środa, 4 maja 2016

36.WST podsumowanie

Smutno się zrobiło. Zakończyły się Warszawskie Spotkania Teatralne. Brakuje po nich teatromanom codziennego kontaktu ze sztuką. Obecność w teatrze dzień po dniu uzależnia, rozmowy z twórcami po spektaklach wzbogacają, spotkania towarzyskie w międzyczasie to sama przyjemność i radość, nawiązanie nowych znajomości otwiera obiecującą perspektywę kontaktów na przyszłość. Bo ci, którzy do teatru przychodzą, to ludzie zaangażowani, ciekawi, otwarci, choć każdy wie swoje, własnej opinii się trzyma i potrafi ciekawie ją uzasadnić. Przenikanie się życia z teatrem jest takie interesujące! Powroty w środku nocy do domu niestety były nieznośnie długie i męczące. Ale przecież to był intensywny, wymagający maraton teatralny!  Kiedy brakowało czasu na wnikliwe zastanawianie się nad tym, co się właściwie obejrzało i  żyło się wyłącznie  pierwszym wrażeniem, emocjami, atmosferą. Interesującymi, kontrowersyjnymi spektaklami z kraju i zagranicy w polskiej i międzynarodowej obsadzie, obecnością polskiego reżysera z litewskim spektaklem, wizytą litewskiego reżysera ze sztuką polskiego dramatopisarza i zespołem norweskich aktorów  w jednym miejscu, w Warszawie, to gratka dla tych, którzy interesują się teatrem. Widzowie nie zawiedli. Dopisali. Przybyli licznie. Do teatru często przychodzili prosto z pracy. Czy sztuka teatrów, spektakle 36.WST,  ich usatysfakcjonowały, muszą odpowiedzieć sami. Mają wiele do powiedzenia.

PLAC BOHATERÓW w reżyserii Krystiana Lupy, który celnie charakteryzuje, wnikliwie diagnozuje również naszą polską sytuację, kondycję, stan mentalnego zawirowania, budzące się demony zła i chyba najmniej podzielił publiczność to, moim zdaniem, najlepszy spektakl tych spotkań. Doskonała sztuka Bernharda ilustruje nasze obawy, przeczucia, lęki. Tu i teraz, bo już kiedyś i gdzie indziej zostały przećwiczone, przeżyte tragicznie, dojmująco boleśnie. Maestria reżyserska i mistrzostwo wykonania dało poczucie pełni sukcesu artystycznego. To teatr zaangażowany, ostry, oskarżycielski przyjmujący formę klasyczną. Komunikatywną, wyrazistą, wiarygodną. Nie szkodzi, że jest raczej domknięty, uszczelniony, doskonały w kształcie swego przesłania. Może przez to trochę oczywisty, przewidywalny, z momentami zawieszenia,oczekiwania, nudny. To nic, że nie jest sam w sobie rewolucyjny. Precyzyjnie łączy treść i formę, przesłanie autora i reżysera. Koncentruje się na tym, co ze szczegółu, konkretnej sytuacji formułuje się w komunikat uniwersalny. Krystian Lupa to dojrzały, mądry, doświadczony twórca, który niczego się nie boi i w pełni korzysta z wolności ekspresji artystycznej. Wiemy, ze potrafi zaryzykować wszytko, bez względu na wszystko, by sprawdzić, czy jego wizja działa. Tym razem antycypuje i przestrzega.

ŚMIERĆ I DZIEWCZYNA w reżyserii Eweliny Marciniak Teatru Polskiego z Wrocławia to teatr nowoczesny, niepokojący, podprogowy. Czerpie z różnych dziedzin sztuki tak wiele, w takiej intensywności, splątaniu, że niektórzy czują się jak buszujący w zbożu. Zagubieni, oszołomieni, skonfundowani, a nawet zszokowani. Buntują się przeciw chaosowi, nagromadzeniu środków artystycznej wypowiedzi, propozycji wyrażenia nie tylko tekstem ale i mową ciała. Błądzą w wątkach, skojarzeniach, szukają znaczeń scen, sensu sztuki. Ta jest piękna, urzekająca, bogata, głęboko metaforyczna. Bolesna jeśli zobaczymy w niej ostrze krytyki systemu, który niszczy, uprzedmiotowia jednostkę. A to samo robi ze sztuką. Terror władzy- rodzicielskiej, wychowawczej, systemu opresji -nastawiony na zwycięzcę, bez względu na wyniszczające, ubezwłasnowolniające działanie, trudne do przewidzenia koszty. Tresura posłuszeństwa, poddaństwa, która dewastuje człowieka, sztukę. Bo niszczy zdolność odczuwania, wrażliwość i wynaturza relacje międzyludzkie, jego komunikację ze światem. I błądzi w przestrzeniach dla siebie niezrozumiałych, gubi się i niszczy. A z nią i widz w potrzasku eksplozji pomysłów, wielości znaczeń. Sztuka musi być wolna, człowiek wolny być musi. Ale obawa, że tak może nie być nadal, dała motywację do powstania tego hipnotyzującego, nowoczesnego spektaklu.

Twórcy teatralni nie tylko występują w obronie wolności ekspresji artystycznej. Poprzez nią stają w naszej obronie prawa do wolnego wyboru wartości, które uznamy za słuszne. Pozwalają oswoić się z odchodzącym starym światem, jak w PORTRETACH WIŚNIOWEGO SADU. Pokazują, że rozliczenie z przeszłością to niezbędny etap walki o przyszłość. Wszystko, co było wydaje się piękne, sprawiedliwość jest po naszej, słusznej stronie ale rzeczywistość mówi co innego. Trzeba wybaczać ale pamiętać. Pamięć jest zawodna, wybiórcza, zniekształcona, bywa kłopotliwa, trudna, nie do zaakceptowania. Dlatego ważne jest, by była jak najbliżej uczciwej, szczerej, choć często bardzo trudnej  prawdy. Przebaczenie to zaakceptowanie, wzięcie odpowiedzialności na siebie za to, co było. CAR SAMOZWANIEC, SWARKA, NASZA KLASA to spektakle  opowiadające o historii, pamięci, fundamentalnych relacjach międzyludzkich, z sąsiadami, z ludźmi myślącymi i żyjącymi inaczej, bo i dziś jest podobnie. Jesteśmy częścią świata-w tyglu różnych narodowości, religii, ideologii, wyznań, wartości. I musimy się w nowych warunkach zdefiniować, przystosować, by nie zrezygnować z siebie, rozwijać się i trwać dalej.

