sobota, 1 grudnia 2018

GNIEW TEATR POWSZECHNY



GNIEW w Teatrze Powszechnym, podobnie jak PIŁKARZE w TR Warszawa jest wyłącznie rodzaju męskiego. Inaczej niż DZIEWCZYNKI w STUDIO teatrgalerii. Jakby reżyserka,  Małgorzata Wdowik, z przedstawienia na przedstawienie, zmierzając ostrożnie, konsekwentnie ku performansowi, posługując się ciałem, definiowała tożsamością płciową, wiekiem, charakterystyką mentalną stan nie/świadomości. Również, a może przede wszystkim, publiczności. Ta pozostaje za każdym razem w stuporze zaskoczenia, zdziwienia, konsternacji zaprawionej poczuciem humoru, podszytej ciekawością, podkręconej oczekiwaniem. Uporczywie docieka, z czym tak naprawdę się spotkała, jak ma to ocenić, co to dla niej samej znaczy. Bo konsekwentnie udaje się Wdowik odseparować widzów od działań scenicznych, mimo że akcja GNIEWU dzieje się bezpośrednio wśród  nich-aktorzy z amatorami chłopcami ocierają się, przedzierają przez zgromadzonych, ciągle są wśród nich, tuż tuż. Jest to zabieg ryzykowny, trudny technicznie do wykonania, ciężko wypracowany, niekoniecznie zakończony osiągnięciem celu, uzyskaniem zamierzonego efektu. To widzowie - choć są całkowicie wolni, pozostawieni samym sobie, mogący  swobodnie się przemieszczać, chować, ukrywać, wybierać perspektywę, obiekt badań - ostatecznie wzajemnie przeszkadzają sobie w możliwości maksymalnego zbliżenia się do działań scenicznych zaproponowanych przez autorów spektaklu.

Zespół twórców krok po kroku wizualizuje w przestrzeni teatralnej definicję gniewu. Widzowie mogą obserwować narodziny, fazy narastania, wybuchu emocji, okoliczności powstania gniewu. Poznają jego istotę, indywidualne, zespołowe, pokoleniowe i wiekowe wcielenia. Trudno jest uchwycić przesłanie całości. Czy w ogóle jest to możliwe?  Poszczególne scenki są zajmujące ale nie składają się w czytelną, spójną całość. Ale może chodzi tylko o bardzo ogólną charakterystykę gniewu. Każdy  widz uświadamia sobie, czego mu brakuje w rozwinięciu tematu. Bo w wymowie scenicznych działań poznać można tylko gniewu negatyw lub rozbrajające jego ośmieszenie. Widz nie jest bezpośrednio angażowany w akcję, nie podejmuje ryzyka i to, co się dzieje na nie jest dla niego groźne czy niebezpieczne, może jedynie zabawne, zawadiackie.

Próbują więc aktywni, ciekawi obserwatorzy podążać za bohaterami wydarzeń, performatywnych akcji. Oglądają scenki, demonstracje, prezentacje, działania, które pozbawione dramatycznego, logicznego ciągu, nie wzbudzają oczekiwanych emocji.  Zwierzęca, niszczycielska, infekująca siła gniewu /aktor w zwierzęcej masce rozbija, łamie, rozrzuca gipsowe płyty/już na samym początku rozładowuje napięcie. Później nie jest lepiej. Wyznaczanie granicy, zaznaczanie terytorium, tworzenie kryjówek, stref rozładowania/plaża krzyku/, rozbrajania niszczących emocji, nazywanie tego, co się czuje, propozycje podpowiedzi radzenia sobie z lękiem, strachem, napięciem jest luźnym, pozbawionym powiązań ciągiem chaotycznych stanów, których przyczyny nie są tu nazwane, odkryte. Pozostają tajemnicą.  To, co miałoby siłę terapii,  rozczarowuje. Właściwie widzowie obserwują pojawianie się i dojrzewanie gniewu do demonstracji jego dojrzałej, niszczycielskiej siły. Tyle tylko, że nie kumulują się te performatywne zabiegi, nie rosną konsekwentnie w zwartą, mocno oddziałującą całość. Pozbawione energii, autentyczności, motywacji, kontekstu nie prowokują identyfikacji.

