poniedziałek, 23 listopada 2015

LOSER TEATR POWSZECHNY

Teatr Powszechny w Warszawie jest społecznie, politycznie zaangażowany. Poprzez spektakle, które tworzą cykl KRZYCZCIE, zwraca się tematem i przesłaniem do widzów,  by nie byli obojętni, tchórzliwi, zastraszeni. By mieli odwagę, wolę, siłę walczyć o wartości, które uważają za ważne. Wolność, równość, braterstwo upominają się o czyn. Zagrożenia są realne.

Spektakl KRZYCZCIE,CHINY! Pawła Łysaka jest zdecydowanym krokiem w  kierunku naruszenia świętego spokoju i bezpiecznego dystansu widza, który z biernego obserwatora poprzez działania sceniczne jest prowokowany do zastanowienia się, przewartościowania, działania. Ma poczuć wstyd, winę, upokorzenie, by poprzez doświadczenie oddziałujące bezpośrednio na sferę emocjonalno- uczuciową dokonał się w nim akt skruchy, mocne postanowienie poprawy i  właściwe decydowanie w sprawach wyzysku, przemocy, niesprawiedliwości społecznej, imigrantów. Spektakl wybija rasę białą z błogostanu poczucia bezpieczeństwa. Kwestionuje jej wyższość mniejszości wobec niższości większości. Nie wystarczy wiedzieć jak należy postępować. Trzeba działać. Angażować się. Teatr zagrzewa do walki. Aktywności.

Spektakl LOSER Arpada Schillinga z Węgier ilustruje, jak zaniechanie walki, brak działania dla zachowania niezależności, wolności skutkuje jej całkowitą utratą, niszczy w konsekwencji możliwości niezależnego funkcjonowania, również teatrów politycznych. Na samym wstępie Schilling stojąc obok gipsowego popiersia Marksa, opowiada o sobie, swoim teatrze, sytuacji społeczno-politycznej na Węgrzech, które ograniczają wolność i autonomię artysty, pozbawiają środków finansowych teatry krytyczne. Jest źle, a będzie jeszcze gorzej. Schilling reżyseruje za granicą, by móc tworzyć swoje zaangażowane spektakle. Okazuje się bowiem, że demokratyczne wybory i zdecydowane, sztywne obranie priorytetu konserwatywnych wartości chrześcijańsko- narodowych doprowadziło do  kuriozalnych zmian w konstytucji, programie edukacji, nietolerancji wobec mniejszości seksualnych, praw kobiet, ograniczenia wolności słowa, niezależnej, krytycznej ekspresji artystycznej. W nowej, zakamuflowanej formie powraca centralny system sprawowania władzy, nowe wcielenie, tym razem w ramach działania systemu demokratycznego, totalitaryzmu.

Na znak sprzeciwu, buntu, protestu-dojmującego poczucia bezsilności wobec niszczenia indywidualizmu, nadziei, woli- artysta obnaża się oświadczając: „I am a monument of the shame of hungary people” i prosi publiczność o to, by na jego ciele czarnym flamastrem wyraziła, co czuje. Kilka osób z widowni zareagowało i napisało "Wytrzymaj", "Nie poddawaj się", "Jesteśmy z Tobą". Po tym dramatycznym akcie reakcji na akcje prawicowej partii Fidesz i jej przywódcy Victora Orbana w kolejnych scenach dowiadujemy się, jak żona aktorka reaguje na działania męża artysty, jak toczy się życie rodzinne, biznesowe, artystyczne. Obserwujemy, jak artysta musi się dostosować do obowiązujących norm, zasad, oczekiwań, by przetrwać. Jak krok po kroku bezboleśnie, łatwo rezygnuje z siebie, staje się loserem- nieudacznikiem, gotowym przyjąć każde poniżenie, żeby wrócić do łask władzy- a jeśli nie, jaką cenę za to płaci. Jak przetrwać w tak wrogich artyście warunkach?   Kiedy oczekuje się od niego poprawności politycznej, wymaga bezwzględnego podporządkowania. Nie jest lekko. W kraju można zostać oportunistą jak czynią to elity intelektualne, artystyczne. Za granicą należy wyprodukować spektakle pod zapotrzebowanie lokalne/nagość, zespół muzyczny na scenie, muzyka pop, tematy o wykluczonych: gejach, Żydach, imigrantach/.  Jak postępować, co robić, jak i co tworzyć ma dotychczasowy prekursor nowych form artystycznej ekspresji, prowokator, eksperymentator, aktywista, autor nagradzanych spektakli, projektów edukacyjnych? Jak ma zachować swoją tożsamość artysty niczym nieskrępowanego, rozwijającego siebie i teatr Krétakör , który stworzył i nadal prowadzi?

