wielką gwiazdą izraelskiej sceny muzycznej, Miri Mesiką.

Nurt jazzowy festiwalu pozwalał publiczności cieszyć się spotkaniem ze znanymi zespołami, orkiestrami, wspólnym słuchaniem i przeżywaniem muzyki czerpiącej inspiracje z różnych kulturowych źródeł. Improwizacje, wariacje muzyczne i wokalne zachwycały publiczność, która doskonale się bawiła. Podobnie było na koncertach klezmerskich/Orkiestra Teatru Sejneńskiego/ czy poezji śpiewanej a także podczas recitalu OD SERCA DO SERCA Moniki Chrząstowskiej, pięknie interpretującej piosenki Wiery Gran, opowiadającej o jej życiu, drodze twórczej, traumach. Ciekawy, bo przybliżający poezję Gertrudy Stein był spektakl BARDZO UWAŻAJ NA...Barbary Dziekan, która z talentem, naturalnym wdziękiem i poczuciem humoru namawia nas -za inteligentną autorką tekstów- do życia pełnią, w zgodzie ze sobą, do szacunku, otwartości, wolności, walki o nią. Do świadomego, intensywnego bycia, zanurzenia się w prostej ale wzmacnianej własną wrażliwością egzystencji.  Zawiódł mnie tylko koncert BOOGIE STREET, w którym usłyszeliśmy Renatę Przemyk w repertuarze Leonarda Cohena. Koloratura aranżacji muzycznej i interpretacji wokalnej zagłuszyła intencje i przesłanie autora. Nie było w tym występie ani Przemyk, ani Cohena, jakich znamy, jakich kochamy, jakich czujemy. Jacy nam w sercu grają i śpiewają. Jedynie tekst-mocny, inteligentny, nastrojowy, poetyczny- nieśmiało się przebijał przez rozbudowaną mocno instrumentalizację muzyczną, wyszukany wokal. Na szczęście poezja ocalała. A publiczność to hojnie nagrodziła. Naturalnie i wzruszająco wypadł za to recital CZAS WSZYSTKO ZMIENIA Sławomira Zygmunta, śpiewającego poezję Krzysztofa Baczyńskiego, Bolesława Leśmiana, Boba Dylana, Leonarda Cohena oraz duetu Simon& Garfunkel. Przed koncertem uhonorowano artystę Medalem Zasłużony Kulturze GLORIA ARTIS. Gratulacje!

Ogromne mnie poruszyło spotkanie, na którym aktorzy Teatru Żydowskiego-Rafał Rutowicz, Piotr Sierecki, Gołda Tencer, Jerzy Walczak, Ernestyna Winnicka-czytali opowiadania anonimowych Żydów ujęte w książce REJWACH Mikołaja Grynberga. Relacje dawały świadectwo traum, metamorfoz osobowościowych i mentalnych, bolesnych przeżyć spowodowanych wojną. Bezpretensjonalne, szczere, prawdziwe uświadamiały, jak pamięć doświadczeń, strata kochanych, najbliższych osób, bolesne przeżycia wojenne, głęboko wrośnięty w podświadomość lęk i niekończąca się samotność wpływają na życie ocalałych z zagłady. Udowodniły siłę oddziaływania bezpośredniej relacji. Moc prostej, intymnej opowieści skomplikowanego życia. Pomyślałam, że jest to gotowy w koncepcji,-słusznie oparty na indywidualizmie talentów, cech osobowych występujących aktorów- intensywny, mocny, kameralny spektakl, który na pewno wzbudziłby zainteresowanie u publiczności. Z powodzeniem mógłby być grany, przynajmniej raz na jakiś czas.

Podobnie ważne było spotkanie W KUCHNI MAMY SONI: SKRAWKI PAMIĘCI -GOŁDA TENCER I JEJ GOŚCIE. Usłyszeliśmy życiorys Gołdy Tencer, opowiedziany przez nią samą, utkany ze skrawków jej pamięci. Z tego, co ocalało, przetrwało, daje nadal świadectwo/fotografie, listy, fartuszek szkolny, skrzypce Żyda, złoty zegarek z obozu w Ravensbrück/.  Usłyszeliśmy, że "Pamięć to ojczyzna Żydów".Wzruszająca, prosta, szczera była to opowieść, ilustrowana piosenką, muzyką. Zakorzeniona w historii, tradycji, obrządku. Wciągająca w emocjonalną, trudną, patchworkową podróż w czasie głównej bohaterki, jej rodziny, ale też historia Teatru Żydowskiego. Znów była to relacja nadająca najwyższą rangę pamięci, której nośnikiem jest każdy człowiek. Dzięki niej ma szansę wiedzieć kim jest, jaki ma cel w życiu, jaki jest jego sens. I waga, i znaczenie. Piękne to było spotkanie. Intymne, czułe, odwołujące się do tego, co dla Gołdy Tencer w jej życiu było i jest najważniejsze.

Interesująco wypadło też czytanie performatywne sztuki SZYC Hanocha Levina. Aktorzy Teatru Żydowskiego- Piotr Chomik, Henryk Rajfer, Joanna Rzączyńska, Ernestyna Winnicka- z werwą, zaangażowaniem, wstępną interpretacją, niedopiętą dramaturgią, bez scenografii, choreografii, muzyki, czy innych środków wyrazu absolutnie celnie oddali specyfikę twórczości autora sztuki. Tekst był tu najważniejszy, charakterystyka postaci i relacji międzyludzkich. Pokazał prawdę o ludziach, ich nieskomplikowanym życiu, które jest interesem, nieustającą negocjacyjną walką, grą, w której znać trzeba wartość wszystkiego ale i poszukiwaniem miłości, szczęścia, spełnienia. Mówił o marzeniach, celach, ambicjach bohaterów dowcipnie, dosadnie, bez ogródek, wprost. Dotarł do źródła natury ludzkiej, roli jaką pełni, co sobą stanowi. Levin, w tym pokazanym nam work in progress, bardzo mi się podobał. Wybrzmiał przyziemnością egzystencji ludzkiej, normalnością jej okrutnych, prostych prawd, oczywistych reguł i zasad, koniecznością przemijania, zwyczajnością śmierci. Uczciwie, bez usprawiedliwiania potraktował bohaterów, dla których szczęście, spełnienie, zaspokojenie kojarzy się z  konsumpcją krwistego kawałka mięsa, ulubionej kiełbasy, uwielbianych frytek. Myślę, że nie tylko mnie taka surowa ale na swój sposób jednak czuła  interpretacja zainteresowała. Ciekawie byłoby ją zobaczyć w teatrze w kształcie ostatecznie dopracowanym.

Równie intrygująco wypadł pokaz przedpremierowy spektaklu GINCZANKA. CHODŹMY STĄD w reżyserii i adaptacji Krzysztofa Popiołka. Niepokojąca scenografia/zniszczone, klaustrofobiczne przedwojenne lokum ze zniekształconymi, zaplamionymi lustrami/, muzyka wykonywana na żywo tworzą kontekst dla poezji -przepełnionej lękiem, niszczącą samotnością i bolesnym poczuciem zagubienia, świadomością nieustannego zagrożenia. To, co poetka przeżyła, pamięć o tym, decyduje o jej stanie psychiczno- emocjonalnym. Ginczance, granej przez Ewę Dąbrowską, towarzyszy dziewczynka, jej niewinne, czyste, ufne, wolne wcielenie. Tym bardziej dominuje atmosfera klinczu, uwięzienia, sytuacji bez wyjścia. Strachu.  Obsesyjnego kluczenia wokół tematu nadchodzącej katastrofy, nieuniknionego pożegnania, przedwczesnej śmierci. Poczucia winy, że  się nadal żyje. Spektakl przywołujący wiersze Ginczanki /mówione, śpiewane/, pokazujący ocalone, stare fotografie, przedwojenny film z dansingiem w restauracji ADRIA z tańczącymi parami na wirującym parkiecie, daje przejmujący obraz niezasłużonego niczym przemijania, z którym nie sposób się pogodzić, przeczucie końca niewinności, nadziei, którego nie można zaakceptować. Opór nic nie daje a znieczulenie nie działa. Świat znany, kochany odszedł bezpowrotnie. Życie piękne, wartościowe, czułe brutalnie zostało unicestwione. Tylko mała dziewczynka mogła pisać: "Nie boję się ogromu świata" a więc i ogromu osobistego bólu, strachu i poczucia klęski, o czym jeszcze nie wiedziała. Nie można po doświadczeniu i skutkach wojny, narodzić się na nowo. Lub uciec. Wszelkie próby są nieskuteczne. Wszędzie jest tak samo. Przygnębiająco, smutno, źle. Bez nadziei na szczęście normalnego życia. Premiera spektaklu będzie miała miejsce w październiku. Czekam, czekamy.

