poniedziałek, 30 marca 2026

NOWE EPIFANIE 2026: TRĄBKA DO SŁUCHANIA WROCŁAWSKI TEATR WSPÓŁCZESNY

 

TRĄBKA DO SŁUCHANIA wyreżyserowana przez Weronikę Szczawińską, z adaptacją, dramaturgią, współpracą reżyserską i opracowaniem muzycznym Piotra Wawera jr zrealizowano na podstawie książki Leonory Carrington we Wrocławskim Teatrze Współczesnym. Spektakl zaskakuje estetyką  uzyskaną z materiałów pochodzących z second handu, jakby podkreślał, że życie kobiet w sędziwym wieku, dotąd całkowicie spacyfikowane przez mężów i dzieci, to ostatnia szansa, by w pełni być sobą, już tylko dla siebie. Zesłane przez rodziny do domu starców (Przybytek Światła prowadzony silną ręką przez doktora Gambita i jego żonę), zaczynają ich second live. Wyrwane z dotychczasowego życia, muszą się najpierw przystosować, stworzyć na nowo i funkcjonować społecznie. Poddane opresyjnemu rygorowi ośrodka buntują się, walczą o siebie i wygrywają. Nie poddały się, nie odpuściły i otwiera się okres, gdy nareszcie mogą robić, co chcą i jak chcą. Ratują i siebie, i świat, któremu grozi zagłada. Dlatego zarówno scenografia, jak i kostiumy to sublimacje patchworkowych wariacji uwolnionych charakterów i osobowości bohaterek, skomponowane dzięki ich nieposkromionej wyobraźni ze skrawków tego, co wcześniej zaistniało w innej rzeczywistości. 

Tu starość jest zwariowana, kolorowa i wesoła jakby w opozycji do jej stereotypu. Na pewno nie jest nudna, statyczna, choć naznaczona bywa ograniczeniami kondycji ducha i ciała. Przeszłość wdziera się do teraźniejszości, pamięć szwankuje, wyobraźnia hula. Miesza się prawda ze zmyśleniem, skojarzeniem, wspomnieniami. Wyobraźnia i pomysły staruszek rozsadzają skostniały porządek miejsca i czasu. Nikt się nie nudzi, bo świat, w którym żyją i ich wiek stwarzają sytuacje niezwykłe, nieprzewidywalne. Na oczach widzów kreuje się mimowolnie rzeczywistość fantastyczna, lecz w jakiś szczególny sposób bardzo realna, bliska, rozpoznawalna. Wszystkie wątki historii, opowieści, zdarzeń skądś znamy, ale tu, dzięki bohaterkom, przyjmują nową formę, wydumane rozwinięcia. Kobiety przeżywają  najgorszy okres w ich życiu, bo zostały wyrwane z korzeniami ze światów sobie dobrze znanych, ukochanych, bezpiecznych i wrzucone do tygla społeczności o podobnej, ale jednak obcej proweniencji. 

Tworzą bajkę o starości, która ulega metamorfozie (od lęku do spokoju ducha). Rozsądnie się przystosowującej, niezwykle aktywnej, przedsiębiorczej i stanowczej, bo wbrew warunkom i i kondycji psychofizycznej kobiet w wieku 70 +, akceptującej narzucone warunki, ale potrafiącej jednak robić wszystko po swojemu. Tu starość nie jest zakompleksiona, a śmierć nie jest straszna. Udziwnia oczywiście swoje ofiary, odrealnia je i maskuje. Przeżywa nadal bardzo intensywnie i choć poddaje się opresji podejrzeń, obsesji teorii spiskowych, lękom, katastroficznym hipotezom, to tworzy niezwykłe opowieści. Poszukuje więc Świętego Gralla, prowadzi śledztwo w sprawie śmierci koleżanki, która okazuje się być mężczyzną, dokonuje rewolty w ośrodku, organizuje życie w czasie katastrofy ekologicznej, bierze sprawy w swoje ręce. Nie próżnuje. Nie czeka na śmierć. Ciągle intensywnie w swoim wyimaginowanym świecie żyje. Nie milknie, nie alienuje się, nie zamyka, nie ucieka przed problemami wstydliwie i z poczuciem winy. 

Publiczność nadal lubi historie, ich szczęśliwe zakończenia, które zna ze swojego życia. Dobrze bawi się oswajaniem lęku przed niesprawiedliwym wykluczeniem (bez rodziny, przyjaciół), uciążliwą starością (choroby, niepełnosprawności), bliskością śmierci (wszyscy wokół umierają). Podoba jej się, gdy oddala się od niej perspektywa nieuniknionych zmian na gorsze. Pocieszające są dla niej, że beznadziejne sytuacje można przekuć w doskonałą zabawę, a najgorsze zmiany życiowe można znieść dzięki szczególnemu rodzajowi poczucia humoru, wyobraźni, fantazji. Sile wewnętrznej, pewności siebie, barwnej osobowości, aktywności. To nie starość jest straszna, ale to jak jej się boimy.

Spektakl jest bardzo dobrze wyreżyserowany, brawurowo zainscenizowany, perfekcyjnie zagrany. Generuje pozytywną energię, która udziela się widzom. Optymizm zbudowany jest tu na przekonaniu, że cokolwiek się dzieje nie jest do końca zdefiniowane, przesądzone, ostateczne. Tyle się dzieje!!, ale też tyle można zmienić!! Wiek nie gra roli!!! Ważna jest afirmacja kolejnego etapu życia z jego ograniczeniami, bólem upokorzeniami, bliską perspektywą śmierci. Tematyka jest trudna, nieatrakcyjna, przytłaczająca, ale nie w tej interpretacji, bo okropieństwa starości pozostają na drugim planie, gdy ciało i umysł skoncentrowane są na działaniu. Bohaterkami są kobiety, również te rodzaju męskiego, z pozytywnym nastawieniem, silne, pozostające w relacjach z innymi. Jakby do końca dowodziły, że pozostają witalne, czułe, szczodre wobec świata i ludzi. Wbrew wszystkim i wszystkiemu, a zwłaszcza tendencji, by ludzi w pewnym wieku odstawić na boczny tor, zapomnieć o nich, za życia skazać ich na społeczne wykluczenie. Unieważnienie. Wymazanie.

Ten spektakl to dowód na to, że wiek nie jest problemem, gdy kondycja człowieka, jego nastawienie i kreatywność pozwala mu na  działanie. Obecnie starość jest passe. Dlatego ta sztuka przywraca miarę człowieczeństwa. Ośmiesza egocentryzm i wygodę tak zwanej młodości w obłędzie konsumpcji i przyjemności, koncentrowanie się na estetyce wyglądu, pełnosprawności, wszelkiej doskonałości bez najmniejszej skazy, bo tak naprawdę każdy jest ważny, cenny, potrzebny. Nawet ten najstarszy, ułomny,  nieatrakcyjny może ludzi i świat uratować. 




TRĄBKA DO SŁUCHANIA  na podstawie książki Leonory Carrington
 tłumaczenie Maryna Ochab

Reżyseria: Weronika Szczawińska
Adaptacja, dramaturgia, współpraca reżyserska, opracowanie muzyczne: Piotr Wawer jr
Scenografia, kostiumy, światło: Marta Szypulska
Kompozycje, aranżacje: Julia Gadzina
Choreografia: Alicja Czyczel
Inspicjentka: Katarzyna Krajewit
Asystentka reżyserki: Anna Kieca
Realizacja światła: Jan Sławkowski

Obsada:
Biskup – Mariusz Bąkowski
Marion – Anna Błaut
Maude, Weronika, Galahad, Muriel, Robert, chórzysta – Krzysztof Boczkowski
Christabel, chórzyst – Elżbieta Golińska
Dona Rozalinda, Zam Pollum, Noiram – Anna Kieca
Natasza, Pontefact, chórzysta – Dominika Probachta
Van Tocht, Anubet, chórzysta – Beata Rakowska
Anna, chórzysta – Irena Rybicka
Dr Gambit, Marlborough, chórzysta – Dominik Smaruj
Georgina, chórzysta – Jolanta Solarz-Szwed
Markiza, Dominico – Magdalena Taranta
Carmela, chórzysta – Lina Wosik
Pani Gambit, bard/listonosz Taliessin – Julia Gadzina


Fot.: Natalia Kabanow




sobota, 28 marca 2026

JESIEŃ TEATR POLSKI W PODZIEMIU WE WROCŁAWIU

 

Spektakl JESIEŃ w reżyserii Katarzyny Minkowskiej oparty jest na książce Ali Smith o tym samym tytule. Trzecia pora roku nasycona kolorami, nostalgicznymi dźwiękami wizualizuje na scenie okres podsumowań, refleksji, zmian. Kojarzona z jesienią życia, jest tym momentem, gdy wspomnienia - powidoki pamięci - weryfikują w nieubłaganie przyśpieszającym czasie walczące ze sobą różne perspektywy, ścierające się odmienne potrzeby, oczekiwania, marzenia, ambicje jednostek, wsobnych ludzkich kosmosów tworzących społeczno-polityczny krajobraz. Ale jest to też czas godzenia się z przemijaniem i moment, może nawet ostatniej szansy, na dokonanie zmian w życiu.

Obraz sceniczny - zbudowany ze strumieni świadomości i podświadomości, natury, narracji sztuki i jej interpretacji - tworzy żywy kolaż podlegający immanentnej zmianie. Z udziałem ludzi, którzy w szczególny sposób oddziałują na siebie: Daniela Glucka (Tomasz Lulek), starca, i jego młodzieńczego alter ego (Filip Szatarski), czy raz dziecka, innym razem dziewczyny, ale też młodej kobiety, Elisabeth Demand (Justyna Janowska) jako tej samej osoby w różnym wieku oraz jej matki, Wendy Demand (Halina Rosiakówna), dziennikarki Zoe Spencer-Barnes (Agnieszka Kwietniewska), dwóch urzędniczek, akuszerki (Michał Opaliński). Ważna jest też magiczna więź człowieka i przyrody (drzewo opowiadające kawały o krowach jedzących wiśnie na drzewie). Jakby jednym z głównych tematów sztuki było wzajemne oddziaływanie,  współistnienie z nieoczywistymi, tajemniczymi, ukrytymi często zależnościami. Jakby te, wydawać by się mogło, światy i byty równoległe, niezależne w alogiczny, a jednak znaczący w skutkach sposób się przecinały, łączyły, wpływały na siebie. Nie mogłyby zaistnieć i żyć jedne bez drugich.

Czas, ruch/zmiana/przemiana, człowiek w swojej złożoności i współzależności z innymi ludźmi (coraz bardziej samotny, indywidualny, wolny) w porze jesieni (w momencie największej dojrzałości i samoświadomości) i w bezczasie mentalnym to główni bohaterowie tego spektaklu. Przenikanie się indywidualnych światów czy to bohaterów, czy ich związków i wzajemnych relacji, siła oddziaływania sfery zjawisk wyobrażonych i sytuacji realnych, łączenie różnych gatunków sztuki, wpływ rozmaitych czynników na stany emocjonalne, presja polityki na jednostkę, jednostki na politykę (Wielka Brytania po BREXICIE) są treścią spektaklu. Siła tego obrazu przejawia się w przedstawieniu nakładania się w równoległym przebiegu poszczególnych zdarzeń, sytuacji, relacji oraz w płynności stanów mentalnych, również tych niedookreślonych, niejasnych, tajemniczych, co pozwala uchwycić proces kształtowania się losów i charakterów poszczególnych bohaterów. Umiejętność komponowania przenikających się działań scenicznych, ujawnianie przez to ich potencjalnych sensów i możliwych znaczeń to największy walor pracy reżyserskiej Katarzyny Minkowskiej. Fascynujący.

