środa, 30 września 2015

OFIARA MAŁECKI SAJNUK TEATR WARSAWY

OFIARA
Zapomnijcie o wszystkich zwiastunach, recenzjach, opiniach tego spektaklu i obejrzyjcie go własnymi oczyma, sprawdźcie własną wrażliwością i przepuśćcie przez własne doświadczenie. Nie zawiedziecie się. To wspaniały, świeży, solidny teatr, oparty na świetnie napisanym tekście, porządnie wyreżyserowany, doskonale zagrany, poruszający ważne, współczesne problemy. Koncertowo grają Sajnuk z Małeckim. Pozostali aktorzy wzorcowo uzupełniają, wzmacniają, podkreślają przekaz. Podobnie działa scenografia, muzyka, kostium, a nawet charakteryzacja. Poziom perfekcyjny, temat ważny. Gorący. Na czasie. Może być traktowany ku przestrodze, ku nauce. Może być ostrzeżeniem. Każdy może znaleźć dla siebie nową interpretację, nowy kontekst. To siła sztuki.

Kto jest właściwie ofiarą, ten, który pomaga, czy ten, który korzysta z pomocy? Zarówno motywacje, powody, argumenty, które skłaniają do empatycznego zachowania, jak i te, które powodują, że obdarowany korzysta z wymuszonego przez siebie wsparcia, przyjmuje opiekę nie są jednoznacznie jasne, ostatecznie oczywiste, do końca przejrzyste. Wszystko zależy od umiejętności manipulacji, argumentacji i graniu na uczuciach emocjami. To trudna walka. Bo z jednej strony jest winny, który rozpoczął proces samozniszczenia drugiego. Ale z drugiej ten już na dnie egzystencjalnym pociąga za sobą, dokonując w pewnym sensie zemsty, sprawcę, jak cały czas dowodzi, swoich nieszczęść. Po swojej stronie nie widzi żadnej winy. W swoją pierś nie uderza. To bardzo wygodne, sprytne posunięcie. Tuczyć przez lata swoje poczucie krzywdy, by wziąć odwet na wybranej ofierze. Doprowadzić ją do zguby. Pogrążyła ją w takim samym upodleniu, jakie sama sobie zafundowała własnym zaniechaniem działania, szukania w biedzie ratunku. Pasywne podejście do problemów i znajdowanie winy tylko i wyłącznie poza sobą przyczyniło się znacznie do tej żałosnej sytuacji, w jakiej znalazł się po latach bohater Sajnuka.

Między głównymi bohaterami toczy się interesująca gra, zachodzi intrygujący proces przemiany. Z czasem poznajemy ich bliżej, przyglądamy się ich relacji, zgłębiamy historię znajomości. Widzimy, że choć na początku jeden nie poznaje drugiego, to jednak wiele ich łączy. Nie są sobie obcy. A jednak ten zadowolony ze swojego życia, względnie bogaty nie chce nawiązywać rozmowy z tym niepokojąco zaniedbanym, odrażającym i namolnym typem. Bo my, ludzie, też nie chcemy poznawać biedy, ocierać się o niepowodzenie, dotykać niewygodnej dla nas prawdy. Unikamy wzroku, podania ręki, nie chcemy rozmawiać. Ale upokorzenie i porażka domaga się swego. Jest jak niezaspokojony głód, działa instynktownie, w ostateczności. Uderza bezpardonowo, mocno. Nie odpuszcza, nie da się zbyć, odrzucić. Krok po kroku wpełza do rzeczywistości tego, który powinien i musi pomóc, i z czasem, systemowo, bezwzględnie anektuje całą przestrzeń, przejmuje jego życie. W imię spłaty należności za popełnione błędy. Pal sześć, jeśli były rezultatem natury ludzkiej; impulsywnej, porywczej, niezależnej, osobowości pewnej siebie, ambitnej, charakteru niezłomnego. Krzywda domaga się zadośćuczynienia. Powołuje się na konsekwencje statusu ofiary, nieodwracalne uczuciowe, materialne, moralne straty. Degradację na skutek nie swoich pomyłek, nie swoich złych wyborów, nie swoich decyzji. Upadek spowodowany biernością, zaniechaniem szukania pracy, nowych możliwości zarobkowania, konsumpcyjnym podejściem do życia/ubezpieczenie po zmarłej żonie przepuszczone bez sensu/, całkowitą niezaradnością wobec problemów życiowych i nastawieniem roszczeniowym w stosunku do innych ludzi, życia w ogóle. Postawa:"Dajcie, bo mi się słusznie należy i już" to śpiewka na dzień dobry. To prawda, życie to nie ruch jednostajnie przyspieszony, zdarzają się przestoje, wpadki. Ale ten przypadek całkowicie zatrzymał się, jest w permanentnym impasie. Tym samym osuwa się po równi pochyłej w dół, zanurza w morzu alkoholu, w znieczuleniu ogólnym. Dopina swego. Gdzie się pojawi, niszczy wszystko wokół siebie. Jakby syndrom ofiary był  chorobliwie zaraźliwy. Pasożytniczo przysysa się do żywiciela, i sączy weń jad poczucia winy. Wywiera presję, wdziera się w jego przestrzeń i całkowicie ją fizycznie niszczy. Sprowadza do swego stanu upodlonego statusem nędzarza,  położenia człowieka uzależnionego, nie panującego nad swoim życiem.

