piątek, 10 listopada 2017

BIEDNY JA, SUKA I JEJ NOWY KOLEŚ SCENA PRZODOWNIK



BIEDNY JA, SUKA I JEJ NOWY KOLEŚ, sztuka Michała Walczaka od dawna jest grana na Scenie PRZODOWNIK. Ma powodzenie. Łączy komediowość zachowań,  relacji młodych ludzi z surową, bezwzględną, celną oceną ich postaw, charakterów, osobowości. Sytuacje zabawne prowadzą widzów ku  poważnej refleksji, nie śmiesznej wcale puenty.

Mała scena, oszczędna scenografia skutecznie zamyka współczesną egzystencję młodego pokolenia w pigułce goryczy samotności, beztroski, demonstrowanego ostentacyjnie dystansu. Bagatelizowania wszystkiego. Minimalizm formy,  kamuflaż języka, okazywana nonszalancja i afirmacja tego co jest i jak jest ukrywa wielką potrzebę bliskości, prawdziwego uczucia. Rodzi napięcie pomiędzy tym, co się nam teatralnie objawia i jest  powierzchowne, naskórkowe, błahe z tym, co jest wypierane a upragnione, głębokie, czyste, pierwotne. Bohaterowie nie wierzą chyba i nie mają nadziei, że miłość, wierność, przyjaźń jest możliwa, jakby prawdziwe wartości a priori były poza ich zasięgiem. A jeśli nawet o nich marzą, do nich tęsknią, ich pragną, to nie wiedzą jak marzenie o mitycznym szczęśliwym życiu zrealizować. Po prostu nie potrafią nie nauczeni, pozbawieni punktów odniesienia. Stare wzorce się wyczerpały, nie znajdują zastosowania w dzisiejszych realiach. Na wypracowanie nowych, bohaterowie zdają się nie mieć czasu, siły, pomysłów. Cierpliwości.

Obserwujemy więc nieznośną choć zabawną lekkość życia, rozjechanego przez bylejakość codzienności, przeciętność, groteskowość niedojrzałości młodych ludzi, którzy poddali się słabości i unoszą się na fali konieczności i wygody. Jest bezstresowo fun &cool. Bez szans na zmianę w przyszłości. Bo każdy sukces wymaga nieustannej pracy nad sobą, brania życia za rogi, ciągłej walki.

Ona, piękna, niestabilna emocjonalnie, zagubiona SUKA Agnieszki Warchulskiej, i ich dwóch absztyfikantów: bezsilny, starający się bez skutku znaleźć swoje miejsce w życiu BIEDNY JA Macieja Wyczańskiego i ot, po prostu JEJ NOWY KOLEŚ Marcina Sztabińskiego tworzą trójkąt, ale nie klasyczny. Bo nie małżeński, nie partnerski, nie przyjacielski. Można go ewentualnie nazwać przejściowym, tymczasowym, próbnym. Nawet NARRATOR Roberta Majewskiego w białym garniturze, obecny cały czas na scenie jak dobry duch czy anioł stróż, nie jest w stanie wpłynąć na przebieg zdarzeń, na bohaterów. Relacje są płynne, niezobowiązujące, niedojrzałe. Powierzchowne bez szansy na dalsze, głębsze, poważniejsze rozwinięcie. Bohaterowie uwięzieni są w swojej beztrosce, bezsilności, braku zdecydowania jakby nie wiedzieli kim są, co chcą w życiu robić. Zawieszeni w konsumpcyjnej, egoistycznej egzystencji z dnia na dzień, poddają się jej bezrefleksyjnie bez najmniejszego oporu, nie potrafią, nie chcą, nie mogą zmienić myślenia kategoriami "ja" na "my". I wyczuwa się w nich ten dystans podszyty lękiem gdy dokonują wyborów, podejmują decyzje. Śpieszą się gdzieś, szybko akceptują nowy stan rzeczy. Wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie. Jakby bez ich prawdziwego, przemyślanego dobrze udziału.

Michał Walczak napisał zabawnie o poważnych sprawach współczesną sztukę a aktorzy, doskonale ją rozumiejąc i czując, zagrali. Czy zgodzimy się z rozpoznaniem rzeczywistości przez artystów? Każdy winien przekonać się osobiście. Na szczęście jeszcze spektakl grają. Powodzenia:)

BIEDNY JA, SUKA I JEJ NOWY KOLEŚ
Autor - Michał Walczak
Reżyseria - Piotr Jędrzejas
Asystent reżysera - Iwona Gradkowska
Scenografia - Marcin Chlanda
Kierownik produkcji - Magdalena Romańska
Inspicjent - Mateusz Karoń

Obsada:
Suka - Agnieszka Warchulska
Biedny Ja - Tadeusz Łomnicki / Maciej Wyczański
Jej Nowy Koleś - Błażej Wójcik/ Marcin Sztabiński
Narrator - Robert T. Majewski
Premiera w Laboratorium Dramatu - 24 kwietnia 2009 roku

Zdjęcie plakatu: Daniel Rudzki / Piotr Wacowski lay out Langfuhr&Magenta

czwartek, 9 listopada 2017

SOLIDARNOŚĆ. NOWY PROJEKT


Wcześniej był spektakl SOLIDARNOŚĆ. REKONSTRUKCJA w Teatrze Polskim w Bydgoszczy, teraz po zmianach SOLIDARNOŚĆ. NOWY PROJEKT w ATM Studio w Warszawie. I jest niezwykły. Paradokumentalny. Teatr życia spotyka się w nim z teatrem sztuki. Ziściło się marzenie realizowania poprzez sztukę misji społecznego dialogu. W pełnej wolności. W konfrontacji miejsca i czasu. Z perspektywy  36 lat.

