sobota, 4 lutego 2017

SONATA WIDM NOWY TEATR


SONATA WIDM wystawiona w Nowym Teatrze w Warszawie w pierwszym wrażeniu nie wydaje się być Augusta Strindberga ale Markusa Öhrna. Sceniczne oddziaływanie artysty jest tak sugestywne, wsobne, odrębne, że poza luźnym odniesieniem na pozór nie ma nic wspólnego z dramatem jaki znamy. Nic bardziej błędnego. Markus Öhrn odwraca kolejność pokazywania prawdy o człowieku. Niczego nie ukrywa, wręcz przeciwnie. To, co w sztuce Strindberga wyłania się powoli, stopniowo, kumulując się, narastając do finału, w tym wypadku jest widoczne i mocno uderza swą wizualizacją od samego początku. Nic dziwnego, że króluje forma Öhrna, dobrze znana z jego poprzednich produkcji. W tym sensie kontynuuje on swoją estetykę, wdraża środki sztuk wizualnych w teatralne życie. Wykorzystuje ją do tego stopnia, że cały ciężar oddziaływania spektaklu spoczywa na środkach wyrazu, które mają na celu wywołanie u odbiorcy określonych emocji oraz pobudzenie jego wyobraźni. I słusznie. Wyrazisty, silny plastyczny przekaz, zminimalizowana do koniecznego komunikatu treść nowo przetłumaczonego tekstu, artykułowana bełkotliwie, niewyraźnie, wyświetlana jest  na ekranach jednocześnie z obrazami zbliżeń na bieżąco filmowanej akcji. Powoduje, że to co miało być ukryte, podskórne, niewidoczne można obserwować bez trudu, jest bez ograniczeń dostępne. Tak, tekst maksymalnie skrócony, nie wydaje się być dla potrzeb reżyserskich najważniejszy ale jednak wystarczająco wiąże spektakl Öhrna ze sztuką Strindberga. Treść zeszła na plan dalszy ale nie ginie. Objawia się poprzez to, co widzimy. Pozostaje istotnym kontekstem, znaczącym odniesieniem. Artysta komunikuje się z nami obrazem, który jest tu głównym narratorem. Forma opowiada, oddziałuje, rządzi naszym rozumem i czuciem. Tworzy nastrój, pobudza wyobraźnię. Determinuje charakterystykę postaci, podkreślając sposób współczesnej zaburzonej komunikacji. Ale zabieg ten podkreśla rys naszych czasów: najpierw widzimy obraz, potem wnikamy w jego treść. W sens. Głębiej i głębiej. Jeśli tylko zechcemy.

Całość jest poza realizmem. Choć się do niego odnosi. Potworność kreowanego obrazu natury ludzkiej, opresyjność sytuacji, który prowokuje, wywleczona jest na wierzch, na widok publiczny w perwersyjnie zwulgaryzowanej, karykaturalnej formie namacalnej, dostępnej. Nie jest finezyjnie kamuflowana a całkowicie obnażona, bezczelnie wyolbrzymiona, rozbuchana, wynaturzona. Nie ma złudzeń, nie ma hipokryzji, nie ma owijania w bawełnę. Pozbawione cech indywidualnych zło, barbarzyński prymitywizm zachowań, relacji, bezwstydnie epatuje swą dominacją. Zawłaszcza całą mocą oddziaływania obrazu, który pozbawiony jest jakiejkolwiek próby obrony człowieczeństwa. Rozprawia się z nim bezwzględnie. Bez skrupułów uwidacznia,  potwornie jeszcze przerysowując to, co dotąd ludzkość starała się ukryć choćby przez zachowanie pozorów, kłamstwo, wychowanie, religię, normy społeczne. I co wychodziło na światło dzienne tylko i wyłącznie pod przymusem. Pod presją. Gdy nie można już było ukrywać, zakłamywać zła pod powierzchnią pozoru normalności.To, co stanowiło  dotąd temat tabu, jest dziś bezwstydnie widoczne, dostępne. Udostępniane. Upublicznione. Znane powszechnie.

Jeśli ocalało coś pozytywnego, ukryte jest pod tą udziwnioną maską, marną powłoką, którą można zobaczyć gołym okiem. Już nie trzeba podglądać, z ukrycia obserwować: obscenę, intymność, zbrodnię, kłamstwo, zdradę, wszystkie antonimy dobra. Przyszedł czas, że to ono jest gdzieś głęboko wyparte, stłamszone, wykluczone i należy je tropić, przywrócić mu status ważności na powrót. Ale nigdzie jego przejawów, działania w spektaklu nie widać. Wręcz przeciwnie. Pozytyw, jeśli istnieje, jest ukryty, zminimalizowany, skarłowaciały, zredukowany. Istota całej prawdy o człowieku jest nieodgadniona. Bo, to co widzimy, jest zlepkiem spuścizny popkultury; zniewalającej umysły, przeprogramowującej wrażliwość. I wynikiem decyzji człowieka, że się poprzez nią określa, wyraża, daje zainfekować. Ważne są oczy obserwatora. A do wnętrza ostatecznie nie są w stanie dotrzeć. Powłoka, kreacja obserwowanego nie dopuszcza do tego. Uniemożliwia to. Stanowi znów zakłamany, umowny kamuflaż.

