czwartek, 31 maja 2018

38.WST ZAKONNICE ODCHODZĄ PO CICHU TEATR IM. JANA KOCHANOWSKIEGO W OPOLU

ZAKONNICE ODCHODZĄ PO CICHU w reżyserii Darii Kopiec to subtelny, prosty, przejmujący spektakl nie tylko o kobietach dla kobiet przygotowany przez kobiety. To udana, rozszerzona teatralna adaptacja książki Marty Abramowicz o tym samym tytule. Cecylia Caban, Natalia Czekała, Karolina Kuklińska, Joanna Sokołowska, Małgorzata Mikołajczak opowiedziały na scenie o dojrzewaniu młodych kobiet do: wolności,  prawa do świadomego wyboru, decydowania o sobie, własnym losie. O drodze odkrywania i definiowania świadomej samej siebie. Z odpowiedzialnością, konsekwencją, pokorą.

Z dużym przejęciem, zaangażowaniem, odwagą, determinacją i artyzmem kobiety nie tylko dla kobiet przepracowały trudne tematy. Zanim weszły w role zakonnic, ubrane w czarne, jednolite kostiumy bez właściwości, opowiedziały o sobie, o swej kobiecości, aktorstwie, wyborach życiowych. Zdefiniowały podstawowe pojęcia, wyraźnie określiły zakres problematyki poruszanej w spektaklu. Dalej następowała metamorfoza. Przejście w świat bohaterek, ich życia i duchowości. Postacie sztuki dotknęły niejednego tabu, np.: intymności wiary, specyfiki i trudów życia w zakonie, posłuszeństwa jego kontrowersyjnym regułom, samotności. płci, seksualności. Poznajemy egzaltowaną wiarę młodych bardzo dziewcząt, które z miłości do Boga postanawiając mu służyć i się podporządkować drylowi instytucjonalnego kościoła, zakonowi, rezygnują z życia jakie znają. Przechodzą bardzo wymagającą próbę. Wyrzekają się siebie, bliskich związków, relacji z innymi ludźmi, oddają nieustannej modlitwie, medytacji, rozmyślaniom.  Życie w odosobnieniu, milczeniu, umartwieniu, pracy dla innych jest sprawdzianem charakteru, testem, który sprawdza chęć pozostania w zakonie, bez bliskich, bez rodziny, kochanych. Nie każdy zalicza go pozytywnie i zostaje. Wiele zakonnic odchodzi, po cichu. Nie robiąc wokół swojej rezygnacji zamieszania, hałasu, sensacji. Odchodzi, by wrócić do świata, który choć pogrążony jest w chaosie, zgiełku, pośpiechu to jednak na każdym kroku nie pilnuje, nie kontroluje, nie zmusza restrykcyjnie nikogo do niczego. Pozwala swobodnie żyć i decydować o życiu. Dziewczyny odchodzą, gdy są pewne, że życie w zakonie nie jest dla nich. Nie znaczy to, że nie realizują swojej surowej, pełnej poświęceń, wyrzeczeń, pracy dla innych, dla Boga. Wręcz przeciwnie. Klasztor dał im determinację, siłę dyscypliny, ukształtowanego, pewnego siebie charakteru, wzmocnił ducha i wiarę. Zakonnice miały możliwość wyboru i go dokonały. W pełnej zgodzie ze sobą. Z tym, co dla nich było najlepsze.

Pusta przestrzeń /cztery krzesła i mikrofony, pianino/, światło, muzyka, kostiumy, choreografia i aktorstwo tworzą spektakl, który jest precyzyjnie skonstruowany, perfekcyjnie zagrany. Kostiumy są zindywidualizowane, znacząco podkreślają cechy osobowe ich bohaterek. Oryginalna muzyka subtelnie buduje, ilustruje nastrój, rozszerza, pogłębia kontekst znaczeń. Dominuje czerń złamana akcentem bieli, wyrazem nadziei na lepsze, szczęśliwsze, pełniejsze życie zakonnic, które odchodzą nad ranem, po cichu z miejsca opresyjnego, bo je ubezwłasnowolnia, łamie emocjonalnie, psychicznie, sprawdza ile są warte, czego pragną najbardziej, najmocniej.

Podobnie jest z każdą kobietą w realnym świecie, wchodzącą w wymarzone role, która w zderzeniu z życiem musi się zmieniać, dostosowywać, określać, definiować. Ryzykować i decydować. Spektakl sprawdza napięcie pomiędzy pragnieniem a spełnieniem, pomiędzy instytucją, w ramach której chce się kobieta realizować a nią samą, jej indywidualnym światem predyspozycji, możliwości, potrzeb ciała i duszy. Stawia pytania dotyczące wiary, powołania, powinności, poświęcenia. Pełni rolę emancypacyjną. Walczy, upomina się o prawo kobiet do szczęścia i samorealizacji w pełnej godności, niezależności, wolności. Z sukcesem. Bo bez impetu wojującego, drapieżnego feminizmu, szantażowania poczuciem doznanej krzywdy, poczuciem straconego czasu. Bez pazurów agresywnej niezgody. Odwetu, zemsty. Oskarżeń rzucanych wprost.

