sobota, 25 listopada 2017

WIERA GRAN TEATR ŻYDOWSKI


Prosty, dowcipny plakat anonsuje spektakl o nieprostym, poważnym problemie. Wydawać by się mogło, że jego bohaterką  jest wybitna polska pieśniarka żydowskiego pochodzenia WIERA GRAN, która żyła w latach 1916–2007, gwiazda przedwojennych warszawskich kabaretów, teatrów muzycznych, modnych kawiarni i radiowego „Podwieczorku przy mikrofonie”. Nic podobnego! Otrzymujemy współczesne rozumienie jej artystycznej spuścizny w nowych, zdumiewających aranżacjach proponujących odważne interpretacje, które rozsadzają dyskotekowo, rock&rollowo, metalowo, fitnesowo przepisany życiorys przez Weronikę Murek w kontekście tu i teraz.

Nowa generacja twórców teatralnych ratuje honor i przywraca pamięć Wiery Gran. Trzeba jednak przyznać, że bez dokładnej znajomości jej losów i nie do końca udanej walki o przywrócenie dobrego imienia, zrozumienie zabawy jej pamięcią jest trudne a nawet niemożliwe. Spektakl przyjmuje  perspektywę młodych ludzi, wykorzystuje ich spojrzenie na historię, świat i jego zasady, ukształtowane wrażliwością zdystansowaną, podejściem luzackim, z preferencjami muzycznymi, które z nastrojem, atmosferą piosenek Wiery Gran nie są kompatybilne. Trzeba przyznać, że jest to przedstawienie szalone, estetyka odważna, forma szokująca, pastiszowa, choć logiczna, uzasadniona, konsekwentnie poprowadzona przez reżysera, Jędrzeja Piaskowskiego. Obawiam się tylko, że ci, którzy znają historię Wiery Gran, ci, którzy ją znali, wiedzą z jak wielką traumą się zmagała po wojnie aż do śmierci i nie zrozumieją tej przewrotki, jaką twórcy fundują widzom na scenie. Nie zaakceptują wariacji na temat, który wydaje się, i chyba jednak jest, bardzo poważny. Oczywiście można i tak-prześmiewczo, z karykaturalnym przegięciem, z kabaretowym przytupem- potraktować problem pomówienia o kolaborację z Niemcami w czasach Zagłady. Plotka ma wielką moc niszczenia życia. Nie umiera nigdy. Nie sposób jej zagłuszyć dystansem, chichotem, obojętnością wobec odpowiedzialnych za krzywdzący boleśnie stan rzeczy, nawet jeśli pokaże się ich małość, głupotę, ignorancję. To żadne zadośćuczynienie, gdy pozostają do końca nietykalni, bezkarni. Wolni.

Spektakl powstał, by uczcić dziesiątą rocznicę śmierci Wiery Gran. Nie przybliża nam tradycyjnie, realistycznie rzetelnie jej postaci, nadal interesującej, chwytającej za serce twórczości. Zamiast poważnej rozprawy z niesprawiedliwością, z którą zmagała się piosenkarka, proponuje obserwację walki z zacierająca się, szczątkową, wypaczoną czasem i przez ludzi o niej pamięcią. I jak na śmieszne, lekkie, żartobliwe przedstawienie jest to smutna, przygnębiająca konstatacja, że tak niewiele z życia człowieka pozostaje. Więcej tego co złe, krzywdzące, zmyślone niż dobre, piękne, prawdziwe. I co gorsze nieustannie się jeszcze udziwnia. Bez końca dziwaczeje. Wypacza. Wynaturza dominująco.

Na pustej w zmiennych kolorach scenie, u której powały zawieszony jest pęk reflektorów,  spotykają się młodzi ludzie w czarnych półkostiumach, adidasach. Każdy z nich jest gotowy wyglądem, charakteryzacją, by być jak Wiera Gran. Stanowią portret zbiorowy pustych jeszcze nośników pamięci. Próbują przywołać gwiazdę zza kulis. Wskrzesić jej ducha, poczuć jej obecność. Zwracają się do niej, proszą, namawiają. Obiecują prezenty. Śpiewają piosenki. Ktoś czeka na pytania. Wabią ją i kuszą. Wiera Gran ma szansę wejść w to ciepłe, żywe miejsce dla niej. Dzięki nim, obecnym na scenie, która jest jej sceną. Aktorzy mówią wprost o tym, że  dziś już się nie zrozumie tego cierpienia, głodu, moralności minionego czasu, ekstremalnej wojennej pięcioletniej, wiecznej chwili. Każdy też co innego, w inny sposób pamięta. Ma swoją prawdę i dzieli się z nią ze światem. Nie wiedzą jak pokazać śmierć, martwe ciało. Okrucieństwo wojny. Okrucieństwo ludzi. Zależy im na zaufaniu gwiazdy. Ale o życiu Wiery Gran, o życiu w getcie opowiadają narracją bajki/"Dawno, dawno temu,,,"/. Relacjonują, charakteryzują, ilustrują  poprzez odwrócenie znaczeń, przerysowanie, wywoływanie efektu symbolicznego, komicznego, kabaretowego.  Trawestują, żartują, bawią się/Adam Mickiewicz, księga II, tekst o kawiarce przerobiony na kakarkę/. Zakładają kolorowe,  zwierzęce maski, jaskrawo kłujące w oczy dziką, bezmyślną lub zniewoloną naturą człowieka. Zwierzęta nigdy świadomie nie czynią sobie nawzajem krzywdy, a człowiek człowiekowi jest w stanie wyrządzić największe, niewyobrażalne, najbardziej podłe zło. To jego  skutków  doświadczała Wiera Gran od tych, którzy ją bardzo dobrze znali. Wszystkie wyroki sądu ją uniewinniały, pospolita zazdrość, niska zawiść, banalna plotka nigdy nie odpuściły, zaciekle prowadziły przeciwko niej batalię. I nawet dzisiaj mają się bardzo dobrze. Rzeczywistość sceniczna, wysiłki artystów sugerujące, że jest to już przeszłość, nie budzą grozy a demaskują bezduszny dystans, oswojony lęk. Przerabiają zimne, zabójcze okrucieństwo śmierci w gorącą, zabawną metaforę życia.