Szkoda, bo temat jest dobry, scenografia ciekawa, forma otwarta. Uczestnictwo zawodowych aktorów i bardzo młodych amatorów, czyli zwarcie dojrzałości i niewinności, to celna i uzasadniająca konfrontacja pokazjąca uczenie się gniewu poprzez naśladownictwo, presję wychowawczą, środowiskową, płciową. Zaangażowanie znanych artystów nie zaowocowało konsekwentnie angażującą widza akcją. Nie prowokuje, nie drażni, nie wstrząsa, nie wciąga. W konsekwencji w pamięci pozostają rozśrodkowane, chaotyczne, indywidualne stany uwięzienia, uzależnienia, opresji: osuwanie się wyalienowanego indywidualisty w depresję depresji, brak krzyku na plaży krzyku, samotna agresja rozładowywanej furii, wykluwanie się emocji, uczucia, które należy dopiero zdefiniować, nazwać, zespołowe uczenie się plucia/opluwania, rozładowanie złości, triumfalny,  bezwstydny, demonstracyjny taniec gniewu w dojrzałej, kompromitującej męskość formie.

Twórcy zafundowali widzom formalnie nietuzinkową ale jednak szkolną, teoretyzującą dykteryjkę, teatralną układankę scenicznych puzzli, którą mogą, jeśli tylko zechcą, indywidualnie złożyć w ciąg elementarnych, dobrze sobie znanych sytuacji, stanów, emocji, które sa źródłem wielu współczesnych, niebezpiecznych zjawisk. Niewątpliwie ma ten performatywny seans wartość poznawczą, edukacyjną, prewencyjną ale paradoksalnie widz będąc najbliżej jak tylko można akcji, pozostaje -bezpieczny, zdystansowany, obojętny, rozbawiony lub zeźlony- poza nią. I gniew go moze ogarnąć, że zespół uznanych, doświadczonych, kreatywnych artystów zmarnował szansę na rozwinięcie, przepracowanie drapieżnego, ważnego tematu, zarówno gniewu siłę niszczącą, jak i budującą. Destruktywną ale i kreatywną. Jednoznaczność wypowiedzi artystycznej osłabia moc oddziaływania. Monotematyczność poza kontekstem również. Może kolejnym razem Małgorzacie Wdowik uda się podjęty temat potraktowac szerzej, mocniej, kooedukacyjnie. Powodzenia:)


GNIEW

reżyseria – Małgorzata Wdowik
dramaturgia – Szymon Adamczak
scenografia i kostiumy – Dominika Olszowy
druga scenografka – Małgorzata Nawrot
ruch sceniczny – Marta Ziółek
muzyka – Paweł Kulczyński
reżyseria światła – Aleksandr Prowaliński
asystentka scenografki – Sara Szostak
inspicjentka – Barbara Sadowska

obsada – Grzegorz Artman, Mateusz Łasowski, Oskar Stoczyński (aktorzy Teatru Powszechnego) oraz Sebastian Koncewicz, Kajetan Dąbrowski, Łukasz Ludwiniak i Aleksander Kwiatkowski (czworo nastolatków wybranych podczas warsztatów teatralno-ruchowych Małgorzaty Wdowik i Marty Ziółek)

premiera: 21 września 2018

niedziela, 25 listopada 2018

TCHNIENIE TEATR NARODOWY


TCHNIENIE to piękny, poetycki, adekwatny tytuł dla sztuki o miłości. Inaczej chyba interpretowany niż ten oryginalny, LUNGS /płuca /, który ma pretensjonalną, dosłowną, przewrotnie ekologiczną wymowę i kojarzy się tylko z fizjologiczną, umożliwiającą oddychanie funkcją. Tchnienie doskonale oddaje, co się naprawdę z bohaterami dzieje. Jest sumą impulsu, działania, motywacji, bodźca, która prowokuje reakcje, uruchamia ciąg zdarzeń. Wyzwala prawdę o uczuciach, emocjach, relacjach, naturze kobiety i mężczyzny dążących do tego samego celu różnymi ścieżkami, szukających wspólnych znaków, drogowskazów, kodów. W rygorze słuszności i pełnej poprawności definiujących nieustannie świat, w nim siebie, swój związek.