Wszystkie spektakle poruszają w mniejszym lub większym stopniu sprawę tożsamości. Narodu, jednostki. W nawiązaniu lub w buncie wobec spuścizny historycznej. DZIADÓW część III w reżyserii Michała Zadary choć kongenialnie tekst Adama Mickiewicza przekłada na język sceniczny, to istotnie zmieniła się jego interpretacja, znaczenie gestów, akcentów, użytych środków aktorskich. Jedni uznali to za spektakularne uwolnienie od ortodoksyjnego, kanonicznego rozumienia przesłania wieszcza, kładąc nacisk na lekkość, swobodę, ironię, humor dzieła, wolność artysty i sztuki. Znaleźli w końcu radość w oglądaniu i przeżywaniu sztuki, która z uniesień romantycznych zbliżyła się do życia, ziemi, jej realiów, ograniczeń, słabości ludzkich, niedoskonałości. Dosłowność prawdy scenicznej odpowiedzią się stała na potrzebę przewartościowania wobec wyzwań i obrazu współczesności, z którą każdy do teatru przyszedł. Ale to może natrafić na opór wzorca w szkole wyuczonego, raz na zawsze.  Dlatego drudzy zżymali się, że cały wysiłek poszedł na próżno, bo pozbawił dzieło metafizycznego serca wbrew intencjom jego autora. Bez niego stało się narcystyczną, egoistyczną, niezrozumiałą demonstracją siły z argumentem usprawiedliwiającym nie do podważenia-wystawieniem całości DZIADÓW. Interpretacja IMPROWIZACJI  Bartosza Porczyka, uzbrojenie Księdza Piotra w butelkę wódki to dowody koronne, ale nie jedyne. Nie pozostało nic poza pieśnią nic nie znaczącego artysty i pijanego księdza. Tak, to znamy, znamy. Ale może ta niedoskonałość, ułomność wpływa na nieskuteczność naszego działania? Kto wie, niech zabierze głos. Po to jest sztuka. Jej prowokacyjny potencjał.

PŁATONOW w reżyserii Konstantina Bogomołowa ze Starego Teatru  w Krakowie też wprowadza rewolucyjne zmiany formalne, przez to interpretacyjne. Doskonała gra aktorska ratuje wszystko. Bez niej, niewiele by z tego pomysłu zostało. A tak zmieniła nam się perspektywa spojrzenia na bohaterów, problemy, które sami generują, ich płeć, pozycja, ograniczenia. Widać, że dobrze byłoby od czasu do czasu wejść w nie swoje buty i oczami innymi ogarnąć ten nasz nowy wspaniały świat. Również relacji damsko-męskich.

RYTUAŁ w reżyserii Iwony Kempy zajmuje się zarówno rolą i zakresem sztuki, jej wolności i odpowiedzialności, jak i światem zaburzonych relacji międzyludzkich, rozpadem więzi, upadku komunikacji, strachem jako głównym moderatorze naszych ludzkich wyborów, działań, zachowań. Bergman nie zawodzi, reżyseria nie zawodzi, dla niektórych aktorstwo zawodzi. Ale wypowiedź jest aktualna i ważna.

W kontrowersji spektakli 36.WST jest pewien potencjał społecznej dyskusji. Czy go wykorzystamy, zależy od nas. Najgorsza byłaby obojętność. Milczenie. Dla mnie istotne jest pokazanie trudu poszukiwania i dochodzenia do prawdy a poprzez nią do konieczności szukania porozumienia w perspektywie historycznej. Nieustawanie w tym procesie, odważnym konfrontowaniu się z tematami, zdarzeniami, zmianami. Wychodzenie z kolein stereotypowego myślenia, choć na chwilę. Spojrzenie z innej, innego-człowieka, narodu, płci, itd.- perspektywy, otwarcie na różnorodność poglądów, postaw, interpretacji sztuki. Nie tylko my nie radzimy sobie z przeszłością, własną tożsamością skłóceni, podzieleni, zmanipulowani w teraźniejszości. Jak poradzimy sobie w tym galimatiasie, czy damy radę kształtować przyszłość?

36.WST były doskonałym teatralnym terytorium do spotkania, analizy rzeczywistości poprzez spojrzenie w przeszłość, badania relacji międzyludzkich w czasie, zastanowienia się nad rolą i działaniem sztuki, dyskusji o naszej indywidualnej i zbiorowej tożsamości, o wartościach, które są ważne, najważniejsze, by umożliwiły nam rozwój, spełnienie, dawały szansę na szczęście, ale też o zagrożeniach i lękach współczesnych, mających często swe źródło w zakłamanej, nie rozliczonej, nie wyjaśnionej historii. Sztuka czuła jest i wrażliwa. I bardzo ważna. Musi być trudna i kontrowersyjna jeśli chcemy-znając historię, losy narodu nie tylko swojego-dostosować  się do nieustannie zachodzących zmian w rzeczywistości, która  stare treści, niezmienną naturę ludzką konfiguruje w nowe znaczenia, wymusza nową formę relacji, kontaktu, współistnienia. Uczy nas rozmowy, zrozumienia i kompromisu. Poszukuje właściwego ratunku dla zanikającego ciągle sensu życia. Gdy ciągle nie wiemy kim jesteśmy, dokąd zmierzamy, po co.

Do zobaczenia za rok!!  

PS. Żałuję, że nie mogłam obejrzeć cyklu telewizyjnych spektakli Szekspirowskich /8/w Teatrze Dramatycznym, zwłaszcza że wstęp był wolny. To świetny pomysł. Cieszy mnie bardzo, że został zorganizowany. Martwi, że nie mogę nic o nim napisać. Teatr Telewizji bardzo cenię. To największa scena a więc i widownia w kraju. Misja, wysoki artystyczny poziom. świetne spektakle, doskonałe aktorstwo, profesjonalizm twórców. Wczoraj w TVP Kultura ponownie, chyba po 30 latach, znów mogliśmy obejrzeć CYRANO DE BERGERAC Edmunda de Rostanda w reż. Krzysztofa Zaleskiego z cudnie zakochanym scenicznie Piotrem Fronczewskim, pięknym jak marzenie Markiem Kondratem, zjawiskową Lilianą Głąbczyńską, dystyngowanym Edmundem Fettingiem. Spektakl wypełnił pustkę po Spotkaniach. Za chwilę kolejny teatr telewizji. Sprawdźcie dokładnie kiedy na facebookowym profilu Teatr Telewizji.