Autorzy spektaklu przywołują stenogramy  z I Krajowego Zjazdu Delegatów NSZZ "Solidarność" z 1981 roku, dokumentalne filmy z obrad, rozmów, wystąpień, wywiadów, sond ulicznych, w stoczni. Wypowiadają się aktorzy jako przedstawiciele zagranicznych delegacji związków zawodowych, wyemitowany jest na ekranie film z odczytem listu z USA do delegatów, zrealizowany na potrzeby spektaklu.  Twórcy wykorzystują bieżące zdjęcia z protestów ulicznych, podczas których cytują nadal aktualne wypowiedzi konkretnych osób sprzed lat. Teatr konfrontuje  wymowę tych materiałów, które są świadectwem  historycznych sytuacji, rewolucyjnych przemian związanych z SOLIDARNOŚCIĄ z dniem dzisiejszym. I wypada ona niekorzystnie, a nawet druzgocząco. Bo można odnieść wrażenie, że przez ponad trzy dekady nic się nie zmieniło: stare postulaty są ciągle aktualne, bo nie spełnione, nadal marzymy o tym, by bez lęku w wolny, nieskrępowany sposób wyrażać, co się myśli i czuje naprawdę, bo tylko wtedy można zmieniać siebie, rzeczywistość, świat.

Widzimy przede wszystkim entuzjazm tamtych dni, efekt zrywu SOLIDARNOŚCI, liczącej 10 milionów członków. Szczerość, otwartość, bezkompromisowość emanującej wolności w zwykłym człowieku. Dowód na jej istnienie. Nieważna jest nieporadność, nieskładność wypowiedzi. Boksowanie argumentacyjne delegatów i prezydium Zjazdu. Podążanie za prawdą jest ważne. Obrona jej jest ważna. Upór, by mogła zostać wypowiedziana, zatwierdzona przez większość, co potwierdzi, że demokracja istnieje, co więcej działa. Materiały z tamtych dni świadczą, że prosta, szczera intencja mówienia, co się naprawdę czuje, myśli, sądzi stanowi siłę, gdy człowiek przestaje się bać. I to było piękne, wartościowe, stanowiło kapitał na następne lata budowy nowego państwa, nowego społeczeństwa, nowego systemu. Czuje się moc nadziei, głęboką wiarę, że się uda, że warto walczyć.

Kapitał SOLIDARNOŚCI został jednak roztrwoniony. Jesteśmy tego świadkami. Gorzka to konstatacja. Prowadząca do punktu, gdy mamy świadomość, że wszystko zaczynać trzeba od początku. Może dlatego, że w ferworze hurra optymizmu, zapomnieliśmy o tym, że o wolność i demokrację należy walczyć, bić się każdego dnia. Nie wystarczy mieć władzę. Zwycięstwo jest wtedy, gdy można je kontynuować, rozwijać. Wysiłek był tak wielki, emocje szalone, entuzjazm zagłuszał podszepty rozumu, że walka nie jest skończona.

Spektakl w przedstawionym materiale dokumentalnym ujawnia zarodki tego zła, które, jak wiemy to już dziś z perspektywy czasu i faktów dokonanych, znamionowały błędy i wypaczenia kształtującego się nowego systemu. Nie bez przyczyny twórcy cytują wystąpienia przedstawicieli związków zawodowych dojrzałych demokracji. Okrzepłych, mających duże doświadczenie ale i oswojonych, spacyfikowanych już przez kapitalistycznych pracodawców. 200 lat demokracji w USA doprowadziło do tego, że związki zawodowe stały się tam karykaturą samych siebie. W Polsce dziś rola związków zawodowych jest minimalizowana, ograniczana. Jak jest naprawdę, każdy z nas na swoim podwórku zawodowym obserwuje i doświadcza.

Widzowie usadzeni w pojemnej przestrzenni ATM Studio, podobnie jak delegaci I Krajowego Zjazdu Delegatów NSZZ "Solidarność" w Gdańsku, konfrontowani są z prawdą  tamtych i obecnych czasów. Po jednej stronie wyświetlane są dokumentalne fragmenty filmów z obrad Zjazdu, po drugiej stronie ujęcia publiczności  w czasie rzeczywistym trwającego spektaklu. Na ekranie na wprost widowni obserwujemy zbliżenia z teatralnych obrad, które dosadnie pokazują atmosferę, okoliczności dyskusji  delegatów, później obrad Prezydium Zjazdu. Aktorzy- delegaci zabierają głos również z miejsc usytuowanych na widowni. Genialny jest moment negocjacji nad uchwałą, kiedy kartka jest zamazywana kolejnymi uwagami, zmianami, w końcu porwana i na powrót składana zgodnie z kolejną koncepcją. Zaciera się sens, jasność, zasadność  w tym dyskusyjnym bałaganie. Kończy go głosowanie.

Powiązanie dokumentu, autentycznych zdjęć, prawdziwych postaci z obrazem dnia dzisiejszego winno  dawać mocno do myślenia, skłaniać do działania. Wszystko -muzyka, piosenki, postulaty, atmosfera, siła demokracji bezpośredniej -w tym spektaklu przypomina siłę i sprawczość wspólnotowości. Argumenty są twarde, wnioski oczywiste. Walka o demokrację, wolność i prawdę winna trwać. Jest potrzeba. Konieczność. Imperatyw wewnętrzny, który staje się znów przymusem spontanicznego, oczywistego protestu wobec tego, co demokratyczne, wolne, prawdziwe  nie jest. Twórcy przywołują ducha solidarności, by sprowokować w nas samych proces krytycznego myślenia, aktywnego działania.

