środa, 1 lutego 2017

KUROŃ. PASJA WEDŁUG ŚW. JACKA TEATR POWSZECHNY


Polaków dziś ogarnia trwoga w związku z tym, co się dzieje w Polsce, z nimi samymi. Chcą zrozumieć, dlaczego demokracja jest tak przerażająca, trudna, niestabilna. Chcą ratować kulturę dialogu, zgody, porozumienia. Wspólnego działania. Przywrócić harmonię, doprowadzić do równowagi. Spokoju. Nic dziwnego, że szukają punktu odniesienia, przykładu do naśladowania, wsparcia. Siły, pocieszenia. Drogi wyjścia z impasu. A jak trwoga, to do boga. Może mieć ludzką twarz, lewicowy genotyp, solidarnościowe ideały. Może nazywać się Jacek Kuroń.

Spektakl zaczyna się od wymiany zdań skażonych emocjonalną pyskówką, dąsami, pretensjami, fochami anonimowych obywateli na widowni/Aleksandra Bożek, Kazimierz Wysota i Michał Jarmicki/. To skłócenie, klincz mentalny w podziale ideologicznym, politycznym, wyznaniowym mieszający emocje z deklaracjami, bo nikt tu nie słucha, nie rozmawia, nie dyskutuje tylko mówi swoje i przy tym obstaje. Jest to komunikacja agresji o przeciwnym potencjale nastawiona na konfrontację, eskalację, atak. Rozwijająca się w dwie manifestacje, które paraliżują ruch uliczny, blokują, uniemożliwiają przemieszczanie się po mieście tym, którzy w nich nie uczestniczą/Grzegorz Falkowski w drodze na CZARODZIEJSKI FLET/. Oto rzeczywistość, którą dobrze znamy, której coraz częściej doświadczamy. Teraz wkroczyła w rewir teatru. To dobre miejsce- neutralne, przyjazne, bezpieczne -na przepracowanie polskich podziałów, zmór samo nakręcających się nienawiści, budzących się demonów, rosnącej w siłę pogardy. Zanim będzie za późno gdzieś jednak trzeba stanąć twarzą w twarz z prawdą.

Najlepiej z Jackiem Kuroniem, co jest ciekawą perspektywą oceny naszej rzeczywistości. A właściwie z wyobrażeniem autorki, Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk, i reżysera, Pawła Łysaka, o jego znaczeniu, roli dla nas. O Kuronia politycznej legendzie i Jacka duchowości, pasji, charyzmie. Każdy widz przychodzi do teatru z własnym oczekiwanym portretem i chce go skonfrontować z teatralną, artystyczną wizją. Z nadzieją na ideologiczną podbudowę, metafizyczne przeżycie, duchowe wsparcie. W poszukiwaniu ratunku, pociechy, natchnienia. Inspiracji. A on spogląda na widzów z olbrzymiego zdjęcia.  Przez cały czas spektaklu nieobecny niemo obserwuje, czy nie wszystek dla nas umarł. Co ocalało z jego walki, jego czasów, by miało szansę nas ocalić tu i teraz. Jakie jest nasze życie po jego śmierci. Jak sobie radzimy.

Ważne nie jest to, co może nam jeszcze dać ale czy potrafimy skorzystać z doświadczenia jego życia. Inicjatywa jest po naszej stronie. Co z tym dobrem zrobimy, czy jeszcze cokolwiek rozumiemy z jego dziedzictwa? Czy potrafimy go zdefiniować, nazwać, opisać, spopularyzować, wcielić w życie? Wziąć przykład z polityka, który był szczery, bezpośredni, wiarygodny. Z nas i dla nas cały. Prawdziwy człowiek, niedoskonały, chropowaty, grzeszny, który działał, walczył, starał się zmienić homo sovieticusa w obywatela świata. Dla którego miłość do ojczyzny była synonimem miłości do ludzi, do żony Gai. Lewicowy wyznawca wiary w dobro, możliwość dialogu, negocjacji, kompromisu, porozumienia czyli tego, czego nam dziś brakuje najbardziej. Realizowania się jednostki poprzez działania na rzecz ogółu. Dochodzenia do rzeczy wielkich małymi krokami. Bez lęku.

Poznajemy na scenie młodego Kuronia /Oskar Stoczyński/, bo optymizm młodości ufnej, szczerej, naiwnej nigdy się w nim nie zestarzał. I mógłby się odradzać w każdym następnym pokoleniu. Wzrusza scena, gdy pyta co słychać dziś u nas. Co osiągnęli, jak żyją jego towarzysze walki o wolną Polskę, legendy solidarnościowej opozycji. Ten rozziew jego oczekiwań, że wszystko jest dobrze z tym, że jest tak źle, co tylko my wiemy, skutkuje wielką emocją zawodu i rozczarowania,  niemal poczucia winy w nas, widzach.