Ten spektakl jest odpowiedzią. Odważną, dowcipną, lekką. Wolną, niezależną, krytyczną. Ale mocną autentyzmem emocji, prawdą faktów. Performatywną. Poprzez akt buntu- spowodowany osobistym doświadczeniem i bezpośrednią obserwacją- dotyka publiczność, jest artysty osobistą relacją obnażającą siebie, relacje społeczne, warunki polityczne, kondycję sztuki węgierskiej w warunkach nacisku władzy konserwatywnej, wartości tylko narodowych i chrześcijańskich.  W atmosferze zamykania się na różnorodność, inność. Gdy zamiast otwierać się na świat, Węgry budują mur na granicy. Zamykają się, zasklepiają, izolują. Tłamszą każdą niepoprawność, podporządkowują jedynie słusznej ideologii wszelką myśl, działalność, niszczą kreację. Zmuszają do kompromisu. Uśmiercają ideały. Realizuje się na naszych oczach rewolucja, która zmieniając wszystko, reaktywuje stary porządek  jednej partii, jednej ideologii, jednej władzy, jednej racji, punktu widzenia. Ze sztuką na usługach władzy. Z artystami, którym rządzący zamknęli usta. To, co tej jedności władzy zagraża jest niszczone, marginalizowane, wykluczane. Unieważniane.

Problem jest poważny. Rodzi mnóstwo dylematów. Zmusza do wyborów etycznych, moralnych, politycznych. Nie da się uciec od pytania, jak w tym paradoksalnym terroryzmie państwa demokratycznego zachować można swój indywidualizm, odrębność, autonomię? Jak się porozumiewać, pracować, rozwijać? Jak żyć?

Węgierski LOSER jest też o nas Polakach. Antycypuje to, co może stać się w Polsce. Przestrzega. Krzyczy. Gołą teatralną prawdą. Prowokując zachęca: Krzyczcie, dopóki jeszcze możecie. Róbcie swoje, dopóki jeszcze jesteście w stanie. Nie dajcie się sprofilować jednej, słusznej, terroryzującej idei, wartości, racji. Walczcie o wolność, równość i braterstwo. Dopóki pamiętacie jaki mają potencjał i jak słodko smakują. To jest akt obywatelskiego buntu, wpisany w demokratyczny system. Choć łatwiej jest się podporządkować złu niż z nim walczyć. Zwłaszcza samotnie.

Ale sztuka jest potęgą. Piękna myśl. Wolna wola. Prawda. Solidarność. Takie spektakle pod prąd władzy. Z prądem nieśmiertelnej wolności ekspresji artystycznej.

LOSER
reż. Árpád Schilling/jeden z najwybitniejszych reżyserów pracujących w nurcie teatru politycznego/

sobota, 21 listopada 2015

BARBARZYŃCY COLLEGIUM NOBILIUM



Obserwuję efekty pracy artystycznej Adama Sajnuka, jego spektakle. Wędruję za jego teatrem. Talentem. Imponuje mi, zadziwia. Jest czułym, wrażliwym barbarzyńcą, który odważnie wtargnął na teren sztuki teatralnej i podbija ciężką, konsekwentną, uporczywą  pracą coraz to nowe rewiry. Tym razem trafił do Akademii Teatralnej w Warszawie. A ja tuż, tuż za nim.

Sztuka niesie treści nadal aktualne, angażuje wielu studentów, pozwala każdemu pokazać swoje możliwości, potencjał, umożliwia istotnie zaistnieć na scenie. Nie raz, nie dwa razy. Grają, śpiewają, tańczą. Po wielokroć.W rolach charakterystycznych, w różnorodnym repertuarze muzycznym. To mocna propozycja, wszechstronna. Znacząca. Bardzo wymagająca ale na pewno dająca dużą satysfakcję zarówno studentom, jaki widzom. Adam Sajnuk wyreżyserował ciekawą sztukę, świetnie poprowadził młodych aktorów. To był naprawdę interesujący seans teatralny. Myślę, że sukces sceniczny i edukacyjny.

Zaczyna się statycznie ale od razu kojarzy się z Kolady stylem, estetyką, kompozycją sceniczną. Wykorzystaniem głośnej, nośnej melodii. Powracającej, przeplatającej kolejne sceny. Obrazy niezwykle kolorowe, kiczowate, przaśne. Przerysowane. Ale nic dziwnego, jesteśmy w obrzydliwie nudnym miasteczku?, na wsi?, w każdym razie na kompletnym zadupiu, tam, gdzie diabeł mówi dobranoc i nie ma nic, nawet drogi, bo to jej budowniczowie mają przybyć. I wyzwala od początku świata znane tęsknoty, ambicje, nadzieje. Stany pod i świadomości. Nad nie istnieje. U miejscowych, przybyłych, widzów. Bo trzeba wspomnieć, że  na początku wita nas komitet powitalny-grupa reprezentująca przekrój lokalnej  społeczności- z wódką i chlebem w folii oraz transparentem "Witamy w Wierchopolu". Cepelia, barwny, korowód ludzi zakompleksionych, uwięzionych mentalnie, spragnionych kontaktu ze światem, z samym sobą, gdzie indziej, w nieosiągalnym wcieleniu. W gruncie rzeczy nie ma na kogo czekać, bo nie ma drogi. Nie ma dokąd jechać. Bo jak?