Wnikamy w świat rozpoznawalny, ale nieoczywisty, nie do końca dający się zdefiniować, nazwać, uporządkować, ocenić. Mamy szansę objąć całokształt zjawisk, które pozwalają poznać świat wewnętrzny i zewnętrzny człowieka, proces tworzenia, kształtowania, przemiany. Oddziaływanie na siebie umysłów, emocji, wrażliwości, wyobraźni. Obecności/uczestnictwa lub nieobecności/bierności. Przepływów energii dużych i tych małych. Temat relacji międzyludzkich (rodzice - dziecko, mentor - uczeń, zwykły obywatel - urzędnik, pacjent - jego opiekun) ich przebieg w czasie, wpływ dorosłych (sąsiad), bliskich (matka), autorytetów na rozwój osobowy człowieka w formie poszarpanej, alinearnej, gdy sen łączy się z jawą, przeszłość z teraźniejszością, realizm z metaforą, powaga z jej pastiszem, a życie ze śmiercią jest bogactwem tej sztuki. Uchwycenie, połączenie i pokazanie jednocześnie czegoś nieuchwytnego, niewidzialnego, tajemniczego - co jest przeczuciem, tchnieniem, praprzyczyną i skutkiem wydaje się niemożliwe do przekazania. A jednak  w końcu wnikamy nie tylko w to, co widzialne i zrozumiałe, przejrzyste i logiczne, ale też i w to, co zazwyczaj dzieje się w podświadomości, wyobraźni, wspomnieniu, czy w sferze emocjonalno-umysłowej człowieka. W tle pokazano krajobraz polityczno-społeczny (migracje), dobitnie podkreślono rolę medialnej moderacji, manipulacji w kształtowaniu światopoglądów (tu: wywiady, filmowe relacje zajść ulicznych), co w sumie wpływa na życie i postawę bohaterów. Rytm i tempo tworzy muzyka Wojciecha Frycza, formę narzuca choreografia Krystyny Lamy Szydłowskiej- co odkrywa kolejny nurt życia wizualizujący nieustanny ruch, ciągłą przemianę, akcentuje konieczność współuczestnictwa (w tle taniec przemieszczającej się grupy młodych ludzi, ale też ekspresja ruchu młodego Daniela Glucka pojawiającego się raz za razem).

Zamysł sztuki wymaga niesłychanej dyscypliny, precyzji i warsztatowej maestrii. Sukces spektaklu jest wynikiem pracy zespołowej, ale wyjątkowe emocje budzi obecność sceniczna Michała Opalińskiego, Haliny Rosiakówny, Agnieszki Kwietniewskiej, bo w sposób bogaty, naturalny i dowcipny przedstawia bohaterów, którzy budują transowy klimat i wypracowują przenicowane magią realistyczne konteksty. Spektakl jest więc wymagający zarówno dla aktorów, jak i widzów. Jego złożoność i wielorakość środków wyrazu, które ilustrują narracje na wielu poziomach w różnych obszarach czasowych, powoduje, że może wydawać się zagmatwany, niejasny, skomplikowany. A jednak uważność, zaangażowanie i wysiłek twórczy pozwalają uchwycić zjawiska kształtujące się równolegle, nakładające się, przenikające w ich niejednoznaczności i złożoności. Jest to piekielnie trudne, ale jednak wykonalne. Efekt jest spektakularny. Wspaniały. 




JESIEŃ Ali Smith

przekład Jerzy Kozłowski

Reżyseria: Katarzyna Minkowska
Dramaturgia: Joanna Połeć
Adaptacja: Joanna Połeć, Katarzyna Minkowska
Scenografia: Łukasz Mleczak
Reżyseria świateł: Monika Stolarska
Wideo: Marek Kozakiewicz
Kostiumy: Jola Łobacz
Muzyka: Wojciech Frycz
Choreografia: Krystyna Lama Szydłowska
Asystent reżyserki: Maciej Ćwieluch
Pianista: Marcel Baliński

Obsada:

Justyna Janowska — Elisabeth Demand
Halina Rasiakówna — Wendy Demand
Tomasz Lulek — Daniel Gluck
Filip Szatarski — Młody Daniel Gluck
Agnieszka Kwietniewska — Zoe Spencer-Barnes
Michał Opaliński — Charlotte (pocztmistrz, rejestratorka, pocztmistrzyni, człowiek-drzewo, akuszerka)
Igor Kujawski — Czytelnik (lekarz/promotor)
Katarzyna Wuczko — Pauline Boty
Lokalna społeczność:
Maciej Ćwieluch, Jan Dusza, Mateusz Guzowski, Anastazja Kowalska, Olga Mleczko, Jakub Sendek

Fot. Natalia Kabanow

poniedziałek, 23 marca 2026

TROJANKI TEATR POWSZECHNY W WARSZAWIE


Spektakl Teatru Powszechnego w Warszawie TROJANKI według dramatu Eurypidesa w reżyserii Aleksandry Bielewicz nie opowiada o wojnie trojańskiej, ale o tym, co się dzieje przed i po niej, a więc o jej przyczynach i skutkach z perspektywy kobiet, ze strony, która najwięcej traci, bo jest instrumentalnie traktowana w procesie polityki patriarchatu. Kobiety nie walczą a są używane jako bezpośrednia przyczyna konfliktu (piękna Helena - obiekt pożądania i posiadania), a jako ofiary przegranej wojny mężczyzn idą z dziećmi w niewolę, na śmierć. I to one dociekają, przeżywają, opłakują nędzę swojego i Trojan położenia. Dostosowują się i akceptują narzucone im ubezwłasnowolniające je status quo. Na ich przykładzie można zrozumieć, co to znaczy płacić za nie swoje porażki, przegrane, klęski. Wiedzieć wszystko zawczasu i żyć świadomie z tym jarzmem do samego końca. Bo tu każda kobieta jest na własny sposób Kasandrą próbującą przebić się przez mur niemożności i niezrozumienia, co dramatycznie wyraża się w straceńczym rzucaniu się na szaniec -w kolejnych próbach przekroczenia niemożliwego czy ucieczki. Los Trojanek jest straszny i z góry przesądzony. Kobiety istnieją dla cierpienia i śmierci. Żadna nie ma szans na samostanowienie. Każda wypełnia przypisaną jej rolę. Uwięzione w swoim losie nie mają wyjścia. 

W swej istocie spektakl jest o tych wszystkich, którzy nie uczestniczą bezpośrednio w walce, nie są żołnierzami, dowódcami, politykami, osobami, które mają jakikolwiek wpływ na rozpoczęcie, zakończenie,  przebieg wojny, ale ponoszą jej konsekwencje. Trojanki to ofiary wojny i tych, którzy decydują. Czy cicha, bierna większość osób im podobnych w innych okolicznościach i czasie też nie może nic zrobić? 

Język dramatu Eurypidesa jest niezniszczalny. Szlachetny w prostocie i celności, ostry jak cierpienie, którego nie da się wyrwać z serca i pamięci. Trzeba je tylko przyjąć i przeżyć, by dotrwać do śmierci, która staje się dzięki temu bezbolesna, bo jest wyzwoleniem od bólu nie do wyrażenia, nie do nazwania, nie do opisania (otwierający spektakl wiersz Wisławy Szymborskiej). A jednak spektakl przemilczając sprawczość boską, nieuniknioność niezrozumiałego losu dotykającego ludzi pozwala go poczuć, przeżyć. Im bardziej wina pochodzi od ludzi, tym silniej dotyka głupota okrucieństwa, bestialstwa, premedytacji. Bezsens wojny, słabość polityki.  Jej ostentacyjny bezwstyd, bo odpowiedzialności nie ma. Zawsze chodzi o dominację, władzę, interes. Przetrwanie. Reszta to środki prowadzące do celu - krwawe zbrodnie igrzysk i prymitywne frazesy, które jednak na gawiedź skutecznie działają. Zwłaszcza że zwycięzca bierze wszystko. Gdy rozum uda się uśpić, prym wiodą żądze jako nagroda dla coraz to wyższego poziomu barbarzyństwa. Wojna jest swoistym resetem przeszłości. To mentalne narkotyczne katharsis pozwalające przejść do bardziej wyrafinowanego, zawoalowanego totalitaryzmu, psychopatycznego transu człowieka - boga. Zawsze się udaje, dlatego wojny wciąż wybuchają i redefiniują człowieczeństwo.

Scena jest metaforycznym miejscem doświadczania upokorzenia i pogardy (scenografia Łukasza Misztala). Pułapką. Klatki z kamieniami, które nie przedarły się przez jej kraty nie są bezpiecznym miejscem, a więzieniem. Skrzynie z okaleczonymi antycznymi rzeźbami przygotowane są do przesłania w bezpieczne miejsce, w przyszłość. Podobnie jak Helena otulona w miękki pakunek, która ma w ten sposób ocaleć. Coś zawsze przetrwa, choćby okaleczone, uszkodzone, zranione. Pozbawione świeżości, czystości i piękna - tym cenniejsze i bardziej wymowne, choć w swojej istocie wypalone i martwe. Po wypełnieniu swojej roli zostaje wyrzucone w niebyt, na śmietnik historii. I tak tragedia jednostek, grup społecznych, narodów się dopełnia w lamencie, cierpieniu, śmierci. W przemilczeniu obojętności.

Kostiumy (Kamil Wesołowski) to symboliczne zbroje, pancerze ochronne, jakże nieskutecznie broniące ciała przed opresją zewnętrznego świata. Nie odstraszają złego losu, nie mamią obietnicą przeżycia, nie uwodzą urodą, nie ratują tych, którzy jeszcze żyją. Wtapiają się w osobowości, społeczne role, losy bohaterów. Jakby powłoka człowieka cierpiała razem z nim. I tylko ruch sceniczny (Maria Bijak) zdradza, że ludzie żyją, odsłania rodzaj i charakter relacji, oddaje dramatyzm sytuacji, która staje się nie do zniesienia (dziecięcy kocyk).

Muzyka Szymona Sutora oraz zespołu The Freuders (Aleksander Adamski, Piotr Wiśnioch, Maciej Witkowski) wykonywana jest na żywo i odgrywa znaczącą rolę w budowaniu atmosfery spektaklu. To jego mocna strona. Intensywność dźwięku, melodyjność doskonale podkreślają narrację, ilustrują emocje, dają od nich wytchnienie. To nowoczesny ton. Nam współczesny. W końcu chodzi o przeanalizowanie, dlaczego do wojny dochodzi (nikt nie jest zainteresowany, by ją powstrzymać) oraz o poznanie jej skutków (nikt się z nimi nie liczy). A te są przerażające. Niewyobrażalnie przygnębiające i głęboko smutne. Przekonujący jest w swych wywodach sprytny Odyseusz (Tomasz Nosiński), bezradny Hektor (Oskar Stoczyński), okrutny, cyniczny Parys i Agamemnon (w obu rolach Grzegorz Artman). Kobiety: Aleksandra Bożek (Hekabe), Natalia Lange (Helena), Karina Seweryn (Andromacha), Julia Latosińska (Atena), Jowita Kropiewnicka (Poliksena) i Katarzyna Obidzińska (Kasandra), choć każda jest inna, to stanowią monolit cichej mądrości i rozdzierającego cierpienia. To nie siła zbiorowości kobiet, ale bezsiła instynktu natury ludzkiej, która tak naprawdę nic nie znaczy, bo los ofiar nigdy nic nie znaczył, inaczej coś by się zmieniło. Lament kobiet odziera wojnę z patosu wzniosłości, słuszności, konieczności, z jej naigrywania się z jednostek, kobiet, dzieci, starców, słabych osób, które nie są w stanie na nic wpłynąć. Dlatego przesłanie sztuki nie daje żadnej nadziei. Wybrzmiewa tylko gromadny żałobny skowyt śmiertelnie zranionego stada. Bo znów człowiek człowiekowi zgotował nieludzki los.