poniedziałek, 2 maja 2016

36.WST PLAC BOHATERÓW LUPA BERNHARD NARODOWY TEATR DRAMATYCZNY w WILNIE

Odnoszę wrażenie, że proza Thomasa Bernharda, wartość i siła jej oddziaływania na czytelnika jest podobna do tej, jaką mają na widza teatralnego spektakle zrealizowane  na jej podstawie przez Krystiana Lupę. Oczywiście jest różny sposób kontaktu, wnikania w  przekaz, inne są metody i środki oddziaływania. Jednak ostatecznie jego istota jest zbieżna, spójna, jednaka. Obaj przemawiają współbrzmiącym głosem, obrazem, przesłaniem, diagnozą. Reżyser jest wierny autorowi. Przystosowuje tekst do specyfiki swojego teatru. Ciągle podobne, wydaje się, że te same dekoracje, znajomi bohaterowie usytuowani w swoich ograniczeniach, potrzebach, uwarunkowaniach ale na jakimś nowym poziomie komplikacji. Nakręca się ta spirala artystycznej kreacji, ilość informacji, konfiguracji się zwiększa a wraz nią my wspinamy się coraz wyżej po konstrukcji teatralnego przekazu, gdy tymczasem nagromadzone argumenty, motywacje, sytuacje, konteksty precyzyjnie opisują stan rzeczy, kondycję bohaterów, sztuki, teatru, świata. A forma sztuki Lupy się dociera, wygładza, gęstnieje, kondensuje i coraz bardziej przypomina klasyczne, w najlepszym sensie, rozumieniu, wyobrażeniu krystalicznie tradycyjne dzieło teatralne. Takie, które jest monolitem, konsekwentnym przekazem opartym na doskonałym tekście, aktorstwie, autorskiej interpretacji artystycznej. Na najwyższym intelektualnie, artystycznie, emocjonalnie poziomie. Tu eksperyment ustatkował się, spoważniał, dojrzał. Stał się jasnym, przewidywalnym gestem scenicznym. Rozpoznawalną, charakterystyczną estetyką. Dzieło Bernharda w dziele Lupy jest kompletne. Bo styl i duch Bernhardowski został z sukcesem przetłumaczony na język teatralnej ekspresji. Jest obecny i działa z właściwą sobie mocą. Może kłóci się ten wycyzelowany przekaz -przewidywalny jednak, uładzony stylistycznie, spójny do bólu - z aktem niezgody na ukazującą się okrutną, bezwzględną diagnozę wrażliwego, przenikliwego artysty pozbawiając ją potencjału spontanicznego, rewolucyjnego buntu, niepokornej, niekontrolowanie uwalniającej się emocji. Jest metodycznym, precyzyjnie budowaniem dramatycznego przekazu z ekstremalną, konsekwentnie wypracowaną kulminacją. Jakby obaj, Bernhard i Lupa używali wysoko wyspecjalizowanych środków formalnych, artystycznych dla przedstawienia problemów, sytuacji, by odbiorca nie miał pola manewru do swobodnej, osobistej interpretacji. By musiał się zmierzyć z tym, co ma kształt zamknięty, ostateczny z pozycji wolności ekspresji artystycznej. Z pozycji obiektywnej prawdy nie podlegającej dyskusji, zakwestionowaniu.

I to wszystko decyduje o sile wypowiedzi, gdzie jedna/proza/ wzmacnia drugą/teatr/, przenosząc na inny obszar oddziaływania, w inny kontekst czasowy i historyczny. Dlatego PLAC BOHATERÓW może nie zaskakiwać, jest konsekwentną kontynuacją, logiczną domkniętą całością. Bernhard wybrzmiał nad wyraz boleśnie współcześnie, aktualnie w ujęciu scenograficznym, w kostiumie korespondującym z wcześniejszymi inscenizacjami Lupy. Działa na Litwie, jako swój odczytywany jest w Polsce. To znakomity spektakl o polityce, władzy, sztuce/teatrze/, kondycji jednostki i narodu, Europy w kontekście źródeł, narodzin, rozprzestrzeniania się, triumfu zła nad człowiekiem i tym co sobą stanowi, co reprezentuje. Mówi o strachu jako głównym ukrytym moderatorze tego procesu. Także o niedoskonałym działaniu demokracji jako systemu, który nie jest w stanie uchronić jednostki, narodu przed niebezpieczeństwem totalitarnych rządów. Ten spektakl jest odważnym oskarżeniem słabości człowieka, systemu wartości Zachodu, jego pasywności, wycofania, braku umiejętności komunikacyjnych, mechanizmów obronnych. Demony zła żywią się tą słabością i rosną w siłę/nacjonalizm, antysemityzm, totalitaryzm, brak rozliczenia z przeszłością, itd/.

Ma smutne przesłanie. Zło nigdy nie zniknie. Nic nie jest w stanie go zneutralizować, ostatecznie unieszkodliwić, wykorzenić. Zwłaszcza, że tak łatwo jest przez ludzi akceptowany. Ten spektakl mówi tu i teraz prosto nam w twarz, że zawodzimy. I nie mamy prawa umywać rąk, wypierać się odpowiedzialności. Uciekać za granicę, na wieś, w śmierć. I choć dzieło zarówno Bernharda, jak i Lupy może nam się wydać w swej zawartości i przesłaniu pesymistyczne i przygnębiające, a nawet beznadziejne, to jednak reżyser twierdzi, że tak do końca nie jest. Solidne, uczciwe, szczere, prawdziwe rozpoznanie stanu rzeczy poprzez jego dogłębną analizę, w tym wypadku pięknie, mądrze dokonuje jej teatr, jest dobrym początkiem korekty, naprawy, zmiany, która może powstrzymać zło i nie dopuści do jego eskalacji, rośnięcia w siłę. I to jest to pozytywne działanie sztuki. Nadzieja, którą Krystian Lupa dostrzega, w którą wierzy. Ja też wierzę.

Myślę, że takiego teatru potrzebujemy. Teatru, który nie wycofuje się, nie ucieka przed trudną ale ważną problematyką o naszej sytuacji, kondycji społeczno- politycznej tu i teraz. Teatru opartego na mocnym, obnażającym naturę człowieka, relacje międzyludzkie tekście, profesjonalnym, perfekcyjnym aktorstwie, mądrej reżyserii. Teatru, który nie boi się mówić trudnej, niewygodnej prawdy. O sile duchowego, intelektualnego wstrząsu. Artystycznego katharsis. Ale zważmy, że Lupa zrealizował spektakl za granicą i tylko przy okazji Boskiej Komedii i 36.WST publiczność polska miała okazję go zobaczyć. Była uważna, w pełni usatysfakcjonowana, zachwycona celnością przesłania, najwyższym poziomem artystycznym wykonania. To jednak kropla w morzu potrzeb. Niewykluczone, że Krystian Lupa zrealizuje w Polsce PLAC BOHATERÓW. Ale kiedy, z kim, gdzie- nikt na te pytania nie jest w stanie dziś odpowiedzieć. Potrzeba jest wielka. Konieczność oczywista. Oczekiwania rozbudzone. Było magicznie, było cudnie.

Ex post dowiadujemy się, że jednym widzom to przeszkadza, innym odpowiada. Stąd kontrowersje. Ale trzeba przyznać, że adwersarz jest doskonale przygotowany, gra mocną, atutową kartą-zwartym, kompletnym przekazem w świetnym wykonaniu aktorskim i autorskiej rozpoznawalnej formie. Argumenty, że dzieło nic nowego nie wnosi, jest wtórne, bo powiela wcześniejsze pomysły, rozczarowuje, bo brakuje mu siły a reżyser w tym wypadku nie eksperymentuje a wykorzystuje, co dawno sprawdził i odnosi do doraźnych wydarzeń, konkretnych osób, przekaz jego jest zbyt monotonny, na jednej nucie grany, nie rozsadza systemu a zadowala się bieżącą konkluzją nie świadczy o słabości a pokazuje możliwości szerokiego nań spojrzenia i interpretacji.

