czwartek, 19 marca 2015

SŁOMKOWY KAPELUSZ TEATR TELEWIZJI

Scena ze spektaklu „Słomkowy kapelusz”

Brawo dla reżysera, Piotra Cieplaka , za ten spektakl!! Brawo dla aktorów za grę zespołową!! Przeniesienie tak archaicznego tekstu do współczesności, by nie nużył banałem, oczywistością fabuły, w żadnym razie nie zaskakującym finałem, poprawnością puenty, nie jest łatwe. Trzeba mieć pomysł. Trzeba widzieć w tej adaptacji sens wystawiania tytułu. Trzeba pozyskać dla tego przedsięwzięcia sojuszników, którzy włączą się w ryzykowne teatralne czarowanie. Ale udało się setnie. Bo zaangażowanie artystów w wejście w rolę, widoczny entuzjazm w jej tworzenie, budowanie i autentyczna radość czerpana z uczestniczenia w projekcie udziela się skutecznie widzowi.

"Farsa Eugéne’a Labiche’a to arcydzieło swojego gatunku, jej premiera była „najgłośniejszym wybuchem śmiechu w dziewiętnastym wieku”. W przedstawieniu przeplatają się ze sobą komedia omyłek, komedia obyczajowa, zdrada, romans, miłość dwojga młodych ludzi, co gwarantuje znakomitą zabawę".* I mimo upływu czasu bawi nadal.

A jednak sposób przeniesienia sztuki w nasze czasy decyduje o sukcesie spektaklu. Umowna, oszczędna scenografia, ograniczająca się do nielicznych sprzętów umieszczonych w zupełnie ciemnej przestrzeni, z której jedynie światło wydobywa z nieistnienia towarzyszy tylko wspaniale ubranym w bogate, interesujące kostiumy aktorom.  Każda z postaci charakterystyczna, wykreowany plastycznie przez kostium, charakterystykę mimiki, emisji głosu, ruch sceniczny, szczególnie dla siebie właściwą, powtarzaną frazę, wykonywany gest,  koncentruje na sobie uwagę, stwarzając odrębny typ charakterologiczny, osobowościowy. Każda osoba jest odrębnym światem. Zjawiskiem. Doskonale wtapiającym się w społeczność sceniczną.

Zabawa teatrem możliwa dzięki precyzyjnej dramaturgii, doskonałej grze aktorskiej, przemyślanej konstrukcji postaci powoduje, że po tylu latach /premiera 2005/spektakl nadal uwodzi  i zawłaszcza widza. Daje satysfakcję estetyczną i intelektualną, pokazuje, że teatr będąc konwencją, iluzją jest bliższy prawdy niż samo życie. Kondensuje w jedni przekazu wiele zjawisk, problemów, obserwacji. Syntetycznie w treści i formie buduje nastrój, kulminuje napięcie. Wytwarza niepowtarzalną energię. W tak atrakcyjnym, szczególnym kształcie sztuka doskonale jest zapamiętywana, na pewno będzie długo wspominana. Wbrew pozorom ma to duże znaczenie. Zwłaszcza gdy sami się zastanawiamy, co powoduje, że niektóre obrazy sceniczne są z nami bardzo, bardzo długo gdy inne przemijają z wiatrem.

Okazuje się, że wszystko jest ważne. Angażowanie do odbioru wszystkich zmysłów. Klasyczny tekst ale zrozumiały język. Wyrazisty obraz. Kontrast postaw i charakteru. Plastyczna kreacja. Przyjęta konwencja, adekwatna do niej gra aktorska, wiarygodna narracja. Rytm i tempo. Każdy szczegół. Każdy rekwizyt. Koda.

Wcale nie garnęłam się z entuzjazmem do oglądania tej sztuki. Zmurszały tekst, stara jak świat fabuła, pretensjonalny tytuł. Ale warto czasem przełamać niechęć, przymusić się, przynajmniej na początku, tak, by choć spróbować, uszczknąć  dla przekonania się, z jakim specjałem, jaką magdalenką ma się do czynienia. To ten przypadek, kiedy mało obiecujący kęs przeradza się w ucztę. Artyści dokonali cudu. I choć od początku  swego narodzenia sztuka odnosiła sukces, nie musiało być tak tym razem.  A jednak na szczęście było. Lekko, z finezją, pomysłem. Koncepcją. Dużą radością. Kunsztem. Wystarczyło uwolnić sztukę, "wszystko od nowa wykonać, wszystko od nowa, wszystko od nowa".

Cieszy emisja tego spektaklu w TVP Kultura w związku z 10 leciem istnienia stacji. Cieszy, że spektakl został zarejestrowany. Mimo, że wielu uważa, że teatr to tylko sztuka żywa o krótkim okresie wystawiania. SŁOMKOWY KAPELUSZ w reżyserii Piotra Cieplaka jest szczęśliwym wyjątkiem od tej reguły.


SŁOMKOWY KAPELUSZ
Autor: Eugene Labiche
Reżyseria: Piotr Cieplak
Realizacja tv: Józef Kowalewski
Scenografia: Andrzej Witkowski
Muzyka: Motion Trio

Obsada: Adam Woronowicz (Fadinard), Kazimierz Kaczor (Nonancourt), Sylwester Maciejewski (Beauperthius, Emil Tavernier), Krzysztof Stroiński (Vezinet), Jacek Braciak (Tardivean), Sławomir Pacek (Bobin), Rafał Królikowski (Feliks, Achilles de Rosalba), Eliza Borowska (Helena) Edyta Olszówka (Sylwia), Maria Robaszkiewicz (Karolina de Champigny), Olga Sawicka (Klara) Paulina Holtz (Wirginia), Andrzej Piszczatowski (Trouillebert)

*http://www.teatrtelewizji.tvp.pl/kalendarium/artykul/slomkowy-kapelusz-rez-p-cieplak_18874060/

