wtorek, 24 marca 2015

nie-boska komedia. WSZYSTKO POWIEM BOGU! STRZĘPKA DEMIRSKI STARY TEATR



Wszystko powiem Bogu!
O teatrze z krwi i kości. Oddychającym pełną piersią dzisiejszymi problemami,  zaskakującymi nas nagle faktami dokonanymi, podejmowanymi na naszych oczach ale za naszymi plecami decyzjami. Który jest nośnikiem tych samych lęków, jakich doświadczają zwykli śmiertelnicy. W kontekście ciągłości historycznej, jedni inscenizacyjnej, zmian ideologicznych, światopoglądowych, politycznych. Mentalnych. Gdzie niezmiennie ludzkość śni marzenie o rewolucji, które zrealizowane zawsze dużym wysiłkiem i wysokim kosztem, przynosi jednak gorzkie rozczarowanie. Naznacza piętnem klęski. Nie daje nadziei. Bo gdy wydaje się ludziom, że posunęli się o krok do przodu wykonując gigantyczną pracę przewrotu systemowego, myślowego, mentalnego, znów wpadają w koleinę ludzkich ograniczeń, niemożności, kombinowania, jak wyjść na swoje tylko dobro, jak siebie uratować, ocalić indywidualnie. Apogeum euforii spycha ich ostatecznie w otchłań rozpaczy.

Ta wiedza o nieuniknionej, permanentnie dokonującej się rewolucji, konieczności dostosowywania się do napierających ciągle zmian i panowania nad nimi ze świadomością, że i tak wszystko zakończy się klęską to porażająca prawda. Doprowadzająca do neurozy przechodzącej w histeryczny chaos. Zagubienie.

Duchy snują się miedzy nami. I karmią nas spuścizną przeszłych pokoleń. Widać transformację światopoglądów, idei, postaw. Nowe konteksty stereotypów. Widać rozczarowanie rewolucją. Bo jedno jarzmo zastępuje nowym. Stare, dobrze znane niewolnictwo zmienia tylko formę i zamieszkuje wygodnie, zgodnie z nowym prawem, między nami. Zamieniamy słowa po to tylko, by znaczenie się nie zmieniło. Zawsze pozostaje łączność pomiędzy starym a nowym światem. Nadal  aktualne zagrożenia, strach przed nieuniknioną zmianą, napierającą rewolucją, która dokonuje się ostatecznie po to tylko, by stare zło ubrało się w nową, bardziej perfidną, podstępną formę. Cały wysiłek idzie w gwizdek. Jest marnotrawiony. Służy tylko pozornej progresji. I nie uratuje, nie uchroni przed porażką. Bo ludzie, znajdą zawsze sposób, by postawić na swoim, ugrać swoje, choć i tak doprowadzi to do klęski. A świadomość jej powoduje, że cierpienie rośnie. I uczucie coraz większej bezsilności. Wyrywanie się ku wolności, pragnienie dobra, postępu, zmiany nie powstrzymuje zła, które bez litości ściąga wszelkie marzenia na ziemię. I poddaje próbie ognia.

W istocie znajdujemy się zawsze pomiędzy. Życiem a śmiercią. Niebem a piekłem. Marzeniem a realiami. Możliwościami a ograniczeniami. Jesteśmy w czyśćcu. Skażeni winą, naznaczeni karą. W nieustannym robieniu rachunku sumienia. Samoudręczeniu. Rozpamiętywania rachunków krzywd. Błądzimy a raczej w szalonym pędzie czasu miotamy się w multiplikujących się sprzecznościach. Będąc niewidomymi dziećmi. Nadwrażliwymi matkami. Żonami przejmującymi inicjatywę. Przestraszonymi własną wizją świata poetami. Ostatecznie przegranymi straceńcami. Mogącymi szukać ukojenia w skardze u kogoś potężniejszego od siebie, odrzucanego ale w obliczy zagłady przywracanego do życia, do świadomości. Bo gdy trwoga, to do Boga. "Od powietrza, głodu, ognia i wojny. Wybaw nas, Panie!."  Gdy porażeni jesteśmy własną niemocą, bezsilnością możemy tylko jeszcze się pomodlić. Zwrócić do tego, co nas przerasta , bo sytuacja nas przerasta. I choć przez ludzkość jest zaprogramowana, stworzona, to opanować ją może tylko coś potężniejszego. Poza ludzkiego. To jak wyjście awaryjne, jedyna droga ewakuacyjna w śmierć. Ostatnia deska ratunku nadwątlonych już zmysłów. Nawet nie nadzieja. Jakiś ostatni okruch, strzęp przyzwoitości. To przyznanie się do porażki.

