wtorek, 1 grudnia 2015

PRZEKLĘTY NIECH BĘDZIE ZDRAJCA SWEJ OJCZYZNY TEATR POWSZECHNY



PRZEKLĘTY NIECH BĘDZIE ZDRAJCA SWEJ OJCZYZNY, Jugosławii. Ale wtedy przeklęta byłaby ojczyzna pełna przeklętych zdrajców. Obywateli zastraszanych, naznaczonych winą, zasługujących na karę, najlepiej, najsprawiedliwiej na śmierć. Przeklęta to ziemia tak krwią przesiąknięta, poczuciem winy i kary. Zapomnieć o tym, co było, kim się jest, nie sposób. Nie można tego wyodrębnić, nazwać i wyrzucić z siebie. Ot, tak po prostu. Bez konsekwencji. Gdy trudno rozwikłać, rozplątać, unieważnić węzeł bałkańskich splątań. Indywidualnej i zbiorowej historii, totalitaryzm rządów Tito, przemieszania wielu narodowości, wielu kultur, tradycji, obyczajów, religii. Kumulującej się zbrodni. Stłumionego wybaczenia, chwilowego zawieszenia broni. Uzależnień, przemieszania genów, wspólnej wzajemnej walki. Ludzkiego barbarzyństwa, nieludzkiej kaźni. Gdzie rachunki ludzkich krzywd mogą tylko rosnąć, rany się nie zabliźnią, a wybaczenie odwet ma za pazuchą i węża oskarżeń w kieszeni.  Gdzie Chorwat tworzy w słoweńskim teatrze prowokacyjne, performatywne przedstawienie. Ale w szczególny sposób-poprzez ładunek indywidualnych opowieści, losów, przypadków-drapieżne. Atakujące wprost. Szokujące. Brutalnie i melancholijnie puentujące bezsilność wobec fatum, losu. Bo jak było na początku, tak jest i na końcu; trupy, każdy na własnym, innym instrumencie, wybijają, wygrywają rytm indywidualny, wzbierający, łączący się we wspólnej, smętnej, żałobnej melodii. Bolesną, czułą, piękną niemocą. Tak, PRZEKLĘTY jest ZDRAJCA SWEJ OJCZYZNY, bo każdy jej obywatel czuje się zdrajcą. Stawiany jest w sytuacjach, które zdrajcę zeń czynią.  Opresyjnie słowami hymnu byłej Jugosławii, martwego dziś państwa. Sztucznego, na siłę stworzonego niegdyś potwora. Wampira atakującego skutkami swoich działań. Prześladującego współczesne i przyszłe pokolenia, bo nic nie dzieje się  bezboleśnie, bezkarnie, bez skutków gdy władza narzucana jest siłą. Zniewala umysł i ciało, niszczy indywidualizm, wolność, niezależność, odrębność narodową w ramach federacji, wyższej wydumanej racji ideologii, polityki, wizji.

Na początku ludzie, trupy, zombie zmartwychwstają, by opowiedzieć swoją osobistą historię rozbitą na losy, sytuacje, miejsca i czas. Historie zdrady, sprzeniewierzenia, uwikłania. Z pozoru nawet śmieszne. Rozbrajająco niewinne. Obsceniczne. To przygotowanie. Przygrywka do cięższego kalibru zdarzeń, działań, gestów scenicznej prowokacji.  A więc najpierw uspokajający humor, absurdalne sytuacje, by uderzyć ciosem w splot stereotypu i dobrego samopoczucia publiczności. Radykalnym oskarżeniem wybić ją z orbity własnego tylko punktu widzenia.

Kupiliśmy bilety więc chcemy tego, co się na scenie wydarzy. Oczekujemy mocnych wrażeń. Wiemy mniej więcej czego się spodziewać. Obrażać się nie ma na co, na kogo. Przecież to jest teatr. Gra. Symulacja. Fikcja. Kreacja. Operacja na prawdzie. Przepracowywanie traum wojny. I choć dziś panuje pokój, to pod powierzchnią pozoru normalności czai się nieśmiertelny duch zła. To trudna penetracja tematu wolności, gwałt na tak zwanej narodowej mentalności,  jej splątanie, brak jasnych, prostych odpowiedzi i przede wszystkim to uśpione w nas wszystkich zło, które przy sprzyjających okolicznościach podnosi łeb. Zawsze. Wszędzie. Pod byle pozorem.