To był najlepszy spektakl 36.WST. Pod każdym względem.:) Najpierw w przestrzeni prywatnej domu widzimy, ile z człowieka, w tym wypadku profesora Józefa Schustera, po śmierci zostaje w najbliższych mu ludziach, mimo że są służącymi. Kobiety porządkują jego rzeczy, wspominają go, mówią o jego poglądach, podejściu do życia, przyzwyczajeniach, nawykach, jego relacjach z ludźmi, rodziną. Bardzo to intymne wyznania przy prasowaniu koszul, ich składaniu, czyszczeniu butów, pokazujące, jak bliskie, naturalne, intymne więzi ich łączyły. Jakim człowiekiem był profesor Józef Schuster. Po pogrzebie, gdy na Placu  Bohaterów rozmawiają córki i brat Robert, rozszerzają naszą wiedzę o opinie, stosunek profesora do współczesnego świata w kontekście jego doświadczeń z przeszłości. Antysemityzm jest większy niż w czasie wojny, nie widać żeby się miało cokolwiek zmienić w relacjach społeczno-politycznych w świecie, w kraju, nie czuł się na siłach już tego znieść, nie chciał nigdzie wyjeżdżać i zobaczył jedyną możliwość ucieczki w śmierć. Nie znalazł wyspy szczęśliwej. Nie miał miejsca, które mogłoby być jego spokojnym, normalnym, bezpiecznym domem. Żona od dawna się nie liczyła, żyła własnym przeczuciem nadciągającej katastrofy i miłością do teatru, który też nie był w stanie  jej pomóc.  Profesor ignorował jej stan psychiczny albo uznał, że żadna zmiana go nie poprawi jeśli po tylu przeżytych latach nie był w stanie nawet oddać jej pokoju od podwórka, by ją uspokoić, popełnił samobójstwo, w impulsie, odruchu rezygnacji ostatecznej, bo był przekonany, że wyjazd do Oxfordu czy gdziekolwiek indziej niczego nie zmieni, to znaczy że znoszenie ciężaru życia, obrazu bezwzględnego, zepsutego świata, rozczarowanie nim i jego własna bezsilność wobec tego była dla niego już nie do zniesienia. Gdy wszelka dyskusja nie miała sensu. Praca też. Wpływ na ludzi/studentów, elitę intelektualną, rodzinę/ był żaden. Nic nie zmieniało się i nie zapowiadało się, że się zmieni na lepsze. Zbliżył się tylko do służącej Zillt, rozmawiał z nią po angielsku, uczył życia i siebie. Ale i ona w gruncie rzeczy rozczarowuje. Po jego śmierci narzuca otoczeniu, wbrew przyzwyczajeniom, rygorowi profesora, swoje nowe porządki/kwiaty/. Brat pozbawiony jest również złudzeń co do możliwości ratunku świata, rozumie profesora , ale różnili się zawsze bardzo. Wszystkie ważne bitwy ma już za sobą, wycofuje się w milczenie i chce czekać w spokoju i ciszy na śmierć na wsi. Córki, praktyczne, dojrzałe, żyją własnym życiem bez przyszłości. Żona jest w całkowitej władzy przeczuć napierającego zła, nienawiści, o którym mąż wiedział doskonale, znał jego naturę i działanie ale dawno ją opuścił, bo nie był w stanie tak naprawdę jej pomóc.  Sobie, jak się okazało, również.

Doskonale czujemy, co tak naprawdę zabiło Józefa Schustera. Człowieka zdrowego, inteligentnego, wykształconego, doświadczonego.  EX post widzimy. To skłócenie, brak rozliczenia z trudną przeszłością,  obcość, wrogość, brak wspólnego działania, narracja każdego osobnika zebranej społeczności w pokoju przy stole podczas spóźnionego obiadu, stypy, kiedy każdy mówi swoje, nie słucha drugiego a ten zgiełk nie prowadzi do porozumienia ale do nasilającego się bełkotu, kłótni, przekrzykiwania, chaosu, do rosnącego przerażenia na twarzy żony profesora, którego nikt nie widzi poza widzami,  i dopiero wrzucony do wnętrza kamień, otwierający drogę złu z Placu Bohaterów, ze świata zewnętrznego przewyższa, zagłusza, czy włącza się w  tą niszczycielską siłę, która jest prawdziwą przyczyną destrukcji, upadku, nabierającej mocy zła. Zła, które istnieje od zawsze. Ale jeśli ludzie nie będą w stanie mu się przeciwstawić solidarnie, spontanicznie, mądrze- skłóceni, nienawistni, okrutni, egoistyczni i źli-to znów zniszczy wszytko i wszystkich. W sztuce pierwszą ofiarą, świadomą ale i bezsilną wobec tego, co się dzieje, jest Józef Schuster. Stary, zmęczony, zrezygnowany ucieka w śmierć.

Tak, to najlepszy spektakl 36.WST, bo w swym wymiarze i kształcie diagnozuje naszą kondycję indywidualną i zbiorową. Sytuację na Litwie i w Polsce. I nie tylko. Pokazuje anatomię zła i do czego ono prowadzi, jeśli mu się pozwoli rosnąć w siłę. Doskonały formalnie i artystycznie spektakl nie poraża a przeraża. Ostrzega. Dojrzały, mądry, konsekwentny przekonuje. Antycypuje. Czy sztuka może być skutecznym orężem walki? W tekście sztuki, w spektaklu treści teatr zawodzi. Czy i tym razem, gdy Thomasa Bernharda wspomaga drugi wielki artysta Krystian Lupa również? Na to pytanie każdy z nas musi znaleźć w sobie odpowiedź. Powodzenia:)

niedziela, 1 maja 2016

KRAPP I DWIE INNE JEDNOAKTÓWKI TEATR POLSKI w WARSZAWIE


Jeśli wybierzecie się na KRAPPA I DWIE INNE JEDNOAKTÓWKI Samuela Becketta w reżyserii Antoniego Libery ze względu na krótkie formy dramatyczne, to zdziwicie się. Są ciężkie od nastroju znaczeń, niejednoznaczne choć na pozór proste, nieskomplikowane. Nie przegadane, choć oparte na tekście, niosą prawdę trudną do udźwignięcia. Życie nie jest takie oczywiste, jak nam się wydaje. Perspektywa ciągle się zmienia. Waga tego, co się w nim wydarza jest nie do przewidzenia. To na pewno nie jest poradnik jak żyć, by być szczęśliwym. Pożegnajcie się z tą myślą. Na koniec czeka na nas wielka samotność. Rozczarowanie. Ból, łzy i owoc, który lubicie na pocieszenie. Ale i on może być źródłem bólu. Życie boli. Starość boli. A potem się umiera. Rozpływa w wielkiej, ciemnej pustce. Bez śladu.