To chyba najbardziej odważna, radykalna sztuka Teatru Żydowskiego. Wiera Gran znów bulwersuje, jest kontrowersyjna, niejednoznaczna. Dzieli. Żyje w kolejnych artystycznych wcieleniach, interpretacjach, aranżacjach. Każe się do prawdy o sobie przebijać przez wszystkie warstwy kamuflażu starej i nowej, wybiórczej, interesownej pamięci. Zmusza do grzebania w historii. Wykonania potężnej pracy w dociekaniu prawdy. Piękno tekstów, przebojowość melodii jej piosenek przemyka jedynie, przebija się z trudem do naszej jaźni, wrażliwości. Tak są  unieważnione przez czas,  zniekształcone przez muzyczne  trendy, mody.   Tym razem w tonacji wściekłej, drapieżnej współczesności, która też na swój sposób wszystko przerabia, zmienia, na nowo konfiguruje. W finale oswojonego horroru kosmicznego odlotu. Dosłownie.

WIERA GRAN
Tekst:
Weronika Murek
Scenariusz sceniczny:
Weronika Murek
Jędrzej Piaskowski
Reżyseria:
Jędrzej Piaskowski
Scenografia i światło
Aleksandr Prowaliński
Kostiumy:
1683 Atelier
Muzyka:
Michał Lis, Bartosz Ignor, Piotr Lis
Ruch sceniczny i choreografia:
Katarzyna Sikora
Asystentka reżysera:
Katarzyna Post
Asystentka scenografa:
Joanna Antoniewicz
Asystentka choreografki:
Katarzyna Gorczyca
Przygotowanie wokalne:
Teresa Wrońska

Obsada:
Marcin Błaszak
Piotr Chomik
Monika Chrząstowska
Ewa Dąbrowska
Paulina Lombarowicz
Joanna Rzączyńska
Ewa Tucholska
Małgorzata Trybalska

Data premiery: 24.11.2017

plakat i zdjęcie:Teatr Żydowski

https://www.polskieradio.pl/8/404/Artykul/1934060,Wiera-Gran-Walka-z-fatum-na-deskach-teatru

czwartek, 23 listopada 2017

ZATOKA SUMA TEATR OCHOTY


ZATOKA SUMA jest spektaklem niezwykłym, tajemniczym, nowoczesnym. Ale i zabawnym, lekkim. Przepracowuje trudny temat kobiecości, jej roli i funkcji. Znaczenia. Przenosi nas w świat, którego dobrze nie znamy. Odnosząc się do kultury, tradycji, stylistyki japońskiej tworzy atmosferę stymulującą wyobraźnię, zderzającą wiedzę o nas współczesnych z tą obcą, egzotyczną, zaprzeszłą. Proponuje futurologiczny miks estetyczny, mający znamiona kosmicznej odysei łączącej mit z ciężkim, realnym życiem kobiet, ich marzeniami, uczuciami, potrzebami, seksualnością, statusem, tożsamością. O czym same chcą decydować, mieć do tego prawo. Podkreśla fizyczny i duchowy, widzialny i niewidzialny wymiar egzystencji. Intuicyjny i racjonalny aspekt świadomości. Uwalnia człowieka, choć nie pomija tego, co go więzi, ogranicza, ubezwłasnowolnia. Wskazuje na jednię człowieka z otoczeniem, siłami przyrody, współistnienie żywych i umarłych, podkreśla znaczącą rolę działań w teraźniejszości dla kształtowania przyszłości pełnej barw, kolorów, namiętności, wszelkich form. Świat jest zdumiewający, trwa wiecznie a w nim zmieniający się człowiek.

Jest to więc odważne, nieskrępowane sięganie po niemożliwe, idealistyczne ale piękne wyobrażenie kobiety, ale też przecież w konsekwencji człowieka jako takiego, istoty wolnej, kochanej i kochającej, wrażliwej, czułej i jednocześnie twardej, niezłomnej. Z nieprzeniknioną tajemnicą. Uzależnionej od spuścizny przeszłości, kultury miejsca i czasu, uwarunkowanej przez ducha i ciało, przez los i swój wybór. Ale dojrzale, samodzielnie dążącej do niezależnej kreacji, życia na własnych warunkach, spełnienia. Wykorzystującej fetysze, wiedzę o sobie i świecie, by pokonać wielki strach, wszelkie granice. By zmienić tradycyjne, zasklepiające w nakazach, kanonach, ograniczeniach myślenie. Każdy człowiek, nie tylko kobieta, winien mieć prawo do samostanowienia, wybicie się na niezależność. Niezbywalne prawo decydowania o sobie, swoim życiu. Idealnie jest gdy ma możliwość wyboru.