Perspektywa antycznej wizji i motywacji prowadzenia wojen, ponoszenia ich konsekwencji jest ciekawa, ale chyba świat potrzebuje mocniejszego uderzenia w jego instynkt samozachowawczy i sumienie. Świat jest już inny i wojny są inne. Nie ma się już do czego odnieść, nie ma przekonywującej narracji, która zohydziłaby wojnę, powstrzymałaby ją. Bogów, na których można
by zrzucić winę, nie ma. Nie ma skutecznych strategii rozwiązywania konfliktów. Może z tej prostej przyczyny, że tak naprawdę nikt pokoju nie chce. Bo jest on - podobnie jak dobro, piękno, prawda - zbędne, banalne, nudne, nieskuteczne w osiąganiu politycznych celów. Bogaty, syty, zblazowany agresor w amoku samozadowolenia wypiera fakt, że wszystko (każda potęga, cywilizacja) przemija. Nie pomoże silny, oświecony umysł, żadna racja z wykastrowaną empatią. Eskalacja chaosu, ekspansja dezinformacji, brak autorytetów i hierarchii wartości, człowiek z rozbuchanym ego zwiastuje upadek. Zdaje się, że wojna i pokój to synonimy zła, które zmienia tylko formę. W każdym człowieku drzemie jego podstępna natura. Kusząca, zazwyczaj tłumiona świadomość, że wszystkie chwyty są dozwolone. I bezkarne. Z góry wiadomo, jak się to skończy. A więc wojna. Potem pokój szykujący się do wojny. I znów wojna. 

Kasandruję w kontekście spektaklu, choć jak Trojanki wiem, że niczego to nie zmieni. Serce krwawi, umysł wariuje, a i tak będzie, co będzie.


TROJANKI  
na podstawie tragedii EURYPIDESA

Reżyseria – Aleksandra Bielewicz
Scenografia – Łukasz Misztal
Kostiumy – Kamil Wesołowski
Muzyka – Szymon Sutor oraz zespół The Freuders (Aleksander Adamski, Piotr Wiśnioch, Maciej Witkowski)
Muzyka na żywo – The Freuders (Aleksander Adamski, Piotr Wiśnioch, Maciej Witkowski)
Reżyseria światła i wideo – Robert Mleczko
Ruch sceniczny – Maria Bijak
Asystentki reżyserki – Marta Twardowska, Patrycja Wysokińska (staż w ramach stypendium Krajowego Planu Odbudowy)
Inspicjentka – Sandra Milošević

Obsada:
Grzegorz Artman
Aleksandra Bożek
Natalia Lange
Karina Seweryn
Oskar Stoczyński
Julia Latosińska
Tomasz Nosinski
Jowita Kropiewnicka
Katarzyna Obidzińska


Fot. Karolina Jóźwiak

sobota, 21 marca 2026

23 i pół godziny TEATR WSPÓŁCZESNY W WARSZAWIE


Człowiek człowieka nie jest w stanie poznać do końca. Zaufanie, nawet do osób, które wszyscy doskonale znają, cenią i lubią ma delikatną i kruchą naturę, nie jest dane raz na zawsze. Łatwo je stracić. Już same wątpliwości wywołane bardziej lub mniej uzasadnionymi podejrzeniami mogą je zniszczyć. Te ostatecznie potwierdzone i osądzone  stają się najboleśniejszym piętnem. Uruchamiają destrukcyjny proces dla relacji i więzi międzyludzkich, bo niszczą wiarę w prostoduszność człowieka, w pokładane w nim nadzieje, w to, że nie zawiedzie i pozostanie takim, jakim się przedstawiał dotychczas. Tak naprawdę nikt do końca nie wybacza popełnionych błędów, zawsze o nich pamięta i nawet gdy nieszczęśnik dostaje szansę na rehabilitację, dalsze kontakty nacechowane są szczególną ostrożnością. Raz rozbudzona wątpliwość nie umiera nigdy i pozostaje poważną skazą na tych, których dotyczy, nawet jeśli wynika z błędnych przesłanek. Odbyta kara przez obwinianego również nie gwarantuje, że zostanie całkowicie wymazana. Wątpliwość zamyka okres niewinności i beztroski w relacjach, otwiera piekło podejrzeń i kontroli. Niszczy spokój. Zatruwa życie. Czyni je nieznośnym. Bolesnym. Uruchamia w otoczeniu mechanizmy obronne, asekuracyjne, zapobiegawcze. Przewraca dotychczasowy świat obwinianego i jego najbliższych do góry nogami. 

Temat ten poruszał film "Wątpliwość" z 2008 roku w reżyserii Johna Patricka Stanleya. Zajmuje się nim też spektakl "23 i pół godziny" w reżyserii Jarosława Tumidajskiego, zrealizowany w Teatrze Współczesnym w Warszawie na podstawie sztuki Carey Crim w tłumaczeniu Bogusławy Plisz-Góral. W nim szczęśliwe, bezpieczne, normalne życie rodziny zostaje poważnie zagrożone z powodu utarty zaufania spowodowanego oskarżeniem o niemoralne zachowanie charyzmatycznego, empatycznego nauczyciela, wniesionym przez uczennicę, co doprowadziło w konsekwencji do poszlakowego procesu sądowego, skazującego wyroku, pobytu w więzieniu. Po odbytej karze kłopoty całej rodziny się nie skończyły. Wręcz przeciwnie, pojawiły się trudności najpierw ze znalezieniem, potem utrzymaniem pracy. Nasilił się konflikt z z nastoletnim synem, który zmagał się z nękaniem przez rówieśników, spowodowanym historią ojca. Coraz bardziej napięte stawały się jego relacje z przeciążoną całą sytuacją żoną (praca, dom, syn, kredyt, zagrożenie straty domu) i starymi, oddanymi przyjaciółmi, którzy po skandalu stali się nieufni i zaczęli zachowywać dystans. Kryzys całkowicie zburzył spokój rodziny, skomplikował jej kontakty z otoczeniem. Wątpliwości co do niewinności nauczyciela nie zostają do końca rozwiane, nie gasną. A przecież wszyscy członkowie rodziny żyć muszą nadal. Jak mają naprawić to, co się rozpadło? Jak ratować to, co pozostaje dobre, ważne, prawdziwe? Sytuacja jest trudna - nieprzyjemna, uciążliwa, kryzysowa. 

Ta sztuka sugestywnie przedstawiając przebieg zdarzeń, precyzyjnie argumentując postawę każdej osoby mocno angażuje, bo prawdziwie i szczerze pokazuje życie zwykłych ludzi, trudną sytuację, w której się znaleźli. Dlatego łatwo przychodzi widzom zrozumienie problematyki zaufania osobom, które się doskonale zna, szanuje, podziwia wobec oskarżeń dotyczących naruszenia etyki zawodowej (tu relacje małoletnich z nauczycielem). Pokazuje spektrum trudności z ostracyzmem otoczenia, problemy radzenia sobie z własnymi emocjami. Ale to co ważne i budujące, sugeruje że podstawowym zadaniem jest utrzymanie kontaktu, wzmacnianie więzi poprzez wspólne rozmowy, wzajemne wsłuchanie się w siebie - w to, co ma się do powiedzenia. Pozostaje pytanie, czy bohaterowie winni budować nowe życie na starym, czy kontynuować je samotnie bez wzajemnego wsparcia. Na co dzień zapomina się o tym, że w życiu nie ma nic pewnego, wszystko jest zmienne a rzeczy i ludzie nie są w istocie takimi, jakimi się przedstawiają, jakimi się je zna. Mimo żywionych do nich uczuć. Mimo dużej wiedzy i doświadczenia. Pamięć jest zawodna, wybiórcza, ale nie sposób jej ignorować. Wierzyć można każdemu, ale gdy zawiedzie, warto być ostrożnym, warto mądrze ufać. Wątpliwość jest jak trucizna, której kropla zatruwa relacje i może zniszczyć wszystko. Pewność przeszłą, teraźniejszą i przyszłą. 

Spektakl jest pasjonujący i ważny za sprawą udanej reżyserii i opracowania muzycznego Jarosława Tumidajskiego. Funduje ogląd niejednoznacznej sytuacji życiowej z bezkompromisową konsekwencją w realistycznej scenografii Katarzyny Kornelii Kowalczyk i kostiumach Krystiana Szymczaka. Można odnieść wrażenie, że obserwuje się przebieg kryzysu  rodziny z sąsiedztwa. Napięcie rośnie, kolejne problemy potęgują je i nie pozwalają widzom odetchnąć. Może dlatego, że wychodzą na jaw nowe okoliczności sprawy, dotąd nieznane fakty, a pojawiające się przeczucia, przebłyski pamięci, podszepty intuicji burzą spokój i harmonię, eskalują emocje. Aktorstwo Katarzyny Dąbrowskiej, Moniki Pikuły, Szymona Mysłakowskiego, Szymona Roszaka i Macieja Bisiorka - komunikatywne, naturalne -tworzy bliskie życiu sytuacje, doskonale odzwierciedla armagedon napięć poddających trudnej próbie ratowania tego, co rodzinę i przyjaciół łączy i wzmacnia. W ich postawach i działaniach jest wiele życzliwości, ciepła, dobrej woli. Bohaterowie odnoszą się do tych zdarzeń, sytuacji, uczuć i rytuałów, które pozwalają im nadal wspólnie, na ile jest to możliwe, normalnie żyć. Wydaje się, że to lepsze rozwiązanie niż całkowity rozpad relacji, bo bardziej dla wszystkich bezpieczny i wzajemnie wspierający. Sztuka dowodzi, że łatwiej walczyć o prawdę, o przetrwanie z rodziną, przyjaciółmi niż samotnie.  


23 i pół godziny  Carey Crim

reżyseria i opracowanie muzyczne: Jarosław Tumidajski 
tłumaczenie: Bogusława Plisz-Góral 
scenografia: Katarzyna Kornelia Kowalczyk 
kostiumy: Krystian Szymczak 
reżyseria świateł: Katarzyna Łuszczyk

obsada: Katarzyna Dąbrowska, Monika Pikuła, Szymon Mysłakowski, Szymon Roszak, Maciej Bisiorek


fot. Katarzyna Gouda/facebook

poniedziałek, 16 marca 2026

SŁABI TEATR COLLEGIUM NOBILIUM

 

SŁABI Magdaleny Drab w adaptacji i reżyserii Marcina Hycnara to mniaturka teatralna. Minimalna forma dla oszczędnej treści kreuje kontekst do pokazania kruchości ludzkiej natury, delikatności konstrukcji psychicznej, samotności w głębokim kryzysie. Dotyczy osób przyjmujących postawy obronne. Jedni wybierają ucieczkę i wycofanie w stadium chorobowym, drudzy agresję i ostentacyjność dla odwrócenia uwagi od tego, że nie dają rady dostosować się do zasad narzuconych przez otoczenie. Wszyscy próbują się ratować, tworzą własne rytuały pozwalające im przetrwać. Wyczerpani z powodu opresji doświadczanego bólu egzystencjalnego trwają w stuporze własnej niemocy. Bezskutecznie, bo instynktownie, nieporadnie walczą z nim albo ulegają mu. Nie są w stanie się bronić, przystosować, nie potrafią nadążyć za wymogami ról, jakie są im przypisywane, nie są w stanie sprostać oczekiwaniom, obowiązkom. To ich dodatkowo osłabia, bo rodzi konsekwencje. Owładnięci obsesją lęku, zagubieni w sprzecznych emocjach, pozostawieni sami sobie tracą przebojowość, kreatywność, pewność siebie. Przemykają przez życie nie mając się czego uchwycić - pogubieni, zrezygnowani, smutni. Grzęzną w niemocy. Czasem tylko podejmują próbę zwrócenia na siebie uwagi, ale bez wzajemnej miłości, bliskości, czułości nie są w stanie odczuwać radości, czerpać sił z tego, co mają, czego doświadczają. Boleśnie zawiedzeni i rozczarowani pozostają nieszczęśliwi. W tym spektaklu słabość nie jest stanem przejściowym, elementem okresu dojrzewania, impulsem, który może spowodować zmianę. Nic dziwnego, że źle się to kończy, co jeszcze bardziej przytłacza nie tylko bohaterów, ale i widzów. Pozbawia bowiem wszystkich nadziei, że cokolwiek może się zmienić na lepsze. Kryzys nie mija i permanentnie przytłacza. Pogłębia traumę. Ostatecznie niszczy resztki tego, co było w bohaterach na tyle silne, by mogli się odbić od dna.

