wtorek, 14 lutego 2017

MROŻEK X 3 TEATR POLSKI


Znów Mrożek na scenie! Inteligentny, logiczny, ironiczny. Błyskotliwy, wymagający. Czy jest autorem, którego teksty nas jeszcze interesują? Ależ owszem, jednak tak! Szczególnie jego trzy jednoaktówki w Teatrze Polskim robią wrażenie. To, co uderza, to transparentność przekazu, finezja konstrukcji, perfekcyjne aktorstwo. Profesjonalizm. Trzy narracje w ujęciu trzech reżyserów, aktorów Teatru Polskiego-KAROLA przygotował Jerzy Schejbal, NA PEŁNYM MORZU Szymon Kuśmider a ZABAWĘ Piotr Cyrwus- są pozytywnym zaskoczeniem. Pełnym sukcesem. Imponują, budzą zainteresowanie, dają satysfakcję. To klasyczny teatr, czysty Mrożek. Kawał doskonałej artystycznej roboty. Historie są kreacją, nie udają niczego innego. Realność świata przedstawionego zderzona jest z absurdem świata stworzonego przez człowieka. On tu jest budulcem, punktem odniesienia, celem: relacji, sytuacji, sensów, znaczeń.  To są simple storie's ale rozwijające się w komplikacje jak z koszmaru sennego. Rozrastają się w ironiczne narracje o naturze ludzkiej, o społecznych zachowaniach w sytuacjach zagrożenia, zaskoczenia, opresji. Obnażają człowieka, absurdy życia, w jakich trwa zniewalany bez końca. Powszednie sytuacje mające niepowszednie znaczenie. Z przymrużeniem oka. Z dystansem paraboli wywołującej śmiech podszyty grozą, niepokojem, trudną prawdą o człowieku.

Banalna wizyta u okulisty to scena opresji, paranoi szukania i eliminowania za wszelką cenę wroga, obcego, innego. KAROL jest wyobrażonym, abstrakcyjnym człowiekiem, którego dziadek i jego wnuk/dziedziczone zachowania, poglądy z pokolenia na pokolenie/ nieustannie poszukują, uporczywie tropią, na którego niestrudzenie polują. Życie to walka, ścieranie się przeciwieństw, ciągła czujność i podejrzliwość. Ćwiczenie umiejętności rozpoznawania przeciwnika, oponenta, adwersarza. I unieszkodliwianie go dla zachowania poczucia bezpieczeństwa. Prowadzi to do paranoi, absurdów, bo jeśli wroga nie ma, to w końcu się go stwarza zgodnie z zapotrzebowaniem, oczekiwaniem, ale wtedy przypadkowa osoba, niewinna niczemu, staje się ofiarą. Widzimy tu brutalne wciąganie osób neutralnych /lekarz/do nie swoich walk, potyczek, wojenek. I obserwujemy, jak łatwo przemoc zastrasza je, zmusza do posłuszeństwa, uległości i uczestnictwa w procederze opresji niecnych czynów, bo stają się jednocześnie ofiarą i winnym. Lekarz zaskoczony sytuacją, robi, co mu karze starzec z demencją z demonicznym, kosmicznym wnuczkiem. Normalność zostaje zgwałcona przez dewiację, poddaje się jej oportunistycznie  prawie bez walki,  i wraca z trupem pod łóżkiem do stanu wyjściowego. Jak na początku lekarz spokojnie czyta książkę na szpitalnej leżance. Radzi sobie, przechodząc nad tym co się wydarzyło do porządku dziennego. Dziadek /Jacek Fedorowicz/jest archaicznym żołnierzem zombie, starym bardzo człowiekiem, wnuczek to androgeniczny młodzieniec, obaj jak nie z tego świata. Działają zgodnie, wspólnie jakby przeszłość płynnie przechodziła w przyszłość wtłaczając stare, zmurszałe, zaprzeszłe nieśmiertelne lęki, obawy, strachy następnym pokoleniom. Dziedziczenie obsesji, paranoi, dewiacji jest infekowaniem złem, bo ma siłę wpływania na zachowania ludzi, którzy dotąd byli neutralni, obojętni, nieświadomi/lekarz okulista/.

Stan permanentnego zagrożenia czyni człowieka agresywnym, bezkompromisowym, szalonym. Nieobliczalnym. Wiedzie go ku absurdalnym sytuacjom, które udowadniają, jak łatwo człowiek ulega presji strachu, poddaje się temu, kto ma nad nim przewagę, przejmuje inicjatywę ostrą groźbą, chorą prośbą, nieugiętą perswazją.

Mrożek pokazuje nam tu sytuację, która nadspodziewanie łatwo łamie kręgosłup moralny zarówno niedoświadczonym młodym ludziom, jak i dojrzałym wyjadaczom. Nikt nie jest sobą- zapomina o empatii, przyzwoitości, zasadach -gdy musi, gdy decyduje się ratować swoje życie. Dokonuje wyboru kto przetrwa, kto znajdując się w niewłaściwym miejscu i czasie, stanie się ofiarą.

Temat walki o przetrwanie w ekstremalnych warunkach zagrażających życiu rozwija dalej jednoaktówka NA PEŁNYM MORZU.  Rozbitkowie na tratwie walczący o przetrwanie w dyktacie politycznych reguł gry obnażają nieludzki system selekcji w poszukiwaniu i pozbywaniu się najsłabszych, najmniej przydatnych, najmniej sprytnych, nieużytecznych osobników. Tu wszelkie zachowania społeczne ukierunkowane są na konfrontację zmierzającą do sprawowania kontroli, zdobycia dominacji, przejęcia władzy nad pozostałymi, słabszymi, z różnych powodów podporządkowującymi się pozostałym uczestnikom zdarzenia. Sytuacja przeradza się w walkę o władzę, która pozwoli przeżyć zwycięzcy. Mikrospołeczność stara się zachować spokój, rozsądek, porządek, dokonuje demokratycznych wyborów, stosuje prawo, upomina się o sprawiedliwość, by nie dopuścić do anarchii. Ale właśnie to pokazuje absurdalność zachowań, sytuacji, obnaża system, bo ujawnia prawdziwe intencje, egoistyczne oblicze człowieka, hipokryzję całej grupy.

ZABAWA przejawia się w niezaspokojonym oczekiwaniu spełnienia marzeń, zrealizowania indywidualnych planów, osiągnięcia zamierzonych celów. Co wywołuje frustrację, niezadowolenie, strach, bo wybija ze standardowych zachowań. Zabawa, której nie ma, a przecież miała być doprowadza do oskarżenia sytuacji, która rozczarowuje, zawodzi, kłamie. Panowie tracą kontrolę nad sobą, światem gdy okazuje się, że ich oszukano ale desperacko próbują przywrócić równowagę, harmonię, spokój wewnętrzny. Im bardziej się starają, tym bardziej są nieobliczalni, szaleni. karykaturalni. Ten rozjazd pomiędzy pragnieniem a brakiem spełnienia w okolicznościach, które zaskakują, są niestandardowe, stanowią wyzwanie. Czyni ludzi niebezpiecznymi. W warunkach stresu, zaskoczenia, rozczarowania naginają rzeczywistość realną do wyobrażonej, upragnionej, oczekiwanej.Takiej, która zaspokaja potrzeby indywidualnego człowieka, który wykazuje się niemałą pomysłowością, manipuluje, kombinuje, aby tylko osiągnąć własny cel. Co wytwarza napięcie, zaburza, wytrąca z  poczucia bezpieczeństwa. Prowadzi do konfliktu, walki, wywierania presji na otoczeniu.  Sytuacja beztroski, rozbawienia, radości transformuje w bolesną, niebezpieczną grę o zaspokojenie własnych potrzeb, nawet kosztem pozostałych towarzyszy zabawy.