Fantazja, nieskrępowana wyobraźnia, otwarta, odważna wrażliwość to dominanty tego spektaklu pełnego fantastycznych, futurologicznych postaci, zakorzenionych w teatrze nō. Twórcy inspirowali się książką Jadwigi Rodowicz„Pięć wcieleń kobiety w teatrze nō”. Poznajemy OSOBĘ, która zastanawia się czy wolno jej być kobietą.  Bez względu na wszystko. Wbrew wszystkiemu. Deklaruje, że ma w sobie miłość, empatię, że kocha zwierzęta ale pragnie sama decydować o sobie. Pojawia się i znika. Wciela się, reinkarnuje w różne kobiecości. Poznajemy transwestytę, boginię, kobietę, demona, szaleńca, bo wyrusza w metaforyczną podróż poszukiwania prawdziwego siebie, dla spełnienia. Chce doświadczyć różnych stanów świadomości.  Nie obejdzie się bez poświęcenia, cierpienia, znoszenia znoju i trudów życia. Ale przede wszystkim cudownie marzy i konsekwentnie podąża za swym marzeniem.

W spektaklu biorą udział artyści wyłonieni w konkursie POLOWANIE NA MOTYLA dla młodych twórców teatralnych. Aktorzy mają trudny, ambitny cel. I z powodzeniem sobie radzą. Dzielnie podejmują niełatwe sceniczne zadania oparte na ruchu pantomimicznym, tańcu, który informacyjnie wspomaga kostium, niebanalna, odważna, wyrazista charakteryzacja, zjawiskowe światło, sugestywne animacje, muzyka rytuału wyznaczającą rytm i tempo, dopełniająca znaczący kontekst przekazu. Tekstu jest niewiele. Pełni funkcję porządkującą, symboliczną, inspirującą. Dopowiada, co się na scenie dzieje. Komunikuje z postaciami, które budują sytuacje, rozszerzają tradycyjnie rozumiane znaczenia. Tworzą sugestywne, mocne obrazy.


ZATOKA SUMA
scenariusz i reżyseria: Agata Dyczko
scenografia i kostiumy: Julita Goździk
muzyka: Wojtek Kurek
video: Natan Berkowicz
reżyseria świateł: Natan Berkowicz, Tomasz Sulima
rzeźba: Hakan Bakir
współpraca krawiecka: Barbara Romanowska
użyczenie głosu: Hiroaki Murakami
obsada: Helena Ganjalyan, Daniela Komędera, Oskar Malinowski, Lena Schimscheiner, Marcin Sztendel

premiera: 16 listopada 2017


partnerzy: Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha, Vanity Nap

zdjęcie: Artur Wesołowski
oprawa graficzna plakatu: Michał Dąbrowski, Anna Cygankiewicz

zdjęcie: Kamila Szuba

poniedziałek, 20 listopada 2017

IMITACJA ŻYCIA PROTON THEATRE BUDAPESZT


IMITACJA ŻYCIA Kornéla Mundruczó to sztuka o przemocy wykluczenia wynikającego z rasizmu, wieku, statusu, płci, który degraduje człowieka, nie pozwala mu żyć godnie. Spycha go na wszelki margines życia, czyni istotą gorszej kategorii a więc taką, wobec której można sobie bezkarnie pozwolić na lekceważenie, wyzysk, niesprawiedliwość. Większe, bezduszne, ostentacyjne, bezwstydne, bezczelne zło.

Już na samym początku rozmowa ze starszą kobietą uzmysławia grę, jaką toczy z nią  czyściciel mieszkań. Chce ją eksmitować następnego dnia. Zachowuje się wobec niej opresyjnie. Działa z pozycji siły. Jest nieustępliwy, natrętny, namolny. Bezwzględny. Gwałci ją instytucjonalnie. Przy okazji poznajemy życie starej, biednej, samotnej, chorującej na serce kobiety, jak się okazuje Cyganki. Pracownik windykacyjny nie przedstawia się a żąda od niej wszelkich informacji. Napiera. Straszy. W gruncie rzeczy ma paskudną, nisko płatną pracę. Trudną, niewdzięczną. Gdy kobieta słabnie, stara się jej pomóc. To odruch serca, empatii. Okazuje się jednak, że nieskuteczny. Długa, absurdalna rozmowa z operatorem pogotowia ratunkowego pokazuje, że oboje są trybikami w tej samej maszynie, która selekcjonuje obywateli, wartościuje, arbitralnie uznaje komu i kiedy pomóc a komu nie. Kobieta w szpitalu umiera. Problem sam się rozwiązał. Mieszkanie może być ponownie wynajęte.

A świat się nie zatrzymuje /, kręci się dalej. Dosłownie. Mieszkanie obraca się wokół własnej osi. Obserwujemy, jak wszystko, co w nim jest przemieszcza się, otwiera ujawniając swoje wnętrze. Wysypuje się zawartość szafek, półek, wersalki. Odrywają się urządzenia elektryczne, zwisają na kablach. Przesuwają, przewracają stół i krzesła. Sypie się tynk, spadają kawałki ścian. Kurz, pył unosi się w powietrzu. W końcu mieszkanie wraca na swe dawne miejsce ale nie jest już takie samo. Wybebeszone, w ruinie, bałaganie, zniszczeniu jak po trzęsieniu ziemi, przejściu tajfunu dalej istnieje.