Tu jednak nie wystarczy być. Nie wystarczy kochać gorąco, mocno, szczerze.Tak po prostu, instynktownie, szaleńczo. Nadbudowa rozsądku, odpowiedzialności za świat, ludzkość, świadomości zagrożeń przeludnienia, zanieczyszczania środowiska, wygórowanych oczekiwań skutecznie niszczy delikatną tkankę uczucia. Pozbawia je spontaniczności, naturalności, siły. Unieważnia bełkotem, ogromem  ograniczeń. Wygasza niepotrzebnym słowotokiem, nieustającym sporem, przekonywaniem się, że ratunek świata jest ważniejszy niż przyszłość związku. Jakby bardzo młodzi ludzie nie czuli się jeszcze na siłach być razem, szukali pretekstu do zerwania. Przesuwają na dalsze miejsce realizację planów związanych ze wspólnym  życiem. Wyhamowują zaangażowanie w rozwój relacji. Tłumią odruchy czułości, wypierają intymność, niszczą bliskość. Wybierają wygodną, bezkonfliktową, niezależną drogę samorealizacji, podążanie indywidualną ścieżką kariery, fokusują się na osiąganie wyłącznie własnych celów.

Ujawnia to ich niedojrzałość, nieumiejętność komunikowania, brak rozumienia. Mimo, że oboje niustannie mówią o sobie, szczegółowo analizują problemy, wspólnie uzgadniają działanie, to w istocie zagadują, udziwniają, komplikują  swoje relacje. Tak trudno, zgodnie z oczekiwaniami, przychodzi im właściwe reagowanie, mówienie, co chce, co powinna usłyszeć druga strona.  Wydaje się, ze parze nie uda się wypracować kompromisu, osiągnąć konsensusu, dopasować się do siebie. Wybaczyć. Przeprosić za błędy. Zapomnieć o rzeczach błahych, nieistotnych. Po prostu milczeć.

Obserwujemy młodą parę w fazie wzajemnego poznawania, sprawdzania, testowania. Pokonywania przeciwności. Uczenia się siebie nawzajem. Odkrywania kim są, chcą być. W warunkach gdy mogą polegać tylko i wyłącznie na sobie. Brakuje w tym procesie dostrajania się ich bliskich, znajomych, przyjaciół. Indywidualnych historii, niezbędnego kontekstu. Jakby stwarzali swój świat od nowa, oparty wyłącznie na ich uczuciu, systemie wartości. Jakby mieli wystarczyć sami sobie, i to najpierw dla siebie a potem dopiero dla innych. Dlatego znajdują się w czarnej, zupełnie pustej przestrzeni. Brakuje tu wszystkiego /scenografii, rekwizytów, kostiumów, muzyki, światła/, co mogłoby zakłócić, zniekształcić lub ułatwić budowanie związku. Muszą polegać tylko na sobie.

Aktorzy- błyskotliwa, temperamentna, zmienna w nastrojach Justyna Kowalska i jakby w tle, zagubiony, niepewny, defensywny, przestraszony Mateusz Rusin- mają bardzo trudne, wymagające od nich kondycji, talentu i przygotowania, zadanie. Grają w ascetycznych warunkach. Uwaga widzów skupiona jest wyłącznie na nich, na komunikatach ich ciał i słów. Na sposobie wypowiadania kwestii, gestach, mimice, intonacji, które stwarzają sytuacje, budują napięcie, nastroje. Charakteryzują relacje, opisują związek.  Ilustrują, co ich bohaterów łączy i dzieli, co różni. Jakie mają problemy młodzi, zakochani w sobie ludzie, próbujący określić rolę, miejsce i powinności współczesnego człowieka, zakres jego odpowiedzialności. Dziewczynę i chłopaka zastanawiających się nad tym, dokąd zmierza świat, jaki jest, czy warto mieć dziecko, co znaczy kochać.