Nie sposób przemilczeć gościnnego spektaklu A TOURIST'S GUIDE TO WARSAW Państwowego Teatru Żydowskiego z Bukaresztu. W tonacji komediowej farsy, z lekkością  przemyca prawdę o relacjach dorosłego, niespełnionego ale zaradnego biznesowo artysty z jego znającą życie i ludzi despotyczną matką. Pokazuje problem odzyskiwania utraconego przez Żydów przedwojennego mienia o znacznej wartości/ warszawska kamienica w doskonałym stanie, w świetnej lokalizacji/. Spektakl tematycznie celnie wstrzelił się w naszą bieżącą, warszawską rzeczywistość, co dodatkowo wzbudziło zainteresowanie/w realu można obserwować reprywatyzacyjną komisję śledczą/. I znów poruszany jest temat pamięci. Tęsknoty za życiem, światem, rajem utraconym. Za miłością, bliskością przeciw destrukcyjnej samotności, którą bardzo mocno doświadczają wszyscy bohaterowie sztuki. Za atmosferą Warszawy, miastem szczególnym, które jest cmentarzem, pomnikiem, miejscem, które się kocha i pragnie w nim żyć.  Warto się przyjrzeć obrazowi pamięci przeżyć, który wpływa na całe życie człowieka. Publiczność warszawska nie  pogardziłaby takim spektaklem Teatru Żydowskiego. Miałby na pewno powodzenie.

W Teatrze Studio można było zobaczyć PSALM, spektakl Teatru OPERA MODERN. Interdyscyplinarny projekt z muzyką wykonywaną na żywo, śpiewem operowym, pantomimiczną choreografią, sugestywną scenografią poruszał problemy współczesne życia pary uchodźców i pary przedstawicieli świata, która ich przyjmuje oraz splątanie ich wzajemnych relacji. Temat jest aktualny, gorący, ważny. Opowiada o kondycji współczesnego człowieka, jego mentalności. O problemach, wymogach, koniecznościach bieżącego życia jednostki, współczesnej rodziny, którym trudno sprostać/dużo obciążającej pracy, brak czasu dla rodziny/. Które są w kolizji z tym, co nowe, obce, inne, niestandardowe. Potrzebujące uwagi, czasu, troski, miłości, a przede wszystkim cierpliwości i zaangażowania. Spektakl wymaga od wykonawców wszechstronnego, specjalistycznego przygotowania/zdolności wokalne, aktorskie, taneczne/, gotowości do sprostania niełatwym wyzwaniom. Umiejętności przekazania psychologicznej prawdy, szczerości intencji, budowania przekonujących, wiarygodnych charakterystycznych portretów bohaterów. Zakończenie jest smutne, bolesne. Przesłanie jasne, trudne do zaakceptowania, do wykonania. Wiemy o tym z autopsji. Przyglądamy się sobie w teatrze jak w lustrze. Spektakl poprzez analizę rzeczywistości bieżącej szuka dla nas pocieszenia, ratunku. Odwołuje się do intuicji, do tytułowego psalmu, który pozwala ludziom czerpać siłę z wiary w Boga a poprzez nią nie tracić wiary w człowieka. Interesujący jest to projekt z mocnymi, plastycznymi obrazami scenicznymi i pięknym śpiewem solistów. Cieszę się, że udało się go zrealizować i publiczności pokazać. Myślę, że z czasem nabierze większej intensywności, spójności i mocy zgrania wszystkich tworzących go elementów. Brawa należą się twórcom i artystom, wszystkim, którzy odważyli się wypracować tak ważny tematycznie i bardzo trudny realizacyjnie projekt!

Oferta festiwalu była imponująca! Ciekawa, różnorodna, bogata. Żegnała lato, witała jesienne, pracowite już klimaty. Fantastycznie pozytywnie przygotowała widzów do nowego sezonu teatralnego. Rozgrzała ich i wyostrzyła apetyt na artystyczne życie poza festiwalowe. Przypomniała repertuar Teatru Żydowskiego. Pokazała jego możliwości, chęć rozwoju i otwartość, elastyczność. I uzmysłowiła wagę podejmowanych tematów, znaczenie dyskutowanych problemów. Teatr Żydowski to nowoczesny, silny programowo teatr. Ale nadal nie ma swojej siedziby a jego spektakle, co celnie ujęła Gołda Tencer na koncercie inaugurującym festiwal,  jak dybuki pojawiają się na różnych gościnnych scenach teatralnych Warszawy/Nowy Teatr, Teatr Kwadrat, Klub Garnizonowy/. Obserwujemy bardzo smutną, zupełnie niezrozumiałą, wyjątkowo trudną logistycznie, organizacyjnie, finansowo walkę o przetrwanie. Ale Teatr Żydowski a razem z nim i FESTIWAL KULTURY ŻYDOWSKIEJ WARSZAWA SINGERA to wszyscy, którzy go tworzą i w jego życiu uczestniczą. Ci, którzy ciężko pracują, by trwał  i rozwijał się nadal oraz ci, którzy tak licznie przybywają na jego wezwanie. Nic nie zawiodło; ani artyści, ani publiczność. Pogoda też w niczym nie przeszkodziła. Było pięknie, było ciekawie, energetycznie. Organizator, FUNDACJA SHALOM, i TEATR ŻYDOWSKI z Gołdą Tencer odnieśli wielki sukces!:)

Do zobaczenia więc za rok, na kolejnym FESTIWALU WARSZAWA SINGERA! Tymczasem Teatr Żydowski wchodzi w nowy sezon 2017/2018. Na pewno będzie  grał swój repertuar, w którym każdy widz znajdzie coś interesującego dla siebie, na pewno będzie wystawiał nowe sztuki, dawał premiery. Warto w tym teatrze być, warto mu sekundować, warto go w gościnnych, przyjaznych mu teatrach warszawskich szukać. Powodzenia :)






czwartek, 20 lipca 2017

BODY-OPERA NOWY TEATR


Ci z nas, którzy poznawali historię osobistej traumy Wojtka Blecharza w TRANSCRYPTUM wędrując po Teatrze Wielkim Operze Narodowej (2013) lub spacerowali po parku Skaryszewskim w PARK-OPERZE napisanej dla Teatru Powszechnego (2016) mogli się domyślać, ba, oczekiwali, że nowy projekt-instalacja BODY-OPERA, przygotowana ze scenografką Ewą Marią Śmigielską, tancerzem Karolem Tymińskim, kontrabasistką Beltan Ruiz Moliną i perkusistą Alexandrem Babelem, jest zaproszeniem do kolejnej przygody artystycznej, która będzie pracą, treningiem wsłuchania w ciało i muzykę/ „opera” z włoskiego znaczy „praca”/. I nie zawiedli się. Niekonwencjonalne rozwiązania formalne, uwolnienie widzów z konieczności zachowań, do jakich są przyzwyczajeni w tradycyjnym odbiorze opery, interesująca scenografia wykorzystana jako instrument muzyczny, sama muzyka, jej brzmienie, źródło pochodzenia, jej sposób tworzenia i oddziaływania jest tu niezwykły i tworzy nową kategorię przekazu, odmienną jakość odbioru, partnerskie relacje dzieło-odbiorca. Wojtek Blecharz przypomina, że doświadczanie świata, w tym również świata sztuki, jest procesem ucieleśnionym. Wykorzystującym wszystkie zmysły, uwzględniającym nasz świat wewnętrznych, bardzo zróżnicowanych predyspozycji, talentów i indywidualnych możliwości kreacji. I ważna jest interakcja artysta odbiorca. To, w jaki sposób świat, artysta i jego dzieło działa. W jakim stopniu odbiorca decyduje o kształcie ostatecznym wypowiedzi artystycznej, jaki ma na nią wpływ.