Jest już w nim młoda, atrakcyjna ale znów biedna, samotna, niepracująca kobieta, która chce wynająć mieszkanie. Najwyraźniej jest w potrzebie, szuka  dachu nad głową. Znów ten sam mężczyzna stosuje triki, wybiegi, ustanawia zasady, które są bezprawne. Toczy kuriozalną,  upokarzającą grę z kobietą polegającą na tym, by wyłącznie na jego warunkach podpisała umowę. Pyta o sprawy osobiste, domaga się informacji, które nie powinny go interesować. Wywiera presję, stosuje szantaż. Udowadnia,że wszystkie chwyty są dozwolone. W końcu dostaje to na czym mu zależy-umowa zostaje podpisana.

W tej grze o swoje kobiety są na słabszej pozycji, wykazują jednak dużo sprytu, nie są zupełnie  bezbronne. Cyganka świetnie gra na emocjach, frustracji, ma mocne argumenty. Mąż zginął w wypadku, syn, męska prostytutka, zaginął. Młoda kobieta też ma syna. Ukryła to przed  agentem nieruchomości.  Dziecko karmione jest jakimiś nieświeżymi rybnymi resztkami. Źle jest przez nią traktowane. Kobieta ma siniaki  na ciele. Esemesuje z mężczyzną, umawia się z nim. Być może jest jego ofiarą. Zostawia synka samego w mieszkaniu, wychodzi nocą do miasta.

Obserwujemy różne warianty ciągle tak samo podłego, nędznego życia. Wegetującego na krawędzi przetrwania. W dominacji pozornych relacji. Bezwzględności systemu, który niszczy słabe jednostki, spycha je w niebyt, by nie miały normalnego życia a zaledwie jego imitację. Pozór. Namiastkę.  Jedynie ich siła instynktu, wola przetrwania decyduje o  status quo. Wizualizuje to dobitnie mieszkanie/spektakularna, zjawiskowa, hipperrealistyczna scenografia Mártona Ágha/. Odrażająca, zagracona ponad miarę nora. Wszystko jest stare, brudne i zużyte. Naznaczone biedą, ubóstwem. W małą powierzchnię wtłoczono śmieciowisko. Przedmiotów i ludzi. Jeśli coś działa, to tylko za sprawą sprytu, cudu. Nie do końca na uczciwych zasadach. Może być tylko gorzej, trudniej. Smutniej. W perspektywie nawet tragicznie.

W epilogu spektaklu wyświetlana jest na ekranie medialna informacja o zranieniu nożem mężczyzny romskiego pochodzenia. Policja wszczęła dochodzenie dopiero wtedy, gdy odbyła się w mieście duża antyrasistowska demonstracja. W wyniku śledztwa okazało się, że sprawcą był mężczyzna również romskiego pochodzenia. Sprawa została po presja opinii publicznej wyjaśniła.

Spektakl zaczyna się interesująco, odnosimy wrażenie, że jesteśmy w kinie. Filmowana jest tylko kobieta i gdy pytania stają się intymne, bolesne, bezdusznie okrutne i zimne, oko kamery maksymalne zbliża się do jej twarzy. Jakby sprawdzało czy na pewno mówi prawdę. Jakby ją infiltrowało niezależnie od rozmówcy. Kobieta zmuszana sytuacją opowiada o swoim życiu, które jest jej orężem, obroną. Przejmuje inicjatywę. Słabnie, wzbudza swoim stanem litość. Mogła i tym razem poradzić sobie z opresją, była szansa. Jednak umiera.  Jej syn pokazany jest w dwóch filmowych scenach. Pierwsza- przejmująca, czuła, niepokojąca-gdy matka go szuka i znajduje w hotelu. W drugiej chłopak kłóci się z kobietą, której jest utrzymankiem a syn młodej kobiety niespodzianie się tam pojawia/film/ i obaj  razem wracają do mieszkania/na scenę/.

Opowieści o rasizmie, wykluczeniu, samotności dorosłych i dzieci nie są tu drastyczne a bolesne. Pozbawione nadziei na jakąkolwiek zmianę. Żona traci męża gdy próbuje zdobyć dla niej jedzenie. Matka traci syna, bo prześladowany nie chce być Cyganem. Zrywa z rodziną i swoją przeszłością. Walczy z genotypem. Maluje włosy, rozjaśnia skórę. Kobieta, która go utrzymuje, też chce wymusić na nim wyznanie, że jest Cyganem. Chłopak żyje w ciągłym strachu. Nowa lokatorka, młoda kobieta z małym dzieckiem nie ma mu nic do zaoferowania poza dziedziczeniem upodlenia. Nie ma szans na uwolnienie się od biedy, pogardy, nienawiści. Obcy, inny, słabszy jest atakowany, rugowany, stygmatyzowany. Spychany na margines. Wykorzystywany. Pilnowany, by nie wkroczył w rewir normalnego życia. Przez wszystkich, nawet takich jak on sam. Toczy walkę o przetrwanie, którą w końcu przegrywa.

Kornél Mundruczó zrealizował mądry, przejmujący obraz teatralny, wykorzystał adekwatne środki, by uwiarygodnić trudny temat wykluczenia. Zaskoczył fenomenalną scenografią, użyciem filmu. Miał doskonały pomysł na  rozmowę otwierającą spektakl, rozwinięcie przedstawianych problemów bohaterów. Ich nieustanną, uporczywą samoobronę.