O wymowie sztuki zdecydował debiutujący w roli reżysera Grzegorz Małecki. Postawił na to, co zna najlepiej: na siłę, magię aktorstwa. W pustej, czarnej scenicznej przestrzeni wyczarował poruszającą, energetyczną, zabawną opowieść o naturze kształtującego się związku. Sprawnie wyreżyserował kameralny spektakl z bohaterami szukającymi własciwych słów, odruchów, reakcji, gestów. Tchnienia cudu, który umożliwi współczesnemu człowiekowi kompatybilne ze sobą samym, z parterem, światem w ufności, nadziei trwanie.

TCHNIENIE  Duncan Macmillan
reżyseria: Grzegorz Małecki

osoby:
Justyna Kowalska
Mateusz Rusin





KILKA DZIEWCZYN TEATR NARODOWY


KILKA DZIEWCZYN to banalny ale celny tytuł sztuki Neila LaBute'a. Wynik eliminacji podbojów miłosnych, usytuowanego poza emocją, uczuciem, etyką lub moralnością bohatera, który jest wcieleniem zła, banalnego zła.  Mężczyzny pozbawionego elementarnej przyzwoitości, żerującego na pragnieniu miłości, ignorującego potrzebę szacunku i godności drugiego człowieka.  Bez wstydu, poczucia winy w stosunku do tych, których bezrefleksyjnie, na zimno używa, wykorzystuje, krzywdzi.  I odpowiada mu rola Don Juana,  emocjonalnego kanibala, energetycznego wampira, karła, szui kierującego się zachcianką, ciekawością, impulsem, diabła biorącego kogo, kiedy i jak chce, Sinobrodego kontrolującego swoje kobiety w oprawie górnolotnych argumentów, uzasadnień. Wydaje się być zupełnie przeciętnym facetem. Do tego stopnia, że zastanawia jego tak wielkie powodzenie u kobiet. Te kilka dziewczyn, które sam wyselekcjonował spośród bardzo wielu swoich ofiar,  po wielu latach są z nim emocjonalnie związane. Nadal kochają go i nienawidzą. Ciągle się zastanawiają, spekulują, myślą o mężczyźnie swojego życia, o związku, którego tak naprawdę nigdy nie było. Bo zauroczenie, oddanie, zaangażowanie było jednostronne, wyłącznie rodzaju żeńskiego. On był tylko ciekawym, interesownym, rozkapryszonym tchórzem.  Mężczyzną dzieckiem porzucającym kobiety zabawki, gdy go znudziły, za bardzo pociągały. Gdy sytuacja go zaskakiwała lub przerosła.

Grzegorz Małecki tworzy swego bohatera z drobnych ale charakterystycznych gestów, mikro grymasów, zachowań, z palety póz, tików, poszarpanych fraz, zawieszonych pytań i bardzo nieszczerych intencji, podszytych egoistyczną, merkantylną motywacją. Gra znakomicie! Zadanie ma trudne, bo w gruncie rzeczy musi pokazać lalusia, czarusia z ambicjami, żądnego pisarskich sukcesów. Człowieka wykształconego ale pozera, karierowicza, krętacza realizującego zamysł bezczelny, plan prostacki. Przyjmującego postawę głupkowatą, Naiwnie bezradną i przebiegłą. Nie ma jeszcze w tej grze głębi, finezji, lekkości. Spójnej gładkości. I odnieść można wrażenie, że jest to dopiero bardzo solidny szkic portretu psychologicznego bohatera posiadający potencjał i siłę ciekawej mentalnej konstrukcji, która ujawnia konsekwencję w demaskowaniu zawoalowanej podłości, wypływającej z niskich pobudek, tak że mimo dystansu czasu i sytuacji, w jakiej znalazły się dziewczyny, znów mocno je zachowanie mężczyzny dotyka, upokarza, dręczy.