Nie chodziło twórcom chyba o to, by ta sztuka wzruszała, wstrząsała, rozmiękczała. Była gotową diagnozą, stanowiła przepis na sukces. Nie miała też wprowadzać w elegijny, świąteczny nastrój. Żadne to epitafium, panegiryk, laurka. Raczej wizualizacja trudu uchwycenia istoty rzeczy, wymykającej się ciągle prawdy. Rekonstrukcja przez dekonstrukcję. Zarys wybiórczy przeszłej i teraźniejszej rzeczywistości, portret człowieka polityka, który nikogo dziś już nie zadowoli, bo nie wyzwala emocji, bo sytuacja się zmieniła i dynamicznie zmienia nadal. Ułomność komunikacyjna świata przedstawionego wpisuje się w powszechny brak możliwości zrozumienia rzeczywistości. Również w teatrze. Dramaturgia, która musi pogodzić tak wiele, nie działa jakby nie istniała. Percepcja z trudem za nią podąża. Ekspresja słowna postaci scenicznych ilustruje frustrację niepewności, błądzenia, rozdarcia. Osamotnienia. Sygnalizuje brak panowania bohaterów nad sobą i rzeczywistością, pogrążenie się w instynktownym, indywidualnym pędzie codziennego życia. Zagubieniu. Pomieszaniu wartości. Dlatego, między innymi, Ewa Skibińska gra Gaję i symbolicznie Polskę w różnych okresach historycznych/Ukochana Ojczyzna/Rzeczpospolita/. Wydaje się, że jest kilka zakończeń, bo trudno przewidzieć lub zdecydować się na jedno rozpoznanie. Każde może być prognozą porażki, klęski. Wszystko jest ułomne, poślednie, nijakie. Z wpisanym błędem, brakiem, niedoskonałością. Genem skazy. Jakby nie było nadziei. Jakby cały dotychczasowy trud poszedł na marne. Nie ma łatwego pocieszenia. Prostej drogi wyjścia z bieżącego impasu. Na koniec pozostajemy więc w punkcie początkowym przedstawienia: niepewni, zdezorientowani, pozostawieni sami sobie. Niektórzy z poczuciem niedosytu a nawet ostatecznej straty. Ze świadomością, że tak łatwo, tak szybko roztrwonić można, co się osiągnęło, wypracowało, wywalczyło. Wolność, okupiona ogromnym wysiłkiem, wyrzeczeniem, pracą, nie jest dana raz na zawsze. A demokracja to stan nieustannej walki, konfrontacji, ścierania się argumentów. Kuroń jednak, nie tak jak my dzisiaj,  nie ustawał w szukaniu porozumienia, wzajemnego zrozumienia, w  podejmowaniu dialogu. Jacek świadczył swoim życiem, że taka postawa ma głęboki sens i wartość dla niego samego. Nie pytając o koszty. 



Powstał spektakl o Polsce, Polakach. O jej bohaterze. Bieżące problemy polityczne i społeczne zdominowały optykę patrzenia na jego życie, osiągnięcia. Publicystycznie go stłumiły odsłaniając złudne nadzieje na to, że można wskrzesić ten żar jaki niósł w sobie, zaszczepić w nas pasję, która nie pozwalała mu zboczyć z raz obranej drogi. Zdradzić ideały czy wyrzec się służby dla ludzi, ojczyzny, która była dla niego najważniejsza. Ale to przecież odsłania prawdziwy stan rzeczy. Stary kołtun siedzi w Polakach od dawna i ma się nadal dobrze. Karmi się pogardą, zemstą, odwetem, nienawiścią. Niestrudzenie mąci kijem w Wiśle. Polska może i jest spętana, obdarta, biedna, krzykliwa, skłócona głosami polityków, którzy nadają ton, infekują niezgodą, ale to nie jest jej jedyne oblicze. Kościół się wtrąca.  Ale i teatr się wtrąca. Problem w tym, że każdy proponuje odmienne narracje i sam je toczy w totalnej opozycji. Ne ma wspólnego dyskursu. Indywidualni i zbiorowi nie dajemy sobie rady z problemami, ze sobą, z naszymi bohaterami. Z emocjami. Przyzwoliliśmy na to, że wymknął się nam indywidualny wpływ na rzeczywistość. Walcząc jeden przeciw drugiemu nie chcemy brać odpowiedzialności zarówno za przeszłość, jak i za przyszłość. A teraźniejszość pogrążona jest w niezrozumiałym nadal dla nas chaosie.

Fenomen Kuronia pozostaje nieuchwytny. Nikt go nie zastąpił w sferze publicznej, politycznej, społecznej/ tu Jurek Owsiak ma swoje niezaprzeczalne sukcesy, nie ma mowy o nim w spektaklu/. Ani Autor Grzegorza Artmana, choć dokonuje się w nim przemiana, nie jest w stanie napisać o nim książki, ani autorka sztuki, Małgorzata Sikorska-Miszczuk, nie wskrzesza Kuronia pokazując naszą narodową złośliwą uporczywość w niszczeniu pozytywnych wzorców, ani młody aktor, Oskar Stoczyński, nie mógł go zagrać, by rozpalić naszą wyobraźnię. Reżyser z dramaturgiem splątują różne rzeczywistości, różne czasy, które nie dają się przeniknąć, zgłębić, zrozumieć. Pada wiele gorzkich słów, mowa jest o bolesnych rozczarowaniach/porzuceniu najbiedniejszych, pokrzywdzonych zmianami systemowymi, wykluczanych/, zawiedzionych nadziejach/Gaja o równości kobiet i mężczyzn w polityce, w rządzeniu/ jakbyśmy-niedowartościowani, z niską samooceną, niewierzący w siebie, we własny potencjał-  zawsze koncentrowali się tylko na negatywach, porażkach, niepowodzeniach, nie mogąc się wyzwolić z kręgu mentalnej niemożności. 


Dobrze, że sztuka została napisana, spektakl powstał. Bez koturnowości, epatowania bohaterstwem, chorobliwych uniesień. W nowoczesnej, postdramatycznej formie, kontrowersyjnym ujęciu. Złożony, niejednoznaczny nie prowadzi nas za rękę. Jest raczej wyzwaniem. Teatralną prowokacją. Temat jest trudny, punkt widzenia twórców szczególny, a obecny moment historyczny ważny. Lepiej  próbować rozwiązywać problemy niż pozwolić im eskalować. Mamy bogactwo spuścizny historycznej, które warto do tego celu wykorzystać. Wystarczy po nie sięgnąć, do niego się odwołać.  Niech Kuroń dla każdego z nas pozostanie innym człowiekiem, nawet obcującym pośród żywych świętym Jackiem. Wiecznie młodym, walecznym, nieustępliwym.