Spektakl ten, choć nie o Polsce, Polakach-nawiązujący do sytuacji europejskiej, hej, słowiańskiej tu i teraz- jednak też do nas bezpośrednio się odniósł. Tknął nas, szarpnął i nadgryzł. Niewybrednie obrażał. Zafuckował. Rzucił się jadowitym atakiem na Polaka ksenofobię, żydofobię, islamofobię, imigrantofobię, homofobię, wszystkofobię. Utopił w niewybrednym bluzgu. Tak, tak, My pieprzeni, ksenofobiczne śmieci cieszymy się, że jesteśmy biali i katoliccy. Czyści etnicznie. My, pierdoleni sprzątacze Unii Europejskiej. Przeciwni imigrantom, bo Polska dla Polaków, Anglia dla Polaków, .....Chcielibyśmy- zależni od prawicy, kościoła- ładnie, grzecznie ze sztuką obcować. Fuck you, polska sztuko! Nie zrealizowana, nie pokazana Nie-Boska komedio z Krakowa z powodu faszystowskiego, pedalskiego kościoła, w który jesteśmy zapatrzeni, od którego jesteśmy uzależnieni, którego się boimy i któremu nie mamy siły się sprzeciwić, postawić. Spektakl powinien trwać dopóty, dopóki nie zaczniemy inaczej myśleć. Jeśli inaczej nie myślimy. To znaczy tak, jak artyści chcą, byśmy myśleli.

Ale bez względu na to, co myślimy, robimy i w jakim zakresie, podczas tej scenicznej akcji budzi się w nas reakcja. Emocjonalny, silny, osobisty bunt wobec tej  obcej, agresywnej interwencji w prywatną sferę, w narodową sferę, w intymną sferę Polaka. Gula rośnie. Ręka zaciska się w pięść. Bo jeśli to po nas spływa, czy to znaczy, że już jesteśmy na innym poziomie? Wiemy, wiemy. Znamy, znamy. Cieszymy się, że mamy ten sam światopogląd, po właściwej stronie jesteśmy. I też w odwecie wpieprzymy się w ocenę innych. Na przykład scenicznej działalności Olivera Frljića. On chyba wie o tym. Chyba na to przyzwolił. O to mu chodzi. Na widowni zwrotne fuckowanie i zanurzanie Bałkanów w całości i z osobna w ogniu krytyki. Fuck you Oliver Frljić! Fuck you Chorwacjo, Słowenio, Bośnio= była Jugosławio=piękna dziewczyno socjalistycznego totalitaryzmu! Fuck you! Ślizgaczu teatralny po powierzchni prawdy oczywistej, wygodnej, poprawnej. Czarno białej. Wyzwalającej w człowieku wszystko, co złe. Bo bez względu na to, co robi czy nie robi, jest winny. Bez względu na kontekst, okoliczności, jest winny. Odpowiedzialny. I powinien ponieść karę. Powinien podporządkować się. A może ta poprawność konieczności poczucia winy, za to co się działo, dzieje i będzie działo-w przeszłości, teraźniejszości, przyszłości-to nowy rodzaj naginania, zmuszania jednostek do podporządkowywania jedynie słusznej narracji. W sumie bez dyskursu. Ale pod presją poprawności demokratycznej. Tak czy siak, widzu, obywatelu, człowieku, jesteś w potrzasku. Robisz za mało, nie tak, jak od ciebie oczekują, w ograniczonym zawsze zakresie. Jesteś winny. Jeśli nie robisz nic, to żyjąc nie żyjesz. Twoja wina jest bezdyskusyjna, naganna, niewybaczalna. Pif paf!!!