Obserwujemy sytuację niszczącego ludzi i całe ich dotychczasowe życie, miejsce zamieszkania, relacje ze światem pełzającego ale agresywnego, uporczywego, z własnej winy upadku. Na tyle skutecznego, że ten, który zaczął pomagać, sam potrzebuje wsparcia, pomocy, empatii. Z czasem stoczył się, zaczął pić, przestał pracować, stracił żonę. Uległ porządkowi narzuconemu przez swoją ofiarę. Sam, po całkowitej transformacji stał się ofiarą.  Nie postawił skutecznie tamy roszczeniom, nie był asertywny, sprawczy. To, co upadłe go pokonało. Odsłoniło jego słabość. Zaszczepiło poczucie winy. Poruszyło sumienie. Wymogło na nim, by oddał wszystko, co wypracował, co ma. W efekcie to go zniszczyło. Absolutnie wypaliło. Tak, jakby rezygnacja z dotychczasowego życia miała położyć kres wszelkim kłopotom. By ofiara odeszła, zostawiła swoją ofiarę w spokoju. By się to już raz na zawsze skończyło. Bo nie ma już nic, kompletnie nic do oddania. Zaoferowania. Odkupienia.

Jeden i drugi to ofiary siebie samych. Pozostaje pytanie, jak pomagać, do jakich granic, by to miało sens, by pomoc była budująca nie niszcząca. Jak odpowiedzialnie zadośćuczynić wyrządzonej krzywdzie, by nie zniszczyć tym samego siebie.

Gra Małeckiego, figura bohatera Sajnuka to fantastyczny pokaz artystycznych możliwości budowania psychologicznych postaci scenicznych. Małecki na początku elegancki, pewny siebie pan swego życia pod wpływem podstępnego, oślizłego, drążącego, namolnego bohatera Sajnuka przekształca się z czasem w strzęp człowieka upadłego, załamanego, całkowicie rozbitego. Warto ten proces poobserwować. Jego symptomy transformacji uchwycić, bo jest poprowadzony konsekwentnie, perfekcyjnie, dokładnie. Sajnuk, uśmiechnięty, zapuszczony żul, pijak, smęcący swoją cierpiętniczą opowieść rozbija w pył pychę człowieka sytego i żywi się jego truchłem sukcesu, awansu, kariery, życia prywatnego, smakuje swoje nad nim zwycięstwo. Rozprzestrzenia się jak zaraza i nie odpuszcza, infekuje. Niszczy. Degraduje.

A więc pewność siebie, poczucie wyższości człowieka bogatego, mającego wysokie wyobrażenie o sobie samym, swojej pozycji, życiu to iluzja, która w konfrontacji z nienasyconym, głodnym, biednym instynktem życia nigdy nie wygra. Gdy brakuje poczucia odpowiedzialności za własne czyny. Przekonanie, że wszyscy myślą, czują i zachowają się tak samo jak ja-piękny, zdrowy i bogaty-jest nieprawdziwe. Mentalność zwycięzcy i zwyciężonego, sytego i głodnego, pomagającego i przyjmującego pomoc, różni się zasadniczo. Zwłaszcza gdy uwzględnić przyjdzie różnice polityczne, ideowe, światopoglądowe, religijne. Stereotypy, wszelka poprawność tylko to jeszcze komplikują. Kto ostatecznie będzie ofiarą a kto nie pozostaje otwarte.

W przypadku tej sztuki, wszystko w końcu jest jasne.

OFIARA

na podstawie powieści Saula Below'a
scenariusz: Adam Sajnuk
dramaturgia: Monika Rejtner
reżyseria: Adam Sajnuk
scenografia i kostiumy: Katarzyna Adamczyk
muzyka: Michał Lamża
wystepują: Aleksandra Justa, Grzegorz Małecki, Adam Sajnuk, Tomasz Drabek, Stanisław Bansiuk

ZBÓJCY SCHILLER ZADARA NARODOWY

ZBÓJCY to klasyka z fantazją, lekkością, wiernością dramatowi, ze zrozumieniem tematu wystawiona. Nowoczesny, wyczyszczony z tradycji interpretacji romantyzmu ale romantyczny, bezpośrednio podlinkowany pod gorącą współczesność spektakl nie budzi w istocie takich emocji na jakie zasługuje zważywszy na doskonałe, imponujące, bogate opakowanie scenograficzne ilustrujące kontekst dramatu dla spójnej koncepcji reżyserskiej, przejrzystej kompozycji, perfekcyjnego aktorskiego wykonania, co wypracowuje bogaty, konsekwentny realizacyjny efekt całości. Gwarantuje wysoki poziom artystyczny. W pełni satysfakcjonujący widza, zwłaszcza młodego.

Bo też dla młodych o młodych przez młodego artystę , Fryderyka Schillera, dramat został napisany. Przez młodego reżysera, Michała Zadarę, wyreżyserowany. Czy nadal ma młodości świeżość, siłę buntu, destrukcyjnej żądzy władzy narzucającej swoją wolę, czy niesie smak gorzkiego rozczarowania dojrzałością, systemem zaprawionym bólem egzystencjalnym, pokazuje obraz trudnego doświadczania ojca przez obu synów:Karola i Franciszka von Moorów? To młodość domagająca się zmian, sprawiedliwości, władzy. Miejsca, uwagi dla siebie w świecie. Walczy ze starą, zużytą, skorumpowaną materią, mentalnością, obyczajowością, która jest splątana w skostniałych układach- rodzinnych, politycznych, korporacyjnych, religijnych -interesów, wpływów, zależności, nacisków, presji, wymuszeń. W kolejnych scenach pokazujący przemianę bohaterów. Uwikłanie w skutki własnych decyzji, wyborów. Ale tez pokazuje, jak system może brutalnie potraktować tych, którzy nie potrafią się w nim odnaleźć, przyjąć jego reguł, zasad gry/absolwenci bez perspektyw, niskie zarobki, nuda, nędzne życie, brak siły przebicia, degradacja/.