Każda z jednoaktówek razem i z osobna pokazuje, że pod powierzchnią normalności, zwyczajności, powszedniości życia statystycznego człowieka czai się szaleństwo frustracji, potrzeba dominacji przejawiająca się w walce o władzę, która gwarantuje przetrwanie, która daje szansę zaspokojenia potrzeb. Jest podstępna, nieobliczalna, metodycznie dąży do celu eliminując słabszych, gorzej przygotowanych, zaskoczonych. W pracy, sytuacji krytycznej czy podczas zabawy brakuje spokoju, poczucia bezpieczeństwa. Porażka pragnienia wynikająca z niemożności spełnienia nie pozwala znaleźć się strefie komfortu. Boleśnie, bezlitośnie obnaża człowieka, który nieustannie walczy, tropi, poluje, szuka. I nie znajdując zaspokojenia eksploduje agresją, autodestrukcją, niszczeniem. Jakby pod powłoka cywilizacyjnego płaszcza goła prawda nadal była okrutna, prymitywna i zła. Mrożek chce, byśmy nie zapominali o naszym genotypie człowieka pierwotnego, ciągle instynktownie walczącego o życie. Swoje tylko, nie innych ludzi.

Mrożek w Teatrze Polskim został doskonale powściągliwie wyreżyserowany i perfekcyjnie, równo zagrany. Całość jest stylistycznie spójna, wierna autorowi, zgodna z jego tekstem, ekspresją. Wybrzmiewa nadzwyczaj aktualnie, bo staje się ilustracją, komentarzem również zjawisk bieżących, które niepokoją, dają do myślenia. Ponadczasowość obserwacji natury człowieka,  jego zachowań w sytuacjach  krytycznych, relacji międzyludzkich neutralizuje, osłabia, odrealnia grozę egzystencji znaczną dozą poczucia humoru tak charakterystycznego dla Mrożka. Przeraża powaga z jak wielką determinacją, przekonaniem jego bohaterowie grają na siebie, zachowują pozory wszelkiej poprawności, chcąc do końca ukryć instynktowne zachowania, prymitywne motywacje, niskie pobudki. Zastanawia i jednocześnie śmieszy zawziętość, upór, nieustępliwość ich starań. Przy czym to nie bohaterowie są ośmieszani ale sytuacje, jakie sami generują chcąc się zachowywać jak cywilizowani ludzie.

Tymczasem to system opresji, kanon społecznych zachowań powoduje, że prawda jest zakamuflowana i ujawnia się dopiero w momencie ostatecznego zagrożenia. Nieustannie my również szukamy wroga, ofiary odsuwając od siebie odpowiedzialność za bieżącą rzeczywistość. Zachowujemy się nadal, jakbyśmy byli w sytuacji zagrażającej naszej egzystencji, jak rozbitkowie na pełnym morzu, którzy  znajdują się w sytuacji granicznej, ad hoc szukają ratunku, starają się zachować rozsądnie, metodycznie, zgodnie z zasadami i prawem demokracji, by zachować pozory sprawiedliwych wyborów, decyzji. By mieć czyste ręce. W końcu nie dostajemy tego, co było upragnione, wymarzone, wyśnione. Nie dziwi frustracja, działanie chaotyczne, impulsywne, szalone. Desperacja niezaspokojenia prowadzi do wyciągania pochopnych wniosków, impulsywnych, niezrozumiałych zachowań, snucia spekulacji. Nie ma obiecanej, oczekiwanej zabawy w nowym wspaniałym świecie po transformacji systemowej. Znów czujemy się oszukani, wykorzystani, sprowadzeni nie na scenę a wypchnięci na zaplecze zabawy tego świata. A więc błądzimy, dajemy się zwieść obietnicy lepszego, sprawiedliwszego, normalnego życia. W rzeczywistości widać, jak bardzo jesteśmy niedojrzali, naiwni, słabi. Jak bardzo niedojrzali, śmieszni.

Reżyserzy zawierzając autorowi, podążając za nim, fantastycznie skutecznie budują nastrój odrealnienia, dystansu tak, by prawda o człowieku, jego kondycji, odporności na stres ostatecznie nie zabijały nadziei na możliwe szczęśliwe zakończenie. Nie wpychają człowieka tylko i wyłącznie w strefę cienia surowej, bezdusznej, nieczułej oceny.  Mówią o nim z pobłażliwym uśmiechem, z mądrością obserwatora, który wie, jak skomplikowane są ludzkie wybory gdy rzeczywistość odkleja się od oczekiwań normalności.

Mrożek pokazany w konsekwentnie precyzyjnej a przez to jasnej, przejrzystej dramaturgii nadal prowadzi z nami dyskusję o przyczynach naszych porażek, o kontekście klęsk naszych wysiłków w rzeczywistości, na którą nie mamy wpływu bądź którą sami budujemy na fundamencie błędów i wypaczeń spuścizny przeszłych pokoleń, które nas mentalnie zniewalają, więżą. Błądzimy ciągle w tym samym labiryncie. To nadal poważny, żywy, dobrze uargumentowany głos twórcy ujęty w doskonałą artystyczną formę.  Winien być wysłuchany, wzięty pod uwagę gdy z artystycznego świata wrażeń, przeczuć wrócimy do twardej rzeczywistości.

Powstał bardzo dobry, solidny spektakl. Fantastycznie wchodzący do głowy. Intensywnie pracujący w pamięci. To zasługa równej, zespołowej gry- przemyślanej, konsekwentnej, mocno angażującej widza- dyscyplinie i precyzji warsztatu aktorskiego, reżyserskiego, dramatycznego. Całość robi wrażenie, a jednoaktówki stanowią jakby trzy akty, trzy stopnie wtajemniczenia do Mrożka piekła komedii ludzkiej.

Spotkanie z Mrożkiem - ku przestrodze, dla ostrzeżenia czy przyjemności- w Teatrze Polskim udowadnia, że siła inteligentnego, mądrego, precyzyjnie skomponowanego tekstu nadal działa. Działa na stępioną wrażliwość, przygaszoną wyobraźnię, otumanione konsumpcjonizmem serce i rozum współczesnego, pewnego siebie w swej cywilizacyjnej ułudzie, człowieka. Brawo!! I to bardzo dobrze wróży Scenie Kameralnej Teatru Polskiego, której nadano imię Sławomira Mrożka, którego EMIGRANCI grani są z sukcesem od dłuższego czasu.