Wydarzenie organizowane w ramach Roku Kultury Węgierskiej w Polsce 2016/2017.

premiera: 27 kwietnia 2016 Dom Sztuki Współczesnej Trafó, Budapeszt

sobota, 18 listopada 2017

PROCES LUPA/KAFKA


Mam nadzieję, że Krystian Lupa rozpoczął poprzez wiwisekcję rzeczywistości, poprzez sztukę proces dekonstrukcji obecnej niemocy artysty i obywatela. Wyborem i sposobem rozwinięcia złożonego tematu wieszczy czas apokalipsy. Okazał swoją artystyczną przenikliwość, odwagę, maestrię, która jest tu aktem ostatniej szansy lub desperacji. Opowiada w swej sztuce o każdym: o nas indywidualnych i zbiorowych, o sobie, o twórcach, o aktorach, artystach. Czerpie z tego kim jest i co do tej pory w teatrze stworzył. Zanurzamy się w jego świat rozumienia sztuki i rzeczywistości, w tą samą od zawsze estetykę ogromnych przestrzennych, zużytych wnętrz, z drzwiami i olbrzymim oknem, które są wrotami do realu. Izolują lub się otwierają. Zaciemniają lub rozjaśniają wnętrze. Bo to, co jest ukryte lub skrywane ma być wydarte tajemnicy, a co oświetlone daje nowe informacje, rozwijające znaczenia, sensy. Filmy wyświetlane na ekranach są nie tylko rozwinięciem, ale też  wzmocnieniem, wspomaganiem tworzonej od początku spektaklu atmosfery charakteryzującej schizofreniczne okoliczności, stany umysłu i ducha, przytłaczającą atmosferę udręczenia, natrętne czyny i myśli. Człowieka będącego w potrzasku, w pułapce, przeżywającego rzeczywistość, która go zaskakuje, prześladuje, niszczy i  jednocześnie obserwującego to, co się dzieje, analizującego nieustępliwie, komentującego spokojnie w myślach w ukryciu, w cieniu, obok miejsca zdarzeń.  Dlatego jest Franz K. , Józef K. a we wszystkim K.Lupa. Bohater, który jest jednocześnie urzędnikiem państwowym, przedstawicielem systemu i nadwrażliwym, depresyjnym artystą. Niewinnie oskarżoną jednostką i nie bez winy ofiarą z punktu widzenia systemu. Rodzi to napięcie, frustrację. Prowadzi do poważnego kryzysu i nieuniknionej klęski.

Chodzi  jednak ogólnie o charakterystykę sytuacji, wnikniecie w pewien tryb, przebieg, sekwencję zdarzeń, właśnie proces, który doprowadza anonimowego, zwyczajnego bohatera do upadku przez wtłoczenie go w pewien nieokreślony status, trudne do zrozumienia sytuacje, niejednoznaczne uwarunkowania. Irracjonalne, absurdalne, niemożliwe do zrozumienia z jego punktu widzenia. Uwiarygodniane siłą przez system, w ramach którego funkcjonuje.

Normalne życie, jakie każdy zna, zwyczajna egzystencja, jaką każdy wiedzie zostaje zaburzona z powodu nieznanych lub celowo zakamuflowanych powodów. Czy odbędzie się proces sądowy, który będzie jasno, treściwie, logicznie wyjaśniał winę, okoliczności, które do niej doprowadziły, łączył skutek i przyczynę, wymierzał sprawiedliwą karę? Czy może jest to twardo realizowany proces degradacji, niszczenia, upodlania samotnej, bezwolnej, nieprzygotowanej do walki z systemem jednostki z mocy wszechmocnego, instytucjonalnego prawa?  A może też jest to proces samozniszczenia, bo wynika z akceptacji, przyzwolenia, podporządkowania się, braku skutecznego przeciwdziałania, antycypującego przygotowania się do ataku w celu obrony, przejęcia kontroli nad sytuacją?

Krystian Lupa już poprzez plakat zasygnalizuje o jaki PROCES mu chodzi. W spektaklu na wiele sposobów swą myśl rozwinął. Pokazał transformację każdego człowieka: od wolnego, niezależnego, otwartego, obywatela świata Leonarda do stanu całkowitego uwięzienia, wymazania, unicestwienia nic nie znaczącej, upodlonej, nic nie wartej istoty ludzkiej, traktowanej instrumentalnie, przedmiotowo. Wbicie jej w poczucie wstydu, pozbawienie godności, człowieczeństwa. Widzimy kwadraturę koła. To, co niemożliwe, staje się realne. Czerwony kwadrat przeniesiony jest na scenę, stanowi ramę więzienia, granicę, którą nie sposób przekroczyć. Proces degradacji, dokonywany w pogardzie, prowadzący do nienawiści jest tu nadzwyczaj skuteczny choć już na pierwszy rzut oka wydaje się piramidalnie absurdalny. Eskaluje przemoc systemu, ignoruje bunt jednostki, jej niezgodę na to, co bezduszne prawo i ludzie, którzy mu służą z wygody, z przekonania, z wiary oraz ci, którzy podporządkowują się, bo instynkt życia każe im się ratować za wszelką cenę, w nieustannym napięciu i strachu. Ze świadomością nieuniknionej porażki.