środa, 18 marca 2015

WUJASZEK WANIA CZECHOW KUTZ TEATR TELEWIZJI

Wujaszek Wania

W tej sztuce wszyscy są nieszczęśliwi, zawiedzeni, rozczarowani. Sobą samym i sobą nawzajem. Rozpadającym się wokół porządkiem. To przygnębiający, choć wizualnie sielankowy obraz. Ten rozziew pomiędzy pięknem tego świata a niemożnością bycia w nim szczęśliwym jest dojmująco bolesny. Bohaterowie przepełnieni są pragnieniem miłości ale obiekt uczuć pozostaje do końca nieosiągalny. Wydaje im się, że kochają a oni tylko tęsknią za uczuciem prawdziwym, gorącym, czystym. To dramatycznie podkreśla życiowe niespełnienie. Naznacza smutkiem, piętnem grzechu zaniechania, niezrozumiałej skazy polegającej na nieumiejętności osiągania wyznaczonych celów. Jakby bohaterowie mylili się w ocenie obiektu uczuć, tego, co sami czują. Jakby dokonywali niewłaściwego wyboru. Zawsze za późno. Nieporadni, niepotrafiący walczyć o swoje, tchórzliwi. Mylą miłość z fascynacją, podziwem szukając stabilizacji, poczucia bezpieczeństwa i pozycji społecznej/Heleny uczucia do męża/. Miesza im się miłość z preferencjami estetycznymi/ doktor kocha wszystko, co piękne, np. Helenę, nieważne, że jest żoną swego męża/. Eksploduje pragnienie miłości zagłuszające silne poczucie straty podbite zazdrością , pretensjami, że innym się zawsze udaje rozkochać kolejne kobiety, osiągać wszystko bez wysiłku /wujaszka atencja do Heleny/. Miłością nie jest zauroczenie oparte na pewności, że się dokonało błędnego wyboru męża i znajduje się w ślepym zaułku, bez szansy na zmianę /Heleny do doktora/. Myli się miłość z miłością własną, tj. kolejnym podbojem pięknej kobiety potwierdzającym wartość nadszarpniętego wiekiem ego mężczyzny/małżeństwo Aleksandra z Heleną/. No i w końcu beznadziejna, platoniczna miłość /Soni do doktora/. Czysta, naturalna, piękna.

Wszyscy błądzą. Niewłaściwie oceniają ludzi, sytuacje, niewłaściwie postępują. Boleśnie doświadczają porażki. Ta kumulacja zawodu wystawia negatywną ocenę bohaterom. Źle o nich świadczy. Popełniają błędy a potem brną w cierpienie, rozpamiętywanie, rozczulanie się nad sobą. Mają jakąś szczególną skłonność do samo udręczania.

Wraz z przyjazdem właściciela majątku,Sieriebriakowa, z drugą, piękną, młodą żoną, Heleną, sytuacja destabilizuje się. Narasta chaos. Zaburzeniu ulega rytm życia. Gospodarstwo na tym traci. Bohaterowie, oderwani od swych codziennych zajęć, zaniedbują obowiązki. Zaległości rosną. Świadomość zachodzących zmian również. Ma to wpływ na zachowanie domowników, które staje się nieprzewidywalne, nieobliczalne, zaskakujące. Co najmniej dziwne, odbiegające od dotychczasowego. Wybuchają gwałtowne uczucia, wracają animozje, tłumione pretensje. Ujawniają się rachunki krzywd. Wszyscy źle się z tym czują. W końcu, po wyjeździe gości, powraca stary porządek rzeczy. Ale świadomość beznadziei, upadku, bezwolnego czekania na śmierć, bez jakiejkolwiek nagrody tu na ziemi, jest już na innym, przewartościowanym poziomie. Pozostaje przygnębiająca, pozbawiona radości, sensu życia konieczność ratowania się codzienną pracą, obowiązkiem, rutyną. Usypiające nadzieje na zmiany, znieczulające emocje, wyciszające ambicje na szczęśliwsze chwile. Kierat dnia świstaka pozwala zaakceptować klęskę, zagłuszyć ma nienajlepsze zdanie o samym sobie. To nie jest budujący plan przetrwania. To ratunek na czas określony, gwarantujący zachowanie resztek godności, gdy nie ma wyjścia awaryjnego.

Sonia Doroty Segdy ma naturę szlachetnej naiwności. Piękną duszę. Jest pracowita, rozsądna, oddana, kochająca. Skromna. W sprawach miłosnych nieporadna, prostolinijna. To skarb, który mógłby rozkwitnąć przy kochającym sercu mądrego partnera przebijającego się przez powierzchowność, sięgającego czulej, głębiej. Jej związek z doktorem jest niemożliwy.

Trudno uwierzyć, że Helena Aldony Grochol jest kobietą zmysłową, piękną. Typem przyciągającym mężczyzn, którzy lgną do niej jak ćmy do oślepiającego światła. Nic i nikogo poza nią nie widzą. Mogą jedynie obejść się smakiem, bo jest dla nich poza zasięgiem. Kierując się rozsądkiem, wyrachowaniem trafia na manowce. Stary mąż wymagający opieki, troski nie zaspokaja jej głodu uczuć. Bezdzietna, samotna, zmarnowana, przegrana młodość. Jej związek z doktorem jest bez przyszłości. Zdradziłaby nie tylko męża ale i pasierbicę. Wujaszka też krzywdzi. Ucieka ze wsi. Dusi się tu, czuje osaczona. W gruncie rzeczy jest słaba, sama zgubiła siebie, uczyniła nieszczęśliwą.

Jej mąż, profesor Sieriebriakow Jerzego Bińczyckiego, nie liczy się z ludźmi. Skupiony na sobie krzywdzi, wykorzystuje innych, podporządkowuje sobie. W gruncie rzeczy samolubny nic nie osiągnął, nie doszedł do niczego. Roszczeniowo nastawiony, sprytny, otrzymuje od życia, co mu się na nim uda wymusić. Mimo braku talentu. Przeciętny, egoistyczny, bardzo już stary.

Doktor Jana Frycza to zapracowany człowiek idei. Samotnik. Wyrzuty sumienia, poczucie beznadziei, jałowości, brudu, marazmu życia zapija alkoholem, zagłusza ciężką pracą, wydumaną miłością do Heleny. Na próżno. Wszystko na próżno. Ślepy jest na miłość Soni. I nie liczy się z konsekwencjami. Chce świat cały ratować, a jednemu człowiekowi kochającego go szczerze nie jest w stanie pomóc, ulżyć w cierpieniu.

