poniedziałek, 24 listopada 2014

REWIZOR GOGOL NIKOŁAJ KOLADA TEATR STUDIO



By Chiharu Shiota Artwork

To cudowne uczucie, kiedy siedzi się na pełnej widowni w oczekiwaniu na wydarzenie  teatralne, które winno nas zaskoczyć, zadowolić, rozbawić. Nie przewidujemy porażki, rozczarowania. Bo Gogol to pewniak. Klasyka, która śpiewa nam w sercu i głowie znanym tekstem, jasnym przekazem.

A tu, drogi widzu, w Teatrze Studio, wszystko się komplikuje choć paradoksalnie scenicznie upraszcza. Nikołaj Kolada tak bardzo zmienił styl i formę znaku scenicznego, że ten unieważnił tekst i jego wymowę. Oglądamy karykaturę REWIZORA, jego cyrkowo jarmarczno kabaretową odmianę. Cepeliadę w tonacji wrzaskliwego kiczu. Jest głośno, co zagłusza możliwy sens. Jest kolorowy zawrót głowy, co odwraca uwagę od śledzenia akcji. Jest błoto, są kubły, szmaty w nieustannym użyciu i nadmiarze. To skutecznie zamazuje treść, nie wypracowuje żadnego przekazu.  Forma  zżera Gogola. Zakrzykuje go, zawrzeszcza, zaskrzecza. Zasysa go i wchłania. Przeżuwa górę śmiecia zalewając ją przez błoto. Pozostaje pantomima. Ruch, łomot, ckliwa nuta. Liczy się to, co widzimy, nie to, co słyszymy. Choć to znany wszystkim tekst wywołuje śmiech, rozbawienie. Ale śmiejemy się do siebie samych Gogolem, który nam  indywidualnie w duszy gra. Niezależnie od tego, co widzą oczy, słyszą uszy. To nie inscenizacja ale nasze oczekiwanie wywołuje reakcję. Bo nie do śmiechu gdy obraz przeczy treści, będąc z nią w kontrze. W dosłowności przesytu prostackiego, prymitywnego, sentymentalnego, rzewnego widowiska.

Gogol na śmietniku, z błota ulepiony w błocku rozjechany, ziemią jak lichą monetą naznaczający wszystkich i wszystko. Każdy przejaw ludzkiego znaku na ziemi. Kultury i sztuki. Nie ma nic ponad upadek i upodlenie. Z błota powstałeś i w błoto się obrócisz. Ubogi, zgrzebny, koślawy, wynaturzony. Prymitywny, ograniczony, brutalny, barbarzyński. Bez śladu nadziei na zmianę. Człowieku? Człowieku z błota.

Może dlatego gwałt Chlestakowa na matce i córce to najbardziej wiarygodna scena. Dosłowne czarne błotne zło wcierane w biel sukien, kalające. Ten przebłysk człowieczeństwa ledwo uchwytny w oczach gwałconych ciał, jakby na chwilę obudził je z głębokiego snu dla zrozumienia, że coś bardzo złego się dzieje. Ale to było tylko mgnienie. Pojedynczy znak, który utonął w bełkocie inscenizacyjnym. Nie przepadł ale to o wiele, o wiele za mało na sukces interpretacyjny.

Ostał się jeno błotny ślad. Brud. Nonsens. Niekonsekwencja. Absurd totalny. Znak firmowy Nikołaja Kolady. Dosłowne wiele hałasu o nic wokół -topionego w błocie na naszych oczach, za przyzwoleniem teatru, z akceptacją artystów, aktorów-Gogola.

To dziwne uczucie, kiedy pełna widownia klaszcze do utraty tchu, skanduje zadowolenie z mizerii scenicznego przekazu. Błoto wylało się ze sceny i szerokim nurtem wypełniło wszystko w swoim zasięgu. Infekuje, naznacza, również moje wprawione w ruch ze zdziwienia ręce.

Ale aplauz wynika z naszego szacunku do wysiłku artystów, do ich poświęcenia, by przez cały spektakl brodzić w mokrej brei, obrzucać się błotem, wcierać w siebie błoto. Drodzy aktorzy, doceniam wasze poświęcenie. Choć nie przestaję się dziwić, że się na to zgodziliście. To już nie goło i czerwono. To czarna, mokra pulpa.