Tylko dwie osoby mają imiona - ANINA Katarzyny Łubik o genotypie depresyjnym, na skraju załamania nerwowego mężatka i młoda matka oraz JAN Aleksandra Sajewskiego, zamknięty w sobie, we własnym świecie sprzedawca w sklepie mięsnym. ANINA stara się zwrócić na siebie jego uwagę, nawiązać kontakt - bezskutecznie. Oboje boją się lub nie wiedzą, jak się do siebie zbliżyć, jak okazać uczucia. Budzą obojętność, litość lub irytację. Są zalęknieni i smutni. Wycofani. Kontakt z nimi jest trudny, ich kontakt ze światem równie skomplikowany. Mąż ANINY, grany przez Piotra Zaperta, jest wobec niej jakby nieobecny, zdystansowany, wymagający. Gdy żona pyta go czy ją nadal kocha, tak naprawdę nie musi odpowiadać. Jego zachowanie mówi samo za siebie. ANINA jest mu obca, i choć MĄŻ daje jej pieniądze, nic go nie obchodzi. Nie przyjmuje do wiadomości, że żona potrzebuje wsparcia, mimo że widać to gołym okiem. Jednak jej nie opuszcza. Jego bierność przyczynia się do nieszczęścia. Pieczętuje los ANINY, która do wszystkich swych niedoli dokłada kolejne - piętno złej, wyrodnej, obojętnej na to, co się dzieje z dzieckiem, matki. Inaczej okazują swoją słabość pozostali bohaterowie. INNA TAKA Oliwi Hołozubiec jest zaczepna, nieustępliwa, zadziorna. Budzi niechęć. Uległej TAKIEJ JEDNEJ Neli Maciejewskiej, choć próbuje, też się nie udało niczego zmienić, poddaje się, płynie z prądem. TAKA TAM Mai Szkutnik, terapeutyczna frustratka, czy TAKI JEDEN Michała Lupy/Hugo Tarresa znaleźli sobie właściwy sposób, by funkcjonować społecznie.

Spektakl jest skromny w formie, lapidarnej treści, co jedynie sugeruje niewypowiedziane rozwinięcia i otwiera się na olbrzymie możliwości interpretacji aktorskiej. I studenci maksymalnie z tej szansy skorzystali. Z dużym sukcesem. To każdy z nich stwarza swojego bohatera, buduje dla niego konteksty, które charakteryzują stany emocjonalne, określają dyspozycje psychologiczne, uzasadniają zachowanie i postawy. Przytłaczający nastrój, konieczność koncentrowania się artystów jedynie na tym, co jest słabe, ułomne, niedoskonałe, pozbawione perspektyw na jakąkolwiek zmianę, kreśli losy ich bohaterów jakby były z góry przesądzone. Tu słabość nie jest stanem przejściowym a permanentnym. Pogrążającym. Przejmująca kreacja smutku egzystencjalnej zapaści dotykającej młodych ludzi budzi uznanie, jednak nie daje większej nadziei, że po takim rozpoznaniu i przepracowaniu na scenie problemów wypalenia, samotności, oziębłości emocjonalnej pojawi się szansa, by móc ich uniknąć we własnym, widzowskim życiu, bo będzie można skutecznie im zaradzić zawczasu, by nie spowodowały nieszczęścia.

Ogromne brawa należą się Katarzynie Łubik, która jeszcze przed rozpoczęciem spektaklu jest już ANINĄ, niepewną siebie, zagubioną, roztrzęsioną wewnętrznym niepokojem i bólem osobą w kryzysie, skupioną na tym, by się nie rozpaść na oczach obojętnego wobec niej otoczenia. Język ciała mówi wszystko - mimowolnie zwraca uwagę i woła o pomoc. Komunikuje, że cierpi i wymaga natychmiastowego wsparcia. Widzowie wchodzą, siadają - już są z nią. To dobry początek - być razem, by wsłuchać się w jej próby nawiązania kontaktu, walki o siebie i przeżyć jej kolejne porażki, dobrnąć do dramatycznego finału. Być z nią nie na dobre a na złe. Być. I reagować na czerwone rajstopy.

Aleksander Sajewski przedstawia nam JANA w równie przejmującej interpretacji. Jego bohater jest też zdefiniowany głównie poprzez wymowę ciała, strażnika jego tajemnicy słabości, pogodzenia się z nią, reakcji defensywnych. Jakby wszedł w tryb katatonicznej obojętności wobec tego, co się z nim i wokół niego dzieje. Smutek i milczenie, postawa szczelnie zamknięta wyraża jego znieczulone akceptacją status quo umysł i ciało już na poziomie, gdy nic w nim nie walczy, nie domaga się, niczemu się nie sprzeciwia. JAN jest pogodzony z losem, ale w tak rozdzierający obserwatora sposób, że ten też czuje się bezradny. Mimo prób rozbicia zbudowanego przez niego kokonu bezpieczeństwa przez ANINĘ, przez INNĄ TAKĄ, TAKĄ JEDNĄ, TAKIEGO INNEGO. JAN przeraża, bo jest stabilnie niewzruszalny. Wydaje się, że absolutnie nic nie można w jego przypadku zmienić. Nie sposób go uratować.




SŁABI Magdalena Drab
 
adaptacja i reżyseria: Marcin Hycnar

obsada:
INNA TAKA - Oliwia Hołozubiec
ANINA - Katarzyna Łubik
TAKA JEDNA - Nela Maciejewska
TAKA TAM - Maja Szkutnik
JAN - Aleksander Sajewski
TAKI JEDEN - Hugo Tarres/Michał Lupa
MĄŻ - Piotr Zapert

niedziela, 8 marca 2026

FESTIWAL NOWE EPIFANIE 2026: KRZYŻACY TEATR IM.STEFANA JARACZA W OLSZTYNIE

 

W ramach 17.Festiwalu NOWE EPIFANIE widzowie mieli okazję obejrzeć KRZYŻAKÓW w reżyserii Jana Klaty i w kontekście tego spektaklu mogli zinterpretować jego hasło: "Czyńcie sobie Ziemię  poddaną". Oczywiście dokonując adaptacji powieści Henryka Sienkiewicza Jan Klata z Ishbel Szatrawską nie brali pod uwagę takiej perspektywy, ale tak to już jest, że artyści tworzą najpierw dla siebie, a odbiorcy ich dzieł mają prawo je odczytywać po swojemu. 

Prosta historia o trudnej, złożonej koegzystencji Polaków i Krzyżaków, która w kulminacji doprowadziła do bitwy pod Grunwaldem w 1410 roku jest bazą do refleksji nad problemami natury uniwersalnej. W swej wymowie obraz szuka źródeł konfliktów, które doprowadzają do poważnych incydentów, starć, bitew. Zastanawia się nad przyczynami, z powodu których ciągle wybuchają wojny.  Sugestia rozwiązania tego tematu ujętego z dystansu ironii, groteski, pastiszu wydaje się oczywista. Ludzie nie są w stanie zaspokoić się wyznaczonymi im zadaniami, wynikającymi z umów, kontraktów, zasad współżycia społecznego, bo zawsze chcą zyskać więcej, bez trzymania się podjętych zobowiązań, wyznaczonych norm, zdrowego rozsądku i zwykłej przyzwoitości. Posuwają się dalej, przekraczają kolejne granice, a niepowstrzymywani doprowadzają do sprzeciwu, oporu, wojny. Potrzeba dominacji, władza daje tyle przyjemności, że warta jest podjęcia ryzyka doprowadzenia do konfliktu zbrojnego, który zawsze jest wielkim złem. A nosicielem tego genu konfrontacji, walki, wojny jest patriarchat. To on jest odpowiedzialny za to, że nie rozwiązuje się na bieżąco problemów, nie wyjaśnia polubownie konfliktów, nie doprowadza do konsensusu więc utrzymanie na dłuższą metę pokoju jest niemożliwe. Krzyżacy prowadząc politykę ekspansji i dominacji nie zaspokoili się dzierżawą ziemi chełmińskiej i michałowskiej, bo dokonywali agresywnych ataków na ziemie Litwy i Polski. Polacy musieli reagować. Zbyszko cały czas ćwiczy się w walce, wygląda, oczekuje wojny. Chce się zemścić za doznane krzywdy, ciągle więc szuka zaczepki, jest porywczy i wyraźnie podekscytowany, gdy do niej dochodzi. Nie myśli o konsekwencjach. Pozostali mężczyźni nieustannie się do wojny przygotowują. Jakby zawsze żyli w zagrożeniu i niepewności. W sztuce podkreśla się narastające napięcie pomiędzy stronami konfliktu, bo brakuje im pomysłu i wiary w to, że można by jakimś sposobem tę samonapędzającą się machinę wojenną zatrzymać. Nikt nie chce zrezygnować z okazji, bo wojna jest też w swym najbardziej prymitywnym uzasadnieniu obietnicą zarobku, bezkarnego upustu okrucieństwa i dokonania na nieprzyjacielu zemsty. To ten zalewający mózgi mężczyzn testosteron powoduje, że nie chcą, czy nie mogą powstrzymać fali wzbierającej w nich agresji, chęci wyżycia się, rozładowania emocji. Trzeba mężczyznę ekstremalnie upokorzyć, brutalnie okaleczyć, zniszczyć psychicznie, by go móc pokonać. Tak osłabić, by nie miał siły dokonać zemsty, nie widział w niej sensu i nie chciał zadośćuczynienia (życie za życie). By wybaczył i prosił o wybaczenie. By zmądrzał, choćby po stracie, po szkodzie (Jurand).

Kobiety nie mają szans, by wpłynąć na mężczyzn. Ani Danusia, delikatna, subtelna, oddana i wierna blond piękność, ani zjawiskowa, idealna Jagienka, mocno stojący na ziemi kobiecy wariant wszechmocnego i decydującego o sobie mężczyzny, ale też Księżna, dzierżąca realną władzę kobieta, nie są w stanie ich zmienić i zatrzymać przy sobie w domu. Uzależnione i zdominowane pozostają we władzy mężczyzn. Mogą tylko interweniować w ramach tradycji i obyczaju albo się podporządkować. Danusia ginie okrutnie doświadczona, Jagienka jest bezceremonialnie porzucona przez Zbyszka, gdy podekscytowany i szczęśliwy rusza na wojnę, a Zakonnicę, seksualnie wykorzystywaną przez współbraci w wierze dramatycznie na wieki wieków dręczyć będzie związana z tym trauma. Stosowana wobec kobiet przemoc, gwałt, przymus i nakaz określający ich status kształtował silną uległość i głęboki lęk (przerażona Danusia powtarzająca, że się boi). Ubezwłasnowolniał je mentalnie i społecznie, bo choć silniejsze psychicznie były od mężczyzn słabsze fizycznie i musiały pozostawać w cieniu. Tak jest od zawsze, ale czy tak zawsze będzie? Spektakl dowodzi, że kobiety mówią własnym głosem, a ich wypowiedzi są coraz bardziej znaczące, bo rozszerzają pole rozumienia problemów, które spektakl porusza. Są ofiarami, które dają świadectwo. Nie są wycofane, bierne, bo działają, robią swoje. 

Sztuka pokazuje jak ludzie, w tym wypadku rycerze zakonu rycerskiego, w imię "szlachetnych" celów (motto zakonu: „Helfen, Wehren, Heilen”, czyli pomagaj, broń, lecz).) czynili sobie ziemię poddaną (podstęp, grabież, podbój). I do czego to doprowadziło (wojna). Ale nie tylko w XV wieku (np. obrazy II-ej wojny światowej). Kulminacyjny, puentujący akt drugi spektaklu wizualizuje nie tylko bitwę pod Grunwaldem, ale też koncert rockowy, kibolską ustawkę, właściwie każdy emanujący zaciekłością, agresją, euforią sparing, który wyłonić ma zwycięzcę. Dowodzi, że człowiek nie jest w stanie kontrolować własnej natury, dostosowuje się do czasów, miejsca, okoliczności i znajduje kulturowy, społeczny, polityczny substytut, by pozostać tym, kim jest od zawsze. Zarówno w czasie wojny, jak i pokoju. I doprowadza do tragedii, bo wojna jest siłą toksyczną, niszczycielską, śmiercionośną. W efekcie wszyscy (bez sił, bez ducha, bez życia?) padają na scenę, przegrywają.

