piątek, 3 marca 2017

TUTLI-PUTLI KTO JEST DZIKI? TEATR DRAMATYCZNY TEATR MALABAR HOTEL



TUTLI-PUTLI  KTO JEST DZIKI? w Teatrze Dramatycznym na Scenie Przodownik przedstawia się intrygująco. Na bogato.  Różnorodnie. Spotykają się tu wybitne osobowości żyjące w okresie międzywojennym. Maria Czaplicka to badaczka plemion syberyjskich, feministka, zamknięta w namiocie przyprószonym śniegiem, ubrana w grube futro i ozuta w skórzane, ciepłe buty. Bo w jej rewirze scenicznym wieją mroźne, surowe, dzikie wiatry syberyjskie. Panuje atmosfera naukowej konstatacji położenia kobiety, która musiała zawsze o wszystko walczyć, która jest ośmieszana, upokarzana w przywoływanych wspomnieniach z pobytu na studiach w Anglii. Syberia jest krainą ogromnych możliwości, nieprawdopodobnego bogactwa, ma nieodkryty potencjał, daje poczucie wolności i swobody. Kobieta nie bez trudności dzielnie prowadzi tu szczegółowe badania, jest samodzielna, doskonale sobie radzi. Jest wolna, spełniona. Jest sobą. Bronisław Malinowski jest etnologiem, bada życie, nie tylko seksualne dzikich, ich podejście do obcych, innych, białych. Dywagacje swe snuje na hamaku rozebrany, w pozycji swobodnej, zrelaksowanej, bo to tropiki, egzotyczne klimaty, a więc duchota i gorąco lub przy pulpicie wykładowym w poprawnym stroju podróżnika-naukowca gdy wygłasza rozważania wysnute na podstawie swoich badań. W środku sceny króluje Witkacy, wszechstronny artysta, w oparach narkotyków, fatalizmu, przeczuwanej katastrofy cywilizacyjnej, podkreślający ciągle jak mantrę, że sztuka to nie życie. Zajmuje się wizualizacją kukiełkowej, wycinankowej, symbolicznej operetki TUTLI-PUTLI, którą napisał ale nigdy nie wyreżyserował. Teraz ma okazję. Sublimuje wyniki naukowe Malinowskiego i Czaplickiej, zawłaszcza ich osiągnięcia dla potrzeb argumentacji tworzenia, dywaguje na temat roli sztuki, jej sensu, roli. Ma własne doświadczenia z okresu pobytu w Rosji, gdzie służył w wojsku. Wie, co to znaczy rewolucja bolszewicka, boi się jej jak ognia. Witkacy ma umysł, zainteresowania i wrażliwość człowieka Renesansu. Kreuje rzeczywistość sceniczną przemycając  w niej swoje obserwacje, wiedzę, lęki. W spektaklu ma formę opowieści kukiełkowej, teatru cieni, i działa jak przypowieść, bajka, snuje się jak prosta na pozór historia. Dotyczy jednak natury ludzkiej, władzy, polityki, zagrożeń, które dotykają ludzkość cyklicznie, są źródłem nieszczęścia i sieją zgrozę. Chodzi o totalitaryzm, który niszczy indywidualizm, wolność, kreację. Ta pokusa sprawowania niepodzielnej władzy, której wszyscy muszą się bezwzględnie podporządkować, ujednolica sposób myślenia, łamie kręgosłupy różnorodności, gnębi, wymusza, terroryzuje, narzuca uległość, zarządza strachem, wizualizowana w formie operetki, zabawy, bajki ma tłumaczyć opresyjny, niszczący charakter zła jaki sobą reprezentuje. Pokazuje i wyjaśnia nam je jak dzieciom, niewinnym jeszcze i nieświadomym nadchodzącej, potencjalnej katastrofy. O tym też mówi niezależnie Malinowski, a Czaplicka ze swojego, kobiecego punktu widzenia to potwierdza. Wszyscy troje są badaczami sumiennymi, wnikliwymi, wrażliwymi. Każde z nich widzi w swym obszarze zainteresowań, pracy, życia niezdobyte królestwo, krainę wolną, szczęśliwą, bogatą. Arkadię, utopię, raj.  Dla Czaplickiej jest to dziewicza, posiadająca niezwykłe bogactwa, potencjał Syberia, Kanada Wschodu. Dla Malinowskiego egzotyczne krainy dzikich. Dla Witkacego świat sztuki, w którym żyje, tworzy zagrożony potencjalnym totalitaryzmem ze Wschodu/rewolucja bolszewicka/. Trzeba przyznać, że bohaterowie sztuki-badacze, podróżnicy, ludzie dociekliwi, nieustępliwi, szaleni- nie ustają w swych wysiłkach eksploracji tych nowych obszarów. Porównują ciągle cywilizację, której są żywymi, świadomymi przedstawicielami z tak zwaną dzikością, którą poznają metodami naukowymi: analizują sumiennie, metodycznie, szczegółowo.

Są dowodem na to, że można nawet w ekstremalnych warunkach realizować się, spełniać. Nie jest to łatwe, proste ale jak przykład ich życia dowodzi, możliwe. Mimo okropności świata, mimo norm, zasad, którym muszą się podporządkować lub je omijać. To bardzo pouczająca, mądra lekcja. Zarówno przetrwania, jak i rozwoju. Czaplicka z miejsca bogactwa, spokoju i nudy ale jako kobieta ciągle tłamszona, ośmieszana, marginalizowana znajduje siłę w sobie, by żyć i realizować się, jak na to zasługuje w swoim mniemaniu, wyobrażeniu, marzeniu. Pobyt na Syberii był dla niej szczególnie trudny, bo tubylcy nie mieli do niej zaufania. Podejrzewali ją o szpiegostwo, o to, ze jest kupcem, szamanem/choć ten nie jest uznawany ani za kobietę, ani za mężczyznę/ . Trudno było im zaakceptować i poddać się badaniom, jakie prowadziła. Jednak się udało. Malinowski też nie bez trudności wnikał w świat dzikich, by móc poznawać ich życie, zwyczaje, mentalność. Ekscentrycznemu, przekraczającemu normy społeczne, artystyczne Witkiewiczowi też nie było lekko podążać wyboistą, trudną, na jego warunkach drogą kariery. Wyjątkowe, interdyscyplinarne wykształcenie, niepospolita wyobraźnia, talent, niepokorna, silna, wybitna osobowość, trudny charakter nie stanowiły wystarczającej przepustki pozwalającej brylować w świecie sobie podobnych ludzi. I być szczęśliwym, i odnieść sukces. A jednak żył jak chciał. Nie naginał się do innych. Znalazł swoją własną drogę dostępu do poznania, analizowania rzeczywistości i bardzo indywidualną, skomplikowaną, niełatwą formę komunikacji jego sztuki z odbiorcami. To bardzo pozytywne przykłady spełnienia życia zgodnie z własnymi indywidualnymi możliwościami, potrzebami i marzeniami. Pozanormatywnymi. Twórczymi. Inspirującymi.

Prosta historia operetki antropologicznej opowiada o skomplikowanych zagadnieniach filozoficznych, politycznych, społecznych. Dosłownie i metaforycznie. Karykaturalnie i naukowo. Używa różnych form wypowiedzi, na wielu poziomach komunikacyjnych, by do nas dotrzeć z przekazem. Z konstatacją, że dzikość jest również i w nas, i nie jest zła. To inspiracja, siła, impuls, który niczego się nie boi, od niczego nie zależy i prowadzi do rozwoju. Badanie, analiza życia dzikich nie różni się od sposobu poznawania ludzi cywilizowanych. To tylko inna forma, inny poziom rozwoju, inny zakres zniewalania, podporządkowania człowieka, społeczności. Naród i państwo to dwie różne definicje tego samego zjawiska, a demokracja nie ma tylko oblicza rozwoju i dobra. Zawsze za nią czai się podstępny, złowrogi totalitaryzm. Niszcząca siła, wróg wolności i indywidualizmu. Postępu, rozwoju. W krainach dzikich presja, normy, organizacja społeczności/plemienia, grupy, itp./ ma inny tylko charakter i poziom zaawansowania.

To  spektakl interesujący z inteligentnie skomponowanym tekstem, bogatą jak na kameralne spotkanie formą/trzy światy w jednym miejscu, lalki, wycinanki, wideo projekcje live/. Doskonale zagrany, pięknie zaśpiewany /brawo Anna Stela!, piękny głos/, precyzyjnie wyreżyserowany. Z powodzeniem łączy naukę i sztukę, przeplata przeszłość dokonaną z jej odniesieniami problematycznymi, tematycznymi w teraźniejszości, zadaje nieśmiertelne pytania o wolność, naturę ludzką, zagrożenia cywilizacyjne. Na pytanie KTO JEST DZIKI? musimy odpowiedzieć sobie indywidualnie. Ale po tym spektaklu, który wymaga od nas skupienia, uważności, myślenia jesteśmy doskonale przygotowani.