Długo jeszcze będę myśleć nad uzasadnieniem gestu aktorów sadzenia ryżu. Może Kolada otwiera się na nowe rynki zbytu ? Jest jeszcze tyle teatrów do podbicia. Gogol nie tylko ponadczasowy ale też internacjonalny. Czy nie jest to przeniesiona na grunt polski inscenizacja wcześniej wystawiana w Rosji? Polscy aktorzy, polska publiczność, polski sukces Nikołaja Kolady. Na pewno nie Gogola. Ten utonął w błocie bez wieści.

http://teatrstudio.pl/spektakle/188,rewizor/
http://warszawa.gazeta.pl/warszawa/1,34861,16914756,W_piatek_w_teatrze_Studio_premiera__Rewizora__Nikolaja.html

sobota, 22 listopada 2014

HIDEOUT/KRYJÓWKA PAWEŁ PASSINI



By Chiharu Shiota Artwork

W stanie zagrożenia życia pragniemy stać się niewidzialni. Chcemy zniknąć. Ukryć się. Schować. Potrzebna jest kryjówka. Miejsce dla przeczekania, przetrwania. A w nim zamieramy. Pozostajemy w bezruchu. Powstrzymujemy się od wszelkich reakcji, przestajemy oddychać, choćby na chwilę. Przyczajamy się, nasłuchujemy w ekstremalnej koncentracji. Czuwamy. Uważamy, by nie spowodować jakiegokolwiek hałasu. Musimy się zachowywać tak, by nie zwrócić na siebie uwagi, nie sprowokować zainteresowania, nie ujawnić swojego istnienia.  A trwać to może bardzo długo. Lata całe. Wtedy jest szansa. Szansa na przetrwanie. A gdy przyjdzie ocalenie wtedy zaczynamy budować kryjówkę w sobie dla tych przeżyć o czasie nieistnienia, które nie dadzą się wyrazić słowami, obrazem, muzyką. Ten, kto przeżył w jamie wielkości swego ciała obserwując w ciszy świat spomiędzy szczelin desek nie zna języka komunikacji zdolnego odtworzyć miniony stan egzystencjalnego zawieszenia, które maksymalnie koncentrowało się na trwaniu. Nie ma punktów odniesienia.  Nie ma skali pokazującej stan ciała i ducha. I jest obawa o brak u odbiorców zrozumienia. Bo jak opisać wrastający z dnia na dzień, z roku na rok lęk o życie swoje i najbliższych. Lęk o życie tych, którzy pomagają przeżyć. Konkretnych ludzi i ich rodzin, a nawet całych wsi. Jak opisać ból fizyczny, psychiczny, głód normalnego życia. Syty głodnego nigdy nie zrozumie. Bezpieczny zagrożonego. Wolny uwięzionego, nawet uwięzionego dobrowolnie. Bo to musi być opis sytuacji granicznych. Nie z tego świata. W tym wypadku ze świata wojny, wojny totalnej zagłady.

I jeszcze ból wywołany wspomnieniem tego, co się przeżywało, na co się patrzyło, w czym się uczestniczyło. Ból z przeszłości wrośnięty pamięcią w jaźń spychający do podświadomości wspomnienia. Paraliżujący, bezsilny wobec konieczności dania świadectwa tego, co się przeżyło. Wzmocniony obawą jak świat dziś, w stanie pokoju, przyjmie dowody zagłady wszystkiego co ludzkie. I co z tym zrobi, jak to potraktuje. Nie wystarczy przeżyć okrucieństw wojny. Przeżywa się je dalej. Ten koszmar nigdy się nie kończy. Ci, co przeżyli, nigdy nie wychodzą z szafy, ze swojej kryjówki. Nadal tkwią w niej uwiezieni mentalnie.

Istnieje też obawa infekcji złem. Świadomość, że przekaz nie będzie dostatecznie zrozumiały przez współczesnych. Jak informować, co mówić, komu? W jakiej formie?  Bo poprzez relację przenosi się na słuchającego całe zło zaistniałe, przeżyte i kaleczące nadal zarówno opowiadającego jak i słuchającego. I kto się z nim dziś zetknie-poprzez relację,opowieść, spektakl- też nie będzie mógł się od niego już nigdy uwolnić. Będzie niósł w sobie ten wojenny obraz piekła. Jak zareaguje? Co z tą wiedzą zrobi? Jak ją zinterpretuje? Nic dziwnego, że rodzice nie obarczali swoich dzieci opowieściami traum wojennych. Nic dziwnego, że tak trudno o tym mówić nawet dziś. Często decydowano się milczeć, przekazywać szczątkowe opowieści, pojedyncze informacje. Już sam powrót do wspomnień sprawiał ból. Odnawiał cierpienie. Uświadamiał, że przekaz nigdy nie będzie dostatecznie pełny, jasny, obiektywny. I w dodatku należycie przyjęty, zrozumiały.