I to się bardzo publiczności podobało. Na spotkaniu po spektaklu widzowie wyrazili swoją wdzięczność za niezwykłe przeżycia, ekstremalne emocje, wyjątkowe doznania. Osobiście podziękowali  twórczyniom i aktorkom, wyrazili nadzieję, że jak najwięcej osób w Polsce będzie mogła ją obejrzeć. Życzyli kolejnych tak udanych spektakli młodemu, utalentowanemu, fantastycznemu, twórczemu zespołowi. Będą cierpliwie czekali. Podziękowali Teatrowi im. J. Kochanowskiego w Opolu za wystawienie tej wspaniałej, ważnej społecznie, ważnej dla nich osobiście sztuki.


ZAKONNICE ODCHODZĄ PO CICHU
reżyseria: Daria Kopiec
scenariusz: Martyna Lechman
muzyka na żywo: Natalia Czekała
choreografia: Aneta Jankowska
kostiumy: Patrycja Fitzet
inspicjent: Andrzej Jakubczyk

OBSADA:
Cecylia Caban, Natalia Czekała (gościnnie), Karolina Kuklińska, Joanna Sokołowska (gościnnie), Małgorzata Mikołajczak (gościnnie)

38.WST K. TEATR POLSKI W POZNANIU

Spektakl K. Pawła Demirskiego w reżyserii Moniki Srzępki to political fiction. Miał być pięknie krytyczny. Miał ostro teatralną iluzją real biczować. Słowem i obrazem sztuki, charakterystyką, działaniem bohaterów nas chłostać. I rachunek sumienia sceny politycznej wolnej Polski, bez taryfy ulgowej, bez asekuracji został bez zarzutu dokonany. Widzimy poważny zamysł naprawy, korekty Polaków w koncepcji sztuki Demirskiego. Paradoksalnie jednak wypadł od początku do końca na tym samym diapazonie ekspresji, bez czucia i wiary w to co sobą reprezentuje, co się na scenie przedstawia. Pozbawiony energii, celnego uderzenia, działania poczucia humoru, który tu się scenicznie w żenadę obraca, spektakl wykastrowany jest z tego, co zazwyczaj o sile, wadze, stylu, randze sztuki Demirskiego i Strzępki stanowi: samonapędzającej się drapieżności o ideowym zabarwieniu, wyraźnie ironicznej autorskiej perspektywy, jasnego punktu widzenia, nie do podrobienia zaśpiewu frazy Demirskiego języka. Tym razem wszystkie środki dramaturgiczne się znoszą. A rozczarowanie wszystkim, wszystkimi ma wyraźnie nijaką barwę. Gasi raczej niż elektryzuje napięcie. Mimo naprawdę świetnego pomysłu na sztukę, dobrej scenografii, mocnej muzyki, znaczącego światła, charakteryzujących postaci kostiumów. Mimo udanych starań Jacka Poniedziałka/Donald Tusk/ i Marcina Czarnika/Jarosław Kaczyński/. W gruncie rzeczy są do siebie bardzo podobni, zarówno fizycznie jak i mentalnie. Rozumiem świetny pomysł, by pokazać Kaczyńskiego pięknego, przystojnego, nie podobnego do siebie samego, by realne wcielenie nas jeszcze bardziej od niego, jego partii odstręczało. Efekt nie został osiągnięty. Scena polityczna rozczarowuje pod każdym względem na co dzień, od lat, dekad, kolejne dwie godziny w teatrze nie wniosły nic nowego. Nie rozsadziły tego monolitu, który się coraz bardziej cementuje wykorzystując coraz bardziej zużyte składniki. Teatralna Matka Kaczyńskiego rozczarowuje. Instytucja rodzicielki w Polsce pozostaje świętością, naśmiewanie się z niej pachnie profanacją. Dziewczyna z ulicy, z tasakiem, z plecakiem nie przekonuje. Ani groźna ani sfrustrowana czy zdesperowana. Przedstawia uprawdopodobniony ale raczej chory niż zdrowy punkt widzenia. Jej kostium  i charakteryzacja jest wymowniejszy od czynów. Symbol parytetu kobiet w polityce, działaczka PO w lumpeksowej wizualizacji ducha i ciała przeraża. Pozostałe figury polityczne wnoszą tylko chaos i zamęt. Jakby aktorzy nie znaleźli, nie wypracowali, nie zgrali komplementarnego zespołowo aktorstwa. Nie wyszukali wspólnego rytmu, który z kuli śniegowej uczyniłby groźną lawinę,  emocji tsunami. Wybory w październiku 2019 roku to political horror. Strach się bać, bo scena polityczna jest absolutnie bezsilna, wyczerpana, wydrążona, zużyta, bez wyrazu, wypalona, ośmieszona, bez jakiejkolwiek wiarygodnej już propozycji dla wyborców. Ta perspektywa wszelkiej niemożności powinna rzeczywiście przerazić. Ale nie przeraża. Rozpoznanie artystów całkowicie pokrywa się z wiedzą i czuciem publiczności, nie ma więc czego wyważać, rozsadzać, potęgować. Nie znaczy to, że nie ma powodu. Po prostu zabrakło bardziej radykalnych działań scenicznych, aktorskich, reżyserskich. Olbrzymia głowa z rozdziawioną paszczą, połykająca i wypluwająca na powrót figury bohaterów może się śmiać szyderczo do rozpuku lub z przerażenia krzyczeć. Oczy demona, diabła, gada, bazyliszka dodają jej znamion fatum, które Polskę, Polaków prześladuje, doświadcza, naznacza. I jak zawsze jest doskonałym cudownym wytłumaczeniem. To chichot historii, który robi z nas głupków. Pożałowania godne wyborcze marionetki, które na co dzień zaharowują się na śmierć, żeby polityczni idioci na wieki wieków zainstalowani na swych funkcyjnych stołkach wykorzystywali je jak niewolników. Świadomość instrumentalnego wykorzystywania nie uskrzydla, nie dodaje sił a podcina wolę walki. Chęć zmiany. Zaangażowania.