Spektakl działa. Dlatego jest tak ważny, choć mało teatralny, mało zdystansowany, mało aluzyjny. Adekwatnie do tematu wizualnie, scenograficznie dostosowany. Ma przejrzystą konstrukcję. Jasny cel. Stosuje proste środki. Aktorstwo podporządkowane jest koncepcji reżysera. Kobiety czytają kwestie męskie, mężczyźni wchodzą w role żeńskie. Nie ma to znaczenia. Chodzi o człowieka, o każdego z nas, o ideę, o przesłanie. Bo jest to teatr zaangażowany, bezkompromisowy, polityczny. Nie składa broni, nie smęci a konfrontuje i rzuca nam odważnie w twarz, że zawodzimy. Że nie pamiętamy, bo nie chcemy pamiętać. Że na powrót zniewoliliśmy w sobie tego prostego człowieka, który się nie lękał mówić tego, co myślał i czuł. Nie bał się mówić prawdy. Straciliśmy entuzjazm i czystą, prostą wiarę w to, że można zmienić rzeczywistość. A więc widzu: patrz, myśl i działaj. A więc walcz! Bądź wolny, bezkompromisowy. Empatyczny. Solidarny. Inaczej zgnuśniejesz w słodkim, miłym, dostatnim, wygodnym życiu. Prześnisz kolejną rewolucję.

Przejmująca jest kulminacja spektaklu. Wstrząsająca. Celna. Jest to film z autentycznej, niedawnej  manifestacji idącej ulicami miasta w kordonie policji, w którym uczestniczą  aktorzy-niczym duchy z odległej przeszłości albo oni sami, albo każdy z nas-wypowiadający słuszne, te ciągle niespełnione i nowe postulaty, aktualne nadal żądania, treści. W prostych, lapidarnych zdaniach domagają się obrony demokracji. Czy jesteśmy z nimi solidarni? Warto to sprawdzić, warto się przekonać. Powodzenia:) 

Następne spektakle w ATM Studio:
8 grudnia 2017, g. 19:00
9 grudnia 2017, g. 19:00
/więcej informacji na profilu FB spektaklu, http://trwarszawa.pl/repertuar//


SOLIDARNOŚĆ. NOWY PROJEKT 
reżyseria i scenografia: Paweł Wodziński
współpraca dramaturgiczna: Piotr Grzymisławski
muzyka: Karol Nepelski
wideo: Magda Mosiewicz
światła: Michał Głaszczka
projekt dźwięku: Łukasz Maciej Szymborski
asystent kompozytora: Sławek Kyrylow
konsultacja merytoryczna: Jan Sowa
produkcja: TR Warszawa

obsada: Beata Bandurska, Magdalena Celmer, Paweł L. Gilewski, Mirosław Guzowski, Maciej Pesta, Martyna Peszko, Sonia Roszczuk, Jan Sobolewski, Anita Sokołowska, Małgorzata Trofimiuk, Jakub Ulewicz, Piotr Wawer Jr, Małgorzata Witkowska, Konrad Wosik


Materiały filmowe z I Zjazdu Delegatów NSZZ "Solidarność" użyte w spektaklu pochodzą ze zbiorów Fundacji Video Studio Gdańsk

https://historia.org.pl/2016/12/19/i-krajowy-zjazd-delegatow-nszz-solidarnosc/
http://www.aict.art.pl/2017/11/11/finisaz/
fot. Monika Stolarska

środa, 8 listopada 2017

WORKPLACE


WORKPLACE, miejsce pracy, okazuje się być przestrzenią wiwisekcji współczesnych dylematów pracowników, w tym wypadku kobiet, polem eksperymentu, doświadczenia, symulacji, pozwalającym sprawdzić dlaczego praca jest nam potrzebna, jak się w roli pracownika, pracodawcy, szukającego pracy czujemy, czy musimy pracować, czy praca jaką wykonujemy nas zadowala, rozwija, czyni szczęśliwym, czy jest przymusem, koniecznością czy może szczęśliwie naszą pasją. Spektakl po to jest, by je prowokować. Pytań jest dużo, ciągle wracają w spektaklu, każdy widz może je jeszcze modyfikować, multiplikowyć, formułować w osobiste, intymne, nieskończone ciągi dalsze. Dobrze, że spektakl je postawił, bo zapracowani, nieustannie zajęci, w ciągłym pędzie na co dzień nie mamy czasu na myślenie, zastanawianie, ocenę siebie i pracy, jaką w danym momencie wykonujemy. Może też wypieramy ten proces, bo jest dla nas zbyt bolesny, trudny, nieprzyjemny. Kłopotliwy. Uciekamy od tych pytań z powodu przyzwyczajenia, konieczności, nawyku. Wygody. Afirmacji stanu rzeczy takim jaki jest, bo boimy się zmian, ryzyka, odpowiedzialności za ich ewentualne niekorzystne skutki. Nie ma się też co łudzić, sytuacja kobiety na rynku pracy, jej status, możliwości awansu, realizowanie kariery według jej własnej koncepcji jest o wiele gorsza niż mężczyzn. Kobiety łączą pracę zawodową z obowiązkami domowymi, rodzinnymi. Nadal muszą walczyć o swoje. Nawet jeśli są lepsze, mają wyższe kwalifikacje, większe doświadczenie. Potencjał.