MROŻEK X 3 Sławomir Mrożek

Reżyseria: Jerzy Schejbal
Reżyseria: Szymon Kuśmider
Reżyseria: Piotr Cyrwus
Scenografia: Marta Zając
Scenografia: Jakub Zwolak

Światło: Mirosław Poznański
Muzyka: Pink Freud

obsada:

"KAROL":
Okulista: Adam Biedrzycki
Wnuk: Krzysztof Kwiatkowski
Dziadek: Jacek Fedorowicz

"NA PEŁNYM MORZU":
Mały: Paweł Krucz
Średni: Dominik Łoś
Gruby: Wojciech Czerwiński
Listonosz,
lokaj: Tomasz Brzostek

"ZABAWA":
Parobek B: Tomasz Błasiak
Parobek S: Maksymilian Rogacki
Parobek N: Andrzej Mastalerz

premiera: 29 stycznia 2017

Autor plakatu: Mieszko Socha, Marta Zając, Mateusz Kurek
http://www.teatr-polski.art.pl/pl/spektakle/spektakle_w_repertuarze/
http://www.polskieradio.pl/8/3664/Artykul/1724148,3x-Mrozek-czyli-co-przyniesie-teatralna-arytmetyka















sobota, 11 lutego 2017

BERLIN ALEXANDERPLATZ TEATR STUDIO


Historia Franciszka Biberkopfa, zwykłego człowieka, który po odbyciu kary za zabicie w afekcie swojej dziewczyny wychodzi na wolność i postanawia żyć uczciwie a przynajmniej inaczej niż dotychczas, staje się punktem wyjścia do opowiedzenia o Berlinie, o świecie, o życiu jednostki w zbiorowości zdominowanej przez zło, i mimo najszczerszych chęci, czynionych deklaracji bohatera, nie pozwala mu się wybić na niezależność, nie przyniesie spokoju czy szczęścia. Nie ma nadziei. Nie ma pocieszenia. Raz obudzone demony zła, czynią człowieka swym niewolnikiem. Można się tylko pogrążać głębiej i głębiej aż nic nie zostaje poza śmiercią. Witajcie w świecie poza czasem, poza miejscem. W piekle uniwersum zawsze i wszędzie!

Zanurzamy się z bohaterami sztuki w przestrzeń wieloznaczną, wielofunkcyjną, pojemną w intensywnych kolorach płonącej, wibrującej czerwieni, nigdy nie gasnącego światła, bo przecież nikt tu nie śpi. Miasto cały czas tętni życiem, rewiry jego działalności przenikają się- to intensywnieją , to łagodnieją-nigdy nie zaznając banalnego spokoju. Berlin płonie ogniem pożądania, którego nie  jest w stanie zaspokoić. Światy interesów, rozrywki, normalnego, zwykłego życia przenikają się wzmacniając intensywność obrazu rzeczywistości zdominowanej przez krajobraz ludzki: bogaty, kolorowy, mieniący się jak rajskie ptaki. Pulsuje tu życie w rytmie załatwianych szwindli, przekrętów, świata przestępczego, który dokonuje gwałtu na słabych,  naiwnych, wykluczonych.

Ulegamy koszmarowi sennemu scen impresji nawiązujących do popkultury a więc uproszczonego, spłaszczonego treściowo a rozbuchanego formalnie obrazu, który łączy postać głównego bohatera. Nastroje filmów Tarantino, Scorsese, Lyncha, Wendersa, Fossa, Viscontiego, Almodóvara, Fassbindera, teatru Piny Bausch/korowód chóru/, sugerują płynność historyczną, gdzie Berlin jest tyglem wszelkich dewiacji, zmian, trendów, mód, gdzie proponując człowiekowi pozorną wolność ekspresji brutalnie wizualizuje system opresji, zniewolenia. Franciszek wolny, piękny i młody mógłby robić, co tylko zechce a jednak cała jego droga ku dobru kończy się klęską. Za każdym razem gdy próbuje żyć tak jak wybrał, okoliczności, którym ulega, ściągają go na ziemię. Jakby nie było drogi ratunku. Znikąd pomocy. Nie może uciec od siebie, swego przeznaczenia. Franciszek z własnego wyboru przechodzi różne przemiany. Najpierw uległ impulsowi, zabił w afekcie. Odbył karę i poczuł, że ma szansę, wyrzekł się więc zła, które poznał. Ale ono go nadal fascynowało, osaczało. Reinhold, uosabia tego mrocznego demona, który go tak pociągał i brał w swe władanie. Dopełnia to środowisko prostytutek i kochanek, banda przestępcza i anioły, które wprowadzają pozorny porządek w dominujący chaos.

Interesująca jest ta plejada półświatka otaczająca Franciszka. Niezwykle barwna. Niejednoznaczna.  
Fantastyczna Halina Rasiakówna na czele kolorowej bandy gangsterów budzącej raczej śmiech niż lęk, z zabawnym Marcinem Pępusiem, mrocznym Andrzejem Szeremetą, wyrazistym Marcinem Bosakiem. Krzysztof  Zarzecki w roli demonicznego Reinharda/między innymi/ budzi grozę, jest dopełnieniem Franciszka, jego cieniem, mrocznym, złym, bezwzględnym jego alter ego. Przystojny, postawny, uwodzicielski Robert Wasiewicz jako transwestyta wcielający się z gracją,wyczuciem w kobiety upadłe przyciąga uwagę, emanuje energią, poczuciem humoru. Inteligentna, ostrożna, doświadczona Ewa Eweliny Żak i młodziutka, delikatna, subtelna Mieze Anny Paruszyńskiej stworzyły interesujące role kobiet dostosowujących się do sytuacji, jakie im los przynosi.  Akceptują je, poddają się im, ulegają. Wzruszający, przejmujący jest Stanisław Brudny w roli Nachmana. Wydaje się być zagubiony albo wycofany. Skromny, wystraszony, jakby nie rozumiał tego świata lub nigdy się doń nie nagiął. Katarzyna Warnke i Tomasz Nosiński to duet znakomity, hipnotyzujący, perfekcyjny w swej roli mistrzów ceremonii, komentatorów, wykonawców piosenek. Zadania aktorskie są bardzo wymagające, trudne, wielorakie. Niektórzy aktorzy grają po kilka ról. Tworzą wielobarwny tłum, magmę, środowisko, w którym dominuje zło. Społeczeństwo anonimowych obywateli miasta, świata Zachodu, który deklarują wolność, swobodę a tak naprawdę zniewala, ubezwłasnowolnia, nie czyni człowieka szczęśliwym. Zewnętrzna powłoka, piękno cielesności do tego stopnia mamią, mydlą oczy orgią barw, błyskotek, potencjalnych możliwości, że nie pozwalają od razu dostrzec pustki wewnętrznej, zagubienia, zależności środowiskowych, społecznych, które mocno ograniczają jednostki. Ukrywają, że balansują na granicy życia i śmierci.

Nie dziwi w tej sytuacji kreacja Bartosza Porczyka. Mocna, dominująca cielesność, która kryje słabego, ulegającego łatwym wpływom ducha, prezentuje nam osobowość niestabilną, chwiejną, miękką, nijaką. Piękno, które kamufluje zło. Doskonałość, która maskuje  pustkę wewnętrzną, moralną, zakłamanie, brak charakteru, woli. Jego Franciszek jest człowiekiem bez właściwości, nie budzi emocji, tak bardzo się stara zsynchronizować z tłem, otoczeniem. Jest jak tabula rasa za każdym razem gdy próbuje się zmienić. I za każdym razem, i słusznie, brzmi dla nas nienaturalnie nijako, fałszywie. To, co z pozostaje w pamięci, to powłoka człowieka, którego w istocie w ogóle nie znamy. Nic dziwnego, że nic do niego nie czujemy. Los jego jest nam obojętny. Poza kulminacyjnym momentem gdy siedzi wysoko na rusztowaniu, jak Anioł z filmu NIEBO NAD BERLINEM Wima Wendersa, a u stóp konstrukcji pulsuje wielobarwna, rozbawiona tłuszcza, przeszywa tą sztucznie radosną atmosferę groza. Jakby ostatecznie Franciszek już nie chciał czy nie mógł się zdecydować, by do niej przyłączyć. Alienuje się, opuszcza świat żywych, ucieka. Anioł Wendersa z miłości, z zachwytu nad pięknem świata ludzkiego pragnie stać się człowiekiem, by z nim współodczuwać. Franciszek, człowiek świadomy siebie i ciemnej strony mocy natury ludzkiej, opiera się, nie ulega temu magnetyzmowi. Wie, że nie jest piękne, dobre i wiedzie ku zgubie. Pozostaje do końca wycofany, niewzruszony, obojętny na siłę ludzkiej radości przyciągającej go ku sobie. To odwrócenie pozytywu wzruszenia losem ludzkim Wendersa  w negatyw abnegacji Franciszka Porczyka jest wstrząsająca. I stanowi kulminację, która smutkiem utraconego złudzenia poraża. Jest ostateczną klęską wszelkiej nadziei. Zwłaszcza tej, która mami, że przemiana człowieka jet możliwa.