Tak, rozczarował mnie ten spektakl. Czekałam na mocne uderzenie. A on nie wstrząsnął, nie rozsadził ani merytorycznie ani emocjonalnie. Nie wykorzystał potencjału tekstu, problemów, jakie generuje rzeczywistość, oczekiwań ducha,  potrzeb rozumu. Nie wypracował tej siły fatalnej a skutecznej, co porusza wbrew rozsądkowi, niemożliwe w pył rozkrusza. Jakby pozbawiony energii w nas jej już tylko szukał. Nie potrzebuję zwątpienia a ratunku, nawet takiego, w który nie sposób uwierzyć. Podsumowanie teatralne w tym wypadku nie jest światełkiem na horyzoncie ale ostatnią deską do trumny, w której grzebie się nadzieję. Znów piłka jest po stronie publiczności, ulicy/tak kończą się też ARTYŚCI/. Ale może właśnie taki jest prawdziwy obraz naszej współczesności? Cokolwiek opozycyjnie się wydarza w naszym lokalnym mikroświecie, również w sferze kultury, nie jest w stanie wysadzić z posad wdrażanego nowego wspaniałego porządku rzeczy. Za słabe jest, za mało ideowe, bez argumentów. Bez rządu nad duszami. Zapatrzone tylko w siebie.

Oczywiście bardzo ważne jest, że spektakl K. powstał. Bardzo ważne jest też, że mogliśmy go zobaczyć. To bez wątpienia akt wiary i nadziei artystów i widzów w to, że sztuka to potęga i coś w naszym życiu zmieni. Za nas samych załatwi. Spektakl boli, bardzo boli, że jest tak bez wyrazu. Bezsilny, obojętny, neutralny. Nie śmieszy, nie bulwersuje. Nic nowego nie ma nam do powiedzenia. Żongluje zgranymi kartami, które nawet w mocnym, słusznym, inteligentnym zestawieniu nie przebijają napierającej, wyprzedzającej ją, bardziej kreatywnej, pociągającej, zaskakującej rzeczywistości, którą kształtuje ulica, media, kościół, sejm, senat, parlament europejski, itd. Bo z tego zestawienia figur, archetypów postaci, z tej akcji dywagacji nic nie wynika. Wieje chłodem. Wielką ostrożnością. Polityczną poprawnością. Uderzając równo we wszystkie strony sceny politycznej, wzajemnie neutralizuje oskarżenia, zarzutów pozbawia ich siły krytycznej.  Wszystko w tej sztuce jest celne, uzasadnione, słuszne ale nieskuteczne. Nie dotyka. Nie działa. Nie porusza.Trafia w pustkę emocjonalną. Pozostawia z  rzeczywistością, która była, jest, będzie dołująca, smutna.


Spektakl K. Pawła Demirskiego i Moniki Strzępki to jednak ważna propozycja artystyczna. Pozostaje, jak dotąd, jedyną poważną w komediowym zwierciadle odbitą teatralną analizą polskiej sceny politycznej, autorską charakterystyką polityków, głównych architektów współczesnej wolnej Polski, odpowiedzialnych za dominację narracji konstytuującej mentalność konserwatywno-katolicką Polaków. Trzeba mieć wielką odwagę, niezwykły talent i siłę wściekłego tandemu, by podjąć się tak karkołomnego, potrzebnego dla nas wszystkich krytycznego zadania. Czy się udało, każdy musi ostatecznie ocenić sam. W sztuce nie zawsze wszystko zagra, mimo najszczerszych chęci, mimo wybitnego talentu,  najlepszego teamu twórców. Ale bez kontrolowanej szarży, emocjonalnego impetu, ostrości, wyrazistości treści i formy, postawienia wszystkiego na jedną kartę, bez ryzyka, nie ma wybicia widza z trajektorii świętego spokoju, przerwania błogiego snu o tym, że jakoś to będzie. Nie ma fermentu, nie ma rewolucji i nie ma postępu. Taki K. jak KAŻDY nie obejdzie NIKOGO.





K.
autor: Paweł Demirski
reżyseria: Monika Strzępka
scenografia i kostiumy: Arek Ślesiński
muzyka: Tomasz Sierajewski
konsultacje wokalne: Mateusz Sibila
ruch sceniczny: Jarosław Staniek
światło: Robert Mleczko
asystentka reżyserki: Sara Bustamante-Drozdek
ruch sceniczny, asystentka: Katarzyna Zielonka

OBSADA:
Joanna Drozda, Barbara Krasińska, Barbara Prokopowicz, Monika Roszko, Marcin Czarnik, Jacek Poniedziałek, Wojciech Kalwat, Piotr Kaźmierczak, Jakub Papuga, Andrzej Szubski


W spektaklu wykorzystano fragmenty książki „Czas Kaczyńskiego” Roberta Krasowskiego, a także utwór „Polskie drogi” Andrzeja Kurylewicza oraz piosenkę z filmu „O dwóch takich co ukradli księżyc” (słowa: Jan Brzechwa, muzyka: Jan Sart).W nagraniu piosenki wzięły udział: Julia Zabel i Julia Roszyk.















