wtorek, 7 listopada 2017

MARLENA. OSTATNI KONCERT TEATR POLSKI

 

Spektakl MARLENA.OSTATNI KONCERT, na którym byłam, zakończył się niemal stu procentową standing ovation. Full satisfaction. Euforią. Radością. Moim zdumieniem, jak bardzo publiczność oczekuje czystej rozrywki, prostej narracji, jasnych sytuacji scenicznych.  Obcowania ze sławną, jedyną w swoim rodzaju artystką. Tu w rozwiniętym, podwójnym portrecie gwiazdy charyzmatycznej, ikony kina, królowej estrady, przedstawionej w kontraście pięknej, odważnej młodości i trudnej do zniesienia starości. Gdy Marlena Dietrich jest pełną siły, nadziei i radości, pewną siebie kobietą, w tej roli podziwiamy Izabellę Bukowską-Chądzyńską, a za chwilę zapobiegliwą, obsesyjnie chroniącą swojej prywatności,  pogrążoną w depresji, schorowaną, pozbawioną wszelkich złudzeń staruszką, ciekawie graną przez Grażynę Barszczewską. Opowieść toczy się z perspektywy osoby,  która podbija i opuszcza świat jednocześnie, bo czasy przeszły i teraźniejszy na scenie się przenikają.  Gdzie wszystko dopowiedziane jest do końca, jednoznacznie wyjaśnione, zilustrowane. Bez zaskoczenia. W uproszczeniu, które potwierdza stereotypy, doskonale ogniskuje to, co jest powszechnie wiadome. Tak, to mógłby być ostatni koncert, gra, walka Marleny, która chce być zapamiętana na jej własnych warunkach. Ten spokój i gładkość przekazu, połączenie śpiewu doskonale znanych schlagwortów do muzyki wykonywanej na żywo i gry aktorskiej Grażyny Barszczewskiej i Izabelli Bukowska-Chądzyńskiej w roli Marleny jest tym,  co doskonale bawi widzów, czyni ten teatralny wieczór udanym,  miłym, przyjemnym. I odrobinę tylko dramatycznym.

Na scenie króluje Marlena Dietrich. Jej czar i urok. Tajemnica o tajemnicy. Kariera. Sława. Radość sięgania po wszystko i ból żegnania się z życiem. Work in progress nad mitem gwiazdy, która tworzy i podtrzymuje swój doskonały, wyidealizowany portret. Do końca czuwa nad publicznym wizerunkiem swej kariery. Wszystko chce mieć pod kontrolą, o wszystkim pragnie decydować. Mężczyźni są tylko niezbędnym dodatkiem, tłem, kontekstem. Fanami  wielbiącymi swoją idolkę, muzę, mroczny obiekt miłości bądź pożądania. Adorującym dopingiem, imponującą kolekcją trofeów. Narkotykiem, używką. Nałogiem. Reprezentuje ich- Rudolfa Siebera, Josefa von Sternberga, Jeana Gabina, Ericha Marię Remarque'a, Zbigniewa Cybulskiego-w charakterystycznych, przerysowanych wcieleniach Tomasz Błasiak, wspomaga akompaniujący gwieździe Aleksander Dębicz. Kobiety są tu przemilczaną wielką nieobecną miłością, fascynacją, tęsknotą Marleny. Tematem tabu. No, może oprócz Grety Garbo, nie tylko rywalki do statusu gwiazdy. Jeśli ich wszystkich zabraknie, bo Marlena z własnego wyboru przez ostatnie dwadzieścia lat żyła samotnie w paryskim mieszkaniu, sięgnie po tabletki, whisky i niezawodne, retuszowane przez siebie wspomnienia. Bo jest uzależniona od swej legendy. W niej uwięziona. Jej do końca wierna, oddana. I bardzo, bardzo zmęczona, wyczerpana i samotna. Wycofana. Czujna na paparazzich. Zdana na swoją pokojówkę, asystentkę spisującą wspomnienia, niewykluczone, że kochankę, powiernicę, opiekunkę, towarzyszkę w jednej osobie, którą gra Afrodyta Weselak.