Wujaszek Wania Romana Gancarczyka oddany jest ludziom i naturze. Pracuje, haruje, nie myśli o sobie. A gdy uzmysławia sobie, że rezygnuje ze wszystkiego dla fałszywego, samolubnego człowieka, egoisty, Sieriebriakowa, jest już za późno na jakąkolwiek korektę życia. Fascynacja Heleną też nie ma przyszłości. Czuje się człowiekiem przegranym, oszukanym, skończonym. Znieczula porażkę pracą. Ale to gorzkie lekarstwo.

Kutz za Czechowem czule pokazuje świat martwych za życia ludzi. Jakby uwięzionych we własnym ograniczonym, samotnym świecie. Zawsze zagubionych, błądzących, wykorzystywanych, jakby nie zorientowanych w tym jaka jest prawda o świecie i ludziach. Gdy ją poznają, ich cierpienie staje się trudne do zniesienia. Symptomatyczne jest to, że to uczucie zawodu, beznadziei, niemożności zmiany swojego losu dotyczy wszystkich bez wyjątku. Jakby ci ludzie nigdy nie dojrzeli do dorosłości a gdy ich życie boli, mocno doświadcza, są zupełnie wobec niego bezbronni i bezwolni godzą się prowadzić po jego kres w naiwności ubezwłasnowolnionego  przez sytuację dziecka, podporządkowanemu silniejszemu od siebie przewodnikowi. Wystarcza im sił jedynie na powrót w dotychczasową koleinę  codzienności. Bez nadziei. Bez miłości. Bez sensu.

http://www.teatrtelewizji.tvp.pl/kalendarium/artykul/wujaszek-wania-rez-k-kutz_18873765/



WUJASZEK WANIA
Autor: Antoni Czechow
Reżyseria: Kazimierz Kutz
Przekład: Jarosław Iwaszkiewicz
Realizacja TV: Stanisław Zajączkowski
Scenografia: Tadeusz Smolicki
Kostiumy: Anna Smolińska
Muzyka: Joanna Wnuk-Nazarowa
Zdjęcia: Roman Piotrowski, Andrzej Prynda

Obsada: Jerzy Bińczycki (Sieriebriakow), Aldona Grochal (Helena), Dorota Segda (Sonia), Halina Gryglaszewska (Maria Wojnicka), Izabela Olszewska (Niania), Jan Frycz (Astrow), Leszek Piskorz (Tielegin), Roman Gancarczyk (Wujaszek Wania- Iwan Wojnicki), Piotr Cyrwus (Parobek),

niedziela, 15 marca 2015

KĄPIELISKO OSTÓW TEATR TELEWIZJI

Magda Czerwińska i Krzysztof Stroiński (fot. TVP)

 To portret  rodzinny we wnętrzu. O polskim genotypie. W klinczu czereśniowego sadu, odzyskanego majątku, zdewastowanej fabryki, w małym zniszczonym dworku nad rzeką smródką. Gdy złoty wiek tego miejsca i ludzi już dawno minął. O ostrym zapachu prowincji, rodzinnych animozji, perypetii. Obserwujemy małe polskie piekiełko z wywleczoną historią krzywd niezawinionych i zagubieniem w nowych, wspaniałych czasach demokracji. Z pytaniami: kim byliśmy i kim jesteśmy?, co dalej i jak żyć? Zbiór archetypów prawdziwego Polaka, każdy w swojej roli: bezradnego księdza, sympatycznego nieudacznika na nieustającym rauszu, przedsiębiorcy pogrzebowego ożenionego z Niemką z krótką wizytą w ojczyźnie, dojrzałej kobiety po rozstaniu z mężem, matki Polki, ojca w kryzysie wieku późnego, nowobogackiego sąsiada, młodej dziewczyny szukającej szczęścia, psującej krew całej rodzinie. Kłębowisko irytującego niezadowolenia, rosnącego rozczarowania, niekończącego się narzekania, męczącego smęcenia. Nieustanne droczenie się, przekomarzanie, ścieranie, obrażanie, dąsanie. Choć nikt nikomu nie czyni zła, nie wyrządza krzywdy. Zagubiony, rozbity, poszukujący nowej drogi życia z całym bagażem przeszłości obraz rodziny. Ale w udręczeniu podskórnego rozczarowania, fizycznego zmęczenia życiem. A w gruncie rzeczy sobą.

Rodzinne spotkanie wypada całkiem spokojnie. Jest rozpoznaniem sytuacji. Służy zrozumieniu spuścizny przeszłości. Przypomina, kim byli przodkowie, co przeszli, czego dokonali. A teraz dokąd zmierzają współcześni. Jak rozwiązują swoje problemy, czy się dogadują. Czy są w stanie wzajemnie sobie pomóc, wrócić do równowagi, osiągnąć przynajmniej stan małej stabilizacji. Na miarę możliwości. Dla zaspokojenia podstawowych potrzeb. Gdzie każdy znajduje swoje miejsce na świecie i spokojnie może żyć dalej bez wielkich nadziei na zmiany w przyszłości. Bo nie ma pomysłu, a nawet marzeń. Nie ma sił, bo te się wyczerpały. Mało kreatywni, bez inwencji, bez doświadczenia. Bez potencjału intelektualnego. To taki moment dla wszystkich, gdy już nie można wiele zmienić w życiu. by poprawić swoją sytuację, by planować nowe przedsięwzięcia, dekonstruować życie. Z tego punktu, w jakim znaleźli się bohaterowie można tylko doszlusować spokojnym nurtem codzienności do końca.

Wszystko w otulinie późnego lata, dojrzewających czereśni, zapachu łąk, śpiewu ptaków i napierającej cywilizacji. Pojawiająca się strzelba w spektaklu odegra swoją rolę. Wystrzeli nie raz, nie dwa ale trudną do zniesienia kanonadą. Krótko pohałasuje, sprowokuje irytację. Interes na horyzoncie da nadzieję na realizację planów po sprzedaży odzyskanego właśnie majątku. W słońcu i pogodzie ducha, mimo niepokojów wewnętrznych, przejściowych kłopotów, zawirowań emocjonalnych. Ale nadal rodzina pozostanie ciałem niespójnym, tworem adecyzyjnym, z trudem dochodzącym do porozumienia nawet w warunkach domowych, bezpiecznych, przyjaznych. Bo stanowi zbiór indywidualistów o mentalności psa ogrodnika, który ogranicza się do tu i teraz bez spojrzenia daleko w przyszłość. Bez pomysłów, środków na tyle znaczących, by zmienić rzeczywistość wokół siebie. Oprócz sytuacji pełnej mobilizacji gdy członkowie rodziny zachowują się z empatią, z konieczności  szukania sposobu na ratunek, rozwiązania problemów gdy nie ma innego wyjścia.