CIAŁO muzyka, tancerza, widza umiejscowione jest w nowej sytuacji muzyczno-teatralnej. Zarówno generuje dźwięk, jak i go poprzez siebie odbiera, przetwarza. To rzeczywiście działa.  Tancerz swym ruchem tworzy muzykę/wybija rytm, stukot, szum, szmer, itd./. Muzycy-perkusista i kontrabasistka-poprzez bezpośredni kontakt ciała z instrumentem wydobywają niekonwencjonalne brzmienie instrumentów, improwizują oryginalne linie melodyczne. Wszyscy, łącznie z Wojtkiem Blecharzem, wyczarowują z instalacji scenograficznej/wiszące olbrzymie stalowe płachty/ raz używając, raz nie smyczków, swoisty metaliczny, kosmiczny koncert, który doskonale wpisuje się w całość kompozycji muzyczno-dźwiękowej. A ta przenosi nas w przestrzeni i czasie. Odnieść można wrażenie, że zarówno do początku naszego istnienia/życia płodowego w łonie matki/ jak i w przyszłość czy podróż w kosmosie. Mamy możliwość wzbogacania swoich doznań. Uruchomienia swego ciała technikami relaksacyjnymi. Czeka też na otwarcie pudełko z tajemniczą zawartością, co też stymuluje procesy myślowe, poznawcze. Dowolność reakcji, działań, interpretacji tego, co się przeżywa w trakcie BODY-OPERY jest wartością samą w sobie. 
Wojtek Blecharz, kompozytor wykształcony klasycznie, z jednej strony odchodzi od tego, w jaki sposób dziś wystawiamy i odbieramy operę, formę bogatą, ogniskującą wiele zróżnicowanych środków wyrazu absorbujących percepcję widza/muzyka, śpiew, taniec, gra aktorska, choreografia, scenografia/ i wykorzystuje jej strukturę ale z drugiej strony wraca do jej początku wystawiania, kiedy wizyta w operze miała charakter bardziej społeczny, bo przede wszystkim była spotkaniem towarzyskim, biznesowym, a nie jak obecnie głównie wydarzeniem artystycznym.Dlatego autor uwalnia widza. Pozwala mu się czuć swobodnie. Zachowywać dowolnie. Przygotowuje mu do tego idealne warunki: matę z poduszką, w którą wmontowany jest głośnik, kocyk, krzesła. Widz nic nie musi. Nie jest statycznym, unieruchomionym przez konwencję zachowań biernym adresatem sztuki/fotel, siedzący obok niego w rzędach inni widzowie, słuchacze/. Dowolnie wybiera pozycję odbioru sztuki. Może więc siedzieć, leżeć, spać, reagować na sugestie autora lub nie, może włączyć się w przebieg zdarzeń ale też może się z nich wyłączyć.  Może rozmawiać, szeptać, wychodzić czy wchodzić. Indywidualnie sam decyduje o tym, w jaki sposób jest w tej sztuce obecny.

W zasadzie nie zaburzają te swobodne zachowania widzów całości odbioru. Bo jak w poprzednich operach Wojtka Blecharza, projekt z góry zakłada różnorodność. Harmonijne linie melodyczne zakłócane są wdzierającym się w nie dźwiękowym chaosem/szumy miasta, brzdęki, rozmowy, szepty, kroki, itd./. Jakby jedno z drugim współistniało, jedno poprzez drugie się wypowiadało, niekoniecznie ze sobą walczyło. Właściwie nic nie zagrażało kompozycji. Autor a priori wpisał ten spontanicznie tworzący się rumor, indywidualne, przypadkowe dźwięki w to, co sam stworzył. Założył tylko, że muszą się pojawić, jeśli daje widzom wolność, co jest interesującym pomysłem, który powoduje, że spontaniczne zachowania niosą elementy improwizacji, nie są tak naprawdę do końca przewidywalne.

W tym sensie Wojtek Blecharz cudownie kontynuuje i rozwija swój pomysł na operę. Szanuje widza, słuchacza, odbiorcę. Traktuje go bardzo poważnie. Budzi w nim instynkt artysty. Daje szansę nie tylko na samą obecność i odbiór ale prowokuje współuczestnictwo i współtworzenie. Zależy mu na tym, by każdy uczestnik uświadomił sobie  co czuje, co myśli, w jaki sposób, czym odbiera muzykę, sztukę, jak postrzega swoją w tej sztuce, proponowanej kompozycji obecność.

Poza formą, która jest u Blecharza futurologiczna/srebrne kostiumy, paznokcie pięknie komponują się ze stalową, surową scenografią/, prosta, otwarta, pojemna interpretacyjnie, ujmuje własnie ta jego na widza uważność. Jaki efekt spowoduje dzieło samo w sobie-niezależne, skończone, zamknięte?-trudno powiedzieć. Celem jego działania wydaje się być relacja widza, słuchacza, odbiorcy z propozycją kompozytora. I niekoniecznie te dwie ścieżki, którymi podąża autor-twórca, i współautor-odbiorca są tożsame. Zdarza się, że przecinają cię tylko lub pozostają dwiema równoległymi stanami ciała i umysłu, odrębnymi mentalnymi ścieżkami przeżywania sztuki. Gdzie autor inspiruje, motywuje, sugeruje a aktywny, wolny odbiorca według własnego klucza z zaproponowanej palety artystycznych bodźców, środków tworzy swoje indywidualne kombinacje znaczeń i rozwija je dalej, szerzej, głębiej. Blecharz angażuje swoją propozycją odbiorcę-jego ciało i umysł, wrażliwość i wyobraźnię-stwarza mu możliwość ingerencji, uczestniczenia, współtworzenia. Nie jest kompozytorem apodyktycznym, nieobecnym a jego dzieło zamkniętym tradycyjnie projektem, danym raz na zawsze utworem z możliwością wirtuozerskiej tylko wariacji. Interpretacji. Kompozytor stawia na aktywne otwarcie, kreatywność każdego z uczestników spotkania. Szanuje ją i traktuje jak pożądaną, oczekiwaną kontynuację, która ma decydujące rozwinięcie. Ma świadomość, że i tak odbiorca przetwarza w czasie i przestrzeni to, co wybierze, zawłaszczy dla siebie. Jego sztuka, jeśli padnie na podatny grunt, będzie dalej w duszy jej odbiorców grać. Bo jest kompozycją wybranych i opracowanych elementów, które dopiero wzbogacone o indywidualny wkład sposobu aktywności każdego odbiorcy uzyskuje dopiero kształt ostateczny. A przecież trudno z góry przesądzić, jak wybrzmi w każdym z osobna.