Gdyby tak można było skrócić przedstawienie, niektóre sceny dopracować pod względem ich komunikatywności, jasności, spójności. Przeładowanie treści i bogactwo formy powoduje zwolnienie tempa, spadek napięcia. To, co jest dramatycznie neutralizowane pastiszem, zabawą, śmiechem stwarza dystans do powagi sytuacji w jakim znajdują się bohaterowie. Liczne cytaty z popkultury, wstawki tekstów poza głównym pochodzącym z książki użyte w spektaklu, niekończące się odniesienia/filmy, kabaret, teatr tańca, koncert, opera/, wielość rozbudowanych wątków utrudniają odkrywanie sensów sztuki, bo widzowie szukają pierwowzorów, zajmują się rozwiązywaniem zagadek, odczytywaniem znaczeń scen, pojawiających się postaci. Redukcja, wysublimowanie, ściślejsze powiązanie logiczne narracji i bohaterów nie czyniłoby akcji tak niezbornej, niezrozumiałej, a czasem zaskakującej. Widzowie chcą dowiedzieć się z fabuły o czym spektakl jest, czego dotyczy, o co w nim chodzi. Bez szukania na siłę. Atutem tej przeładowanej, bogatej inscenizacji jest interesujące aktorstwo, scenografia, światło, choreografia, negatywem adaptacja, brak powściągliwości i dyscypliny dramaturgicznej. W tej magmie rozbuchanej formy, rozbudowanej treści- cierpliwi, ciekawi, nieustępliwi- znajdą wiele piękna. Warto zaryzykować. Warto zmierzyć się z tą dotykającą współczesności brawurowo zagraną bogatą inscenizacją. Złowieszczą, mroczną, bez cienia nadziei. Powodzenia:)


BERLIN ALEXANDERPLATZ Alfred Döblin

Przekład: Izabela Czermakowa
Adaptacja i reżyseria: Natalia Korczakowska
Dramaturgia: Wojtek Zrałek-Kossakowski
Kostiumy: Marek Adamski
Scenografia: Anna Met
Światło: Bartosz Nalazek
Muzyka: Marcin Lenarczyk, Bartłomiej Tyciński
Opracowanie muzyczne: Wojtek Zrałek-Kossakowski
Asystent reżyseria: Radosław Mirski

Tomasz Nosiński - Anioł Sarug
Katarzyna Warnke - Anioł Terah
Bartosz Porczyk - Franciszek Biberkopf
Stanisław Brudny - Nachum
Andrzej Szeremeta - Eleazer, Bruno, Niebieski
Marcin Pempuś - Meck, Różowy
Robert Wasiewicz - Lina, Fränze, Cilly, Trude, Wielka Babilionia
Dorota Landowska - Ida
Ewelina Żak - Urzędniczka, Ewa
Marcin Bosak - Faszysta, Brązowy, Pacjent
Halina Rasiakówna (gościnnie) - Pums
Krzysztof Zarzecki - Reinhold, Biały, Głos, Śmierć
Tomasz Wygoda (gościnnie) - Pies
Anna Paruszyńska - Mieze

Chór Portierów - słuchacze i słuchaczki Uniwersytetu Trzeciego Wieku: Bożena Adamska, Janusz Andrysiewicz, Elżbiera Bobrowicz, Maria Borysewicz, Leszek Niedźwiedzki, Eugeniusz Ruszczyk, Władysław Stankiewicz


Premiera 27 stycznia 2017

zdjęcie: https://www.facebook.com/studio.teatr/photos/pcb.10155344041160348/10155344040540348/?type=3&theater

http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/235860.html
https://mikeurbaniak.wordpress.com/2017/01/25/wracamy-do-awangardy/


środa, 8 lutego 2017

SŁUGA DWÓCH PANÓW TEATR DRAMATYCZNY



SŁUGA DWÓCH PANÓW to spektakl wybitnie rozrywkowy, przynoszący wytchnienie, ulgę. Gwarantujący znieczulenie od wszelkich trosk, smutków, smętków. Działa jak teatralne SPA o przyspieszonym, kompleksowym działaniu. Reaktywuje w nas nadzieję, że teatr może jeszcze bawić używając całego swego instrumentarium scenicznych środków. Nie ma opcji, by go nie obejrzeć, pytanie tylko brzmi kiedy. Nie można sobie bowiem odmówić przyjemności tak oczywistej, tak pięknie, optymistycznie nastrajającej. Tym bardziej, że nie potrafimy oderwać od obrazu oczu, wciągnięci jesteśmy od pierwszego wejrzenia w akcję, która galopuje w tak dużym tempie, że czar nieprzerwanie trwa do końca.

Jego cala tajemnica polega na tym, że przenosi nas w czasie do komedii dell'arte, co brzmi jak zaklęcie otwierające sezam ze skarbami. Bo któż tak naprawdę dziś wie, co to za gatunek, co się w nim kryje, na czym polega, jaki niesie potencjał? To science fiction z przeszłości, tajemnicze, nieznane oblicze teatru, bo konwencja jest tak archaiczna, przebrzmiała, daleka, ze wydaje się pochodzić z innego świata. Teatr teleportuje nas do XVIII wiecznych Włoch, do Wenecji, pozwala nam weń wkroczyć i czyni to ochoczo, z werwą. Możemy cieszyć się nim i smakować go wszystkimi zmysłami jak nowo narodzone dzieci. Niewinna to zabawa, łatwa i przyjemna, dla wszystkich,

pozwalająca poznać wspaniałe ludzkie charaktery, poczuć nastrój epoki, przeżyć niegroźne perypetie zakochanej pary ale też Arlekina służącego jednocześnie dwóm panom, który myli ich polecenia, miesza rzeczy, potrawy i sprawy wymagające dyskrecji, taktu, precyzji, sumienności. Narracja żywa, dynamiczna, z zaskakującymi zwrotami akcji i wiara w miłość, co wszystko przezwycięży i doprowadzi do szczęśliwego zakończenia, pozytywnie nastrajają, absorbują bez reszty. Zwłaszcza że oczu nie można oderwać od sceny, na której ruch sceniczny tworzy piękne, kolorowe, grupowe kompozycje. Każdy gest ma znaczenie, każdy krok swoją oprawę. Co dopełnia charakterystyki postaci, naznacza je szczególnym piętnem. Bohaterowie przemieszczają się w wyszukany, precyzyjnie przypisany im sposób. Zdaje się, że tańczą. Płynnie, lekko, skocznie. Wprowadza to porządkującą ten sceniczny świat harmonię, wyczuwalną równowagę. Buduje w efekcie poczucie bezpieczeństwa, spokoju, mimo, że tak wiele się dzieje. A niektórzy aktorzy noszą tajemnicze, skórzane maski.

