wtorek, 29 kwietnia 2014

TADEUSZ RÓŻEWICZ MOJA CÓRECZKA TEATR TELEWIZJI


Straciliśmy po Miłoszu, Szymborskiej kolejnego giganta poetę, Tadeusza Różewicza.  Teatr Telewizji przypomniał nam MOJĄ CÓRECZKĘ w reżyserii  Andrzeja Barańskiego z udziałem Jerzego Treli, Zbigniewa Zapasiewicza, Agaty Buzek. Ja pamiętam tę sztukę graną w Teatrze Ateneum w reżyserii Marka Fiedora z Arturem Barcisiem w roli głównej i Jerzym Kamasem. W telewizji wolałabym może obejrzeć sztukę STARA KOBIETA WYSIADUJE z Mają Komorowską* ale nie chcę narzekać, marudzić, wybrzydzać.  To poprawnie zrealizowany spektakl. Wzorcowy. Na przyzwoitym poziomie. Klarowny, tradycyjny, chwytający za serce. Z puentą, morałem. Wybrzmiewa współcześnie. Znajomo. Blisko. Jak historia rodziny z sąsiedztwa.

Oglądamy historię o bezwarunkowej miłości rodzica do córki, która wyjeżdża z małego miasta na studia i już nigdy do domu nie wróci. Wizyta ojca w mieście, jego ogląd życia córki, uświadamia mu wychowawczą porażkę prowadzącą do tragedii dziecka. To doświadczenie niesie gorzką konstatację, że miłość rodzicielska nie daje gwarancji, że dziecko wyrośnie na dojrzałego, dającego sobie radę w życiu człowieka. Sama miłość nie wystarcza. Trzeba umieć wychowywać. Znać swoje dziecko. I liczyć na szczęście. Górę szczęścia. By cały trud nie poszedł na marne.

To nawet normalne, że kochający rodzice chuchają, dmuchają, przejmują się ponad miarę i z dziećmi obchodzą się jak z jajkiem. Szczególnie wtedy, gdy samotnie je wychowują. A że może być to jajko zgniłe, zepsute, słabe, tchórzliwe, ograniczone, po prostu głupie? Idiotycznie bezwolne? Shit happens. Historia stara jak świat. Nic nowego.

W tej miłości swojej do dzieci rodzice są ślepi, naiwni, bezbronni. Nie znają siebie samych dobrze, nie znają swoich dzieci, źle je oceniają. I boją się, boją , bo nie są w stanie zawsze kontrolować świata, do którego ich dzieci wkraczają. I wiedzą, że nie mają do końca wpływu na to, co się może stać. Instynktownie, irracjonalnie, panicznie się o nie boją, boją, boją. A ich frustracje, lęki, obawy wrastają w genotyp ich dzieci.

W przypadku sztuki Różewicza to dziewczę jest niby normalne ale jednak nad wyraz słabe. Absolutnie zagubione, bezwolne, ograniczone. Naiwne, dziecinne i bezbronne. Miłość do tatusia przenosi na miłość do nieodpowiedniego chłopaka a za chwilę na alfonsa, absolutnego kretyna, krętacza, co źle o niej świadczy, jak najbardziej. Udowadnia tym samym, że jest całkowicie nieprzygotowana do życia. Buduje stereotyp dziewczęcia z głębokiej prowincji rzuconej na żer wielkomiejskiego zepsucia. Ale ojciec jest też całkowicie bierny, nieprzygotowany na sytuacje kryzysowe. Poddaje się, ulega presji sytuacji, całkowicie rezygnuje z walki o Mireczkę vel Mirabelkę. Świadomość, że nie jest w stanie ocalić dziecka, bo można tylko akceptować jego los i patrzeć na jego upadek jest brutalnie tragiczna. Bo rodzice są w stanie znieść swoje własne klęski. Niepowodzenia dzieci odczuwają o wiele bardziej boleśnie. To ich paraliżuje. Dramatycznie frustruje, niszczy.

W tej sztuce wszystko bezwolnie, bezwładnie płynie ku zatraceniu, zmierza do klęski. Od samego początku wiadomo, że ta historia skończy się  tragedią córki, nieszczęściem ojca. Bez nadziei na walkę, zmianę. Życie to padół rozpaczy, beznadziei, upadku. A człowiek jest nędzarzem, ostatnim z ostatnich. Jego kontrola nad życiem jest złudzeniem. Kwestią szczęścia, na które nie ma wpływu. Samonapędzającą się iluzją. Możemy tylko cierpieć i akceptować to  swoje cierpienie i cierpienie najbliższych. I siłą bezwładu żyć. Bo życie jest dobrymi chęciami rodziców wybrukowane, które nie gwarantują ochrony dzieci przed popełnianiem przez nie błędów. Troska nic nie da. Opieka nie pomoże. Miłość, gdy braknie siły charakteru a szczęście nie sprzyja, jest tylko źródłem bólu i cierpienia.

Dziś nadopiekuńczość, trzymanie pod kloszem dzieci nie jest możliwe. Choć pewnie się zdarza. Osaczanie dzieci, przy deficycie rodzicielskiej opieki, braku czasu dla dzieci, jest rzadkie. Zazwyczaj mamy do czynienia z  sytuacją odwrotną. I związanymi z tym konsekwencjami wychowawczymi. Już bardziej wiarygodna jest w tej historii dysfunkcja prowincjonalnego wychowania prowadząca do późniejszego wyalienowania dorosłego dziecka w wielkomiejskiej rzeczywistości. I brak umiejętności przystosowania się do nowych warunków. Kompleksy. Niska samoocena. Niezaradność życiowa. Niedojrzałość emocjonalna blokująca rozsądek, instynkt samozachowawczy. Niemożność przeżycia miłości, mimo nadmiaru ojcowskiej. Pozostają patologicznie toksyczne, a w efekcie, zabójcze związki. Te najsłabiej wiążą z życiem.

Ojciec ciągle powtarza: moja córeczka, moja córeczka, moja córeczka. Nawet gdy jest już dorosła. To brzmi jak bezradność czułej miłości. Zaklinanie czasu, dzieciństwa, które chce się zatrzymać. Kiedy wszystko wydaje się być bezpieczne, opanowane, pod kontrolą. Kiedy wszystko jest jeszcze możliwe, bo dopiero się zdarzy. Pozostaje gorzkie rozczarowanie, poczucie zawodu, straty i ból, tępy ból, niekończący się ból. Ból, moja córeczko, moja córeczko, moja córeczko.



* Maja Komorowska grała w spektaklu Jerzego Jarockiego we Wrocławskim Teatrze Współczesnym/1969/, realizacje Teatru Telewizji były dwie:1976 Kazimierz Braun, Maria Zbyszewska,2000 Filip Bajon, Mirosława Marcheluk.


MOJA CÓRECZKA

Autor: Tadeusz Różewicz 
Reżyseria i adaptacja: Andrzej Barański 
Zdjęcia: Piotr Wojtowicz 
Scenografia: Albina Barańska 
Kostiumy: Katarzyna Morawska 
Muzyka: Henryk Kuźniak 

Obsada: Jerzy Trela (Henryk), Agata Buzek (Mireczka), Zbigniew Zapasiewicz (Brudas), Edyta Jungowska (Mariola), Piotr Fronczewski (Żorż), Rafał Królikowski (Harry), Katarzyna Łaniewska (Anna), Ewa Florczak (Ciocia), Elżbieta Jarosik (Kelnerka), Krystyna Rutkowska-Ulewicz (Portierka), Marta Bitner (Mała Mireczka), Dawid Łepkowski 



0 komentarze:

Prześlij komentarz