TUTLI-PUTLI  KTO JEST DZIKI?    WITKACY/MALINOWSKI/CZAPLICKA
reżyseria: Magdalena Miklasz
dramaturgia: Marcin Bartnikowski
scenografia, kostiumy: Marcin Bikowski, Marcin Bartnikowski
lalki: Marcin Bikowski
muzyka: Anna Stela, Marcin Liweń
kierownictwo produkcji: Natalia Mołodowiec

obsada:
Anna Stela
Marcin Bikowski
Marcin Bartnikowski

premiera:20.12.2016

Koprodukcja Teatru Malabar Hotel i Teatru Dramatycznego
zdjęcie:https://www.facebook.com/TeatrDramatycznyWarszawa/photos/pcb.1234842526581801/1234835536582500/?type=3&theater

„PANNA TUTLI-PUTLI” (1920). Libretto operetki, które zostało odnalezione dopiero w 1974 roku. Do tej pory nikt nie wiedział nawet o jej istnieniu, jedynie wspominał o niej Roman Jasiński, ale nie podając tytułu. Nie funkcjonowało nawet na listach dzieł zaginionych. Napisane prawdopodobnie dla Jarosława Leszczyńskiego, który z tego co wiemy nie napisał do niej muzyki. Premiera odbyła się w 1975. Przedstawienie zostało przyjęte życzliwie przez krytykę, cieszyło się dużym powodzeniem i utrzymało się na afiszu przez 3 sezony (118 spektakli obejrzało 56,789 widzów). Było też raz wystawione zagranicą. Jest wyrazem niespodziewanego nawrotu Witkacego do klarownych rozwiązań fabularnych, nawet zbyt klarownych, bo wysoce symbolicznych. Tytułowa panna Tutli-Putli ofiarowuje swe wybredne serce kawalerowi d’Esparges, który obiecuje zdobyć dla niej niezdobyte jeszcze królestwo, do którego dostać się można po zażyciu odpowiedniego narkotyku. Na miejscu zostaje zmuszony przez czarnoskórą królową do przejęcia tronu i zostania jej kochankiem. Gdy na wyspę dociera Tutli-Putli jest już tylko krwawym, brzuchatym dyktatorem, znienawidzonym przez wszystkich. Ponownie następuje rewolucja, a na tron wraca poprzedni dyktator. Atutem tej sztuki jest jej klarowność i prostota, wadą: jej wierszowane piosenki. Witkacy nie był utalentowanym poetą, mimo to często zamieszczał w swych dramatach wierszowane wstawki. Tutaj wiele z nich prezentuje poziom bliski infantylnego, ale też jest to infantylizm sympatyczny dla ucha.

czwartek, 2 marca 2017

POCAŁUNEK KOBIETY PAJĄKA TEATR STUDIO


POCAŁUNEK KOBIETY PAJĄKA to spektakl kameralny, intymny, tajemniczy. Przenosi nas do celi więziennej ale nie mamy wrażenia, że dusimy się w przestrzeni klaustrofobicznej, niebezpiecznej, zamkniętej. Dwa materace, czajnik z wodą, na przemian ostre, brutalne i wygaszone, stłumione światło w reżimie porządku odosobnienia wyznaczają rytm życia dwóch  mężczyzn. Młodszy, Valentin, jest człowiekiem idei, bez reszty jej poświęcony, gotowy dla niej na wszystko. Naprawianie, polepszanie, zmiana świata to cel priorytetowy jego działania, ba, całego życia. Z powodu spraw politycznych znalazł się w  więzieniu, pozostaje pod bezpośrednią obserwacją władzy, z którą bezkompromisowo walczy. Jest hardy, odważny, pewny siebie siłą młodości, co niczego się nie boi, niczemu nie chce poddać. Prawdziwe z niego  dziecko rewolucji, oddające całe swoje życie dla niej. Poświęcający sferę intymną, osobistą. Używający kobiet do swych celów. Wiąże je ze sobą, z walką o sprawę ich do niego uczuciem. Nie chce się angażować. Nie dąży do stałego związku. Starszy mężczyzna, Molina, znalazł się w więzieniu z powodu deprawacji. To inny kaliber człowieka. Odmienna osobowość, doświadczenie, zainteresowania, cel życia. Jest typem modliszki czy raczej kobiety pająka, który snuje sieć uzależnień, powiązań, przyzwyczajeń, więzi, by zbliżyć się do ofiary i ją posiąść w całości tylko dla siebie. Stosuje sprytne, niepozorne środki, ma swoje sposoby, by nawiązać kontakt, przyzwyczaić do siebie towarzysza, oswoić go, uzależnić od siebie materialnie, duchowo, mentalnie. Dba o swoją ofiarę żywiąc ją opowieściami i dobrym jedzeniem,co pozwala mu zbliżyć się do niej. Sprawia, że jest dla Valentina niezbędnym, jedynym obrońcą, kompanem, przyjacielem, towarzyszem, która zgadza się na udział w nie swojej walce. Bo robi wszystko, by swój cel osiągnąć.

Molina i Valentin tańczą w celi swój zwycięski taniec, tango, które znaczy "dotykać" ale też "poruszać się w czasie aby pokonać", zdobyć, podbić. Kto kogo zdobywa, wykorzystuje do swoich celów nie jest do końca jasne, oczywiste, przesądzone. Może pojawiająca się kobieta, która wchodzi w wiele różnych ról. Jest dziewczyną Valentina, świadomą, że jest przez niego wykorzystywana. Jest postaciami kobiet z filmów, które opowiada Molina, a także dyrektorem więzienia, przedstawicielem totalitarnej władzy, z którą walczy Valentin. Jest tą mroczną, niejednoznaczną, podstępną siłą, która ujawnia prawdziwe oblicze więźniów i systemu, w jaki są uwikłani. Pozwala im się odkryć, ujawnić, działać. Pozostaje poza ich zasięgiem tajemnicza, efemeryczna, groźna. Podstępna, opresyjna, bezwzględna. Jest to bardzo interesująco skonstruowana rola, doskonale zagrana przez Monikę Obarę. Uwodzi ta zjawa równie mocno, jak opowieści Moliny, determinacja Valentina. To trzeci element, który wyzwala ich prawdziwą naturę, prowokuje, drażni. Demaskuje siłę i słabość, podstęp i zdradę. Kruchość, ulotność, efemeryczność męskiego świata.

Valentino Tomasza Nosińskiego na pozór zdeterminowany, zbuntowany, wojowniczy odkrywa naiwność wiary w sens swego działania, czystość intencji, świętej roli poświęcenia. Daje się podejść jak dziecko, ten niedoświadczony, ślepy wojownik za idee. Swoje intencje przedstawia jasno, oczekiwania trzeźwo, ten bezpośredni, bezkompromisowy, uczciwy gracz z góry skazany na klęskę Do końca nieświadomy, że jest niezdolnym do osiągnięcia celu pionkiem w nie swojej grze. Ta jego szczerość, otwartość, nieporadność wzrusza. Ale też wzbudza sprzeciw. Gniew. Żal. Współczucie. Już od pierwszej chwili, gdy widzimy go posiniaczonego, pobitego, leżącego na gołej ziemi w pozycji embrionalnej.

Podobne ale o wiele silniejsze uczucia wyzwala homoseksualista Molina Mirosława Zbrojewskiego. Postać mniej jednoznaczna, dająca się polubić. Uwodzi i nas, widzów. Ma urok, nienachalny, podstępny, niepozorny, niewinny wpływ na to, jak jego bohatera odbieramy, oceniamy. Kontroluje ten w nas budowany swój wizerunek fajnego gościa, swojego chłopa, nieodzownego, równego kompana. Molina jak Szeherezada snuje opowieści filmów, walcząc o swoje. Ma talent, odwagę, instynktowny dar oceny sytuacji i ludzi. Działa niepośpiesznie, metodycznie, skutecznie.  Zbrojewski doskonale niuansuje, dozuje, podkręca te osobowościowe atuty psychopaty, który budzi ambiwalentne do siebie uczucia. Poddajemy się wraz z Valentinem jego urokowi, postawie przyjaźnie nastawionej do jego towarzysza z celi. Podejrzewamy, domyślamy się, w końcu wiemy kim tak naprawdę jest ale zaczynamy akceptować złe  Moliny intencje, motywacje, skłonności. Ujmuje nas jego opiekuńczość, chęć ratunku Valentina. Dostrzegamy pozytywy, odpychamy od siebie wątpliwości, niezgodę na jego złe działanie. Zbrojewski potrafił oddać cierpienie Moliny, jego wahania, obawy, starania.  Poświęcenie. Zdobywa i nas jak Valentina, i co gorsze, nie mamy mu tego za złe. Bo cały czas wydaje się być niegroźnym, dobrym człowiekiem, najlepszym kompanem niedoli, opiekunem, przyjacielem, w końcu towarzyszem walki.