Ogarnia mnie panika. Nie działam aktywnie w sprawie, ale jakiej? Jaka by mnie ocaliła, uratowała? Jest ich mnóstwo; globalne ocieplenie, walka z wszelkimi izmami, głodem, wojnami na całym świecie, wykluczeniem, przemocą, segregacją, stygmatyzacją, śmiercią dzieci, niesprawiedliwością, itd. Dziś i w przeszłości. Jeśli nie ja, to moi przodkowie. Wina ojca przechodzi na syna, córkę, przyszłe po nas pokolenia. Czy robię coś w tej czy innej sprawie, czy nie robię i tak ma osoba, obywatel ojczyzny, czy świata, jest winna. Gorzej, ta wina kumuluje się, rośnie, potężnieje. Z czasem, z wydłużającą się listą spraw do zaangażowania. W efekcie zdradzam swój kraj i człowieczeństwo. Bo nie dam rady. Nie podołam rosnącym, napierającym wyzwaniom. Nie ma żadnego usprawiedliwienia. Taryfy ulgowej.

Przedstawienie jest aktem oskarżenia. Bez możliwości obrony. Bez nadziei. Publiczność słucha, milczy, klaszcze. To znaczy zgadza się, akceptuje, popiera. Jeśli nie, też słucha, milczy, ewentualnie nie klaszcze i nie wstaje do standing ovation. Nie ma prawa głosu? Nie ma argumentów? Boi się? Dekuje swoje wątpliwości, cenzuruje swój punkt widzenia i czucia i często wypowiadając się publicznie kłamie. A więc jedna strona prezentuje swoje racje. Druga strona własne zachowuje dla siebie. Oto retorsja na sceniczne torsje w Warszawie.

Tak, tak słoweńscy artyści z chorwackim reżyserem za waszą i naszą prawdę o nas walczą. Przeciw złu, gdziekolwiek się czai, zakotwicza, kwitnie. Wiedzą lepiej, bo to przećwiczyli na żywych organizmach narodów bałkańskich, indywidualnym doświadczeniu. Nie podejrzewają, że my też mamy swoje, równie straszne i okrutne. Rozhuśtali się tak bardzo, że zasugerowali/?/ polską odpowiedzialność za niedostateczną pomoc Żydom w czasie drugiej wojny światowej. Może nie radość ale przyzwolenie na eksterminację, udział w niej, cichą akceptację. Co zgodne jest z czarno białym postrzeganiem rzeczywistości, zgodnym z tezą artystów o winie. Ale przecież przesada, przegięcie, ostrość wypowiedzi scenicznej ma widzami wstrząsnąć, zmusić do działania, zastanowienia, zmiany. Ma doprowadzić do buntu. Przeciw kłamstwu, zacietrzewieniu, zasklepieniu w lęku przed konfrontacją z prawdą.

Dlatego na scenie trup ściele się gęsto i często. Bo zawsze znajdzie się pretekst, przyczyna, powód, argument. Faktyczny lub zmyślony. Domniemany, plotką puszczony. Artystom udaje się to udowodnić, obronić. Nie ma usprawiedliwienia. Wszyscy są zdrajcami uwikłanymi w historyczną spuściznę, poddanymi działaniu władzy tej czy innej, jej wpływom czy uzależnieniom. Pewnie dlatego tak łatwo przychodzi oceniać innych i atakować. Furią emocji. Brutalnością scen. Faktami. Humorem w akcie obronnym, osłonowym, odreagowującym. Prawdą, która jest niepodzielna, jedna. Dlatego banalizują symbole narodowe, które są interesu zbiorowości uzbrojoną podstępną racją/pokaz mody- modele owinięci we flagi, z nożami w ręce gotowymi do ciosu, pistoletami gotowymi do strzału/. Opresją nacjonalizmu, socjalizmu, faszyzmu.