KUROŃ. PASJA WEDŁUG ŚWIĘTEGO JACKA
reżyseria - Paweł Łysak
dramaturgia - Paweł Sztarbowski
scenografia - Robert Rumas
kostiumy, reżyseria światła - Agata Skwarczyńska
muzyka - Stefan Węgłowski
układ tańca - Izabela Żak

obsada: Aleksandra Bożek, Ewa Skibińska, Grzegorz Artman, Grzegorz Falkowski, Michał Jarmicki, Oskar Stoczyński, Kazimierz Wysota

premiera: 24 stycznia 2017


http://www.powszechny.com/spektakle/kuron-pasja-wedlug-sw-jacka,s1140.html?ref_page=controller,index,action,spektakle-aktualne


poniedziałek, 23 stycznia 2017

WICHROWE WZGÓRZA TEATR STUDIO



WICHROWE WZGÓRZA z wrzosowiskami, wiatrem, tajemnicą, "Drozdowym Gniazdem" to miejsce, stan świadomości, symbol rozdarcia pomiędzy skłonnością a koniecznością, rozsądkiem a szaleństwem, naturą a kulturą w jaką wplątany jest człowiek. Pozwala kochać, marzyć, ale uniemożliwia pozostanie na zawsze szczęśliwym. Niespełnienie w miłości, rozwichrzone silne namiętności, złe emocje hodowane na zemstę, podsycane przez nienawiść, stracone złudzenia to napęd tej sztuki. Fantastyczna adaptacja, konsekwentna, spójna reżyseria, fenomenalna scenografia, fascynujące aktorstwo, nowoczesna forma to jej niezaprzeczalne atuty. 

Ten dualizm, zderzenie sprzeczności, które powodują iskrzenie pomiędzy bohaterami, widoczny jest już na wejściu. Scena podzielona jest na dwie części: wyłożoną kafelkami sterylnie czystą, wymuskaną, wysublimowaną, uładzoną ale w efekcie zimną, chłodną, nieprzyjazną, odpychającą, bo świecącą po oczach i tę pokrytą grubo brunatną ziemią, która przylepia się do rzeczy i ludzi,wnika w głąb, brudzi, wchłania, czyniąc cząstką siebie. W istocie emocje tu są  skrajnie ekstremalne. Te dwa światy: oślepiającego, prześwietlającego światła i ciemności, zakamarków mroku, symbole stylu i kultury życia, koegzystując pozwalają płynnie przenikać do siebie bohaterom, jakby przyciągały, kusiły, każdy swoją obietnicą spełnienia, zaspokojenia, wyciszenia.  Są dowodem odrębności, wzajemnej obcości, wizualnie dopowiadanej narracji temperatury uczuć, stanu świadomości. A jednak uzupełniają się wzajemnie wzmacniając, demaskując. Zwłaszcza, że jest jeszcze jedna przestrzeń dla wyznań indywidualnych, głęboko osobistych, intymnych. Neutralna, bo z boku, jakby poza miejscem i czasem świata, który dociska, zmusza, definiuje. Pozwala wybrzmieć monologom wewnętrznym  bohaterów, którzy mówiąc, śpiewając o miłości do mikrofonu wyrażają stan emocjonalny, dopełniają opowieść. Wyznają wiarę w miłość, w sens tego, co ich spotyka w formie chłodnej relacji dzielenia się swoim doznaniem, doświadczeniem. 

Forma jest ważna. To ona umożliwia okiełznanie emocji. Wzięcie ich w karby. Nazwanie, wyartykułowanie, analizę. By móc podsumować, wyciągnąć wnioski z tego, co się stało. By móc zatrzymać dla pamięci te przetaczające się przez życie bohaterów wichry namiętności. Ująć całość.

Spektakl sprawnie opowiada adaptowaną fabułę nieszczęśliwiej, szczerej miłości bratnich dusz, Katarzyny i Heathcliffa, która rodzi się w dzieciństwie, prowadzi do szaleństwa, miłości jednostronnej, niespełnionej Edgara do Katarzyny, jego siostry do Heathcliffa. Niemożliwość osiągnięcia szczęścia, spokoju, spełnienia to przewodni temat sztuki. Bo życie wikła bohaterów w dramaty spowodowane nierównościami społecznymi, spuścizną tajemnic rodzinnych, pojawiającymi się przeszkodami, ich osobowością, charakterem, doświadczeniem życiowym. Nie mogą być tak po prostu szczęśliwi, nie mogą robić, co chcą. Decydować o sobie całkowicie niezależnie. Nie są wolni. 

Spektakl czerpiąc z literatury opowiada o meandrach życia, które wikłają ludzi, ograniczają, nie pozwalają wybierać i robić tego, co powinni, by być szczęśliwymi, by mogli żyć w zgodzie ze sobą, swoją naturą, rzeczywistym stanem uczuć. Nawet wtedy, gdy stawiają na swoim, buntują się i przekraczają wszystkie normy etyczne, moralne, społeczne. Nie zaznają szczęścia, spokoju, spełnienia gdy w nich samych toczy się walka pragnienia miłości z pragnieniem zemsty jako wypadkowej nienawiści, która wynika z doznanych upokorzeń i krzywd. Są w nieustannym stanie wojny, co ich osłabia, wykańcza, pozbawia życia. Nie ma rozwiązań, dróg ratunku, indywidualnych ścieżek prowadzących  do rozstaju będącego możliwością wielokrotnego wyboru. Każda opcja jest porażką większą lub mniejszą, mniej lub bardziej bolesną klęską. Rozczarowaniem. Kumulującą się goryczą, z którą każdy indywidualnie obraca się przeciwko światu. Przy okazji niszcząc siebie. Miłość jest cudem, mgnieniem, szczęście przypisane jest tylko dzieciństwu, stanowi niewinności i sytuacji gdy nie ma się pełnej świadomości siebie i świata jaki jest. 

Piękny i czuły jest to obraz prawdy o człowieku. Pokazuje losy bohaterów tak, jak to się dzieje zawsze i wszędzie, bo unieważnia zmieniający się kontekst czasu i miejsca. A to nie jest takie łatwe. Udało się osiągnąć artystom efekt ponadczasowej, uniwersalnej opowieści. Nie tracąc nic a nic z jej wiarygodności, nie pozbawiając bohaterów psychologicznej głębi. Nie sprowadzając jej do konkretnego przypadku czy jedynie papierowego, schematycznego szablonu. Narracja niesie sobą energię, ma moc dzięki interpretacji reżyserskiej, bardzo sugestywnej grze aktorskiej całego zespołu. Opowiadając o emocjach, namiętnościach, budzi emocje i namiętności. Na pewno różne. Prowokuje tym scenicznym trzęsieniem ziemi falę refleksji i uczuć. Jednych widzów unosi ponad ich codzienność, drugich z nią konfrontuje. Szczególnie interesująca jest reakcja tych, którzy znają fabułę z książki i porównują to, co wiedzą, co w nich poruszyła z tym, co się dzieje na scenie. Na pewno jest ciekawie. Są tacy, którzy sztukę widzieli już kilka razy. Nie dziwię się. Z biegiem czasu dostrzegam i ja w sobie potrzebę powrotu na WICHROWE WZGÓRZA. 