To bardzo ciepła, komediowo zabarwiona,  teatralna wiwisekcja. Delikatna, czuła, sentymentalna. Jakby jej bohaterowie trwali w stanie zawieszenia, wyczekiwania, byli w fazie przejściowej, pomiędzy. Tyle tylko, że młodzież i najbardziej przedsiębiorcze osoby albo wyjeżdżają za granicę /do swojej nowej rodziny czy do szkoły /albo umierają z przemęczenia w Polsce. To nie rokuje najlepiej. Bo nie wiadomo, kto i w jaki sposób miałby budować przyszłość. Ci, co pozostają, mają tyle tylko sił i pieniędzy, by wystarczyło na przeżycie. W trwaniu. W chwilowej harmonii i względnym spokoju pomiędzy jedną, drugą a kolejną walką o przetrwanie. Taki kiepski los. Taki gasnący potencjał. Takie żadne możliwości.

Aktorstwo to mocny atut sztuki. Wybrzmiewa naturalnie, prawdziwie. Buduje nastrój, decyduje o charakterystyce postaci, interpretacji ich położenia, motywacji działania. Przeważa rys lekki, komediowy, humorystyczny. Z przymrużeniem oka. Ciepło opowiadający o całej rodzinie.  Możemy cieszyć się obecnością obrażonej, milczącej nader wymownie Zofii Rysiówny, zbuntowanym, zatraconym w szaleństwie korzystania z uroków życia, buntującym się Ignacym Gogolewskim, rozbrajającą bezradnością i opiekuńczością Marty Lipińskiej, zupełnie niepozbieranym, popijającym zanadto, rozbitym życiowo Andrzejem Zielińskim, tracącym kontakt z rzeczywistością Igorem Przegrodzkim, typowym, chcącym wszystkich pogodzić księdzem Krzysztofa Stroińskiego, rozsądnej, mocno stojącej na ziemi młodości Magdy Czerwińskiej. I koncertowo rozumiejących się, nadających na tych samych falach fantastycznych realistów, jedynych w towarzystwie pragmatycznie, biznesowo myślących i działających na jawie a nie w oparach absurdu osób: Piotra Fronczewskiego ze Sławomirem Orzechowskim w mądrej, wyważonej choć trudnej rozmowie. Wszystkie postaci są przez ich stwórcę, Pawła Huelle, usprawiedliwiane, postawy umotywowane, wyjaśnione.

Reżyseria Macieja Englerta jest dyskretna i skuteczna. Plenerowa sceneria czarująca. Prawdziwe wnętrza uwiarygodniają rzeczywistość w upadku, rozpadzie, u schyłku swej świetności. Czechowa twórczości klimaty-psychologiczne charakterystyki, smętne stany zawieszenia, niemocy, trudny do zdefiniowania i uzasadnienia marazm, jakby wbrew okolicznościom, miraże nowych możliwości wyboru, zmiany losu poza zasięgiem, wolności pozorne-znajome. Bez rozdzierającego duszę dramatu braku kreatywności, pragmatycznego działania, praktycznego myślenia, wzięcia się z życiem za bary. Raczej zgoda na bezwolne trwanie po kres. Bo urodzeni i wychowani w rzeczywistości PRL-u ograniczającej wolny wybór, nie uczącej samodzielności i odpowiedzialności za swoje życie, nie mogą się zmienić. Nie potrafią. Nie wiedzą jak. Nie mają odwagi. Ani siły. Ani silnej woli. To komedia z czułym dystansem przyglądająca się życiu. Wyrasta z doświadczenia polskich rodzin. Zwyczajna, powszednia, codzienna.


KĄPIELISKO OSTÓW
Autor: Paweł Huelle
Reżyseria: Maciej Englert
Scenografia: Marcin Stajewski
Kostiumy: Katarzyna Gabrat
Muzyka: Zygmunt Konieczny
Zdjęcia: Michał Englert

Obsada: Zofia Rysiówna (Matka), Ignacy Gogolewski (Ojciec), Piotr Fronczewski (Julian), Marta Lipińska (Ewa), Andrzej Zieliński (Błażej), Krzysztof Stroiński (Piotr), Igor Przegrodzki (Pan Wacław), Magda Czerwińska (Ela), Sławomir Orzechowski (Trybulak)

premiera 2004

http://www.teatrtelewizji.tvp.pl/kalendarium/artykul/kapielisko-ostrow_18823611/

piątek, 13 marca 2015

TRĄD W PAŁACU SPRAWIEDLIWOŚCI TEATR TELEWIZJI



Gustaw Holoubek i Anna Seniuk w spektaklu telewizyjnym „Trąd w pałącu sprawiedliwości” (fot. TVP)

To taki przypadek, gdy wiemy, że nam się należy nagroda, zasługujemy na awans ale nie czekamy biernie a przejmujemy sami inicjatywę. Bo nadarza się okazja. Bo czas na zmiany. Bo są  konieczne. Chcemy być pewni wygranej. Nie ma mowy o innym niż korzystnym dla nas zakończeniu. Kreujemy rzeczywistość, działamy, dbamy zapobiegliwie o to, by cel osiągnąć za wszelką cenę. Jakbyśmy badali granice swoich możliwości, przekraczając je. Gdy cel uświęca środki.  Bo czemu nie. Bo nam się należy. Żyjemy dla kariery. Ciężko pracujemy, staramy się. Zasługujemy na sukces, na nagrodę, na awans. Subiektywnie i obiektywnie. Gdy liczy się walka, bo jesteśmy wojownikami zaprogramowanymi na zwycięstwo. I gdy musimy, to wymóg konieczny, osiągnąć je absolutnie sami. Tylko wtedy się liczy. Ma właściwy smak i wartość. Dla nas. Konkurencja tylko podbija stawkę. A sytuacje niebezpieczne, nieprzewidywalne stanowią skrajny sprawdzian możliwości. I wiemy, że grać musimy nieczysto. Bo wszyscy są skażeni złem, upodleni w mniejszym lub większym stopniu. Inaczej się nie da. Uczciwie, prawdziwie i wprost.