Spektakl skromny, powściągliwy, na początku banalny, nużący, działa podstępnie jak jego bohaterowie. Cela to stan uwięzienia, opresji, przymusu, niemożności ucieczki przed samym sobą. Więźniowie to ofiary- politycznego, ideowego uwikłania oraz genetycznego, psychopatycznego uwarunkowania-uporczywie, świadomie, bezkompromisowo walczące o swoje do końca. I to jest ciekawe doświadczenie. Na czym polega dokładnie, każdy musi przekonać się, przeżywając go osobiście. Powodzenia:)


POCAŁUNEK KOBIETY PAJĄKA  Manuel Puig 

prekład: Zofia Wasitowa
reżyseria: Rafał Dziemidok

OBSADA
Monika Obara
Tomasz Nosinski
Mirosław Zbrojewicz

premiera: 10.02.2017


wtorek, 28 lutego 2017

APOKALIPSA BORCZUCH NOWY TEATR


APOKALIPSA, to nie brzmi dobrze, optymistycznie. I spektakl taki jest w istocie. Dotyczy konsumpcyjnej cywilizacji władzy bogatego i sytego, która sobie nie radzi ze współczesnymi problemami społecznymi i politycznymi/uchodźcy, pomoc humanitarna, głód, wojny, terroryzm, granice ingerencji politycznej, odpowiedzialności jednostki i zbiorowości/. Wydaje się być w potrzasku deklarowanych wartości i psychicznego i fizycznego wstrętu do tych zjawisk i problemów, którym musi stawić czoło. Jakby znalazła się w schizofrenicznym klinczu. Chciałaby pomóc, twierdzi, że musi a panicznie boi się, wzdraga. Na zewnątrz otwarcie zaprasza, po cichu nienawidzi i gardzi. Potrzebuje nowej krwi, siły roboczej ale paraliżuje ją niemoc estetycznej akceptacji. W efekcie ulega słabości, hipokryzji i obłudzie, swojej już zdegenerowanej naturze kolonizatora, który nie musi dziś podbijać lądów, narodów, bo same do niego przychodzą gotowe na wszytko. Poddaje się realnemu sprawdzianowi, ile jest warta.

Spektakl poprzez znajomość i przywoływanie przeszłości opowiada o teraźniejszości, wykorzystuje dokument i fabułę, zderza intelekt i emocje, łączy trzy doskonale rozpoznawalne medialnie osobowości: dziennikarki politycznej, feministki Orianę Fallaci, dramatopisarza, reżysera, poety Piera Paolo Pasoliniego, fotografa, który otrzymał nagrodę Pulitzera, Kevina Cartera. W surowej, symbolicznej otwartej przestrzeni scenograficznej rozgrywa się dramat niedojrzałości świadomości nadchodzących zmian wynikających ze zderzenia skrajnie różnych cywilizacji/ kultur, religii , mentalności, itd./. Zagrożenia, nieprzystosowanie, konflikty rysują się wyraźnie na horyzoncie niedługiego okresu czasu. Smutne jest to, że nie widać szansy na ich rozwiązanie, bo jak fakty na to wskazują, sytuacja jest rozwojowa i ciągle zaskakuje. Cywilizacja zachodu wydaje się być bezsilna, nieskuteczna, mimo zaplecza intelektualnego, doświadczenia historycznego, posiadanego kapitału. Mimo nadal sprawowanej władzy politycznej. Mówiąc najprościej, bogaty może i  deklaruje, że chce pomóc ale nie wie, lub udaje, że nie wie jak to zrobić. Po obu stronach rośnie frustracja i lęk. Wypierana agresja, pogarda dla obcego, biednego, innego  kumuluje się wraz z doświadczeniem jego obecności, zderza się z uświadamianą bezsilnością wobec sytuacji, problemów, zjawisk, ludzi.

To, co ciekawe jest w tym spektaklu to pokazanie konfrontacji deklaracji ludzi kulturalnych, wykształconych, religijnych, ludzi znanych, ludzi czynu z ich wewnętrznym, psychicznym paraliżem woli i nieskutecznością działania. Izolowanie się, asekuracja, niezrozumienie, całkowity brak wyczucia jak się zachować, co robić w sytuacjach konkretnych, bezpośrednich, np.w kontaktach z uchodźcami, z tymi, których należy ratować /głodne, umierające, chore dzieci/, hamuje wszelki postęp w rozwiązywaniu problemów z potrzebującymi wsparcia, pomocy, ochrony. Ten rozziew jest przerażający. Wyklucza nawiązanie  kontaktu, wypracowanie relacji, osiągnięcie porozumienia pomiędzy potrzebującym pomocy a tym, który winien pomóc. Najłatwiejsza jednak jest bierność, odrzucenie, pozbycie się kłopotu, który żąda reakcji. Świadomość, że należy zareagować i jednoczesny opór wewnętrzny, estetyczny, logiczny powoduje, że nic się nie robi. Carter nie pomógł dziewczynce osaczonej przez sępa czekającego na jej śmierć, Pasolini nie widział  różnicy między sobą a bezdomnym, nie wyczuwał tego dysonansu, gdy pytany jest przez niego o to, ile ma pokoi jego mieszkanie, czy samochód jest jego własnością, gdy wiadomo, że bezdomny kompletnie nic nie posiada. Mimo wiedzy, deklaracji ideowych nie widzi przepaści materialnej, mentalnej pomiędzy sobą a  bezdomnym.  Choć nie ma zahamowań i zakłada jego ubranie, jak Franciszek Orłowski w swoim projekcie "Pocałunek miłości"*. Jednak Pasoliniego relacja z bezdomnym ma podtekst wymiany usług seksualnych, nie jest więc bezinteresowna a fałszywa. Mówi; "daj mi to, czego potrzebuję, czego żądam na moich warunkach a ci pomogę, uczynię swoim bratem".

Postawa świata zachodu w stosunku do potrzebujących jest zakłamana. Ruchy pozorowanej reakcji, asekuracja, niechęć są maskowane ale nie sposób je całkowicie wyrugować, ukryć, zakamuflować, zakłamać.   Pozostaje wiedza, świadomość, od której nie można uciec, że się zawiodło, że system wartości, procedury nie przybliżają nas do poradzenia sobie z sytuacją, która zaskakuje, przerasta, bo przełamywanie barier, akceptacja obcych, innych nie jest do końca możliwa. Intelektualne kompetencje, wyrafinowanie estetyczne, odmienna mentalność i potrzeby, instynktowny lęk o przetrwanie budują w efekcie dystans. Emocjonalny chłód, odrzucenie wznosi barierę pogardy pomiędzy tymi, co wszystko mają i tymi, którzy nie mają nic. Nadal uchodźcy, inni, obcy są wypychani z przestrzeni życia publicznego, nie dochodzi do asymilacji a wykluczenia, usuwania ich jak zbędnego balastu, wyrzutu sumienia, potencjalnego zagrożenia, dowodu na nieradzenie sobie z problemami, ze sobą jako systemem, indywidualną jednostką.

Najtrafniej, najdosadniej demaskuje to postawa, reakcja, zachowanie dziewczyny, która nie potrafi zagrać w filmie osoby, która ma zareagować zaskoczeniem, przerażeniem, strachem na obecność bezdomnego na ulicy lecz nie radzi sobie z narzuconą rolą  przez reżyseria. Bo szczegółowego scenariusza zachowań, reakcji  tu nie ma. A improwizacja się nie sprawdza, nie działa, generuje niepowodzenie. Fiasko. Ale już na końcu spektaklu pokazuje surowe, bezwzględne, prawdziwe oblicze gdy w realu spotyka, głodnego, zmarzniętego w zaspie śnieżnej bezdomnego. Nie ma skrupułów, litości,  jest cynicznie konsekwentna w argumentacji dlaczego pomoc dla niego jest bezsensowna, nie przyniesie efektu, zmiany jego położenia.

Kevina Cartera podobna dezorientacja, nieumiejętność radzenia sobie z emocjami, zdystansowania się do własnej bezsilności i ataku medialnym świata za nieudzielenie pomocy dziecku, doprowadza ponosi klęskę w usiłowaniu pokazywania prawdy, w walce z niemożnością uratowania wszystkich potrzebujących wsparcia. Gdy udaje się mu zrobić zdjęcie wyniszczonej głodem małej dziewczynki, wokół której krąży gotowy do ataku sęp w rozdygotanym gorącem powietrzem Sudanu otrzymuje za nie nagrodę Pulitzera. To zdjęcie wzrusza, emocjonalnie wzburza ludzi ale tak naprawdę niczego w nich nie zmienia, nie doprowadza do przełomu. Fatum się dokonało. Nikt dziecku nie pomógł, Carter sparaliżowany bólem, bezsilnością, wyrzutami sumienia, pogrążając się w depresji, uzależnieniu, biedzie, popełnia samobójstwo. Stara się pomóc córce, ale zawodzi jako ojciec, kochanek, artysta fotografik, jako człowiek. Wykluczony, krytykowany, umiera w ubóstwie, jak ci, którym nie był w stanie pomóc.