Aktorstwo przechodzi w tych warunkach piekielną próbę. Role są sprawdzianem warsztatu i kondycji, bezwzględnie obnażają wszelkie niedociągnięcia, niedostatki. Czy brak koncentracji. Trzeba wytrzymać narzucone akcją tempo, zgrać się z całym zespołem, wyćwiczyć koordynację ruchów tak, by była adekwatna z wypowiadaną treścią, wpisywała się w kontekst. Nie do pogardzenia są też zdolności szermiercze, akrobatyczne. Obraz nigdy w komedii dell'arte nie kłamie, zawsze ujawni fałsz, potknięcie, błędy.

Ale ta inscenizacja imponuje zsynchronizowanym aktorstwem. Nie daje wytchnienia. Nadzwyczaj brawurowo swą rolę Arlekina prowadzi Krzysztof Szczepaniak. Jest go wszędzie pełno. Bezbłędnie ciało go słucha. Poddaje się woli roli. Jest zwinny, giętki, nakręcony. Dynamiczny gdy trzeba, statyczny gdy musi. Kompletnie zaprogramowany. A jeszcze zabawny, sprytny, nieporadny, bystry, szczęśliwie zakochany. Iskrzy. Swą sprawnościa imponuje. Brawo!Z pięknej strony pokazała się hipnotyzująca Anna Szymańczyk. Za każdym razem gdy pojawia się na scenie dominuje, co nie przeszkadza czy razi. Elektryzująco poraża jej wyraziście nakreślona rola. Jakby wyciosana z jednej interpretacyjnej bryły. Miło szarżuje. Zaskakuje miło. Tak jest silna i zdeterminowana, szczera i prawdziwa jej Smeraldyna! Kinga Suchan wypada poprawnie, Agata Góral nierówno, choć tu zadanie było bardzo trudne, rola wymagająca, złożona. Ujmuje równą grą Waldemar Barwiński. Świetni są pozostali aktorzy. Zwłaszcza, że piękne kostiumy i złożona, bardzo wymagająca choreografia stanowiły dodatkowe obciążające wyzwanie.

Siła tej konwencji ma źródło we wszelkiej perfekcji, najwyższym profesjonalizmie. Wszystko musi doskonale się uzupełniać, dopełniać. Wtedy jeden element wzmacnia drugi i kolejny układając się w sekwencje, sceny, w końcu spójną całość. Gdy wkrada się dysonans, choćby najmniejszy, ten cudowny zamek z kart się rozpada, jakby zaklęcie nagle przestawało działać. W tym wypadku są to drobiazgi /np.: zgrzyt wulgaryzmów brzmiących jakoś sztucznie, uwspółcześnienia na siłę w nowym, dobrym przekładzie sztuki, buty choćby Arlekina jakby obok kostiumu, przytłaczająca, przygnębiająca swym kolorem scenografia z malarstwem Kandinskiego i wpisanymi weń plemnikami, co wcale nie śmieszy, za mało, stanowczo za mało jest wspaniałej muzyki Radwana, pięknie granej na żywo/.

Inscenizacja imponuje świeżością, lekkością, dynamiką. Trafia w zapotrzebowanie na solidną rozrywkę w konsekwentnym monolicie konwencji. Tak, że całkowicie znieczula współczesnych od realiów życia codziennego. Oddala ich skutecznie od rzeczywistości, która uwiera proponując perypetie, które dobrze się kończą, manewry miłosne, które wzmacniają tylko uczucie. A natura ludzka nie sprawia tu większych kłopotów. Jeśli nawet błądzi, to tylko po to, by pokazać siłę szczęśliwego zakończenia. Podróż do przeszłości kończy się pełnym sukcesem. Na ziemię wracamy usatysfakcjonowani i zadowoleni. Z poczuciem, że każdy wykorzystał swoją szansę. Aktorzy stworzyli ciekawe, niecodzienne role, reżyser skomponował zgrabną opowieść, teatr solidną sztukę. Widzowie okazję na kulturalny relaks.



SŁUGA DWÓCH PANÓWCARLO GOLDONI

reżyseria: Tadeusz Bradecki
przekład, scenografia i kostiumy: Jan Polewka
muzyka: Stanisław Radwan
maski: Jonathan i Agnieszka Fröhlich
przygotowanie wokalne: Anna Grabowska
asystentka reżysera/suflerka: Agata Zdziebłowska
asystentka kostiumografa: Aleksandra Harasimowicz
inspicjent: Tomasz Karolak
kierownik produkcji: Mateusz Karoń

obsada:
Mariusz Wojciechowski - Pantalone Bosonosi
Kinga Suchan - Clara
Andrzej Blumenfeld - Dottore Lombardo
Mateusz Weber - Sylvio
Agata Góral (gościnnie) - Beatrycze z Turynu
Waldemar Barwiński - Floryndo Aletuso z Turynu
Łukasz Wójcik - Bryghella Chlavino
Anna Szymańczyk - Smeraldyna
Krzysztof Szczepaniak - Arlekino
Maciej Wyczański - Gianni
Tomasz Budyta - Piergiorgio
Piotr Bulcewicz (gościnnie) - Massimo

Muzycy: Dariusz Świnoga - akordeon, Marek Zebura - skrzypce, Krzysztof Woliński /Jacek Wąsowski - gitara

premiera: 27 stycznia 2017
fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska

wtorek, 7 lutego 2017

POGARDA KOMUNA//WARSZAWA


KOMUNA WARSZAWA przyzwyczaiła już swoich stałych bywalców do krótkich, intensywnych performatywnych, improwizowanych wypowiedzi artystycznych, które odnoszą się do współczesności. Komentuje na scenie przemiany zachodzące w życiu społecznym, politycznym, kulturalnym. W kraju i za granią. Z dużą dozą nonszalancji, poczucia humoru, zdrowego dystansu. W pełnej wolności twórczej choć środki są ograniczone. Spektakle lekkie w formie, komunikatywne w treści stanowią obok intelektualnej przygody świetną zabawę. Język wypowiedzi jest prosty, tekst chropowaty, często złożony jak patchwork. Nie dziwi naturalne aktorstwo, praca ciałem, zawsze pomysłowa, minimalistyczna scenografia, skrót myślowy, użycie cytatu w kompilowanej spontanicznie pod projekt treści. Tematy zaskakują, prowokują, zachęcają do budowania nowoczesnych,  eksperymentalnych narracji wykorzystujących nowatorską technologię, środki wyrazu stosowane w sztukach wizualnych. Dominują pomysły proste ale uruchamiające kreację. Wykorzystują wszelkie dostępne, możliwe środki ekspresji. Priorytetem jest pobudzenie wyobraźni w twórcy a poprzez jego dzieło w widzu. Uwolnienie od stereotypowego myślenia. Widz często może mieć wrażenie, że uczestniczy w eksperymencie. Projekcie twórczym. Najlepiej gdy jest otwarty na niestandardowe propozycje, nowatorskie rozwiązania, szalone zestawienia stosowanych środków ekspresji. Scenę i widownię łączy zaufanie. Przekonanie, że kto nie ryzykuje, ten się nie rozwija. Kto nie pyta, nie ma szans na usłyszenie odpowiedzi. I kto nie uczestniczy w spektaklu, nie ma szans na przeżycie interesującego spotkania z artystami, z ich sztuką, wrażliwością. Nowoczesną dramaturgią, młodą reżyserią, ciekawą artystyczną propozycją.

Tak jest i w tym wypadku.