Paweł Passini z aktorami, językiem teatralnych środków ekspresji, buduje  dla nas prawdziwą kryjówkę. Przekaz zasłyszanych  autentycznych historii z czasów wojny nie tylko od najbliższych osób artystów, dokumentalny obraz filmowy, klaustrofobiczna scenografia z rozwieszonymi linami łączącymi różne punkty, wątki jest próbą przeżycia faktów, emocji, uczuć w nas współczesnych. Najpierw poznajemy historie osób, które przetrwały. Doświadczamy bezpośrednio, wchłaniamy namacalnie atmosferę zagrożenia poprzez spektakl. Później próbujemy ogarnąć skalę problemów zjawisk z tym związanych. Skala bólu rozszerza się, gęstnieje. Skala niesprawiedliwości rozsadza normy. Skala nieludzkiej i ludzkiej reakcji wobec losu drugiego człowieka nie ma odniesień. Jest nie do podrobienia. Choć ma licznych w historii  świata naśladowców. To temat bieżący, to temat aktualny. Mający interpretacyjną kontynuację. Bo można by zacząć myśleć nad kryjówką, w której mógłby przeżyć dzisiejszy brutalnie wykluczany z życia człowiek. Każde indywidualne i zbiorowe istnienie.

Paweł Passini zatrzymuje się na wątku kryjówki dla Żydów w czasie drugiej wojny światowej. Kontekstu jej zaistnienia i problemów przekazu świadectwa. Nawiązania komunikacji czysto ludzkiej. Nie wiem czy wie, jak blisko, jak mocno dotyka problemu kryjówki dla współczesnego człowieka.

Dziś też się ucieka. Kryje przed złem świata. Udaje, że nic się nie widzi, nie czuje, nie wie. Każdy ma swoje własne sposoby, których nie zdradza.  Można   siebie prawdziwego ukrywać w sobie. Całokształt. By spróbować przetrwać, przeżyć. Nie ma innej, doskonalszej kryjówki. Choć tak naprawdę jesteśmy dziś nie do ukrycia. Nie do uratowania. Paradoksalnie.

Rozmawiajmy ze sobą nadal. Choćby poprzez sztukę. Nikt nam nie zarzuci/też sami sobie/, że nie spróbowaliśmy. Że nic nie zrobiliśmy. Koszmar wojny trwa, nie kończy się ze śmiercią tych, którzy go bezpośrednio przeżyli. Zło nie umiera nigdy.  Przyczaja się w jakiejś sprytnej kryjówce. I nigdy nie rezygnuje z ataku. Z próby sprawdzenia, jak jesteśmy podatni na jego wpływ. Nawet wtedy, gdy triumfuje prawda i dobro.

Grand Prix jubileuszowego 50. Przeglądu Małych Form Teatralnych Kontrapunkt w Szczecinie
http://ck.lublin.pl/pl/wydarzenia/the-hideout-kryjowka/
http://metro.gazeta.pl/Gwiazdy/1,141456,16985623,Sztuka_o_ukrywaniu_Zydow_w_prywatnym_mieszkaniu_w.html


czwartek, 20 listopada 2014

SKUTKI UBOCZNE TEATR TELEWIZJI


Oto w spektaklu  poznajemy artystę i dzieło-jego życie. Małe rewolucje, do których doprowadza i zwycięża. Małe radości, którymi obdarza ludzi swymi fotografiami, swoją pracą. Artysta skupiony na sobie i tym co robi gubi tych, którzy go kochają, są mu wierni i oddani. Nie dba o nich, nie pamięta ważnych momentów ze wspólnego życia. Nie poświęca im swego czasu. Podporządkowuje wszystko i wszystkich swoim celom, swoim projektom, swojemu życiu. Stylowi i poziomowi tego życia jakie on sam wybrał, na jaki go stać. Działa zawsze w słusznej sprawie, wyznaje słuszne zasady moralne, stosuje je w pracy i życiu. Jest lojalny, uczciwy, prawy. Prawda ponad wszystko. Bezkompromisowość, ależ owszem. Upór, ależ tak. Inaczej nie byłby skuteczny, inaczej by nie osiągał celu. Reszta świata dostosowuje się do niego. Akceptuje go cicho i bezwarunkowo. Darzy uczuciem, oddaniem. A wszystko to dzieje się w sposób naturalny, oczywisty, niepostrzeżenie.