Wywiad, relacja, spowiedź, scena filmowa, teatralne aranżacje obnażające relacje międzyludzkie, ilustrujące mentalność europejczyka intelektualisty, estety i obcego, innego, wykluczonego-ta różnorodna, bogata forma wypowiedzi pokazuje jak trudno uchwycić istotę braku zrozumienia sytuacji głodnego przez sytego, biednego przez bogatego, niewykształconego przez świadomego. Nieumiejętność lub brak możliwości udzielenia pomocy, mimo ogromnego potencjału medialnego nagłaśniania, oddziaływania,  dysponowania środkami pieniężnymi, które nie załatwią wszystkich kłopotów, wyzwala dodatkową frustrację i stres. Świat zachodu jest w klinczu bezsilności wobec wyzwań rzeczywistości. Ma potencjał sprawczy ale nie wie jak go użyć, wykorzystać, by rozwiązać problemy znane od zawsze. Fakt, teraz są eskalowane, zaognione, w fazie kulminacji. Pole podboju przenosi się na jego terytorium. Nie ma gdzie uciec. Nie wie jak się bronić, by zachować swoją tożsamość.  Dławi się swoim samozadowoleniem, potrzebą zachowania własnego status quo, zabezpieczenia świętego spokoju przy jednoczesnym braku poczucia bezpieczeństwa, rosnącym lęku przed nieznanym a przeczuwanym, wyobrażonym zagrożeniem.

Spektakl zaczyna się od wywiadu z Pierem Paolo Pasolinim/Krzysztof Zarzecki/, który określa jego polityczne, idealistyczne poglądy jako intelektualisty, erudyty, odważnego, bezkompromisowego artysty. Pokazuje, co sobą reprezentuje ale w tragicznym wymiarze. Bo filozofuje i choc tworzy, wie, że niczego nie zmieni. Pasolini ma destrukcyjną, depresyjną osobowość. Nadwrażliwą subtelność. Wiedza, kultura, idee, pieniądze, sukcesy nie pomogły mu przetrwać  w świecie, który chciał zmieniać na lepsze, starając się  nie dopuścić do powtórki z nacjonalizmu, faszyzmu, totalitaryzmu. Poniósł klęskę. Sam wykluczany ze względu na swoją orientację seksualną czuł się obco. Był samotny. Nieszczęśliwy, osaczony, zdesperowany prowokował sztuką, szukał śmierci, brutalnej, agresywnej, męczeńskiej. Jego wysiłki nie poszły na marne- zostaje zamordowany, ciało okaleczone, zbrukane, opuszczone na plaży- jak ciała uchodźców, wykluczonych, wygnanych ze swych ojczyzn.

Trzej główni bohaterowie, robią wszystko, co w ich mocy, by uchronić świat od apokalipsy. Fallaci antycypuje uległość europejczyków wobec napływających barbarzyńców z południa,  Paolo filozofuje, buduje utopie, pragnąc uczynić ludźmi sobie równymi, Carter robi zdjęcie, które wstrząsa ale ostatecznie nie zmienia porządku, oblicza świata. Walczą w obszarze sztuki, mediów, polityki. Mają talent, temperament, szczęście, zdobywają więcej niż inni. Chcą i mogą poprzez sławę, wpływy, sztukę, informację więcej zdziałać, osiągnąć. Ale są reprezentantami już zdegenerowanej, słabej, nieskutecznej, umierającej cywilizacji. Co to wie wszystko ale niczego nie zmienia.Są samotni, znają reguły gry, wiedzą jak bardzo potrzebna i ważna jest świadomość własnej tożsamości. Nie brakuje im uporu, ciężko pracują na swój sukces, rozpoznawalność, szacunek a jednak skazani są porażkę, na śmierć. Umierają w jakiś znacząco niegodny sposób, pokonani przez własną mentalność, ideę fix, zwyrodnienie. Brak możliwości, sił do walki powoduje, że każde  z nich jest świadome swego niepowodzenia. Fallaci nie udało się przekonać nieprzekonanych, choć rozmawiała z najmożniejszymi, najpotężniejszymi ludźmi posiadającymi sławę i władzę, Pasolini nie znajduje zrozumienia dla swojego programu naprawy świata, jeden totalitaryzm zastępuje kolejnym, Carter nie jest w stanie panować nad interpretacją i skutkami oddziaływania swojego dzieła. Tak bardzo się pogubił, zawiódł, uzależnił. Wojna samozniszczenia jest w każdym z nas. Apokalipsa ma źródło w nas. Już trwa. Potężnieje. Napiera. Jak zabójcza MELANCHOLIA Larsa von Triera na ziemię

Michał Borczuch sprawnie reżyseruje to, co Paweł Śpiewak inteligentnie napisał. Aktorzy doskonale wypełniają swoje role. Grają z pasją, zacięciem, zrozumieniem. Halina Rasiakówna to pewna siebie, drapieżna, zaczepna, chimeryczna glamour Fallaci. Michał Zarzecki z powodzeniem wchodzi w rolę nadwrażliwego idealisty, artysty, tragicznego, mrocznego homoseksualisty Paolo. Jacek Poniedziałek wiarygodnie wcielił się w rolę tragicznego artysty fotografika, którego sukces przerósł, pokonał, bo nie potrafił sobie poradzić z atakującymi go mediami, napastliwą krytyką, brakiem pieniędzy, środków, możliwości. Mając do dyspozycji wszelkie zdobycze cywilizacyjne, bohaterowie, wybrani z wybranych, nie radzą sobie. Są pogrążonego w kryzysie systemu zubożałymi, świadomymi siebie i świata, dziećmi. Stary, zabytkowy dom rodzinny Fallaci, jak cała Europa rozpada się, marnieje i nic nie można już naprawić. Pasolini też nie jest bogaty. Carter to biedak, nie ma za co żyć. Co ich różni od tych, którzy do nich przybywają prosząc o zaproszenie, ratunek? Paolo, zrównany w końcu w swej tragicznej, wyreżyserowanej śmierci z bezdomnym,  usuwany jest z nim z plaży w ten sam sposób - jak zbędne śmieci. Carter dezawuowany, nadal jest bohaterem wyklętym.  Fallaci umiera na raka płuc a obecność obcego, którego przyjęła do swego domu, opiekuje się nim i go karmi, przynosi jej  w końcu spokój, jest ostatnią radością, pocieszeniem przed śmiercią. Każde z nich nie może, nie potrafi sobie samemu pomóc, nic dziwnego, że bezradni są, gdy trzeba udzielić pomocy innym, bardziej potrzebującym, by tym samym uratować świat, który ich stworzył na swój obraz i podobieństwo. Nic dziwnego, że jeśli jesteśmy im podobni, to czeka nas APOKALIPSA. Cywilizacja wykluczenia i śmierci wygrywa na razie z cywilizacją deklarowanej miłości do bliźniego.


APOKALIPSA
Spektakl oparty jest na dwóch ostatnich książkach O.Fallaci WYWIAD Z SAMĄ SOBĄ I APOKALIPSA  oraz niedokończonego projektu literackiego i filmowego TRYLOGIA ŚMIERCI P.P. Pasoliniego.
reżyseria:Michał Borczuch
scenariusz:Tomasz Śpiewak
scenografia:Dorota Nawrot
muzyka:Bartosz Dziadosz "Pleq"
asystent reżysera:Radosław Mirski, Jędrzej Piaskowski
reżyseria światła:Katarzyna Łuszczyk

obsada: - Bartosz Gelner- Marek Kalita- Sebastian Łach- Marta Ojrzyńska- Piotr Polak- Jacek Poniedziałek- Halina Rasiakówna- Krzysztof Zarzecki


premiera:29.09. 2014

zdjęcie: Marta Hueckel

*http://natemat.pl/118789,franciszek-orlowski-jeden-z-najciekawszych-artystow-mlodego-pokolenia

GARDEROBIANY TEATR NARODOWY



GARDEROBIANY Ronalda Harwooda  odkrywa to, co zazwyczaj jest niewidoczne w teatrze, pokazuje wysiłek "uruchamiania" całego potencjału twórczego, motywacyjnego artysty, by przygotować go do występu na scenie, nawet wtedy, gdy wydaje się to niemożliwe. Ujawnia blaski i cienie zawodu aktora, mówi o kondycji artysty w otulinie otoczenia, które w znacznej mierze wpływa na sukces lub porażkę. Porusza w nim wszystko wszelkimi sposobami, by doprowadzić go do pełnej formy. Wyzwala w nim, budzi, uaktywnia to wszystko, co umożliwia  mu grę. Ale, co ważne, z perspektywy schyłku życia. W momencie odchodzenia, żegnania się ze światem. Gdy motywacją występu na scenie jest tylko poczucie odpowiedzialności wobec teatru, środowiska/innych aktorów/, widzów. Bo wszystkie bilety są sprzedane. Gdy jedynym powodem do występu jest poczucie obowiązku wobec sztuki.  Obserwujemy nie mozół twórczy ale walkę z osłabionym do cna ciałem i duchem, ze starością, która bierze wszystko /depresja, brak sił, lęk, choroba, brak koncentracji, zaburzenia pamięci i wiary w sens aktorstwa, sztuki/. Garderobiany operuje tą siłą, energią, determinacją, wiedzą i doświadczeniem, miłością do sztuki, która potrafi przywrócić aktorowi chęć do życia, która wyrwie go z objęć śmierci, zawróci ze ścieżki wycofania i rozbudzając stare nawyki, przyzwyczajenia, ambicje, zmusi do kolejnego występu na scenie, by mógł zagrać KRÓLA LEARA. Temu granicznemu rozczarowaniu życiem, sztuką, sobą, tej obezwładniającej bezsilności wobec postępującej starości przeciwstawiona jest wiara, że cuda się zdarzają.  Garderobiany używa całego arsenału sztuczek, trików, sposobów, argumentów, improwizuje, by wykonać swoją pracę, ale też chce udowodnić, że niemożliwe jest możliwe. Jak dobrze musi znać aktora, by wiedzieć, co ma szansę przywrócić go życiu, sztuce, scenie. Jest jak najwierniejszy widz, przyjaciel, ba, aktora alter ego, który zrobiłby wszystko, aby tylko raz jeszcze zobaczyć genialną kreację aktora. Tak naprawdę obaj są artystami w swoich zawodach. Doświadczeni, utalentowani, znający siebie na wylot. W kryzysie starości. W stanie wyczerpania, wypalenia. Gdy wszelkie sensy uzasadniające istnienie, granie w teatrze już się wyczerpały, zużyły, skompromitowały, nie działają.

