czwartek, 4 maja 2017

SANATORIUM POD KLEPSYDRĄ BRUNO SCHULZ AGATA DUDA-GRACZ TEATR ŻYDOWSKI


Performance SANATORIUM POD KLEPSYDRĄ Agaty Dudy-Gracz to jest wydarzenie, na jakie czeka się czasami latami. Mamy szczęście, że projekt udało się zrealizować przy udziale Teatru Żydowskiego, Orkiestry Sinfonia Varsovia, słuchaczy Uniwersytetu Trzeciego Wieku, hojnych darczyńców/rekwizyty/. Wszystko sprzyjało, nawet nostalgiczna jesienna pogoda na wiosnę, długi majowy weekend, który spowodował, że Warszawa się wyludniła i sprawiała wrażenie nieokreślonego miejsca gdzieś na końcu świata. Stary budynek Instytutu Weterynaryjnego SGGW, gdzie studiował Stefan Żeromski, odkrył przed nami nowe, niezwykłe oblicze. Wystarczyło wejść do środka i czar magicznego świata Brunona Schulza zaczynał działać. 

Przyjęło nas miejsce poza czasem, pomieszczenia przestronne i kameralne, z obszerną klatką schodową wypełnione tylko aranżacjami scenograficznymi, wśród których pacjenci,  osoby zjawy, każda na swój specyficzny sposób, w różnej ekspresji powtarzały krótkie teksty. Głosy nakładały się dobiegając z różnych stron. Tworzyły swoistą kakofonię dźwięków, Schulzowską muzykę narracji. My wędrowcy, goście przechodziliśmy z sieni obok stalowego łóżka wypełnionego kapeluszami, mijaliśmy postać kobiety siedzącej na sofie tyłem do nas, mężczyzny chodzącego po schodach miedzy nami, zatrzymywaliśmy się przy wciśniętej w kąt postaci żebraczej bez twarzy okutanej w szmaty, wysłuchiwaliśmy kobiety bojowo nastawionej, walczącej, wykrzykującej kwestie o naszej ułomnej naturze, po to, byśmy pomyśleli, po zastanowieniu się zmienili. Ale dobiegał do nas też głos starszej kobiety siedzącej wśród równie starych koników na biegunach i tej młodej, wierzgającej w szale uczuć na ziemi wśród miękkich poduszek. Mijaliśmy postać dziewczęcą przytulającą spory drewniany wózek dla lalek. Też coś mówiła, bełkotała pod nosem. I jeszcze ten pusty pokój tylko z balonami zanurzony w ciemnościach z punktowym światłem i postacią młodego mężczyzny w garniturze. W olbrzymiej sali, na której podłodze leżały równo rozłożone białe materiały, koronki, ręczniki, pościel, obrusy a na samym środku leżała kobieca postać z pięknym, kolorowym wiankiem wypowiadająca słowo "wiosna". Gdzieś z boku był ktoś jeszcze, mówił bardziej do siebie, niż do nas. W pomieszczeniu obok podobnie jak materiały rozłożone książki na podłodze u stóp naszych czekały, aż się po nie sięgnie, samemu przeczyta choć fragment tekstu. Na środku siedział starszy mężczyzna i od czasu do czasu czytał kilka tych samych zdań, wokół niego chodziła młoda dziewczyna. Wygłaszała swoje kwestie. On spokojnie, dostojnie, mechanicznie. Ona żywiołowo, zaangażowanie, energetycznie. Obok za ścianą kobieta z krukiem w ręku mówiła swoje. A gdy przeszło się do następnego pokoju pełnego krzeseł z nałożonymi na oparcia białymi bluzkami, koszulami czekała kolejna perorująca postać. Był jeszcze pokój z rozłożonymi talerzami na ziemi w równych rzędach,  obok sztućce, filiżanki z okrągłymi stołami, a na jednym z nich leżący mężczyzna na brzuchu, z butelką. Mówił, czytał, głosił swoje. Pokój ze stojakami na nuty, bez instrumentów, bez muzyków i znów obok w białym wnętrzu męska tyrada powtarzana ciągle i ciągle od nowa. Pragnąca zaistnieć pośród szczątkowych głosów docierających zewsząd, hałasów, rumoru, dźwięków. I na samej górze, gdzieś pod dachem na klatce schodowej z rewolwerem w ręce wdrapywał się na balustradę młody człowiek i rozmawiał, kłócił się i spierał. Zbuntowany, niepokorny, głośny, świadomy swej nierozerwalnej więzi z nieobecnym ojcem. Wydawało się, że skoczy w dół. 