REYKJAVIK'74 TEATR im.WILAMA HORZYCY w TORUNIU



Spektakl oparty jest na faktach, dotyczących tajemniczego podwójnego  morderstwa na Islandii, za które została skazana w kontrowersyjnym procesie poszlakowym/ciał nie odnaleziono, nie poznano motywów zbrodni, pozostało wiele niejasności, itp./ grupa sześciu osób, w tym dwoje głównych oskarżonych/Saivar Ciesielski oraz Erla Bolladóttir, o nich głównie jest spektakl/ otrzymało karę dożywocia. Lecz nie zbrodnia jest tu głównym tematem a zagadnienie pamięci, pracy umysłu i trudności związane z  odtworzeniem zdarzeń, okoliczności, szczegółów. Pokazany jest bardzo wnikliwie proces rekonstruowania tego, co się tak naprawdę wydarzyło, przywracania minionych obrazów, ustalania motywu zbrodni, poznawania życiorysów osób oskarżonych. Oddzielanie zmyślenia od rzeczywistości zaistniałej. Interpretacji. Wyobrażeń. Wpływ emocji, stanu psychicznego, stanu fizycznego. Presji i stosowanych metod dochodzenia, przesłuchiwania, stosowanej presji, która wymuszała zeznania. W gruncie rzeczy udało się artystom zilustrować skomplikowany, złożony, etycznie wątpliwy proces dochodzenia do prawdy. I jak się okazuje, nie został on ostatecznie zakończony. Proces sądowy będzie w tej sprawie wznowiony.

Ostatecznie otrzymaliśmy obraz zniekształcony, niejasny, wątpliwy. Płynny. Wypadkową impresję zdarzeń, zmyśleń, fikcji, kłamstw i prawdy.  Zaburza go nie tylko oczywista niemożność ponownego kongenialnego odtworzenia okoliczności zbrodni; czas płynie nieubłaganie naprzód i działa na niekorzyść, bo zaciera, zmienia, deformuje pamięć. Poza tym nie cofnie się i niczego nie naprawi, niczemu nie zapobiegnie, nie zmieni faktów. Prawda jest jedna, dokonana. Spektakl prezentuje tylko różne jej odmiany, uzasadnienia kontekstowe, psychologiczne, mentalne, środowiskowe, itd. Doskonale uzasadnia i przedstawia różne wersje, które są wynikiem tego, ile uczestnicy zdarzeń pamiętają, ile chcą ujawnić, ile przemilczają, kłamią. I dlaczego tak się dzieje, pod wpływem kogo i czego.  Jak trudno oddzielić, wyodrębnić i nazwać jest to, co jest wyobrażeniem, przeżyciem, zapamiętaną lub wypartą rejestracją rzeczywistości.  Konfabulacją, wersją narzuconą, wygodną, prawdopodobną ale niekoniecznie prawdziwą. Narracją śledczych, prokuratury, obrońców, wszystkich, którzy są związani z tą sprawą, również pośrednio. Jak trudno jest ustalić fakty. Zweryfikować relacje, zeznania pod kątem wiarygodności. Ich prawdziwego zaistnienia.

Właściwie nie dowiadujemy się wiele o ofiarach zbrodni, jakby nie były w tym kontekście ważne. A ponieważ nie ma ich ciał, nie dostarczą żadnej wskazówki, nie niosą sobą informacji. Pozostają nieodkrytą, nierozwikłaną tajemnicą, która czeka na rozwiązanie, wyjaśnienie/powtórny proces ma się odbyć/.

Pozostali, żywi, każdy z osobna i razem, w różnych konfiguracjach, są nośnikami pamięci. Dostęp do niej jest z różnych względów utrudniona, świadomie lub nieświadomie ograniczona. Emocje, uczucia, spekulacje, przeszłość sprawców, to kim są, interes instytucjonalny organów ścigania, sądu jest tym, co zniekształca, zamazuje przekaz, ostatecznie utrudnia dotarcie do prawdy.

Spektakl wykorzystuje zaistniały ciąg zdarzeń, które się dokonały, ale to co się rekonstruuje jest bardzo wątpliwej, łatwej do podważenia jakości, wagi. Pozostajemy z wątpliwościami, że w procesie poszlakowym mogły zapaść tak wysokie wyroki, ze zdumieniem, że czasem przypadek, fatum może decydować o losie człowieka. Coś, czego się nie jest w stanie przewidzieć, niszy życie.