A jednak skutkiem ubocznym charakteru i wyborów życiowych artysty jest dysfunkcja emocjonalna w przyjaźni i miłości. Jego dziećmi są jego dzieła. W istocie egoistyczne podejście do życia wyklucza udział innych ludzi w jego życiu. Dlatego żona czuje się zawsze samotna. Akceptuje to przez 15 lat. Jednak w końcu odchodzi. Przyjaciel bez wzajemności darzy go uczuciem przyjaźni. Żadnej bliższej relacji, więzi nie jest w stanie nawiązać, rozwijać, podtrzymywać. Skupiony na sobie, na pracy nie dba o to wcale. Nie czuje potrzeby. Nie widzi związku. Nie dostrzega swego dystansu, oziębłości emocjonalnej. Wszystko w formie deklaracji, nie w czynie. Zgrabnie oddziela swoją rację zawodową od sentymentalnej potrzeby bliskości, czułości. I uzasadnia ją górnolotnie. Jak Kopciuszek oddziela, co dla niego niezbędne od tego, co go obciąża. Konsekwentnie eliminuje zbędne obciążenia, choć nie wygląda to drastycznie a wręcz przeciwnie. Gładko układa sobie życie. Wszystko gra. Nie ma pieniędzy, ale ma tak być. Deklarowane wartości na to nie pozwalają. Do czasu.

Fotografik potrafi uchwycić w swych pracach istotę rzeczy, ten moment najprawdziwszej prawdy, to właściwe ujęcie piękna a jednocześnie jest zupełnie obojętny wobec obiektu, którego używa i pozostawia go samemu sobie po zakończeniu pracy. Zimny, zdystansowany, nieczuły. Artysta, który doskonale wyczuwa wartość i siłę tego, co chce wydobyć i utrwalić na zdjęciu. Wykazujący wrażliwość szczególną. Wrażliwość niewrażliwą. Nie współczującą, nie uczestniczącą w cierpieniu, bólu, w życiu tych, którzy są na pewno dla niego ważni i którzy są wykorzystywani w procesie tworzenia. Działa jak chłodny obserwator, metodyczny naukowiec a nie czuły artysta. Doskonale oddzieliła się w nim ta wrażliwość artysty od wrażliwości człowieka. Są jak dobro ze złem w jednym. Ma tą właściwość, dyspozycję psychiczną, która pozwala mu traktować obiekt pracy przedmiotowo a nie podmiotowo. A to wyklucza zaangażowanie uczuciowe, emocjonalne. Dlatego jest obojętny na uczucia innych. Wykorzystuje je, używa ich ale nie odwzajemnia. Liczy się projekt, praca. Efekt. I jest świadomy, że jest dobry  w tym, co robi. Choć bez zadęcia, bez poczucia wyższości. Mimo pozorów poprawności postawy, działania jednak wydaje się być niekompletny, ułomny. Czuły i wrażliwy na sprawy ogółu/ludzkość/, obojętny na czułość i wrażliwość szczegółu/żona, przyjaciel, ludzie, z którymi pracuje/.

Najpierw poznajemy go jako artystę z dekalogiem postępowania. Pozytywny, budujący, poprawny. Po czym widzimy go przy pracy, wyjątkowo dla pieniędzy, ale w zbożnym celu/finansowanie pobytu teścia  w zakładzie dla chorych na Alzheimera/. Z czasem ujawniają się skutki uboczne bycia prawdziwym artystą poddanego próbie. Konstrukcja psychologiczna postaci, dysfunkcja uczuciowa, emocjonalna, która z jednej strony umożliwia mu pracę i sukcesy w tej pracy a z drugiej generuje koszty dla tych, którzy go kochają, cenią. Ujawniają prawdziwego człowieka, jakim jest naprawdę.