Kobiece role wypadają aktorsko naturalnie, zwycięsko. Są zróżnicowane, chatrakterystyczne, subtelne, zbudowane na solidnych osobowosciowych, warsztatowych autorskich podstawach, walorach, kontekstach. Każda z dziewczyn, naznaczona piętnem spontanicznej, impulsywnej, nieodpowiedzialnej męskości, w podświadomości kocha swoje o niej idealizujące marzenie, ma jeszcze nadzieję, ze się jakimś cudem stara, zdradzona miłość odnowi, powtórzy, dopełni. Lub zemści. Każda tęskni za szansą straconą, czasem minionym. Emocjonalnie dotknięta, trwającym uczuciem zniewolona, czuje się głęboko zraniona. Przed laty lekceważąco potraktowana, bez wyjaśnienia porzucona znów podejrzewa, że jest manipulowana, instrumentalnie wykorzystywana/i słusznie!!/. Ból rozczarowania, zawodu nie mija, jest indywidualny/każda z dziewczyn ma imię, Mężczyzna go nie posiada/. Jego sprawca się nie zmienił, buja w obłokach, oszukuje siebie i innych. Lawiruje. Prowokuje wyznania. Gra wyłącznie na siebie. Pozostanie tanim, odpornym na uczucia innych, bez wyrzutów sumienia, bez poczucia winy, draniem. Niegroźnym, ale zadajacym ból, bezrefleksyjnym, o dziwo!, z ambicjami pisarskimi, psychopatą. Lub zwykłym tchórzem.

Skromna, powściągliwa, dobra ale nudna, pospolita, przewidywalna Sam Anny Grycewicz/wzruszająca kobiecość/ jest jego pierwszą miłością i, niestety, jak kolejne dziewczyny, tylko erotycznym doświadczeniem. Wolna, szalona, spontaniczna, artystyczna dusza, seksowna, prowokująca natura Tyler Justyny Kowalskiej/wściekle zdolna, znakomita kameleonica/pozwala mu eksperymentować, poznawać siebie. Podbój żony przełożonego, Lindsay Beaty Ścibakowny/pociągająca dojrzałość/, pomaga mu w karierze naukowej na uczelni. Dzięki związkowi z nią może awansować, realizowac się zawodowo.  Idealną, wymarzoną, kochającą go mocno Bobbi Patrycji Soliman/tajemnica wierności, uzależnienia/, wymienia na młodszy model, z którym chce, jak deklaruje, się ożenić. Dla Mężczyzny liczy się wyłącznie ON sam, JEGO potrzeby, marzenia. Reszta jest stymulacją, pożądaniem, drogą do osiągania celu. Dla dziewczyn liczy się wyłącznie Mężczyzna. On je definiuje, wpływa na ich życie. Spotkanie z nim pogłębia uczucie zawodu, prowokuje chęć zemsty, jest okazją zaspokojenia ciekawości. Ostatecznie bardzo głęboko rozczarowuje.

Sztuka jest studium wykorzystanej, zlekceważonej kobiecości. Jej ślepej, ufnej, bezwarunkowej wiary w uczciwość mężczyzn. W szczerość intencji, zwykłą ludzką przyzwoitość. Pokazuje skutki naiwności/on, że nic złego nie robi, one, że trwałość uczucia można zbudować z fałszywym, niewłaściwym partnerem/. Jednak przede wszystkim spektakl oferuje interesujące, zróżnicowane aktorstwo. Daje możliwość obserwacji, jak od początku do końca aktorzy tworzą swoje role, charakteryzują bohaterów, odsłaniają prawdę o nich. Jak kilka dziewczyn dojrzało do roli kilku kobiet.

Anonsujący spektakl plakat jest monochromatycznym zdjęciem osób łudząco podobnych do siebie, wtłoczonych w kąt pustej przestrzeni. By zrozumieć Meżczyznę trzeba poznać kilka dziewczyn /kilka kobiet, bo to co je z nim w przeszłości łączyło choć było krótkie, płaskie, płytkie, pozostało świeże, intensywne. Pozbawione rozwinięcia, ciągu dalszego nie miało szczęśliwego zakończenia. Oszczędna scenografia, muzyka zmieniająca nastrój tylko pomiędzy scenami, minimalna ilość rekwizytów, dominacja czerni przełamanej bielą, szarością i ultramaryną podkreśla to, że wszytko co najważniejsze, rozgrywa się w psychice, uczuciach. W emocjonalnej narracji pamięci bohaterów, ich wyobrażeń, domysłów, konfabulacji na temat tego, co i dlaczego się zdarzyło, obecnie dzieje. W sztuce tej rozpoznać prawdę i fałsz można wyłącznie w mgnieniach. Poprzez wolty, powtórki wyuczonych trików, zaklęć, gier i podchodów. Nietrudno zauważyć, że Mężczyzna nic, kompletnie nic z tego, co sam sprowokował, nie zrozumiał. Jak szczęśliwy, zakochany w sobie Narcyz, ignorujący resztę świata, chyba że ten świat jest dla niego lustrem, jego słusznością, wcieleniem, wersją, wyobrażeniem.