Autor scenariusza, Janusz Majcherek, i reżyser, Józef Opalski, sprytnie oparli sztukę na symbolicznej reprezentacji. Zredukowali maksymalnie ilość aktorów ale zmultiplikowali Marlenę. Prosty to i wygodny zabieg, bo trudno by było jednej aktorce unieść całą rolę. Poza tym koncept jest taki, by pokazać, jak prawdziwa, na progu śmierci Marlena tworzy, uwiarygadnia awatara Marlenę. Rozkłada się więc napięcie, wyciszają emocje. Jest nostalgicznie. Dystansuje się starość do młodości, pozwala sobie na modyfikację pamięci, przemilczenia. Wszystko jest oswojone, pod kontrolą, w świetnej scenografii Pawła Dobrzyckiego, wizualizującej metaforę życia jako sceny dla kreacji ostatniego występu artystki, która nieustannie podróżuje w czasie i przestrzeni. Scena z trzema wielkimi lustrami, fortepian, różnej wielkości kufry podróżne, łóżko i blond peruka Marleny wystarczająco definiują jej świat. Cieszy gra Grażyny Barszczewskiej, której metamorfozy zdumiewają. To piękna kobieta, cudowna aktorka. Satysfakcjonuje udział w spektaklu Izabelli Bukowskiej-Chądzyńskiej, która uzmysławia, jak bardzo wytwór zbiorowej wyobraźni,  pamięci czyni Marlenę, stworzoną  dla potomności przez nią samą, posągową, nieprzenikalną, uniwersalną.

Może zabrakło odwagi, drapieżności, pazura wampa, jakim była Marlena. A może było to celowym artystów zamiarem. Pozostała tęsknota za nieuchwytną aurą jaką roztaczała wokół siebie. Za emocjami. Niejednoznacznością, niepokojem, ciekawością jaką budziła. Tajemnicą sprzecznych uczuć, jakie wyzwalała. Ambiwalencją płciową, która rozpalała zmysły. Mrokiem duszy, do której obsesyjnie strzegła dostępu. Poznajemy w skrócie życiorys gwiazdy, przebieg jej kariery, niełatwe, tułacze życie. Mamy przyjemność wysłuchania  najsłynniejszych szlagierów: LILI MARLEEN, FALLING IN LOVE AGAIN, ICH BIN DIE FESCHE LOLA, JOHNNY, WHERE HAVE ALL THE FLOWERS GONE. Pozostajemy z wątpliwością czy Marlena była naprawdę  szczęśliwa, spełniona. Co jest prawdą, co zmyśleniem.  Pozostajemy z brakiem odpowiedzi na pytanie o źródło fenomenu popularności Marleny. Z obrazem młodej dziewczyny z powodzeniem robiącej karierę, podbijającej świat i kobiety z trudem radzącej sobie z samotnością, starością, chroniącej się przed światem.  Poznajemy skrajnie różne Marleny, które za wszelką cenę chcą ocalić mit o Marlenie Dietrich, bo to on jest glejtem nieśmiertelności, grą, celem samym w sobie.

Skrawki pamięci, piosenki, filmy, fotografie, listy, ślady i tropy, efektownie skomponowane w tej sztuce teatralnej, rozbudzają wyobraźnię, dają OSTATNI KONCERT dla wyzwolenia współczesnych emocji związanych z MARLENĄ. Pierwotne dawno, bardzo dawno umarły.


MARLENA. OSTATNI KONCERT
scenariusz: Janusz Majcherek
reżyseria: Józef Opalski
scenografia, reżyser światła: Paweł Dobrzycki
muzyka, opracowanie piosenek: Aleksander Dębicz
projekcje: Agata Roguska, Rafał Łączny
asystent scenografa: Agata Roguska
asystent reżysera: Katarzyna Bocianiak
asystent reżysera: Anna Wachowiak

obsada: Grażyna Barszczewska, Izabella Bukowska-Chądzyńska, Afrodyta Weselak, Tomasz Błasiak, Aleksander Dębicz

1 komentarz:

  1. Uwielbiam Marlenę Dietrich <3 To jedna z najlepszych aktorek wszech czasów i niezaprzeczalna ikona stylu. :) Żałuję, że mnie tam nie było. http://zanpale.blogspot.com/2019/05/chilling-coat.html

    OdpowiedzUsuń