Wojtek Blecharz to wyjątkowa, otwarta, odważna osobowość artystyczna ciągle poszukująca nowego sposobu komunikowania się, oddziaływania na ciało, zmysły i umysł człowieka. Wykorzystuje niekonwencjonalne ale bardzo proste środki wyrazu, tworzące nową jakość ważnej wypowiedzi. Opowiadającą o jedności świata, jego ważności, charakterze, o tym co obce, inne, nowe ale i o tym, co dobrze znane, stare, o związku chaosu z harmonią. Jakby przeciwieństwa nie mogły istnieć bez siebie, w jakiś tajemniczy ale oczywisty sposób były komplementarne. A najważniejsze jest otwarcie się na to bogactwo różnorodności, które jest zarówno darem jak i przekleństwem. Zmusza bowiem do afirmacji życia, poszukiwań sztuki, akceptacji człowieka jaki jest.W sprzecznościach i niekonsekwencjach.  W ich własnym ze światem splątaniu. W złożoności prostoty. I choć OPERY Blecharza wydają się niepozorne, oczywiste, nieskomplikowane, to jednak uderzają w czułą strunę duchowości człowieka, jego istotę, która raz poruszona gra i wibruje nadal; raz uspokaja, innym razem drażni. Na pewno inspiruje. Nic dziwnego, że kompozytor nie ustaje w poszukiwaniu nowego spojrzenia na starą formę opery. Jak można się było przekonać, daje ono tyle zaskakujących możliwości!

Przyznam, że bardzo mi się sztuka opery Wojtka Blecharza podoba. Bardzo. Jest sugestywna ale nienachalna. Prosta ale komplikuje mi tradycyjny obraz postrzegania świata, sztuki, mnie jako odbiorcy. Podprogowo burzy schematy, wnika naturalnie, spokojnie i zostaje. W każdej chwili mogę się przenieść siłą wyobraźni w rewiry wyczarowane przez kompozytora. Nadal wędruję po zakamarkach Opery Narodowej i snuję własną opowieść z pogranicza jawy i snu, thrillela psychologicznego. Czy lato czy zima spaceruję po parku Skaryszewskim przeobrażonym przez Blecharza w ogród rajskich artystycznych doznań-naturalnych i niezwykłych. Teraz, po BODY-OPERZE, przemieszczam się w czasie i przestrzeni kosmosu-od łona matki , poprzez kawalkadę dźwięków życiowych doświadczeń po nieskończony kres. Sztuka uwalnia. Otwiera, odblokowuje, tworzy nowe konfiguracje. Co nam to daje, co umożliwia, każdy może odpowiedzieć sam. Z własnej nieprzymuszonej woli. Spontanicznie, naturalnie, swobodnie. Wystarczy przyjąć tę propozycję, przyjąć postawę ciekawego wszystkiego dziecka. Słuchać, patrzeć. Ze sztuką być.

Muszę jeszcze zobaczyć, usłyszeć, przeżyć SOUNDWORK w TR Warszawa. Dobrze, że jest na co czekać. Dobrze, że Wojtek Blecharz będzie pracował nad nowymi projektami.  Powodzenia:) 
BODY-OPERA
reżyseria, muzyka: Wojciech Blecharz
tancerz: Karol Tymiński
kontrabas: Beltane Ruiz Molina
perkusja: Alexandre Babel
scenografia, kostiumy: VJ Ewa Śmigielska
reżyser światła: Tadeusz Perkowski

Produkcja: Nowy Teatr
Koprodukcja: Instytut Adama Mickiewicza, Huddersfield Contemporary Music Festival
Partner: Fundacja Ciało/Umysł w ramach projektu Performing Europe

Nagranie utworu Wojtka Blecharza „Techno" ze spektaklu „Soundwork" zostało udostępnione dzięki uprzejmości TR WARSZAWA.

Nowy Teatr 16-17.07.2017
foto: Brian Slater

czwartek, 13 lipca 2017

KINKY BOOTS TEATR DRAMATYCZNY


Już samo spojrzenie na plakat powoduje, że jesteśmy zaintrygowani. Przyciąga jak magnes, fascynuje wyrafinowaną kompozycją plastyczną kryjącą nieokreślony niepokój, niewypowiedziane napięcie, determinację, zuchwałą pewność siebie. Spekulujemy czy ta ekstrawagancja prowokującej, bogatej formy aby nie opakowuje szczelnie kruchego, skupionego na sobie tajemniczego, równie bogatego i cennego człowieczego wnętrza.  Nic dziwnego, że chcemy je poznać, oswoić. Obiecuje wiele. Jesteśmy zaciekawieni, niczego do końca pewni.

KINKY BOOTS  to musical inspirowany prawdziwą historią.  I to jest jego pierwotna, naturalna siła. Jądro wiarygodności. Pokazuje drag queen w kontekście biznesu, co jest fantastycznym połączeniem dramaturgicznym. Rodzi poważne napięcia, które rozładowywane są przez ich ujęcie humorystyczne. Muzyka, taniec i śpiew ilustrujące sytuacje i wybory życiowe bohaterów sprawiają, że o trudnych sprawach intymnych, osobistych, biznesowych spektakl opowiada lekko, przyjemnie, optymistycznie. Przebojowo. Z góry wiadomo że wszystko skończy się dobrze. A mając perspektywę przeżycia ciekawej, niebanalnej przygody w teatrze, łatwiej jest widzom razem z jej bohaterami podążać drogą poznawania niewygodnej prawdy, podejmowania trudnych decyzji, konieczności dokonania niezbędnych zmian w życiu, doświadczania świata i akceptowania w nim siebie. Sztuka sugestywnie uczy tolerancji, otwartości, elastyczności. Mówi, że różnorodność jest cenna. Może uwalniać od stereotypów, przesądów, przyzwyczajeń. Przypomina, że pasja w życiu to siła napędowa wszelkiego postępu i źródło szczęścia. Ma moc inspirującą, uzdrawiającą, kreacyjną. Na wskroś pozytywną. Twórczą.

I udaje się twórcom i artystom sprawić, że sztuka jest silnie emocjonalną wypowiedzią sceniczną. Kolorowa, dynamiczna, wyrazista w przekazie przyciąga uwagę, wyzwala pozytywną energię. Walcząc ze stereotypami sama je stosuje w rozwiązaniach formalnych. Posługuje się dobrze sprawdzonym klasycznym sentymentalizmem, konserwatywnym podejściem do miłości, uczuć, biznesu, samoakceptacji, orientacji seksualnej. Przywołuje stare jak świat traumy, które komplikują dorosłe życie/relacje ojciec syn/. Skutecznie jednak oswaja z tym, co nowe, inne, obce. Wiarygodnie to wykorzystuje. A to wartość niebagatelna, ważna sama w sobie. Bo przy tym angażuje i bawi widzów doskonale. Pozwala im śnić w teatrze sen o sukcesie, szczęściu, spełnieniu, byciu sobą. Umożliwia przeżywanie bajki dla dorosłych. Wysyła do realnego świata z przesłaniem:„Bądź tym, kim chcesz. Nie daj sobie wmówić, że robisz coś źle”. Jak może się ten musical publiczności nie podobać?

Zwłaszcza, że pomysłowa, prosta scenografia, wykorzystująca kontrast i akcent kolorystyczny/w szarej, niewesołej rzeczywistości pojawia się ostra czerwień/, zmienia nastrój otoczenia, temperaturę uczuć, stanów emocjonalnych  pod wpływem światła. Muzyka wykonywana jest na żywo, co jest mocnym atutem. Aktorzy grają niełatwe, charakterystyczne, śpiewające role, niektórzy w mocnym makijażu, poruszając się w butach na wysokich obcasach.  Kostiumy fenomenalne, charakteryzacja bogata, choreografia skomplikowana, zjawiskowa sprawia, że oczu od sceny nie można oderwać.