Szkoda, że nie powstała NIE-BOSKA KOMEDIA.SZCZĄTKI w reżyserii Olivera Frljića, a mogłaby być wystawiona w Warszawie. Teatr radykalny, obsceniczny, szargający wszelkie świętości. Wymagający silnych nerwów, twardej skóry. Otwartości na eksperyment. Świadomości o co, dla kogo toczy się walka na scenie. Tylko tych, do których byłby skierowany, mogłoby na widowni nie być. Zostaliby programowo przed teatrem. Krzykliwi, obsceniczni, agresywni inaczej. Po co więc performatywny teatr dla widzów, którzy nie potrzebują zmiany myślenia, bo już są po stronie artystów? Przyjmują poniżanie jako koszt przekonania, że są po słusznej stronie. Wszystko już wiedzą i właściwie postępują. Przyjmują obelgi za tych, którzy ich nie usłyszą. Ale po co? Co z tym czuciem swoim pospektaklowym zrobią? Mają wiedzieć, że są odpowiedzialni i winni dopóty, dopóki głupota rządzi, zacietrzewienie, brak wiary w zmianę człowieka, zwycięstwo w dobrą, mimo wszystko, stronę ludzkiej mocy, oczyszczającego, wzmacniającego działania sztuki,. Porozumienie, wzajemne spokojne wysłuchanie. Tak czy siak, chujowa, jak Oliver Frljić twierdzi, polska publiczność jest. Bo winni są wszyscy. Ci, którzy są za, bo nie przekonali tych, którzy są przeciw. I ci, którzy są przeciw, bo idą w zaparte, wydają się być niereformowalni i bezwstydni ze swym radykalizmem. Wszyscy jesteśmy, jesteście i są winni. A więc i artyści. Bo czy wzniecili rewolucję i dokonali faktycznych zmian? Spróbowali zrobić, co w ich mocy. Przygotowali spektakl, odważyli się go zaprezentować. Ale czy zrobili wszystko? Jeśli nic się nie stało, przegrali. Mimo wszystko zawiedli. Są winni. Też winni. Bunt krakowskiej publiki zastopował prace nad NIE-BOSKĄ KOMEDIĄ. Do premiery spektaklu w reżyserii  Olivera Frljića nie doszło,  role widowni i sceny odwróciły się; scena zamilkła, widzowie przekrzykują się do dziś w swoich racjach. Działają. Nadają ton. Trwa widzów, przed i w teatrze, work in progress. Ciąg dalszy nastąpił i jeszcze na pewno nastąpi.

A jednak nie sposób pozostać wobec działań artystów obojętnym. Neutralnym. Cokolwiek robią, ma uzasadnienie. Pokazują fundament prawdy o człowieku wobec wyzwań zmian historycznych, społecznych, politycznych. Krzyczą, że nie sposób być sobą w obliczu zagrożenia życia. Swego, najbliższych, obcych. Oliver Frljić ilustruje, jak łatwo, jak szybko rezygnujemy z postawy heroicznej, idealistycznej deklaratywnie i opowiadamy się po stronie zła w obliczu realnego czy hipotetycznego zagrożenia, pod presją okoliczności, społeczności, polityki. Demokracja, wolność niczego nie gwarantują i o niczym ostatecznie nie przesądzają. Każdy z nas o tym decyduje i rozsądza. Jeśli tylko nie obrazi się na reżysera, artystów, na sztukę, najbardziej nawet radykalną, szokującą, obrazoburczą, Bo w tym szaleństwie teatralnym jest metoda i cel godny, choć środki do jego osiągnięcia są i pozostaną mocno kontrowersyjne. Ale sztuka działa i nie pozostawia widza obojętnym. Żadnego, jak sądzę. Oj, nie! Na pewno nie.

Warszawa to nie Kraków, nie Wrocław, póki co. Tu publiczność ciekawa jest Olivera Frljića sztuki. Nie boi się obsceny, nie straszne jej trudne tematy. Rozumie i czuje, co się na scenie i na widowni dzieje. Jeśli wstaje z miejsc, to z szacunku, podziwu, ze zgody, że tak radykalne działania są możliwe w teatrze. Że polski teatr tak rozmawiać z publicznością nie potrafi. Nawet nie próbuje. A to wydaje się konieczne, gdy wróg u bram. Lęk i przyzwolenie na zło. Gdy inne, tradycyjne środki ekspresji teatralnego oddziaływania zawodzą. Usypiają czujność, otulają w błogostan świętego spokoju. Oferują tylko rozrywkę. Głaszczą widza, dogadzają mu. Albo kłócą się o porno w teatrze, w spektaklu dla dorosłych.Może rzeczywiście musi nami wstrząsnąć obcy, na przykład Oliver Frljić, bo nikt w Polsce nie odważyłby się tak ostro, wprost rzucić Polakom w twarz, jak są postrzegani. Ale spokojnie, to było tylko jedno przedstawienie. Tylko jedno/poza DIALOGIEM/. Za mało, by cokolwiek w nas zmienić. Niestety. Spokojnie, to tylko sztuka, fikcja. Teatr. Projekcja lęku i obaw artystów. Nie naszych, nie stąd skąd nasz ród. Nie ma się na co obrażać. Nie ma co protestować. By się o tym można było przekonać, należało w teatrze być. Być.