Błąkały się wśród nas i inne postacie, zjawy, figury, zmory. Jakbyśmy pogrążeni byli we śnie, zanurzeni w bycie nie z tego już świata. W butach oblepionych białym puchem, w powietrzu wypełnionym pyłem brodziliśmy w czasoprzestrzeni niczyjej z miejsca na miejsce. Na każdym stopniu schodów z boku stały buty, ubrania złożone w kostkę.  Tu i ówdzie ekspozycje okularów, zabawek, starych, koszykowych wózków dla dzieci. Puste ramy, lustra i olbrzymie płaszczyzny białych blejtramów czekały na to, byśmy sami ze swej wyobraźni tworzyli kompozycje podpowiedziane panującym nastrojem, własną intuicją, świeżym skojarzeniem. Była to zachęta nienachalna, sugestywna. Zaproszenie do wyrażenia tego, co niesie się w sobie. Co powstaje w wyniku kontaktu ze sztuką.

Teksty powtarzane w kółko, słowa wracające echem, głosy, szepty i krzyki, przedmioty, postacie składały się w impresję obrazu w jaźni każdego widza indywidualnie. Wydobywały z jego niepamięci fragmenty wspomnień. Fundowały powrót do przeszłości, przywracanej tu do życia. Uwalnianej, utrwalanej poprzez głośne wypowiedzenie, wybrzmienie, samą obecność, zestawienie. Nikt nikomu nie przeszkadzał, nie wadził. Widzowie dopełniali sobą, swobodnym, niczym nie skrępowanym przemieszczaniem się sugestywny, przestrzenny, utracony świat Schulza wyczarowany performancem przez Agatę Dudę-Gracz. Ożywiali z artystami oraz niewypowiedzianymi historiami zgromadzonych przedmiotów to magiczne, tajemnicze, niejednoznaczne miejsce. Jak cienie błąkali się po budynku. Jak dobre dusze, które gotowe są nieść w sobie  dalej w przyszłość rozwijającą się w nich Schulza wrażliwość, której się poddali lub nauczyli tu na powrót poprzez zmysły.

Każdy wyszedł z tego odzyskanego na chwilę utraconego świata  z własnym jego kształtem, nastrojem, narracją. I to jest bezcenne. Bo w ten właśnie sposób bogactwo sztuki się zwielokrotnia. A przede wszystkim jest żywe i już teraz poprzez nas się wyraża. Trwać może dalej. I się rozwijać w nieskończone opowieści. Dlatego tak ważny jest osobisty kontakt ze sztuką. Obecność. Samodzielne poznawanie jej. Żadne zdjęcia, filmy, relacje , opowieści nie są w stanie zastąpić bezpośredniego działania sztuki. Niewykluczone, że ten performance zostanie powtórzony. Ale może to być już inna historia, inny obraz. Dla każdego. I to jest w sztuce żywego teatru cudowne. Powodzenia:) :)

                                                  







SANATORIUM POD KLEPSYDRĄ 
NA PODSTAWIE TEKSTÓW BRUNONA SCHULZA

Reżyseria i inscenizacja – Agata Duda-Gracz
Kurator projektu – Jan Bończa-Szabłowski
Reżyseria światła – Katarzyna Łuszczyk
Ruch sceniczny – Tomasz Wesołowski
Muzyka na żywo - Maja Kleszcz i Wojtek Kleszcz

Miejsce: Orkiestra Sinfonia Varsovia
ul. Grochowska 272

Partner projektu: Orkiestra Sinfonia Varsovia

Szczególne podziękowania dla Dyrektora Janusza Marynowskiego za pomoc i współpracę przy projekcie.

* Zdjęcie pochodzi z kolekcji „I ciągle widzę ich twarze” Fundacja ShalomGołdy Tencer-Szurmiej.

Państwowe Gimnazjum w Drohobyczu, 19 maja 1934 roku. Między rzędami ławek przechadza się pisarz Bruno Schulz, nauczyciel rysunku i prac ręcznych. Zginął w 1942 roku zastrzelony na ulicy drohobyckiego getta. Zdjęcie przechował nieżyjący dziś Mieczysław Makarski. Wspominał, że Schulz na lekcjach czytał fragmenty swoich książek, które im, uczniom, wydawały się nieco dziwne.

orazKatarzyny Łuszczyk, Teatru Żydowskiego

0 komentarze:

Prześlij komentarz