Oczekiwanie na zmianę w akcji sztuki trwa długo, bo postęp cywilizacyjny nie dokonuje się ot tak na hej, siup. Wymaga czasu, cierpliwości, pokory. Wysłannicy miasta-wykształceni, piękni, świetnie ubrani- w końcu przybywają, i jak trójca święta, przyciągają nieustającą uwagę miejscowych. Monitoring live. Jak to na wsi lub w małej mieścinie.  Gdzie wszyscy o wszystkich i wszystkim wiedzą, że ho, ho daleko w przeszłość, więc i kogo popadnie informują przy każdej nadarzającej się okazji. A czynią to ochoczo, odsłaniając stan swej egzystencjalnej wegetacji ciała i ducha w uwięzieniu miejsca i czasu. Poza tym niczym nie zaskakują, bo przybyli też się z biedy i niedostatku wywodzą. Wymagają, bo od nich też wymagano. I zwierzęcy lęk, kompleks w sobie niosą. I piją na umór. I zdradzają. Potrafią być dla siebie opryskliwi, nieprzyjemni, brutalni. Ograniczeni.

Wszyscyśmy to barbarzyńcy. Jednych droga ma wyprowadzić, uwolnić od barbarzyństwa, drugich doprowadziła, wyzwoliła w nich barbarzyństwo. Tak niewiele trzeba. By zwierzęta się w ludziach obudziły i nad nimi zapanowały. Naturalistyczne, przerysowane, rzeczywiste. Niebezpieczne. Na scenie, ludzie wsi i miasta, a na widowni podobnie. Bo nasz ród z biedy, z ograniczeń, niedostatków, kompleksów pochodzi. Z wielkiego, ogromnego- cywilizacją tłumionego lęku. Jakikolwiek status mamy. Cokolwiek sobą reprezentujemy. Kompleks czerstwego ćwoka, pijaka, biedaka, ciała i umysłu zniewolonego, kogoś zawsze niższego w wyższość zapatrzonego drzemie w nas głęboko ukryty pod powierzchowną pomadą glamour, maską formy, statusu, pozycji. I ta tęsknota, by być kim się nie może z natury rzeczy być. I chęć posiadania, czego nie sposób mieć. Zawsze w pogoni pragnienia za marchewką czerwoną, soczystą, smaczną. A tu substytut siebie samego miejscowi spotykają; plastikowy, sztuczny, równie tani, na ich obraz i podobieństwo wewnętrznie skrojony z tej samej materii.

Jedni w drugich się przeglądają. A widzowie w nich obu. Jedni chcą postępu, wolności, otwarcia na świat, drudzy uświadamiają sobie lęk przed tym, co widzą, czego doświadczają. Wyzwalają wzajemnie w sobie destrukcyjne demony, uśmiercające ich dotychczasowy świat, skansen w którym żyją. Jedni drugich w jakiś konfrontacyjny sposób niszczą. Prawda nie wyzwala a staje się trywialna, bolesna, oczywista. Zanurzenie się w świecie jeden drugiego nie wyzwala, nie wzbogaca ale degraduje. Nie dziwi, że miastowi wyjeżdżając, tak naprawdę uciekają, z ulgą opuszczają wyniszczony, powalony, uśmiercony świat zastany. Już nie barwny, nadzieją, muzyką, naturalnością, witalnością pulsujący ale wypalony, pogrążony w martwocie ciemności i ciszy. Zatrzaskują za sobą drzwi, szczelnie zamykając wstyd, niemoc, demaskując prawdę, że żaden awans, postęp się za ich sprawą, z ich udziałem nie dokonał a oni nie są jego nośnikami. Bo nigdy nie byli. Własną mroczną ciszę wiedzy o sobie wywożą zamkniętą, ukrytą głęboko w sobie. Wewnętrznie zniszczeni, wypaleni, rozczarowani. Bez miłości, nadziei, złudzeń. W alkoholowym znieczuleniu. Okaleczeni.

Zdumiewająco energetyczny, rozwibrowany spektakl oglądamy. Dynamiczny, na wielu planach zagrany, zatańczony, rozśpiewany. Indywidualnie i zbiorowo. Imponujący różnorodnością. Wszelkie niedostatki, jeśli istnieją, przemilczę. Też się uczę, tym razem pokory wobec wysiłku twórczego tych, którzy się uczą. Ale piękna ta ich nauka. Jak scena gdzie opowiadanie ilustrowane jest graną na żywo muzyką wykonywaną na akordeonie. Muzyką personifikowaną przez ekspresję aktora, która staje się pełnoprawnym, mocnym głosem scenicznym. Komentuje, kontruje, wymusza, napiera. Dialoguje.

Maksym Gorki, Adam Sajnuk, młody zespół aktorski i my, widzowie- w teatrze definiujemy wspólnie poprzez sztukę współczesnego barbarzyńcę w sobie, w istniejącym systemie, który z góry narzuca relacje międzyludzkie, naznacza i decyduje o losach jednostek, społeczności. Upragnione czy istniejące drogi ucieczki nie stanowią wyjścia awaryjnego, bo budują je ludzie podobnie ukształtowani jak reszta spragniona zmiany, ratunku, wyzwolenia. Droga jest kanałem komunikacyjnym, który pozbawia nadziei, że wszędzie jest dobrze a nawet lepiej gdzie nas nie ma. Niesiemy w sobie tego diabła, barbarzyńcę. Rozpoznajemy go. Oswajamy. Jeśli możemy, neutralizujemy, znieczulamy. Wiemy już, że nie możemy przed nim, od niego uciec. Choć to niespełnione marzenie, propozycja kusząca. Niebanalna. Jak prowokacja. Jak ten interesujący, pełen energii spektakl.