A jednak wojny nadal wybuchają. I wydaje się, że będą nadal niszczyć, gwałcić, zabijać. Gwałt się gwałtem odciska. Nie znaleziono jak dotąd skutecznego sposobu utrzymania pokoju jak narzucenie/przywracanie go siłą. 

Spektakl jest doskonały. Zrozumiały, dostępny, uniwersalny. Konstrukcję  ma prostą, przejrzystą, jasną dzięki udanej adaptacji. Scenografia, kostiumy, reżyseria światła Mirka Kaczmarskiego buduje uwspółcześniający starą historię kontekst, uruchamia wyobraźnię, podpowiada skojarzenia. Pokazuje nam neutralną biel pustki przestrzeni, którą konkretyzują sugestywne komentarze - rozszerzenia artystyczno -historycznych wideo projekcji  Natana Berkowicza . Rycerze noszą srebrne lśniące zbroje - już nie ciężkie, zimne, niewygodne a otulające ciała, ciepłe, puchate,  modne dziś kurtki - pierzyny. Choreografia jest bardzo ważna - to ona multiplikuje znaczenia, ale też obśmiewa  uwznioślone wypowiedzi i zachowania bohaterów. Opracowanie muzyczne Jana Klaty to mocno wzmacnia, a nonszalanckie, rozbrajające patos aktorstwo wspaniałego zespołu zasadnie potęguje ironiczno - humorystyczny ton. Henryk Sienkiewicz napisał książkę historyczną ku pamięci, ku pokrzepieniu serc, Jan Klata wyreżyserował na jej podstawie głęboko gorzki kabaret ku przestrodze, dla trzeźwości rozumu. By to, co mają obaj do powiedzenia trafiło do każdego, pod dawne i współczesne strzechy.  Wspaniała robota!



KRZYŻACY
Adaptacja powieści Henryka Sienkiewicza i dramaturgia: Jan Klata, Ishbel Szatrawska
Reżyseria, opracowanie muzyczne: Jan Klata
Scenografia, kostiumy, reżyseria świateł: Mirek Kaczmarek
Choreografia: Maćko Prusak
Projekcje wideo: Natan Berkowicz
Asystent scenografa: Michael Siwicki
Konsultacje wokalne: Rafał Gajewski
Inspicjentka, suflerka, asystentka reżysera: Agata Żuczkowska

Obsada:
Maciej Cymorek
Marian Czarkowski
Kamil Drężek (gościnnie)
Agnieszka Giza-Gradowska
Grzegorz Gromek
Radosław Hebal
Marcin Kiszluk
Aleksandra Kolan
Maciej Mydlak
Paweł Parczewski
Krzysztof Plewako-Szczerbiński
Wojciech Rydzio
Małgorzata Rydzyńska
Cezary Studniak (gościnnie)
Mikołaj Trynda
Marcin Tyrlik
Zuzanna Wicka (gościnnie)

Z gościnnym udziałem Bractwa Rycerskiego Warmińska Dzika Kompania

fot. Karolina Jóźwiak/ mat. Teatru

sobota, 7 marca 2026

PŁOMIENIE TEATR POLSKI W WARSZAWIE

 

Janusz Opryński wyreżyserował w Teatrze Polskim w Warszawie w formie klasycznej przejrzystości spektakl PŁOMIENIE. Scenariusz jego autorstwa oparty jest na tekstach PŁOMIENI i fragmentach SAM WŚRÓD LUDZI Stanisława Brzozowskiego, korzysta z BIESÓW Fiodora Dostojewskiego, odnosi się do CZŁOWIEKA ZBUNTOWANEGO Alberta Camusa. Jest poglądową lekcją teatralną, podczas której przeprowadzono merytoryczny dowód uzasadniający moc myśli, która mimo porażki osób wcielających ją w życie, przetrwa. Inspirować będzie następne pokolenia. W założeniu sztuka jest hołdem złożonym ludziom walczącym o wolność na całym świecie.

Przestrzeń sceniczna, podzielona została na połączone strefą ULICY trzy symboliczne obszary- etapy życiowe głównego bohatera, Michała Kaniowskiego (Modest Ruciński) - kształtujące jego myśli, wpływające na decyzje i czyny. Są to RODZINA (wtłacza skostniałe, opresyjne wzorce), WIĘZIENIE (pozbawia wolności, godności) i KRYJÓWKA (rewir konspiracyjnych działań, wspólnotowości) - jakby w wiecznym uwarunkowaniu (ascetyczna scenografia Justyny Łagowskiej). Są to miejsca: narodzin, dojrzewania, poszukiwań własnej drogi, walki, zdobywania doświadczeń, przeżywania codziennych trosk i radości, miłości i żałoby, a więc obrazy życia i śmierci niezmiennie naznaczone sacrum, nie mogące uwolnić się od profanum.

Można było oczekiwać, że spektakl Janusza Opryńskiego będzie tchnął tym entuzjazmem przypisywanym młodości, który może góry przenosić. Radosnym poczuciem słusznej racji i nieśmiertelnej siły, której nic nie zatrzyma, której nikt nie pokona, która niezachwiana w swym przekonaniu zdobędzie wszystko. W istocie ze sceny wiało chłodem. Przewidywalnością, bo sztuka jest przepracowanym portretem Polaka/człowieka będącego w opozycji do świata zastanego, w wiecznym buncie, w poszukiwaniu prawdy, w dążeniu do wolności, ale skazanego na przegraną. Nie budzi też emocji działalność grupy rewolucjonistów, nie udziela się jej zaangażowanie w walkę, którą przerywa aresztowanie i więzienie, a nawet śmierć.

W sztuce istotny jest cel, ważne są osobiste motywacje i łączące bohaterów relacje. A jednak serce nie zabiło mocniej z powodu niezgody na cierpienie kobiet, gnębionych, maltretowanych poniżanych przez patriarchat, bo spowszedniała przemoc i niesprawiedliwość, która dotyka kobiety również w dniu dzisiejszym. Nie wywołała wstrząsu hipokryzja i milczenie Kościoła, którego słudzy boży gwałcą i wykorzystują najsłabszych (pedofilia), bo nadal ten problem istnieje. Nie pojawia się wściekły sprzeciw wobec systemu, który nakłada jarzmo na tych, o których winien dbać, których ma chronić, by mogli żyć godnie i szczęśliwie. W końcu nie zniknęła obojętność na to, że sam naród zainfekowany jest zdewociałym katolicyzmem, chłonie brunatny nacjonalizm, przejawia głupotę. I choć rewolucje raz po raz się dokonują, to ucisk, wyzysk, cierpienie nie znikają, błędy i wypaczenia coraz to nowszego porządku świata nie są naprawiane. Zło ulega jedynie metamorfozie i trwa. Ma się dobrze. Każdy płomień buntu zostaje skutecznie zgaszony, a o samospaleniu Ryszarda Siwca, Jana Palacha, Piotra Szczęsnego mało kto pamięta. Wiadomo o tym aż nadto dobrze. Może dlatego tak się dzieje ponieważ jeden, choćby najbardziej dramatyczny gest, czy największe zwycięstwo nie gwarantuje tego, że osiągnięty sukces trwał będzie wiecznie. Walka musi być permanentna. Popełniane są zarówno te stare, jak i nowe błędy. I naprawdę trudno jest podejmować kolejną walkę, znając znikomość wysiłków odziedziczonej myśli, gdy okupiona została ciężkim życiem, okrutną śmiercią. Gdy dostrzega się, że zaangażowanie jest podstępną pułapką, jednostki nic nie znaczą dla opresyjnego systemu, a obietnica postępu to pożywka dla chichotu historii. Poza tym decyzja o dobrowolnym skazaniu się na śmierć w płomieniach jest drastyczna. Wydaje się zbyt absurdalna, szokująca, nieracjonalna. Postrzegana jest jako form a samobójstwa, które ma znamiona szaleństwa, choroby psychicznej. Akt samospalenia ma potencjał ogromnej presji, bo wymusza na pozostałych przy życiu ludziach działanie, przenosi na nich odpowiedzialność za to, co się stało. Może dlatego pojawia się u nich dystans, który dusi emocje, blokuje potencjalne zaangażowanie.

W spektaklu poruszają historie poszczególnych bohaterów, myśli, jakie niosą, ale nie oni sami. Mimo że świadomie decydują się na to, by swoje życie złożyć w ofierze. Nie działa ich determinacja, gdy zna się jej konsekwencje. Do końca spektaklu pozostaje nieodgadniona tajemnica całopalenia, wraz z którą przepada możliwość rozwikłania zagadki, co tak naprawdę roznieca żar determinacji w człowieku, że gotów jest umrzeć za myśl, sprawę, ideę, za jedno słowo (np.: wolność, równość, sprawiedliwość). Może jest to zaciekły upór w podejmowaniu walki wyrosły z głębokiego wewnętrznego przekonania, że za wszelką cenę trzeba świat zmienić, bo taki jaki jest w danej chwili, nie może trwać dalej. A może jest to akt desperacji, wyraz bezsilności i straceńcza, choćby ostatnia próba wstrząśnięcia tymi, których nie stać na niezgodę, bunt, walkę, bo nie mają świadomości, siły i odwagi. Wiary, że ważniejszy od materii ciała jest duch myśli, który może wnikać w każdy umysł i zostać przez nią przekonany i skłoniony do działania. Przeciw wszelkiej tyranii, niesprawiedliwości, niewoli. Złu.

Płomienie niszczą, do cna wszystko spalają. Może jednak potrzebny jest chłodny umysł i opanowane serce, by niewzruszone gorączką emocji ciało do końca walki wytrwało. Dla ducha myśli, idei, racji. Dla życia. Śmierć kończy wszystko, pozostanie symbolem porażki. Jest stratą i bólem dla tych co odchodzą i dla tych co zostają. Nie ma w niej nic wzniosłego poza koniecznością, z którą nie sposób się pogodzić, ale którą trzeba przyjąć do świadomości.

 
PŁOMIENIE 

na podstawie „Płomieni” z fragmentami „Sam wśród ludzi” Stanisława Brzozowskiego oraz „Biesów” Fiodora Dostojewskiego

reżyseria, scenariusz - Janusz Opryński
scenografia i reżyseria światła - Justyna Łagowska
wizualizacje - Tomasz Michalczewski
muzyka - Rafał Rozmus

obsada: Irmina Liszkowska (Katia), Dorota Bzdyla (Ola), Katarzyna Lis (Wiera), Ewa Domańska (Matka), Modest Ruciński (Michał Kaniowski), Szymon Kuśmider (Ksiądz Rotuła), Paweł Krucz (Sołowiow), Sławomir Grzymkowski (Goldberg), Maksymilian Rogacki (Breneisen), Krystian Modzelewski (Nieczajew) i Andrzej Seweryn (Ojciec – nagranie wideo)

fot. Karolina Jóźwiak


sobota, 28 lutego 2026

FESTIWAL NOWE EPIFANIE 2026: BIOLAND

 

Taniec to w pewnym sensie sztuka abstrakcyjna. Można go na różny sposób interpretować, ale czy na pewno dowolny? Jedną ze wskazówek jest to, co mówią o swoim dziele sami artyści. Nadają projektowi tytuł, wyznaczają zakres tematyczny, wyjaśniają układy taneczne, ujawniają ich znaczenie, zdradzają inspiracje i proces przekuwania ich w choreograficzną narrację. Rzeczywiście, bez tej słownej nadbudowy, kontekst tego, co artysta chciał przekazać, jego formuła i kształt byłyby otwarte, prawie niemożliwe do odgadnięcia. Jakby artyści nie ufali widzom. Jakby widzowie nie mogli się obyć bez wskazówek i potrzebowali podpowiedzi przewodnika. W ten sposób rodzi się więź między strefą sceny a rewirem widowni, która w efekcie może stać się jednością. Oto świat przedstawiony przez artystów uruchamia wrażliwość i wyobraźnię widzów, co tworzy ich własną narrację. Czy wizja artystów i odbiorców ich sztuki jest spójna?