Sztuka oskarża. Lupa oskarża, aktorzy oskarżają. I czują się jak Józef K., jak Franz Kafka. Nie mają złudzeń. Tracą nadzieję. Wydają się wypaleni, zdruzgotani, pozbawieni argumentów, przerażeni oceną  realnego stanu rzeczy. Sfrustrowani bezsilnością wobec faktów dokonanych, które z mocy prawa, działań rządu wchodzą w życie. Niszczą wszelką wolność. Nie pozwalają się jednostce, sztuce, teatrowi bronić, ratować. Zamykają im drogę ocalenia. Cokolwiek jednostka, sztuka, teatr zrobi-czy się podporządkuje, przyjmując zasady obowiązujących zasad czy zbuntuje, czy podda, czy będzie walczyć - niewykluczone, że poniesie klęskę. Bo oprócz teatralnego zilustrowania sytuacji, w zgodzie z prozą Kafki, spektakl nie znajduje optymistycznego rozwiązania. I chyba nie może. Sam w sobie nie niesie amunicji, argumentów pozwalających rozluźnić zaciskającą się pętlę. Rozpoznanie Krystiana Lupy jest wyrazem i siły, i bezsilności. Psychodelicznym, gęstym, sennym koszmarem, stanem rozdwojenia jaźni, stuporu grożącym katatonią. Reakcją na rzeczywistość nie do zaakceptowania, nie do oswojenia, nie do zniesienia. Analiza Lupy pokazuje, że wchodzimy w okres dekadencji. Rozpadu. Upadku.



Akt pierwszy jest stanem rozpoznawania sytuacji w jakiej znalazł się bohater. Natrętnym, powolnym rozpamiętywaniem, drążeniem, szukaniem przyczyn tego, co go zaskoczyło lub się w związku z nim ujawniło. Próbą ocknięcia, zrozumienia dlaczego został oskarżony, co z nim samym się tak naprawdę dzieje. Konfrontacji z sobą, z otoczeniem, z sądem. Z własną zawiłością tajemnicy, seksualności. Poznajemy Franza K., obserwujemy. Też staramy się dociec, dlaczego jest jak jest. Mimo pustej przestrzeni atmosfera robi się napięta, gęsta, tajemnicza. Dusząca. Zamęczająca. Sytuacje sygnalizują stany schizofreniczne, opresyjne, lękowe. Tworzą obraz pozycjonowania jednostki wobec systemu lub inaczej, jego w nim rozdwojenia. Wielogłosu bohatera, który jest jednocześnie sobą/Andrzej Kłak/ i własnym obserwatorem/Marcin Pempuś/, komentatorem, myślą, analizą.

Akt drugi to rozwinięcie  surowej, bezkompromisowej wiwisekcji rzeczywistości/głównie współczesnej/, relacji jednostka system. Oskarżycielska i bardzo źle rokująca. Wnikamy też w prywatne, intymne życie Franza K. Poznajemy jego relacje z bliskimi mu osobami. Z Felicją Bauer, Gretą Bloch, z Maxem Brodem, przyjacielem. Franz jest otępiały, nieobecny, pogrążony w depresji. W ogromnym strachu i wycofaniu. Bezwolny. W pułapce winy. Jakby nie można było przeżyć życia bez krzywdzenia innych.

Ta część spektaklu jest wtrętem autorskim aktorów i reżysera. Tekstowo ciałem obcym PROCESU Franza Kafki ale niesie sensy ważne. Męczy, drażni, smęci, kluczy pokazując również naszą własną nieporadność, błądzenie w rozumieniu i kształtowaniu rzeczywistości. Wpływ portretu psychologicznego jednostki, jej decyzji, wyborów na życie innych ludzi, ogółu. Irytująco rozbiera do naga, więzi w łóżkach-barłogach osobowość ubezwłasnowolnioną, słabą, niesprawczą. Zagubioną, zdezorientowaną, chorą, wytrąconą z bezpiecznych kolein egzystencji. Nie mamy szans oszczędzić w analizach siebie. Może trzeba człowieka sprowokować, sponiewierać, doprowadzić do ściany, by zaczął myśleć, działać? Nie wiem czy Lupa ze mnie/nas kpi. Raczej jest zły, że oczekiwania są tak wysokie tylko w stosunku do niego. A ON już jest zmęczony. Czekamy na Godota, na gotowe rozwiązania, wskazówki, panaceum. Na to, by inni za nas wykonali cały PROCES mentalnej transformacji. Ratowali wszelką wolność, w tym ekspresji artystycznej. A tu figa z makiem. Pracę trzeba wykonać samemu. Taki jest ten akt drugi, dla jednych nieznośny, długi, zagadany, zaszczuty bylejakością  logorei, dla drugich adekwatną paralelą realu. Miastem snu.

Akt trzeci wraca na tory teatralnej adaptacji PROCESU. Odsłania system manipulacyjnej opresji władzy/ instytucji, kościoła/, daje Franzowi K. kolejne drogi ratunku, podpowiada możliwości ocalenia. Oferty podporządkowania się. Poddania nieuniknionemu. On się jednak do końca buntuje ale w sposób szczególny. Po prostu rezygnuje. Rejteruje. Nie podejmuje żadnej walki. Poddaje się wyłącznie własnej naturze  osoby adecyzyjnej, rozdwojonej, przegranej. We własnym mniemaniu absolutnie niewinnej. Nie zgadza się na żaden wariant asekuracyjny, ma dosyć naginania się do narzucanych mu wymogów, jakby wyczerpał się w nim instynkt życia, wszelka uległość. Biega goły, samotny, zdezorientowany  jak głodny, zaszczuty szczur w laboratoryjnym, mrocznym labiryncie/film/. Historia kończy się: "Wiecie jak/?/".