BARBARZYŃCY

Maksym Gorki

tłumaczenie: Anna Kamieńska i Jan Śpiewak
reżyseria i adaptacja Adam Sajnuk
muzyka: Michał Lamża
scenografia i kostiumy: Katarzyna Adamczyk
choreografia: Anna Iberszer
asystent reżysera: Wiktoria Wolańska
praca nad słowem: Agata Mastalerz
charakteryzacja: Kamila Sapuła

Występują studenci IV roku Wydziału Aktorskiego:
Karolina Bacia – Iwakinowa
Maciej Cymorek – Stiepan
Martyna Dudek – Nadieżda
Jakub Gawlik – Czerkun
Marek Gawroński – Pritykin
Weronika Humaj – Katia
Justyna Kowalska – Pritykina
Joanna Kuberska – Lidia
Filip Milczarski – Pawlin
Joanna Sokołowska – Drobiazgina
Kamil Szklany – Monachow
Martyna Trawczyńska – Anna
Hanna Wojak – Wiesełkina
Wiktoria Wolańska – Doktorka
Maciej Zuchowicz – Cyganow
oraz
Stanisław Banasiuk – Riedozubow
Katarzyna Skarżanka – Bogajewska
Henryk Simon – Grisza (II rok WA)

Spektakl dyplomowy studentów IV roku Wydziału Aktorskiego.
Przewidywany czas trwania ok. 2,5 godziny.

Premiera 7 listopada, Teatr Collegium Nobilium

fot. Bartek Warzecha

piątek, 20 listopada 2015

DAMY I HUZARY FREDRO JANDA TEATR TELEWIZJI

Katarzyna Gniewkowska, Iza Kuna i Krystyna Janda w spektaklu „Damuy i huzary” (fot. I. Sobieszczuk)

Przez cały poprzedni sezon (2014/2015) w Instytucie Teatralnym prezentowane były próby czytane, prezentacje a nawet skończone spektakle dramatów Aleksandra Fredro przygotowane przez młodych reżyserów. Świeże, niebanalne, nowocześnie  zrealizowane spektakle w fazie work in progress udowadniały, że stare konstrukcje dramatyczne nadal są atrakcyjną propozycją sceniczną. To były bardzo interesujące spotkania z reaktywowanymi dramatami, przywracanymi do życia za sprawą pomysłu, wizji reżyserskiej, kreacji aktorskiej, użytych środków ekspresji artystycznej. WYCHOWANKA w reżyserii Michała Zadary była grana, i słusznie,  później w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Fantastyczna CIOTUNIA w reżyserii Weroniki Szczawińskiej ponownie została pokazana w Instytucie Teatralnym i winna być grana nadal, bo na to po prostu absolutnie zasługuje. Podobał mi się BRYTAN-BRYŚ w reżyserii Pawła Passiniego. Interesująca była dyskusja z aktorami Teatru Polskiego w Warszawie po spektaklu NOWY DON KICHOT o tym, jak dziś grać, wystawiać, rozumieć sztuki Fredry. Projekt pokazał, że hrabia Fredro wielkim dramatopisarzem jest. I bardzo jeszcze atrakcyjną, śmieszną, uroczą komedią dla współczesnych. A dobitnym na to dowodem jest najnowsza produkcja Teatru Telewizji w reżyserii i z udziałem Krystyny Jandy w sztuce DAMY I HUZARY, zrealizowana w związku z 250 letnią rocznicą istnienia teatru publicznego, powszechnego, narodowego w Polsce. Piękny to pretekst, godny rocznicy, by powstał spektakl perfekcyjnie skrojony pod potrzeby i oczekiwania każdego widza.

Ciepłe, dynamiczne filmowe ujęcie dramatu teatralnego, doskonałe aktorstwo z fantastycznie perfekcyjnie podawanym tekstem/genialna czytelność, jasność, wyrazistość przekazu języka Fredry/, zdjęcia w naturalnych wnętrzach i plenerach dworu szlacheckiego w Brześcach, obecność zwierząt, śliczne kostiumy, charakteryzacja. Postaci pełnokrwiste, wiarygodne, pewnie nakreślone.Całokształt uroczy, wzruszający, komiczny. Krystyna Janda nie dość, że reżyseruje spektakl według własnego scenariusza telewizyjnego, to jeszcze gra jedną z sióstr, czuwa nad całokształtem dzieła. W klasycznym drylu interpretacyjnym, z szacunkiem i atencją dla autora, sztuki.

Ten spektakl jest tęsknotą za wizją życia w zgodzie z własną naturą, potrzebami. Łagodnie traktuje bohaterów, którzy nie są bynajmniej doskonali. Matka i ciotki, które na siłę chcą wydać za mąż młodziutką dziewczynę wbrew jej woli za starca, brata w dodatku. Toż to czyste barbarzyństwo, handel żywym towarem. Niesmaczne. Nie godzi się. Wyrażenie wprost, bezpośrednio, że w życiu najważniejsze jest zabezpieczenie finansowe, majątek, względy praktyczne, to, co ma się w garści, nie w sercu. I to wszystko z dobrej woli, z doświadczenia kobiecego, wiedzy o życiu  dojrzałych pań wypływa. I z chęci zabezpieczenia przy okazji też siebie samej na przyszłość. Nie są złe te kobiety ale zapobiegliwe. Patrzą w przyszłość, chcą dobrze. Zdrowy rozsądek góruje nad zdrowym poczuciem przyzwoitości.