Sztuka jest genialnie napisana, natchniona Szekspirowskim duchem. Osadzona w czasach II wojny światowej pokazuje to, co zazwyczaj jest ukryte; tę wojnę sztuki ze śmiercią, iluzji z realem, konieczności z ograniczeniem, jaka się toczy w garderobie, na zapleczu sceny. Świat wokół pogrążony jest w kryzysie, rozpadzie, w procesie umierania, aktor również, a jednak za sprawą garderobianego, jego talent w połączeniu z doświadczeniem rutyny rozkwita, jest w apogeum swoich możliwości twórczych. Jakby sztuka świat cały mogła uratować. Stary świat umiera, stary aktor umiera, ona musi przetrwać. I przetrwa. Bo wokół starej gwardii, odchodzących artystów, krążą jak sępy młodzi, głodni kariery, spragnieni sławy aktorzy. Nowa generacja, mająca całkowicie wymienić starą.

Garderobiany, dziś mógłby nim być reżyser, to symbol tego w teatrze, co jest siłą motywującą, inspirującą, mobilizująca artystę do kreacji, do spełnienia jego roli, po prostu do wykonania pracy. Sięgającą do źródła w nim samym. Jest katalizatorem wyzwalającym siłę do pokonania wszelkich trudności, jakie by nie były, by osiągnąć cel. Aktor ma grać. Garderobiany ma mu w tym pomóc, musi go do przedstawienia przygotować.

Aktor zna rolę króla Leara na wylot, ma zagrać ją po raz ponad dwusetny, poza tym dojrzał do niej pod każdym względem /wiek, doświadczenie, mądrość życiowa, itd./. Nawet jeśli zapomina kwestię, nie stanowi to większego problemu. Przede wszystkim potrafi wprowadzić widza w głębię dramatu króla, uwiarygodnić LEARA, co następuje  z przeniesienia własnego doświadczenia starości na graną postać. Poza tym wielkim aktorem nadal jest. Wystarczy tylko obudzić w nim lwa, rozdrażnić, przywrócić mu pamięć jego powinności wobec sceny, widowni i całego zespołu, z którym pracuje.

Bo to jest sztuka o umieraniu, odchodzeniu z tego świata tego co przejściowe, zużyte, ziemskie. Duch zaklęty w sztuce, która przecież ma moc ożywiania, wskrzeszania, kreacji, czyli pierwiastek boski, ma żyć wiecznie. Aktor w swym ostatnim występie, u szczytu predyspozycji aktorskich, wciela tę funkcję sztuki w czyn. Będąc już prawie bez sił, za sprawą roli, tego, co go motywuje, niejako wskrzesza w godzinie śmierci, wypełnia zadanie. Jakby wszystkie elementy budujące rolę były w swym zenicie, połączyły się, by stworzyć idealną kreację. Garderobiany ma jedynie nie pozwolić aktorowi na dezercję w śmierć, która ma już go w swoim władaniu. Ma przywrócić go do formy. Boska to rola. Decydująca. Cud jest więc podwójny albo ma dwoistą naturę. Podwójne kreacje tego co widzialne i niewidzialne. Jedna bez drugiej by nie zaistniała.

Ronald Harwood  oddaje  hołd Szekspirowi, cześć aktorom i przede wszystkim tym wszystkim, którzy nieobecni na scenie podczas spektaklu, w decydujący sposób wpływają na to, że w ogóle może na niej kreacja aktorska, sztuka teatru zaistnieć. Ci wszyscy, którzy przyczyniają się do tego, by przedstawienie zostało zagrane. A pozostają w cieniu, jakby w ukryciu, niby mało ważni, prawie niewidzialni. Nawet na premierze nie wychodzą na scenę. Jak bardzo są istotni, jak bardzo niedocenieni, pomijani, przezroczyści podkreśla ostatnia scena spektaklu, gdy Garderobiany Janusza Gajosa szuka swego nazwiska w dedykacji do spisanych wspomnień aktora. Jest to najpiękniejsza scena spektaklu. Mieszcząca w swej wymowie tyle rozczarowanej miłości i oddania, zignorowanego poświęcenia, trudu, pominiętego zadośćuczynienia wszystkim  wysiłków, upokorzeń w jednym słowie "dziękuję".  Jakby aktor i jego oddany garderobiany stanowili nierozerwalną jedność. Bo w takim tylko wypadku Sir nie mógłby dziękować sam sobie za wierną służbę.  Byłaby to największa pochwała, ostateczne wyniesienie Normana do równego sobie poziomu artysty. Janusz Gajos wybrał interpretację bolesnego zdziwienia zmieszanego z ostatecznym rozczarowaniem, pogardą wobec niesprawiedliwości, z jaką został potraktowany przez kogoś uważanego przez siebie za bratnią duszę, przewodnika, mentora, osobę szanowaną, godną jego poświęcenia. Wraz ze śmiercią Sira, umarł w Normanie cel życia.

Jan Englert prowadzi swoja rolę jakby na wygaszaniu wszelkich życiowych i duchowych funkcji artysty jako człowieka. Jego bohater gaśnie na naszych oczach, boleśnie, po kres. Czujemy jak słabnie fizycznie wyczerpany organizm, poddaje się duch, który trzyma Sira przy życiu tylko po to, by zdążył się pożegnać. Aktor wrócił ze szpitala do teatru, by uporządkować wszystkie sprawy osobiste i zawodowe. Umiera w fotelu, wyczerpany do cna, osaczony nawałem zbyt ciężkich już dla niego obowiązków, powinności, zobowiązań. W tym sensie jest człowiekiem naszych czasów; nieustannie zajętym,uwikłanym jednocześnie w sprawy zawodowe, osobiste, swoje i wszystkich, z którymi jest związany sztuką. Bo ona jest tu  panem życia i śmierci. Ona decyduje o porządku świata teatralnego i jego uczestników. Jej jest wszystko podporządkowane, nią uzasadnione, zdeterminowane. Jan Englert gra subtelną nutą, czułą, powściągliwą. Wzbudzającą wzruszenie, empatię do pracoholika, którego człowieczeństwo definiuje się poprzez sztukę. Ale nienachalnie, nie brutalnie ale metodycznie, spokojnie, konsekwentnie. Wiemy, że on wie, jest świadomy swojej sytuacji. Przyjmuje swój los z godnością osoby, która bez żalu akceptuje oczywisty, naturalny stan rzeczy. Bez zbędnych emocji, szarpania się, uniesień. Bez walki. Jeszcze tylko chce zadbać o wszystkich aktorów na przyszłość, tak by ich kariery potoczyły się po ich myśli. Jest zmęczony, znudzony, wyczerpany. Wydaje się, że pragnie śmierci, chce się uwolnić od swego ziemskiego życia, które go rozczarowało, wyczerpało, wykorzystało.

Zwłaszcza, że całe otoczenie to ruina,  roztrzaskany, zniekształcony, zdeformowany  obraz w rozbitych lustrach. Scenografia i w tej samej lumpeksowej stylistyce zużyty, brzydki, bieda kostium działają tak depresyjnie, przytłaczająco mocno jakby to był kolejny główny bohater dramatu. Na początku w szarych  katakumbach schronu, czy bunkra aktorzy miotają się z miejsca na miejsce. Później akcja toczy się w zniszczonej, starej, ohydnej garderobie, malutkiej przestrzeni jakby cudem ocalałej po bombardowaniu, czy po jakimś kataklizmie.  Sposób w jaki poruszają się aktorzy wydaje się alogiczny, niepotrzebnie udziwniony. Komplikujący bez sensu akcję, bo rozbija ją, rozśrodkowuje, narzuca napięcie zagubienia, dezorientacji, niepewności. Przytłaczający jest to widok, dominujący, bolesny. Jeszcze jeden byt sceniczny znamionujący o pewnym końcu, upadku, klęsce. Jakby umierał stary świat, a za chwilę miał narodzić się nowy. Zgrzytem jest muzyka, nieadekwatna, irytująca, obca. Fałszywy ton a może obcy element rzeczywistości z zewnątrz ingerującej w iluzję, ulotność świata teatru.