Spektakl zaczyna się od emisji filmu, który pokazuje zachowanie statystycznego Polaka/doskonały Daniel Chryc/ na wakacjach. I jest to widok żałosny, smutny, przygnębiający. To personifikacja pogardy. Samej w sobie, jak i wzbudzanej u widzów. Widzowie widzą mężczyznę w średnim wieku;z wąsem, brzuszkiem, rozbuchanym ego. Dokonał ekwilibrystyki logistycznej, by za minimalne pieniądze osiągnąć maksymalny efekt-najtaniej spędzić krótki urlop za granicą i móc się tym pochwalić znajomym. Dobrze znamy ten typ. Bo wakacje nie są tu wyjątkiem potwierdzającym jego mentalność kutwy, biedaka, cwaniaka, buraka, malkontenta/narzeka na bród, smród, terrorystów, syf, itd/. Dopasowuje się do tła ale nie rezygnuje z wulgarnego języka nienawiści w stosunku do islamu, konwersji wiary, feminizmu, ruchów LGBT, wegetarianizmu, itd. Kontrastuje to co mówi z tym, co robi. Niby wypoczywa ale cały czas jest nabuzowany emocjonalnie. Sączy ten jad nienawiści, zawiści, niezadowolenia. Zatruwa mu to odpoczynek:samotny, pretensjonalny, nudny jak flaki z olejem, o smaku krajowej konserwy, polskiego piwa. Domyślamy się, że tak wyglądają nie tylko jego wakacje ale całe życie. To jedna wielka ściema, mistyfikacja, ruchy pozorowane. Second hand, bieda sklep, podróba. I wieczne do innych pretensje. Siebie wywyższanie poprzez innych pomniejszanie. W swym zacietrzewieniu,  nieuświadomionych kompleksach w istocie to figura chyba nieszczęśliwa. Nieszczęsna. Poznajemy pana POGARDĘ, mentalność zniewoloną negatywną emocją.

Najpierw się widownia pobłażliwie śmieje, z czasem patrzy na jego zachowanie z politowaniem, wstydem, złością. Niesmakiem. Wzbudza w niej uczucie zażenowania. Zaczyna go lekceważyć, źle o nim myśleć.  Dystansuje się, ignoruje, w końcu nim pogardza. I tak pogarda mężczyzny w stosunku do kanonu zachowań obowiązujących społecznie, niewykluczone że uzasadniona, wyzwala w innych pogardę.  Powoduje całkowite odrzucenie. Nie chcemy mieć z tym typem nic wspólnego.

Wideo relacja przerywana jest krótkimi wstawkami improwizowanymi. Przywołuje się wypowiedzi o wózkowych, programie 500+, osobistej strefie wolności, która jest ciągle zawłaszczana, zakłócana, znanych przedstawicieli kultury, sztuki, nauki/gwiazdy=cytaty z mediów, też z internetu, wywiad z prof.Z. Mikołejko o ludziach korzystających z programów społecznych/. Mowa jest o triumfie pogardy, jej wzorcach literackich, historycznych, filozoficznych. Przecież cała literatura polska jest o pogardzie/np.: Wokulski z Prusa, Edek z Mrożka, itd./. Całość stara się dociec, jak to się stało, jak do tego doszło, że PiS wygrał w ostatnich wyborach. Porusza problem zarządzania strachem, manipulowania i eskalowanie pogardą w celu zdobycia władzy. Ten, kto wzniesie się na wyższy jej poziom, wygrywa. Zwłaszcza, że wykorzystuje się jej aspekt obronny, kompensacyjny, odwetowy, mający wyrównać doznane krzywdy. Uznaje otwarcie, ze każdy ma do niej prawo. Sam je sobie może przyznać.

Pogarda to piękne słowo o brzydkim znaczeniu, podstępnym działaniu. Bardzo niebezpiecznym. Dziś jest królową motywacji. Bierze wszystko. Spowszedniała. Eskaluje. Wynika z poczucia wyższości, zakłada pewność siebie o mocno negatywnym zabarwieniu, bo lekceważenia, poniżenia, braku szacunku. Wprowadza podział na tych, którzy mają rację i tych, którzy są jej a priori pozbawiani /przez pozbawiających/. Wpisaną ma w swoim znaczeniu moralno-etyczną ocenę negatywną wykluczającą, deprecjonującą. W działaniu nie bierze pod uwagę mediacji, negocjacji, kompromisu. W pogardę wpisana jest krytyczna, poniżająca ocena, karna sankcja o podłożu emocjonalnym. A ponieważ dotyczy wszystkich, nie można się porozumieć, zrozumieć, rozmawiać. Więzi w impasie nieustannych oskarżeń, ośmieszania, szyderstwa, kpiny, podważania racji, unieważniania argumentacji. Tu nie wystarczy się nie zgadzać, tu się adwersarza eliminuje ex ante, bo nie jest godny, nie zasługuje nawet na uwagę, nie liczy się, uznaje się, że nic nie znaczy. Nie ufa się mu, nie traktuje poważnie. O empatii nie może być mowy.

Autorzy projektu stygmatyzują pogardą współczesnego człowieka w rozpoznaniu dzisiejszego świata i ludzi. To ona jest jedną z przyczyn zła: wzajemnego skłócenia, złej komunikacji, niechęci do porozumienia. Nieustanne podkręcanie wzajemnych antagonizmów bezpardonową walką posługującą się atakiem, oskarżeniem, deprecjacją prowadzić może w efekcie do eskalacji nienawiści, niektórzy sądzą, że nawet do wojny. A tego tak naprawdę nikt nie chce. Dlatego temat jest bardzo ważny, palący, trudny. Dotyczy wszystkich; zarówno rządzących, jak i opozycji. Bogatych i biednych. Mądrych i głupich. Zarządzanie pogardą, manipulowanie emocjami ludzi stanowi podstawowy, główny problem. Wynosi złe emocje na coraz wyższy poziom. Tworzy coraz bardziej złożone ich kombinacje. Niewspółmiernie do zaistniałych zjawisk eskaluje  wypowiedzi, oceny, sankcje.

Na razie nie widać światełka w tunelu. Nie ma nowej grubej kreski. Jak położyć kres animozjom, zasypać podziały, dojść do porozumienia gdy pogarda nie uznaje kompromisu. Dziś chyba nikt tego nie wie. Jest coraz bardziej agresywnym, bezkompromisowym monologiem emocjonalnym. Zwłaszcza, że jest to sprawdzone, skuteczne narzędzie do wygrywania wyborów. Osiągania celów. Pozbywania się konkurentów, oponentów, przeciwników. Co dokładnie na wiele sposobów pokazuje nasza rzeczywistość.

Może uda się komu pokonać pogardę jej własną bronią? Początek zrobiony został tym spektaklem. Co ważne: lekkim, zabawnym, celnym. A jednak mocnym. Pierwsze rozpoznanie dokonano. DIALOG/styczeń 2017/ poszerza spojrzenie na problem, pogłębia tematykę. Do dzieła więc. Do czytania!! Do teatru!! Do pracy nad sobą u podstaw, Polacy!!! Już czas, już najwyższy czas.