Mężczyźni też nie są szwarccharakterami. Pocieszni, zasklepieni w swoim męskim, żołnierskim świecie prostych zasad, reguł, zajęć, przyjemności. Braterstwie płci. Cenią sobie przede wszystkim wolność i swobodę stanu kawalerskiego. Męskie towarzystwo w pełni im wystarczy. Również rozrywki- polowania, gra w szachy, zajęcia niewyszukane -w pełni ich zadowalają, maniery też surowe, nieokrzesane, szorstkie. Mimo to, a ze względu na posiadany majątek, gospodarz dworku, Major, jest pożądanym kandydatem na męża. Jego siostry, dojrzałe kobiety, przypuszczają atak. Choć się nie godzi, nie godzi, to jednak Major skołowany przez kobiety się zgodzi. Panowie przymuszeni, pragną zadowolić panie, które przybyły w gości. A że czynią to niezdarnie, po grubiańsku, tumanią i straszą wystrzałami armatnimi pod oknami dworku w czasie posiłku. Męczą ich rozmowy towarzyskie, do których nie nawykli. Doskonale widać, jak świat męski i żeński są różne, odseparowane od siebie a nawet sobie obce. Relacje jakby pod presją konwenansu, okoliczności. Spotkania wymuszone. Kobiety są solidarne, konsekwentne, uparte, nieustępliwe ale mężczyźni również. Kiedy który nabiera chęci na żeniaczkę, szybko panowie zwierają szyki, jak w stanie zagrożenia, i go odwodzą skutecznie od tego pomysłu. Mamy więc konfrontację argumentów obu płci za i przeciw małżeństwu.Wypada to jednak komicznie, zabawnie. Budzi współczucie i zrozumienie. Nie ma bowiem agresji, ostrego konfliktu, starcia. Ostatecznie wszystko się wyjaśnia, idzie po myśli zakochanych i zapobiegliwych kobiet, pozostawionych w spokoju mężczyzn. miłość zwycięży i młodych, zakochanych w sobie Zosię i Edmunda, połączy. Z obiecanym solennie majątkiem Majora dla nowożeńców. Mamy cudowny happy end. Sielankę w krajobrazie wiejskim. W ciepłych kolorach emocji, spełnionego uczucia, osiągniętego celu, zrealizowanego planu.

Czy interesuje nas jeszcze poza wizualnym walorem spektaklu tematyka sztuki? Czy jest nadal atrakcyjna? Co oferuje, co aktualnego do nas współczesnych mówi? No, cóż pięknie ze sobą damy i huzary rozmawiają. Pięknie się nawzajem przekonują. Działają w dobrej wierze, choć motywy mogą nas dziwić. Dziś nie tylko mężczyźni uporczywie unikają stałych związków. Ale myślę, że jak bohaterowie sztuki, każdy pragnie czystej, pięknej miłości, która się spełnia szczęśliwym życiem. Dla siebie, dla swoich dzieci, przyjaciół a nawet obcych ludzi. Bo chcemy wierzyć, że dobro zwycięża, uczucie góry przenosi i nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Potrzebujemy optymizmu, ciepła w relacjach międzyludzkich, akceptacji i zrozumienia. Sztuka Fredry to nam nadal daje. A artyści pokazują maestrią warsztatu, doświadczenia i talentu, jak my mamy grać, żeby siłą woli, swych umiejętności ogrywać niepowodzenie, przetrwać okresy burzy i naporu, nie dać się. Bo poddawać się smętkom, złym nastrojom ciała, kapryśnym pogodom ducha nie godzi się, nie godzi. Życie jest piękne. Samo w sobie zaskakujące, dobre, szczęśliwe. Tak, piękne. Choćby poprzez sztukę.

Brawo FREDRO, brawo AKTORZY, brawo ARTYŚCI!!


DAMY I HUZARY
Aleksander Fredro
Reżyseria i adaptacja: Krystyna Janda
Zdjęcia: Piotr Wojtowicz
Scenografia: Maciej Maria Putowski
Kostiumy: Dorota Kołodyńska
Kostiumy wojskowe: Andrzej Szenajch
Dźwięk: Wacław Pilkowski, Marcin Kijo
Montaż: Milenia Fiedler