W tej sztuce jest jak u Lampedusy: w Pałacu Sprawiedliwości musi się zmienić wszystko, by nie zmieniło się nic. Morderstwo i szukanie winnego jest tylko pretekstem do zmian personalnych na stanowisku prezesa Trybunału Sądu. Choroba tocząca środowisko pozostała. Dochodzenie prowadzone dla wyjaśnienia, kto zabił, wygląda jak proces kwalifikacyjny mający na celu wyłonienie zwycięzcy poprzez sprawdzenie kandydata w biegłości manipulowania rzeczywistością i jej uczestnikami. To morderca przechodzi egzamin dojrzałości umożliwiający objęcie funkcji przywódcy chorej rzeczywistości. Najbardziej zepsuty, zimny, perfidny, odporny na sytuacje zaskakujące, nietypowe, przewidujący i potrafiący kreować zdarzenia bez pozostawiania śladów oraz pozbawiony uczuć człowiek z żelaza, człowiek świnia nadaje się na przewodnika, prezesa Trybunału Sądu. Doskonale zna środowisko, jest  nim przesiąknięty. To najbardziej reprezentatywny jego członek. Tylko wtedy zachowanie status quo niesprawiedliwości może przetrwać w głupim, ograniczonym społeczeństwie. Jakby ukoronowaniem zepsucia było wyłonienie na dowódcę człowieka najgorszego z możliwych, najbardziej wyrafinowanego wcielenia zła. Znającego je z autopsji. W teorii i praktyce. Pozytywne cechy -ambicja, inteligencja, przenikliwość, biegłość zawodowa, językowa, zdolności obserwacji, kreatywność -są tu na usługach diabła. Gdy głównym przeciwnikiem człowieka jest on sam dla siebie. I największym wyzwaniem. Gdy sam sobie wyznacza cele do osiągnięcia. Walczy sam ze sobą. Samotny, zamknięty w sobie, niedostępny. A na zewnątrz błyskotliwie, profesjonalnie gadatliwy i nie do zastąpienia. Zna swoją wartość, wie na co go stać, do czego jest zdolny. Zawdzięcza sukces sobie. Cruz, bo o nim tu mowa, ma godnego siebie konkurenta do stanowiska, Croza. Co tylko podkręca sytuację, podnosi poprzeczkę, jest bardziej emocjonujące. To oni dwaj są głównymi graczami w wyścigu, w walce o stanowisko.

To, co słabe, zużyte, naiwne, czyste musi być wyeliminowane. Albo jest sposobem do osiągnięcia celu. Vanan, dotychczasowy prezes, nie wytrzymuje presji oskarżeń, manipulacji. Jest stary, wyczerpany, bezbronny. Popada w obłęd po śmierci córki Heleny. Nie jest w stanie spojrzeć w martwą twarz córki. Uporczywie twierdzi, że zmarła, gdy była małą dziewczynką. Wyczerpały się już jego siły niezbędne do panowania nad imperium zła. Psychicznie i fizycznie zniszczony, musiał się wycofać. Kochająca go córka- niewinna, ufna, krystaliczna dusza-nie ma szans w konfrontacji z tak wyśrubowaną intrygą, skalkulowaną perfidią kłamstw i pomówień. Popełnia samobójstwo lub zostaje wypchnięta z okna lub przypadkowo wypada- nieważne-martwa jest nieszkodliwa. Nie zagraża. Nie będzie niebezpieczna. Nie będzie zadawać niewygodnych, dociekliwych pytań. Nie pasuje do tego zepsutego krajobrazu mataczenia, kombinacji oszustw, intryg i kłamstw. Irytuje jej absolutny brak rozeznania w realiach środowiskowych zależności. Jest jakby istotą z innego, obcego świata. Zagraża porządkowi zła. To w istocie ją zabija. Zaskoczenie, zdziwienie po zetknięciu z niemożliwym w jej mniemaniu a zaistniałym faktycznie oskarżeniu ojca. To oczywiste, że musi zostać usunięta. Mogłaby pokrzyżować mordercy plan przejęcia władzy. Mogłaby świadczyć prawdę. Zło zewnętrznego świata pokonało jej wewnętrzne dobro, które nie uratowało, nie ochroniło, nie ustrzegło, nie uodporniło na kontakt z rzeczywistością. Pozostała zagadka. Ta pozbawia złudzenia, że prawda może zwyciężyć.

Cust, który jest mordercą, dokonuje zbrodni doskonałej, seryjnej. Działa jak perfekcyjnie zaprogramowana maszyna. Realizuje swój plan z precyzją godną geniusza. Wszystko ma przemyślane, zaprogramowane, przewidziane. Wielowariantowo. Nie pozostawia pola przypadkowi. Zna wszystkich przeciwników i uczestników zdarzeń bardzo, bardzo dobrze. Przenicował cały system. Doskonale go zna.  Jest inteligentny, kreatywny, elastyczny, błyskotliwy, użyteczny, wiarygodny. Antycypuje. Inicjuje zdarzenia, zeznania, sytuacje. Podpowiada, sugeruje. Sieje wątpliwości. Przejmuje inicjatywę. Panuje nad sytuacją z bezwzględnością i brakiem empatii psychopaty. W pełnej samokontroli. Skutecznie. I jak natural born killer ma potrzebę opowiedzenia o wszystkim czego dokonał, jakby musiał wyrzucić z siebie całe plugastwo,  którym jest wypełniony ponad miarę. Z pychy, próżności, dla aprobaty, dla pochwalenia się przed publicznością, nawet wtedy gdy wie, że to będzie martwy w jego mniemaniu a faktycznie słyszący wyznanie Croz lub sam milczący Bóg. Jakby to zło musiało się wylać z niego na zewnątrz. Jakby to wyznanie było ostatecznym triumfem, dowodem na to, że zamysł, słowo stało się ciałem i zamieszkało miedzy słabymi śmiertelnikami. Jakby to wyznanie było końcowym zmierzeniem się z najsilniejszym, potrafiącym docenić go przeciwnikiem. Przypieczętowaniem zwycięstwa.

