środa, 10 czerwca 2015

ZUZANNA I STARCY MĄDZIK WROCŁAWSKI TEATR PANTOMIMY


Jak opisać słowami, co się słów wyrzeka? Otula nas w ciemność a samo z niej wynurza jakby wydobyte z niebytu. Ledwie wyczuwalne, widoczne, uchwytne. Przeczucie, wrażenie, intuicja. Obraz bez konturów, kantów, z jądra ciemności. Ku prawdzie skierowany, jej pięknu, wieloznaczności. Jest w tym czułość, zachwyt i zdumienie. Nad złożoną naturą człowieka, nieprzeniknioną, z jego potrzebami, pożądaniem, instynktem życia. Pragnącym miłości, osiągania celów niemożliwych do zdobycia, sięgania po ideały jakie by nie były. Jako przejaw żywotności ducha mimo uwiądu ciała. Witalności myśli, wyostrzenia zmysłów, które zdają się być nieokiełznane żadnym zakazem, ograniczeniem, prawem. Wspomagane wolną wolą grzesznego sięgania po świętość.

Historia Zuzanny z Księgi Daniela, estetyka Caravaggia, Georgesa de la Toura, fascynacja światłem Rembrandta, powietrzem i przestrzenią Vermeera, muzyka Kaczmarka tworzą Mądzikową symboliczną wizję o treściach metafizycznych. Prowokują wyostrzenie wszystkich zmysłów dla kontemplacji ruchomej ekspresji malarskiej. Ta działa jak marzenie senne lub halucynacja. Magia. Bo wszystko jest nieostre, niewyraziste, niejednoznaczne. Ruchy zwolnione, dyskretne, subtelne ale precyzyjne. Oniryczne. Światło jak oko boga wybiera tylko te fragmenty ciała, szczegółu, maluje znaczenia nasyceniem koloru, komponuje głębię i zbliżenie-wnika i odkrywa duszę człowieka, jaka jest naprawdę. Świat fizycznego ograniczenia płynnie rozszerza o to, co podswiadome, intuicyjne, pierwotne. I potrafi w ten sposób poprzez czucie, nie umysł, rozumieć pozawerbalnie, jakby u źródła; czystego, nieskalanego grzechem zbędnych śmieci, szumów, słownych kłamstw i zwodów, matactw. 

Dotykamy zmysłami ruchomego obrazu. Wysublimowanego, wymuskanego, urzekającego. Obrazu o wiecznej tęskocie za pięknem, doskonałością, cudowną młodością, życiem wiecznym poprzez fascynację kobietą i jej urodą. Dowiadczamy wizualizacji pogoni za władzą nad tym, co niemożliwe. Widzimy pożądanie zakazanego owocu, otumanienie pragnieniem nieosiągalnego. Żądzę posiadania. Próbę zdobycia władzy nad cudzym życiem poprzez pozbawione rozsądku klony starców, ślepo biegnące za namietnościami w zatracenie. To podążaniem stóp mężczyzn za stopami dziewczyny rozpoczyna się seans. Uruchamia magię sztuki. Ale ideał się oddala, unosi ponad. Na szczyt, który jest poza zasięgiem, obleczony symbolicznie czerwoną suknią żądzy. Lubieżnik może tylko po kres dni śnić, marzyć, wić się w ograniczającym jak sam grób niespełnieniu. Każdy za siebie. Za karę. Bo taki los. Taki wybór. Nie, taka natura ludzka.