WICHROWE WZGÓRZA na motywach powieści Emily Brontë

reżyseria: Kuba Kowalski
dramaturgia: Julia Holewińska
scenografia: Katarzyna Stochalska
muzyka: Piotr Maciejewski

obsada:
Monika Obara/ Lena Frankiewicz 
Natalia Rybicka
Anna Smołowik
Miron Jagniewski
Marcin Januszkiewicz
Krzysztof Koła / Wojciech Kalita
Wojciech Solarz
Wojciech Żołądkiewicz
Lena Frankiewicz

premiera 16 listopada 2012

środa, 18 stycznia 2017

KOMEDA TEATR NOWY IMKA


KOMEDA to spektakl o tym, co po wybitnym człowieku może pozostać dla potomności i jak ta wiedza funkcjonuje w obiegu publicznym. Opowiada o Polsce z okresu PRL-u gdy rodził się polski jazz. O charyzmatycznych, piekielnie ambitnych, zdolnych artystach Polakach reprezentujących świat literatury/Hłasko/, filmu/Polański/ i muzyki/Komeda, wiecznie żywy Chopin/ i ich otoczeniu. O postrzeganiu Polski przez zagranicę. Jest próbą zrozumienia polskości, losu artysty w transpozycji czasowej, w momencie rodzenia się  legendy Komedy, jego przyjaciół, jego pokolenia. Pokazania drogi kariery w kraju i poza nim w zderzeniu z realiami życia przyziemnego, codziennego. To teatralny melanż. Projekt rozbudzający ciekawość, sygnalizujący tajemnice, zjawiska, wątki, sytuacje. Nie sięga głębiej, mocniej, drastyczniej. Odważniej. Sztuka pozbawiona dramaturgii, poszarpana w nielinearnej, postdramatycznej narracji buduje atmosferę w jakiej przyszło Komedzie żyć i tworzyć, dokonywać wyborów życiowych. Buduje też nastrój przygnębienia, zawodu, rozczarowania z powodu niespełnionego do końca talentu. Mimo pozornej beztroski, rozluźnienia, szaleństwa w jakiej pogrążeni są bohaterowie, zderza gorset komunistycznego zniewolenia  z rozpasanym, wolnym kapitalizmem.

Spektakl nie wnika w głąb życia, twórczości, osobowości Komedy. Nie charakteryzuje go jako człowieka i muzyka. Jakby rozszerzał tylko tajemnicę, do której się zaledwie przybliżyć możemy, uczynił ją bardziej mroczną. Raczej przypomina o utalentowanym kompozytorze i rozbudza zainteresowanie. Postać Krzysztofa Komedy/Mateusz Janicki/ obecna jest głównie ciałem. Swoją reprezentacją, w znaczącej części spektaklu martwą, statyczną, symboliczną, obserwuje, z boku przygląda się akcji, ilustruje, dopełnia kompozycji. To personifikujący się duch błądzący w świecie powoływanym na powrót do życia. Powidok, punkt odniesienia dla całej reszty osób, które znał, z którymi był blisko. Jest wizualizacją  przyjemną, odzianą w beże, delikatne brązy ale osobowością bezbarwną, enigmatyczną, pozbawioną indywidualizmu. Nie jest Komedą z krwi i kości, z samego siebie, tylko sumą informacji o nim złożoną ze wspomnień, z domysłów, strzępów wypowiedzi, pojedynczych zdarzeń, przywoływanych marzeń, zachowań, projekcji, opisem otwierających się przed nim perspektyw i garścią faktów wyrwanych z kontekstu w ilustracji muzycznej. To obraz artysty utkany z tego, co w przekazie po nim po dzień dzisiejszy pozostało. Co pozostało z niego w ludziach, którzy go znali.

I tu najważniejsza jest Zofia Komeda Iwony Bielskiej. Dominuje jak muza, anioł stróż, zewnętrzny nośnik pamięci.  Dzięki charyzmie,  biegłości warsztatowej, doświadczeniu,  artystycznemu talentowi aktorki jej portret Komedy jest najpełniejszy, najciekawszy, najbliższy normalnemu życiu. I to niekoniecznie dlatego, że ma solidnie napisaną rolę, najwięcej do powiedzenia.To ona jest tu najbarwniejszą, najbardziej intrygującą, przyciągającą uwagę narratorką. Bezpretensjonalną, naturalną, w ujmujący sposób uwiarygodnioną silną osobowością. Pozostałe postacie to namiastka, swobodnie brylujące wokół niej elektrony w morzu wypijanego, rozlewanego alkoholu, w dymie papierosów, oparach skandalu i tajemnicy. Bo takie to czasy były, takie środowisko, miejsce, styl artystycznego życia w kraju i Ameryce. Aktorzy wizualizują więc przeczucia, interpretują osobę, którą grają. W gruncie rzeczy pokazują nam nijakich, bezpłodnych, poza prawdziwym życiem, poza całą o nich prawdą bohaterów. Przedstawiają nam ich jako papierowe, zabawne, groteskowe figury, spalające się w scenicznych jazzowych wariacjach. Budzą sympatię, przypominają, co już o nich wiemy, snują swoje własne odautorskie grubą aktorską kreską kreślone improwizacje. Relacjonują, opisują, wspominają, przywołują czas przeszły. Przepuszczają wiedzę o Komedzie poprzez siebie, swoje kariery, interpretują wydarzenia ze swojego punktu widzenia, zabarwiając ją własną emocją, interesem, słabością. Nie są to do końca wypowiedzi wiarygodne, ale doskonale pokazują, jak informacja przechodząc przez pryzmat osobowości opowiadającego rozszczepia się, załamuje, modyfikuje, wypacza. Zamiast wzbogacić zubaża naszą wiedzę o Komedzie. Składa się na legendę jego pokolenia. Dlatego ciekawa byłaby i ważna wypowiedź Romana Polańskiego, jedynego żyjącego do dziś bohatera sztuki. Jednak jego na scenie nie ma.