Dlatego autorska koncepcja spektaklu Bartka Frąckowiaka, nomen omen mężczyzny, tak jest ważna, potrzebna, interesująca. Imponuje pomysłem inscenizacyjnym, podejściem do tematu, kompozycją, końcową kulminacją, która zaskakuje i wzrusza. Mocno daje do myślenia. Cieszę się, że mogłam ten spektakl obejrzeć.



W przestrzennej hali ATM Studio scena wydaje się miejscem laboratoryjnym, przeznaczonym do eksperymentu.  Zaaranżowana jest jak zagracone biuro, w którym nagromadzono dużą ilość przestarzałego sprzętu. Są telefony, komputery, kserokopiarka, biurka, lampy, krzesła, zwoje kabli, nieśmiertelna palma, itd.  Przychodzi od razu na myśl, że ludzie/aktorzy/ jak szczury, będą tu poddawani próbom, dzięki którym będzie można ich poznać, sprawdzić, przećwiczyć. I tak jest w istocie. Poznajemy panie w różnym wieku, o różnym statucie i wykształceniu, reprezentantki trzech pokoleń. Na początku przedstawiają się formą swojego cv. Przyszły na rozmowę kwalifikacyjną, chcą zaprezentować się z jak najlepszej strony. Głos z offu, również kobiecy, jak anonimowy Big Brother z ukrycia zarządza nimi. Niczym demiurg reżyseruje  to spotkanie, beznamiętnie, metodycznie, surowo. Panie opowiadają o sobie, poznajemy je coraz lepiej. Wchodzą też w różne, narzucone im role. Raz są pracownikiem, raz pracodawcą, innym razem właścicielem. Same siebie nawzajem przepytują, prowadzą rozmowę kwalifikacyjną. Wzorce z życia, doświadczenia przenoszą na własne zachowanie. Widać, jak są silne, gdy mają władzę i mogą ja stosować. Są dla siebie w zadanej symulacji równie okrutne, bezwzględne, nieczułe jak system, warunki, inni ludzie w realu dla nich. Co dobitnie pokazuje łatwość, gotowość, dyspozycję przejścia z pozycji ofiary do roli kata. Bez refleksji, że się czyni drugiemu człowiekowi krzywdę. Wszystkie choroby, patologie relacji międzyludzkich, stosunków w pracy są tu poruszone. Przemoc werbalna, mobbing, znajomości, układy, nadużywanie władzy, niewolniczy system i warunki pracy mają się dobrze. Ważne, że w spektaklu wybrzmiewają indywidualnie, wiarygodnie, osobiście. Nie bez poczucia humoru, karykatury, kamuflażu. Dystans pozwala znieść cały ten galimatias wynaturzeń, wypaczeń, nadużyć. Presji, konieczności, przymusów, które właściwie dobrze, często z autopsji, znamy. Niestety, znamy.


Gorzka to lekcja, która pozwala poznawać, konfrontować, analizować dzisiejsze warunki, relacje, sytuacje na rynku pracy, które łamią życiorysy, wybijają zęby motywacji, podcinają skrzydła kreacji. Bo nie są atrakcyjne, łatwe, oczywiste zarówno dla młodych, jak i starszych, przed emeryturą kobiet. Wpędzają w depresję, stupor postawy niewolniczej. Tak wiele zależy od sytuacji gospodarczej a przede wszystkim od politycznej kraju. Braku stabilności, działania równego, sprawiedliwego prawa. I przede wszystkim od nas samych, ludzi. Jakbyśmy byli najsłabszym ogniwem. Mentalnie nie poddającym się zmianom. Oporni na samodzielność, podejmowanie ryzyka. Odporni na empatię. Niesolidarni.

Trzy teatralne pracownicze genotypy osób szukających pracę, których doświadczenie mocno wyrasta z życia, dowodzą jak trudna jest nadal sytuacja kobiet. W scenie finałowej aktorki, Beata Bandurska, Magdalena Celmer, Anita Sokołowska, wychodzą z roli, choć to co mówią jest ich ról bieżącym rozwinięciem. Dopełnieniem. Opowiadają o swojej sytuacji, w jakiej się nie ze swojej winy znalazły po zmianie dyrekcji w Teatrze Polskim w Bydgoszczy. Relacje odsłaniają obrazy intymne, czułe, bolesne krajobrazów wewnętrznych aktorek. Gdzie toczy się krwawa walka pomiędzy koniecznością, przymusem a misją, pasją. Powołaniem a twardym życiem.  W obecnym zawieszeniu, braku pewności. W napięciu oczekiwań, co przyszłość przyniesie. Beata Bandurska, Magdalena Celmer, Anita Sokołowska wnoszą coś niebywale wartościowego. Ich wyznanie jest też wyznaniem wiary w teatr, swoje powołanie, sens tego co robią zawodowo. Jest walką, by ich  ciężka praca nie poszła na marne. Miała swoją kontynuację.

I jak w poprzedniej części spektaklu można się było zdystansować do bohaterek, ich przypadków,  sytuacji i losów, na chłodno przyglądać się, metodycznie analizować, tak na koniec wybuchła bomba emocjonalna. I jest to niesłychana wartość tego spektaklu. Nie do przecenienia.