Leszek Mądzik, jak sam stwierdził przed spektaklem, dojrzewał do milczenia na scenie, jak inni dojrzewają do elokwencji. Bo, jak twierdzi artysta tworzący spektakle autorskie, słowa zagłuszają, co naprawdę czujemy doświadczając prawdy. Tak, to szczerość i prawda przez niego ujęta w formę daje największą szansę na kontakt z widzem. Rzeźbiąc światłem w ciemności sięga po głębię filozoficzną. Bada granice między jednym a drugim. Światłem wyodrębnia, co ważne, istotne, piękne. Ciemność jest przestrzenią, która ukrywa, jest kontrastem, niepokojącym tłem dla jasności tego, co po odrzuceniu wszystkiego, co fałszywe, powtarzane, dekoracyjne, zbędne zostaje. To z ciemności wyłania się istota rzeczy w ubogiej, prostej, lapidarnej formie dla skondensowanej,wieloznacznej treści, która ma nie pozwolić widzowi na obojętność. Ma nie zwodzić widza. Ale w istocie to wyzwolone napięcie dramaturgiczne go uwodzi. Bo ten ruchomy obraz jest piękny. Symboliczny. Niejednoznaczny. Ma czar. Klimat dotykania zjawisk niezwykłych. Plastycznie doskonałych. Wspaniale łączy się z muzyką. I pozostaje z widzem na zawsze, bo w istocie wyraża prawdę uniwersalną o człowieku a więc i o nim samym. Tak, to było piękne, fascynujące przeżycie. 


ZUZANNA I STARCY                                                                                                       
scenariusz, reżyseria, scenografia i kostiumy: Leszek Mądzik
muzyka: Jan A. P. Kaczmarek
obsada: Izabela Cześniewicz, Agnieszka Dziewa, Aneta Piorun, Artur Borkowski, Mateusz Kowalski, Radomir Piorun, Krzysztof Roszko, Mariusz Sikorski, Krzysztof Szczepańczyk

premiera: 19 kwietnia 2013

zdj. Magdalena Franczuk/mat. teatru




czwartek, 4 czerwca 2015

LALKA. NAJLEPSZE PRZED NAMI FARUGA TEATR POWSZECHNY



LALKA.Najlepsze przed nami według Bolesława Prusa w reżyserii Wojciecha Farugi to spektakl postdramatyczny dla tych widzów, którzy lubią niebanalną, trudną  przygodę teatralną. Z przepisanym tekstem powieści, z bohaterami, którzy odsłaniają nam to, co niekoniecznie powiedział o nich w swej powieści pisarz. To jest teatr dla każdego odważnie, samodzielnie myślącego widza, nie bojącego się ryzyka w kontakcie ze sztuką. 

Chcecie wierzcie, chcecie nie wierzcie ale mnie się ten spektakl podoba. Nie to, że wszystko jest idealnie, zgrabnie zszyte a trafione w punkt sceny i interpretacje rekompensują wpadki, wyciszają zgrzyty scenograficzne, zapożyczenia że ha, ha. Mnie się podoba taki teatr. Tętniący życiem, nieoczywisty. Zaskakujący. Wymagający. Wychodzący ze starej ramy. W którym trzeba gmerać, szukać, kombinować, myśleć. I nie wszystko jest w nim jasne, przejrzyste, linearne.  Z dodanym koniecznie komentarzem, opracowaną wykładnią, załączoną interpretacją, że ho, ho. Lubię tę chropowatość, niedoskonałość, ułomność. Pęknięcia, przesunięcia, skoki w bok  tej teatralnej kreacji zaskoczenia. W tym zmaganiu się z materią sztuki. W tym zastanawianiu się, co twórcy mieli na myśli. I czy im się udało. Ajaj!!!