Zamysł był chyba taki, by pokazać tragicznie zmarłych, niespełnionych, dobrze zapowiadających się, młodych artystów, którzy prawdę o okolicznościach śmierci Komedy zabrali ze sobą do grobu. Sami przyczynili się do powstania legendy muzyka, stanowiąc jej integralną część. Jakby reżyserią, sposobem konstrukcji scenicznej wypowiedzi starała się Lena Frankiewicz wytworzyć atmosferę, stworzyć nastrój, przybliżyć nie samego Komedę a świat, z którego pochodził, w którym żył i umarł. Najważniejszy staje się obraz Polski w kontraście z Ameryką oraz Polacy w kraju i na obczyźnie robiący karierę artystyczną. Ci którzy umarli tragicznie, za młodu, niespełnieni do końca. Sam Komeda pozostaje poza zasięgiem naszego głębszego poznania. Pozostałe postacie z jego otoczenia również. Hłasko/Tomasz Karolak/ rozgoryczony, zeźlony, bezpłodny na obczyźnie, uwikłany w romanse, znieczulony kombinacją używek/wódki, narkotyków, tabletek/, w poczuciu winy za śmierć Komedy, nie ma nic z charyzmy ani tragizmu swego położenia. Snuje się jak birbant, zagubiony w świecie, którego nie zna, nie czuje i odrzuca. Polańskiego się tylko wspomina w kontekście tragicznej śmierci jego żony, jako wyjątek z reguły Polaka, któremu się udało, bo zdobył sławę w kraju i za granicą, tworzy do dziś. Wojciech Frykowski /Michał Bieliński/ to stereotyp Polaka cwaniaka, dorobkiewicza, spryciarza, za wszelka cenę pragnącego zrobić karierę, przede wszystkim dobrze zarobić. Znamy ten typ doskonale. Podobnie jak Ilony Cooper /Delfina Wilkońska/, przykład wcielania w życie za wszelką cenę marzenia o karierze aktorskiej. Z kolei Mia Farrow /Monika Buchowiec/ wyłania się z ciemności jako fantom  głównej bohaterki filmu DZIECKO ROSEMARY Romana Polańskiego. Przywołuje mentalne spojrzenie na Polskę, Polaków z punktu widzenia amerykańskiej, spełnionej gwiazdy filmowej, która zastanawia się nad fenomenem Komedy.

Pojawia się, surrprise!!!, Fryderyk Chopin /Adam Kupaj/. Postać nie dla wszystkich widzów w tym kontekście zrozumiała.  Zarówno w sferze muzyki, jak i polityki. Ale wielki kompozytor jest tu kompilacją etosu romantycznego muzycznego wieszcza i współczesnego improwizującego wirtuoza. Nieśmiertelnym łącznikiem. Symbolem. Tym, co Polakom w duszy gra zawsze: heroizm i ckliwość, nostalgia, piękno inspirowane folklorem, mające swe źródło skąd nasz ród. Na scenie miesza diapazony wysokiego z niskim. Patos z wulgaryzmem. Jazzowanie Chopinem. To dowód otwartości, prowokacji, polskiego splątania, uwięzienia w ideologicznych narracjach. Karykaturalna, sięgająca bruku figura, jeden z meandrów tajemnicy polskości. Bo rozpoznajemy Chopina a widzimy miotającą się mentalność kibolską. Choć w  sumie śmieszny, bo ośmieszany,  to jednak żałosny, bo niedowartościowany, bezsilny, pretensjonalny. To obraz protoplasty artysty Polaka robiącego karierę za granicą w osądzie dzisiejszego punktu widzenia. Komeda, Hłasko to zaprzepaszczony przez nagłą śmierć talent. Nie dziwi więc nowa choreografia chocholego tańca czy może wspólnego korowodu-zaklętego snu o potencjale twórczym, posiadanym talencie, potędze Polaka, Polski w niezgłębionej tajemnicy wiecznej niemożności spełnienia. W jednej wielofunkcyjnej przestrzeni scenograficznej identyfikującej różne miejsca, kraje, nastroje, kultury artystyczne i ustroje polityczne zawarta jest narracja o trudzie wyzwalania i zaistnienia prawdy i piękna sztuki/literatury, muzyki, filmu/ wyłaniającej się z przypadkowej, chaotycznej, zbrukanej, najpospolitszej prozy życia.

Nie ogląda się tego spektaklu łatwo. Banał miesza się ze wzniosłością, plotka z faktem, domniemanie z tajemnicą.  Sam w sobie nie jest równy, stylistycznie czysty, jednorodny. Aktorstwo naturalne, klasyczne, dramatyczne zderzone jest z ostrą improwizowaną nonszalancją, piosenką, grą ciałem. Spektakl nie zaskakuje swoją treścią, nie sięga do głębi, nie drąży. Nowoczesna forma nie podbija temperatury zdarzeń, sytuacji, choć są bardzo interesujące, a nawet tragiczne. Rozbudza ciekawość, by już samodzielnie można było szukać informacji, nowych, alternatywnych kontekstów prawdy o życiu i śmierci artysty Polaka. Choć tytułem sztuki jest nazwisko Komedy, to spektakl jednak koncentruje się na scharakteryzowaniu bliskiego mu otoczenia, jakby ono go definiowało, determinowało, o wszystkim przesądzało-było głównym bohaterem sztuki.

Tymczasem nadal najwięcej nam o samym Komedzie opowiada jego muzyka. Mimo, że jest w tym spektaklu tylko niezbędną interesującą ilustracją, to jednak najczulej, najprawdziwiej, najbliżej opisuje jego charakterystykę, potencjał twórczy, jego talent. Niesie też tę tęsknotę, budzi poczucie straty za tym dorobkiem, który nie powstał z powodu przedwczesnej, tragicznej śmierci kompozytora.