Krapp to stary człowiek, zmurszały, siwy. Lekko przygarbiony w ubraniu  zużyty jak on sam. W tonacji nostalgii, głównego przesłania: to, co najlepsze masz już za sobą i jeśli coś ważnego przegapiłeś, odpuściłeś, spuściłeś do rynsztoka zapomnienia, nieważności, zbędności, jesteś temu winien sam. Wróć do tego momentu, posłuchaj sam siebie, własnych argumentów i podsumuj czy było warto. Tak robi Krapp. Otwiera pudełko numer trzy, zapuszcza szpulę numer pięć, uruchamia siebie samego z przeszłości na nagraniu. Krapp zna siebie dobrze, był idealistą, artystą, oddanym bezwzględnie sztuce, która była w jego życiu najważniejsza. Potrafił zrezygnować z miłości, ze stałego związku. Porzucił świat dla kontemplacji. Nie ryzykował, nie sprawdził czy mu się uda czy nie. Skupił się na pracy. Ale natury nie da się przechytrzyć. To co było jego samego wytworem, dziełem, nim samym ostatecznie, nie miało znaczenia. Samo życie, tak. Utrwalał je, rejestrował, skrupulatnie podsumowywał. I tak jak banany , które uwielbiał pasjami jeść, smakować, przeżuwać, zawsze zatykały jego układ trawienny doprowadzając do bólu, fizjologicznej niewydolności tak to, co byłoby sensem, treścią , największą radością życia niszczy go swoim niespełnieniem. Krapp- ruina życia przeżytego racjonalnie, metodycznie, na swoich warunkach- ma świadomość wielkiej, osobistej klęski. Samotny, w towarzystwie siebie samego z przeszłości, smakuje ją, przeżuwa, przełyka. Nie wiadomo czy strawi. Bo widzimy, że tęskni, wraca myślą i czuciem do wspomnień dziewczyny w łódce w szuwarach, w której oczach świat krył się cały. Piękno obrazu, który maluje swoim mizernym, wyniszczonym ciałem, wyrazem oczu, ciemnością otaczającej go pustki, wyostrzony jest bólem zaprzepaszczonej szansy. Kołyszemy się razem z nim i jego młodością, tęsknimy razem z nim, chcemy, by czas się cofnął. Ledwie chwilę. Bo w gruncie rzeczy Krapp wie, ze przed nim pustka i za nim pustka. Taśmy to irytujący tego dowód. Póki ma swoje wspomnienie, istnieje. Jest jeszcze. Jest.

Starość nie udała się Panu Bogu. Ale też i ludziom. Ostatecznie, co się w życiu liczy, co jest ważne? Gdybyśmy to wiedzieli, życie i śmierć byłaby prostsza. A tak smak słodkiego banana pozostanie ironicznym substytutem ekstazy. Smakiem szczęścia, życia. Jeden nie wystarcza, dwa to za wiele. Poza tym jest zabójczy. Ale czy warto dalej utrzymywać się przy życiu, jeśli jedynym jego jasnym punktem jest to, co się nie wypełniło do końca. Obietnica miłości i szczęścia. Pozostawiła gorycz, złość na siebie samego, drwinę, śmiech co zagłusza okrucieństwo wymazywania człowieka w ciszy i samotności, pustce, która rośnie i rośnie. Napiera. Jak ciemność za Krappa plecami.

To tylko postać literacka, archetyp człowieka w depresji, zwątpieniu, który sam sobie kształtował los. Świadomy, racjonalny, wykształcony, wolny człowiek Zachodu w końcówce wyreżyserowanej przez siebie samego. Żałosny dureń, pyszny i pewny siebie, który już wie, że się mylił. Nie można żywić się samym sobą przez całe życie, bo na koniec nic nie zostaje. Zużył całą swoją energię. Kompletnie nic nie zostało. Rachunek, podsumowanie, resume jest zerowe. Jakby doszedł do punktu wyjścia ale na wszytko od nowa jest za późno. Płacze więc nad samym sobą biedny człowiek. Ubogi, zrezygnowany,w wyczerpaniu. Stoi na parapecie okna i czeka na swój ostatni samodzielny krok w przyszłość/pierwsza jednoaktówka/. Współczuje mu jego własne sumienie, jego świadomość personifikująca się w osobach dwóch mężczyzn analizujących jego zwyczajne, proste, niczym nie wyróżniające się życie. Współczuje sam sobie, nie mając siły zrobić nic więcej. Figura samotnej klęski, której nie pomoże już czytanie księgi. Stawianie akcentów we właściwym miejscu. Nie skoryguje już sam siebie. Nie nada swej intonacji głębi wiarygodnej. Tylko my w tym kontekście bekettowskiej czułości, uważności na człowieka, w sztuce zaklętej nadziei, mamy szansę na korektę, na zmianę, na życie pełną piersią do utraty tchu. Naładujemy swoje zmysły takim poziomem energii, że nie będzie czasu na wspomnienia. O wypaleniu, zwątpieniu, inercji nie może być mowy. Czy o depresji. Nie pozwolimy zniknąć dziewczynie, w której oczach będzie cały świat. Skonsumujemy całą rozkosz jaką nam przyniesie wspólne przedzieranie się przez życie. By wygaszany obraz siebie nie stał się tylko przeżywaniem straconej szansy, zmarnowanej nadziei o wysokim ryzyku porażki ale, jeśli trzeba, jeśli tak być musi, był porażką samą. Nie tęsknotą, pożądaniem ale nią samą. Do szpiku kości przeżytą, przetrawioną, wykorzystaną. Inaczej będziemy czekać z Beckettem po wieczność na Godota. Prześnimy swe życie. Zmarnotrawimy. Zaprzepaścimy. Zanim siłą inercji w pył się nie obróci.

Sztuka nie zawodzi. Precyzyjnie, mądrze wyreżyserowana przez Antoniego Liberę, delikatnie, lekko, ironicznie, precyzyjnie, powściągliwie zagrana przez Andrzeja Seweryna. To mistrzostwo artystycznego rzemiosła, doświadczenia i talentu. Zawierzenie twórców autorowi dzieła, któremu profesjonalna forma wykonania pomaga wzmocnić przekaz. To duża radość móc obserwować grę Andrzeja Seweryna, która sama w sobie jest zaprzeczeniem klęski beckettowskiego Krappa. Artysta nie zmarnował szansy, wykorzystał ją, całkowicie panując nad swoim bohaterem. Daje mu siebie, to pewne. Szelmowski uśmiech, błysk nadziei w oku, moc w głosie, zdecydowany, pewny gest. Pewność, że może w tej demonstrowanej samoświadomości granego przez niego bohatera po części ratuje człowieczeństwo Krappa. Godność, szacunek. A przez niego i nas. Ta uderzająca prostota, powściągliwość, surowość scenicznego świata przedstawianego jest pozorna. Ta oszczędność. Redukowanie do ostatecznego minimum. Bo tuż pod powierzchnią świata widzialnego aż kipi od napięcia i emocji, walki o ratunek, o nadzieję, o punkt zaczepienia, o cokolwiek. Jeśli nawet spełnienia nie ma i zaspokojenia, gdy nie ma nic, pozostaje życie samo w sobie. Takie jakie jest stanowi dar, wartość, ofiarę, możliwość. Jest nie kończącym się samo poprawianiem, wskrzeszaniem, korygowaniem. Choćby to było czytanie swego tekstu, słuchanie nagranej przez siebie taśmy, wnikanie w świat Krappa. I otarcie mu łzy.

Ten spektakl oparty jest na solidnym, dojrzałym aktorstwie. Na reżyserii podporządkowanej dziełu i przesłaniu tego, który je stworzył. Bez drastycznej ingerencji, zmian, dopowiedzeń. Gdy sprawdza się w teatrze czy to, co kiedyś zostało sformułowane nadal działa, jest aktualne. Mimo upływającego czasu, mimo nieuchronnych zmian. Świata, w nim nas.