KILKA DZIEWCZYN Neil LaBute 

reżyseria: Bożena Suchocka
scenografia: Agnieszka Zawadowska
muzyka: Agnieszka Szczepaniak

obsada: Anna Grycewicz (Sam), Beata Ścibakowna (Lindsay), Justyna Kowalska(Tyler), Patrycja Soliman (Bobbi) i Grzegorz Małecki (Mężczyzna)

Premiera 24 listopada 2018

Fot. Maciej Landsberg, koncepcja ELIPSY

poniedziałek, 12 listopada 2018

THIS IS THE REAL THING NOWY TEATR

THE IS THE REAL THING, czyli „to jest to / to jest prawdziwa rzecz” , spektakl taneczny w koncepcji i wykonaniu Anny Nowickiej, przedstawia CIAŁO budzące się do życia. Świadomego, giętkiego, stwarzającego siebie i otoczenie bycia, egzystencji, istnienia. Tworzy rzeczywistość widzialną i niewidzialną. Ewoluującą. Poszukującą. W ciągłym rozwoju i zmianie. Przetwarzaniu, tworzeniu.

Na początku dominuje statyka. Minimalizm. Napięcie oczekiwania. Artystka w, wydawać by się mogło białym płaszczu i mięsistych niczym zbroja adidasach, siedzi na podłodze w zupełnie pustej, neutralnej przestrzeni. Wszystko  postrzegamy, jakim nam się  przedstawia. Ale ten świat nie jest ani pusty, ani jednoznaczny, zadany raz na zawsze. Zmienia się światło, kształty jaki tworzy i kolor, znaczenie, jakie podpowiada. Zmienia się muzyka, dźwięk, jego nasycenie, nastrój, jaki swym brzmieniem, intensywnością niesie. Przede wszystkim jednak zmienia się figura artystki, to co sobą reprezentuje, przedstawia i znaczy. To ona niczym martwy robot, zastygła materia ożywa. Najpierw od drgnienia mięśni, delikatnego ruchu dłoni, mechanicznego tiku głowy nabiera sił do dalszego uruchamiania całego ciała. To ono niezdarne, automatyczne, spastyczne jeszcze, jakby pozbawione wystarczającego napędu z trudem komunikuje się z samym sobą. Uczy się, próbuje, ćwiczy, trenuje w kompletnej ciszy. Najprostszy gest rozwija się w bardziej złożone formy, układy, sekwencje.  Ciało poznaje swoje możliwości ale też ograniczenia. Nadal  ruchy są mechaniczne, niezborne, toporne. Muszą być powtarzane, doskonalone, rozszerzane. Bo wyraźnie poczuć można opór materii, hamujących, ograniczających ją przyzwyczajeń. Raz po raz wysiłek kończy się całkowitym wyczerpaniem, zastygnięciem w martwym bezruchu, w położeniu  doświadczanego niepowodzenia, upadku, porażki. Jednak ostatecznie pozornej, bo zawsze po chwili wytchnienia impuls wewnętrzny, może siła woli, moc zaprogramowana albo nadprzyrodzona ożywia na powrót to, co wydawało się wyczerpane, zużyte, pozbawione siły, życia. I ciało zmartwychwstaje, budzi się, ożywa. Dalej się uczy, przeobraża i poznaje siebie. Normalnieje normatywnie, rozpoznawalnie. To co ukryte odsłania, odrzuca wszystko, co je zasłania, więzi, ogranicza, przeobraża. Wizualnie to wszystko zmienia. Ciało odrzucające normy, kody kulturowe, po prostu takie jakie jest, obojętne, naturalne nie przejawia ani wstydu, ani uczuć, ani emocji. W tym względzie pozostaje niewzruszone, zdystansowane, zimne choć piękne, idealne, sprawne. I sprawdza widzów. Spogląda kontrolnie im prosto w oczy. Lub chce naśladować, małpować, szukać inspiracji. Wsuwa się pod dotąd prawie niewidoczną płachtę i pod nią znika. Ale uwidacznia się nowej formy ruch, wizualizuje ekspresja, która  w końcu wypycha, wyrzuca się nowy kształt ciała, tym razem w czarnej powłoce. To nie ciała a jej ruchy porodowe, pulsowanie, witalność znów prowokuje akcję. Ale też wydane na świat sprawne, giętkie, nowe ciało rodzi/przepuszcza przez siebie/tworzy nową powłokę, będącą integralną częścią siebie. Na scenie cały czas leżał obok porzucony płaszcz, adidasy, to co wcześniej okrywało, maskowało ciało. Ta materia bez niego stała się martwa, pusta, bez wyrazu, jak porzucony, zużyty kokon.