To jest spektakl dwóch gigantów teatru. Jednak nie popis czy manifestacja doświadczenia i talentu a powściągliwa, wyciszona, skupiona gra. Normalność nieutrefniona, bez pomady scenicznej maski, zbędnego ozdobnika, fałszu. Zwykła, powszednia, męcząca. Pozostali aktorzy budują niezbędne tło, uzupełniają, są zminimalizowanym kontekstem. Wyrazisty, mocny Goeffrey Thornton Jacka Mikołajczaka, raczej łagodna, pogodzona z losem niż zmęczona, ostro zbuntowana Lady Beaty Ścibakówny, pełna wdzięku, uroku ambitna Irene Michaliny Łabacz, głodny sukcesu Oxenby Karola Pochecia, podobnie jak garderobiany całkowicie oddana mistrzowi, podporządkowana, godząca się ze swoją rolą, przeznaczeniem Madge Edyty Olszówki.

I tylko jakby reżysera w tym wszystkim nie było. Gdzieś przepadł tajemniczo w meandrach interpretacyjnych dwóch silnych osobowości aktorskich. Chyba, że to jest jego pomysł, by ta sztuka była głównie świadomym, metodycznym aktem porządkowania i żegnania się artysty z teatrem, człowieka ze światem, który zawodzi, rozczarowuje i prowadzi do klęski. Przy okazji opowiada o odchodzeniu wypalonego, nie mającego już nic więcej do powiedzenia widzom aktora pogodzonego z losem i śmiercią człowieka takiego jak my wszyscy. Tak, by każdy z nas w sztuce szukał cudu, który przybliży do  uchylenia rąbka tajemnicy po co to wszystko. W jakim celu. Jaki ma sens. Smutne jest to, że interpretacja nie pozostawia złudzeń co do daremności znalezienia choćby jednej, pewnej odpowiedzi. Nagrodą jest być może sam trud dociekania, szukania sposobu radzenia sobie, podtrzymywania wysiłku w nieustannej próbie wcielania marzenia w realne życie. Wiary człowieka, że sztuka sama w sobie wyniesie go ponad wszelkie ograniczenia, choć na chwilę go uszczęśliwi, da złudzenie spełnienia, mocnego przeżycia.

GARDEROBIANY w tym spektaklu to metafora lekceważonej, niedocenianej a decydującej o sukcesie tej w nas siły, miłości, wiary fatalnej, nieustępliwej, wspomagającej, motywującej do działania, do życia. Pilnująca, by nadzieja umarła ostatnia. Wierna, oddana, obecna do końca.


GARDEROBIANY RONALD HARWOOD 

reżyseria: Adam Sajnuk
scenografia: Katarzyna Adamczyk
muzyka: Michał Lamża
realizatorzy światła: Bartosz Bil, Adam Jakubowski, Dariusz Wieczorek
realizatorzy dźwięku: Marcin Kotwa, Maciej Rybicki

obsada: Michalina Łabacz, Janusz Gajos, Jacek Mikołajczak, Jan Englert, Karol Pocheć, Edyta Olszówka, Beata Ścibakówna

Premiera: 10/12/2016

piątek, 24 lutego 2017

KLĄTWA TEATR POWSZECHNY


Ciąży na nas, Polakach, KLĄTWA zahukanej zaściankowości, folwarcznej mentalności, małej, zalęknionej wiary- spuścizny historycznych uwarunkowań. Zapatrzeni w siebie, skupieni na sobie, dumni, pyszni, zakompleksiali, nie chcemy, by ktoś obcy, inny, przez nas wykluczany pluł nam w twarz. Jeśli nawet chce się z nami komunikować poprzez sztukę. Jak inaczej zrozumieć można to, co wokół spektaklu KLĄTWA, jego reżysera, Olivera Frljića i Teatru Powszechnego się dzieje?

Do teatru nie wchodzi się bezkarnie. Dotyczy to także każdego innego rewiru sztuki. Winna być różnorodna. Wolna. Może się wtrącać, by rozbijać skostniałe struktury, ograniczające stereotypy, nawyki, podważać błogostan świętego spokoju. Musi kwestionować poczucie bezpieczeństwa, zwracać uwagę na zapuszczające głęboko korzenie zło.  Przekraczać granice. Wściekła, obrazoburcza, dosłowna, jątrząca swą performatywną prowokacją jako sztuki teatru bluźniercza reakcja na ostrą realu akcję. Życie pisze scenariusze niezwykle okrutne, zabójczo złe, nie do zniesienia obsceniczne. Sztuka je tylko sublimuje, naśladuje, oswaja, przepracowuje, palimpsestem rejestruje. Gdy prawo i sprawiedliwość nie działa. Wolność jest ograniczana. A zasady narzucane są mocą silniejszego.

Państwo to ludzie, kościół to wierni, sztuka to artyści i jej odbiorcy. Indywidualni i zbiorowi. Nic, co ludzkie chyba nie jest nam obce. Wyobrażam sobie, że dorośliśmy już do dojrzałości. Dużo już o sobie wiemy, jeszcze więcej intuicyjnie czujemy. Brakuje jednak determinacji, siły woli, by dobro zwyciężało, prawda była jasna jak słońce a prawo moralne w nas jak niebo gwiaździste nad nami. Dlaczego trzeba nas uderzać w splot uczuć, szargać świętości nad świętościami, byśmy zaczynali działać? Dlaczego potrzeba nas obrazić, nami wstrząsnąć, byśmy zechcieli się określić, sprawdzić, ile jesteśmy warci, czy jesteśmy wierni swoim deklaracjom, zasadom, wartościom. Sztuka to sprawdza, takie jej zadanie, taki jej sens. Może to się nam nie podobać, możemy to odrzucić, zanegować, obnażyć jej bezczelne, bezkompromisowe nas tykanie ale wtedy też jesteśmy już w polu jej oddziaływania. Spełniła swoja rolę. Zadanie. Cokolwiek się potem wydarzy. Wynik jej oddziaływania zawsze będzie pouczający. Ważny. Wiele nam o nas, o kondycji człowieka, obywatela, wierzącego /lub nie/, o państwie, władzy powie.

Spektakl KLĄTWA na motywach sztuki Stanisława Wyspiańskiego w reżyserii Olivera Frljića jest już bytem pozateatralnym. Mówi słowami, postawą tych co go widzieli i nie widzieli. Demonstruje, manifestuje, protestuje. Fikcja teatralna miesza się z rzeczywistością, która ciągle jest bardziej kreatywna, rozwojowa, nieprzewidywalna. Mam wrażenie jakby rzeczywistość wdarła się na scenę i z powrotem wylała się na ulicę. Spektakl wzmaga tylko frustrację, lęk, bezsilność słabych, podporządkowanych, uległych. Dlatego tak histerycznie się mu przeciwstawiają. Im bardziej się boją, tym głośniej krzyczą. Dlaczego równie zdecydowanie nie występują publicznie, otwarcie przeciw pedofilii, opresji politycznej, religijnej, przeciw wszelkiemu złu?

Sztuka nie generuje realnego zła. Pokazuje je. Ujawnia. Prowokuje, by zostało zrozumiane, by można było przeciwstawić się mu i wyrugować. Szuka środków mocnej, adekwatnej, nawet kontrowersyjnej formy dla swej motywacji i intencji, uzasadnienia sensu. A w tej mierze spektakl jest skonstruowany profesjonalnie, perfekcyjnie, bezkompromisowo. Konsekwentny i śmiały, precyzyjny i hardy, spójny i ostry imponuje konstrukcją, sprawnością realizacyjną. Zarządza emocjami. Bezpruderyjny, odważny profanuje, bluźni, oskarża.  Dynamicznie zagrany robi ogromne wrażenie poziomem warsztatu aktorskiego. Bezbłędnie asekuruje się przed wszelkimi oskarżeniami, zarzutami, atakami. Reżyser, aktorzy, teatr sami siebie odkrywają, kompromitują, sprawdzają. Podejmują ogromne ryzyko artystyczne i zawodowe wykorzystując swój wizerunek, dotychczasowe osiągnięcia, karierę. Tu nie ma zabawy, gry. Choć jest śmiesznie. To jest walka, to jest konfrontacja, pytanie o to jaka jest prawda i co tak właściwie wyzwala. Spektakl manipuluje? Oczywiście! Przegina estetycznie? Ależ tak! Stawia nas pod ścianą pytań osobistych, intymnych, bezpośrednio, publicznie zadanych. Jest nieobiektywny? Ten reżyser a priori tak ma! Określa się ideologicznie jednoznacznie, nie chowa głowy w piasek. Podobnie jak teatr. Smutne jest to i przykre, że musi używać granicznie dopuszczalnych środków ekspresji, by wywołać zamierzony efekt. Ale to ma moc. Przekracza obrazoburczą masę krytyczną. Zarzutów jest wiele: obraza uczuć religijnych, symboli narodowych, pochwała aborcji, groźba karalna za mowę o zbiórce pieniędzy w celu zabójstwa Kaczyńskiego, bluźnierstwo, profanacja, obsena, wulgaryzmy. Lista nie ma końca.