ZBÓJCY mają potencjał dramatu szekspirowskiego. Jest konflikt rodzinny: dominujący ojciec, właściciel korporacji, kontra jego dwaj synowie/manipulacja, intryga, podstęp, fałszerstwo, kłamstwo na usługach walki o sukcesję/. Walka dobra ze złem ale przewrotna, niejednoznaczna, kontrowersyjna, tragiczna w skutkach. Starcie starego z młodym /pokoleniem, systemem, również systemem wartości/. Wojna pomiędzy uprzywilejowanym, skostniałym światem władzy a sfrustrowanymi wykluczonymi, wypchniętymi na margines, nieprzystosowanymi i ogranymi przez silniejszych, sprytniejszych. Poboczny wątek miłosny będący kolejnym polem walki miedzy braćmi. Metafizyka w zderzeniu z rzeczywistością. Nie ma kompromisów. Nie ma w tym świecie kobiet, poza instrumentalnie wykorzystywaną Amalią, choć jej rola jest znacząca a miłość bezwarunkowa, wierna, nieszczęśliwa, romantyczna. Trup ściele się gęsto. Wszystko kończy się źle, tragicznie. Widz, bezpośrednio angażowany w czasie trwania spektaklu, pozostawiany jest z gorzką diagnozą rzeczywistości. Jakby nie było wyjścia, rozwiązania, sensu wszelkich wysiłków, działań. Bo i tak wszystko kończy się klęską, bólem, zbrodnią, śmiercią. Każdy wysiłek obraca w nicość. Zabija miłość. Znikąd nadziei. Ocaleje tylko ziemia niczyja. Przestrzeń dla nowych starć życia ze śmiercią. Gdzie życie jest po to, by doświadczać upadku, rozczarowania, bólu i cierpienia, dominacji zła. A przecież musi być w nim coś więcej, wyżej, poza. Na pewno jest. /ha,"Centrala nas ocali"/.

To spektakl perfekcyjny, doskonale przemyślany, skonstruowany. Atrakcyjny wizualnie. Pięknie, sugestywnie, z rozmachem pokazany, zagrany. W nienachalnej narracji. W ciekawym włączaniu widza, pobudzaniu go, aktywizacji. Burzeniu czwartej ściany. Przyciąganiu jego uwagi, zainteresowania, stymulacji. Z poczuciem humoru, dystansem, w nawiązaniu do tego, co zna widz, co mu jest bliskie, interesujące, atrakcyjne. Korporacyjne biuro prezesa von Moora, wnętrze galerii sztuki współczesnej, blokowisko, przestrzeń publiczna, współczesne mieszkanie/odjazdowo urządzona nowoczesna kuchnia/, gigantyczny pokój portretowy. Rozwiązania scenograficzne Roberta Rumasa/brawo!/ pokazały możliwości sceny narodowej, jakiej do tej pory nawet nie przeczuwaliśmy. Imponujący rozmach, wzmacniający ruch sceniczny, potęgujący wymowę inscenizacji. Przybliżające się i oddalające panele wnętrz. Wynurzające się z zapadni nowe aranżacje przestrzenne. Gra na wielu poziomach, też na pustej scenie. Pędzący samochód w filmowym anturażu w przerwie spektaklu. Aktorzy grają i śpiewają na żywo. Cała ta różnorodność wzmacnia przekaz, uatrakcyjnia go, czyni bogatym komunikatem, wszechstronną relacją.

Współczesny widz z łatwością rozpoznaje motywacje bohaterów. Starego, dojrzałego, choć udającego, że jest w pełni sił ojca, właściciela korporacji, całkowicie pochłoniętego pracą, jedzącego w pośpiechu przyniesiony przez bezosobową sekretarkę fast food/jak zawsze doskonały Mariusz Bonaszewski/. Ciekawa, nie do końca jasna, jest jego naiwna ufność w kłamstwa młodszego syna, Franciszka, jakby do końca nie znał swoich dzieci, nie wiedział na co je stać. On, który winien znać się na ludziach. Nie wiadomo, czy nie widział, że Franciszek pragnie przejąć jego majątek, władzę a ukochaną brata uczynić swoją kochanką czy może chciał sprawdzić starszego syna, Karola/Paweł Paprocki/. Wydziedziczył pierworodnego. I chyba się na nim zawiódł. Bo Karol odpuścił walkę o sukcesję. Nie wrócił do domu, nie wyjaśniał całej sprawy z ojcem, nie walczył o prawdę, zrejterował. Okazał się słaby, bo reakcja ojca dotknęła go bardzo, załamała. Nie podjął bezpośredniej walki o swoje, o prawdę. Mógł przecież. Ujął się honorem. Jak dziecko obrócił się na pięcie i w poczuciu niesprawiedliwego odrzucenia przez rodzica przystąpił do odrzuconych, pokrzywdzonych, nie radzących sobie z trudnościami, porażką, wyrzuconych na margines życia, by trwać w dumnym buncie i złem walczyć o dobro. Był wolny ale w momencie podjęcia decyzji o przywództwie w bandzie /gangu, grupie przestępczej, samozwańczej organizacji, grupie/ ubezwłasnowolnił się ponownie. Poddał dyktatowi grupie. Czuł się do tego stopnia skrzywdzony, upokorzony, poniżony, że nie potrafił nawet ujawnić swojej prawdziwej tożsamości w momencie śmierci ojca, który był w rozpaczy, bo bardzo przeżywał rzekomą śmierć syna/Karola właśnie/. To było zamierzone okrucieństwo Karola. Konsekwentne, samobójcze postępowanie odcinające go od życia, od miłości. Zastrzelił Amalię, wierną, kochającą go szczerze, do końca, bo honor, lojalność grupie była wartością wyższą. Udowodnił, że postępuje konsekwentnie. Ale też i czuł, że jest już człowiekiem przegranym do końca. Wszystko tracił a właściwie oddawał walkowerem: sukcesję, rodzinę, miłość. Wszystko to zostawił za sobą. Wkraczając w rewir zła, mimo że opowiadał się za dobrem sprawy, idei, też nic nie osiągnął. Nic nie zdobył, nie zmienił. Pozostał bohaterem tragicznym.