To jest naprawdę nieprawdopodobne, że  historia zatacza koło, wszystko się powtarza, wznosząc się tylko na wyższy poziom okrucieństwa. Komplikacji. Wyrafinowania. I zawsze to w jakiś sposób zaskakuje. Poraża. Bo im większa wiedza, tym wyższa świadomość i paradoksalnie bardziej obezwładniająca bezsilność. Niemożność wpłynięcia na bieg zdarzeń. W stanie bezwładu wobec tego, co niedoskonale ludzkie, człowiek zwraca się do Boga, nawet wtedy, gdy w niego nie wierzy. Wszystko chce mu powiedzieć. Gdy już człowiek człowieka nie słucha. Chce poskarżyć się, donieść. Z pretensją, że został oszukany, zdradzony, wyprowadzony w pole. Zaszlachtowany siekierą, zadźgany nożem, zastrzelony, zaduszony gołymi rękami czy zamęczony ogłupiającą pracą przy kserokopiarce. Unicestwiony z całym bagażem swego jestestwa. Spuścizną przeszłych pokoleń.

To jest bardzo dobry  tekst Pawła Demirskiego, bardzo dobrze wyreżyserowany spektakl przez Monikę Strzępkę. Scenografią świetną zilustrowany. Przemyślany, harmonijnie zbudowany. Gdzie każdy z aktorów ma szansę zaistnieć znacząco, co jest też zasługą rozpisanych ról. Każdy ma co grać. I wszyscy wykorzystują swoją szansę. Są wspaniali. Zachwycają. Grają zespołowo. Grają koncertowo. Niewątpliwie sprawy poruszane w sztuce są im bliskie. Nie byłoby takiej pasji, furii, emocji zaangażowanych i siły na  nas, widzów, oddziaływania. To był przekonywujący, wyważony jednak i konsekwentnie budowany przekaz. Nie przerysowany. Bez zbytniej szarży karykatury, bez bufonady. Bo wróg już u bram. Sztuka nie przemilcza tego. Artyści antycypują. I mają siłę, talent, by czerpiąc z klasyki wybić się na przekaz wybrzmiewający współcześnie. Są przygotowani. A my?

My, zawieszeni jesteśmy pomiędzy zdumieniem a wielkim lękiem. Coraz bardziej uświadamianą sobie bezsilnością wobec galopujących zdarzeń. Niezmiennością świata co do treści gwarantowanej zmiennością coraz to bardziej wyrafinowanej formy. Dlatego tak ważne jest przepracowanie tego poprzez sztukę. By rozpoznać można było rzeczywistość i oswoić to, na co nie mamy bezpośrednio wpływu, nad czym nie jesteśmy w stanie panować. Ostatecznie, ex post, zawsze będziemy mogli wszystko powiedzieć Bogu. Choć jeśli istnieje, nawet tylko poprzez siłę niedoskonałej ludzkiej wiary, to i tak wie o wszystkim. Sama myśl, że może wysłuchać naszej skargi, jest kojąca. Bo my też, wbrew pozorom, jeśli nie wiemy to czujemy wszystko. Tylko zagłuszamy prawdę bezzasadnie oszukując się, że to, co złe, niemiłe, niewygodne nas nie dotyczy, nie dotknie. Ale chyba przyszedł czas na przebudzenie. Wiek niewinności i spokoju jest kruchy i niepewny. Okazuje się krótką chwilą wytchnienia.

Nie interesują mnie te wszystkie recenzenckie oddzielania ziarna od plew, doszukiwanie się źdźbła w oku tej sztuki teatralnej. Krytyków harakiri. Bo sztuka działa. Nawet ułomna i niedoskonała. I mówi o zjawiskach, procesach ważnych, gorących, aktualnych. Nie wyrzeka się przeszłości, nie boi ostrości wypowiedzi. Bezkompromisowa jak buntowniczy i wierni sobie są jej twórcy. Jak zagrana!!! To, co poprzez nią najbardziej uruchamia, niech pozostanie tajemnicą. U każdego może to być zupełnie co innego. Jest co innego. A niezadowoleni, rozczarowani, wzburzeni, niech wszystko powiedzą Bogu!!!




nie-boska komedia. WSZYSTKO POWIEM BOGU!
Paweł Demirski
reżyseria: Monika Strzępka

OBSADA:

1 komentarz:

  1. Dorota Pomykała doskonała. Segda też.

    OdpowiedzUsuń