Oczywiście nie da się wszystkiego przewidzieć, nie popełnić błędu i Cust wpada w zastawioną przez swojego konkurenta do stanowiska zasadzkę, Croza. Lecz ten przegrywa, nie wytrzymuje emocjonalnie walki. W obliczu prawdy, zakończonej walki, która wyczerpuje jego siły i doprowadza go do śmierci, przeczuwając ją, bierze całą winę na siebie, przyznając się do niepopełnionej zbrodni. Samodzielnie, z własnej nieprzymuszonej woli podejmuje tę zaskakującą decyzję. Umiera z poczuciem wyższości nad Custem, którego w istocie pokonał, rozgryzł, złapał przy grzebaniu w dokumentach, co było przesądzającym dowodem winy Custa. Ale ta pewność winy konkurenta, pewność, że go pokonał,  załamuje go, może być ostatnim ciosem w przeciwnika. Zdaje sobie sprawę, że nie ma szans skonsumować zwycięstwa. Jest za słaby, czuje, że umiera. Przyzwala tym samym na zło. Dlaczego? Mógł zaświadczyć i udowodnić prawdę, wyjawiając dowody i imię mordercy. Ale prawda się nie liczy. Croz ma świadomość, że selekcja się już dokonała i pozostaje mu wyznaczyć następcę Vanana. Po to, by zło samo się wyczerpało. Z czasem. Ze zmianą okoliczności.  Ze zmianą wewnętrzną Custa, który sam przyczyni się do własnej zguby, eliminacji. Na co liczył Croz? Może na nie dające spokoju Custowi wyrzuty sumienia. Ale to błędny trop. Bo ten sumienia nie ma. Może liczy na słabość, istniejącą rysę w planie Custa, która z czasem go pogrąży. Jednak przypadek Cust wyeliminował. Jest zapobiegliwy, sumienny, dokładny. Może Croz liczy na wyczerpanie się zła nie znajdującego już pożywki w osobie sprawcy. Niemożliwe, Cust karmi się złem, które rośnie w nim w siłę. A może Croz uznał, że zło nie da się wyeliminować za sprawą jego decyzji, bez względu na prawdę, musi być kontynuowane jego dzieło. I złego poprzednika musi zastąpić doskonalsza jego wersja. Młodsza, sprawniejsza, bardziej wyrafinowana. Croz chyba jednak liczy na to, że jego wyznanie będzie niszczyło Custa. Tego ambitnego, sprytnego, narcystycznego gracza, który nie zniesie upokorzenia bądź co bądź porażki. Bo to swoje purrysowe zwycięstwo nie zawdzięcza tylko i wyłącznie sobie ale i Crozowi. Jego wyznaniu. Ten wyścig po władzę, podstępny, brudny, po trupach ma więc skazę pierworodną i jest w istocie początkiem jego klęski. Niszczyć go będzie od środka. Tyle tylko, że Cust w swym stanowisku okrzepnie, obrośnie w piórka. Władza doda mu sił. Wzmocni jego ego. Przynajmniej na początku. Cust pozostanie jednak kolejnym ogniwem w łańcuchu zdarzeń. Po nim przyjdą młodsi, mądrzejsi, lepiej przygotowani następcy, wyhodowani na piersi doskonalącego się zła, które ciągle wyznacza coraz to bardziej wyrafinowane cele, zaspokaja zakamuflowane apetyty, realizuje zbrodnicze ambicje. Te zakładają z góry możliwość poradzenia sobie z porażką, potknięciem, a nawet klęską, na które człowiek jest coraz bardziej uodporniony. A może nic się Custowi nie stanie, bo ma zawsze szczęście. Gdy z piętnem winy zmarł Croz, jego rywal, nic nie zagrażało już Custowi. Helena zmarła również, nie mogła już wątpić w winę ojca, nie zagrażała. Vanan też zmarł dla świata. Z wysokim odznaczeniem odszedł z urzędu na emeryturę oszalały, nieobecny, nieszkodliwy. Wszystko się logicznie wyjaśniło dla świata. Reszta pozostała śmiertelnym milczeniem.

Kamień wpadł do wody, pojawiły się kręgi ale jej powierzchnia i tak się szybko wygładziła.

Spektakl w tonacji kontrastu czerni z bielą precyzyjnie pokazuje mechanizm walki o władzę. Selekcję kandydatów. Sekcję ducha i ciała, motywacje mordercy. Anatomię zbrodni. Eliminację najsłabszych elementów. Bez zbędnych sentymentów, mrzonek o sprawiedliwości i prawdzie, iluzji o potędze dobra. Osłabiających zawsze działanie. Wskazuje na zło jako siłę sprawczą. Narzędzie korekty i wyboru. Nie ma mowy o wymierzeniu kary.  Choć wszyscy są w istocie winni. Bo świadomie przyzwalają na zło aby tylko w papierach, formalnie wszystko było w porządku. Logiczne, sensowne, zrozumiałe. Wszyscy tworzą, konstytuują, akceptują chory system. W tym względzie przekaz jest niezakłamany, przejrzyście czysty. Triumf najsilniejszego, najbardziej przebiegłego kłamcy, obłudnika, biegłego w swoim fachu gracza. Profesjonalisty z talentem. W imperium zła może zwyciężyć tylko najlepszy z najgorszych. I to on wspina się w końcowej scenie po schodach, w górę ku szczytom władzy. Samotnie, bezsennie, bezkarnie. Po morderczej, wykańczającej przeciwników walce.

Obserwujemy w tym spektaklu niebezpieczne związki pozoru prawdy z realnym złem  w tworzeniu warunków, motywacji  i profili psychologicznych liderów, by możliwe było świadome  przyzwalanie wszystkich, bez wyjątku, na zbrodnię na słabych, wykluczanych, potrafiących odróżnić dobro od zła, a priori wierzących w człowieka, jego prawość i uczciwość. W imieniu gwałconego prawa i sprawiedliwości.

Zwłaszcza, że natura szybko leczy wszystkie, nawet najgorsze rany, wyrównuje straty. Bóg przebacza i przemilcza i ludzie także. Aha, jeszcze dla wygody, świętego spokoju, szybko zapominają. Zapominają.