Przyznam, że nie rozumiem po obejrzeniu dwóch spektakli, WORKPLACE i SOLIDARNOŚĆ. NOWY PROJEKT, Teatru Polskiego w Bydgoszczy, dlaczego można było, oczywiście w ramach obowiązującego prawa, pozbawiać go możliwości kontynuowania swego programu, misji poprzez zmianę dyrekcji a w konsekwencji doprowadzenie do rozbicia zespołu. To nie ma sensu. To nie ma wytłumaczenia. Na szczęście oba spektakle można będzie jeszcze obejrzeć w ATM Studio. Mam nadzieję, że wejdą do repertuaru TR WARSZAWA. Są bardzo, bardzo ważne. Obejrzyjcie koniecznie. Nie przegapcie. To o nas, dla nas. Tu i teraz. Teatr jest zaangażowany, bądźmy i my. Powodzenia:)

SOLIDARNOŚĆ. NOWY PROJEKT 8-9.12 o godz. 19.00
WORKPLACE 15-16.12 o godz. 20.00

http://trwarszawa.pl/repertuar/


WORKPLACE 
reżyseria: Bartek Frąckowiak
scenariusz: Natalia Fiedorczuk
scenografia i kostiumy: Anna Maria Zajęty, Mikołaj Małek
muzyka: Krzysztof Kaliski
reżyseria światła: Michał Głaszczka
asystentka reżysera: Magdalena Celmer
asystentka scenografa: Anna Adamiak
produkcja: Teatr Polski w Bydgoszczy
obsada: Beata Bandurska, Magdalena Celmer, Anita Sokołowska

premiera: 24.06.2017, Teatr Polski w Bydgoszczy
fot. Monika Stolarska

wtorek, 7 listopada 2017

MARLENA. OSTATNI KONCERT TEATR POLSKI

 

Spektakl MARLENA.OSTATNI KONCERT, na którym byłam, zakończył się niemal stu procentową standing ovation. Full satisfaction. Euforią. Radością. Moim zdumieniem, jak bardzo publiczność oczekuje czystej rozrywki, prostej narracji, jasnych sytuacji scenicznych.  Obcowania ze sławną, jedyną w swoim rodzaju artystką. Tu w rozwiniętym, podwójnym portrecie gwiazdy charyzmatycznej, ikony kina, królowej estrady, przedstawionej w kontraście pięknej, odważnej młodości i trudnej do zniesienia starości. Gdy Marlena Dietrich jest pełną siły, nadziei i radości, pewną siebie kobietą, w tej roli podziwiamy Izabellę Bukowską-Chądzyńską, a za chwilę zapobiegliwą, obsesyjnie chroniącą swojej prywatności,  pogrążoną w depresji, schorowaną, pozbawioną wszelkich złudzeń staruszką, ciekawie graną przez Grażynę Barszczewską. Opowieść toczy się z perspektywy osoby,  która podbija i opuszcza świat jednocześnie, bo czasy przeszły i teraźniejszy na scenie się przenikają.  Gdzie wszystko dopowiedziane jest do końca, jednoznacznie wyjaśnione, zilustrowane. Bez zaskoczenia. W uproszczeniu, które potwierdza stereotypy, doskonale ogniskuje to, co jest powszechnie wiadome. Tak, to mógłby być ostatni koncert, gra, walka Marleny, która chce być zapamiętana na jej własnych warunkach. Ten spokój i gładkość przekazu, połączenie śpiewu doskonale znanych schlagwortów do muzyki wykonywanej na żywo i gry aktorskiej Grażyny Barszczewskiej i Izabelli Bukowska-Chądzyńskiej w roli Marleny jest tym,  co doskonale bawi widzów, czyni ten teatralny wieczór udanym,  miłym, przyjemnym. I odrobinę tylko dramatycznym.

Na scenie króluje Marlena Dietrich. Jej czar i urok. Tajemnica o tajemnicy. Kariera. Sława. Radość sięgania po wszystko i ból żegnania się z życiem. Work in progress nad mitem gwiazdy, która tworzy i podtrzymuje swój doskonały, wyidealizowany portret. Do końca czuwa nad publicznym wizerunkiem swej kariery. Wszystko chce mieć pod kontrolą, o wszystkim pragnie decydować. Mężczyźni są tylko niezbędnym dodatkiem, tłem, kontekstem. Fanami  wielbiącymi swoją idolkę, muzę, mroczny obiekt miłości bądź pożądania. Adorującym dopingiem, imponującą kolekcją trofeów. Narkotykiem, używką. Nałogiem. Reprezentuje ich- Rudolfa Siebera, Josefa von Sternberga, Jeana Gabina, Ericha Marię Remarque'a, Zbigniewa Cybulskiego-w charakterystycznych, przerysowanych wcieleniach Tomasz Błasiak, wspomaga akompaniujący gwieździe Aleksander Dębicz. Kobiety są tu przemilczaną wielką nieobecną miłością, fascynacją, tęsknotą Marleny. Tematem tabu. No, może oprócz Grety Garbo, nie tylko rywalki do statusu gwiazdy. Jeśli ich wszystkich zabraknie, bo Marlena z własnego wyboru przez ostatnie dwadzieścia lat żyła samotnie w paryskim mieszkaniu, sięgnie po tabletki, whisky i niezawodne, retuszowane przez siebie wspomnienia. Bo jest uzależniona od swej legendy. W niej uwięziona. Jej do końca wierna, oddana. I bardzo, bardzo zmęczona, wyczerpana i samotna. Wycofana. Czujna na paparazzich. Zdana na swoją pokojówkę, asystentkę spisującą wspomnienia, niewykluczone, że kochankę, powiernicę, opiekunkę, towarzyszkę w jednej osobie, którą gra Afrodyta Weselak.

