środa, 25 maja 2016

OBRZYDLIWCY WALLACE KALITA SCENA PRZODOWNIK



Scena Przodownik jest kameralna, sprzyja intymnym spektaklom. Widzowie mają szansę być bardzo blisko bohaterów, opowiadanych historii, przedstawianych zjawisk, problemów, sytuacji. W sposób naturalny wnikają w ich środek niepostrzeżenie, bezboleśnie, płynnie. Nie wiedzieć kiedy są w jądrze ciemności OBRZYDLIWCÓW. Twarzą w twarz, na wyciągnięcie ręki, emocja z emocją.

Scenografia się w zasadzie nie zmienia. Ona ewoluuje wraz z opowiadanymi historiami. Dostosowuje się. Wprowadza w nastrój kontekstu. Pulsuje, zgodnie z narracją, indywidualizującym ją światłem. Jego barwa ma odcień wyzwalanych w nas emocji, które zmienne są, niepokojąco wciągają w strefę podświadomych i celowych działań. To, co widzimy-background mentalny bohaterów-obskurne, brudne, zdezelowane wnętrze toalety z porozbijanymi, popękanymi od uderzeń pięści, głowy, kto wie czego jeszcze, dużymi lustrami nad uszkodzonymi umywalkami, pisuary z korpusami kobiecych ciał, obok stolik z alkoholem, szklankami, paluszkami, kanapa, krzesła, mikrofony-  jest krajobrazem wewnętrznym bohaterów. Kloaką, weekendową przestrzenią terapeutyczną, knajpą, nocnym klubem dla mężczyzn. Miejscem intymnych zwierzeń, refleksji, uzewnętrzniania monologu wewnętrznego, wylewającego się z bohaterów strumienia świadomości.

Kostiumy są starannie dopasowanym kamuflażem, będącym perfekcyjnie przemyślanym dopełnieniem charakterystyki postaci, jak i pozornie poufały, analityczny ton prowadzonej narracji. Wyraźnie zaznaczają indywidualizm mężczyzn, ich strategie działania, wiedzę o sobie i zdobyte doświadczenie. Bohaterowie są w różnym wieku, każdy inny: okaleczony, z dewiacją, obsesją, skazą, skrzywieniem sprawiający wrażenie przyjaznego, chętnego do pomocy, współpracy człowieka. Poznajemy ich poprzez to, co o sobie i swoim życiu mówią. W istocie jakakolwiek zmiana w ich życiu jest niemożliwa. To świadome siebie bestie w ludzkiej skórze w barwach ochronnych normalności przyciągających, wabiących, hipnotyzujących ofiarę, by ją złapać w pułapkę i zaspokoić pożądanie. Dla kompensacji. Rozładowania napięcia. Upustu emocji. Opowiadając o genezie stanu swej psychiki wzbudzają współczucie, zrozumienie. Niepozorni nie epatują a beznamiętnie relacjonują łamanie przez życie, ludzi, los ich kręgosłupa normalności. Nie użalają się nad sobą, nie szukają usprawiedliwienia. Nie chcą na siłę do czegokolwiek przekonywać. Drążą, przenicowują swoje życiorysy, by nie zrozumieć, bo rozumieją, nie usprawiedliwić, bo tego nie potrzebują, nie pragną nic zmienić, bo czują, że jest to niemożliwe ale chcą wyrzucić z siebie  istotę swej inności, nieprzystosowania, bólu egzystencjalnego, który jest siłą niszczącą dla nich samych i ich ofiar. Jakby wiedzieli, że na to czekamy, tego potrzebujemy, to lubimy. Bo jesteśmy albo katami albo ofiarami. Albo po prostu inni.