Obsada: Andrzej Grabowski (Major), Sławomir Orzechowski (Rotmistrz), Grzegorz Małecki (Edmund, porucznik pułku huzarów), Ignacy Gogolewski (Kapelan), Krystyna Janda (Pani Orgonowa), Iza Kuna (Pani Dyndalska), Katarzyna Gniewkowska (Panna Aniela), Małgorzata Kocik (Zofia, córka pani Orgonowej), Henryk Niebudek (Grzegorz), Mirosław Kropielnicki (Rembo), Justyna Schneider (Fruzia), Agata Skórska (Zuzia), Dominika Majewska (Józia)


fot. http://www.teatrtelewizji.tvp.pl/22454615/damy-i-huzary-rez-k-janda

czwartek, 19 listopada 2015

ONE SAME TEATR ŻYDOWSKI


Irena Krzywicka, Sophie Tucker, Anna Held, Helena Rubinstein, Stephanie von Hohenlohe,
ONE: kobiety, życiorysy, losy, charaktery, osobowości, SAME: samodzielne, indywidualne, samotne. Ale jesteśmy też my, widzowie, na spektaklu. Słuchamy, oglądamy, nabieramy apetytu na bardziej samodzielne, szalone, zgodne z naszymi własnymi predyspozycjami, ambicjami, talentami, niezależne i wolne życie. Bo dziś wydaje się oczywiste, że wszystko potencjalnie jest w zasięgu ręki, możliwości. Wystarczy chcieć. W praktyce okazuje się często, że zawsze coś nam staje na drodze, zawsze coś nam w sobie samych zawadza, przeszkadza, by konsekwentnie, uporczywie realizować siebie, osiągać własne cele wytyczone na miarę indywidualnych możliwości, ambicji i siły przebicia. Bohaterki sztuki pokazują, że żyjąc w trudnych czasach, gdy kobiety przewagą patriarchatu spychane były do podrzędnej roli, potrafiły postawić na swoim, dopiąć swego. Mimo wielu przeszkód, ograniczeń, przykrych, bolesnych doświadczeń. Osiągnęły olbrzymi sukces, który też dziś imponuje, budzi szacunek i respekt. W tym wymiarze sztuka jest budująca, optymistyczna. Wysyła pozytywną energię. Jest zachętą. Podtrzymuje na duchu te kobiety, które doświadczane są przez zły los, mają do pokonania przeszkody podobne do tych przedstawionych w sztuce. Bohaterki, ich sukcesy, życiorysy są wyjątkami w ich epoce. Dziś czujemy, że każda kobieta mogłaby być im podobna. Ma szansę. A jednak nie jest to takie proste. Wiele przeszkód zniknęło, pojawiły się nowe. Nie trudności, które nas doświadczają są więc istotne a to, jakimi ludźmi jesteśmy, jak sobie w życiu radzimy. To jest istota sprawy. Każdy czas ma swoich bohaterów. Są nimi też kobiety. Ważne, by reprezentowały ważne wartości, światopogląd, postawę zgodną z ich osobistymi przekonaniami i predyspozycjami. Tak, by człowiek w kobiecie nie był uwięziony, zniewolony, ubezwłasnowolniony. O prawo do wolności, o prawo do decydowania o sobie nadal walczymy. Bój o samostanowienie kobiet, ich niezależność jeszcze się nie skończył.

Potrzebny jest szwadron Irenie Krzywickiej podobnych feministek, propagatorek świadomego macierzyństwa, antykoncepcji, edukacji seksualnej, by kobieta również dziś sama, bez ingerencji mogła decydować o własnym życiu i ciele. By miała takie same prawa jak mężczyzna. Nie bała się poruszać tematów związanych z aborcją, homoseksualizmem czy monogamią. Stephanie von Hohenlohe, wiedeńskiej arystokratce, nie przeszkodziło żydowskie pochodzenie, by być niebezpieczniejszym, skuteczniejszym niż mężczyźni szpiegiem III Rzeszy. Intrygi, skandale, manipulacje a przede wszystkim talent pozyskiwania ludzi, czar osobisty działał. Zarówno Anna Held, jak i Sophie Tucker, były forpocztą współczesnych kobiet sukcesu świata sztuki. Doświadczyły wiele, poświęciły wiele, wykazały wiele inicjatywy poza talentem aktorskim, piosenkarskim, tanecznym, by stać się gwiazdami swoich czasów. Decydowały umiejętność skupienia na sobie uwagi, twardy charakter, upór, kreatywność, odporność na porażki, motywacje.

W sterylnie białej, nieskalanej rysem indywidualnym scenografii, w równie dziewiczo białym kostiumie porusza się rodzaj żeński: silny, odważny, zdeterminowany, żyjący na własnych warunkach. Walczy o wolność decydowania o sobie, o niezależność finansową, zawodową, seksualną. Nie znaczy to, że nieszczęśliwy los kobiety omijał. Mocno je doświadczał. Były zdradzane, porzucane, wykorzystywane. Dzieci im chorowały, dzieci im umierały, dzieci im przeszkadzały. W czasie wojny tracą najbliższych, rodzinę. Skandal, zła sława, pochodzenie, wchodzenie w rolę mężczyzn z własnej woli, z konieczności nie osłabiło je a wzmocniło, ostatecznie pomogło i dało satysfakcję. Ale, co by się nie działo, zawsze nie traciły z pola widzenia swego indywidualnego rozwoju, nigdy się nie poddały. Marzyły, planowały, pragnęły osiągnąć sukces. Znały swoją wartość. I nie rezygnowały z siebie a rozwijały się, potężniały, zwyciężały. Porażki, klęski, zawody, upadki były niezbędnym kosztem sukcesu. Jak cierpienie, ból zdrady, wykluczenia czy straty. Ale żadne niepowodzenia tych kobiet nie zatrzymały. Raczej wzmacniały, wyzwalały inicjatywę, podsuwały nowe pomysły. Mobilizowały do walki, zagrzewały do niej. Prowokowały, zmuszały do działania, szukania rozwiązań problemów, próbowania, poddawania się kolejnemu testowi w wyścigu o zwycięstwo. To imponujące i bardzo stymulujące przykłady. Jak należy żyć w zgodzie z samym sobą, jak nigdy nie należy się poddawać. Jak trzeba być silną, wytrzymałą, upartą kobietą, by wykorzystać każdą szansę jaką oferuje los. Jak czasem samej trzeba mu pomóc, sprowokować go.