Tym razem wiedza o spektaklu jest bardzo pomocna, bo cały jest na takim poziomie ogólności, że każda interpretacja wydaje się być możliwa. Scena poza umieszczonym centralnie ekranem i matami ze sztucznej trawy jest pusta.  Tę pustkę ma wypełnić ruch ciał, które wyrażą treści, nadadzą sens choreograficznej opowieści. Tancerze ubrani są w kostiumy o podobnej kolorystyce, zbliżonym kroju koszulek i spodni. Każdy z nich wnosi swoją indywidualną narrację uczuć, amplitudę emocji, historię postawy. Każdy jest inny, bo przedstawia się jako wsobny mikroświat, który słabiej lub mocniej stapia się z otoczeniem. Ale zawsze pozostaje sobą. BIOLAND jest produkcją Fundacji Crush On Trash i kolektywu Outrun The Bear z Los Angeles, którą tworzą choreografowie Megan Doheny i Ilya Nikurov. Wykonawcami są polscy tancerze. Kostiumy Jakuba Wójcika wykonane są z ubrań pochodzących z secondhandu a zielone maty użyte w scenografii to fragmenty sztucznej trawy, która nie była nikomu potrzebna. Tym gestem artyści pragną podkreślić, ze utożsamiają się z ideą less waste (minimalizacja odpadów, ponowne wykorzystanie materiałów). Dowodzą, że można przyczynić się do ograniczenia konsumpcji, bo każdy człowiek podejmując decyzje w różnych sprawach, ma w większym lub mniejszym stopniu wpływ na ochronę planety, którą zamieszkuje. To ciekawa idea, bo minimalizm zawsze podkręca kreatywność, zmusza do większego wysiłku, a wykorzystanie tanich kostiumów i rekwizytów sprzyja zmniejszeniu kosztów przedsięwzięcia. Przy czym nie wpływa na wartość artystyczną spektaklu. 

Projekt BIOLAND odwołuje się do tematyki ekologicznej, relacji środowiska i obecnego w nim człowieka. Pokazuje egzystencję ludzi jako samoistnych jednostek żyjących na swoich zielonych wyspach, ale też ilustruje rodzące się między nimi relacje, wzajemne oddziaływanie, koegzystencję. I jest to proces skomplikowany, podkreślający konieczność podejmowania ryzyka i zmagania się z problemami współistnienia. A wynika to z potrzeby przewartościowania własnej egzystencji, szukania dla niej nowej perspektywy, innego spojrzenia, bo dotychczasowy wymuszony styl życia, narzucony intensywny program działania z opcją osiągnięcia maksymalnego sukcesu niesie same zagrożenia, nie uszczęśliwia a pogrąża i niszczy ludzi. Postęp wyczerpuje i powoduje destrukcję. Działa jedynie chwilowo, uzależnia jak narkotyk. Konsumpcja podobnie - wiedzie donikąd, wyzwala negatywne kompulsywne reakcje. Środowisko jest degradowane, nadmiernie eksploatowane, traktowane instrumentalnie, bez litości. Ludzie podobnie. Jakby wracało niewolnictwo, tyle że narzucone sobie świadomie, dobrowolnie. Bez poczucia harmonii, sensu i satysfakcji. Bez przerwy na oddech i refleksję. Ten spektakl ma być próbą powrotu do tego, co ludzkie. Wizualizuje ucieczkę od instrumentalnego traktowania człowieka, którego się do cna wykorzystuje i pozostawia samego sobie. Skupia się na rozwoju człowieka, jego ciele i duchu, który jest czuły, wrażliwy, empatyczny. Uruchamia ekspresją tańca marzenie o życiu ludzi nie obok siebie, ale ze sobą. Podkreśla i propaguje poprzez wykorzystane w spektaklu materiały racjonalne myślenie o zasobach i eksploatacji środowiska. Może to utopia, ale jakże słuszna, jakże piękna!

BIOLAND

Choreografia: Megan Doheny, Ilya Nikurov
Asystentki choreografów: Zuzanna Strugacz, Agata Kamykowska
Muzyka: Dylan Tedaldi
Reżyseria świateł: Jakub Sztandera
Kostiumy: Jakub Wójcik
Produkcja: Fundacja Crush On Trash

Obsada:
Magda Niedzielska
Iga Włodarczyk
Agata Kamykowska
Michał Przybyła
Kacper Szklarski

PRODUKCJA : Crush On Trash

Organizatorzy i współorganizatorzy: Fundacja Crush On Trash i Crush On Stage, Narodowy Instytut Muzyki i Tańca i Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Outrun The Bear, Teatr Łaźnia Nowa i Dom Utopii – Międzynarodowe Centrum Empatii

FESTIWAL NOWE EPIFANIE 2026: shirtshow



Biblijny nakaz z Księgi Rodzaju: „Czyńcie sobie Ziemię poddaną” jest hasłem przewodnim 17. Festiwalu NOWE EPIFANIE. Skłania do refleksji nad tym, jak je dziś rozumiemy. Zadaje pytanie, czy człowiek ma realny wpływ na kształtowanie relacji międzyludzkich, czy dysponuje narzędziami komunikacyjnymi (język, metody perswazji, negocjacji) oraz wystarczającą siłą (polityczną, militarną, kapitałową), by móc czuwać i reagować na dokonujące się zmiany. Bo ziemia to nie tylko planeta, ale i dom, jedyne miejsce dla tych, którzy tu żyją. Przyszedł chyba czas, gdy boski nakaz nie oznacza tylko sprawowania władzy, którą ludzkość interpretowała jako przyzwolenie na podbój, niszczenie, eksterminację, zniewalanie w imię przetrwania, ale tę, która przywraca równowagę, ratuje, wyzwala. Szanuje, chroni, toleruje. Powstrzymuje człowieka przed nim samym - przed jego pazernością, zachłannością, nienasyceniem. Zaspokajaniem ambicji egoistycznych, krótkowzrocznych. Hasło to skierowane jest do ludzi z nadzieją, że świadomi i odpowiedzialni zrozumieją błędy swojego dotychczasowego działania i będą w stanie je naprawić, by nie dopuścić do katastrofy. Jednak praktyka dowodzi, jak sprzeczne interesy rządzą światem i jak słaba jest nadal jednostka wobec agresywnej, eskalującej ciągle instytucjonalnej, prawnej, technologicznej presji postępu w obłędzie propagandowej słuszności. Nie ma siły sprawczej, która by uchroniła ludzkość przed katastrofą. Jest wiara, nadzieja i miłość, ale wydaje się, że to wciąż za mało. Mimo wszystko niewiele.
 
Performance choreograficzny "shirtshow", zrealizowany w ramach projektu Muzeum Antropocenu, podejmuje temat polityki, która wywołując konflikty, wojny i potęgując wyścig technologiczny, mimo głoszonych haseł ekologicznych, dalej niszczy planetę. Dowodzi, że czyniąc w ten sposób sobie ziemię poddaną nieuchronnie prowadzi ludzkość do katastrofy. Spektakl Agaty Siniarskiej i Ilji Subkoffa, w ich wykonaniu, z dramaturgią Zuzanny Berendt  i T-shirtem (nośnik sloganów, haseł, różnych treści) w roli głównej ilustruje zagrożenia w sposób zamierzenie delikatny, subtelny, prosty. Wymowa znaku, gestu, ruchu, układu scenicznego buduje mocne i czytelne napięcie, ale nie szokuje, nie prowadzi do wstrząsu czy katharsis. Artyści zdecydowali się na łagodną, dowcipną, symboliczną narrację, którą łatwo można zrozumieć, z którą łatwo można się utożsamić. Odwołują się do języka ciała, jego ekspresji. Wykorzystują to, co jest wszystkim doskonale znane, co sprawia, że komunikat jest szybko rozpoznawany i zrozumiały (hasła zredukowane do jednego słowa, sugestywna grafika umieszczona na koszulkach), co demaskuje propagandowy sposób oddziaływania na ludzi, którzy w dobie współczesnej sami propagują idee, z którymi się utożsamiają. 

Tak więc układ widowni to pokład samolotu, którym przybyli na spektakl pasażerowie lecą w przestworzach współczesnego świata. Wydaje się, że to miejsce nowoczesne, bogato wyposażone i bezpieczne. Agata Siniarska i Ilja Subkoff, stewardzi, czuwają nad pasażerami, z offu dobiegają komunikaty procedur bezpieczeństwa w różnych językach, z charakterystyczną intonacją, jakby obecni byli na pokładzie samolotu pochodzącego z coraz to innego kraju. Artyści zakładają niezliczone T-shirty z nadrukami wszelkiej tematyki i treści. Prezentowane w zaaranżowanych okolicznościach i sytuacjach determinują wymowną w znaczenia choreografię, która rozszerza plakatowy komunikat koszulki w działanie o adekwatnym charakterze. Tak więc pasywny wyraz poglądów, postaw, światopoglądu, z którymi się identyfikuje osoba, która je nosi, ma swoją kontynuację, bo potencjalnie może eskalować w złym/dobrym, bo niszczącym/ratującym kierunku. Instynktowny, naturalny gest podania ręki jako pokojowy akt pojednania, otwartości na dialog, porozumienia, zgody przeradza się w agresywny symbol totalitaryzmu (salut rzymski, "Heil Hitler", czy zaciśnięta w pięść uniesiona w górę ręka). Założone na głowy widzów/pasażerów białe bawełniane koszulki z wyciętymi na oczy otworami mogą symbolizować przejście na złą stronę mocy (Ku-Klux-Klan) lub fakt, że nie przeżyli katastrofy (lotniczej, ekologicznej, wojennej, technologicznej, itp.). Nie potrzeba słów, by zrozumieć, jak bez wyraźnej, sprowokowanej przyczyny rodzi się zło i jak łatwo można mu ulec. Jak niewiele trzeba, by zwyciężyło, zapanowało i niszczyło. Jak łatwo ten moment można przegapić, zbagatelizować, uznać za nieważny. Wystarczy impuls, sugestia, moda, presja, tak naprawdę coś niedefiniowalnego i nieuchwytnego. Sztuka potrafi to przejmująco pokazać. Jakby włączała w nas wszystkie sygnały ostrzegawcze. 




shirtshow

Choreografia: Agata Siniarska, Ilja Subkoff
Dramaturgia: Zuzanna Berendt

Centrum Dialogu im. Marka Edelmana, Festiwal Łódź Wielu Kultur

Fot. Karolina Sołtys









czwartek, 12 lutego 2026

KLUB KAWALERÓW OCH-TEATR


Krystyna Janda znów wyreżyserowała KLUB KAWALERÓW Michała Bałuckiego. Znów miała pomysł na wystawienie tej sztuki. Po wspaniałym, mistrzowskim, nadal zdumiewająco zabawnym spektaklu Teatru Telewizji w niezapomnianej  znakomitej obsadzie powstałym lata temu, jest okazja obejrzenia tej komedii na żywo w nowej odsłonie. Tym razem w OCH-TEATRZE. 

Nadal działa kunszt dramatopisarski Michała Bałuckiego, jego doskonała znajomość natury ludzkiej, wsparta wnikliwą obserwacją i życzliwym stosunkiem do ludzi, tu szczególnie pogubionych zakochanych. Nie bez znaczenia jest też biegłość inscenizacyjna Krystyny Jandy, jej zmysł komediowy, instynkt reżyserki, który wprowadził pomysł czytania przez nią z offu tekstu zabawnego słowniczka autorstwa Szymona Majewskiego, w którym tłumaczone są archaiczne słowa i sformułowania na język współczesny. Wszyscy bawią się setnie!