Kontrowersyjna jest w tym wszystkim obecność dziecka, również ozutego w czerwone buty. Razić może niektórych zbytnie uproszczenie, naiwność, banał, schematyczność opisywanej historii, właściwa dla musicalu. Rekompensuje to i unieważnia aktorstwo Krzysztofa Szczepaniaka. Wyważone, lekkie, nieprzerysowane. Trzymające w surowych karbach warsztatu aktorskiego Lolę, drag queen. Aktor na szczęście nie popada w przesadę, nie tworzy karykatury, nie przedstawia nam słodkiej, naiwnej, kolorowej, papierowej postaci. Zdecydowanie choć nienachalnie sięga głębiej. Pozostaje wiarygodny, przekonujący, prawdziwy w tej roli. Pozwala poznać widzom człowieka z krwi i kości, z determinacją, pokorą przedzierającego się przez niełatwe życie naturalnego, wzruszającego Simona. Akceptującego siebie, otwartego na innych ludzi. Dającego sobie radę, czerpiącego z życia, co się da. Wykorzystującego każdą możliwą szansę. Starającego się być szczęśliwym. Nie brakuje mu pasji, siły. Choć nie zawsze jest przyjemnie i wesoło.Trzeba podkreślić, że jest to kolejna bardzo udana podwójna rola Krzysztofa Szczepaniaka. Równie mocno charakterystyczna jak poprzednie. Ale inna, bo aktor tu też śpiewa, tańczy. Dominuje w sposób szczególny. Wyróżnia się ale nie zagłusza istoty treści jakie niesie jego bohater. Pozostawia pole do zaistnienia, wypowiedzi innym aktorom. Co ostatecznie decyduje o tym, że musical jest zbiorowym sukcesem Teatru Dramatycznego. Radością dla publiczności, która przyjęła tę propozycję sceniczną bardzo, bardzo gorąco. Wręcz entuzjastycznie. Najwyraźniej potrzebuje rozrywki, szuka takich sztuk, które niosą optymistyczne, budujące przesłanie. Które dodają siły, przywracają nadzieję i wiarę w człowieka, w jego walkę o przetrwanie w zgodzie z nim samym. Które bawią i cieszą. Pomagają pokonywać przeszkody, trudności, komplikacje. Uczą dostrzegania całej palety barw, różnorodności jakie oferuje świat. Bo nie ma przymusu doświadczania go tylko w kontrastowej, ubogiej, przygnębiającej, poważnej odsłonie.

Musical KINKY BOOTS niewątpliwie wzbogaca ofertę repertuarową Teatru Dramatycznego, który przyciąga coraz bardziej różnorodną publiczność. Przyzwyczaja widzów do siebie grając dużo i często. Ma przez siebie wykreowane gwiazdy. Buduje solidny, szeroko mainstreamowy teatr. Brawo!




KINKY BOOTS
według scenariusza Geoffa Deana i Tima Firtha, z librettem Harveya Fiersteina, muzyką i słowami Cyndi Laupertłumaczenie libretta i tekstów piosenek: Michał Wojnarowski

reżyseria: Ewelina Pietrowiak
scenografia i kostiumy: Aleksandra Gąsior
choreografia: Paulina Andrzejewska
kierownictwo muzyczne: Urszula Borkowska
przygotowanie wokalne: Anna Grabowska
reżyseria świateł: Łukasz Różewicz

OBSADA:

Mateusz Weber – Charlie Price
Krzysztof Szczepaniak – Lola/Simon
Kinga Suchan – Nicola
Anna Szymańczyk – Lauren
Mariusz Drężek – George
Łukasz Wójcik – Don
Anna Gajewska – Pat
Marta Król – Trish
Michalina Sosna (gościnnie) – Marge/Menedżerka pokazu
Tomasz Budyta – Pan Price/Bezdomny/Pracownik
Maciej Wyczański – Simon Senior/ Pete/Chuligan
Maciej Radel (gościnnie) – Harry/Pracownik
Kamil Siegmund – Richard Bailey/Kurier/Pracownik
Kamil Mróz (gościnnie) – Aniołek Loli
Kamil Studnicki (AT) – Aniołek Loli/Sędzia
Jakub Szyperski (AT) – Aniołek Loli/Spiker
Mirosław Woźniak (gościnnie) – Aniołek Loli
Jakub Kozak/Jan Petersen – Mały Charlie
Jakub Chmielarz/Krzysztof Białowąs – Mały Lola/Simon

KINKY BOOTS wystawiono w porozumieniu z Music Theatre International (MTI), które zapewniło autoryzowane materiały do przedstawienia www.MTIShows.com. Prawa autorskie do KINKY BOOTS w Polsce reprezentuje Agencja ADiT.

premiera: 7.07.2017

plakat Teatru Dramatycznego, fot. Kasia Chmura-Cegiełkowska

środa, 12 lipca 2017

GALA Jérôme BEL FESTIWAL CIAŁO/UMYSŁ 2017


FESTIWAL CIAŁO/UMYSŁ 2017 wystartował zdumiewająco prostym ale mocno chwytającym za serce spektaklem GALA. Koncepcja Jérôma Bela mówi:to nie jest skomplikowane. Sięga do źródła. Wraca do człowieka, każdego człowieka, takiego jakim jest. Sięga po jego potencjał, odrębność, kreatywność. Nie ingeruje w jego świat, nie tresuje go, nie kształtuje na doskonały, perfekcyjny, bezbłędny obraz a daje szansę odwadze podjąć ryzyko wyrażenia siebie. Spontaniczne, dowolne, do końca własne. Jakie by w efekcie nie było. Umożliwia konfrontację jednostki ze światem zewnętrznym. W całokształcie ograniczeń, w krasie wszystkich możliwości. Wraca do początku tego, co może się rozwinąć, bo projekt pozwala na to, stwarza komfortowe warunki do prezentacji, ekspresji, rozwoju  jednostki indywidualnie i zbiorowo. Pokazuje jej przebudzenie, otwarcie się. Umożliwia światu poznanie jej  w formie nie wymuszonej, nie narzuconej a więc w swobodnej ekspresji tańca, ruchu, gestu. Z muzyką i w ciszy. Uczestnik mówi swoim występem: oto jestem jaki jestem, przyjrzyjcie się, przebijcie do mej istoty, wnętrza poprzez powłokę, która jest stereotypowo odbierana, automatycznie oceniana, klasyfikowana, szufladkowana a więc myląca, kamuflująca prawdziwą moją naturę. I te olśnienia mają miejsce. Są to ułamki sekund, nieprzewidziane zdarzenia, przypadkowe sceniczne reakcje. Wysiłek sprostania postawionemu do wykonania tego samego zadania, trud naśladowania tańca osoby wiodącej, tak by wykonać synchroniczny układ ruchów, kroków, gestów, solo w grupie do tej samej muzyki, prezentacja własnych improwizacji tworzą nieprzewidywalną, zaskakującą, emocjonującą dramaturgię. Budują napięcie, które uzmysławia widzowi codzienne sytuacje, działanie, relacje międzyludzkie. Życie w społeczności, w samotności. W trudzie i znoju dostosowywania się do siebie nawzajem. Uważności na siebie. Skupieniu na tym, co inni mają do powiedzenia tylko samym swoim zaistnieniem.  