Bo LALKA Bolesława Prusa to klasyka, w dodatku lektura bardzo obowiązkowa. Przez to często znienawidzona. Systemowo, metodycznie, przymusowo przerabiana w szkole. Przenicowana. Rozkładana na części, ze sztywnymi, schematycznymi postaciami archetypami, rozpoznanymi motywacjami i narzucanymi obowiazującymi interpretacjami. Gdyby tak LALKA w teatrze była wystawiona po bożemu ze znaną wszystkim kanoniczną odsłoną absolutnie wierna powieści i temu, co autor miał na pewno na myśli, to nie byloby już co z nią robić, a spotkanie ze spektaklem przerodziłoby się tylko w obcowanie z nudną, przewidywalną, może nawet estetyczie zadawalającą pozycją rozrywkową z pretensjami do czegoś więcej. Wystarczyłoby być na widowni i cmokać z zadowolenia, że to co na scenie, to i w powieści i w naszej głowie. Mniam, mniam. Jak dobrze, jak bezpiecznie, jak spokojnie. A tu na scenie szast prast myk, zmiana, psikus posdramatyczny. Jakieś nieznane schody interpretacyjne, dyskomfort estetyczny, przedstawienie na inne tory myślenie przestawiające. W rozszerzonym labiryncie akcentów i znaczeń, który wykorzystuje stare w nowym kontekście. W rozpoznawalnej strukturze funduje współczesną obróbkę tekstową, przepisanie, dekonstrukcję i budowę pogłębionych, choć przecież znanych do bólu postaci. Jedne się zmieniły, inne rozwinęły, niektóre przedefiniowały. A więc nie jest to adaptacja prosta i łatwa. A zamiast z góry oczekiwanego zadowolenia, grzecznego podążania za znanymi wątkami, uzgadniania protokołu zgodności charakterystyk postaci/w powieści i tych scenicznych/ otrzymujemy łamigłówkę, rebus, poszukiwanie w spektaklu nowych sensów, znaczeń, tropów. Tak skonstruowany spektakl zmusza widza do większego zaangażowania, aktywności, wykonania dodatkowej pracy. Porównywania, przewartościowywania tego, co się zna z tym, co dopiero poprzez spektakl poznaje. Schematy nie pasują, klisze się nie nakładają. Na nowo trzeba składać sceniczne puzzle. Myśleć, myśleć, myśleć. Zastanawiać się czy działa czy nie działa. Gra czy nie gra nam w głowie i w duszy.

Teatr nie ma obowiązku kompatybilnie łączyć się z powieścią, z dramatem. Ma prawo iść swoją drogą. Problem tylko w tym, czy to, co proponuje jest ekwiwalentem dokonanych zmian. Czy jest konsekwentne, spójne, sensowne. Ma uzasadnienie. Czy nas zainteresuje, porwie, zauroczy. Bo nauczeni jesteśmy, by wszystko pasowało do siebie, wywoływało oczekiwane wrażenia, wyzwalało oczywiste emocje, doprowadzało do znanych puent. Tego właśnie chcemy. Ale tak nie musi być, nie musi. Choć upieramy się, że chcielibyśmy dokładnie wiedzieć, znać odpowiedzi na wszystkie pytania  po co i dlaczego. Dążymy do tego za wszelka cenę. Chcielibyśmy pójść grzecznie za lekturą, od początku poprzez kulminację do końca. Jak nas nauczono. A tu spektakl proponuje nieoczekiwane rozwinięcia. Trzeba się przeprogramować. Otworzyć. Zakasać rękawy. Do roboty zabrać. I zanurzyć w akcji powieści na nowo przez teatr ukształtowanej.

Lalka,  bezwolnie posłuszna zabawka. Rzecz, przedmiot, obiekt, istnienie. Uległa, poddająca się woli moderatora, który jest demiurgiem, sam ją tylko określa, nadaje jej życie, kształtuje charakter. Puszcza w ruch, jak bączka. Bierze w posiadanie. Bawi się. Osiąga cele. Lalka, zabawka upragniona przez dzieci, dziewczynki. Które ćwiczą się w przysposabianiu do dorosłego życia. Nasłuchują, co świat od nich potrzebuje, żąda, wymaga. Przystosowują się do jego rytmu, tempa i poziomu. Wchodzą w rolę. Są to role narzucone, wymagane, oczekiwane, akceptowane. Mężczyźni też są lalkami. Używają kobiet lalek, lubią się nimi bawić. Kształtują je dla siebie. Wypełniają swoimi projekcjami, potrzebami, oczekiwaniami, fantazjami. Tresują. Uzależniają. System- sutener opresji i przemocy -na to przyzwala, pomaga, przygotowuje. Konsekwentnie wymusza odgrywanie ról matki, żony, kochanki, prostytutki. Z człowieka czyni zabawkę. Kobiety i mężczyźni pozwalają się uprzedmiotowić.  Gdy są słabi, nie mają wyjścia. Charakteru. Rozumu. Siły przebicia. PIENIĘDZY.