Ostatecznie mamy legendę o Krzysztofie Komedzie, poprzez którą nie wszystek umarł, jest jego muzyka, poprzez którą żył będzie wiecznie. Czasy, w których żył i tworzył odeszły bezpowrotnie. W spektaklu wskrzeszono stereotypy, fantomy przeszłości, które zniekształcają prawdę. Jak bardzo, pokazuje to sztuka. 
KOMEDA JAROSŁAW MURAWSKI
reżyseria: Lena Frankiewicz
scenografia, kostiumy, światło: Katarzyna Borkowska
choreografia: Mikołaj Mikołajczyk
muzyka: Olo Walicki
na perkusji: Paweł Dobrowolski
asystent reżysera: Adam Kupaj
inspicjentka: Agnieszka Choińska

Występują aktorzy Teatru Nowego i Teatru IMKA.

Monika Buchowiec, Delfina Wilkońska, Iwona Bielska, Michał Bieliński, Mateusz Janicki, Adam Kupaj, Tomasz Karolak

W sztuce wykorzystano między innymi: NIETAKTY Zofii Komeda, OSTATNI TACY PRZYJACIELE Tomasza Lacha, LISTY Marka Hłaski i autobiografię Romana Polańskiego ROMAN.
Spektakl prezentowany w ramach współpracy Teatru Nowego oraz Teatru IMKA - DuoPolis Kulturalne Warszawa-Łódź, dofinansowany ze środków miasta Łódź.
zdjęcie:plakat spektaklu

http://www.e-teatr.pl/pl/repertuar/47142,szczegoly.html



wtorek, 17 stycznia 2017

B.R.I.N. PROJEKT KOMUNA// WARSZAWA


To jest futurystyczna bajka dla dorosłych. Paranaukowy SCI-FI projekt. Wyznanie wiary w realne utopie.   Artystyczna, zwariowana, zabawna opowieść o marzeniu człowieku, by bez względu na oczywistą oczywistość tego, co wie o życiu i śmierci, nie wszystek umarł, by w jakiejś możliwej formie, jakimś cudem, żył jak najdłużej, najlepiej wiecznie. Jeśli nie ciałem to choćby duchem, umysłem, za sprawą działania nieznanego przypadku, kosmitów, pierwiastka przyczyny, której nie przewidział a którego prawdopodobieństwo zaistnienia nie jest zerowe. To jest o odwiecznym pragnieniu, by przetrwać, pokonując lęk przed śmiercią, nieistnieniem, świadomością końca tego, co człowiek zna, osiągnął a chciałby za wszelką cenę ocalić przed zagładą, unicestwieniem: poprzez sławę, która pokonuje czas, religię, która wiarą przenosi w inny wymiar, poprzez naukę i technologię, która już dziś przedłuża życie ludziom. Ludzkość podejmuje wiele w tym kierunku starań, badań, prób, symulacji. Wydaje na to niewyobrażalnie wielkie sumy pieniędzy. Wkłada wiele wysiłku, poświęca mnóstwo czasu. Niestety, jak do tej pory efekty są niezadowalające. Nie dają pewności, nie gwarantują sukcesu. 

Ten projekt sceniczny KOMUNY//WARSZAWA również jest taką wariacją na temat nieśmiertelności pojedynczego człowieka, przetrwania całej ludzkości.  Z interesującym wykorzystaniem specjalistycznej technologii dla uwiarygodnienia projekcji przyszłych wydarzeń, uatrakcyjnienia spotkania, wzmocnienia scenicznej wypowiedzi. Nie jest to taka bajka, do której jesteśmy przyzwyczajeni, zaczynająca się od słów: "Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma rzekami,...", ale projekcja w przyszłość też bazująca na tym, co wiemy o sobie, o świecie, jaka jest nasza kondycja i ograniczenia, marzenia, co możemy sobie wyobrazić, przewidzieć, zrobić dla ocalenia, przetrwania, istnienia jako jednostka i jako zbiorowość. To wydumany, zabawny surrealistyczny, abstrakcyjny collage performatywny, oparty na konkretnej wiedzy i wyobraźni. Czerpiący z nauki, religii, kultury i sztuki. Luźna narracja, artystyczna symulacja o bardziej lub mniej prawdopodobnym przebiegu przyszłych zdarzeń, które prędzej czy później mogą nadejść i zmienią nieuchronnie nasz świat, którego doświadczamy, ludzkie życie, jakie znamy. Gdy możliwości przedłużania życia się skończą. A przeczuwamy, że coś jest na rzeczy. Coś wisi w powietrzu. Zagrożeń jest mnóstwo. Wszystkie są możliwe. Niekoniecznie trzecia wojna światowa, totalitaryzm, czy inny kataklizm  będzie tych zmian przyczyną. Jest rok 2042 a może 2089, na ziemi pojawiają się mutanty myszoludzie, nanoroboty, drony, niebieski budda. Jest jeszcze Sergey BRIN/ współzałożyciel GOOGLA, jednej z najbogatszych korporacji świata, finansującej różne projekty futurologiczne/, właściwie uwięziona jego osobowość w komputerze, która może być jeszcze podtrzymywana przez maszyny przez niewyobrażalnie wiele lat. Przyszłością będzie jednak samoświadoma sztuczna inteligencja, która przejmie kontrolę nad światem. A ludzkość? Nikogo z nas dziś żyjących już w niej nie ma. Otrzymujemy luźną, iskrzącą humorem, dystansem do wszelkiej powagi sytuacji wizualizację opowiadającą o tym, co się dzieje w perspektywie tak odległego czasu. To, co wiemy już dziś i to, czego nie mamy nawet szansy przewidzieć. Znamienna w tym kontekście jest karteczka z napisem "ZARAZ WRACAM" , którą zostawia niesłychanie kulturalnie pijąca cały czas kawę w kuchni swego mieszkania narratorka z filmu wyświetlanego na ekranie, kiedy znika nam z pola widzenia. Znika i pojawia się, za każdym razem zaraz wraca. I jest. Jak ludzkie życie. Jak ludzkości istnienie. Zawierzamy temu ZARAZ WRACAM. Mamy nadzieję, że i my, gdy znikniemy, zaraz w nurt tego czy innego życia wrócimy. 