Ostatni akt jest popisem gry aktorskiej Haliny Rasiakówny, jaką już znamy, zawsze podziwiamy, demonicznego tu Piotra Skiby, umęczonego prawie siedmiogodzinną obecnością na scenie ale doskonałego Andrzeja Kłaka.

Tymczasem wychodzimy z teatru udręczeni, umęczeni, sponiewierani. Wstępujemy w mroki miasta pogrążonego w głębokim śnie.


Ważne jest, że udało się PROCES wystawić. Ważne jest, że możemy spektakl obejrzeć. Już sam ten fakt jest optymistyczny, budujący. Sztuka trwa bardzo długo, jest trudna, męcząca. Wymaga cierpliwości. Nie zawiera gotowych rozwiązań, dramaturgicznych struktur, konkretnych argumentów, które porwałyby, wyniosłyby nas ponad poziomy. Pokazały na horyzoncie światełko, wydobyły z klaustrofobicznego labiryntu niemocy. Ta praca musi być wykonana w każdym z osobna. Samokosztem. Wyjście na pewno istnieje. Czy spektakl jest kamieniem rzuconym z zewnątrz, z ulicy do naszego dusznego wnętrza i zamieni się w uskrzydlającą myśl, ratunek, nadzieję/ptak w filmie otwierającym spektakl/, trudno przesądzić. Czy wystarczy determinacji, mądrości, solidarności?

Wystarczyło sił, by PROCES został ukończony. Teatry: NOWY, STUDIO, TR WARSZAWA, POWSZECHNY, instytucje krajowe i zagraniczne zjednoczyły się, wypracowały ten sukces. Wystarczyło entuzjazmu i środków, by polskie spektakle na DIALOGU zostały pokazane. Wystarczyło pomysłu, kreatywności, by spektakle WORKPLACE i SOLIDARNOŚĆ.NOWY PROJEKT były grane w TR Warszawa. Znów będą. Mimo wszystko należy mieć nadzieję. Nie ustawać w wysiłkach. Walka o teatr nadal trwa. Powodzenia:)

PROCES wg powieści Franza Kafki
Przełożył Jakub Ekier

Reżyseria, adaptacja, scenografia, światła: Krystian Lupa
Kostiumy: Piotr Skiba
Muzyka: Bogumił Misala
Wideo, współpraca przy reżyserii światła: Bartosz Nalazek
Animacje: Kamil Polak
Charakteryzacja i fryzury: Monika Kaleta
Głosy: Krystian Lupa, Andrzej Kłak, Marta Zięba, Marcin Pempuś, Adam Szczyszczaj, Małgorzata Gorol, Radosław Stępień
Współpraca dramaturgiczna, asystenci reżysera: Radosław Stępień, Konrad Hetel
Asystent ds. wideo, operator kamery: Natan Berkowicz
Asystentka ds. kostiumów: Aleksandra Harasimowicz

Obsada:
FRANZ K.: Marcin Pempuś
FRANZ K.: Andrzej Kłak
PANI GRUBACH: Bożena Baranowska
PANI BÜRSTNER: Anna Ilczuk
SĘDZIA ŚLEDCZY: Michał Opaliński
WOŹNY SĄDU: Wojciech Ziemiański
RÓŻA, ŻONA WOŹNEGO: Ewa Skibińska
STUDENT PRAWA, STRAŻNIK 2: Maciej Charyton
MAX BROD, SZEF KANCELARII: Adam Szczyszczaj
GRETA BLOCH, DZIEWCZYNA W KANCELARII: Małgorzata Gorol
FELICJA BAUER: Marta Zięba
CIOTKA: Halina Rasiakówna
MECENAS: Piotr Skiba
LENKA: Ewelina Żak
BLOCKBAUM, CZŁOWIEK W KANCELARII: Dariusz Maj
MALARZ, STRAŻNIK 1: Mikołaj Jodliński
KAPELAN, INSPEKTOR: Andrzej Szeremeta
ASYSTENT SĘDZIEGO 1: Radosław Stępień / Łukasz Jóźków
ASYSTENT SĘDZIEGO 2: Konrad Hetel

Inspicjent, operator kamery: Łukasz Jóźków
Kierowniczka produkcji: Anna Czerniawska
Koordynator techniczny: Paweł Paciorek
Koordynatorka, asystentka produkcji: Sylwia Merk

Główny producet: Nowy Teatr

Produkcja: Studio teatrgaleria; Teatr Powszechny; TR Warszawa; Le Quai Centre Dramatique National Angers Pays de la Loire

Koprodukcja: Kunstenfestivaldesarts, Bruxelles; Printemps des Comédiens, Montpellier; Odéon-Théâtre de l'Europe, Paris; Festival d’Automne à Paris; La Filature, Scène nationale – Mulhouse; Théâtre du Nord, Lille; HELLERAU - Europäisches Zentrum der Künste Dresden; Onassis Cultural Centre-Athens