Wokulskiego poznajemy w sektaklu w momencie gdy ma pełne instrumentarium, by dostać w życiu to, co chce, na co zasługuje, co mu się należy. To ważne, bo z punktu widzenia zwycięzcy obserwujemy i oceniamy całe jego dotychczasowe życie ale też życie i kondycję tych, których w przeszłości i teraz, po powrocie z wojny, spotyka. Z którymi w ważny dla niego sposób był i jest związany.  Narracja nie jest linearna, przejrzysta, oczywista a splątana. Jak to w życiu bywa. Z czasem porządkujemy akcję a z powieści wiemy, że najpierw poddał się rzeczywistości w jakiej żył. Poznawał reguły gry. Zasady, które pozwalają przejąć inicjatywę, zdobyć i utrzymać władzę. Decydować o swoim życiu poprzez decydowanie o życiu innych ludzi. Z natury nie jest jak Rzecki lalką podporządkowaną, szukającą spokoju, pracy na warunkach innych. Wokulski najpierw przez małżenstwo, potem na wojnie-wiemy, że niekoniecznie w czysty sposób- krok po kroku staje się tym, który ma wpływ. To pieniądze i oczywiście ciężka praca oraz predyspozycje do podejmowania ryzyka, stawiania na jedną kartę całego majątku dzień po dniu, są środkiem osiągnięcia celu. Za cenę, której wysokość on tylko zna. Nie jest niska. Drugie małżeństwo, tym razem z Łęcką, miało mu umozliwić awans społeczny. Być kolejnym krokiem w karierze. Kochał ale nie był kochany. Choć mógłby być. Z jednej strony jest przykładem drapieżnego kapitalisty, z drugiej nieporadnego emocjonalnie chłopca, romantyka. Mentalnie jest zdobywcą, wojownikiem uczuciowo niedojrzałym, nieporadnym. Ale skutecznym manipulatorem. Gdy dojrzewa wie, że za wszystko trzeba zapłacić. Nie ma nic za darmo.Wszystko ma swoją cenę.  Każda decyzja, wybór, działanie. Lub jego brak. Niemożność. A rozczarowanie, poczucie porażki, niespełnienia jest naturalną konsekwencją walki o swoje miejsce w świecie. Stanowi o smaku zwycięstwa. Jest w pakiecie prawdy o życiu i wartości człowieka.Wokulski potrafi kupić szczęście innym, sobie nie potrafi. Pragnie tak bardzo, że traci umiar, rozeznanie i nie umie obrócić tego, kim jest, co zdobył, do czego doszedł, na swoją korzyść.

To spektakl o nas. Jesteśmy jak Wokulski, dojrzali od samego początku, opanowani, pozbawieni złudzeń, znający ludzi i życie, system nas definiujący, jakby okrzepli w postawie eksperymentatora w życiu swoim i innych ludzi. Wokulski ciągle obserwował, prowokował doświadczanie siebie i innych w poznawaniu i wytyczaniu granic, przekraczaniu ich. To bolesne, okrutne, brutalne postępowanie. Chłodne, bezlitosne, z dystansem. Z jednej strony bada wszystko otwartym umysłem zapalonego naukowca ale podsumowuje z bezwzglednością zimnego hazardzisty. To powoduje, ze spektakl jest ciągłą symulacją postaw, wyborów, decyzji i wiwisekcją ich konsekwencji. Dlatego słyszymy od początku, choć o tym dobrze wiemy, że jest to przedstawienie. Przedstawienie, przećwiczenie, sprawdzenie, właśnie symulacja. Propozycja, możliwy, bo nie wykluczony stan rzeczy, bieg wydarzeń, zmienna pojemność charakterystyk postaci. Izabela jest lalką współczesnej generacji. Świadoma swej sytuacji, doświadczona, nauczona przez życie walki, pokory, konieczności przystosowania się. Potrafi być gorzka, ironiczna, sarkastyczna, bezpośrednia, jasno stawiająca sprawy. Zdystansowana. Bezwolna wobec losu ale oddająca cios za cios. To lalka z krwi i kości. Model z powieści mocno zmodernizowany. W której cierpienie i niezgoda na konieczność zachowań wymuszonych przez normy społeczne, towarzyskie budzi sprzeciw.