TRĄD W PAŁACU SPRAWIEDLIWOŚCI
Autor: Ugo Betti
Reżyseria: Gustaw Holoubek
Reżyseria TV: Anna Minkiewicz,
Scenografia: Alicja Wirth,
Przekład: Jadwiga Pasenkiewicz

występują: Gustaw Holoubek (Cust), Henryk Borowski (Croz), Zdzisław Mrożewski (Vanan), Anna Seniuk (Helena), Andrzej Szczepkowski (Erzi), Alfred Łodziński (Archiwista), Henryk Machalica, Andrzej Żarnecki (Sędziowie), przekład: Jadwiga Pasenkiewicz,

wtorek, 10 marca 2015

TRIO O ZMIERZCHU NOEL COWARD TEATR TELEWIZJI

Trio o zmierzchu

Trójkąt małżeński, tercet doskonały, trio o zmierzchu życia. Trójka wspaniałych aktorów-Gustaw Holoubek/pisarz/, Ewa Wiśniewska/kochanka z przeszłości/, Teresa Budzisz-Krzyżanowska/żona/-obsługiwana przez młodego Krzysztofa Ibisza. Na pozór wszyscy załatwiają interesy osobiste. Każdy ma swój cel do osiągnięcia, do ugrania. Każdy oddzielnie ale jednak razem gra do jednej bramki. Chodzi o dobro sztuki, prawdę o sobie. Zachowanie szacunku, rozsądku, godne postępowanie. Zarówno do siebie samego, jak i innych. Ocalenie pamięci o prawdziwej przeszłości. O niezafałszowanej historii uczuć. Bo tylko wtedy możliwe jest skuteczne działanie godne ludzi z klasą. Mówi się dużo o miłości, tej, której w ogóle nie było i o tej, która przeminęła, wypaliła się bezpowrotnie. Lub została przerwana gwałtowną śmiercią na wojnie. O namiętnościach, mrocznym przedmiocie pożądania.  W prawdzie o tych, którzy miłości doświadczali. I cenią jej wartość.

Dojrzałość jest głównym bohaterem i wytrawnym smakiem tej sztuki. Dojrzała miłość, dojrzałe podejście do życia, dojrzałe decyzje, dojrzała rozmowa. I dojrzały talent grających aktorów, którzy odkrywają przed nami związki pomiędzy postaciami, prawdę o nich, istotę więzi międzyludzkich, ich sens, znaczenie. Różne odcienie pamięci.

I tak dowiadujemy się, jak kruche jest uczucie, miłość, delikatna emocja a jak wytrzymuje próbę czasu praktyczny kontrakt ślubny, przyjaźń. Jak wiąże przyzwyczajenie, druga natura człowieka. Zgranie, komplementarne działanie w związku. Kompromis.  I zależności biznesowe, a w tym przypadku także artystyczne cele i budowana wspólnie przez lata kariera.

Gorące uczucie, szalona fascynacja prędzej czy później się wypala i pozostaje pięknym wspomnieniem ale nie wystarcza do budowy wspólnego życia jeśli kompromis jest niemożliwy do osiągnięcia. Podobnie jest z zakazanymi, obyczajowo nieakceptowanymi związkami homoseksualnymi.  Te zniszczyłyby karierę pisarską, uniemożliwiłyby swobodne tworzenie i życie w społeczeństwie. Bo naznaczyłyby pisarza piętnem zepsucia, zła. Doprowadziłyby w rezultacie do całkowitego odrzucenia, wykluczenia.  No i ten przypadek, gdy kochać mocno i gorąco można tylko raz, a gdy obiekt miłości ginie na wojnie dobrze jest dzielić życie z innym mężczyzną tylko na zasadach zawartego układu, tworzenia partnerskich więzi. Z nadzieją na coś więcej. Na przykład przyjaźń, szacunek, czułość, wzajemną o siebie troskę.

Sztuka pokazuje, że jednak warto przeżyć każdy rodzaj możliwej, danej przez los miłości, bo pozostawia zawsze jakiś ładunek pozytywnej energii przeradzającej się w działanie, które pozwala zignorować wszelkie trudności, pokonać przeszkody, objawy zmęczenia życiem. Jak instrumentalne traktowanie kobiet przez pisarza. Jego oschłość, apodyktyczność, obcesowość. Wykorzystywanie ponad miarę. Relacje naznaczone widoczną irytacją, niechęcią, nieufnością. Z wyraźnym dystansem. Bez uznania prawdziwych intencji, wkładu pracy, szczerego oddania. Kochanka tego doświadczyła. Kochanek z przeszłości też. Żonie to nie przeszkadza, jakby sama obecność męża, jego twórczość rekompensowała jej brak łączących ich głębszych uczuć a nawet zaufania. Dla pisarza taki formalny układ małżeński jest wygodny, bezpieczny. Jest przykrywką jego prawdziwych preferencji seksualnych. Żona dba o jego karierę, interesy, wizerunek. Obsługuje całą sferę promocji, reklamy w kontaktach ze światem. Chroni go i dba o jego dobre imię. Bezwzględnie lojalna, sumienna, oddana, zapobiegliwa.  Mądra kobieta, wierna żona, idealny wspólnik, partner na dobre i złe. Prawdziwy przyjaciel. Ta rola jej całkowicie wystarcza. Pozycja satysfakcjonuje. Mimo, ze mąż ja obraża, nawet poniża, ostentacyjnie lekceważy.

Była kochanka, mimo wygasłych dawno uczuć, też zachowuje się godnie. Choć jest brutalna, do bólu szczera i otwarta. Nie oszczędza adwersarzy. Atakuje odważnie. Gra wybornie. Nie boi się ryzykownych szarż. Walka o interesy są tu tylko pretekstem do osiągnięcia wyższych celów. Ujawnia prawdę o pisarzu, przyczynia się do  poznania jego charakteru i tajemnic. Opowiada, jak traktował tych, których darzył uczuciem. Czy walczył o nich, czy dbał,  pomagał, wspierał, utrzymywał kontakt. Dowiadujemy się, że to człowiek egoistycznie wykorzystujący ludzi dla własnych celów. Gdy są mu już niepotrzebni, zapomina o nich. Nie przejmuje się ich losem.