Jakby Jérôm Bel odwracał spojrzenie na sztukę. Nie poprzez sam efekt estetyczny ale poprzez intencje, potencjał, istotę wykonawcy. Proponuje widzom dostrzec tą czystą, pozbawioną ingerencji, moderacji, manipulacji, edukacji, tresury kreację uczestników projektu. W każdym kraju, gdzie go realizuje, jest ich zawsze dwudziestu, w różnym wieku, płci, o różnym statusie, wykształceniu, narodowości. Tożsamości, temperamencie, osobowości. Ta różnorodność, odrębność, wsobność jest też podstawowym walorem w malowaniu obrazu jednostki i scalającej się na scenie zbiorowości. Jest dla nas, widzów, informacją pobudzającą ciekawość, proponującą radość odkrywania, poznawania, uczenia się siebie nawzajem. Otwiera wszystkich uczestników spotkania w teatrze: zarówno tych na scenie, jak i tych na widowni. Zbliża. Pozwala się utożsamić. Wpatrzeć w siebie nawzajem. Akceptować. Afirmować. Burzyć barierę wstydu, zahamowania, lęku przed kompromitacją, śmiesznością a przede wszystkim innością, obcością. Unieważnia granice poprawności, tego co można i nie można. Ignoruje, choć wykorzystuje kanon. Pokazuje zabawę sztuką. Jej pierwotną, naturalną rolę. Znaczenie. Sięga do jej początku. I pokazuje nam wszystkim kierunek działania: wieczna doskonałość jest niemożliwa, akceptujmy się takimi, jakimi jesteśmy, czerpmy z życia, ze sztuki przyjemność tworzenia i przeżywania, starajmy się być szczęśliwi, wyrozumiali. Bądźmy ciekawi świata i ludzi. Siebie. To piękny i prosty przekaz. 

Jérôm Bel otwiera i uwalnia. Proponuje przestrzeń sztuki jako sposób na zbliżenie. Poznanie. Zaakceptowanie. I udowadnia, że spontaniczna, wolna, szczera forma ekspresji daje ogromną radość wzajemnego ze sobą obcowania. Wyzwala empatię. Ośmiela każdego. Jest komunikatywna. Jasna i zrozumiała.  Może dlatego spektakl rozpoczyna się prezentacją pustych sal teatralnych, widowiskowych, miejsc z różnych krańców świata. Jest zaproszeniem. Jest zachętą mówiącą, że świat czeka na każdego z nas otwarty i gotowy. Ale otwarty i gotowy również na zmianę. Siłą jest sama różnorodność, odrębność, historia świata i nasza własna, która opowiedziana może być dowolnym sposobem; poprzez ciało i umysł. Naszą niedoskonałością i dążeniem do doskonałości. Momentami, gdy to, co brzydkie, wadliwe, ułomne, co ogranicza i więzi przestaje być istotne, widzialne. Ważne jest nieustające próbowanie, działanie, wychodzenie sobie naprzeciw. Dawanie sobie i innym szansy. Tolerancja. Najważniejsza jest wyobraźnia, wrażliwość, szczerość i prawda. A te zdawałoby się niedopuszczalne potknięcia, błędy, omsknięcia/gubiony pantofelek na scenie/w tym wypadku wzruszają, podkreślają  człowieczeństwo. Warto choć raz spróbować wejść w skórę drugiego człowieka/ tu zamiana ubrań/, tak, by umysł zrozumiał inne, obce ciało. Przytulił je z życzliwością, czułością, nieograniczonym kredytem zaufania. Sztuka potrafi to pokazać. GALA umożliwiła to widzom poczuć. 

Projekt Jérôma Bela jest dokładnie przemyślany, zorganizowany i wykonany. Odnosi się do instynktu, dążenia jednostki do życia we wspólnocie, łączy indywidualizm z wymogami zbiorowości i pokazuje ich wzajemne przenikanie się.  Zawierzając wykonawcom wyzwala w nich siłę, wzmacnia pewność siebie, daje poczucie własnej wartości. Pozwala na walkę z tym, co ogranicza, więzi. Uczy akceptować błędy, niedoskonałości. Umożliwia poznanie wartości, wagi porażki, którą oswaja, ignoruje, by dalej realizować przyjęty plan. Wskazuje na to, co łączy ludzi, by pokonać to, co ich dzieli. To plan dla nas wszystkich. Spektakl podzielony na części: BALET/jedna osoba, jedna figura, ten sam fragment muzyki klasycznej/, WALC/dwie indywidualności we wspólnym kroku tańca/, IMPROWIZACJA W CISZY 3 MINUTY WSZYSCY/wow! obraz dowolnych ruchów ciał w ciszy/, MICHAEL JACKSON/odniesienie do popkulturalnych wpływów na indywidualne ciało/umysł/, UKŁONY/o! to bardzo osobisty, intymny pokaz indywidualizmu, wdzięczności i pokory/, SOLO/absolutna wolność, tego co co w duszy gra a wyraża się poprzez ciało/, ZESPÓŁ ZESPÓŁ/ jeśli można razem coś stworzyć, mimo różnic, zróbmy to!/, stwarza jedynie ramy, w których zawiera się oryginalny plan koncepcji jej autora, dającego nieograniczone pole dla uwolnienia indywidualnej kreacji każdej jednostki, która realizuje się i rozwija dopiero w kontakcie, w interakcji z różnorodną, równie wolną, stymulującą zbiorowością. Bo tak naprawdę nothing and nobody's perfekt. Idealnym ciałem, perfekcyjnym umysłem można być tylko przez chwilę, dobrym, otwartym człowiekiem można być zawsze. I tę prostą prawdę o ludziach, ich sztukę wyrażania się poprzez sztukę pokazuje ten spektakl. 

Dlatego publiczność reagowała entuzjastycznie, nagradzała występujących gromkimi brawami, dopingowała, skandowała, bawiła się doskonale, na koniec wyraziła swoje zadowolenie długą owacją na stojąco. Dziękowała uczestnikom projektu i rozmawiała z  nimi jeszcze długo po zakończeniu premiery. Było pięknie, było energetycznie:)

GALA
koncepcja/conception: Jérôme Bel
Assistant : Maxime Kurvers
asystenci/assistants for he local restaging : Sheila Atala, Frédéric Seguette
z udziałem: Stella Walasik, Rinaldo Venuti, Iza Szostak, Wojciech Grudziński, Katarzyna Maria Zielińska, Aleksander Janiszewski, Zuzanna Hartfiel, Franciszek Prętki, Małgorzata Kwiatkowska, Natalia Majewska, Maja Kowalczyk, Ryszard Czubak, Maciej Gośniowski, Oliwia Olczyk, Teresa Ferraris, Yasmina Yasa, Agnieszka Goźlińska, Monika Chodyra, Dariusz Matuszewski, Mamadou Ba

kostiumy: tancerze/costumes: the dancers

koprodukcja/coproduction: Dance Umbrella (Londyn/London), TheaterWorks Singapore/72-13, KunstenFestivaldesArts (Bruksela/Brussels), Tanzquartier Wien, Nanterre-Amandiers Centre Dramatique National, Festival d'Automne à Paris, Theater Chur (Chur) and TAK Theater Liechtenstein (Schaan) - TanzPlan Ost, Fondazione La Biennale di Venezia, Théâtre de la Ville (Paryż/Paris), HAU Hebbel am Ufer (Berlin), BIT Teatergarasjen (Bergen), La Commune Centre dramatique national d’Aubervilliers, Tanzhaus nrw (Düsseldorf), House on Fire przy wsparciu programu kulturalnego Unii Europejskiej/ with the support of the European Union cultural program

produkcja/production: R.B. Jérôme Bel (Paris)
wsparcie artystyczne/executive direction and artistic advice: Rebecca Lee
kierownik produkcji/production manager : Sandro Grando
wsparcie techniczne/technical advice : Gilles Gentner
premiera: Paryż, 2015/premiere: Paris, 2015
_____________
Produkcja w Polsce/production in Poland : Ciało/Umysł Foundation
kurator/curator: Edyta Kozak
kierownik produkcji w Polsce/production manager in Poland: Agnieszka Kiewicz
koordynator zespołu w Polsce/cast coordinator in Poland: Krzysztof Kwiatkowski
polska premiera/Polish premiere: 11.07.2017 | Nowy Teatr, Ciało/Umysł Festival