Franciszek, jego młodszy brat, też przeszedł metamorfozę/świetny Przemysław Stippa/. Od zwycięstwa po klęskę. A tak dobrze mu szło. Uknuł ambitny, przebiegły plan, z powodzeniem wyeliminował brata z biznesu, oszukał ojca. Manipulował, intrygował, wywierał presję. W tym względzie, jak mu się wydawało, był skuteczny. Nie udało mu się uśmiercenie obojga najbliższych mu ludzi, ojca i brata, zdobycie i upokorzenie Amalii. Zwycięstwo, uzyskana wolność, jaką daje władza, była pozorna. Rozpasane, dostatnie życie pozbawione sensu. W końcu doprowadziło go do samobójstwa. Ostatniego aktu kreacji.

Tylko Amalia jest bohaterem do końca krystalicznie czystym. Nieskażonym wątpliwością, brakiem ufności, wiary, walczącą o swoje. Jej piękno naturalnie pokazuje Wiktoria Gorodeckaja. Ale jej miłość jest zupełnie niepotrzebna w świecie, jaki jest. A raczej niemożliwa do skonsumowania. Ideał został na naszych oczach zamordowany. Unicestwiony. Brutalnie. Oprawca nie ma siły, odwagi, spojrzeć jej w oczy. Po części z litości/Karol widział, jak bardzo cierpiała/, po części ze świadomości, że taka miłość jest już niemożliwa do przeżycia w tym ginącym, okrutnym świecie. Nie mieści się kanonie trendów, mód. Poza tym można ją wykorzystać dla własnych celów. Nawet zabić, by zaspokoić żądanie grupy, do której się należy. Chora lojalność, konsekwencja Karola wyborów.

Sztuka sugeruje, że tak naprawdę dzisiejsi młodzi są, muszą być, niebotycznie cyniczni, okrutni i źli. Bezwzględni. Konsekwentni, nieobliczalni, elastyczni. Wielka wolność skutkuje wielką samotnością. Jest wielkim wyzwaniem. Wielka władza skutkuje wielkim zagubieniem, pośpiechem życia, splątaniem. Wielkie pieniądze szczęścia nie dają. Cel nie uświęca środków. Dobro złem zwyciężające generuje tylko kolejne wielopiętrowe zło, niszczy. A w istocie człowiek, sam czy w grupie, pozostaje słaby, niedoskonały. Choć chce być Bogu podobny, nigdy nim nie będzie. Podejmując działanie w większym lub mniejszym stopniu niszczy; siebie i wszystko wokół, z pobudek czynienia zła czy walki ze złem o dobro. Zawsze rachunek zysków i strat jest dla niego jednoznacznie niekorzystny. Zawsze będzie tęsknił za miłością, szukał sensu wszelkiego. Ostatecznie na coś się przyda. Nie będzie jednak happy endu. Jak w tej w sztuce go nie ma.

Podobają mi się właśnie takie spektakle, które od pierwszej do ostatniej chwili hipnotyzują. Uwodzą mnie i dają satysfakcję, poczucie, ze nie jestem sama w tyglu rzeczywistości, która jest wyzwaniem, walką o z góry przewidywalnym przebiegu i oczywistym końcu. Łapię oddech i dystans poprzez iluzję umowności, poczucie humoru. Bo jednak doskonałe spektakle walą prawdą obuchem między oczy, tak, że oddech zapiera. I to wrażenie dojmującego smutku wyzwolone przez utratę nadziei, że ideał znów sięgnął bruku. Życie jest walką a człowiek tylko człowiekiem traktowanym instrumentalnie, przedmiotowo. Obiektem do jednorazowego użytku, który ewentualnie na coś się przydaje. A bunt, rewolucja jest po to, jak u Lampedusy, by nic się, poza formą, nie zmieniło. A ta forma Zadarowej sztuki jest imponująca. Piękna, harmonijna, spójna. Treści stare jak świat. Cudnie, lekko zagrane. Więc i ja z nimi gram, uczę się, podciągam do tego poziomu. Akceptuję rytm, tempo. I przynosi to ulgę, uwalnia od lęku, wprowadza w nastrój pogodzenia z prawami okrutnego świata. Gdzie mężczyźni nadają ton, decydują, walczą, moderują. I upadają. Kobieta, kwiatek do kożucha, migoczący w słońcu motyl, cud marzenie, musi trwać, chyba że znajdzie się na linii strzału. ZBÓJCY my, współcześni zbójcy.

ZBÓJCY
autor: Friedrich Schiller
przekład: Michał Budzyński
reżyseria: Michał Zadara
scenografia: Robert Rumas
kostiumy: Julia Kornacka
muzyka: Jacek Szymkiewicz

obsada: Mariusz Bonaszewski, Paweł Paprocki, Przemysław Stippa, Wiktoria Gorodeckaja, Robert Jarociński, Oskar Hamerski, Mateusz Rusin, Bartłomiej Bobrowski, Ksawery Szlenkier, Paweł Tołwiński, Przemysław Wyszyński, Robert Jarociński, Arkadiusz Janiczek, Waldemar Kownacki, Tomasz Sapryk, Marzena Gorska

premiera: 08.05.2014

2014 – Nagroda im. Konrada Swinarskiego za najlepszą reżyserię dla Michała Zadary
2014 – Nagroda im. Aleksandra Zelwerowicza dla Wiktorii Gorodeckiej za rolę Amalii Edelreich

niedziela, 27 września 2015

BŁOGIE DNI PESZEK JANKOWSKA-CIEŚLAK ATENEUM

header
fot. Bartek Warzecha

Błogie dni.... czy takie bywają? W sytuacji pozbawionej możliwości wyboru. W przymusowym stanie zawieszenia. Rezygnacji, stagnacji,wegetacji. Nic nie robienia, nic nie działania. Bez perspektywy zmiany na lepsze, modyfikacji na inaczej, nadziei na przyszłość. Jakby wszystko się skończyło. Zfiniszowało, wyjaśniło, dopełniło. Zatrzymało. Bez możliwości korekty.  I oczekiwanie na poprawę nie istnieje. Nadziei brak. Przyznanie się przed samym sobą, że dobrze jest jak jest. Pozostaje tylko bierne trwanie ku śmierci ciała. Spokój wynikający z faktu, z decyzji, stanu rzeczy, że jest po wszystkim. I jest się na ostateczne odejście gotowym. A więc bolesne dni. Podobne jedne do drugich. W znieczuleniu mentalnym, w eliminacji uczuć, nieobecności emocji. W dyktacie choroby świadome wygaszanie.