Z jednej strony ten obraz mary sennej, koszmaru, majaku intryguje i niepokoi, z drugiej forma jednak nie do końca pozwala się nim przejmować, traktować poważnie. Obraz przyciąga, zaciekawia ale jednocześnie pozwala na dystans. Może znieczulać, może śmieszyć, może sprawiać, że widz zlekceważy wagę przedstawianych problemów. Dysonans estetyczny ma tu bezpośrednie przełożenie na dysonans emocjonalny jaki wywołuje. Znamienne, że nie opuszcza widza niepewność, ambiwalencja, niejasność, jak należy traktować, interpretować, rozumieć wypowiedź artysty.

 A wszystko to po to, by pokazać, jak bardzo pozbawione są figury sceniczne, nasz świat realny cech indywidualnych, wsobnych, charakterystycznych.  Nieważne kim byłeś, kim jesteś, co sobą stanowisz a jak cię ostatecznie postrzega świat. Jak cię widzi. Odbiera. Bohaterowie ukształtowani w karykaturalną pulpę- istnienie bez właściwości, jak taran przetaczają się w niewoli instynktu, popędu, zaspokajania najniższych, elementarnych potrzeb. Okrutni i źli, wyjałowieni. Dzicy. Nie sposób rozróżnić, z tego co widać i słychać, kto kogo gra. Aktorzy pozbawieni swej tożsamości przypisaną im a priori rolą, kostiumem i maską są nie do rozpoznania. Grają ciałem. Głowa jest olbrzymia, to brzydka, zniekształcona amimiczna nienaturalnych rozmiarów maska.  Dźwięki, jakie z siebie wydają to piktogramy słowne: jęki, piski, chroboty, pomruki, zniekształcone, niewyraźne, bełkotliwe głosy, rwane, postrzępione zdania. Też nie pozwalają na dokładną identyfikację. I nie przeraża to. Nie wstrząsa. Budzi tylko zdziwienie. Zaciekawia. Może dlatego, ze twórca odnosi się jednak do tego, co znamy, co wiemy ze świata popkultury i ta forma nie jest zaskoczeniem. Ciągle się z czymś kojarzy. Do czegoś się odnosi.

Publiczności proponuje się aktywne oglądanie sztuki. Może się poruszać, zmieniać punkty obserwacyjne, po spektaklu ma szansę naocznie przekonać się, jak wyglądają wnętrza, które pokazywała tylko kamera. Anonimowa w swej masie staje się komponentem uzupełniającym, przez swą aktywność bezpośrednim uczestnikiem tego, co się dzieje na scenie. Widmami, cieniami, zjawami. Będąc poza rewirem sceny dostała przyzwolenie, by wkroczyć w świat wykreowany przez Strindberga i  Öhrna, stać się jego integralną częścią. Nikt nie jest poza strefą wpływu. Oddziaływanie sceny jest podprogowo opresyjne. Mimo, że wydaje się nam, że jesteśmy zdystansowani, naprawdę tak nie jest. Z jednej strony ignorujemy wykreowany, udziwniony świat Öhrna, uznając go za ewidentnie umowny, fikcyjny, z drugiej strony rozpoznajemy w nim to, co znamy, co wiemy/np. z własnego doświadczenia, z mediów, itd/. Czujemy, że prawda jest niebezpiecznie blisko.

Obok humorystycznych momentów, niepoważnych, niewinnych zachowań, naiwnych odniesień trwa nadal dramat nas współczesnych. Podszyty jest grozą, bo od czasów Strindberga tyle się zmieniło, że mając dostępne wszelkie środki, każdą treść i formę, wolność i możliwość działania,  pozbyliśmy się wstydu i nie staramy się nawet kamuflować prawdy o sobie a banalizujemy ją, wypierajmy, ośmieszamy. Świadomie unormalniamy zło. Popularyzujemy je, zarabiamy na nim. Ono jednak pod pozorem zabawy, naiwności, dziecinady potężnieje. Öhrna SONATA WIDM Strindberga walkę pokazuje w wymiarze jeszcze groźniejszym.

Można się oburzać na  estetykę Öhrna, można ją odrzucać, nie uznawać, nie rozumieć. Ale nie można jej zignorować. Artysta zdaje się mówić, że człowieczeństwo nadal się wynaturza, ludzie, systemy na to świadomie przyzwalają. Świat, który w teatrze widzimy jest zdegenerowany, zniekształcony, udziwniony, wypaczony. Gwałci i zniewala wszystkich. Najpierw przez swój obraz. To, co chciał przekazać Strindberg, Öhrn przewrotnie wizualizuje. Niech nas nie zwiedzie konwencja snu, horroru, zabawy. Öhrn niczego nie ukrywa. Poprzez sugestywną, anonimową cielesność bohaterów pokazuje, że tak po prostu jest, tacy po prostu jesteśmy. My, cywilizacja totalnej popkultury, żyjąca w konwencji upiornego a przecież uważanego za zupełnie cool und fun Big Brothera. Infantylizmu naiwnej, krzykliwej, pretensjonalnej, definiującej wprost formy, braku wielkiej głębi/intelektualnej, estetycznej, moralnej/, karykatury, kreskówki, animacji czyli prymitywizującego wszystko uproszczenia. Nadal to jest jednak Strindberg, jego bezpruderyjna, oskarżycielska, ostra w swym jądrze SONATA WIDM. Podkręcona wizja klasyki.