© Photographer Josefina Tommasi, Museo de Arte Moderno de Buenos Aires (Argentina, August 2015)

niedziela, 2 lipca 2017

iTSelF 2017 projekt zero: WITZELSUCHT


Projekt zero: WITZELSUCHT to teatr tańca. Bez znajomości polskiego znaczenia tytułu, bez przeczytania opisu w programie tego projektu przygotowanego przez młodych ludzi, odbiór i rozumienie przekazu nie jest łatwe, proste, jednoznaczne. Stanowi wyzwanie, bo otwiera się szansa dla widza indywidualnej interpretacji tego, co doświadcza w kontakcie ze sztuką. Czy potrzebujemy takiego przewodnika, prowadzenia za rękę, by się nią w pełni cieszyć  czy też może lepiej przyjąć, że jest to obraz sceniczny bez tytułu, całkowicie otwarty i tym samym zdać się na własną wiedzę, intuicję, by móc poczuć się wolnym, nieskrępowanym odbiorcą? Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sobie sam. Ale przyjęty projekt odbiorcy w proponowanym przez artystów zyskuje dodatkowy wymiar badawczy. Jest szerszy, ciekawszy, bardziej inspirujący, wyzwalający wyobraźnię.

Tytuł zobowiązuje ale nie wiąże ostatecznie. Naprawdę nie musi. Czy jest koniecznym drogowskazem interpretacyjnym? Na pewno tak, jeśli chcemy analizować skuteczność wysiłku twórczego z jego ostatecznym efektem. A tu mamy do czynienia ze śmieszkowatością, głupkowatością, działaniami, zachowaniem wynikającym z konkretnej choroby/zaburzenia płata czołowego/ zmieniającej osobowość . Nie jest to więc stan normalny, zdrowy a wynika z konkretnej dysfunkcji mózgu. Aktorzy zastanawiają się i ćwiczą, ilustrują, sprawdzają w układach choreograficznych konkretne kliniczne przypadki.  Wykorzystują to, co już wie nauka o zjawisku i przetwarzają to w wypowiedź artystyczną. Są zdrowi. Świadomi tego, co robią, co chcą pokazać. Są zdystansowani, metodyczni, wykonują plan, realizują koncepcję. I czynią to perfekcyjni.

Można przy okazji pospekulować, czy akt twórczy nie wynika z jakiejś dysfunkcji albo indywidualnej dyspozycji, wady, ułomności. Sama tak często o geniuszach myślę. Ale też czy nie wymaga dla ich zrozumienia, odbioru takiej samej indywidualnej dyspozycji, wady, ułomności od widza, czytelnika, słuchacza? Inna, nowa, niestandardowa artystyczna interpretacja rzeczywistości przekształcająca się w dzieło i związana z tym odwaga, umiejętność podejmowania ryzyka wynika z określonych przyczyn, okoliczności, stanu rzeczy. Nie zawsze je znamy. Nie do końca rozumiemy. Bo tak naprawdę czym jest proces twórczy, zwłaszcza ten rewolucjonizujący, burzący, przewartościowujący wszystko, co zastane, tak naprawdę nikt nie wie. I to jest pretekst, który wykorzystują studenci, by zasiać ziarno domniemania, że bycie artystą może być w pewnym stopniu stanem chorobowym, zaburzeniem, genetyczną mutacją. Darem. Tym złem, które obraca się w dobro dla zbiorowości. Bo ją rozwija, posuwa do przodu, inspiruje, funduje nowe wrażenia, wskazuje inne punkty widzenia, nowe perspektywy. Poszerza pole widzenia, przeżywania, rozumienia.

Ignorowanie tytułu projektu i całej nadbudowy interpretacyjnej autorów projektu, czyli pójście w ciemno na spektakl, może być ciekawym eksperymentem. Myślę, że nikomu nie przyszłoby do głowy to, co podpowiadają, wyjaśniają twórcy w swoim programie projektu. Obawiam się, że niewielu widzów zrozumiałoby bezbłędnie ich intencje, zamysł, formę i treść wypowiedzi bez wcześniejszego rozpoznania. Hulaj dusza, piekła nie ma, gdy uwolni się wyobraźnię! A jednak bez słów trudno się porozumieć. Język mowy ciała, gestu, mimiki, kontekstu, układu nie jest do końca wystarczający. Choć bywa bardzo emocjonalnym, mocnym środkiem wyrazu. Sięga wprost, chwyta bezpośrednio gdzieś u źródła. I wyciąga na wierzch z człowieczej głębi, co ukryte, przyczajone, czułe, bezbronne.

Spektakl jest interesujący, intrygująco zatańczony. Z zaangażowaniem, pietyzmem wystawiony. Korzysta ze środków audiowizualnych, elektroniki, specjalistycznej wiedzy medycznej. Spójny, konsekwentny, metodyczny budzi emocje. I zainteresowanie.

Nie do końca wszystko o nim wiem. Nie do końca da się o nim napisać. W pamięci wirują obrazy, ich sekwencje, które szukają nadal swego ostatecznego uzasadnienia. Podoba mi się to ze sztuką siłowanie, boksowanie, splątanie. Czasem po prostu wiem, że ma rację, sens, właściwy formę jakby była moim wewnętrznym odbiciem, wyrazem, kształtem. Ale z tym niedopowiedzeniem jest mi dobrze. Jest mi dobrze. Może dlatego nie śpieszę się, nie dążę, by je nazwać, sklasyfikować, zamknąć w stereotypie czucia i myślenia. Tak, podoba mi się to sztuki we mnie buszowanie. Z nią błądzenie, szukanie. Mnie wewnętrzne przemeblowanie, psucie, WITZELSUCHTOWANIE:)




projekt zero: WITZELSUCHT
reżyseria i choreografia: Liwia Bargieł

muzyka: Aleksander Kaźmierczak (II rok)
video i światło: Marta Mielcarek
konsultacje dramaturgiczne: Paulina Ozga

Obsada:
Anna Fazja – Patrycja Grzywińska (I rok ATM)
Aga Połowiczna – Sonia Mietielica (III rok)
Agnoz Aj – Vova Makovskyi (III rok)
Wo Korsak/ AlegTostandon II – Błażej Stencel (II rok ATM)
Et Tur/ AlegTostandon I – Piotr Janusz (II rok ATM)

http://festiwal.at.edu.pl/spektakl/projekt-zero-witzelsucht/







środa, 21 czerwca 2017

XVII MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL SZTUKI MIMU SZKOŁA BŁAZNÓW WROCŁAWSKI TEATR PANTOMIMY


WROCŁAWSKI TEATR PANTOMIMY to siła zespołu, sztuki mimu, indywidualności artystycznych. Spektakl SZKOŁA BŁAZNÓW Michela de Ghelderode’a w reżyserii Zbigniewa Szymczyka koncentruje się na nauce, drylu, treningu, tresurze okrucieństwa jako sposobie obrony przed nim samym. I jest to niezwykle przewrotny, ambitny, ważny temat, bardzo trudny do komunikatywnego, czytelnego przekazu mimicznego. Natura ludzka zakodowane ma zło, dziedziczy je z pokolenia na pokolenie. Jeśli mu stworzyć sprzyjające warunki, pozwolić na dominację, uczynić normą relacji międzyludzkich, ma się dobrze, objawia w pełni swe destrukcyjne oblicze. To niekoniecznie sama natura czy złe wychowanie ale banalność okrucieństwa jest tak podstępna. Zarządza tchórzostwem i strachem. Nakręca prowokację, agresję, ćwiczenie w stosowaniu przemocy, narzucanie i utrwalanie nagannych zachowań, ich eskalację, trudną a czasem niemożliwą przed nim obronę. Przy czym w zderzeniu z okrucieństwem świata jednostka nie ma szans. Albo przyjmując jego reguły- milczy, kamufluje się, atakuje-jest oprawcą, albo walcząc- broni się -jest ofiarą. Przy czym ofiara musi być równie bezwzględna jak oprawca, kat, jeśli chce dać sobie szansę na ocalenie. Jakby istniał przymus istnienia, akceptowania okrucieństwa jako gwaranta skutecznej obrony. Inaczej można zginąć. Tylko system, który się przemocy, okrucieństwu przeciwstawia, ma szansę wygrać.