Publiczność lubi manewry miłosne, perypetie towarzyskie, szczęśliwe zakończenia. Przekuwanie niepowodzeń w sukcesy. Przy okazji ma szansę obserwowania, jak bardzo zmieniły się czasy, obyczaje, sposoby komunikowania się, radzenia sobie z problemami w związkach. Ile wysiłku pochłania naprawa błędów, korekta relacji, ile pomysłowości wymaga przywrócenie porządku rzeczy oczywistych, ile zabiegów trzeba podjąć dla taktownego zakończenia kryzysów. Bez szkodliwych kompromitacji, niszczących reputację skandali, nieprzyjemnych kłótni, żenujących scysji. Uwaga, bez wieloletniej, kosztownej psychoanalizy u specjalisty!

To pewne - widzowie potrzebują błyskotliwych komedii, również tych klasycznych, z werwą, finezyjnie i z polotem zagranych, pięknie wystawionych. Angażujących ich emocjonalnie. Potrzebują sztuk, na których będą się wzruszać. Ta komedia wyzwala jedynie pozytywne emocje. Opowiada historie z przymrużeniem oka, z poczuciem humoru, charakteryzuje bohaterów z życzliwością. Ich błędy, przywary, słabości traktuje ciepło i czule, dąży do pozytywnego dla wszystkich rozwiązania. Przekonuje łagodnie o tym, że każdy problem można rozwiązać,  że można wyjść z każdego kryzysu, w każdym ograniczeniu można odkryć nową perspektywę, jeśli dostatecznie mocno jest się zaangażowanym w proces naprawy. Nie ma sytuacji, które nie mają alternatywnych, pozytywnych stron. Trzeba się tylko postarać, wysilić, działać i to niekoniecznie samotnie. 

Symboliczna, prosta, ale podkreślająca styl XIX-wieczny (kolorowe secesyjne witraże, ażurowa metalowa altanka, stare meble) scenografia Zuzanny Markiewicz daje pole do popisu aktorom, którzy z powodzeniem tę szansę wykorzystują. Olbrzymi wpływ na budowanie atmosfery gorączki uczuć, charakterystykę bohaterów ma obłędna choreografia Emila Wesołowskiego, która potęguje tempo akcji. Generuje wigor i werwę, pozytywne doznania. Scena wiruje, pulsuje, tętni życiem, co jest wynikiem wspaniałego konceptu i wykonania. Każdy bohater to wsobny portret w charakterystycznym zachowaniu, reakcji, ruchu, co w efekcie fenomenalnie celnie podkreśla jego ekspresję. Oczu nie można oderwać od bohaterów w kostiumach z epoki. Szczególnie kobiety wyglądają zjawiskowo w sukniach  codziennych i balowych, w fantazyjnych kapeluszach, z wachlarzami i parasolkami, dodatkami. Kompozycje są bogate, piękne w swojej różnorodności i finezji - to projekty autorstwa Tomasza Ossolińskiego ze wspomaganiem modystki Marty Galik w klasycznie perfekcyjnym kroju, fasonie, opracowaniu. Kradną uwagę - podejrzewam, że nie tylko kobiet.

Galeria postaci zachwyca różnorodnością typów komediowych. Bawi Izabela Dąbrowska - zaaferowana kojarzeniem par Dziudziulińska, Justyna Ducka - panna Mirska sprytnie rozbudzająca sobą zainteresowanie Wujciunia, nachmurzona na narzeczonego urocza trzpiotka; Monika Fronczek - adorowana przez mężczyzn, walcząca o swojego męża kochająca go żona; Maria Seweryn - zatroskana, odpowiedzialna matka, ukrywająca swoje uczucia kobieta; Tomasz Drabek - przestraszony, nieporadny, wycofany Nieśmiałowski; Maciej Karbowski - szczery, prostolinijny, nieopierzony narzeczony Topolnicki; Michał Zieliński - wirujące  w śmiesznych do łez pozach męskie ciało absztyfikanta Motylińskiego; Maciej Wierzbicki- zasadniczy choć niepewny swej postawy zatwardziałego przeciwnika małżeństwa prezes Sobieniewski; Józef Mika - usłużny kelner,  cierpliwy nauczyciel tańca Nieśmiałowskiego; Rafał Rutkowski - Piorunowski, ów mąż naburmuszony. a okrutnie zazdrosny, bo zakochany po uszy w żonie; Adam Krawczuk - jakby nieświadomy tego, co się wokół niego dzieje Wujciunio Wygodnicki jakby protoplasta wszystkich Felicjanów Dulskich, choć i inni są też dobrym materiałem na pantoflarzy, mimo ostentacyjnie deklarowanej niezależności.

Narracja jest głęboko osadzona w realiach życia praktycznego. A reżyserski zamysł, by choreografia akcentowała zaangażowanie, ruch, działanie jako główny napęd naprawy i kształtowania relacji międzyludzkich (możliwy do zastosowania współcześnie) jest bardzo dobry. Scena tętni życiem. Okopywanie się, izolowanie od niewygodnych, bo wymagających podejmowania ryzyka działań oraz uleganie własnym słabościom, bezsensowne celebrowanie urazów, pielęgnowanie w sobie złości, brak umiejętności przebaczania, wypracowywania kompromisów jest błędem, zachowaniem uważanym dzisiaj za niedojrzałe, bo jest to kiepska wymówka, by nie stawiać czoła wszelkim przeciwnościom, ograniczeniom. Tu  demonstracja dezercji z walki o związek, wybór wygodnictwa, brak umiejętności wyrażania uczuć, zdolności komunikacyjnych i budowania więzi jest ucieczką w członkostwo w Klubie Kawalerów. To inicjatywa i ofensywne zabiegi kobiet przynoszą pozytywne efekty. Dzięki sprytowi, perswazji, podstępowi płeć żeńska, jak kolorowe piękne rajskie ptaki zwraca na siebie uwagę, wymusza decyzje, aranżuje sytuacje, które zmieniają zachowanie mężczyzn i doprowadzają do szczęśliwego rozwiązania problemów. Okazuje się, że można było im zaradzić nie wchodząc na wojenną śc ieżkę. Da się? Gdy zna się instrukcję zdobywania, temperowania, naprawy i obsługi mężczyzn, tak, da się. I to w sposób lekki, łatwy i przyjemny. Komediowy.

Obejrzyjcie koniecznie. Powodzenia:)


KLUB KAWALERÓW MICHAŁ BAŁUCKI

Reżyseria: Krystyna Janda
Scenografia: Zuzanna Markiewicz
Kostiumy: Tomasz Ossoliński
Światło: Katarzyna Łuszczyk
Choreografia: Emil Wesołowski
Modystka: Marta Galik
Asystent scenografki i kostiumografa: Małgorzata Domańska
Realizacja dźwięku: Michał Cacko
Realizacja światła: Maciej Gendek
Producent wykonawczy i asystent reżysera: Cezary Margiela
Asystent producenta wykonawczego: Konrad Karpiński

Obsada:
Izabela Dąbrowska, Justyna Ducka, Monika Fronczek/Agnieszka Sienkiewicz-Gauer, Maria Seweryn, Tomasz Drabek, Maciej Karbowski, Aleksander Kaźmierczak, Adam Krawczuk, Józef Mika, Rafał Rutkowski, Maciej Wierzbicki, Michał Zieliński


Fot. Krzysztof Opaliński

środa, 11 lutego 2026

EUROPA NOWY TEATR


W Nowym Teatrze Krzysztof Warlikowski wyreżyserował spektakl EUROPA według tekstu PRZYSIĘGA EUROPY Wajdiego Mouawada o porażającej sile rażenia, który wciąga bez reszty, mrozi krew w żyłach. Jest sztuką dla dorosłych. Diagnozuje stan mentalny starego kontynentu, będącą w klinczu moralnej zapaści cywilizację Zachodu - zdezorientowaną, osłabioną, bezsilną, nie potrafiącą poradzić sobie z winą i karą zbrodni konfliktów lokalnych, wojen, w które uwikłani są zwykli ludzie, również dzieci, za które jest odpowiedzialna, bo nie umie/nie chce/nie potrafi im zapobiegać, nie wie jak je kończyć, jak je rozliczyć. Jak o nich mówić, jak o nich informować.

Kontekst buduje ascetyczna scenografia Małgorzaty Szczęśniak z krzesłami po lewej stronie a po prawej z ławkami szkolnymi w pustej klasie, za nią ścianą ze zdjęciami w rewirze przebieralni/szatni/wstydliwej izbie pamięci. W centrum scena jest pusta, z tablicą/ekranem w głębi. Nastrój thrillera psychologicznego buduje dramaturgia Piotra Gruszczyńskiego, Anny Lewandowskiej, Carolin Losch, muzyka Pawła Mykietyna podkreślającą skrajnie różne emocje i dramatycznie eskalujące napięcie, choreografia Claude'a Bardouila wzmagająca grozę, wideo Kamila Polaka tworzące jej filmowe mroczne obrazy oraz perfekcyjna, stwarzająca indywidualne światy i portrety emocjonalne, psychologiczne bohaterów gra aktorska całego zespołu. Europa to ośmioletnia dziewczynka, która jest świadkiem zbrodni dorosłych, ale i sama przyczyniła się do śmierci osiemnaściorga dzieci, rozszarpanych na jej oczach przez psy. Śmierć brata, który ośmielił się sprzeciwić swojej społeczności i za to został zamordowany przez najbliższych (ojciec zabijał a pozostali na to przyzwalali), zobowiązała ją do opowiedzenia światu o tym, co się wydarzyło. Europa milczy przez 75 lat - nie umie spełnić obietnicy, tak trudno jest jej zrozumieć, nazwać, wyrazić uczucia, opisać wydarzenia, które spowodowały jej traumę, które zniszczyły życie wielu niewinnych ludzi. Z poczucia winy Europa wymierza sobie karę i w imię rozumianej przez siebie sprawiedliwości (oko za oko) topi własne dzieci (chciała, by było ich osiemnaścioro). Oszczędziła trzy córki (Megara, Jovette, Wediaa), które łatwiej byłoby jej zabić niż zostawić przy życiu, porzucić. Każda z nich jest nosicielką pamięci zbrodni, choć o tym nie wie, i jest za nią karana. Podobnie jak wnuk Europy, Zachariasz, morderca i kanibal, będący trzecim pokoleniem sprawców, syn bezwarunkowo kochającej go Wedii. Stara Europa musi zacząć mówić, obecna na scenie młoda Europa w masce, nie może już milczeć.

Tekst Wajdiego Mouawada i spektakl Krzysztofa Warlikowskiego przepracowuje na wielu poziomach (mitologia, dramaturgia europejska, dotychczasowa twórczość reżysera) fakt zaistnienia i skutków bestialskich zbrodni, dziedziczenia głębokich traum, nieradzenia sobie z poczuciem winy. Dotyczy pamięci i przemilczania oraz języka, który winien adekwatnie opisać barbarzyństwo zabijania, gwałcenia i upadlania ofiar ze szczególnym okrucieństwem. Ostatecznie bada, opisuje i analizuje istotę zła, dąży do zrozumienia jak i z czego się ono rodzi. Poszukuje ratunku, ocalenia dla tych, których zło dotknęło, naznaczyło, zniszczyło. Upomina się o prawdę i sprawiedliwość. Zadaje pytanie o kres samonapędzającej się tragedii. I ma nadzieję, że odpowiedź narodzi się w każdym widzu. Bezskutecznie.