Tak, Alzheimer doskonale to ilustruje. Kiedy nienawidzi się samego siebie za to, że przestaje się panować nad sobą. Bywa, nie wie się kim i gdzie jest. Kiedy otoczenie ma dosyć zachowania chorego. Bywa zaskakującego, bulwersującego, gwałtownego, agresywnego. Zagrażającego życiu. I pragnie chwili, kiedy wszystko się skończy. Bo nikt i nic nie ma na stan rzeczy wpływu. A opieka, pomoc najbliższych staje się niemożliwa. W momentach świadomości i chory oczekuje kresu, by skończyć to umieranie kawałek po kawałeczku. Na raty. Bo nie chce siebie takim, jakim jest w chorobie. Gdy całym sobą siebie samego unieważnia, zaprzecza kim stworzył się, był w przeszłości. Nienawidzi i odrzuca. Siebie, najbliższych, obcych.  Bo boi się. Czuje się zagrożony.  Bo w chorobie nie rozpoznaje otoczenia, nie wie, co robi a w momentach przytomności tęskni za dawnym życiem. A jednak jeszcze miewa świadomość, że już nie ma ratunku i pragnie przestać istnieć, bo w świecie jaki znał, kochał, cenił już go od dawna nie ma. Nie ma. I nie będzie nigdy więcej a coraz mniej i mniej. Aż do ostatecznego wyczerpania.

Taki jest Sean, kiedyś znany aktor. Od kilku lat w klinice. W bezdusznym, okrutnym, bezosobowym miejscu. Odcięty od świata. Zrezygnowany. Już nie walczy. Poddał się. Dawno temu opuścił  samego siebie i swoje życie. Wegetuje. Uległ. Ciało go zawiodło. Wola nie nadąża za chorobą. Zrozumiał swój stan i zgodził się na samotne umieranie. Ale ona- kobieta, Patricia, chora na marskość wątroby, emerytowana dyrektorka szkoły, nauczycielka ponad dwóch tysięcy dzieci- nie jest taka. Niedawno przybyła do tej klatki, więzienia, miejsca odosobnienia i też się dobrowolnie, świadomie na pobyt w klinice zgodziła. Bez walki. Z miłości, troski, rozsądku. Z myślą o innych, nie o sobie. Nie jest jednak pogodzona ze swym losem, silnie odczuwa brak kontaktu z siostrą, domem, swoim naturalnym otoczeniem. Jeszcze pełna życia, mocno z nim związana. Uzmysławia witalność, przypomina Seanowi to wszystko, co stracił z powodu choroby ale i na własne życzenie. Oboje są skazani na siebie. Wypchnięci na margines życia. W miarę możliwości próbują  zachować w swoich relacjach pozory normalności. Starają się przywrócić swojej egzystencji godność. Walczą o nią. Zmagają się ze swoim ciałem, pamięcią, personelem kliniki, sobą nawzajem. Wszystkim, co ogranicza. Bólem, cierpieniem. Fizycznym i psychicznym. Wtedy widać, że żyją. Żyją. Jeszcze żyją. Względnie normalnie.

Nie jest łatwo. Bo z jednej strony są w sytuacji bez wyjścia, z diagnozą nieuleczalnej choroby, z drugiej cierpienie związane z chorobą potęgowane jest przez obojętność tych, których kochali i kochają nadal. To fakt; zostali opuszczeni, zapomniani, pozostawieni samym sobie. Mają świadomość, że dalsze funkcjonowanie bez opieki nie jest możliwe. Bo objawy choroby postępują, uśmiercają ciało, dawną osobowość. Pozostają coraz krótsze okresy przytomnego życia. Świadomego. Błogiego. Szczęśliwego. Radosnego. Jeśli tylko uda się pokonać depresję, otępienie, niechęć do podejmowania wysiłku. Rozmowy, słuchania, pomocy innym. Bohaterowie udowadniają, jak ważne jest, by do końca walczyć o własne życie, może nie takie jakie było przed chorobą, ale na nowych warunkach.  Jak ważna jest obecność bliskich, a jeśli ich zabraknie, bo zawiodą lub nie dają rady, jak decydująca jest umiejętność nawiązywania kontaktu z tymi, którzy są w tej samej lub podobnej sytuacji. Każdy człowiek ma wiele do ofiarowania. Wystarczy spróbować. Czasem wystarczy być. Wypić razem herbatę. Powspominać. Pomilczeć. Słuchać cierpliwie. Sprowokować do działania. Pozwolić odejść. Cokolwiek zdarzy się, nie rezygnować łatwo z życia.

Jan Peszek i Jadwiga Jankowska-Cieślak to zgrany tandem. On wchodzi w skrajne stany świadomości przypisane objawom Alzheimera, ona buntuje się jak młoda, szczuplutka nastolatka z cudnymi dołeczkami. On statyczny, ona dynamiczna. Wyczarowują istnienie z niebytu, ratują siebie nawzajem. Dają sobie szansę na dobre, szczęśliwe, błogie dni w otoczeniu obojętnym, martwym, nieczułym na ich samotność.  Ignorują ograniczenia, odrzucają świat, który ich odrzucił.  Otwierają się na siebie. Choć się w ogóle nie znają. Zapominają o wyroku śmierci. Stawiają na życie tu i teraz. Do ostatniej chwili. Cokolwiek to znaczy.