A na początku spektaklu na scenie pustej, pogrążonej w ciemnościach majaczy wielki jasny krzyż. W samotności, spokoju, ciszy. Dominuje monumentalnie, czeka. Prowokuje. Jak wyrzut sumienia, poczucie winy, które pochłania każdą radość, nadzieję, miłość, światło. Może i wiarę, bo w ostatniej scenie ten symbol cierpienia i odkupienia człowieka zostaje zerżnięty przez kobietę. Symbolicznie unieważniony, pokonany. W odwecie. W akcie wyzwolenia spod jarzma patriarchatu, dyktatu instytucji kościoła, systemu prawnego państwa, który gwałci nadal wolność kobiety, stygmatyzuje ją, zniewala. Wykorzystuje podporządkowując sobie, uprzedmiotawia. Czyni z niej ofiarę.

Spektakl odnosi się do KLĄTWY Stanisława Wyspiańskiego opowiadającej o losie kobiety uwiedzionej przez księdza, która zostaje ukamienowana  przez lokalną społeczność, obarczając ją winą za suszę. To ona jest występna i grzeszna. Bezwzględnie, brutalnie ukarana. Rodzi dwoje dzieci, bękarty. Proboszcz odmawia chrztu. Ksiądz kochanek jest nietykalny. Bez skazy. Grzech nieczystości uchodzi mu płazem.  Ta opresja wobec kobiet trwa do dziś. Nie jest już tematem tabu. A jednak wymaga gestu radykalnego, mocnego, bulwersującego, by pokazać starą hierarchię, która się tylko dostosowała do nowych wspaniałych czasów. I ma się dobrze. Religia, która głosi pochwałę miłości cywilizacji przeciw śmierci nadal narzuca swoje reguły obok dekalogu. Krzywdzi człowieka prostego. Krzywdzi człowieka słabszego. Rozziew między jej deklaracją a realizacją budzi frustrację, histerię, prowokuje ostry gest sceniczny. Pokazuje hipokryzję, obłudę, sankcjonowanie posłuszeństwa, podporządkowania pod groźbą kary, wykluczenia. A prawda jest zawsze jedna: nieprosta, niejednoznaczna, trudna. Ciągle zafałszowywana, manipulowana udziwnia, krzywdzi, zniewala, zabija.

I gdy na scenę wkracza figura, pomnik przypominający Jana Pawła II ujawnia się kontekst współczesnego zniewolenia człowieka. Jego tragiczny wymiar. Nic dziwnego, że symbolem tego jest fellatio wykonane przez bohaterkę graną przez Julię Wyszyńską, która chcąc nie chcąc, na kolanach, weszła w narzuconą jej rolę. Obsceniczna, bulwersująca jest sytuacja, która ją do tego zmusiła. Demaskuje relację wiernego o niskiej samoświadomości, funkcjonującego w systemie posłuszeństwa, podporządkowania, rezygnacji z siebie i nietykalnego świętego w sposób jednoznaczny. Pokazuje wiarę bałwochwalczą, płytką, powierzchowną. To kobieta, wierny, jego człowieczeństwo jest tu bezczeszczone przez system, nie zimna, martwa figura papieża. Dlatego tak bolesne jest milczenie, obojętny, lekceważący stosunek kościoła wobec hipokryzji, obłudy, niemoralnego prowadzenia się księży, ich bezkarności czy stosunku do ofiar pedofilii. Stygmatyzacja figury Jana Pawła II napisem"Obrońca pedofilii" i powieszenie jej na prostym, grubym powrozie odczytać można jako symboliczne, sprawiedliwe wykonanie wyroku za popełniony grzech zaniechania. Nie wydaje się tu ważny przedmiot, nawet jeśli jest ważnym symbolem religijnym, obiektem kultu, ale ofiara, żywy człowiek doznający krzywdy od tego, który z woli boskiej i ludzkiej miał go chronić od wszelkiego zła. Pejoratywny charakter aranżowanych scen, złożona charakterystyka postaci scenicznych powoduje, że to co bluźniercze i kontrowersyjne, jest mocno, głęboko uzasadnione. przywraca porządek, ład, sprawiedliwość. Karze winnego. Nie budzi więc sprzeciwu, oburzenia, histerii a raczej smutek i żal wynikający z bezsilności wobec dokonanego, nieodwracalnego zła wyrządzonego pokrzywdzonemu. Teatr upomina się o stosowanie zasady, że wobec prawa każdy jest równy. Nie razi ostrość scen, bo jest intuicyjnie zrozumiała, intencjonalnie czysta,  przez to akceptowana przez widza, który jest po stronie niewinności, ofiary, słabszego, tego, który nie może się bronić. To, co widzimy pozornie nie zgadza się z tym, co czujemy, co chcemy, co powinniśmy czuć. Akt bluźnierczy, obsceniczny w swojej postaci jest aktem przywracania normalności. Jest brutalny, ale jeszcze bardziej brutalnym aktem jest molestowanie, gwałcenie dzieci. Pozwalanie oprawcy uniknięcia kary. Zmuszanie człowieka, by zmieścił się w z góry określonym szablonie, schemacie wbrew sobie, wyznawanym wartościom. Teatr przywraca właściwą miarę dla popełnionej przez system, instytucję na człowieku zbrodni. Pokazuje bezduszność, bezsilność gdy akceptuje niekwestionowane zło. Przechodzi nad nim do porządku dziennego. Wie o wszystkim ale nie reaguje, dlatego takim radykalny gestem jest konstrukcja karabinów z krzyży. Szybka, metodyczna, systemowa układanka, prawie zabawka, która bez zahamowań strzela w kierunku widzów. Uruchamiana przez bohaterów kościelnego, systemowego matriksu. Dlatego tak bulwersującym, mocnym gestem jest podtarcie tyłka aktora flagą państwa Watykanu, smarkanie w nią. Kościół profanuje dzieło boże, akt Jego stworzenia, dziecko. Teatr tylko jego symbol, przedmiot. I tak nie ma w tym sprawiedliwości, zadośćuczynienia.

Siłą, nie słabością jest ten radykalny, trudny do zniesienia sceniczny gest, konstrukcja postaci, sytuacji, poszczególnych scen, która składa się ze sprzecznych, przeciwstawnych sobie elementów. Pozytywu i negatywu. Dobra i zła. Konieczności i potrzeby. Grzesznego, występnego, fizjologicznego ciała i pragnącej miłości, bliskości, czułości duszy.  Symbol religijny to obiekt nietykalnego, świętego kultu, uwielbienia,wiary ale też wizualizacja słabości ludzkiej, grzechu. Daje wiele nadziei, pociechy wszystkim wierzącym ale również niesprawiedliwie, bezdusznie, nieludzko krzywdzi zbyt wielu. Zakaz aborcji z mocy prawa ludzkiego i boskiego ma chronić życie poczęte, nie chroni życia kobiety. Niszczy je, uprzedmiotawia, instrumentalnie wykorzystuje/postaci: Wyszyńskiej, Bielawki, Adamczyk/. Gdy tymczasem mężczyźni są narodem wybranym, wyniesionym, chronionym. Żyją w rzeczywistości ziemi obiecanej, stworzonej prawnie, systemowo, instytucjonalnie pod ich fantazje, marzenia, oczekiwania i potrzeby. Dla ich interesu. Bez odpowiedzialności, bez winy i kary. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego.

Twórcy spektaklu dobrze wiedzą na jakim diapazonie wrażliwości, drażliwości, czułości grają. Nic dziwnego, że się asekurują samooskarżeniem, samoośmieszeniem, zastrzeżeniem prawnych paragrafów. Nie oszczędzają swoich wizerunków ale chyba nie było innego wyjścia. Wywyższają się poprzez odkrycie, poniżenie, karykaturę, kompromitację. Odpierają zarzuty adwersarzy ex ante. To klasa mistrzowska. Stawka jest wysoka, bo można nisko upaść, przebijając jeszcze dno małej, bezpiecznej stabilizacji. Ale to już jest boksowanie się ideologii przeciw ideologii, instytucji przeciw instytucji. Racji przeciw racji. Dobra przeciw złu.

Przy okazji, co było do przewidzenia, spektakl  wyzwala dużo negatywnych emocji. Stygmatyzuje, polaryzuje, dezorientuje. Dotyka ludzi wierzących, nie potrafiących się samodzielnie bronić, którymi łatwo manipulować. Ale i sprawdza tych silnych, niezawisłych, z betonowych opcji. Sztuka, między innymi ta, jest sprawdzianem dojrzałości. Pokazuje, co mamy w sercu, w głowie. W mowie i uczynku. Lub zaniechaniu. Brutalnie demaskuje kondycję Polaka, samoświadomość obywatela, wiarę, nadzieję i miłość katolika/ateisty/każdego. Udowodnić zawsze można swoja postawą, czy miłość bliźniego swego nie jest pustym komunałem. Zasłoną pejoratywną. A miłosierdzie tylko Bogu, sile wyższej przypisanym prawem.