Spektakl teatralny jest kolejną kliszą nałożona na prawdę, bo ta jest na pewno tylko jedna, niepodważalna, niewzruszona, dokonana. Powstał, by pokazać, jak łatwo przy braku szczęścia, pieniędzy na dobrego adwokata można zamienić swoje życie, niełatwe przecież dotąd, w piekło. Każdy może znaleźć się w okolicach miejsca zbrodni, nie mając na to żadnego wpływu. Wystarczy zbieg okoliczności, niewłaściwe miejsce, niewłaściwy czas i brak wiarygodnego alibi. Trudno później odzyskać stracone lata, nadszarpnięte nerwy, finanse. Dawny status. Koszty takich sądowych pomyłek są nie do przecenienia. Strach pomyśleć. Ale takie przypadki zdarzają się a REYKJAVIK,74 jest /prawdopodobnie, bo czas to pokaże/ jednym z nich.

Spektakl przedstawiany został w małej, klaustrofobicznej przestrzeni, wizualizującej stan klinczu, zaszczucia, niemożności ucieczki. Aktorzy grali bohaterów, którzy byli małomówni, niepewni, zamknięci w sobie. To ich podejrzana przeszłość i obecność w miejscu, gdzie zaginęły osoby, brak alibi, niejasne zeznania, spowodowały, że stali się podejrzanymi, a później uporczywie oskarżonymi. Stało się więc tak, że nie konkretne, udowodnione czyny ale wyobrażenie o tym, kim byli podejrzani, błędy w stronniczym dochodzeniu, później  mało profesjonalni adwokaci, w konsekwencji słaba obrona w sądzie zdecydowała o losie ludzkim. Poważne wątpliwości co do sprawiedliwego wyroku i bardzo surowej kary pozostały.

W gruncie rzeczy nic, co z faktów, dowodów, relacji jest przywołane nie wnosi nic do ostatecznego wyjaśnienia sprawy, przynajmniej na tyle, by poznać prawdę. Im więcej wiemy, tym mniej pewnego można wywnioskować. Prawda jest nieuchwytna, poza zasięgiem pewności. Jakby to, że raz zaistniała wystarczyło. Bo od tej chwili narastać wokół niej zaczęła góra informacji, szczegółów, rzeczowych zaciemniaczy, ludzkich wymazywaczy, co w efekcie coraz bardziej skutecznie zasłania jej istotę, jasność, oczywistość. Jedynie może w sferze wyobraźni, mitów, przekonań, wiary, nastrojów miejsca i losów ludzkich tworzą się obrazy wyjaśnienia alternatywne, metaforyczne, intuicyjne.

Aktorzy grają fantastycznie powściągliwie, z poświęceniem, gdy trzeba z furią. W kostiumach, fryzurach z lat 70-tych, w zabałaganionym, na potrzeby spektaklu wielofunkcyjnym wnętrzu.  Są jak krajobraz Islandii, zimny, tajemniczy, nieprzenikniony. Który ryje jakiś ból, chroni przed światem skazę. Nic o niej nie wiemy ale ją czujemy. Bo dotyka, boli i nas, choć na pewno w inny sposób. Wszyscy jesteśmy winni. Mniej lub więcej. Ale to niesprawiedliwe, gdy przypadkowo pasowalibyśmy nieudolnym, naginającym przepisy organom ścigania do profilu np. mordercy. Dlatego obchodzi nas los skazanych, lekkomyślnie i dla chęci zamknięcia sprawy, na tak surową karę. Interesuje też nas problem niemożności dotarcia do prawdy. Takie jej uwikłanie, zawoalowanie, zmanipulowanie, że nie wiadomo czy ujrzy jeszcze światło dzienne i uratuje skazanych, a wszystkich pozostałych uwolni od wątpliwości, niepewności.

Prawda wyzwala ale i uspokaja. Daje poczucie ładu i bezpieczeństwa. Sprawiedliwości.

REYKJAVIK'74 
Autorka: Marta Sokołowska
Reżyseria: Katarzyna Kalwat
Obsada: Matylda Podfilipska, Jolanta Teska, Tomasz Mycan, Paweł Tchórzelski, Bartosz Woźny

38.WST SEKRETNE ŻYCIE FRIEDMANÓW TEATR LUDOWY W KRAKOWIE

Spektakl SEKRETNE ŻYCIE FRIEDMANÓW to doskonała teatralna robota, bo maksymalnie angażuje widza, czyni go bezpośrednim uczestnikiem, świadkiem przebiegu zdarzeń, statystą grającym przypisaną mu rolę. Wystarczyło uważnie słuchać, stosować się do określonych zasad i widzowie  stanowili naturalne dopełnienie obsady sztuki.  Potrzebna była do tego niezwykła scenografia: sala kinowa, mieszkanie Friedmanów, sala komputerowa, areszt, pokój przesłuchań, cela więzienna, sala sądowa, pokój wizyt w więzieniu, w której widz śledząc akcję, odbywał bezpieczną, kontrolowaną podróż w poszukiwaniu prawdy. Podążając za bohaterami sztuki przechodził proces odkrywania, co się wydarzyło, uczestniczył w wyselekcjonowanych przez twórców rekonstruowanych sytuacjach, rozmowach, wyznaniach. I to doświadczanie jest niezwykłą, wyjątkową wartością tego teatralnego eksperymentu: znaleźć się w środku wydarzeń, stanąć twarzą w twarz z ich bohaterami, być obok nich na wyciągnięcie ręki. To więcej niż obserwowanie, podglądanie, bo dystans się maksymalnie skrócił, perspektywa analizy i oceny zachowań, postaw staje się tożsama z tymi, których bezpośrednio dotyczy.