 Kobiety w ogóle w tym spektaklu są bardzo ciekawe. Jak Ochocki Adamczyk jako wyemancypowana pani naukowiec. Kobieta jest lepiona na obraz i podobieństwo mężczyzny/poziom intelektualny, zamiary,  plany, aspiracje/, ale nie podporządkowuje się bezmyślnie, ślepo. Ma oczy szeroko otwarte, drapieżny apetyt na życie, realizację swoich własnych celów, potrzeb. Jest bytem świadomym, pełnokrwistym choć nie do końca samostanowiącym. Nie czeka. Walczy, podejmuje wyzwania. To nie podgatunek człowieka. Niewolnik. Kobieta tu brzmi dumnie. Choćby w swoim buncie, świadomości, sprzeciwie, samodzielnym wyborze i wypowiadaniu zdania, realizacji pragnień. Traktowania siebie i innych poważnie. Otwarcie mówi prawdę, również o swoich uczuciach. Gdy trzeba z dystansem, gdy trzeba drapieżnie.

Spektakl wyzwala kobiety z Prusa narracji uprzedmiotowiającej je w czystej formie. Gdy są pustymi, bezwolnymi marionetkami w rękach patriarchatu. Nadaje im rysy tragiczne, ludzkie, męskie. Stają się nie tylko mrocznym przedmiotem pożądania ale równoprawnym partnerem mężczyzn. Choć startują z poziomu znacznie niższych możliwości. Ale kto jak kto, Wokulski to doskonale rozumie. On też walczył przez całe życie o wszystko. Nie przebierając w środkach. Idąc na całość. Bez sentymentów, wyrzutów sumienia. Biegł za światem. Karierą, awansem, miłością. Galopował.

Twórcy spektaklu ośmielają widzów do samodzielnych eksperymentów na dziele doskonałym. Nie uznają świętosci. Proponują wariacje na temat. Zrywają z pokorą, uniżonością w stosunku do klasyki. Otwierają prowokacyjnie, co juz wydawać by się mogło na wieki wieków zamknięte, skostniałe, zapszeszłe. Wchodzą w dyskurs. A że iskry lecą, krytycy się burzą? To stara śpiewka, że reżyser nie istnieje, zapożycza, pomysły kopiuje, akorzy w koncepcji się gubią i kierują własnym instynktem i doświadczeniem, a wszystko wydumane niemożliwie. W dodatku kanony interpretacyjne spektakl podważa, nadbudowa jest współczesna, a właściwie za współczesna i na wyrost. I wystarczyłoby tylko zawierzyć pisarzowi, jego oglądowi miasta i w nim życia. Niech więc ortodoksi wracają do książki, filmu, serialu,wspomnień ze szkoły, wykladni. Kanonu.

Gubimy się, my widzowie, może i aktorzy się gubią nie grając zbyt przekonująco. Ale, kto nie szuka, nie błądzi. A spektakl nas wyzwala. Tworzy piękne sceny, nowy porządek. Uczy zuchwałości, eksperymentu. Uwalnia od zakazu nietykania raz sformułowanej myśli, pogladu, wykładni. Zachęca do stawiania w wątpliwość świętości, poszerzania pola widzenia. Byśmy nie stawali się lalkami, marionetkami /na przykład w rękach krytyków, nauczycieli, tych, którzy z racji zajmowanej pozycji, tytułu zawsze wiedzą lepiej/. Przedmiotami z zaprogramowanym na stałe myśleniem.

I choć w życiu za wszystko trzeba płacić prędzej czy później, nie bójmy się eksperymentu w obszarze sztuki. Ta jest szczodra, a wysokość ceny rekompensuje wartość przygody z wyobraźnią, wolnością ekspresji uczuć, emocji, marzeń. Powodzenia. Nie rezygnujmy z przygody w teatrze. Najlepsze przed nami.