POGARDA

Koncepcja i realizacja:
Wiktor Rubin i KANTOR DOWNTOWN COLLECTIVE w składzie: Daniel Chryc, Jolanta Janiczak, Joanna Krakowska, Magda Mosiewicz, Wiktor Rubin

http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kraj/1655130,1,prof-mikolejko-o-tym-dlaczego-jedna-polska-wstydzi-sie-drugiej.read

zdjęcie:https://www.facebook.com/komunawarszawa/photos/gm.896018363874288/10154940167107486/?type=3&theater

sobota, 4 lutego 2017

SONATA WIDM NOWY TEATR


SONATA WIDM wystawiona w Nowym Teatrze w Warszawie w pierwszym wrażeniu nie wydaje się być Augusta Strindberga ale Markusa Öhrna. Sceniczne oddziaływanie artysty jest tak sugestywne, wsobne, odrębne, że poza luźnym odniesieniem na pozór nie ma nic wspólnego z dramatem jaki znamy. Nic bardziej błędnego. Markus Öhrn odwraca kolejność pokazywania prawdy o człowieku. Niczego nie ukrywa, wręcz przeciwnie. To, co w sztuce Strindberga wyłania się powoli, stopniowo, kumulując się, narastając do finału, w tym wypadku jest widoczne i mocno uderza swą wizualizacją od samego początku. Nic dziwnego, że króluje forma Öhrna, dobrze znana z jego poprzednich produkcji. W tym sensie kontynuuje on swoją estetykę, wdraża środki sztuk wizualnych w teatralne życie. Wykorzystuje ją do tego stopnia, że cały ciężar oddziaływania spektaklu spoczywa na środkach wyrazu, które mają na celu wywołanie u odbiorcy określonych emocji oraz pobudzenie jego wyobraźni. I słusznie. Wyrazisty, silny plastyczny przekaz, zminimalizowana do koniecznego komunikatu treść nowo przetłumaczonego tekstu, artykułowana bełkotliwie, niewyraźnie, wyświetlana jest  na ekranach jednocześnie z obrazami zbliżeń na bieżąco filmowanej akcji. Powoduje, że to co miało być ukryte, podskórne, niewidoczne można obserwować bez trudu, jest bez ograniczeń dostępne. Tak, tekst maksymalnie skrócony, nie wydaje się być dla potrzeb reżyserskich najważniejszy ale jednak wystarczająco wiąże spektakl Öhrna ze sztuką Strindberga. Treść zeszła na plan dalszy ale nie ginie. Objawia się poprzez to, co widzimy. Pozostaje istotnym kontekstem, znaczącym odniesieniem. Artysta komunikuje się z nami obrazem, który jest tu głównym narratorem. Forma opowiada, oddziałuje, rządzi naszym rozumem i czuciem. Tworzy nastrój, pobudza wyobraźnię. Determinuje charakterystykę postaci, podkreślając sposób współczesnej zaburzonej komunikacji. Ale zabieg ten podkreśla rys naszych czasów: najpierw widzimy obraz, potem wnikamy w jego treść. W sens. Głębiej i głębiej. Jeśli tylko zechcemy.

Całość jest poza realizmem. Choć się do niego odnosi. Potworność kreowanego obrazu natury ludzkiej, opresyjność sytuacji, który prowokuje, wywleczona jest na wierzch, na widok publiczny w perwersyjnie zwulgaryzowanej, karykaturalnej formie namacalnej, dostępnej. Nie jest finezyjnie kamuflowana a całkowicie obnażona, bezczelnie wyolbrzymiona, rozbuchana, wynaturzona. Nie ma złudzeń, nie ma hipokryzji, nie ma owijania w bawełnę. Pozbawione cech indywidualnych zło, barbarzyński prymitywizm zachowań, relacji, bezwstydnie epatuje swą dominacją. Zawłaszcza całą mocą oddziaływania obrazu, który pozbawiony jest jakiejkolwiek próby obrony człowieczeństwa. Rozprawia się z nim bezwzględnie. Bez skrupułów uwidacznia,  potwornie jeszcze przerysowując to, co dotąd ludzkość starała się ukryć choćby przez zachowanie pozorów, kłamstwo, wychowanie, religię, normy społeczne. I co wychodziło na światło dzienne tylko i wyłącznie pod przymusem. Pod presją. Gdy nie można już było ukrywać, zakłamywać zła pod powierzchnią pozoru normalności.To, co stanowiło  dotąd temat tabu, jest dziś bezwstydnie widoczne, dostępne. Udostępniane. Upublicznione. Znane powszechnie.

Jeśli ocalało coś pozytywnego, ukryte jest pod tą udziwnioną maską, marną powłoką, którą można zobaczyć gołym okiem. Już nie trzeba podglądać, z ukrycia obserwować: obscenę, intymność, zbrodnię, kłamstwo, zdradę, wszystkie antonimy dobra. Przyszedł czas, że to ono jest gdzieś głęboko wyparte, stłamszone, wykluczone i należy je tropić, przywrócić mu status ważności na powrót. Ale nigdzie jego przejawów, działania w spektaklu nie widać. Wręcz przeciwnie. Pozytyw, jeśli istnieje, jest ukryty, zminimalizowany, skarłowaciały, zredukowany. Istota całej prawdy o człowieku jest nieodgadniona. Bo, to co widzimy, jest zlepkiem spuścizny popkultury; zniewalającej umysły, przeprogramowującej wrażliwość. I wynikiem decyzji człowieka, że się poprzez nią określa, wyraża, daje zainfekować. Ważne są oczy obserwatora. A do wnętrza ostatecznie nie są w stanie dotrzeć. Powłoka, kreacja obserwowanego nie dopuszcza do tego. Uniemożliwia to. Stanowi znów zakłamany, umowny kamuflaż.

Z jednej strony ten obraz mary sennej, koszmaru, majaku intryguje i niepokoi, z drugiej forma jednak nie do końca pozwala się nim przejmować, traktować poważnie. Obraz przyciąga, zaciekawia ale jednocześnie pozwala na dystans. Może znieczulać, może śmieszyć, może sprawiać, że widz zlekceważy wagę przedstawianych problemów. Dysonans estetyczny ma tu bezpośrednie przełożenie na dysonans emocjonalny jaki wywołuje. Znamienne, że nie opuszcza widza niepewność, ambiwalencja, niejasność, jak należy traktować, interpretować, rozumieć wypowiedź artysty.

 A wszystko to po to, by pokazać, jak bardzo pozbawione są figury sceniczne, nasz świat realny cech indywidualnych, wsobnych, charakterystycznych.  Nieważne kim byłeś, kim jesteś, co sobą stanowisz a jak cię ostatecznie postrzega świat. Jak cię widzi. Odbiera. Bohaterowie ukształtowani w karykaturalną pulpę- istnienie bez właściwości, jak taran przetaczają się w niewoli instynktu, popędu, zaspokajania najniższych, elementarnych potrzeb. Okrutni i źli, wyjałowieni. Dzicy. Nie sposób rozróżnić, z tego co widać i słychać, kto kogo gra. Aktorzy pozbawieni swej tożsamości przypisaną im a priori rolą, kostiumem i maską są nie do rozpoznania. Grają ciałem. Głowa jest olbrzymia, to brzydka, zniekształcona amimiczna nienaturalnych rozmiarów maska.  Dźwięki, jakie z siebie wydają to piktogramy słowne: jęki, piski, chroboty, pomruki, zniekształcone, niewyraźne, bełkotliwe głosy, rwane, postrzępione zdania. Też nie pozwalają na dokładną identyfikację. I nie przeraża to. Nie wstrząsa. Budzi tylko zdziwienie. Zaciekawia. Może dlatego, ze twórca odnosi się jednak do tego, co znamy, co wiemy ze świata popkultury i ta forma nie jest zaskoczeniem. Ciągle się z czymś kojarzy. Do czegoś się odnosi.