Premiera spektaklu zbiegła się z jubileuszem 70-tych urodzin Andrzeja Seweryna, któremu udanie partneruje Antoni Ostrouch. Piękny to prezent dla wielkiego artysty, piękny i dla nas, widzów. 

KRAPP I DWIE INNE JEDNOAKTÓWKI 
SAMUEL BECKETT

przekład i reżyseria: Antoni Libera
scenografia: Anna Libera
światło: Mirosław Poznański
opracowanie dźwięków: Andrzej Brzoska
Fragment dramatyczny II
A – Andrzej Seweryn
B – Antoni Ostrouch 
C – Jacek Stefaniak
Ostatnia taśma
Krapp – Andrzej Seweryn
Impromptu "Ohio"
Czytający – Andrzej Seweryn
Słuchający – Antoni Ostrouch

premiera:14.04.2016

fot. Krzysztof Bieliński

sobota, 30 kwietnia 2016

36.WST ŚMIERĆ I DZIEWCZYNA TEATR POLSKI WE WROCŁAWIU

http://www.warszawskie.org/wp-content/uploads/2016/03/09-smierc-i-dziewczyna-fot-natalia-kabanow.jpg

Zaczyna się dynamicznie. Jak w erotycznym albo porno filmie czy spocie reklamowym tylko dla dorosłych: kopulująca para z kobietą obserwatorem. Golizna, sex, światło stroboskopowe. Krótkie, ostre, gołe, głośne "nie wiadomo o co chodzi". Kurtyna. Światło. No i przyłapano nas na podglądaniu. A może sprowokowano do podglądania. Bo tylko taki sens ma ta scena. Może oglądając sztukę cały czas będziemy podglądać pornograficzną, sadomasochistyczną gimnastykę jaźni, wizualizującą spragnione uczuć, tęskniące za seksualnym spełnieniem ciało. Nie potrafiące wymóc na świecie dla siebie zaspokojenia. Ukształtowane według jego zasad. Podporządkowane jego rygorowi. Wyćwiczone, zahartowane, posłuszne. Na ostrym głodzie pożądania poza zasięgiem spełnienia. Nieskonsumowany popęd biernie uprawiający oczami seks. I my, widzowie, jak bohaterka, nie rozładujemy napięcia powstałego w wyniku kontaktu ze światem tego spektaklu. Wyjdziemy z teatru na głodzie sztuki, która tak roznieciła w nas żar pożądania z nią obcowania, że nic tak nas łatwo już w obszarze teatru nie zaspokoi. Nie zadowoli. Utkwimy w niej na zawsze.

Piękno obrazu i dźwięku scenicznego, jego intensywność, symbolika i głębia tak sugestywne, złożone, niejednoznaczne hipnotyzują  będąc w drastycznym kontraście z pustką emocjonalną, niemożnością komunikowania, porozumienia się bohaterki z ludźmi na każdym możliwym poziomie. Wielka samotność z równie wielką żądzą konsumowania życia w bólu pęcznieje, rośnie. I wieloletnia opresyjność, terror, przemoc psychiczna i fizyczna systemu-domu, szkoły, otoczenia- który do tego doprowadza, pokazuje jak w człowieku kastruje się jego indywidualność i siłę do zdobywania tego, co go określa, definiuje i znaczy o jego wartości, poczuciu spełnienia. Nie pozwala naturalnie się kształtować, odkrywać, decydować o sobie. Pianistka -wychowana bez ojca w drylu bezwzględnego posłuszeństwa, rezygnacji z normalnego życia, podporządkowana despotycznej matce i dyrektorowi szkoły, narzuconej przez nich drodze kariery artystycznej, gdy liczy się tylko najlepszy, -jest ubezwłasnowolniana. Fizycznie i psychicznie. Mentalnie.  Wymuszane na niej zachowanie i postawy, zaburzają jej komunikację ze światem, z ludźmi.  Niszczą jej wolę. Siłę bycia sobą. Determinację walki o siebie. O własny styl życia. Napięcie powstałe pomiędzy naturalnym pragnieniem a niemożliwym spełnieniem jest ekstremalne i eksploduje w finałowym obrazie gdy staje się pięknym ciałem, na którym w szuwarach żerują królewicze zamienione w zrelaksowane, zadowolone z siebie żaby. Nie potrafiła do żadnej się zbliżyć, żadnej pocałować lub w jej przypadku nawet o czułym, niewinnym pocałunku jej wytresowana, oziębła natura nawet nie pomyślała.  Żądna perwersji, która w istocie została jej zaszczepiona przez opresyjny świat jej dzieciństwa, młodości, dojrzałości, nasz świat współczesny.

Bo jesteśmy w teatralnej świątyni w Houston, gdzie nie ma nic poza mrocznymi, czarnymi obrazami Marka Rothko- łącznikami z transcendencją, metafizyką, siłą wyższą, ostateczną-wyzwalającymi i pożerającymi jeden po drugim projekcje siebie, obrazy życia, świata wewnętrznego, intymnego, osobistego, ukrywanego. Zapomniane, wypierane wspomnienia. Stany psychologicznych wizji, pragnień, świadomości. Duchowej samotności i pustki. Cokolwiek później widzimy w scenograficznych transformacjach, słyszymy poprzez muzykę klasyczną i nowoczesną, w dźwiękach, w powściągliwym, klasycznym kostiumie, uładzonej fryzurze czy charakteryzacji postaci to pod nią pręży się świat spychany do podświadomości, dokonujący gwałtu na jednostce, kobiecie, artystce. Lecz nie tylko. Pianistka nie jest jedyną złamaną, wykrzywianą, chorą figurą tego dramatu. Wszyscy są w mniejszym czy większym stopniu dziwni w tej historii jednej postaci, pokazanej w różnych fazach, momentach życia. Uczennica, córka dojrzewająca do roli nauczycielki, niespełnionej, bez sukcesu pianistki stającej się z czasem własną matką. Poświęcenie ćwiczeniom gry na fortepianie, całkowite oddanie muzyce, podporządkowanie nauczycielom, matce, z którą łączą ją toksyczne relacje, związki, zależności. Ręce zakatowane, zbroczone krwią od ciągłych morderczych ćwiczeń i bicia ich różnej długości linijką. Nic dziwnego gdy w samoobronie, w geście znoszenia poniżania, rosnącego poczucia winy, cierpienia, że rozczarowuje matkę tyrana, samą siebie ten ból wraz z innymi negatywnymi doznaniami przetworzyła w sadomasochistyczną ekstazę. I przeniosła na sferę seksualnych oczekiwań, przeżyć, pragnień. Zaburzona relacja z ojcem, chorym, zidiociałym mężczyzną, nad którym znęcała się razem z matką, nie wypracowała normalnych relacji. W czasie ciszy odwiedzin pozostała całkowicie bierna, nieczuła, milcząca. Brak wzorca męskiego pogłębiał despotyczny dyrektor szkoły, personifikacja systemu opresyjnego, nastawionego na zimne, wymagające całkowitego podporządkowania wychowanie, forsowania wysiłku ponad miarę w wyścigu po zwycięstwo. Brak sukcesu to klęska, degradacja, świadomość, że się zawiodło. Przyczyna niskiej samooceny. Bezradności wstydu, rozczarowania. Przenoszona na kontakty z mężczyznami, z ludźmi. Wszechstronna wiedza o muzyce i niemożność perfekcyjnego jej zagrania pogłębia frustrację. Ta blokada w niej samej, skaza, nie pozwala ostatecznie zsynchronizować się umysłowi z ciałem. Brak psychicznej dyspozycji powoduje, że tylko słowami jest w stanie oddać istotę rzeczy, nazwać to, co powinno muzycznie wybrzmieć, seksualnie zadziałać. Sprawdzić się, dać satysfakcję. I w ratowaniu siebie w ramach kompensacji siłą swojej wyobraźni wyraża to, co czuje, jak czuje.