Autor scenariusza, Janusz Majcherek, i reżyser, Józef Opalski, sprytnie oparli sztukę na symbolicznej reprezentacji. Zredukowali maksymalnie ilość aktorów ale zmultiplikowali Marlenę. Prosty to i wygodny zabieg, bo trudno by było jednej aktorce unieść całą rolę. Poza tym koncept jest taki, by pokazać, jak prawdziwa, na progu śmierci Marlena tworzy, uwiarygadnia awatara Marlenę. Rozkłada się więc napięcie, wyciszają emocje. Jest nostalgicznie. Dystansuje się starość do młodości, pozwala sobie na modyfikację pamięci, przemilczenia. Wszystko jest oswojone, pod kontrolą, w świetnej scenografii Pawła Dobrzyckiego, wizualizującej metaforę życia jako sceny dla kreacji ostatniego występu artystki, która nieustannie podróżuje w czasie i przestrzeni. Scena z trzema wielkimi lustrami, fortepian, różnej wielkości kufry podróżne, łóżko i blond peruka Marleny wystarczająco definiują jej świat. Cieszy gra Grażyny Barszczewskiej, której metamorfozy zdumiewają. To piękna kobieta, cudowna aktorka. Satysfakcjonuje udział w spektaklu Izabelli Bukowskiej-Chądzyńskiej, która uzmysławia, jak bardzo wytwór zbiorowej wyobraźni,  pamięci czyni Marlenę, stworzoną  dla potomności przez nią samą, posągową, nieprzenikalną, uniwersalną.

Może zabrakło odwagi, drapieżności, pazura wampa, jakim była Marlena. A może było to celowym artystów zamiarem. Pozostała tęsknota za nieuchwytną aurą jaką roztaczała wokół siebie. Za emocjami. Niejednoznacznością, niepokojem, ciekawością jaką budziła. Tajemnicą sprzecznych uczuć, jakie wyzwalała. Ambiwalencją płciową, która rozpalała zmysły. Mrokiem duszy, do której obsesyjnie strzegła dostępu. Poznajemy w skrócie życiorys gwiazdy, przebieg jej kariery, niełatwe, tułacze życie. Mamy przyjemność wysłuchania  najsłynniejszych szlagierów: LILI MARLEEN, FALLING IN LOVE AGAIN, ICH BIN DIE FESCHE LOLA, JOHNNY, WHERE HAVE ALL THE FLOWERS GONE. Pozostajemy z wątpliwością czy Marlena była naprawdę  szczęśliwa, spełniona. Co jest prawdą, co zmyśleniem.  Pozostajemy z brakiem odpowiedzi na pytanie o źródło fenomenu popularności Marleny. Z obrazem młodej dziewczyny z powodzeniem robiącej karierę, podbijającej świat i kobiety z trudem radzącej sobie z samotnością, starością, chroniącej się przed światem.  Poznajemy skrajnie różne Marleny, które za wszelką cenę chcą ocalić mit o Marlenie Dietrich, bo to on jest glejtem nieśmiertelności, grą, celem samym w sobie.

Skrawki pamięci, piosenki, filmy, fotografie, listy, ślady i tropy, efektownie skomponowane w tej sztuce teatralnej, rozbudzają wyobraźnię, dają OSTATNI KONCERT dla wyzwolenia współczesnych emocji związanych z MARLENĄ. Pierwotne dawno, bardzo dawno umarły.


MARLENA. OSTATNI KONCERT
scenariusz: Janusz Majcherek
reżyseria: Józef Opalski
scenografia, reżyser światła: Paweł Dobrzycki
muzyka, opracowanie piosenek: Aleksander Dębicz
projekcje: Agata Roguska, Rafał Łączny
asystent scenografa: Agata Roguska
asystent reżysera: Katarzyna Bocianiak
asystent reżysera: Anna Wachowiak

obsada: Grażyna Barszczewska, Izabella Bukowska-Chądzyńska, Afrodyta Weselak, Tomasz Błasiak, Aleksander Dębicz

piątek, 3 listopada 2017

DOBRA TERRORYSTKA TEATR STUDIO


Wyszłam ze spektaklu DOBRA TERRORYSTKA, wyreżyserowanego przez Agnieszkę Olsten w Teatrze Studio, mocno skonfundowana. Bo nie wiedziałam, o czym i czym ten spektakl tak naprawdę jest. Komedią, tragedią czy szyderstwem. Może chodziło o to, by widzowie mogli odczuć tą niemoc uchwycenia istoty rzeczy, wątłość napędu twórczego, również samego spektaklu, niedostatek autentycznych motywacji, prawdy, szczerości, siły jego bohaterów. Mimo dużego wysiłku.  Bo jak pokazać, scharakteryzować wszelki BRAK, który pozbawia skuteczności KREACJĘ: artystyczną, polityczną, społeczną, każdą inną. Nawet najbardziej awangardową, najmocniej rewolucyjną.  Otóż chcieć, nie znaczy móc. Spektakl ośmiesza i dezawuuje indywidualny bunt, hipokryzję i słabość spontanicznych wysiłków działalności wywrotowej, amatorskiej twórczości artystycznej, która zrozumiała jest i ważna tylko dla ich pomysłodawców, samozwańczych autorów dzieł wtórnych, poślednich, wymęczonych, z naciąganym znaczeniem, wydumaną, nieczytelną interpretacją.