KLĄTWA działa. Nie przewiduję, by się coś w tym względzie zmieniło. Ale nie lękajmy się. Prawo wyznacza granice. Prawo obowiązujące ustawowo i prawo moralne w nas. Spektakl pełnia swoją rolę, bo uaktywnia, daje do myślenia, nie pozwala na obojętność. Testuje siebie i nas. Naszą wiarę w teatr, w Boga, w ludzi, siebie samych. Zmusza do zastanowienia, przewartościowań, do szukania argumentów. Prowokuje do działania, określenia, co jest a co nie jest sztuką. Jakie są jej cele, zadania. Jaki ma sens, jej działanie.  Zadaje pytanie o granice sztuki/czy są, czy być muszą/, czy wszelkie świętości mają być poza sztuki, krytyki, oceny zasięgiem. Każe zdefiniować piękno, dobro, prawdę. Pyta, czy artysta może więcej niż inni. Pyta, czy kościół, polityk, zwykły człowiek może stać poza prawem.

Oliver Frljić dał się już poznać jako reżyser, jego spektakle w Polsce były pokazywane. Wiadomo do czego jest zdolny, jakie środki artystyczne wykorzystuje, jaką estetykę wybrał, uznając, że jest skuteczna, właściwa, adekwatna dla jego ekspresji, temperamentu, przekazu. Można się z nią zgodzić lub nie. Zaakceptować lub odrzucić. Obowiązuje wolny wybór, wolna wola. Rzecz gustu, oczekiwań od sztuki czym ma dla nas być, jaką rolę ma pełnić. Frljić stosuje prowokację  a ta przypisana jest performensowi. KLĄTWA w jego reżyserii  jest pretekstem odpalającym  najpierw emocje, dopiero później myślenie. Bo nie przedstawia reżyser całego dramatu a sięga tylko po zaistniałe w nim kontrowersyjne, niemoralne zdarzenia i rozwija je we współczesnych odniesieniach. Przywołuje konkretne przykłady, zarzuty, oskarżenia. W zasadzie o wszystkich tych nagannych zjawiskach dziejących się wokół Kościoła katolickiego wiemy: nieformalnych związkach księży z kobietami, nieślubnych dzieciach księży, homoseksualizmie, sprzeciwie przeciw aborcji,itd. Wściekła, agresywna, profanująca świętości prowokacja sztuki wymierzona jest w problem akceptacji zła, bezkarności winy. Pogardy wobec tych, nad którymi sprawuje się instytucjonalny, umoralniający rząd dusz poprzez panowanie nad ich ciałem, życiem. Bo z mocy swojej roli, pozycji, statusu wydaje się Kościołowi katolickiemu, że nie tylko więcej co raczej wszystko mu wolno.

Problem polega na tym, że spektakl atakuje tylko kościół katolicki i jego wyznawców, odnosi się do polskiego systemu politycznego, konkretnych osób i zdarzeń. Nie tyka innych religii, systemów, instytucji. Może się wydać naiwny, płytki, powierzchowny. Prosty. Łopatologiczny. Obliczony na wstrząs. Skandal. Polityczną rozróbę. Stosuje jednoznaczny, wyrazisty język sceniczny, buduje skończone charakterystyki postaci o konkretnym profilu, które się przed nami nie tylko obnażają mentalnie, ale też są dla siebie najsurowszym krytykiem szydercą. Miesza to, co prywatne, intymne, osobiste, z tym, co jest zawodowym, publicznym wizerunkiem artysty włączając w to postać sceniczną. Aktorzy dokonują samooceny. Spowiadają się, snują domysły, przypuszczenia, jak ten spektakl wpłynie na ich dalsze życie, karierę. Chcą, by  i widzowie się zwierzali. Przepytują ich z dokonanych aborcji, zaczepiają, zmuszają do reakcji. Oceniają surowo reżysera, zarzucając mu hipokryzję, gwiazdorzenie, chęć zarobienia pieniędzy, zrobienia kariery. Zamazuje nam to obraz, nie wiadomo do końca, co jest prawdą a co fikcją ale jest ciekawym zabiegiem. Odbiera argumenty, możliwość krytyki. Powoduje, że lubimy te postaci sceniczne,  stają się nam bliższe, bo więcej o nich wiemy. Opowiadają nam o molestowaniu w dzieciństwie, o aktach wywierania presji, podtekstach seksualnych zachowań księży. Pokazują, że wiara jest bronią wymierzoną przeciwko ludziom. nie tylko ratuje ale i może zabić. Używają krzyży do zachowań seksualnych, wykonują ruchy frykcyjne w czasie skandowania słowa POLSKA, które wybrzmiewa niewyraźnie, bełkotliwie, nierówno. Bo tak naprawdę świadomość obywatelska jest w powijakach, a naród to nadal zbiór indywidualnych głosów niezsynchronizowanych ze sobą w jednej idei, sprawie, programie.  Ubrani w czarne sutanny kobiety i mężczyźni, całują się, pieszczą  delikatnie, czule. To budzi najpierw sprzeciw, odruchowe zdziwienie ale za chwilę empatię. Przypominają aktorzy w innej scenie historie molestowania, gwałtu, niemoralnych zachowań i propozycji księży, których ich bohaterowie doświadczyli w dzieciństwie. Nie zaskakują nawet bardzo, nie bulwersują, wydają się znane, już gdzieś zasłyszane. Wszyscy wszystko dziś tak naprawdę wiedzą. Ale nie rozmawiają o tym. Nic z tą wiedzą nie robią. I to też jest oskarżenie o tą zmowę milczenia, nie reagowania na zło.  Balansuje sztuka w duchu estetyki teatru Brechta, choć i on nie wie, jak wyreżyserować KLĄTWĘ. Nie chce osobiście uczestniczyć w tym procesie twórczym uzdrawiania tkanki społecznej i odsyła pytających do papieża Polaka, jak do samego Boga.

A wszystko to dla wywołania silnych emocji, głębszego, otwartego myślenia i działania. Prowokowanie obsceniczną, śmiałą, kontrowersyjną formą obnaża bezsilność merytoryczną, sprawczą tych, w imieniu których spektakl walczy. Jest ideologicznym działaniem teatralnym oburzonego, który oburzyć chce jeszcze silniej, mocniej przez wywołanie szoku, wstrząsu, sprzeciwu. Jakby nie było innego sposobu. Ale ani KLĄTWA Wyspiańskiego, jako sztuka niczego nie zmieniła,  ani prowokacyjna Frljića niczego nie zmieni. Skłóci już skłóconych jeszcze bardziej. I głębiej podzieli już podzielonych. Ale milczeć też nie może. Sztuka pokazuje przyczyny kumulującej się agresji, nienawiści, pogardy. Dowodzi, że wszystko wolno, pod warunkiem, że posiada się kompetencje, możliwości, odpowiedni status, na przykład artysty, duchownego, polityka. Zamiatając pod dywan wszelkie skandale, przesuwając wszelkie granice coraz bardziej bulwersującymi, szokującymi przekroczeniami etycznymi, moralnymi, błędami, zaniechaniami, które są im wybaczane bez sądu, orzekania winy, wymierzania kary. Gdy sami we własnej sprawie ferują wyroki.

Obecnie jesteśmy świadkami odbrązawiania Lecha Wałęsy. Spektaklem Frljić uderza w kolejną, nie tylko narodu polskiego świętość.  Autorytet Lecha Wałęsy, "Bolka", wydaje się być nadszarpnięty, autorytet Jana Pawła II ośmieszany, oskarżany. Czy prawda nas wyzwoli? Na razie nas coraz bardziej dzieli i udziwnia nasze międzyludzkie relacje. Stygmatyzuje winą, naszą winą, naszą bardzo wielką winą, bo wierzymy płytko, prymitywnie, poddańczo pozwalając, by myślano i decydowano za nas. Zagrzewa do walki, wysyła na wojnę. W końcu należy bronić prawa i sprawiedliwości. Nie można milczeć, bo gdy się już prawdę pozna i ją ujawni, trzeba coś z nią zrobić. Inicjatywa, działanie jest po stronie widza. Artyści swoje zrobili. Z poświęceniem, maestrią, naddatkiem. Ale z fallusem figury papieża w ustach, po samosądzie na "Obrońcy pedofilii", przygnieceni boleśnie obrazem zerżniętego krzyża, z pozbawionym pazurów orłem w koronie, osaczeni dźwiękiem pikującego samolotu, ostrzelani z karabinów skonstruowanych z krzyży, obwąchiwani, dyscyplinowani, osaczani klauzulą bezwzględnego posłuszeństwa, świadomi molestowania niewinnych- zgwałceni sztuką -czy będziemy w stanie wykrzesać z siebie wolę zrozumienia, przebaczenia, pojednania?


zdjęcie: Magda Hueckel