Wszystkie środki sceniczne ilustrują mechanizm wynaturzania zniewalanego człowieczeństwa. Pokazują sposoby wywierania presji. Demaskują skuteczność przemocy. Brutalnie, okrutnie obnaża stosowanie systematycznej tortury ciała dla wypierania z niego wolnego, niezależnego, swobodnie kształtującego się ducha. Sygnalizuje to chodzenie w czerwonych butach jakby nogi broczyły we krwi na drodze życia, sadomasochistyczne wizje kompensujące cierpienie duszy, dające odrobinę wolności, ukrywanie wyuzdanego wnętrza  w opakowaniu poprawnej normalności. Wizualizuje to lód zewnętrzny postaci z ogniem wewnętrznym człowieka. Ekwilibrystyczne układy taneczne, choreograficzne instalacje z nagich ciał, ludzkie piramidy, układ jazdy figurowej na lodzie, akrobatyczny popis Ucznia i Córki w końcowej scenie pokazujące kult sprawnego, pięknego, młodego ciała i cielesne fascynacje bohaterki w kontraście z mechaniczną grą ciał podglądaną przez nią w peep shopie w realu.

Inspiruje mnie bogactwo tego artystycznego dzieła łączącego spójnie, konsekwentnie różnorodne, odległe i bliskie asocjacje wykorzystujące w sposób genialny plastyczny, muzyczny, tekstowy, aktorski, choreograficzny jego potencjał.  Nie przeszkadza mi ten wysypujący się na scenie przede mną róg obfitości, ten pozorny chaos, jak nie drażnią mnie na pozór puste obrazy Rothko. A wyzwalają kreatywność. Spokojem ale i napierającym niepokojem. To jest teatr, który daje możliwość indywidualnej, swobodnej, nieprzewidywalnej podróży. Można kluczyć w jej labiryntach na wiele sposobów, według przez siebie stworzonego klucza.  Każda kombinacja, konfiguracja jest sensowna, uzasadniona, ciekawa. Tylko moja własna wrażliwość, pamięć, wyobraźnia raz ją może poszerzyć, raz zawęzić, uprościć czy skomplikować. Zawsze to, co pozostaje po tym podglądaniu, grzebaniu, wyborze ciekawego spojrzenia, jest piękne. Niepokojąco piękne. Bo stara się dociec prawdy, wejść w czerwone buty, zanurzyć ręce we krwi, w ciele dziewczyny i zakresem tylko własnej do człowieka czułości namalować swój jej obraz na -zasycających wszystko, każdą drobię światła, informacji, miłości ale i bólu, cierpienia- czerniach Rothko.

To jest teatr jeszcze do końca nie wykalkulowany. Na szczęście. Zawiera w sobie spontaniczność, chropowatość, przypadkowość, lekkość, gromadzi tak wiele. Rozsypane prawdy i kłamstwa w czasie i w przestrzeni, w realu i w wyobraźni, bohaterów  w sobie i innych ludziach. Przeładowany jest jak życie, to co je wypełnia, definiuje i pragnie. Nie wszystko musimy rozumieć, nie wszystko musimy czuć od razu czy kiedykolwiek. Nie martwmy się, jeszcze długo będzie w nas pracować, składać obrazy znaczeń jak puzzle, tworzyć własną choreografię sensów. Wielka sztuka to potrafi. Spójrzcie na obrazy Rothko. Każdy co innego zobaczy, poczuje, zrozumie. I każdy będzie miał rację. I to właściwe czucie. Najważniejsze, że własne. A poprzez nie każdego innego. Bo w istocie przenikamy przez siebie jak eony i stanowimy różnorodną jedność. I w tej różnorodności jest wielka wartość. Nie do przecenienia.

Sztuka musi być wolna. Różnorodna, zróżnicowana. Jeśli będzie niemożliwa jej ekspresja, to tłumiona, wypierana, niszczona wynaturzy się. Nie zginie ale przeniesie się w sferę absolutnie wolnej wyobraźni- zamknięta, zniewolona, okaleczona. ŚMIERĆ I DZIEWCZYNA to spektakl o sztuce.


ŚMIERĆ I DZIEWCZYNA


autor: Elfriede Jelinek na podstawie wybranych utworów ze zbioru Śmierć i dziewczyna I–V. Dramaty księżniczek (Der Tod und das Mädchen I–V. Prinzessinnendramen): Królewna Śnieżka (Schneewittchen), Śpiąca Królewna (Dornröschen) i Rosamunde

reżyseria:Ewelina Marciniak
opracowanie tekstu i dramaturgia: Łukasz Wojtysko
scenografia, kostiumy i reżyseria światła: Katarzyna Borkowska
muzyka: Piotr Kubiak
choreografia: Dominika Knapik

obsada: Małgorzata Gorol, Ewa Skibińska, Katarzyna Strączek, Andrzej Kłak, Piotr Nerwelski, Michał Opaliński, Paweł Smagała oraz Mikołaj Ferenc, Krzysztof Dudek, Grzegorz Rdzak, Rossy i Tim

zdjęcie:http://www.warszawskie.org/smierc-i-dziewczyna/
http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/213102.html

piątek, 29 kwietnia 2016

36.WST CAR SAMOZWANIEC Teatr im. H. Modrzejewskiej w Legnicy

http://www.warszawskie.org/wp-content/uploads/2016/03/1-7.jpg

CAR SAMOZWANIEC w reżyserii Jacka Głomba to dynamiczny, nowoczesny, pełen emocji, namiętności, żądzy władzy i przemocy spektakl historyczno-polityczny z rekwizytami, w kostiumie, w scenografii rzeźni-fartuchy, tasaki, noże, haki, krew, ogień, żywy dźwięk- o starych jak świat motywach działania człowieka-polityka, o mentalności Polaków i Rosjan, ich narodowych ambicjach, przywarach, charakterach, które jak linie papilarne genotypu tożsamości odciskają się na losach obu narodów, ich relacji. Spuścizną wzajemnych doświadczeń więżą pokolenia. Spektakl o fałszywym carze "Łże-Dymitrze", realnej, brutalnej władzy, przyczynach jej klęski, instrumentalnej roli kobiet w świecie mężczyzn, który zderza fakty historyczne ze współczesnością udowadnia, że podbojów politycznych dokonuje się dla zdobycia władzy, poprzez nią wpływów i majątku, zaspokojenia indywidualnych potrzeb na własnych warunkach. Pod sztandarem wprowadzania dobrej, lepszej, najlepszej zmiany -dziś mówimy demokracji- brutalną siłą wojny podporządkowuje się naród narodowi chcąc go przeprogramować na własną modłę. To jest ponadczasowe. Ta opresja systemu wartości zwycięzcy siłą narzucanych tym, których się podbija. To mocne, atakujące zmysły widza przedstawienie -język łączący rosyjski i polski, łaciński, na żywo wykonywana muzyka, wizualny obraz sceniczny-używa tekstu Adolfa Nowaczyńskiego z 1908 roku, prowokuje do zastanowienia, dyskusji. Brawo Albert Pyśk, CAR SAMOZWANIEC! Brawo Paweł Wolak, Wasyl Szujski! Brawo pozostali aktorzy Teatru im. H. Modrzejewskiej w Legnicy, którzy stworzyli na scenie bohaterów z krwi i kości!