Akcja dzieje się w przestrzeni w ruinie, w budowie lub w remoncie. W dwóch ścianach, kącie do mieszkania. W zagraconym, bez właściwości, z drutem kolczastym wokół ogrodzenia squacie.  W bałaganie pomieszania porządków. Niejednoznaczne to miejsce, różni bohaterowie, luźne sytuacje, niezobowiązujące relacje międzyludzkie. Artystyczne never ending work in progress. Kogel-mogel  społeczny, mentalny, uczuciowy, z którego może się potencjalnie narodzić anarchistyczne myślenie, domowy terroryzm, awangardowy rewolucjonizm, a w efekcie dzieła radosnej twórczości, twory indywidualnych koncepcji prowadzących donikąd.

Ważny wydaje się być dom, ten porzucony, rodzinny i ten umowny, przejściowy jako bastion zwyczajnego szaleństwa. Ziemia niczyja, wielka pustka, w której rodzi się  trudne do zdefiniowania głębokie, konsekwentne, konceptualne NIC. W efekcie udawania, markowania, naśladowania, wykonywania ruchów pozorowanych. Mozolne, nudne, nieskuteczne usiłowanie. Podszywanie się pod kogoś, kim się nie jest. Powielanie pomysłów dawno odkrytych. Bo nic tu nie jest autentyczne, rzeczywiste, prawdziwe. Naprawdę nowe i świeże. Zupełnie własne. Rządzą kalki wyobrażeń, pragnień, marzeń sformatowane przewodnikami, poradnikami, modami. Przeszłością. Wychowaniem i uzależnieniem od rodziców /finansowym/. Recyklingiem obcej, bo na pewno nie własnej wyobraźni. Jeśli tu poprawność i codzienność przeradza się w bunt, to jest on, niestety, bezowocny.  Wszystko jest cudze, za nie własne pieniądze, na czyjś koszt. Zaczynamy mieć pewność, że nikt tu nie jest naprawdę sobą. Każdy zasklepiony we własnej pozie/ życia, działania, sztuki, itd/ pozbawiony jest tej prawdziwej, silnej, autentycznej energii, mającej moc sprawczą.

Każdy z bohaterów sztuki w indywidualny sposób stara się, pręży, jest w ciągłym ruchu. Artystycznym zaangażowaniu. Wydaje się mu, że się buntuje, tworzy, pracuje, poprawia siebie, ratuje świat. Na swój niedoskonały, zawodny obraz i podobieństwo. To syzyfowe wysiłki, second hand życie i plagiaty dzieł sztuki. Komiczny, wtórny, żenujący cyrk obracania powszedniości, wszystkiego, co jest w domu, pod ręką w sztukę. Książka Doris Lessing obecna na scenie, jest dla Agnieszki Olsten i Sławomira Rumiaka tylko punktem odniesienia. Artyści nie adaptują jej na potrzeby spektaklu, piszą własny scenariusz.  Twórcy sztuki teatralnej mają autorski koncept. Obieranie ziemniaków w Zachęcie przez Julitę Wójcik jest jednak czym innym niż obieranie ziemniaków w domu, w teatrze przez Alice. Performance Mariny Abramović  ma inny wymiar w  galerii sztuki niż np. Alice zawieszona na miotle przy ścianie. Instalacja BIAŁA CHMURA, będąca kompozycją puszek, plastikowych butelek i szczotek do czyszczenia toalet, pozbawionych logo, jest tu sztuką dla sztuki. Rzeźba PORTRET TOTALNY KAROLA MARKSA. Instalacja. autorstwa Krzysztofa W.Bednarskiego, w spektaklu z jajkiem niespodzianką, ma dziecinny, naiwny, nieszkodliwy wymiar. Rozrzucone makarony jak kłębowisko kabli śmieszy, dziura w twarzy rzeźby LENINA wypełniona warzywami przypomina malarskie portrety Giuseppe Arcimboldo. Spektakl cały jest zbudowany z odniesień do prac konceptualistów, bo SZTUKA KONCEPTUALNA jest bohaterem tego spektaklu, przyczyną i skutkiem bezsilności bohaterów wobec rzeczywistości, życia, świata. Tak pięknie artystycznie tłumaczy nieskuteczność wszelkich wysiłków. Pokazuje, że sama kreacja, w tym wypadku i ona jest wtórna, nie wystarczy, jeśli nie ma tej furii, determinacji, motywacji w sobie, która nie jest tylko pozą, pustym wyborem, modną ideą fix. To prawda, że bombę można wykonać w domu, rewolucja może narodzić się z prozaicznej, niewinnej przyczyny, ale jeśli nie ma w tym autentycznego pragnienia, marzenia, szczerej frustracji, prawdziwie dzikiej siły, stanie się jej karykaturą, wynaturzeniem, dewiacją.  Będzie marną imitacją, dowodem na brak konceptu.