Lalka.Najlepsze przed nami według Bolesława Prusa

reżyseria - Wojciech Faruga
scenariusz sceniczny - Wojciech Faruga / Paweł Sztarbowski
scenografia, kostiumy, reżyseria światła - Agata Skwarczyńska
dramaturgia - Paweł Sztarbowski
muzyka - Joanna Halszka Sokołowska / z zespołu Der Father
asystent reżysera - Damian Kwiatkowski

obsada:  Karolina Adamczyk, Aleksandra Bożek, Maria Robaszkiewicz, Anita Sokołowska, Joanna Halszka Sokołowska, Julia Wyszyńska, Jacek Beler, Marcin Czarnik, Michał Jarmicki, Piotr Ligenza, Michał Tokaj


zdjęcie: Magda Hueckel





czwartek, 28 maja 2015

MSZA ZA MIASTO ARRAS GAJOS TEATR NARODOWY




To spotkanie z Januszem Gajosem we MSZY ZA MIASTO ARRAS przywołuje wspomnienie opowieści dziadka, kogoś bliskiego, najbliższego. Albo bajarza, który budzi zaufanie, tworzy przyjazną atmosferę. Od samego początku nawiązuje szczególny kontakt ze słuchaczem. Wiarygodny, empatyczny, zaangażowany. Buduje bezpośrednią, żywą, opartą na prawdzie relację osoby, tej, co wie z tą, która się zaraz dowie. To piękna opowieść  prawdziwej historii uczestnika i świadka wydarzeń, osoby dojrzałej, spokojnie patrzącej w przeszłość.  Bez epatowania, wstrząsu, zbędnej, fałszywej emocji. Ujęta poprzez osobisty, naznaczony przyznaniem się do bardzo intymnych przeżyć w poznawaniu siebie samego, w dojrzewaniu do dorosłości przekaz. Zainteresowanie i emocje u słuchacza wyzwalają fakty, okoliczności, motywacje, ich skutki, charakterystyki postaci. Doprowadzają do refleksji, że ludzie popełniają ciągle te same błędy a historia niestety lubi się powtarzać. Terror ma ciągle tę samą twarz przemocy, okrucieństwa, niesprawiedliwości, manipulacji. Jest demonstracją i triumfem siły. Nietolerancja jest wyrazem ludzkiej słabości, ograniczenia umysłowego i lęku a fanatyzm frustracji. Ludzkość tak chętnie o tym zapomina. Choć winna pamiętać. I ciągle o tym mądrze przypominać. By postawić w wątpliwość przekonanie, że dziś panujemy osobiście i gromadnie nad wszystkim. A historia miasta Arras, kolejne wcielenie Sodomy i Gomory, nas w ogóle nie dotyczy. Powtórka z przeszłości może zdarzyć się w każdej chwili. Obok nas. U nas, w nas samych. I wtedy, w ekstremalnym wymiarze zaistnienia, sprawdzi zdolności do samodzielnego, wolnego myślenia i działania. Poszczególnych osób i społeczności.

A więc prawda, tylko prawda, sama prawda. O sobie wobec siebie samego i innych. Prawda o mieszkańcach, społeczności miasta Arras. I prawda o przywódcach, mentorach, mędrcach, przewodnikach duchowych a więc tych, co mają władzę. Wpływ na ludzi, bieg zdarzeń i rzeczy.

To bardzo wiele jak na opowieść w jeden wieczór. To kwintesencja, ekstrakt wiedzy, to dynamit odbezpieczony w czasie opowieści, który ma wybuchnąć w każdym z nas po jej wysłuchaniu. Myślę, że wybucha. Bo zarówno sama prawda o Arras, jak i autor tekstu, Andrzej Szczypiorski, teleportujący mentalność człowieka średniowiecza do współczesności, jak i Janusz Gajos, jeden z nas, tu i teraz, łączą odwieczną walkę dobra ze złem, bestię i człowieka w jednym ciele ludzkim i społecznym, bunt wiary i rozsądek władzy panowania nad życiem indywidualnym i zbiorowym. Musimy spojrzeć w to lustro prawdy, na humanizm średniowieczny i współczesny. Jeśli nie chcemy przechodzić przez życie cynicznie obojętni, znieczuleni, nieświadomi, egoistycznie zamknięci w swoim wirtualnym świecie wewnętrznym, wyalienowani, rozśrodkowani, altruistycznie nieobecni. Tak, żebyśmy ocalili choć cząstkę wiary //w siebie/człowieka/Boga/cokolwiek/niepotrzebne skreślić, dopisać//, mając nadmiar rozsądku.