No cóż, ludzkość nadal nie jest gotowa na śmierć.  Nie daje za wygraną. Jest kreatywna. Broni się przed nią jak może. Ciągle ma nadzieję, że przetrwa. Jeśli nie w wyniku ludzkiego, boskiego, kosmicznego działania to jakimś niewyobrażonym przez człowieka cudem. W dotychczasowej czy innej formie. Za sprawczym działaniem nieprzewidzianego czynnika. Z powodu niemożliwej do wyobrażenia przyczyny. Przypadku, kaprysu, świadomej decyzji. Nikt tego nie wie na pewno, tak do końca. Ale pomarzyć zawsze można, wyobraźnia nie zna granic. Spektaklem oswajamy lęk przed śmiercią. Śmiechem rozbrajamy paraliżującą świadomość, że kończy wszystko ostatecznie. Ale dopóki mamy nadzieję, dopóty robimy wszystko, by marzenie o nieśmiertelności człowieka nie umarło.

Cieszmy się życiem, jakie jest! Tym, co mamy. Żyjemy w możliwie najlepszym ze światów jaki znamy. Bo ten wyobrażony, nieznany, prawdopodobny, przyszły jest już bez nas. A nic o nas bez nas nie można tak naprawdę pewnego powiedzieć.  Ale jest projekt, jest sztuka, jest teatr, jest zabawa. Doskonała zabawa! Powodzenia:)

więcej informacji o projekcie:

B.R.I.N. PROJEKT
gościnnie w roli tytułowej: Romuald Krężel
wideo / projekcje: Adrian Cognac, Wiktor Zmysłowski
światła: Karolina Gębska, Jędrzej Jęcikowski
kostiumy: Ewelina Ciuchta
zdjęcia: Patrycja Mic



poniedziałek, 16 stycznia 2017

SZABASOWA DZIEWCZYNA TEATR ŻYDOWSKI


SZABASOWA DZIEWCZYNA Daniela Simona w reżyserii Marcina Sławińskiego jest łatwą, lekką i iskrzącą inteligentnym poczuciem humoru mądrą, bliską życia komedią romantyczną z farsowym temperamentem, ciepłym, dydaktycznym zacięciem. Błyskotliwie, z nerwem napisana,  sprawnie, z werwą zagrana. Z dystansem do kultury i religii zderza realia gwałtownie zmieniającego się systemu wartości cywilizacji zachodniej/amerykańskiej/ ze światem starego, porządkującego życie kanonu wiary żydowskiej. To duży atut gdy szukamy spektaklu, który mógłby wprawić nas w doskonały nastrój, podbudować, przynieść wytchnienie, dać otuchę. Przy tym wiele podpowiedzieć, doradzić, nauczyć. I mieć wiarygodne szczęśliwe zakończenie. To zacna rozrywka i duża przyjemność. W zabawny, przystępny sposób mówiąca o tym, jak osiągnąć szczęście w dobrze rokującym  związku dwojga kochających się dobrych, oddanych sobie ludzi/ tu Ron i Krysia/. Ale nie do końca idealnym, bo jakby na dotarciu jeszcze. Okazuje się, że i dobrane pary mają problemy, wzloty i upadki, trudne momenty, a każdy z osobna toczy batalie o swoje racje. Miłość niejedno tu ma oblicze/ prawdy, kłamstwa, manipulacji, presji, porozumienia/. Czasem wkracza w strefę burzy i naporu, czasem w ostre słońce. Najważniejsze, że jest i to wzajemna. Silna, cierpliwa, wybaczająca. I w dodatku nie jest nudna!!! Czyni Rona i Krysię lepszymi, bardziej wartościowymi ludźmi. Rozwija w efekcie swego pozytywnego działania ich dobrą, jasną stronę człowieczeństwa. Zbliża nie tylko ku sobie ale i ku Bogu. Otwiera przed nimi perspektywę życia w harmonii świata ze samym sobą, przywraca równowagę i spokój, wnosi ład, czyni porządek. Pozwala odkryć swe duchowe potrzeby i umożliwia podążanie za nimi. Bo to nadaje sens nie tylko związkowi ale każdemu z osobna. To wskazanie na rozszerzanie się szczęścia, spełnienia, uczucia od jednostki poprzez związek na relacje z innymi ludźmi jest  bardzo istotny, ciekawy, budujący. Ale, co ważne, też wymaga aktywnego udziału, znacznego wsparcia otoczenia.

Ron, to dojrzały, pełen uroku i wigoru mężczyzna po przejściach, dobry, troskliwy ojciec zajmujący się  w weekendy dwójką dorastających dzieci. Inteligentny, obdarzony ciętym, ironicznym poczuciem humoru, zaradny życiowo, ale zbytnio skupiony na sobie, przegapia co najważniejsze. To lęki przed skutkami starości i obawa przed kolejnym poważnym zobowiązaniem uczuciowym  go przerażają i doprowadzają do tego, że traci orientację. Może też stracić miłość wspaniałej dziewczyny. Nie pozwala sobie cieszyć się życiem w takim stopniu na jaki zasługuje. Wyolbrzymia potencjalne problemy, strach paraliżuje jego działanie, pozbawia rozsądku, bo nawet udany dotąd związek z Krysią nie napawa go optymizmem. Nie chce się żenić po raz kolejny, za wszelką cenę unika zobowiązań. Zadowala się tym, co ma. To mu wystarcza. Jego dziewczyna jest idealna: kocha go, jest piękna, samodzielna, zaradna, o wiele lat młodsza od niego, akceptuje niezobowiązujący styl jego życia, bez problemu dostosowała się. Ale okazuje się, że do czasu. Jak to kobieta, pragnie stabilizacji, szuka sposobu, by do niej doprowadzić. I walczy, robi wszystko, by osiągnąć cel. Postanawia zostać Żydówką, by całkowicie rozwiać wątpliwości Rona, który twierdzi, że jego matka jej nie zaakceptuje ze względu na wyznanie. Ron boi się i szuka wymówki. Ciągle się waha, ciągle kontestuje. Dziewczynie się udaje, bo ma swoją do Rona miłość. I jego uczucie do niej. I wielu innych nieoczekiwanych sprzymierzeńców.