Teatr zachęca: Krzyczcie!  Upominajcie się o prawdę, spójrzcie jej w oczy. I wytrzymajcie krytykę. Co nas nie zabije, to wzmocni, wyostrzy wrażliwość, uzbroi w argumenty. Pozwoli świadomie walczyć. Bo wolność nie jest dana raz na zawsze, ma największego wroga w nas samych, indywidualnych, chętnie jednoczących się z sobą podobnymi, by w siłę rosnąć i siłą swój punkt widzenia narzucać inaczej myślącej reszcie. Popierać, wzmagać, szerzyć  strach, słabość, zło. Obie strony są winne. Aktywnie wydłużają rejestr zaniechań, przemilczeń, niemożności, błędów. Nie lękajcie się. Póki czas krzyczcie. Działajcie. Kto nie był na spektaklu, nie ma racji. Swoją ma, i owszem. Swoją, która nie jest sztuki racją.  Sztuka teatru ze Słowenii krzyczy, ulica w Polsce krzyczy. Krzyczy, zakrzykuje, nie rozmawia. Inteligencja, jeśli jeszcze istnieje, jest absolutnie bezradna. Zajmuje się porno w teatrze- było, nie było i po co, za czyje pieniądze. Milczy o KORDIANIE w Teatrze Narodowym. Milczy. Milczy, milczy, choć apetyt rośnie wilczy...na poezję, prawdę, co być może jeszcze drzemie w nas.






Slovensko Mladinsko Gledališče to jedna z ciekawszych europejskich scen eksperymentalnych, która począwszy od lat 80-tych XX wieku znana jest jako miejsce nie tylko odważnych poszukiwań artystycznych lecz także mocnych i kontrowersyjnych wypowiedzi politycznych. Obecnie praca zespołu opiera się na angażowaniu w proces twórczy tzw. energii grupowej; kolejne produkcje powstają jako efekt laboratoryjnej pracy całego zespołu, którą kończy montaż solowych partii spektaklu w zwartą, silnie oddziałującą na widza całość. Celem teatru Mladinsko jest wypracowanie kodów nowej artystycznej praktyki, nowych paradygmatów wizualnych i nowego spojrzenia na klasykę, modernizm czy postmodernizm.


PRZEKLĘTY NIECH BĘDZIE ZDRAJCA SWEJ OJCZYZNY Teatr Mladinsko (Słowenia)
tekst (na bazie improwizacji zespołu aktorskiego): Oliver Frljić
dramaturgia:Borut ŠeparovićTomaž Toporišič
scenografia, kostiumy, wybór muzyki: Oliver Frljić
asystent reżysera, konsultacja ruchowa: Matjaž Farič
reżyseria dźwięku:Silvo Zupančič
reżyseria świateł: Oliver FrljićTomaž Štrucl
manager sceny: Urša Červ

obsada: Primož Bezjak, Olga Grad, Uroš Kaurin, Boris Kos, Uroš Maček, Draga Potočnjak, Matej Recer, Romana Šalehar*, Dario Varga, Matija Vastl

premiera: marzec 2010
foto: Žiga Koritnik

http://www.dwutygodnik.com/artykul/2844-odwaga-w-teatrze-stala-sie-estetyka.html
http://www.dwutygodnik.com/artykul/2842-hej-slowianie.html
http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/213834.html?jo

0 komentarze:

Publikowanie komentarza