O tym jest sztuka. Słowo"okrucieństwo" stało się inspiracją dla artystów. Dostrzegają jego siłę,  destrukcyjne oddziaływanie. Badają jego genezę. Wizualizują jego źródło, przejawy, skutki. Rolę przewodnika, obserwatora, badacza spełnia FOLIAL. Nauczyciel, którego uczniowie się buntują, osądzają i karzą. Jego motywacje odkrywane są gdy okazuje się, że sam na sobie doświadcza okrucieństwa losu, bo w jego ciele kobiety ukrywa się mężczyzna.  Dla świata w masce, która jest jego prawdziwą tożsamością płciową, jest mężczyzną, fizycznie pozostaje kobietą. I to jest symptomatyczne dla interpretacji tej sztuki. Wszystko nie jest takie, jakim się wydaje. Ma niejednoznaczny wymiar.

Krok po kroku  artyści pokazują w kolejnych scenach, jak niepozorna zabawa, rozwijająca nauka, radosne spotkanie niepostrzeżenie przekształca się w opresyjne zachowanie, uporczywe prześladowanie, brutalną przemoc, a nawet zabójcze okrucieństwo. Zbyt łatwo może przekroczyć granicę miedzy dobrem a złem, która przebiega płynnie, w takiej samej mierze za ogólnym przyzwoleniem jednych, co w postępującej bezsilności drugich.  Mimo obowiązującego prawa, funkcjonujących norm, wdrażanych kanonów zachowań. Mimo rozsądku i wiedzy. Łatwo przychodzi krzywdzenie młodszych, słabszych, obcych, innych, gdy ma się nad nimi przewagę, gdy dzierży się władzę. Natura też potrafi być nieczuła i okrutna, podobnie system bezdusznie traktuje jednostki. Najbardziej jednak zdumiewa siła okrucieństwa, jakie zadaje człowiek drugiemu człowiekowi. Jednostka jednostce.

Folial wybiera prawdę, uwalnia się od maski, kamuflażu. Zdziera męski kostium, zdejmuje perukę, usuwa wąsy. Staje się tym, kim jest w istocie.  Nie chce być błaznem a człowiekiem. Ale dopiero pod presją, gdy nie ma już wyjścia i broni się przed oskarżeniem. W samousprawiedliwieniu odsłania tajemnicę, przyczynę doświadczanego okrucieństwa. Obawiał się przemocy fizycznej i psychicznej, wykluczenia, pogardy. Niezrozumienia.

Spektakl demaskuje zło, pozwala mu się ujawnić w całym jego wymiarze. Odkrywa wiele jego twarzy, masek, kamuflaży. Stara się pokazać złożoną prawdę. Zaczyna się synchronicznym tańcem dwóch jednakowych postaci, jakby dwojaka natura człowieka: dobra i zła potrafiła współistnieć, kontrolowała jedna drugą. Mówi tym samym, że wszyscy jesteśmy do siebie podobni. Przechodzi następnie do pokazania reprezentacji społeczności-różnorodnej, beztroskiej, wolnej- na łące, relaksującej się na słońcu. To ludzie zwyczajni. Na pozór przyjaźni i dobrzy. Nie budzą strachu, nie stanowią dla nikogo zagrożenia. Jakby świat wyuczył ich w szkole na błaznów, by kamuflowali swoją prawdziwą naturę, by umieli przyczaić się, przeczekiwać niebezpieczeństwo, zwodzić innych.

Sceny realistyczne przeplatane są metaforycznymi impresjami. Akt przemocy, okrucieństwa, zbrodni rozpoczęty zabawą zestawiony jest z obrazem alegorycznym. Brutalne, ostre, bezkompromisowe, pozbawione nadziei ilustracje z tymi poetycznie tłumaczącymi naturę człowieka, jego zachowanie w społeczności, we wzajemnych relacjach, w jednostkowej samotności, bezradności wobec zła. Zawsze podkreśla się niejednoznaczność sytuacji, jej teatralność, umowność. Tak, by nie było wątpliwości, że jest to teatr w teatrze.  Optymistyczne zakończenie jest wspólnym wykonaniem ODY DO RADOŚCI Ludwiga van Beethovena, hymnu Unii Europejskiej. Zjednoczona, zgrana, jednomyślna wspólnota, wyłaniająca się spośród widzów, która z nadzieją patrzy w przyszłość, śpiewem zagłusza demony zła. Ale czy na pewno? Nie wiadomo czy wdziewa, czy odrzuca tym aktem kolejną błazeńską maskę. Przemawia jednym głosem, tłumi różnorodność. Co tak naprawdę kryje się ostatecznie pod tym wspólnotowym uniesieniem:prawda czy fałsz?

Sceny rodzajowe wydają się takie oczywiste! Podbite są wyrazistą, dobitną, krystaliczną prostotą ruchu i gestu, co czyni je rozpoznawalnymi i czytelnymi obrazami: synchroniczny taniec jednakowo ubranych mimów, wypoczynek grupy osób w parku czy etiudy okrucieństwa /ze skakanką, obręczą, siłowania się mężczyzn, najczęściej zakończone przemocą, spuentowane biciem, katowaniem, duszeniem, a nawet zadawaniem śmierci/, osąd, wymierzanie kary.  Inaczej jest z kompozycjami jednocześnie filmowanymi i wyświetlanymi na ekranie. Wyrastają z jednego działania ale  tworzą dwie różne rzeczywistości, dwa różne obrazy, bo to, co się dzieje choreograficznie na podłodze sceny-wszystkie zachowania i ruchy ciał- inaczej się komponują na oglądanym filmie. Razem dopiero przedstawiają sens ostateczny. Łączą,to, co bliskie ziemi-upadłe, pełzające, wierzgające, nieporadne, niewidoczne - z tym co ponad nią -ulotne, wolne, wzniosłe, piękne, niezwykłe. Wizualizują dwoistość natury, niejednoznaczność, nieokreśloność. Kreację, jaką jest też zakończenie spektaklu, która jednak ma siłę jednoczącą przeciwko złu, by miało szansę zwyciężyć dobro. Bo życie to walka. Nieustanna czujność, by nie dać się w tłoczyć w maskę błazna, który szyderstwem, obśmianiem, przekonaniem, że więcej może, ucieka przed trudną, niewygodną prawdą. A jej trzeba stawić czoło. Zawsze próbować działać, by zatriumfowała. Nie tylko wyszła na jaw ale też sprawiła, że człowiek nie będzie musiał walczyć z okrucieństwem używając okrucieństwa. Czy jest to w ogóle możliwe? Na to pytanie każdy musi sobie odpowiedzieć sam.



SZKOŁA BŁAZNÓW na podstawie SZKOŁY BŁAZNÓW
Michela de Ghelderode'a
reżyseria: Zbigniew Szymczyk
kostiumy: Wanda Kowalska