Spektakl jest pochwałą koegzystencji splątanych przeciwstawnych, nie znanych sobie światów, która jak ilustrująca działania sceniczne muzyka klasyczna połączona z elektronicznym zgrzytem wywołuje dysonans, daje do myślenia. Wybija z dobrego samopoczucia, zadowolenia, stagnacji. Jest wyrzutem sumienia. Przestrogą. Zapowiedzią. Dowodem na istnienie niemożliwego. Choć na pewno nie będzie szczęśliwego zakończenia. Jednak szczęśliwe chwile się zdarzają, jeśli nawet są coraz krótsze, rzadsze. Jeśli tylko potrafi się je wyzwolić, uchwycić, rozwinąć. Pod warunkiem, że chce się za wszelką cenę w cierpieniu drugiego człowieka uczestniczyć. Co wymaga siły, charakteru, czasu. Potrzeby.

I gdy człowieka się nie uprzedmiotowia. Akceptuje tylko wtedy, gdy jest piękny, młody i bogaty. I zdrowy. I produktywny. Gdy daje, daje i daje. A po wyczerpaniu się jego potencjału dawania, tak łatwo odstawiany jest, często za jego własnym przyzwoleniem, na boczny tor. Usuwany. Zapominany. W istocie nic nie znaczy, nigdy chyba nie znaczył. Był tylko potrzebny, użyteczny, funkcjonalny. Przydawał się, służył. Jeśli nie ma nagromadzonego kapitału miłości, szacunku i poczucia obowiązku, który w trudnych chwilach pokrywałby wszelkie niedostatki woli, braku czasu, sił, pieniędzy. Tak łatwo odpuścić. Pójść na łatwiznę. Pogrzebać siebie lub innych za życia. Dla jego lub swojego dobra. W imię konieczności. Tak trudno zarówno wziąć na siebie prowokowanie radosnych, jak i znoszenie okrutnych dni. Bycie ze sobą na dobre i na złe. Nie opuszczanie siebie, jeden drugiego człowieka aż do śmierci.

Spektakl prowokuje delikatnie, subtelnie. Nie epatuje. Nie dotyka, nie boli. Jest opowieścią o spotkaniu dwojga dojrzałych, poważnie chorych, bardzo samotnych ludzi. W sumie banał, choć bolesny, ukonstytuowany w życiu społecznym ostatecznego rozwiązania dla uciążliwych, przewlekle chorych.I gdyby nie słowo "błogie" obok "dni" w tytule:ostentacyjnie drażniące, anachroniczne, wydumane ostro postawione na samym wstępie, jak i zimne, nieprzyjazne, prawie puste wnętrze kliniki oraz natrętnie głośna ścieżka dźwiękowa/świetny pomysł/, można by sądzić, że zarówno autorka jak i artyści boją się przyjąć pozycję oskarżycielską wobec tych, którzy kultywują przyjemne, promują bezkonfliktowe, tylko szczęśliwe, eko zdrowe, sterylne życie. Eliminując wszystko, co zakłócałoby dobremu samopoczuciu, komfortowi egzystencji, spokojnemu, miłemu życiu. Gdzie> ja, dla mnie, o mnie <wyznacza granice zaangażowania w relacje międzyludzkie. Jest najważniejsze. A> my <się zdarza na warunkach bezkonfliktowego bycia razem. Bez odpowiedzialności. Bez budowania poważnych, głębokich, długoterminowych więzi.

Aktorzy udowodnili, że co błogie czy błahe też podnosi standard życia. Każda chwila się liczy. Każdy człowiek. Najmniejszy odruch ludzkiej empatii, sympatii, zainteresowania. Jeśli nie można już liczyć na pomoc zdrowych, obecność najbliższych to przynajmniej chorzy winni nie ustawać w podejmowaniu prób ratowania siebie nawzajem. Powodzenia:)

BŁOGIE DNI
autorka: Deirdre Kinahan
przekład: Joanna Crawley
reżyseria: Wojciech Urbański
scenografia: Maja Skrzypek
obsada: Jadwiga Jankowska-Cieślak i Jan Peszek

premiera – 19 września 2015, Scena 61





wtorek, 22 września 2015

POROZMAWIAJMY PO NIEMIECKU OGÓLNOPOLSKI PRZEGLĄD MONODRAMU WSPÓŁCZESNEGO


Warto żyć, warto śnić, warto o tym pisać. Choćby pamiętniki rejestrujące na bieżąco, co w duszy gra, co w umyśle hula. Warto malować swoją kreska indywidualną krajobrazy wewnętrzne. Na tle tego, co wokół się dzieje. Ocaleje wtedy intymny świat wrażeń, fascynacji, zauroczeń. Energia uwięzionego czasu.

Taki jest ten spektakl. Na faktach oparty. Młodością podszyty, osobowością bohaterki i aktorki naznaczony, ze skazą wojny w rozmazanym, migoczącym odpryskami grozy tle. Budząca się seksualność do dojrzałego lotu, doskonale radząca sobie z oporem kulturowym, tradycji spuścizną, historycznym naporem ojczyźnianym. Obok patriotycznego nurtu, etosu walki za wszelką cenę, romantycznego uniesienia ponad wszelkie poziomy zdrowego rozsądku. Szczere, intymne wyznanie. Uczciwe relacje ze ścieżek młodzieńczych, dziewczyńskich przeżyć, przygód, doznań, myśli, skłonności natury wodzącej za nos świat dorosłych. Wystawiających niebezpiecznie młode życie na pokuszenie domagającego się swego pożądania. Uchwycenie momentu dojrzewania. Gdy odkrywa się, kim się jest, co się lubi, co nas kręci. Gdy zaczyna się samodzielnie dokonywać wyborów, decydować o swoim losie, wychodzić świadomie ku przeznaczeniu. Odważnie, ryzykownie, na granicy szaleństwa i zdrowego rozsądku. 

