poniedziałek, 1 lutego 2016

RODZINA SŁONIMSKI KUTZ TEATR TELEWIZJI

Scena ze spektaklu (fot. TVP)

Przyznam, że nie rozumiem dlaczego RODZINA tak rzadko jest wystawiana w teatrach. Czy w ogóle? Kiedy ostatnio? Dobrze, że Teatr Telewizji zrealizował  ją w naturalnym wnętrzu dworku, w doborowej, perfekcyjnie lekko, naturalnie grającej obsadzie aktorskiej Starego Teatru z Krakowa, w fantastycznej reżyserii Kazimierza Kutza. Sztuka perełka. Majstersztyk. Cud miód pomada. Dowcipna, błyskotliwa, celna.

RODZINA, która skupia jak w soczewce charakterystykę całego narodu. Aktualną po dziś dzień. Życie koncentruje się w domu rodzinnym, wokół najbliższych, pochłoniętych codziennymi obowiązkami, z trudem przystosowującej się do wymogów czasu, radzenia sobie z kłopotami. W zagubieniu, w ciągłym szukaniu i potwierdzaniu własnej tożsamości, swego miejsca w zmieniającym się świecie, w pogoni za osiągnięciem choćby chwili spokoju, która przynosi wytchnienie, umożliwia refleksję, kontemplację, wyciszenie. W warunkach końca starego świata idei i kształtowania się nowych trendów, pojawiania się niebezpieczeństw w życiu społecznym, politycznym rodzina pozostaje opoką, punktem odniesienia, wsparciem, pocieszeniem, przyjazną, bezpieczną mini społecznością.

To nie jest spektakl rewolucyjny, przynoszący ostrą rewizję narodowych wad i przywar. Przez stylizację międzywojenną wydaje się nieco archaiczny. Może i dobrze, bo daje dystans. Stwarza perspektywę czasową, odpowiedni nastrój i klimat. A jednak refleksyjny, ciepły humorystycznie robi swoje. Nieznacznie cofa się w przeszłość i pokazuje, że genotyp Polaka jest ciągle taki sam. Nie sposób żyć i postępować wbrew sobie. Nie ma sensu walczyć ze swoją naturą. Należy ją zaakceptować, oswoić, znieczulić. Pogodzić się z ty, czego nie można zmienić. I rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać. By lepiej się poznać nawzajem. By móc sobie pomóc. A więc zrozumieć, wybaczyć, współistnieć. Z szacunkiem, pobłażliwością, poczuciem godności. Choć nie jest to łatwe ani proste. Jednak możliwe.

Sztuka ta uwspółcześniona i doskonale zagrana jak ta w reżyserii Kutza, mogłaby dziś odegrać niebagatelną rolę w zrozumieniu siebie przez nas samych. Skłóconych, walczących, odwróconych do siebie tyłem w zacietrzewieniu podziałów politycznych, zagniewanych, rozczarowanych, osłabionych niewydolnością demokracji.  Pokazałaby, że tak różni, potrafimy słuchać, ze sobą rozmawiać, umiemy zrozumieć się i wybaczać sobie. Jesteśmy w stanie akceptować siebie, bez względu na to jacy jesteśmy. Dopóki możemy się z siebie śmiać. Otwarcie i szczerze. Z refleksją w perspektywie. Z uszanowaniem swoich zupełnie różnych zdań, poglądów, działań, wierzeń. Jeśli tylko zechcemy, jeśli się sami zresetujemy, by zacząć wszystko od nowa, od początku. Dziś szykujemy się na wojnę. W strachu. Idziemy na bój. Brat przeciw bratu. Słuchamy tylko samych siebie, rozmawiamy ze samym sobą, bez oceny wydajemy osąd, nie pokonujemy różnic, odrębności, skrajności. Akceptujemy tylko czerń lub biel, szerzymy informację zero jedynkową. Z nie do strawienia wkładką ostrych emocji agresji.

A przecież jesteśmy jedną wielką, otwartą na świat rodziną. My, Polacy. I nie jacy tacy byle jacy. Sztuka to już wie, a my? Z dostępem do wszystkich informacji, relacji, źródeł. Z wiedzą googla, wikipedii, youtube'a, itd. Ale wykastrowaną empatią i zwykłą sympatią do siebie nawzajem. Wyrugowanym dystansem. Dziś stygmatyzujemy, wykluczamy, niszczymy indywidualnie i zbiorowo. Dlatego nie mamy spokoju, snu, wytchnienia. Nie mamy nic, co by nas znieczuliło. Wewnętrzny ogień niepokoju i bezsilności nas spala na popiół, a dusza zaplątała się w odmętach fałszywego diamentu blasku. Zagubiła w zamęcie manipulacji. I wycofuje się, zanika.

Ta sztuka przywraca porządek rzeczy. Daje nadzieję. Wytchnienie. Kreuje wirtualną oazę spokoju. Inaczej przyznać przyjdzie, że niczego nas już nie nauczy. Pozostaniemy ślepi i nieczuli, skazani przez siebie samych na twarde konsekwencje odczuwanego na własnej skórze doświadczenia, które może kiedyś, w przyszłości przywróci nam rozsądek. I mądrość, choć po szkodzie. Po szkodzie z mojej, twojej, naszej własnej, wielkiej, wielkiej winy.

RODZINA
Autor: Antoni Słonimski
Reżyseria: Kazimierz Kutz
Światło: Zbigniew Wichłacz
Dźwięk: Andrzej Cecota
Scenografia: Anna Maria Rachel
Kostiumy: Anna Maria Rachel
Muzyka: Janusz Grzywacz


Obsada: Jerzy Trela (Tomasz Lekcicki), Anna Polony (Lucysia), Dorota Segda (Marysia), Zbigniew Zamachowski (Hans), Jerzy Bińczycki (Rosenberg), Tadeusz Huk (Wojewoda), Leszek Piskorz (Starosta), Roman Gancarczyk (Lebenson), Maria Zającówna-Radwan (Lebensonowa), Edward Linde (Michał), Andrzej Grabowski (Kaczulski), Iwona Bielska (Kaczulska), Jerzy Grałek (Kolasiński), Jerzy Nowak (Pituła), Marian Dziędziel (Naczelnik więzienia), Tomasz Międzik (Prokurator), Krzysztof Górecki (Komisarz Policji), Andrzej Buszewicz (Chłop I), Zbigniew Kosowski (Chłop II),

fot.:http://www.teatrtelewizji.tvp.pl/20195026/rodzina

0 komentarze:

Prześlij komentarz