Fabuła sztuki pokazuje złożoność tego konstruktu w konfrontacji z postępowaniem i wyborami pozostałych bohaterów/głównie żony i przyjaciela artysty/. W kontraście. W niuansie. W szczególe. W kontekście współczesnego życia i jego dylematów, problemów. Egzystencjalnych wyborów przy braku etycznych  i prawnych regulacji.  Obserwujemy jednostkę w kotle spraw świata. Widzimy, co może zrobić i jak ją traktują  potężne koncerny przemysłowe/tu farmaceutyczne wprowadzające lek na rynek/.  Przy czym przekaz jest niejednoznaczny i subtelny, złożony i bolesny. Prawda nie jest prosta. Piękno oczywiste. A słuszność tylko po jednej stronie. Skutki uboczne funkcjonowania jednostki w świecie , wykuwania sobie w nim losu nie zawsze są dostatecznie widoczne czy do zniesienia. Ale są i mogą być zabójcze. Jeśli jesteśmy ich świadomi, mamy możliwość wyboru. Możliwość zmiany swego losu i losu innych ludzi.

Przy okazji oglądu tej sztuki i portretu artysty pomyślałam o fotografiku Kevinie Carterze, który nie miał dystansu emocjonalnego do sytuacji i ludzi, których fotografował. Nie oddzielił pracy od życia. Nie poradził sobie z presją okrucieństw wojny i problemów głodu. Nie poradził sobie z etycznymi ocenami  opinii publicznej jego pracy. Skutkiem było samobójstwo. Mimo sukcesów artystycznych/nagroda Pulitzera/, mimo że zrobił wszystko, co była w stanie zrobić samotnie jednostka w walce ze światem o ujawnienie prawdy. Zdjęcia dziewczynki z sępem niczego nie zmieniły na lepsze, na trwale. Pozostały dokumentem bezsilności człowieka, całej ludzkości. Wyrzutem sumienia. Prawdą nie do przeżycia. Dziecko zmarło. Artysta też. Co we mnie umiera gdy na te zdjęcia patrzę? Bo umiera na pewno. Na początek nadzieja, choć powinna umrzeć ostatnia.

I jeszcze jeden przykład; małżeństwo Wojciecha i Grażyny Jagielskich. Dziennikarz, reporter wojenny zbierający informacje i przekazujący je z samego środka konfliktów i jego żona, która przyznała się publicznie w swej książce do przerażającego lęku o jego życie, który doprowadził ją do silnej depresji. Mąż potrafił znaleźć rozwiązanie, by pomóc żonie i pozostał przy niej. Zrezygnował z wyjazdów i skoncentrował się na pracy pisarskiej związanej z tym, co do tej pory zawodowo robił. Udowodnił, że wszystko jest możliwe, każde rozwiązanie do zaakceptowania aby ratować tych, których się jest w stanie ocalić. Których się kocha. I za których się jest odpowiedzialnym. Jeden ocalony człowiek, wymagający jego troski, okazał się równie ważny, co walka dochodzenia do prawdy świata i ratowania tego świata dla całej ludzkości. To na pewno była trudna decyzja. Piekielnie trudna, ale piękna.

Bohater naszej sztuki bezboleśnie zrezygnował z walki o przyjaźń kolegi z młodości, miłości żony. Nawet nie pomyślał, że mógłby coś zrobić, wykonać jakiś gest, jakiś ruch. Nie poszedł nawet na pogrzeb teścia, choć deklarował, że go lubił a my wiemy, że wykorzystał do swojej małej rewolucji, walki o ratunek ludzkości. W sposób bezrefleksyjny z wojującego artysty przeszedł na stronę przeciwnika, z którym walczył. Sprzedał się nie widząc w tym nic złego, niezgodnego ze swym kodeksem etycznym. Wywalczył coś dla ludzkości ale stracił ludzi, którzy go podziwiali i kochali. Nic nie był w stanie im dać; ani bliskości, ani miłości, ani czasu. Pozostał sam na posterunku wyboru. Ale można by powiedzieć, że zawsze są jakieś koszty, straty. Jakieś skutki uboczne.