Spektakl zaskakuje pod każdym względem. Bo to doskonały teatr łączący stare przekazy zdarzeń z nową formą ich przedstawiania i poprzez to sublimuje wszystko, co stałe, uniwersalne, ponadczasowe a przeniknęło w sposób podskórny, podświadomy do współczesności. Opowiada zrozumiale i przystępnie bardzo dawne, prawdziwe wydarzenia związane z kulisami podstępnego, zbrojnego zdobywania władzy, krótkiego okresu jej sprawowania i tragicznego upadku, końca. Odsłania kulisy politycznych gier, ujawnia ukryte motywacje, wybujałe ambicje. Można zapytać: dlaczego nas interesuje dziś historia cara oszusta, Dymitra Samozwańca? Po co nam ona? Co nam daje?

Sprawa dotyczy Polaków i Rosjan. Sąsiadów. Obu narodów mentalności, ich konstrukcji, cech, właściwości. Mówi o tym, ze Polacy popierając Dymitra Samozwańca mieli ambicje podbicia Rosji i czerpania z tego faktu konkretnych zysków. Chęć wzbogacenia się, wynikająca z pazerności, chciwości była głównym motorem ich działań. Co dobitnie świadczy o tym, że byliśmy jednak sporadycznie kolonizatorami. Chęć narzucenia idei wolności była parawanem dla prawdziwych, bardzo merkantylnych, prozaicznych, osobistych celów. Naród rosyjski, niewykształcony, zastraszony, przez wieki gnębiony i wykorzystywany nie rozumiał propozycji zmian nowej władzy. Lękał się ich bardzo i nic dziwnego, że ich nie chciał. Doświadczenie go uczyło, że trzeba się bezwzględnie podporządkować władzy, nie sprzeciwiać jej, znosić wszystko, każdą opresję, gwałt i grabież. Terror rządzących ukształtował go na zbiorowość uległych niewolników, która z pokolenia na pokolenie służyła swym panom, milczała, z pokorą znosiła swój ciężki los. A to, co niezgodne było z tradycją i obyczajem, przekraczało lub ją zmieniało odbierała jak zagrożenie. Bojarzy rosyjscy, podstępni, sprytni, przebiegli snuli sieć intryg, podstępów, by odzyskać władzę, bo nie chcieli jarzma polskiego. Dopięli swego pod wodzą Wasyla Szujskiego, bezlitosnego, bezwzględnego przyszłego cara. Dymitr Samozwaniec został brutalnie zamordowany, jego zwłoki zbezczeszczono, by wspomnienie jego rządów budziło grozę i odstraszało od ewentualnych buntów, samozwańczych starań o władzę. Terror strachu to skuteczna broń.

Spektakl nie tylko pokazuje polską rusofobię ale kojarzy się też ze współczesnymi światowymi konfliktami militarnymi/np. w Iraku/, które pod szyldem wprowadzania systemu demokratycznego pacyfikują kraj, zmuszają do zmian społecznych, ideologicznych, kulturowych a w istocie chodzi o egoistyczne korzyści biznesowe, materialne, poszerzenie strefy politycznych wpływów, kontrolowanie jednego kraju przez drugi. To cynizm polityki,  przewaga siły militarnej decydują o zwycięstwie a cała reszta to czyste, manipulujące działanie propagandy, która pozwala ukryć prawdziwe cele polityków budujących miraże szczytnych planów łączenia kultur, chęci pomocy, naprawy, zmiany na lepsze, ratowania świata. I tu widzimy, że dziś jest jak już było kiedyś. A my ciągle dajemy się zwieść wizji polityki czystych rąk, sumień i celów. 

Sztuka pokazuje przy okazji, że gotowi na wszystko ambitni politycy wykorzystywali kobiety, które w tym świecie rządzonym przez mężczyzn nie miały nic do powiedzenia. Nie stanowiły o sobie. Były towarem, którym się płaciło zobowiązania polityczne. Używało się je instrumentalnie. Jeśli miały jakiekolwiek ambicje, mogły je realizować tylko i wyłącznie poprzez mężczyzn. Ale to były nieliczne przypadki. Dowodzą jednak, że w najmniej sprzyjających warunkach można zawsze wywalczyć odrobinę wolności, przestrzeni dla działania, dla własnych celów, płacąc jednak wysoką cenę. Sytuacja kobiet dziś się zmieniła ale nie na tyle, by móc powiedzieć, że na świecie jest idealna.

Być może spektakl z Legnicy przepracowuje historyczne wątki stosunków polsko-rosyjskich w zderzeniu z indywidualnym doświadczeniem jej mieszkańców, gdzie w czasach PRL-u stacjonowało wojsko radzieckie. Jeśli sztuka pomaga zrozumieć więcej, lepiej, głębiej o sobie nawzajem, to nich działa. Taka jej rola. Takie przeznaczenie. Taki też sens. 

Spektakl poprzez nowoczesną formę-mocną, sugestywną, wyrazistą-udowadnia, że klasyka może być nadal żywa, komunikatywna, przemawiająca do naszej współczesnej wyobraźni, wrażliwości. Pokazuje punkty wspólne przeszłości i teraźniejszości obu narodów, matryce uprzedzeń, lęków, zaszłości, rachunków krzywd i ambicji, które się nie zmieniają. W sztuce odkrywamy korzenie dzisiejszych animozji, źródło bieżących punktów widzenia, stereotypów. To, co się nie zmienia, bo się dokonało, utrwaliło i dziś nadal straszy, uczy, przestrzega. Także w innych regionach świata.



CAR SAMOZWANIEC 
ADAM NOWACZYŃSKI

reżyseria:Jacek Głomb
adaptacja: Robert Urbański
scenografia i kostiumy: Małgorzata Bulanda
muzyka: Kormorany – Jacek „Tuńczyk” Fedorowicz, Piotr „Blusmen” Jankowski, Krzysztof Konik Konieczny, Artur Gaja Krawczyk
ruch sceniczny: Witold Jurewicz

obsada: Magda Drab, Małgorzata Patryn, Anita Poddębniak, Magda Skiba, Małgorzata Urbańska, Bartosz Bulanda, Rafał Cieluch, Robert Gulaczyk, Filip Gurłacz, Bogdan Grzeszczak, Hubert Kułacz, Mateusz Krzyk, Paweł Palcat, Albert Pyśk, Mariusz Sikorski, Bartosz Turzyński, Paweł Wolak