Partner: Teatr Polski w Podziemiu

Premiera: 15 listopada Nowy Teatr
Koncepcja plakatu: Krystian Lupa
Fotografia na plakacie: Natalia Kabanow
Fotografia z próby: Magda Hueckel

https://www.polskieradio.pl/8/3664/Artykul/1929058,Proces-Kafki-i-bolesny-swiat-Krystiana-Lupy

poniedziałek, 13 listopada 2017

DO DNA


Przed tym spektaklem szła jego sława. Zdumienie nad dojrzałą, śmiałą, zachwycającą  interpretacją i fascynującym wykonaniem nowych aranżacji piosenek ludowych przez bardzo młodych ludzi, jeszcze studentów Wydziału Aktorskiego PWST/specjalność wokalno-aktorska/. Ja, jak niewierny Tomasz, wątpiłam. Chodziło o estetykę, która mnie nie chwyta za serce. O muzykę, której nie lubię. Chodziło o naiwne, okazjonalne, archaiczne przyśpiewki, pieśni, które nie tylko mnie nudzą, co bardzo, bardzo irytują, budzą automatycznie bunt, sprzeciw za każdym razem gdy je słyszę. Nawet śpiewane przez znanych ludowych pieśniarzy niosą w sobie jakąś niezaprzeczalną, niepodważalną, twardą prawdę. Dydaktykę lub ckliwość. Naiwność. Banał. Jakiś przytłaczający mozół, ból, obowiązek, nakaz, nawet jeśli odnoszą się do szczęśliwych wydarzeń w życiu, takich jak wesele. Wyrażają trudno definiowalną rzewną nutę pesymizmu, która zatruwa największą nawet radość. Kładzie się cieniem. Powoduje smutek, zadumę, refleksję nie dającą nadziei. Mocno wbijają w ziemię, przywiązują do cierpienia. Nie pozwalają wyzwolić się z prozy życia. Uwolnić, unieść ponad nią. Poszybować.

A spektakl w swojej formie,  interpretacji, aranżacji sięga lekko, zdaje się bez żadnego wysiłku, naturalnie, niezwykle dynamicznie do dna. Szczęścia. Tęsknoty. Marzenia. I  tam znajduje czysty entuzjazm, radość. Nadzieję. Miłość. Wiarę. Silne uczucie. Mocne doznanie. Potrafi ją wyśpiewać, zatańczyć, zagrać. Z niespotykaną energią. Temperamentem. Z zaraźliwą emocją, bo ta natychmiast udziela się widzowi. Znajduje w nim sprzymierzeńca. Towarzysza. Zaskakuje to ciepło optymizmu wydobyte, celebrowane, ośpiewane, obtańczone  ze znanych ale brzmiących zupełnie inaczej w pamięci pieśni, przyśpiewek.  I właśnie ta różnica interpretacyjna w emocjonalnym odbiorze powoduje, że nowa wersja tak się podoba, natychmiast podbija serca widzów.

Być może intuicyjnie pragniemy otuchy, wzruszenia, potrzebujemy nadziei, wsparcia, oczekujemy, radosnej rozrywki, która nas buduje, wzmacnia. Tymczasem ludowi wykonawcy, zazwyczaj dojrzali, zwykli ludzie, na pierwszym miejscu stawiali troskę, by ich słuchacze jak Ikary, zbyt wysoko ku słońcu nie ulecieli. Bo wiedza o prostym, biednym, znojnym życiu była najważniejsza. Znajomość ciemnych  stron egzystencji nakazywała im jej przekazanie i utrwalenie w pamięci zbiorowej. By nie ulegali złudnym nadziejom, nie oczekiwali od siebie i życia zbyt wiele i w codziennym, realnym jego doświadczaniu mogli przetrwać.  Okazało się, że wiek wykonawców zmienia perspektywę. Miejsce i czas wykonania również. Niesie inne, nowe przesłanie. Uwalnia inne, nowe emocje.

Spuścizna mądrości ludowej okazała się bardzo bogata. Kryje jeszcze wiele skarbów. Studenci przy istotnym wspomaganiu Ewy Kaim/reżyseria, scenariusz/, Włodzimierza Szturca/dramaturgia/ udowodnili nam, jak dobrze jest z niej czerpać, kiedy się wie, co chce się z niej wydobyć. W jakim celu. Własną wrażliwością, intuicją, talentem zinterpretowali na nowo stare, wydawało się już zmurszałe tony i treści. I przy okazji siebie samych wyrazili. Sobą wyśpiewali, zatańczyli, zagrali, co od zawsze człowiekowi w duszy gra. Sięgnęli do jej dna. Pokazali ogromny potencjał, zdolności. Być może energię tylko przynależną młodości, która niczego się nie boi, wszystkiego chce spróbować, wszystko sprawdzić. I poraża świat swoim entuzjazmem, świeżością, siłą. Odwagą. Naturalnością.

Udało się. Bardzo.

DO DNA
Reżyseria, scenariusz i opieka pedagogiczna: Ewa Kaim
Dramaturgia: Włodzimierz Szturc
Scenografia, kostiumy, projekcje i światło: Mirek Kaczmarek
Kierownictwo muzyczne i aranżacje: Dawid Sulej Rudnicki
Choreografia: Maćko Prusak
Przygotowanie wokalne: Justyna Motylska
Asystentka reżysera: Natalia Orkisz (III r. WRD)
Zdjęcia: Bartek Cieniawa

Występują: Dominika Guzek, Agnieszka Kościelniak, Weronika Kowalska, Jan Marczewski, Łukasz Szczepanowski oraz Dawid Sulej Rudnicki (fortepian, basy).

Spektakl dyplomowy IV roku Wydziału Aktorskiego, specjalności wokalno-aktorskiej, PWST w Krakowie

Fot. Bartek Cieniawa