źródło:http://przemekczuba.blox.pl/2012/12/Kevin-Carter.html

NAGRODA FESTIWALU "DWA TEATRY-SOPOT 2014"
SZTUKA DOSTĘPNA JEST W NINATECE

http://www.teatrtelewizji.tvp.pl/kalendarium/artykul/skutki-uboczne_17491490/
http://pl.wikipedia.org/wiki/Kevin_Carter

środa, 5 listopada 2014

GENERAŁ IMKA MAREK KALITA



Generał Jaruzelski odszedł był. A jednak nadal ciągle żywy... W teatrze, w sztuce, w gorejącej scenografii rzeczywistości. Cóż  z tego, że scenicznej, jeśli adekwatnie prawdziwej. Bo to nie women in red a men in red. Skąpany w czerwieni, w krwi, w kolorze lewactwa, kolorze walki. Na posterunku. Jak za życia, tak po śmierci. Generał wiecznie żywy, wiecznie uzasadniający swoją rację /choć nie rację stanu/ a więc rację głodnego akceptacji, samotnego w tłumie, słabego, wylęknionego człowieka. A jednak na tyle skutecznego, na tyle przyczajonego i układnego, że z dekady na dekadę, można powiedzieć zawsze, przez całe życie, był przy władzy. Zawsze był. Bliżej lub dalej. Miał więc wpływ. Miał udział. Ale nigdy nie poniósł odpowiedzialności, wymknął się jej, wyślizgał, jak przez cały czas PRLu wymykał się strąceniu w niebyt polityczny.  Taki niepozorny, układny, plastelinowy generał. Taki biedny i swój. Kruchy, delikatny i czuły. Przezroczysty.

To swego rodzaju fenomen. Geniusz mimo woli. Wydawać by się mogło wbrew woli. Niby go nie ma a jest. Niby nie rządzi a wydaje rozkazy. Niby rodowity ateista katolik a czerwony do szpiku kości lewak. Patriota malowany, zabarwiony na rewolucję, skazany na trwanie, emanuje wszech ogarniającą żywą czerwienią. I nie jest to blask odbity, mdły, fałszywy ale dojmująco bolesny. Razi nas po oczach, wdziera się do naszego wnętrza, mości się i zostaje w pamięci. Jakby dopowiadał wszelką treść, podsuwał ostateczny argument, komentarz, uzasadnienie, kontekst. Scenografia jest tu suflerem, narratorem, wielką parabolą. Taka jest moc koloru prawdy. Skąpanej w ogniu. Bo cała rzeczywistość płonęła a generał trwał. Krok za kroczkiem przemykał obok nas, przeciw nam.

Generał Marka Kality mówi jak Jaruzelski, zachowuje się jak Jaruzelski, jest Jaruzelskim. Maniera artykulacji tekstu Kality doskonale wpisuje się w tą postać. Przekonajcie się sami. To ciekawy spektakl, świetny aktorsko. No i dotyczy naszej historii, bardzo wszystkim bliskiej. Takiej, co świat zmienia, przeobraża na modłę jedynie słusznej ideologii. Takiej, co święci terrorem ciała i dusze. Takiej, co zniewala, kręgosłupy łamie. I potrafi przetrwać w demokracji. Dotykamy fenomenu przystosowawczego zła. Który przenika przez życie każdego człowieka. Które jest dla niego próbą człowieczeństwa i próbą sił.

I taki zwyczajny, niepozorny, łagodny, zwyczajny General. Taki niby jak my. Siła mniejszego, najmniejszego, zwyczajnego nadzwyczajnością wszelką zła. Biedaczysko.

Warto zanurzyć się w ten ogień piekielny z tego ludzkiego, nie z boskiego świata. W zimny ogień. W masce widza. Z bezpiecznej perspektywy. Anonimowo. Bez konsekwencji. Już nic nam nie grozi? Duchy, zoombie, martwe figury wypełzają. Pozbawione życia porażają życie. Wyrywają mu nadal zęby i nakładają kajdany. W ciągłości historycznej.  Siłą spuścizny tego złego, co na dobre nie wyszło. I nigdy nie wyjdzie.

W masce epoki, ze spuszczonymi oczyma, w lęku lub zawstydzeniu, z tatuażem na szczęście lub przynależności, rozpoznania, zamazujemy uporczywie prawdę, to, co w środku w jadrze naszej ludzkiej ciemności. I choć nadal świat wokół nas płonie, niewiele z tego rozumiemy, niewiele czujemy. I tak bardzo jesteśmy bezradni. Bezradni. Skupieni na dniu powszednim, sobie. Przetrwaniu.