Powiew świeżości mający swe źródło w autentycznym zapisie pamiętnika młodej dziewczyny/2 lata zarejestrowane w zeszytach/ oddający prawdziwy, niezakłamany strumień  świadomości bez śmieci kłamstw, mataczeń, świadomej kreacji siebie w intuicyjnym aktorskim ujęciu przywrócił trójwymiarowy nastój swego czasu. Spontaniczny, banalny, naiwny. Dziecięcy jeszcze. Dziewiczy. W ciekawym momencie historycznym. Kiedy świat wokół płonął. Dotykał bezwzględnie każde, nawet najniewinniejsze istnienie. I głód jego okrucieństwa wydawał się być niezaspokojony. Jak dziewczyny młodej apetyt na życie, która nie chciała zatrzymać się lecąc jak ćma ku światłu, Ikar ku słońcu, by wypełnić swoje przeznaczenie. Naturalnie, beztrosko, instynktownie. Bez poświęcania się dla innych, bez nakazu umierania za ojczyznę. Ona się dopiero rodziła. Zachowywała jak w transie. Żyła w amoku doświadczając niezwykłej przygody. Poznawała mapę prowadzącą od dziecięctwa ku dorosłości. Od podporządkowania światu dorosłych do kreowaniu własnej ścieżki życia. Bardzo ciekawy moment. Dotykający istoty samego siebie. Tu całkowicie odkryty, namacalny, czysty. 

To tekst pamiętnika wybrzmiały nieskażonym doświadczeniem aktorskim zdecydował o przekazie. Tak, że bez trudu nawiązujemy kontakt z mentalnością niepoprawnej, chodzącej własnymi ścieżkami dzierlatki z czasów mrocznej, zabójczej wojny. I przyglądamy się z zaciekawieniem, z rosnącym zaangażowaniem obrazowi typowego dojrzewania czupurnej, niebojącej się niczego, nikogo młodości. I boimy się za nią. I przypominamy sobie dokładnie jak z nami było. I widzimy, jak z nami jest. Jakbyśmy obserwowali samych siebie. Z niewielką, osobniczą modyfikacją. Sam entuzjazm, radość, lekkość młodości i to, że udało się jej umknąć najgorszym niebezpieczeństwom, wynagradza wszelkie trudy tej podróży w głąb nastoletnich uniesień.

Ta sceniczna przygoda uzmysławia, że czas wojny nie anektuje całego życia ludzi, też tych młodych, budzących się do odpowiedzialności i świadomych wyborów, dla walki, dla śmierci ale też dla przetrwania, dla dalszego istnienia. Nie wszyscy rodzimy się wojownikami, żołnierzami. Niektórym wystarczy walka o swoje, dla siebie. Zanim rozbudzi się potrzeba zdobywania więcej, wspinania się wyżej, unoszenia ponad. Jeśli się w ogóle rozbudzi. Jesteśmy różni i w tej odmienności jest zaklęte bogactwo, potencjał życia. Niekoniecznie życia dla śmierci, ale życia mimo śmierci.


POROZMAWIAJMY PO NIEMIECKU
Autorka: Anna Zach
Reżyseria: Łukasz Kos
Scenografia i kostium: Małgorzata Domańska
Muzyka: Adam Świtała
Obsada: Zofia Wichłacz

Teatr Polonia w Warszawie

poniedziałek, 21 września 2015

SAMOSPALENIE BLUSZCZ OGÓLNOPOLSKI PRZEGLĄD MONODRAMU WSPÓŁCZESNEGO



Nie potrzebuję wieloznacznych ocen takich figur bohaterów scenicznych jaką prezentuje Przemysław Bluszcz w SAMOSPALENIU. Ale jest ciekawa. Pokazuje pewien możliwy proces ucieczki od odpowiedzialności, rozmydlanie prawdy tych, którzy byli reżimowymi budowniczymi Polski Ludowej. Cyniczny, obłudny, w otoczce hipokryzji i wyłażącej z butów oficerskich buńczucznej pychy. I tak to widzę. Osoba, która świadomie, konsekwentnie, czynnie ideowo, politycznie zaangażowana w budowanie i konstytuowanie systemu totalitarnego do upadłego broni swego wyboru, bo nie była to przecież dla niej konieczność, przymus, jest dla mnie jednoznacznie zła. Nie mam zamiaru szukać rys, szczelin, naciąganych przyczyn, dla których ten, kto korzystał ze swojej władzy, przywilejów jej przypisanych, po stracie stanowiska nie czyni rachunku sumienia a tylko szuka usprawiedliwienia dla tego, co robił przez całą konsekwentnie rozwijaną karierę. Stara się wyjaśniać dlaczego. W istocie mataczy. W dodatku zastanawiania się nad swoim życiem w momencie doświadczania porażki. Dokonuje samospalenia. Bo bohater Bluszcza próbuje wzbudzić w nas wątpliwość o swojej jednoznacznej winie. Stara się przekonać, że będąc oficerem Służby Bezpieczeństwa był normalnym, zwykłym, doskonale przystosowującym się do ciągle zmieniających się warunków życia człowiekiem, wykazywał empatię w stosunku do czynu Ryszarda Siwca. Niby nie rozumiał do końca, kim sam był naprawdę. Transformacja polityczna zaskoczyła go, spowodowała jego degradację, utratę władzy, a więc na nowo definiuje swoją tożsamość. W istocie na naszych oczach Bluszcz przepoczwarza swego bohatera w nowe, przystosowujące go do nowych realiów wcielenie. Twierdzi, że był i jest nadal naszym dobroczyńcą, czynnym wojownikiem o dzisiejsze status quo kraju, narodu.  Daje do zrozumienia, że Siwiec mu imponuje, jest mu bliski i gdyby mógł, na pewno zastrzeliłby płonącego, by skrócić jego męki. Odnieść można wrażenie, że jest mu bratem, choć po drugiej stronie politycznej barykady. Tworzy na naszych oczach portret wielokrotny, niejednoznaczny, nieoczywisty. Rozmydla swoją odpowiedzialność, wybiela swoją przeszłość. Ale i żartobliwie straszy, bo ho, ho ma wiele informacji w zanadrzu! Może je wykorzystać, gdy zechce, gdy będzie musiał, gdy będzie tego potrzeba/ha, ha czarna teczka/. Prowokuje, gdy chełpi się z nieznośną lekkością satysfakcji swoim beztroskim, pełnym sukcesów życiem osobistym, intymnym, zawodowym, gdy ze swadą opowiada o wielokrotnie gwałconej dziewczynie, brutalnie przesłuchiwanej, w końcu utopionej w przeręblu jeziora z kamiennym obciążeniem. Z przekonaniem oprawców, że sobie na to zasłużyła. Pięknie w swym wywodzie porażkę reżimu przekuwa na sukces, z którego dziś korzystamy. Chce uczynić każdego współwinnym. A tak naprawdę nie ma argumentów dla uzasadnienia motywacji, które usprawiedliwiłaby jego osobisty udział w marszu socjalizmu z sowiecką twarzą przez Polskę.