Powstaje obraz upadku męskości człowieka współczesnego w skutku i przyczynie nieradzenia sobie z własnym życiem zabarwiony lekkim, niewymuszonym ironicznym humorem, nienachalną groteską, podstępnym dystansem. Nonszalancją. Nie wzbudzający grozy, wstrząsu, lęku, bo w jakiś tajemniczy sposób nienormalnie normalny.  Już oswojony. Jakbyśmy wszyscy przynależeli do tego samego świata. Na zewnątrz łagodni, przyjaźni, niewinni, poprawnie normalni, od środka zepsuci, potencjalnie źli, śmiertelnie niebezpieczni. Przestraszeni. A ten sceniczny ekshibicjonizm jest tylko sięganiem do źródeł, korzeni, istoty zła. Nikt tu nie potrzebuje, nie szuka ratunku, pomocy, zrozumienia. Jest jak jest. Przenikają się jednak te światy scenicznych dywagacji z widzów doświadczeniem, wiedzą. Bo prawdziwym bohaterem zbiorowym jest tu egoizm, egocentryzm, niedojrzałość emocjonalna, zagubienie w rozbitych, dysfunkcyjnych rodzinach, skutkujące ratującą samą siebie samotnością, wyalienowaną osobowością, niezdolną do nawiązywania trwałej i zdrowej więzi, normalnej relacji, łatwym, bezrefleksyjnym uzależnieniem od używek, od mediów, które wychowują, wypaczają ogląd świata, kształtują na swój konsumpcyjny obraz i podobieństwo, wyzwalający tylko pożądanie, chęć posiadania, krótkotrwałego, kompulsywnego zaspokojenia, po którym rośnie tylko pustka, niesmak, poczucie winy przekuwane w demonstracyjny, rozbuchany cynizm. A wszystko w rozbudzeniu i z podtekstem silnie seksualnym. Zaspokojenie doprowadza instrumentalnie do uwolnienia napięcia będącego skutkiem silnego uzależnienia od przyczyny, która ukształtowała dewiację. Doprowadza to do uprzedmiotowienia człowieka, zarówno kata, jak i jego ofiary. Mężczyzny i kobiety. Obie płcie wyzwalając się z tradycyjnego modelu relacji wpadają w pułapki pozoru wolności. I błądzą. I cierpią. I są nieszczęśliwe.

Ogląda się ten spektakl z wypiekami na twarzy w przybranej pozie hipokryzji pewnego siebie podglądacza. Z poczuciem wyższości, że go to nie dotyczy, nie może dotyczyć. Tylko, że ten margines scenicznego wynaturzenia, psychologizujących obsesji, spektrum traum, wywlekanych przemyśleń, intymnych doświadczeń zawłaszcza w realu coraz większe terytorium. Jest cool i trendy. Jest modny. A przecież podstępnie podskórnie infekuje. Banalizuje zło. Znieczula na nie. Unormalnia je. Upowszednia. Wciąga usprawiedliwiającym ogólnym na nie przyzwoleniem. Akceptacją. Obojętnością. Bagatelizowaniem. Rośnie w siłę, jak stapiające się w męską jednię przeplatające się opowiadane przez bohaterów indywidualne narracje w drugiej części spektaklu. Z przystrojonym kiczem manekinem kobiety w szafie. Straszącymi maskami duszy jedna podobna do drugiej zanurzonymi w absolutnych ciemnościach. Horror trwa. Cierpienie pozornie niewinnej ofiary możemy sobie tylko wyobrazić. Bo jest naiwna, infantylna, nie podejrzewa niebezpieczeństwa czyhającego na nią w zwyczajnie wyglądającym oprawcy. Kat jest anonimowy, zimny, metodyczny, ukształtowany dyspozycją genetyczną, socjopatyczną, osobniczą przez zło zaszczepione spuścizną przeszłych pokoleń, procesem wychowawczym, przez system, który dopuszcza do dewaluacji wartości, nieobowiązywania norm moralnych.