Trwa Generał. Trwa uległość, podległość silniejszemu, wykreowanej, narzuconej tak czy siak racji. Trwa retoryka papierowej wolności.Wykoślawionej demokracji przez rząd wyzwolonego proletariatu. Generał wiecznie żywy. Żywy, żywy. General trwa. Men in red. Wpadnijcie do IMKI.

teatr-imka
 ŹRÓDŁO: http://www.teatr-imka.pl/general,479327.html 

  GENERAŁ  Teatr IMKA

    Jarosław Jakubowski
Reżyseria: Aleksandra Popławska & Marek Kalita
Scenografia: Katarzyna Adamczyk & Aleksadra Popławska
Muzyka: Jacek Grudzień
Opracowanie Muzyczne: Aleksandra Popławska & Janusz Chabior
Kostiumy i charakteryzacja: Katarzyna Adamczyk
Projekcje wideo: Nikodem Chabior
Zdjęcia: Tomasz Tyndyk, Katarzyna Chmura-Cegiełkowska, Janusz Chabior

Producent: Mieczysław Więckowicz, Tomasz Karolak
Produkcja: Anna Małkowska
Koordynacja prac artystycznych:  Marzena Wasyluk

poniedziałek, 3 listopada 2014

KLUB KAWALERÓW TEATR TELEWIZJI



KLUB KAWALERÓW w reżyserii Krystyny Jandy zawsze poprawia mi humor. Bawi, rozśmiesza. Skutecznie odpręża, dobrze nastraja. Znieczula. Koi. Daje do myślenia o wadze pogoni za motylami w piękny, jesienny dzień. Działa jak balsam na sercowe porażki. Pokazuje świat, w którym wszystkie kłopoty, zawirowania uczuciowe dobrze się kończą. Przywraca wiarę w sztukę, udowadnia sens teatru w telewizji, pokazuje ponadczasowość komedii Bałuckiego. Jego doskonały zmysł obserwacyjny, kunszt dramaturgiczny. Reżyserski talent Krystyny Jandy.

Sztuka zrealizowano po bożemu, w kostiumach, jednak przeniesiona w ciepły, wilanowski plener zyskuje wymiar dynamicznego, żywego, iskrzącego nie tylko humorem ale przyjaznym ciału i duszy obrazu klimatem. Z takim, który jest nam po drodze, który mówiąc wprost, chcąc nie chcąc, konwersuje ze współczesnością. Przywodzi analogie do dzisiejszych relacji damsko-męskich i wszystkiego, co się w ich zakresie rodzi, mieści, kształtuje. Choć w przebraniu, kostiumie swojej epoki.

Poznajemy naturę kobiecą, męską. Przeciwstawność dążeń w odwiecznej wojnie płci. Walkę między niezależnością a miłością. Wolnością a koniecznością. Wygodę i mordęgę bycia razem. Grę pozorów.
Sztukę uwodzenia prowadzącą do osiągania celu. Sztukę uniku dla oszukania nie tylko siebie. Bo nic nie dzieje się samo, również w miłości. Potrzeba wysiłku, inteligencji i wiedzy na temat jej natury i obiektu uczuć. Potrzeba konkretnego, zdecydowanego działania. Kontrolowanego flirtu, wykorzystania drobnego oszustwa, stosowanie podstępu, kreowania rzeczywistości.  W tej kwestii wiele jest dozwolone. Zwłaszcza, że tak sprzeczne światy łączy. Różne potrzeby, zainteresowania, cele.

Tak, trzeba dużo włożyć wysiłku, by związek pomiędzy kobietą a mężczyzną w ogóle mógł być możliwy. Później, by się utrzymał i wzmacniał. W końcu, by nierozerwalny trwał w jedni konstelacji przystosowanych do siebie przeciwieństw. Już nie w stanie wojny a zawartego na twardych warunkach kompromisu pokoju. To praca na całe życie. Wymagająca zdolności i chęci. Znajomości natury człowieka. Mądrej dojrzałości. Niekoniecznie związanej z wiekiem.

Ta ramota, tak błyskotliwie, lekko, naturalnie zagrana, choć pachnie  starzyzną, to nie drażni, nie męczy, nie uwiera. Obserwacja poszczególnych osób, typów, scena po scenie daje dużo przyjemności. Wszyscy grają na najwyższym poziomie kunsztu i maestrii. Cieszy każdy wypracowany a jednak naturalny, lekki, niewymuszony gest, spojrzenie, grymas. Body language. Sposób wypowiadania tekstu. Ruch sceniczny. Każdy układ ma sens, każdy kontekst, każde jego ujęcie. Nawet nazwiska naszych bohaterów nie dają szans wyjść poza wyobrażenie z kim mamy do czynienia. Wszystko pasuje, układa się, jest logiczne. Do bólu jasne i przejrzyste. Dookreślone na wielu poziomach warsztatu aktorskiego, artystycznego. Działa jak instrukcja obsługi kobiety i mężczyzny w obszarze dotyczącym komunikacji uczuć. Jak poradnik praktycznego, skutecznego uwodzenia.