Publiczności proponuje się aktywne oglądanie sztuki. Może się poruszać, zmieniać punkty obserwacyjne, po spektaklu ma szansę naocznie przekonać się, jak wyglądają wnętrza, które pokazywała tylko kamera. Anonimowa w swej masie staje się komponentem uzupełniającym, przez swą aktywność bezpośrednim uczestnikiem tego, co się dzieje na scenie. Widmami, cieniami, zjawami. Będąc poza rewirem sceny dostała przyzwolenie, by wkroczyć w świat wykreowany przez Strindberga i  Öhrna, stać się jego integralną częścią. Nikt nie jest poza strefą wpływu. Oddziaływanie sceny jest podprogowo opresyjne. Mimo, że wydaje się nam, że jesteśmy zdystansowani, naprawdę tak nie jest. Z jednej strony ignorujemy wykreowany, udziwniony świat Öhrna, uznając go za ewidentnie umowny, fikcyjny, z drugiej strony rozpoznajemy w nim to, co znamy, co wiemy/np. z własnego doświadczenia, z mediów, itd/. Czujemy, że prawda jest niebezpiecznie blisko.

Obok humorystycznych momentów, niepoważnych, niewinnych zachowań, naiwnych odniesień trwa nadal dramat nas współczesnych. Podszyty jest grozą, bo od czasów Strindberga tyle się zmieniło, że mając dostępne wszelkie środki, każdą treść i formę, wolność i możliwość działania,  pozbyliśmy się wstydu i nie staramy się nawet kamuflować prawdy o sobie a banalizujemy ją, wypierajmy, ośmieszamy. Świadomie unormalniamy zło. Popularyzujemy je, zarabiamy na nim. Ono jednak pod pozorem zabawy, naiwności, dziecinady potężnieje. Öhrna SONATA WIDM Strindberga walkę pokazuje w wymiarze jeszcze groźniejszym.

Można się oburzać na  estetykę Öhrna, można ją odrzucać, nie uznawać, nie rozumieć. Ale nie można jej zignorować. Artysta zdaje się mówić, że człowieczeństwo nadal się wynaturza, ludzie, systemy na to świadomie przyzwalają. Świat, który w teatrze widzimy jest zdegenerowany, zniekształcony, udziwniony, wypaczony. Gwałci i zniewala wszystkich. Najpierw przez swój obraz. To, co chciał przekazać Strindberg, Öhrn przewrotnie wizualizuje. Niech nas nie zwiedzie konwencja snu, horroru, zabawy. Öhrn niczego nie ukrywa. Poprzez sugestywną, anonimową cielesność bohaterów pokazuje, że tak po prostu jest, tacy po prostu jesteśmy. My, cywilizacja totalnej popkultury, żyjąca w konwencji upiornego a przecież uważanego za zupełnie cool und fun Big Brothera. Infantylizmu naiwnej, krzykliwej, pretensjonalnej, definiującej wprost formy, braku wielkiej głębi/intelektualnej, estetycznej, moralnej/, karykatury, kreskówki, animacji czyli prymitywizującego wszystko uproszczenia. Nadal to jest jednak Strindberg, jego bezpruderyjna, oskarżycielska, ostra w swym jądrze SONATA WIDM. Podkręcona wizja klasyki.

Nie jest to ani kpina, ani szaleństwo, ani tylko i wyłącznie ciekawe eksperymentalne wykorzystanie sztuk wizualnych, epatujące nowoczesnością użytych środków wyrazu w teatrze, ale autorska, krytyczna propozycja artysty, który rozumie i czuje, że świat się zmienia, sposób komunikacji się ciągle zmienia i należy dostroić się do tych zmian, by móc pokazać zachodzącą transformację percepcji i recepcji współczesności. Tego, co w niej przeraża, niepokoi, uwiera. W tym sensie Öhrn obnażając perfidię i ohydę bezwstydnego zła zawłaszczającego wszystkie rewiry i okresy życia człowieka, w formie doskonale nam znanej, bo ogólnie dostępnej, wiadomej, upomina się o przywrócenie równowagi w świecie wartości. Odchylając się tak ekstremalnie w stronę zła automatycznie stawia pytania o status dobra. Tyle, że nie wprost. Ta jednoznaczność negatywnej oceny rzeczywistości wydaje się być nie do przyjęcia. Budzić może sprzeciw. Święte oburzenie ortodoksyjnych wyznawców tradycyjnego systemu wartości. Niesłusznie. Paradoksalnie Öhrn upomina się o nie, poprzez swą sztukę o nie walczy. Podprogowo. Intuicyjnie. Przewrotnie. Zabawka, lalka dziewczyny/jeszcze dziecka/ spętana grubym sznurem, gromada dewiantów bezwstydnie przyglądająca się razem z widzami scenie zbliżenia młodych, seksualna inicjacja hiacyntem, ostateczne przejście młodych w sferę zła dorosłych to dowody zbrodni dokonanej na złudzeniu, wierze, że dobro mogłoby zło zwyciężyć. Grzechem pierworodnym dziś, zdaje się dawać nam do zrozumienia autor, nie jest grzech nieposłuszeństwa ale zaniechania. Niemożność obrony przed opresją, gwałtem świata na jednostce, która samotna, podporządkowywana, ubezwłasnowolniana przez wtłaczanie jej w oczekiwany szablon zachowań, pozbawiona  zindywidualizowanej tożsamości, brutalnie kulturowo tresowana, emocjonalnie złamana, manipulowana, pozbawiona jest możliwości samodzielnego, niezależnego wyboru. Nie ma już wieku niewinności. Nie ma złudzeń. Życie to horror, powszechne powielanie żałosnej imitacji modnego, popkulturalnego wzorca. Oczywiście nie buduje taki teatr obrazu pozytywnego, budującego. Raczej powinien zagrzewać do buntu. Do walki. Jeśli tylko nie odżegnamy autora od czci i wiary. Pozwolimy mu do siebie dotrzeć.

Nowy Teatr, jego aktorzy pozwolili. Zrezygnowali z własnej tożsamości w kreowaniu postaci scenicznych. Ukryci pod maskami, ze zdeformowanymi głosami są nierozpoznawalni.  I to jest wspaniałe, cudowne, potwierdza ich klasę. Zdecydowali się zaufać reżyserowi. Mimo, że jest i śmiesznie, i straszno. Mroczno i czerwono. Kontrowersyjnie, odważnie, ryzykownie mocno.

SONATA WIDM AUGUST STRINDBERG
tłumaczenie: Anna Topczewska.
reżyseria, scenografia, dźwięk: Markus Öhrn
rzeźba: Wojciech Pustoła
rzeźba harfy: Tilda Lovell
wideo: Jakob Öhrman
eeżyseria świateł: Marta Pruska
asystent reżysera: Romuald Krężel
asystenci do spraw kostiumów: Krystian Jarnuszkiewicz, Katarzyna Sankowska
asystentka do spraw wideo: Hanna Maciąg
interpretacja Walkirii: Linus Öhrn i Janne Lounatvuori
adaptacja Trio fortepianowego D-dur „Duch”, op. 70 nr 1 Ludwika van Beethovena: Jan Duszyński

obsada: Ewa Dałkowska, Bartosz Gelner, Helena Gąsiejewska, Małgorzata Hajewska-Krzysztofik, Wojciech Kalarus, Marek Kalita, Maria Łozińska, Joanna Niemirska, Jakob Öhrman, Piotr Polak, Jacek Poniedziałek, Magdalena Popławska.

premiera: 20 stycznia 2017 Nowy Teatr
Spektakl dla widzów w wieku od 16 lat.