Ale to prawda, że bohater Bluszcza przeszłości się nie wyrzeknie. I się nie wyrzeka. Jest z niej w przewrotny sposób zadowolony. Pyszni się. Z niej czerpie siłę, by z podniesioną wysoko głową, z szelmowskim błyskiem w oku, z cwaniaka uśmiechem, bez żenady wspominać, wspominać, wspominać. Wie, że my wiemy, że jest nadal niebezpieczny. Może jeszcze krzywdzić, tym razem jak zranione zwierzę. Wybacza sobie? Nie musi. I pewnie nie chce. Jest najlepszym obrońcą siebie i systemu, którego był strażnikiem, pozostał wiecznym reprezentantem. My, jeśli jesteśmy w stanie, mu wybaczamy. Ale nigdy nie zapominajmy. Oficer też nie jest w stanie zapomnieć. Był w oku cyklonu. Płynie w nim nadal przelana niewinnie krew, w pamięci ma listę niszczonych osób, w sercu żagiew Siwca. Nie zapomni. Choćby po to, by wykorzystać te ofiary do przedstawienia siebie w nowym, adekwatnym nowym czasom, świetle. Kolejny raz pozwala sobie na zimną, wykalkulowaną perfidnie mistyfikację. Zakłada nowe szaty króla życia i śmierci. Wilka w owczej skórze. Udającego szczere współczucie. Prawdziwy podziw. Atencję. A wszystko dla własnych celów.

To nie jest tak, że dorosły człowiek działa nieświadomie. Albo boi się tak bardzo, oficer SB jednak nigdy się nie bał, że wchodzi w smugę zła z konieczności, siły wyższej, nieuniknionego losu. Wzmacnia je swoim działaniem, bo nie ma innego wyjścia. Ryszard Siwiec jest jego kontrapunktem. Chce zrozumieć, bo go niepokoi, intryguje, fascynuje radykalny czyn Siwca, bo jest prawdziwym, niezaprzeczalnym dowodem, że można było zamanifestować sprzeciw wobec tego, co się na przykład w 1968 roku działo.  Co się naprawdę myśli i czuje. Fakt; drastycznie boleśnie, śmiertelnie szczerze. Do końca świadomie, przytomnie. Esbek jest pod wrażeniem treści  testamentu Siwca, listu pożegnalnego. Analizując jego postawę, dochodzi do wniosku, że miała ogromną siłę oddziaływania. Nawet jemu nie daje spokoju. Jednak niczego nie żałuje. A nawet jest dumny z tego, do czego doszedł, co osiągnął, na jakim poziomie żył. I żyje nadal. Żyje. Żyje.

Nie spłonął ze wstydu. Nie sczezł marnie. Odsłonił się tylko na chwilę, przekonał sam siebie, że miał rację. Pozostał zdegradowaną, nostalgicznie nastrojoną figurą, która dla podkreślenia swojego zwycięstwa, wyższości, słuszności zakłada na powrót mundur oficera SB. I z satysfakcją patrzy nam, niemym, bezgłośnym, biernym słuchaczom w oczy. W moje oczy Ryszarda Siwca.

Intrygująca to rola Przemysława Bluszcza. Grającego całym sobą życiowego kameleona, nie mogącego jednak w żaden sposób wejść w bohaterską, szaloną ale świadomą postawę Ryszarda Siwca. Wykorzystuje go. Manipuluje jego historią. Stoi w swoim mundurze bezradnie, daleko od niego, jak stał na Stadionie Dziesięciolecia  I bezwstydnie zwycięsko patrzy. Postawa Siwca mimo to rośnie w nim, dojrzewa i fascynuje go i niepokoi. Jest być może jedynym wyrzutem sumienia, namiastką żalu. Nie, nie za grzechy. Ale, że nie można Siwca zgnoić, unieważnić. Można go tylko podziwiać. Wspominać. Nie zapominać. Nie można go zabić ale można go wykorzystać.

Próżne nadzieje na prawdziwą, głęboką przemianę wewnętrzną aparatczyka. Siwiec jeszcze raz samotnie płonie. Pamięć o nim wznieca oficer SB. Dokłada do ognia własną przeszłość, by jak feniks z popiołów mógł narodzić się z nową tożsamością, z nową interpretacją własnych reżimowych dokonań. My widzowie przyglądamy się temu bezgłośnie, z dystansem tak wielkim, że nie pozwala nam to odbezpieczyć prawdy, prawdy i tylko prawdy. Z litości nad uzurpatorem sięgającym po cudzą wielkość dla swojej maleńkiej, osobistej korzyści przetrwania za wszelką cenę.

Nagroda aktorska dla Przemysława Bluszcza 12.Ogólnopolskiego Przeglądu Monodramu Współczesnego.