Ale tak być powinno! Jest komedia, jest zabawa!! Charakterystyczna, rodzajowa w konwencji zawstydzić powinna nas współczesnych, którzy w swej naturze się nie zmieniamy i popełniamy te same błędy, co bohaterowie sztuki, przyśpieszając w rezygnowaniu z miłości, z walki o związek, z potrzeby bycia razem za wszelka cenę. Brakuje nam głównie czasu, chęci, siły, wiedzy praktycznej, sprytu i gotowości do zawarcia kompromisu, Bóg wie czego jeszcze, aha choćby charakteru w rezygnacji z lenistwa, by ocalić siebie w związku, uczuciu, przyjaźni. By budować a nie niszczyć relacje. By wzmacniać a nie zrywać więzi. Tak łatwo zrezygnować, odpuścić, machnąć ręką, by wszystko stracić, zaprzepaścić, zniszczyć! Wszystko, czytaj: miłość, bliskość, przyjaźń. Przeciw radosnej, zaakceptowanej  czy zakłamanej samotności, choćby klubowej.

KLUB KAWALERÓW czy ŚLUBY PANIEŃSKIE, pokazują, że gromadne singlowanie nie ma sensu, bo jest wbrew naturze, wbrew interesowi obu płci. Single myślą, że wspólny, zrzeszony opór przed utratą wolności będzie skuteczniejszy. Na próżno. Pragnienia miłości, bliskości, czułości, potrzeba zwyczajnej obecności kobiety obok mężczyzny, mężczyzny obok kobiety, czy drugiej osoby nie da się oszukać, zagadać, wyprzeć. Tak jest silna, że przy sprzyjających warunkach, rozkwita i szybko przyczynia się do porzucenia poczynionych solidarnych męskich czy żeńskich zobowiązań bycia singlem. Im bardziej się opieramy, tym bardziej pragniemy. Tylko nie umiemy, nie potrafimy, nie nauczyliśmy się wyrażać, komunikować, zabiegać o tych, na których nam zależy.


Ten spektakl długo się jeszcze nie zestarzeje. Jest zbyt doskonały. Zbyt piękny. Zbyt prawdziwy. I mimo wszystko aktualny. Działa jak ulubiony, bo sprawdzony zestaw ratunkowy w sprawach sercowych. Balsam na sponiewierane ciało i duszę. I tandetne telenowele. Ten spektakl jest lekiem na całe to napuszone, płaskie, dewastujące nas zło. Nudę, wygodę, bezsilność samotności.

Mam refleksję, że ta komedia ludzka obejrzana samotnie niekoniecznie bawi, rozśmiesza jednak może  dać do myślenia. Bo samotni w istocie jesteśmy zawsze, a z drugim człowiekiem blisko, najbliżej jedynie bywamy. Dlaczego na to jesteśmy skazani?


KLUB KAWALERÓW i żeńskie

Autor: Michał Bałucki
Reżyseria: Krystyna Janda
Scenografia: Maciej Maria Putowski
Kostiumy: Dorota Roqueplo
Choreografia: Tomasz Tworkowski
Zdjęcia: Dariusz Kuc 


Obsada: Jerzy Stuhr (Wygodnicki), Marcin Dorociński (Topolnicki), Cezary Pazura (Piorunowicz), Zbigniew Zamachowski (Nieśmiałowski), Sławomir Orzechowski (Motyliński), Edyta Jungowska (Ochotnicka), Iwona Bielska (Mirska – wdowa), Magdalena Walach (Mirska – córka), Janusz Gajos (Sobieniewski), Krystyna Janda (Dziudziulińska), Jerzy Woźniak (Kelner), Maciej Wojdyła (Kelner), Gustaw Lutkiewicz (Ignacy), Maria Seweryn (Mina), Daniel Wyczesany (Franek)

PREMIERA 8 stycznia 2001 r.