Widz sam może zdecydować, co jest dla niego najważniejszym tematem sztuki: życie inteligenckiej rodziny klasy średniej w kryzysie wywołanym oskarżeniem Arnolda Friedmana i jego syna Jessiego o pedofilię, postawa, zachowanie, kondycja, losy poszczególnych członków rodziny a może udział i wpływ mediów, organów dochodzenia i ścigania, przewodu sądowego, opinii publicznej w nagłaśnianiu i rozstrzyganiu sprawy. Na pewno interesujący jest nurtujące wszystkich pytanie o to, czy Friedmanowie są czy nie są winni zarzucanych im czynów. Prawda jest jedna ale nie ma do niej dostępu. Znają ją nieliczni. Spektakl ostatecznie jej nie ujawnia. Właściwie staje się jednym z mechanizmów, które kreują pewną wersję rzeczywistości.

Istotne jest to, że brakuje równowagi. Nie ma kompletnie mowy o ofiarach pedofilii, ich historii, punktu widzenia, perspektywy, wersji wydarzeń, krzywdy. Poza odczytanym listem podczas gali oskarowej w 2003 r., gdy film Andrew Jareckiego CAPTURING THE FRIEDMANS, na podstawie którego powstał spektakl, został nominowany do Oskara, nie dostajemy nic. Skutkuje to tym, że wszyscy w tym procesie stają się ofiarami a to, co się dzieje wielką manipulacją, histerią, niesprawiedliwością. Tym bardziej okrutną i bolesną, bo wiemy że dotyka realnego życia konkretnych ludzi.

To prawda, że każdy może w określonych okolicznościach zostać oskarżony. Wystarczy, że znajdzie się w nieodpowiednim miejscu i czasie, nie będzie miał alibi, argumentów, pieniędzy do obrony, przysłowiowego łutu szczęścia. Zdarza się przecież, że niewinni zostają oskarżeni, skazani a nawet straceni. Pomyłki są rzadkością ale tym bardziej, bo straconego życia, czasu, czci, opinii nie da się zrekompensować. Spowodowane są fatum, ślepym losem? Niekoniecznie. Podobnie należałoby współczuć ofiarom przestępstw, których sprawcom udało się uniknąć kary. Znów fatum, ślepy los decyduje o tym, że prawda nie wyszła na jaw, nie zwycięża, nie uwolniła od winy?

Ciekawe, że wielu widzów polubiło Friedmanów, staje w ich obronie, uważając, że zostali niesłusznie oskarżeni. Filmy pokazują normalną, kochającą się rodzinę. Bohaterowie są dowcipni, weseli, zżyci. Alfred Friedman jest bardzo dobrym ojcem, nieposzlakowanym człowiekiem, nagradzanym wieloletnim nauczycielem informatyki, obywatelem, któremu nic nie można było zarzucić. Nie ma przedstawionych twardych dowodów, że akty pedofilii się odbyły, poza kwestionowanymi zeznaniami chłopców/brak jakichkolwiek wcześniejszych sygnałów, że coś złego się działo na zajęciach Friedmanów, ani od dzieci, ani od ich rodziców, brak śladów, obrażeń, zeznania "wtłoczone" podczas hipnozy/ . Łatwiej uwierzyć Friedmanom a nawet im współczuć niż ich ofiarom, które są dodatkowo maksymalnie marginalizowane, nieobecne. Bardzo brutalne sceny w komisariacie, wzmacniające się tym, że na przemian są przesłuchiwani ojciec i syn, mocna, bezkompromisowa postawa sędziny, doświadczonej w orzekaniu w tego typu sprawach, scena w areszcie, gdy na Arnolda i Jessiego rzucane są torebki z moczem wywołują u widzów odruch obronny, empatyczny. Teatr manipuluje, jednoznacznie staje po stronie oprawcy, bo pokazuje sceny opresyjne wobec nich a o momentach wykorzystywania seksualnego nieletnich tylko wspomina, tylko opowiada. Nie ma symetrii, nie ma równowagi. Postawa matki, która mówi o tym, że była oszukiwana, mąż ją traktował instrumentalnie, a gdy wybrała całkiem rozsądną zresztą linię obrony z prawnikiem,  jest dezawuowana, oskarżana, mimo że cały czas ciężko pracowała, by Arnoldowi w jego obronie pomóc. Chłopcy jej nienawidzą, mąż wykazuje obojętność, nieszczerość, dystans. Adwokat Friedmana zaburza obraz niewinności Arnolda, ale nie musimy mu wierzyć. Brat Arnolda chce być osobą neutralną, nic kompletnie nie pamięta/wszystko wyparł?/ ale cały jego życiorys świadczy o tym, że też jest jego ofiarą. Dzieciństwo Arnolda wzrusza, rozmiękcza ale tak naprawdę jest tylko pewną wersją wydarzeń, o niczym nie musiało przesadzić. Neurotyczna, puszczalska matka, brak ojca w procesie wychowawczym, samotność, pierwsze kontakty seksualne, wykorzystujące młodszego brata i "programujące" mu przyszłość to nie jest jakiś prawdziwy horror, który usprawiedliwia późniejszą pedofilię. Arnold przez całe życie dokonywał świadomych  wyborów, czynów. Doskonale je maskował. Również wizyty u lekarza, który zalecił mu przeglądanie pism pedofilskich/zabronionych w Stanach/ wykorzystał jako argument na swoją korzyść. Gwałcił nieletniego brata przez lata, miał przygody z chłopcami w czasie wakacji/tylko raz, potem przyznał się do drugiego razu/, coś było na rzeczy w czasie zajęć komputerowych i z molestowaniem syna Jessiego, który udzielił na ten temat wywiadu. Sam się w końcu przyznał do pedofilii przed sądem, popełnił samobójstwo. Łatwo przychodzi stwierdzić,  wydaje się oczywiste, że był altruistą, odpowiedzialnym człowiekiem, bo myślał o rodzinie, przyszłości syna a więc był niewinny, czysty, skrzywdzony, bo zmuszony sytuacją, na którą nie miał wpływu.