Tu kobiety wypadają znacznie lepiej od mężczyzny. Ten traktuje je chłodno. Z nonszalancją, lekceważeniem, a nawet wyrachowaniem. Protekcjonalnie. Bez sentymentów i czułości. Pokazuje swoją wyższość, wyniosłość, władzę. Od samego początku jasne jest, kto tu rządzi. Próżny, zarozumiały, zapatrzony w siebie, humorzasty, apodyktyczny cynik do szpiku kości, który dzięki temu był tak doskonałym krytykiem swoich czasów. Nie docenia kobiet. A te walczą o swoje do końca. Również dla niego i jego sztuki. Była kochanka nie waha się zaatakować i obrazić żony pisarza, choć spotykają się po raz pierwszy. Mówi o niej pogardliwie, nie znając do końca prawdy poniża. Wyrzuca jej, że jest jedynie jego sekretarką, cieniem, zasłoną dymną. Wykorzystywaną przez mężczyznę kobietą. Kimś, kto dla niego pracuje, wyręcza go w wielu organizacyjnych sprawach. Służy mu wsparciem i pomocą. Żonie, sentymentalnej Niemce, wystarcza jednak to wieloletnie przywiązanie, praca, odrobina przyjaźni i bliskości, ta namiastka, pozór związku. Zna swoją sytuację i właściwie ją ocenia. Nie oczekuje więcej. Nie ma złudzeń. Nawet co do tego, że zostanie zrozumiana.

To nie był uroczy wieczór wspomnień i sentymentów. Kobiety prowadziły męska rozmowę z mężczyzną ich życia. Każdy musiał się odsłonić, być szczery i gotowy na konfrontację z prawdą, otwarty i elastyczny w działaniu. Zderzyły się oczekiwania i rozczarowania z przeszłości z tym, co zostało po latach z gorących uczuć. Do starych rachunków dołączyły nowe. Dawne, zagojone przez czas rany otworzyły się i znów musiały krwawić. Ale warto było. Wiele się wyjaśniło, wiele odkryło. Te różne punkty widzenia, odmienne doświadczenia i przeżycia tych, z którymi było i jest się związanym, ma wpływ, mniejszy lub większy, na życie obecne, ma swój ciąg dalszy w przyszłości. Prawda w jakiś czarodziejski sposób wyzwala od napięcia, ciężaru skrywania tajemnicy. Przebija balon lęku. Ujawnia prawdziwe oblicze człowieka, definiuje istniejące uczucia, określa status związków.

Trio o zmierzchu pięknie walczy o swoje. Pokazuje, jak ważne są argumenty i jak należy ich używać, by osiągnąć swoje cele, nie krzywdząc innych. Dochodzi w końcu do porozumienia. Może dlatego, że wszyscy są wytrawnymi graczami, mądrymi ludźmi, świadomymi swojej pozycji i natury. Każde z nich robi swoje w zgodzie ze swym talentem i predyspozycjami. Każde z nich na swój sposób realizuje swoje osobiste plany, osiąga cele. Świadomie podejmuje decyzje. Konsekwentnie postępuje, zgodnie z samym sobą i okolicznościami w jakich się znajduje.

Ewa Wiśniewska jest piękną, uwodzicielską heroiną. Zmysłową mądrością. Bezkompromisowym, twardym przeciwnikiem. Chodzi jej o coś więcej niż własny interes. Chciała dowieść, że zrozumienie i współczucie dla innych jest wartością samą w sobie, że nasza własna ludzka zdolność do miłości jest ważna, czego nie rozumiał albo nie chciał przyjąć do wiadomości pisarz. Ważne są dzieła nie reputacja, bo co pomyśleliby potomni, gdyby dowiedzieli się, że jednak miał serce? Choć w tym momencie to reputacja mogłaby zniszczyć życie, złamać karierę artysty.

Teresa Budzisz-Krzyżanowska w roli to powściągliwość i praca. Szara, pracowita myszka. Przenikliwa, zapobiegliwa, sprytna. Skuteczna. Pisarz jest dla niej wszystkim, co ma. Walczy o niego, dba i chroni go sprawnie przez dwadzieścia lat. Znosi dzielnie razy i pozostaje przy swoim punkcie widzenia. Spokojna, pewna, trzeźwo patrząca na życie i swój fasadowy związek. Zna swoje miejsce i wartość. Inteligentna, oddana  fighterka. Cudowna kobieta. Wspaniały człowiek.

Gustaw Holoubek gra jakby wbrew własnej naturze. Ale mimo podłej roli jest uroczy. Choć jest zdystansowany, nieprzyjemny, niesprawiedliwy nie sposób go nie lubić, nie rozumieć. Typ egocentryka, zimnego cynika, żyjącego według własnych zasad artysty. Podporządkowujący wszystkich i wszystko swojemu dziełu, pracy i konstytuującej ją karierze. Odrzuca wszystko, co mu przeszkadza, szkodzi. Eliminuje to, co zbędne, już niepotrzebne, zużyte. Jak wyczerpująca swój zasób miłość do mężczyzny, nie mogący trwać dłużej związek z kochanką. Jak nadbudowa czułości do żony, gdy wystarczy ją tylko akceptować jako wygodny balast, przyjazne otoczenie, które zabezpiecza komfort tworzenia i spokojne brylowanie w świecie zewnętrznym. Bo świat wewnętrzny zaprogramowany jest na pisanie. Żona to rozumie, akceptuje, wystarczy jej, że jest niezależną satelitą. Kochanka chciałaby pisarzem wstrząsnąć. Ale jest za późno. Skupiony na sobie, zamknięty w sobie, żyje dla siebie tylko i dzieła. I nic tego nie zmieni.

Zgadzam się z opinią byłej kochanki. Też nie żałuję tego wieczoru, był boleśnie szczery, interesujący. Pouczający. Pięknie pokazał rolę kobiet, prawdziwie artysty.


TRIO O ZMIERZCHU
Noel Coward

reżyseria: Majewski Janusz
przekład: Baltyn Hanna
realizacja TV: Minkiewicz Anna
scenografia: Lewandowski Marek

OBSADA: 
Hugo Latymer – Holoubek Gustaw
Hilda Latymer – Budzisz-Krzyżanowska Teresa
Carlotta Gray – Wiśniewska Ewa
Felix – Ibisz Krzysztof