Ostatecznie bohaterką sztuki jest tożsamość, płeć, talent i wola. Ogromna praca, podejmowanie ryzyka. Postawienie wszystkiego na jedną kartę. Zarówno słabości, jak i atuty osobowe definiujące motywację były jej siłą, mocą podtrzymującą wewnętrzne przekonanie, że można, że trzeba stworzyć możliwości dla urzeczywistnienia swoich planów, marzeń, celów. One same to osiągnęły. Same do tego doszły. Wydarły światu zwycięstwo. Wywalczyły. Okupiły. Zapłaciły. One same.



To kolejny udany spektakl w Teatrze Żydowskim. Świetnie zagrany. Sprawnie skomponowany z ostro skróconych pięciu biografii, w formie współbrzmiących monologów, co buduje niebanalny przekaz; mocny, zwarty, interesujący. Zróżnicowany różnorodnością życiorysów, osobowości, charakterów a jednak spójny, dramatyczny, emocjonalny. Nie o szczegóły z życia bohaterek tu chodzi ale o to, co miało wpływ, co zdecydowało, co przesądziło o ich przetrwaniu, walce i zwycięstwie. Dopięły swego. Wiedza, jak do tego doszło, jest ciekawa. Intryguje. Inspiruje. Ośmiela. Dodaje odwagi. Budzi nadzieję, że i nam się uda, jeśli tylko zechcemy płynąć pod prąd, ścigać się z konkurencją, zaspakajać swoje potrzeby na własnych warunkach, ryzykować. Jeśli będziemy w stanie podjąć suwerenną decyzję o tym, by wykorzystać swoją szansę. Ale warto pamiętać, że trzeba być na nią przygotowaną. Gotową zapłacić wysoką, każdą cenę za zwycięstwo.


ONE SAME
Scenariusz i reżyseria:Karolina Kirsz
Scenografia i kostiumy:Aleksandra Szempruch
Kierownictwo muzyczne:Jacek Mazurkiewicz
Światła:Monika Sidor

Irena Krzywicka- Ewa Dąbrowska
Sophie Tucker- Ewa Greś
Anna Held-Sylwia Najah
Helena Rubinstein-Alina Świdowska
Stephanie von Hohenlohe-Ernestyna Winnicka
(gościnnie) - muzyka na żywo Jacek Mazurkiewicz
pemiera: 04.11.2015

wtorek, 17 listopada 2015

O ŻONACH ZŁYCH I DOBRYCH TEATR TELEWIZJI

Scena ze spektaklu (fot. TVP)

W czasach gdy związki małżeńskie przekształcają się w partnerskie a singlowanie jest jak serfowanie w relacjach międzyludzkich, kategorie żon złych i dobrych wydają się anachroniczne. A jednak wiele obserwacji  psychologicznych charakterów, postaw i zachowań postaci w sztuce O ŻONACH ZŁYCH I DOBRYCH Adolfa Nowaczyńskiego jest aktualnych. Błędy w postępowaniu z partnerem, zaspokajanie własnych tylko potrzeb, zachcianek, fanaberii, skupienie się wyłącznie na sobie, na pracy, wykluczanie partnera ze swego życia mogą być również dziś przyczyną rozpadu więzi, ale skorygowane choćby po obejrzeniu tego spektaklu, pozwolą go naprawić, pomogą mu wrócić do równowagi. Może się zdarzyć, że, jak bohaterowie w sztuce, nie widzimy jeszcze problemu a ten od długiego czasu narasta. Dobrze, gdy można jeszcze coś zrobić,  zwłaszcza gdy sprawy nie zaszły za daleko, a miłość całkowicie nie wygasła. Tak, budowanie lub odbudowywanie, nawet z ruin, związku możliwe jest tylko i wyłącznie na wzajemnym, głębokim uczuciu. Miłość jest najważniejsza. Samotne brylowanie przez życie nie jest tak cudowne, jak nam się wydaje, ani tak proste, jak chcielibyśmy, by było. Zwłaszcza gdy prowadzi się razem gospodarstwo rolne, dba o wspólny interes, ma dzieci. We dwoje można więcej zrobić, dalej, wyżej zajść. A co nas nie rozłączy, to wzmocni. A wyjątki tylko potwierdzają regułę.