Trzeba przyznać, że historia wkręca każdego. Widoczna powierzchnia zdarzeń działa jak magnes. A tajemnica, prawda pozostaje do końca nieodkryta. Jakbyśmy sami jej do siebie nie dopuszczali, od siebie odrzucali. Nie chcemy, by taki miły, oddany dzieciom nauczyciel, wierny mąż,  ojciec rodziny, zwykły, normalny, taki jak każdy z nas człowiek, był kimś złym, niebezpiecznym, toksycznym. Lubimy w nim siebie. Zniewolonego własną słabością. Walczącego z nią całe życie. Zaszczutego przez otoczenie. Pokonanego przez fatum. Potencjalnie absolutnie niewinnego. Nie chcemy przyznać, że nie odkrywamy jego ciemnej strony życia, jak nie chcemy ujawnić własnej. I dać jej na żer opinii publicznej, pod osąd sądu. Nie chcemy być ukarani za coś, co nie jest, jak to sobie sami dla siebie ustaliliśmy, naszą winą.

Na pewno popełniono wiele błędów w tej sprawie. Na pewno ją instrumentalnie wykorzystano. Ale olbrzymim błędem było niewyjaśnienie do końca, nawet po wielu, wielu latach, jaka była, jaka jest prawda o Arnoldzie i Jessim Friedman. Gra pozorów trwa nadal.  Kręci nas i zwodzi. Nie daje spokoju. Im więcej mówi się o niesprawiedliwości, krzywdzie potencjalnego winnego niż jego ofiar, tym bardziej uporczywie myślimy, że jednak są winni.

Marcinowi Wierzchowskiemu i Danielowi Sołtysińskiemu doskonale udało się udowodnić tym spektaklem manipulującą rolę przekazu, w tym wypadku teatralnego, w kształtowaniu wiary widzów na temat prawdy zdarzeń z przeszłości. Zwłaszcza, że pozwolili im być najbliżej jak tylko to było możliwe akcji, jej bohaterów. Dali jedyną w swoim rodzaju szansę wejścia w różne role, utożsamiania się z bohaterami/domownika, sprawcy jako ofiary, sędziego, przesłuchującego, itd./.A to przecież była, choć bardzo wiarygodna i sugestywna, to jednak fikcja. Za każdym razem gdy mamy kontakt z tą czy inną historią, otrzymujemy lub tworzymy sami powidok tego, co się wydarzyło rzeczywiście. Powidok prawdy, jej część, wersję, ujęcie, modyfikację. Każdy tworzy nowy, inny obraz, który w czasie może się zmieniać. Te przekazy się multiplikują. Jest wersja na dany moment policji, sądu, film Andrew Jareckiego, Arnolda Friedmana, Jessiego Friedmana, matki, każdego z braci, itd., kolejna wersja sądu, Arnolda Friedmana, itd., bez końca. Dlaczego nie można wrócić do tej jednej wersji, od początku do końca domkniętej prawdy, by nie mieć cienia wątpliwości? By zachować wiarę w sprawiedliwość. By mieć nadzieję, że w końcu stanie się jej zadość. Oto jest pytanie, tajemnica, zadanie. Mission impossible.

Aktorzy grają zjawiskowo, fenomenalnie w ekstremalnie trudnych warunkach, bo z oddechem widzów na karku!! Pomysły reżyserskie i inscenizacyjne są genialne!! Scenografia, kostiumy, charakteryzacja jedyna w swoim rodzaju!!! Tajemnice z kukłą obserwatorem nad mieszkaniem Friedmanów włącznie!! Wszystko działa!! Publiczność była cudowna!! To indywidualne i wspólnotowe śledztwo w sprawie Friedmanów wyzwoliło niezwykłe emocje, przeżycia, doznania. Zafundowało niezapomniane chwile, które żyją w tych, którzy tam byli, widzieli, słyszeli a nie wiedzą, nadal nie wiedzą jak było naprawdę!!!