Bohaterowie nie są w stanie wymyślić nic nowego, nic do końca autorskiego. Alice /doskonała  Agnieszka Kwietniewska/ bardzo stara się porządkować, stwarzać, rejestrować na nowo świat, który ją otacza. Popełnia błędy, wchodząc w koleiny życia, które porzuciła. Nie zrobi krzywdy nikomu więcej niż samej sobie. Łudząc się, że buduje świat na własnych warunkach, oszukuje tylko siebie. Ostentacyjne ignoruje dizajnerski, drogi, snobistyczny gadżet, wyciskarkę do cytryn Starcka, przyniesioną w prezencie od Marry i Reggiego, co jest pustym gestem. Pozostali bohaterowie też są nieszkodliwi. To zarzut, bo nie sposób się przejąć ludźmi, którzy mogą tylko powielać błędy przeszłości, wykorzystują zużyte pomysły, pochodzące z innego czasu, innego miejsca, kontekstu. Zachód pożera własny ogon. Przeżuwa sam siebie. Wydala nic niewarte, choć uświęcone glejtem aktu twórczego, ekskrementy, gówno. W rzeczywistości konceptualista Piero Manzoni słysząc od konceptualisty Marcela Duchampa, że jego prace to gówno, wpadł na pomysł, by je puszkować i sprzedawać. W sztuce mowa jest o trudnym pomiarze tego, co współczesna konsumpcyjna nacja, ciągle głodna, niezaspokojona, wydala. Jak bardzo jest jego śmierdząca, kłopotliwa do "zagospodarowania" skala.

Mogłoby być bardzo wzniośle, poważnie ale nic z tego, jest zabawnie. Bo poznając bohaterów, dojdziemy do wniosku, że z tej materii burzy rewolucji nie będzie. Jedynie pretensjonalne, dziecinne, rozmemłane wiele hałasu o nic. Łącznie z końcową kulminacją-instalacją z ziemniaków, drutów, monet, wybuchającą coca-colą ze wstrząśniętej butelki. Po drodze obserwujemy, jak wyczerpuje się, gubi i ośmiesza wywrotowy potencjał kreacji życia, sztuki, buntu.  Nie uda się bohaterom odciąć od przeszłości, dotychczasowych źródeł finansowania. Bunt nie doprowadzi ich do wybicia się na niezależność czy samodzielność. A znajomość sztuki do wypracowania własnego  języka ekspresji artystycznej. Squattersi pozostaną społecznością przypadkową, bez właściwości, bez charakteru. Rozśrodkowaną mentalnie. Niezdolną do zmian. Pozbawioną energii, siły napędowej, motywacji. Sztuka teatralna brutalnie to obnaża. Oparta na sztuce konceptualnej, sama się taką staje. Ze wszelkimi tego konsekwencjami.

Spektakl jest jak jego bohaterowie; intrygujący ale trudny do przeniknięcia. Za sprawą koncepcji twórców, w konsekwencji scenariusza. Może też dlatego, że pozbawiony dramaturgii, odpowiedniego tempa, rytmu, braku pogłębionych psychologicznie portretów postaci, co powoduje, że są jednak anonimowe, emocjonalnie pozostaje obojętny. Widz błądzi, gubi się w niezrozumiałej narracji teatralnej, jak bohaterowie w swojej rzeczywistości. Mimo uporządkowania, mimo wskazówek. Bez znajomości  książki Doris Lessing, konkretnych projektów konceptualnych, odniesień, kontekstów nie jest łatwo zorientować się, jakie są intencje twórców, dokąd mają prowadzić wysiłki aktorów. A ci są wspaniali, szczególnie wtedy, gdy mają trochę więcej tekstu do grania. Sprawni fizycznie, dowcipni, komiczni robią wszystko, by umożliwić widzom poznanie tego konceptualnego teatralnego obrazu, instalacji. W końcu dobrze byłoby zrozumieć, dlaczego świat Zachodu jest adecyzyjny, grzęźnie w marazmie, kryzysie, niezdolny jest do zmiany prowadzącej do rewolucji. Bawi się, bezpiecznie eksperymentuje, ostentacyjnie blaguje. W hipokryzji poprawności, pewności finansowego zabezpieczenia, bez lęku, cierpienia egzystencjalnego nie szuka nowych pomysłów. Konsekwentnie korzysta ze starych. Warto poznać podłoże słabości, bezsilności kolejnego pokolenia wobec słomianego buntu, którego samo jest autorem i ofiarą.

Życie jest sztuką ale trzeba mieć na nie naprawdę własny, autorski odważny, świeży, zaskakujący koncept. W pełnej wolności wszelkiej ekspresji. Sztuka jest życiem, jeśli konsekwentny, bezkompromisowy wybór nam na to pozwala. I talent. I pasja. I dużo, dużo szczęścia. Powodzenia.:)



DOBRA TERRORYSTKA DORIS LESSING
tłumaczenie: Andrzej Szulc
scenariusz: Agnieszka Olsten, Sławomir Rumiak
reżyseria: Agnieszka Olsten
scenografia: Sławomir Rumiak
kostiumy: Angelika Józefczyk
reżyseria światła: Robert Mleczko
muzyka: Kuba Suchar
inspicjentka: Beata Szaradowska
obsada:
Dominika Biernat-MARY
Monika Obara-ROBERTA
Dominika Ostałowska-MATKA
Anna Paruszyńska-FAYE
Agnieszka Kwietniewska (gościnnie)-ALICE
Marcin Pempuś-PHILIP
Bartek Porczyk-REGGIE
Krzysztof Zarzecki-JASPER

premiera: 20.10.2017

PUSZKI+BUTELKI+SZCZOTKI=http://www.furgaleria.pl/blog/33/Upcykling+czyli+o+sztuce+ze+%C5%9Bmietnika..html
MARKS= http://bednarski.art.pl/katalog/26/3#navbar
JAPONKI +KLAMKI= http://joemonster.org/art/19085

http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/249572.html