O sukcesie przedstawienia decyduje równe, zróżnicowane, mocno zindywidualizowane aktorstwo i kompozycja narracji scenicznej. Każdy z aktorów znalazł i zastosował środki wyrazu, które są kompatybilne z jego własnymi możliwościami ekspresji. Od postaci wykreowanej przez Mariusza Drężka/super forma/ nie można oderwać oczu. Tą kreacją doszlifował swoje emploi. Tu hipnotyzuje piękna osoba transgenderyczna. Wzruszająca, przejmująca, życiowo doświadczona. Waldemar Barwiński gra nieśmiałego, wycofanego młodzieńca. Na oko niepozornego, skromnego chłopca, w istocie aż strach pomyśleć! Henryk Niebudek personifikuje dojrzałość damskiego boksera, będącego przykładem dziedziczenia przemocy rodzinnej, na pozór dobrotliwego, niegroźnego przeciętniaka. Piotr Siwkiewicz jest mrocznym perwersyjnym sadystą, psychopatą. A Sebastian Stankiewicz wchodzi w rolę narratora, moderatora, jednoosobowego chórku antycznego dramatu, który podsumowuje, komentuje, porządkuje ten współczesny cyrk obrzydliwców.

Marek Kalita  z sukcesem reżyseruje zaadoptowany przez siebie tekst, co czyni nie po raz pierwszy. Doskonały, mocny, mroczny materiał tekstowy "Krótkich wywiadów z paskudnymi ludźmi" Davida Fostera Wallace'a  przetransponował na wciągającą, nie przeładowaną dramatyczną materię sceniczną. Nie kopiuje, nie naśladuje Warlikowskiego ale rozwija swój własny język narracji teatralnej zapoczątkowany KALIMORFĄ wystawioną w Teatrze Wytwórnia /w OBRZYDLIWCACH pojawia się na lustrze olbrzymi motyl w drugiej części spektaklu jakby włączał symbolicznie  bohatera tamtego spektaklu w poczet obrzydliwców/. Wrócił więc do tematu poszukiwań i przedstawień źródeł zła, które wynaturza i niszczy człowieka. Bierze górę nad jego naturalnym dobrem, bezsilną wobec zachodzących zmian kulturą wysoką, nic nie wartymi, bo nieskutecznymi wartościami wyższymi. Łatwości z jaką się ono akomoduje w psychice i pożera jej delikatną emocjonalną tkankę, by się przystosować i przetrwać we wrogim, toksycznym środowisku rodzinnym, społecznym. Gdy kobiety zmieniają swój status; są bardziej świadome, lepiej wykształcone, niezależne. Zadaje pytanie, na ile my bierni podglądacze, widzowie, już jesteśmy zepsutymi przez media, swoją własną słabą naturę, paskudny, odrażający, zły świat obrzydliwcami. Odpowiedzi musimy udzielić sami sobie. Jak bohaterowie sztuki. Tylko jak oni nie traćmy poczucia humoru, dystansu, ironii.

Między obrazem otwarcia, na którym widzimy zauważającego u siebie symptomy dojrzewania trzynastolatka a jego skokiem na głęboką wodę na końcu spektaklu/klamra wideo/ udało nam się poznać kilku obrzydliwców, cały pakiet niebezpieczeństw, lęków i obaw wchodzenia w dorosłe życie. Warto było. Mimo, że portret socjologiczny współczesnego mężczyzny, jaki tym spektaklem przedstawił nam Marek Kalita, jest mocno niepokojący. Mamy o czym myśleć, mamy o czym rozmawiać. Bo, co nas nie zabije, może nas mocno udziwnić. Obrzydliwie udziwnić, nie wzniośle wzmocnić. Powodzenia:)


fot.:Katarzyna Chmura


OBRZYDLIWCY  David Foster Wallace

reżyseria: Marek Kalita
przekład: Rubi Birden
adaptacja: Marek Kalita
scenografia: Marcin Chlanda
kostiumy: Karolina Mazur
ruch sceniczny: Piotr Kamiński
opracowanie muzyczne: Piotr Polak

obsada: Waldemar Barwiński, Mariusz Drężek, Henryk Niebudek, Piotr Siwkiewicz i Sebastian Stankiewicz

premiera 21.05.2016 SCENA PRZODOWNIK

0 komentarze:

Prześlij komentarz