SEKRETNE ŻYCIE FRIEDMANÓW
Marcin Wierzchowski, Daniel Sołtysiński

reżyseria: Marcin Wierzchowski
scenografia: Barbara Ferlak
kostiumy: Ewa Mroczkowska
muzyka: Urszula Chrzanowska

obsada: Piotr Pilitowski, Małgorzata Kochan, Patryk Palusiński (gościnnie), Jakub Klimaszewski (gościnnie), Piotr Franasowicz, Jan Nosal, Jagoda Pietruszkówna, Maja Pankiewicz, Kajetan Wolniewicz, Ryszard Starosta

premiera: 19.11.2016

Najlepszy spektakl 10. Międzynarodowego Festiwalu 'Boska Komedia

środa, 30 maja 2018

38.WST GDYBY PINA NIE PALIŁA , TO BY ŻYŁA Teatr Dramatyczny im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu

GDYBY PINA NIE PALIŁA, TO BY ŻYŁA. Do dziś. Albo i nie, kto to wie? Gdyby nie tworzyła, to by nie żyła. Również po śmierci. Albo i nie. Spektakl Cezarego Tomaszewskiego jest i nie jest o Pinie Bausch. Bo jest wariacją na  temat jej palenia, artyzmu, twórczości. Bo rozrósł się na tu i teraz. Na polskie klimaty. Odniesienia. Konteksty. Jednak na pewno powstał ku czci, ku pamięci. Dowcipnie, zabawnie, z poczuciem humoru. Z dystansem niedoskonałego śpiewu i kaleczonego tańca. Swobodnej interpretacji, dowolnej improwizacji. Z szaleństwem, wariactwem, wygłupem. Odwagą, dezynwolturą, beką. Jakby żałoba po wielkiej artystce, mentorce, przyjaciółce się nie skończyła a nałóg ze sztuką obcowania i nałóg palenia nadal był nie do opanowania. Roznieca tęsknotę za nią. Czułą, naturalną, ludzką. I czerpie, czerpie artysta od artysty do woli. Aż boli. To spektakl o życiu sztuki po śmierci artysty, o pewnym sposobie przepracowywania straty, radzenia i nie radzenia sobie z nałogami, również nałogiem myślenia o śmierci, od której może oderwać tylko sztuka. Zabawna, lekka i przyjemna jest dobra na wszystko. Śmiech nią wywołany również. Bo odpędza smutki, rozbraja niepokoje, wprowadza w dobry nastrój. Uzdrawiająca sztuka nie ma nic wspólnego z profanacją pamięci, osoby, jej sztuki. Choć momentami korowody śmiały się do widza szyderczo. Ale to nie z Piny było głupkowanie ale z tego nabzdyczonego, uniesionego przez odbiorcę sztuki traktowania.

Piękna scenografia: lapidarna, kolorowa, dowcipna doskonale to sygnalizowała. Sportowe, jak z fitness clubu lub zupełnie prywatne kostiumy treningowe na różnorodnych, bynajmniej nie perfekcyjnych ciałach tancerzy-aktorów również. Ale przecież Pina Bausch sięgała do głębi. Interesował ją duch nie ciało. Jego oferta i kondycja. Wszystko jest więc zgodne z jej podejściem do wyrażania się treści wyzwolonej od kanonów formy. Fajne, zwariowane pomysły reżyserskie Tomaszewskiego są już przewidywalne. Napuszone treści arii rozsadzone są amatorskim wykonaniem i ostentacyjnym, głośnym tłumaczeniem na język polski. Pozbawione tajemnicy, uziemione dosłownością piękno powszednieje, szarzeje, ale jeszcze bawi. Znane układy choreograficzne rozbrajane nonszalancją wykonania stają się jarmarcznym korowodem, spontaniczną zabawą. Przekreślenie, wykluczenie perfekcji wykonania, pozbawia sztukę Piny finezji, subtelności wynikającej z doskonałości konstrukcji, potencjału skrótu, kompozycji. Tomaszewski odziera z patosu, nie pozwala wejść w głąb, polecieć nad poziomy. Proponuje beztroską radość kontaktu ze sztuką, bezstresowe w niej uczestniczenie. Zachęca do śpiewania, tańczenia bez względu na posiadane talenty, warunki. Byśmy sami wyzwalali w sobie emocje. Rozchełstane, lekkie, prowokacyjne aktorstwo  zespołu cały czas to podkreśla, uporczywie akcentuje. Luz inscenizacyjny jest zaskakujący ale konsekwentny.  I Pina Bausch, jej sztuka w tym spektaklu jest obecna.  Instrumentalnie, symbolicznie wykorzystana nadal inspiruje, bawi, działa. No cóż, mimo że paliła, jeszcze nadal żyje. Nadal żyje.

GDYBY PINA NIE PALIŁA , TO BY ŻYŁA
Teatr Dramatyczny im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu

reżyseria i choreografia: Cezary Tomaszewski
scenariusz: Aldona Kopkiewicz
asystentki reżysera i współpraca dramaturgiczna: Marta Aksztin (PWST Kraków), Klaudia Hartung-Wójciak (PWST Kraków)
scenografia i kostiumy: BRACIA (Agnieszka Klepacka + Maciej Chorąży)
stylizacja fryzur: Kacper Rączkowski
światło: Antoni Grałek
opracowanie muzyczne i przygotowanie wokalne: Weronika Krówka

OBSADA:
Weronika Krówka (gościnnie), Joanna Łaganowska, Rozalia Mierzicka, Irena Wójcik, Włodzimierz Dyła (gościnnie), Rafał Kosowski, Filip Perkowski, Dariusz Skowroński, Piotr Tokarz