Co więc tak naprawdę stwarza nas, życie, nadaje mu kształt, znaczenie, napędza rozwój, inicjuje poznanie? Wskazówką jest ruch, jego dynamika, kolor, dźwięk i światło. Obrót materii. Tchnienie niewiadomego. Naśladownictwo. Przez siebie przetwarzanie. Budzenie w sobie nowego. Dążenie do wtopienia się w otoczenie, z nim harmonijne współistnienie. Wzajemne na siebie oddziaływanie. Zwrotne stwarzanie, rodzenie, ożywanie. Dlatego ciało ewoluuje. Dlatego materia staje się nowym choć wyraźnie podobnym poprzedniemu, z ciała narodzonym okryciem, kamuflażem, ubraniem. Zbroją. Wtedy Anna Nowicka się owija urodzoną/przetworzoną przez siebie materią, siada na scenie tyłem do widzów, jest wyodrębnioną ale integralną otoczenia częścią. Patrzy przed siebie na linię świetlistego horyzontu. Podobnie jak my wszyscy w swych ubraniach, mentalnych powłokach na scenie życia, przez chwilę obecni na widowni.

Artyści, z Anną Nowicką w roli głównej, skomponowali piękny estetycznie, hipnotyzujący przekaz. Niesłychanie prosty, czysty, przekonujący. Choć na pewno niejednoznaczny, bo bez słownej narracji pozostaje abstrakcyjnym, ruchomym obrazem, otwartą opowieścią, którą każdy z nas ma prawo interpretować indywidualnie. Proszę więc spróbować, bo warto.:)

THIS IS THE REAL THING
pomysł, realizacja: Anna Nowicka
dramaturgia: Mateusz Szymanówka
muzyka: Adam Świtała
kostiumy: Tanja Padan / Kiss the Future
reżyseria światła: Aleksandr Prowaliński


Spektakl powstał w ramach programu choreograficznego Nowego Teatru i Art Stations Foundation POSZERZANIE POLA
fot.Maurycy Jan Stankiewicz

YOU ARE SAFE NOWY TEATR


To spektakl skierowany do widzów dorosłych. Chodzi o kontrowersyjną sceniczną dominantę- naturalną, swobodną, odważną ekspozycję nagości. Uzasadniony, sensowny, znaczący kostium tego projektu, który hipnotyzuje, jest konieczny, niezbędny, uzasadniony. Dodaje smaku, ostrości, głębi. Szokuje mimo to, bo w bardzo wyszukanym ruchu/choreografii/tańcu odsłaniają się wszelkie szczegóły anatomiczne ludzkiego ciała. Niepokoi, bo jednoznacznie kobiece ciała mają niepokojąco męskie rysy twarzy. Intryguje, bo nie można być pewnym ich tożsamości. Wydaje się, że nic co ludzkie nie jest dojrzałym widzom obce, a jednak każdy ma własne zdanie na temat dopuszczalnej, indywidualnie tolerowanej obecności nagości w teatrze, w sztuce.