Wszystkie perypetie, starania kończą się dobrze, szczęśliwie, optymistycznie. Pokazują, jak bardzo miłość jest ważna i, że warto o nią walczyć. Dla siebie samego, dla ukochanego. Pozwala pokonać wszelkie przeciwności losu, poznać samego siebie, zyskać szacunek i przede wszystkim pozytywnie zmienić siebie, sprawić, by życie było bardziej wartościowe gdy wyznaczy się mu cel, nada sens, oprze na szczerej, prawdziwej, głębokiej wierze. I spowoduje to, że ukochanego też się uratuje, pomoże mu przywrócić spokój, równowagę, szczęście. Ale nie na siłę, nie wbrew niemu! Takie działanie miłości to cud, ale czy sama miłość nie jest cudem? Siłą sprawczą, siłą stabilizującą, godzącą człowieka z samym sobą, z ludźmi, ze światem, z Bogiem. Przywracającą nadzieję w to, że ma się realny wpływ na swoje i innych życie. Może nie jest doskonałe ale unormowane, godne, satysfakcjonujące.

To siła sztuki, jej wymowy, konwencji. Talentu dramatopisarza, realizatorów, aktorów. W sposób inteligentny, łagodny, zabawny opisując perypetie pary ale bez męczącej presji, natrętnego dydaktyzmu,  spektakl podpowiada jak można wyjść z najcięższej, wydawać by się mogło, beznadziejnej w skutkach sytuacji. Wycisza wątpliwości, neutralizuje minorowy nastrój. Dodaje sił, podsuwa pomysły, wskazuje drogę. Tak, ma znaczenie relaksujące, budujące, terapeutyczne poprzez śmiech, mądre, lekkie w swej formie na życie spojrzenie. A przecież porusza tematy bardzo poważne, a nawet fundamentalne. Zawsze z taktem, przymrużeniem oka, dowcipu znieczuleniem. Ciepłym, wrażliwym, uważnym traktowaniem bohaterów. Dlatego działa. Dlatego ze swą sugestią, ujmująca, rozumiejąca ludzkie słabości, do nas dociera. Nie wywołuje sprzeciwu u widza, który wie i czuje, że poruszane problemy, konkretne sytuacje sceniczne też go dotyczą lub mogą dotyczyć. Bo SZABASOWA DZIEWCZYNA, komediowo przepracowując meandry ludzkiej natury, dotykając problemów sfery uczuciowej w świecie, w którym  gwałtownie zachodzą zmiany kulturowe, społeczne, środowiskowe, jest uniwersalna, dotyka bardziej lub mniej każdego. Świat oszalał, przyspieszył a człowiek nadal potrzebuje wyciszenia, spełnienia, rozsądku, harmonii. Nie może pozwolić sobie, by nie mieć punktów stałych w życiu, nie dbać o to, co w nim najważniejsze. Ta sztuka dba o to. Dba o tych zagubionych, błądzących w nowych, ewoluujących ciągle realiach życia. Pomaga przyjrzeć się sobie, swoim związkom, relacjom z otoczeniem. Pokazuje pewną drogę do przystosowania się dla ocalenia wiary, nadziei, miłości. Czerpania siły i radości z tego, co przynosi życie.

Aktorzy, szczególnie Sylwia Najah i Marek Ślosarski, grają koncertowo. Akcja toczy się wartko w nowocześnie urządzonym współczesnym mieszkaniu. Nie pozwala na nudę, obojętności ziew. Osadzona mocno w prozie życia, daje praktyczną lekcję, pozwala spojrzeć na codzienność z innej perspektywy i pozostawia w świetnym nastroju z wiarą, że i nam się uda pokonać wszelkie trudności, których zwykle życie nie szczędzi, których często sami sobie nie szczędzimy. Gdy nie dajemy sobie szansy na szczęście, nie dopuszczamy myśli, woli do działania, by mu pomóc. A ono jest w naszym zasięgu, jest możliwe do wywalczenia. Często blisko. Tuż, tuż. To wartość tego spotkania. Jego waga. Dar.

To zdumiewające, że Teatr Żydowski borykając się z kłopotami lokalizacyjnymi przygotował w tak krótkim czasie kolejną premierę, tym razem wystawianą w Klubie Garnizonowym przy Al. Niepodległości. Inną gatunkowo ale równie udaną inscenizacyjnie. To duża radość dla widzów obserwować tak dynamiczny rozwój całego zespołu, teatru, zwłaszcza że jest w tak trudnym dla siebie okresie. Nie można powiedzieć sceny, bo stałej sceny, jednego adresu ten teatr nadal nie posiada. A winien wystawiać jak najwięcej, jak najczęściej, bo repertuar ma bogaty, różnorodny i imponujący: kultywujący tradycję i podejmujący tematykę współczesną. Jest tym miejscem, które łączy kulturowo. Nie boi się trudnych tematów, prowadzi sceniczny dyskurs o przeszłości przenikającej teraźniejszość i kształtującej przyszłość. Tu każdy widz znajdzie coś dla siebie. Teatr Żydowski już nie zaskakuje ale pozytywnie potwierdza swoje wybitnie kulturotwórcze znaczenie. Odważnie wkroczył w nowoczesność treści i formy. Otworzył się na nowe, świeże, poszukujące spojrzenie na rzeczywistość. Jest jednym z najważniejszych teatrów warszawskich.


SZABASOWA DZIEWCZYNA   DANIEL SIMON

tytuł oryginału: THE CONVERTIBLE GILR
reżyseria: Marcin Sławiński
przekład: Janusz Tencer
scenografia: Wojciech Stefaniak
kostiumy: Agnieszka Kaczyńska
asystent: Ernestyna Winnicka

obsada: Sylwia Najah i Marek Ślosarski oraz Ernestyna Winnicka, Henryk Rajfer, Piotr Chomik, Maciej Winkler, Wojciech Wiliński, Dawid Szurmiej

data premiery: 14.01.2017