Ciekawe, że w sztuce to kobieta, żona odpowiada za stan związku i najwięcej może zrobić, by przywrócone zostały poprawne relacje, spokój, obopólne zadowolenie i indywidualny rozwój każdego. To kobieta walczy, korzysta z rad kobiet od siebie starszych, mądrzejszych, bardziej doświadczonych. To ona nie on inicjuje zmiany, poprawę. Wyraża chęć spróbowania raz jeszcze. Wspólne życie oznacza wspólne działanie. Wspieranie się. Zauważanie jeden drugiego. Walkę o siebie nawzajem. Wiele tu obserwacji praktycznych, łatwych do zastosowania. Nie jest to poradnik skomplikowany. A z czułością, poczuciem humoru, przymrużeniem oka pokazuje i uczy co i jak zrobić, by osiągnąć stan pożądany, stabilny, satysfakcjonujący. Nie jest proste uznać swój błąd, próbować go naprawić, walczyć o partnera, bo łatwiej zrezygnować, odpuścić, wycofać się, robić tylko swoje dla siebie czy nawet się rozstać. Sztuka mówi, że nie warto, bo zawsze jest jakiś sposób, by osiągnąć cel; zbudować udany związek, a jeśli się sypie, uratować go. By nie doprowadzić do kompromitacji, ośmieszenia, rozwodu, upadku.

Cóż z tego, że sztukę autor umiejscowił na wsi, wokół ziemiańskiej rodziny, jeśli ogniskują się tu dzisiejszym podobne problemy zakochanych w sobie małżonków. Ale trzeba podkreślić, że wszelka naprawa związku nie jest możliwa, gdy śladu miłości już nie ma. Choćby we wspomnieniach, chwilach wzajemnej fascynacji, nadal tlącego się pożądania,  wspólnych zainteresowaniach, celach działania, pracy. Musi być coś, co nadal przyciąga do siebie partnerów, małżonków, co nadal ich łączy i daje nadzieję, że powrót do przywrócenia równowagi się uda.

Komedia w lekki sposób opowiada o poważnych sprawach. Koncentruje się na początku kłopotów małżeńskich. Kiedy wszystko można jeszcze ocalić. I to jest jej atut. Bo często tę fazę wstępną rozpadu się przegapia, nie widzi popełnianych błędów, nie czuje się winnym. Dobra wola, chęć szczera, pozytywne nastawienie, właściwa ocena sytuacji mogą dokonać cudów. By nie zaprzepaścić najważniejszego; miłości, życia razem, walki o wspólne cele. Ale czasem potrzeba działania zespołowego, wspomagania rodziny, przyjaciół. Niezbędne jest dostrzeżenie swoich błędów, przyznanie się do winy, mocne postanowienie poprawy. Czasem trzeba zastosować fortel, podstęp, kobiece sztuczki, by na powrót zainteresować partnera sobą.Takie dobre rady, mini szkolenie jak przetrwać w związku, daje sztuka Adolfa Nowaczyńskiego. Jest dowodem na to, że miłość na każdym swym etapie zaawansowania, w różnym czasie i okolicznościach, sytuacji psychologicznej, społecznej, wiekowej za każdym razem jest inna. Ale działa! Uszczęśliwia, daje poczucie bezpieczeństwa, umożliwia rozwój i prowadzi do sukcesu, osiągania wspólnych celów.

Tak więc na kłopoty małżeńskie nie kozetka u psychoanalityka a teatr. Dobry, dowcipny, zabawny. Świetnie zagrany. Solidnie wyreżyserowany. Przeglądanie się w teatralnym lustrze jest o wiele mniej bolesne od rozdrapywania ran u najlepszego nawet specjalisty. Naprawdę.

Na pewno są złe i dobre żony, partnerki ale też źli i dobrzy mężowie, partnerzy. Najważniejsze, by się udało  uratować związek, ocalić miłość a wszystko inne wróci do równowagi, prędzej czy później się uda. To bardzo pozytywne, optymistyczne przesłanie sztuki. Budujące. Bo nic nie jest dane raz na zawsze, o uczucie trzeba dbać, związek pielęgnować. Być czujnym, wrażliwym, surowym jego i siebie obserwatorem. I nie bać się wysiłku naprawy, gdy coś się wali, psuje, rozłazi, bo to samo życie sprawdza, testuje, nas wypróbowuje.

Ale i tak z tego wszystkiego najważniejsza jest miłość. O niej to jest sztuka.

O ŻONACH ZŁYCH I DOBRYCH

Autor: Adolf Nowaczyński
Reżyseria: Barbara Borys-Damięcka
Scenografia i kostiumy: Tatiana Kwiatkowska

Obsada: Agnieszka Kotulanka (Żaneta Firley), Marian Opania (Hrabia Maciej), Alina Janowska (Pani Melsztyńska), Gustaw Lutkiewicz (Dionizy Melsztyński), Edward Dziewoński (Ksiądz kanonik Jackowski), Ewa Błaszczyk (Daisy Firley), Marek Bargiełowski (Hrabia Habdank), Grażyna Barszczewska (Dora Staroświęcka), Krzysztof Kowalewski (Doktor Staroświęcki), Witold Pyrkosz (Profesor Gasztołd-Gineykowicz), Agnieszka Pilaszewska (Stefa), Cezary Morawski (Fruś Firley), Joanna Jędryka (Rena Mrozicka), Stanisław Brudny (Leon).

premiera 1993r.
fot.http://www.teatrtelewizji.tvp.pl/22353011/o-zonach-zlych-i-dobrych

http://gazetawarszawska.eu/2012/09/22/adolf-nowaczynski/