Widzowie wkraczając do sali są jak niezależne światy, eony przenikające  dzieła artysty naturę, istotę, przesłanie. Komunikat. Emocję. Tajemnicę. Spotykają na swej drodze w teatralnym wszechświecie zieloną wyspę pokrytą szczelnie plastikową folią a na niej niewielką górkę piasku i siedzące wokół niej trzy androgeniczne postacie, człekokształtne mutanty, które wydają nieokreślone gwiżdżące, charczące, cmokające, mlaskające, mruczące dźwięki  ni to ptaków, ni zwierząt, ni ludzi. Z czasem postacie powoli poruszają się. Niezbornie, z trudem szukają miejsca oparcia, możliwości przemieszczenia w szczególnym, pokręconym tańcu swoich ciał. Jakby one same stanowiły problem, stawiały opór, bo są takie z natury lub nie znają swoich możliwości, potencjału i dopiero się uczą, sprawdzają.

Miejsce to jest wizją  zdegenerowanego, sztucznego, plastikowego, sterylnego, pustego świata, które próbują poznać i przywrócić do życia człekokształtne, jakby dopiero narodzone istoty bez właściwości, języka, komunikacji. Noszą w sobie śladową, instynktowną pamięć normalnego, znanego nam tu i teraz, życia. Zagłębiają się ciałem w resztki ziemi, reanimują ją jak ludzi, rozsypują w barwne pióropusze chcąc ją ożywić, poznać jej istotę. Obsypują nią swoje ciała, krocza, licząc na jej życiodajny potencjał /brzuchy pulsują, gwałtownie ożywają/ jakby nadal była jedyną nadzieją na przetrwanie. W końcu przykryte piaskiem zastygają. Czekają. Nie są nasionami roślin. Otulone plastikiem jak błoną płodową znikają, by po chwili móc się ponownie pojawić/narodzić. Tym razem dla odtworzenia rytuału sadzenia roślin w doniczkach. Tyle, że wszystko- kolorowe, przyjemne dla oka, sterylnie czyste -jest z plastiku, sztuczne i zimne. Martwe. Postacie umorusane ziemią, jak dzieci uporczywie na nowo tworzą świat, wyśpiewują: "Gdybym ja była słoneczkiem na niebie...". Komponują plastikowy obraz przeszłej rzeczywistości niemożliwy do wskrzeszenia. Bezrefleksyjnie.

Ironicznie, przewrotnie, groźnie w tym kontekście wybrzmiewa tytuł projektu, deklaracja: YOU ARE SAFE. Horror zanieczyszczania środowiska, mimo świadomości oczywistych zagrożeń i podejmowanych przeciwdziałań, nadal trwa. Plastik, zawarte w nim śmiertelne związki przenikają z powietrzem, jedzeniem, poprzez ubranie do ciała ludzkiego i go zatruwają. Wywołują choroby, uszkadzają kod genetyczny. Modyfikując udziwniają. Obraz istot próbujących przywrócić świat do życia jest alarmem, mocnym ostrzeżeniem, ważną przestrogą. Nikt jest bezpieczny, na pewno nie.

Koncepcja tego krótkiego spektaklu jest bardzo interesująca, szczerość i odwaga przedstawienia niepodważalna. Jego wymowa jasna i przejmująca. Komponuje sugestywny obraz konsekwencji działalności człowieka, który sam sobie gotuje pozornie bezpieczny, wygodny, czysty, kolorowy ale bezrefleksyjnie martwy, głęboko zatrważający, w efekcie nieludzki los.

YOU  ARE SAFE

pomysł: Agata Siniarska / choreografia: Agata Siniarska, Ania Nowak, Kasia Wolińska / dramaturgia: Mateusz Szymanówka / konsultacje: Jeanine Durning, Julia Rodriguez, Karolina Grzywnowicz / reżyseria światła: Joanna Leśnierowska

POSZERZANIE POLA / choreograficzny program Nowego Teatru i Art Stations Foundation / kuratorka Joanna Leśnierowska

premiera: 12 lipca 2018

foto: Jakub Wittchen