Nie jest to ani kpina, ani szaleństwo, ani tylko i wyłącznie ciekawe eksperymentalne wykorzystanie sztuk wizualnych, epatujące nowoczesnością użytych środków wyrazu w teatrze, ale autorska, krytyczna propozycja artysty, który rozumie i czuje, że świat się zmienia, sposób komunikacji się ciągle zmienia i należy dostroić się do tych zmian, by móc pokazać zachodzącą transformację percepcji i recepcji współczesności. Tego, co w niej przeraża, niepokoi, uwiera. W tym sensie Öhrn obnażając perfidię i ohydę bezwstydnego zła zawłaszczającego wszystkie rewiry i okresy życia człowieka, w formie doskonale nam znanej, bo ogólnie dostępnej, wiadomej, upomina się o przywrócenie równowagi w świecie wartości. Odchylając się tak ekstremalnie w stronę zła automatycznie stawia pytania o status dobra. Tyle, że nie wprost. Ta jednoznaczność negatywnej oceny rzeczywistości wydaje się być nie do przyjęcia. Budzić może sprzeciw. Święte oburzenie ortodoksyjnych wyznawców tradycyjnego systemu wartości. Niesłusznie. Paradoksalnie Öhrn upomina się o nie, poprzez swą sztukę o nie walczy. Podprogowo. Intuicyjnie. Przewrotnie. Zabawka, lalka dziewczyny/jeszcze dziecka/ spętana grubym sznurem, gromada dewiantów bezwstydnie przyglądająca się razem z widzami scenie zbliżenia młodych, seksualna inicjacja hiacyntem, ostateczne przejście młodych w sferę zła dorosłych to dowody zbrodni dokonanej na złudzeniu, wierze, że dobro mogłoby zło zwyciężyć. Grzechem pierworodnym dziś, zdaje się dawać nam do zrozumienia autor, nie jest grzech nieposłuszeństwa ale zaniechania. Niemożność obrony przed opresją, gwałtem świata na jednostce, która samotna, podporządkowywana, ubezwłasnowolniana przez wtłaczanie jej w oczekiwany szablon zachowań, pozbawiona  zindywidualizowanej tożsamości, brutalnie kulturowo tresowana, emocjonalnie złamana, manipulowana, pozbawiona jest możliwości samodzielnego, niezależnego wyboru. Nie ma już wieku niewinności. Nie ma złudzeń. Życie to horror, powszechne powielanie żałosnej imitacji modnego, popkulturalnego wzorca. Oczywiście nie buduje taki teatr obrazu pozytywnego, budującego. Raczej powinien zagrzewać do buntu. Do walki. Jeśli tylko nie odżegnamy autora od czci i wiary. Pozwolimy mu do siebie dotrzeć.

Nowy Teatr, jego aktorzy pozwolili. Zrezygnowali z własnej tożsamości w kreowaniu postaci scenicznych. Ukryci pod maskami, ze zdeformowanymi głosami są nierozpoznawalni.  I to jest wspaniałe, cudowne, potwierdza ich klasę. Zdecydowali się zaufać reżyserowi. Mimo, że jest i śmiesznie, i straszno. Mroczno i czerwono. Kontrowersyjnie, odważnie, ryzykownie mocno.

SONATA WIDM AUGUST STRINDBERG
tłumaczenie: Anna Topczewska.
reżyseria, scenografia, dźwięk: Markus Öhrn
rzeźba: Wojciech Pustoła
rzeźba harfy: Tilda Lovell
wideo: Jakob Öhrman
eeżyseria świateł: Marta Pruska
asystent reżysera: Romuald Krężel
asystenci do spraw kostiumów: Krystian Jarnuszkiewicz, Katarzyna Sankowska
asystentka do spraw wideo: Hanna Maciąg
interpretacja Walkirii: Linus Öhrn i Janne Lounatvuori
adaptacja Trio fortepianowego D-dur „Duch”, op. 70 nr 1 Ludwika van Beethovena: Jan Duszyński

obsada: Ewa Dałkowska, Bartosz Gelner, Helena Gąsiejewska, Małgorzata Hajewska-Krzysztofik, Wojciech Kalarus, Marek Kalita, Maria Łozińska, Joanna Niemirska, Jakob Öhrman, Piotr Polak, Jacek Poniedziałek, Magdalena Popławska.

premiera: 20 stycznia 2017 Nowy Teatr
Spektakl dla widzów w wieku od 16 lat.

0 komentarze:

Publikowanie komentarza