Matkę Europę gra mężczyzna, Andrzej Chyra, nadając starej, zawoalowanej czarnym kostiumem, futrem z norek, okularami kobiecie rys męskiej zaciekłości, nienawiści, nieludzkiego okrucieństwa. Tworzy monstrum, potwora, zmorę tajemniczą, odpychająca i tragiczną. Szczególnie w kontakcie z Młodą Europą Claude'a Bardouila, która jest jej integralną pamięcią siebie z okresu zbrodni i wizualizacją niejednoznacznego poczucia winy, bólu i niezrozumienia swoich czynów i ich konsekwencji. Maja Ostaszewska w roli zbuntowanej, stawiającej ciągle opór córki jest agresywna, zaczepna, niepokorna, bo trawi ją niepokój, lęk, których przyczyn nie zna. Paradoksalnie wzrusza i intryguje jej zachowanie. Magdalena Popławska to córka, która w inny sposób reaguje na to, co ją spotyka w życiu i jak bardzo ją to gnębi. Równie niezależna, uparta nie ustaje w próbach życia po swojemu, ale dopadają ją podobne wątpliwości i pytania, na które nie znajduje odpowiedzi. Małgorzata Hajewska-Krzysztofik w roli Wedii, trzeciej córki Europy, wydaje się być łagodna, opanowana, czuła. Jakby z pokorą przyjmowała ciosy zadawane przez los (morderstwo, kanibalizm syna), które ją głęboko ranią, ale ich też nie rozumie. Z godnością, poświęceniem i przekonaniem bierze na siebie winę i ją otwarcie wyznaje. W jakiś logiczny dla siebie sposób tłumaczy, co pozostaje w istocie dla niej niewytłumaczalne. Swoją słabością jest w niepojęty sposób silna i to właśnie tak w niej wzrusza i ujmuje. Zwłaszcza, że jej syn grany przez Bartosza Gelnera, długo milczy w sprawie swoich okrutnych czynów i ciągle ją prowokuje. Magdalena Cielecka jako reporterka ONZ jest córką ofiary pogromu i w swej wyrazistości osoby nieustępliwej, dążącej do poznania prawdy, osiągnięcia celu jest szorstka, podstępna, zmysłowa. Ona też pragnie uwolnić się od traumy. Bo tu wszyscy są ofiarami. Jakby prawdziwy oprawca pozostawał do końca nienazwany, nieuchwytny, bezkarny.

Spektakl ma wymiar antycznej tragedii. Jego osią jest wiara, że ważna jest opowieść (pamięć, świadczenie prawdy), która daje wiedzę poszerzającą świadomość, uzasadnia premedytację metodycznego, zaplanowanego działania, które zawsze rodzi konsekwencje, a więc i odpowiedzialność sprawcy. Z jednej strony prawda wyzwala, z drugiej zobowiązuje do neutralizowania i trzymania zła na wodzy. Priorytetem w sztuce jest wyjaśnienie tego, co niewytłumaczalne, niezrozumiałe, tajemnicze (motywacje, losy, działanie), co czyni ją wyjątkowo fascynującą. Zakończ enie sztuki jest propozycją postawy Assi, dziecka pokolenia ofiar, kobiety kameleona, która przybierając barwy ochronne działa na rzecz ujawnienia prawdy (o złu) i jest uzbrojona w metody i atrybuty, które pomagają walczyć (o dobro), choć w określonych okolicznościach mogą dotkliwie ranić a nawet zabijać. Ale ONZ, której Assia jest pracownikiem, jak powszechnie wiadomo, jest w efekcie mało skuteczna. Interweniuje, ale nie zapobiega przemocy. To kolejna, tym razem instytucjonalna niemoc, która szczególnie rozczarowuje. Właściwie widzowie zostają z zadaniem rozwiązania tego węzła gordyjskiego. Jak zamknąć Puszkę Pandory nikt jak dotąd nie wie. Deus ex machina się nie pojawi.

I właśnie w tym względzie przesłanie sztuki jest pesymistyczne. Opowiadanie historii o zbrodniach, pogromach czy świadectwa o Zagładzie jest bardzo ważne, ale nic tak naprawdę nie zmienia. Nadzieja, że pamięć o tym, co człowiek człowiekowi jest w stanie zrobić, czegoś ludzkość nauczy, jest z gruntu fałszywa. Zła nie powstrzymuje, bo ono podstępnie odradza się, bezwstydnie ewoluuje. Historie prawdziwe są inspiracją narracji zmyślonych (obszar kultury), które epatują eskalującym do granic absurdu okrucieństwem i tak naprawdę nie przerywają klątwy dziedziczenia traum, zacierają różnice między katem i ofiarą, relatywizują winę i adekwatnie do niej nie karzą, bo wypierają winę u oprawców, oswajając z okrucieństwem znieczulają. A bezkarność nie uzdrawia a deprawuje. Ośmiela.

Krzysztof Warlikowski kontynuuje tworzenie doskonałego teatru. W obszarze zainteresowań tematami fundamentalnymi, uniwersalnymi, ważnymi dla każdego człowieka, które nie zostały jeszcze wystarczająco przepracowane, bo są nadal wypierane. W estetyce wysublimowanej powściągliwości i niezbędnych kontekstów oraz wybornego aktorstwa, bo to aktorstwo - dojrzałe, głębokie, różnorodne - zachwyca, działa, najskuteczniej przemawia. Reżyser za autorem pyta o to, czy można zakończyć tragedię, czy można się zmienić, czy po dokonaniu zbrodni można odzyskać człowieczeństwo. Gdy wyznało się winę, poniosło karę. Gdy się opowiedziało ludziom potworną historię. Tak, te pytania pozostaną retoryczne. Ale samo ich zadanie, podobnie jak wyznanie Europy, przyznanie się Zachariasza w sądzie do winy, przynosi ulgę. Daje szansę. Wiarę.



EUROPA

Adaptacja: Krzysztof Warlikowski, Piotr Gruszczyński
Przekład: Jacek Poniedziałek
Reżyseria: Krzysztof Warlikowski
Scenografia i kostiumy: Małgorzata Szczęśniak
Reżyseria światła: Felice Ross
Dramaturgia: Piotr Gruszczyński, Anna Lewandowska, Carolin Losch
Muzyka: Paweł Mykietyn
Choreografia: Claude Bardouil
Wideo: Kamil Polak
Charakteryzacja: Monika Kaleta


Inspicjent: Łukasz Jóźków
Asystent reżysera: Jeremi Pedowicz
Współpraca scenograficzna: Saskia Hellmann
Koordynacja techniczna budowy scenografii: Paweł Kamionka
Współpraca kostiumograficzna: Ewa Gronowska
Asystentka kostiumografa: Olga Przylipiak
Asystentka reżyserki światła: Helena Rakovich
Maski: Dominik Dlouhy
Tłumaczenie napisów na język angielski: Artur Zapałowski
Przygotowanie i realizacja napisów: Zofia Szymanowska

W nagraniach muzyki wzięły i wzięli udział:
Maria Sławek – skrzypce
Jakub Haufa – skrzypce
Tomasz Rosiński – altówka
Katarzyna Drzewiecka-Szlachcikowska – wiolonczela
Michał Sobuś – kontrabas
Paweł Mykietyn – flety, bębny, klawisze
Realizacja nagrań: Jarosław Regulski, Studio Buffo


Produkcja: Nowy Teatr
Koprodukcja: Théâtre de Liège

Premiera: 7 stycznia 2026

Obsada: Europa (Andrzej Chyra), Europa-dziewczynka (Claude Bardouil), Magdalena Cielecka: Assia, Małgorzata Hajewska-Krzysztofik (Wediaa), Magdalena Popławska(Megara), Maja Ostaszewska (Jovette),  Bartosz Gelner

Fot: Magda Hueckel/ Nowy Teatr

poniedziałek, 9 lutego 2026

SOLO INACZEJ: JADWIGA MAZOWIECKI INSTYTUT KULTURY


Talent Agnieszki Przepiórskiej jest doskonale znany. Aktorka jest doceniona, uhonorowana. Nieustannie obecna w życiu teatralnym. Odkryła bardzo osobistą, niezwykle intensywną formę ekspresji dla przedstawiania swoich bohaterek. To monodram. Artystka tworzy w nich niezwykle emocjonalnie gęste mikro światy, by wydobyć ich wagę i ocalić je od zapomnienia. Każdy jest odrębny, wnikliwy, czuły. Skupiony na możliwie prawdziwym odtworzeniu przeżyć, marzeń, pragnień, cech charakteru bohaterek. Wyjątkowości, która przejawia się w codziennej zwyczajności, prostocie, naturalności, źródle autentyczności ich człowieczeństwa. Tak, że widz odnajduje w ich losach, postawach, sytuacjach siebie. To bardzo cenne i piękne. Tak jest i tym razem.

"SOLO INACZEJ: Jadwiga", autorstwa Piotra Rowickiego, w reżyserii Anny Gryszkówny to historia życia i portret Jadwigi Stańczakowej na podstawie książki "Jadwiga. Opowieść o Stańczakowej", którą napisała Justyna Sobolewska, wnuczka bohaterki. Doprawdy godne jest podkreślenia, jak trudno ująć w godzinie i dwudziestu minutach życie i osobowość człowieka z całym bagażem doznań, doświadczeń, emocji. Sztuka to umożliwia. Teatr to potrafi. Aktorstwo to magia. 

Poznajemy Jadwigę żyjącą w dwóch światach: przed i powojennym, przed i po utracie wzroku. Tą od Białoszewskiego i tą cudowną, która jest tylko od siebie samej. To wspaniałe spotkanie, bo pokazuje kobietę niezłomną, pogodną, poetkę walcząca o swoje miejsce w świecie, człowieka o wyjątkowym harcie ducha. Wrażliwą, poszukującą, nieustępliwą osobę. Mimo przeciwności losu, straty najbliższych, okrutnej choroby. W pewnym sensie jej podejście do bolesnych doświadczeń i trudnych zmian, sposób radzenia sobie z problemami, jakie niosą - szukanie światła w ciemności - uczy pokory i jest pocieszeniem dla tych, którzy tracą sens życia, zdrowie, siłę i wiarę, bo jej postawa dowodzi, że zawsze jest nadzieja, choćby w najczarniejszej godzinie. Młodość Jadwigi to czas rozświetlony, dostatni, szczęśliwy, beztroski, natomiast wojna to ekstremalna szkoła przetrwania (getto, śmierć brata, początek utraty wzroku). Po wojnie zaczyna się okres przystosowania do życia w PRL-u, funkcjonowania w ciemności, akceptowania i walki z chorobą psychiczną, odkrywania talentu pisarskiego i tworzenia poezji oraz zabiegania o akceptację. Całe życie Jadwiga starała się wyjść z cienia i ten monodram jest też tego dowodem. W nim jest bohaterką pierwszoplanową. Wiecznie radosną i młodą. Z fantazją i werwą.

Monodram ogląda się świetnie. Duża przestrzeń ze schodami, ciężkimi kotarami, z nielicznymi rekwizytami pozwala aktorce uruchamiać wyobraźnię widzów, przenosić ich w różne miejsca, w różne czasy, (scenografia i kostiumy Matyldy Kotlińskiej), różne nastroje, klimaty i stany emocjonalne (światło Michała Głaszczka, muzyka Piotra Skotnickiego). Tekst sztuki jest znakomity, a akcja toczy się wartko. Spektakl jest sprawnie wyreżyserowany (Anna Gryszkówna) więc bohaterka będąc w ciągłym ruchu (choreografia Karolina Kraczkowska), w autentycznej narracyjnej wersji (archiwalne taśmy Jadwigi, przez nią nagrane i czytane) i w sytuacyjnej przemianie ilustracyjnie przedstawia swoją historię, przywołuje spotkania, z celnie charakteryzowanymi przez nią Białoszewskim i Broniewskim. Nie ma cienia nudy, ani chwili spokoju - tyle się dzieje! Naprawdę.:)


SOLO INACZEJ: JADWIGA  Piotr Rowicki

Reżyseria: Anna Gryszkówna
Scenografia: Matylda Kotlińska
Kostiumy: Matylda Kotlińska
Muzyka: Piotr Skotnicki
Choreografia: Karolina Kraczkowska
Światło: Michał Głaszczka
Współproducenci spektaklu: 
Act&Flow Agnieszka Przepiórska i Muzeum Jana Kochanowskiego w Czarnolesie

Obsada: Agnieszka Przepiórska

Fot. Kinga Skalik