Może wiemy o tym wszystkim, co niesie sobą wspomnienie wydarzeń w Arras ale ma ono za sprawą opowiadającego znamiona uwodzącej nas baśni, przypowieści z nie narzucającym się siłą morałem aktualnym dla nas współczesnych. I można by jej słuchać i słuchać bez końca. W jakiś zaczarowany sposób przywołuje klimat dzieciństwa. Mimo wszelkich odmian okrucieństwa czujemy się bezpiecznie. A wszystkie postawy, racje, wybory, fakty gładko wchodzą do głowy i serca, by tam stoczyć walkę ostateczną. Za chwilę, w swoim czasie, gdy przyjdzie na to pora. Ale zawczasu mamy całą opowieść w pamięci, ćwiczymy się w argumentacji, wyborach naszych, bo wszystko może się zdarzyć.

Tak, to wirtuozeria aktorstwa Janusza Gajosa, ogniskująca talent, doświadczenie, intuicję sprawia, że przenosimy się do Arras, wchodzimy w rolę każdego bohatera przywoływanego opowieścią, łącznie z jej narratorem, i chłoniemy zaistniałe w przeszłości historie. Walczymy o przeżycie z okrutną zarazą, by za chwilę doświadczyć walki o człowieczeństwo. Dojrzewamy z narratorem, rozsądnym człowiekiem ratującym na koniec szczyptę wiary, za młodu hulaką, konfrontując się z dwoma biskupami mającymi nań wpływ /"żywioły, jak psy spuszczone z łańcucha" /. Jeden, biskup Albert, był mędrcem ulepionym z samej wiedzy, powagi i cnotliwości. Drugi, książę Dawid, biskup z Utrechtu został opisany jako Bastard królewski, niespożyta jucha, diabeł wcielony, żarłok, kłamca, pełen dzikiej pychy i najbardziej szalonych pomysłów.

Poznajemy psychologię tłumu. Społeczności w krańcowym wycieńczeniu śmiertelną chorobą i zezwierzęcenia. W głodzie i całkowitej izolacji, która miała doprowadzić do zagłady miasta. Ci, którzy wbrew wszystkiemu ocalili życie, przetrwali, szukają odkupienia za popełnione czyny, i w tym ratowaniu własnej godności, upadają jeszcze niżej. Znajdują kozła ofiarnego, Żydów, i dokonują pogromu. Zabijają też te jednostki, które się z tym nie zgadzają/np. Farias de Saxe/. Mordują niewinnych. Wyrównują osobiste rachunki. Stykamy się poprzez opowieść z anarchią tłumu. terrorem jednostki, która manipulując bezmyślną, zastraszoną, zawsze jednomyślną Radą Miasta, włada niepodzielnie. Z myślą, by miasto poznało do końca siebie. By było wolne wolnością zdefiniowaną na potrzeby usprawiedliwienia zbrodni. Wyparcia wstydu, zagłuszenia grzechu, przeniesienia winy na innych. Bo nie ważne są czyny i fakty a jakie mają imię. Jak je nazwiemy. Jak je zmanipulujemy werbalnie.

Cała siła przekazu scenicznego zawiera się w powściągliwości narracji, zróżnicowaniu charakterystyk przedstawianych postaci, nadaniu cech osobistych relacji tak, jakby były częścią doświadczenia i wiedzy każdego słuchacza. Jan, narrator, Janusz Gajos- bez charakteryzacji i kostiumu scenicznego z jedynym punktem oparcia, krzesłem, w pulsującym raz jaśniej, raz przyciemnionym świetle, przy ledwie pomrukującej muzyce będącej raczej szumem, dźwiękiem, wzmaganym niepokój, grozę- jest jednym z nas. Akcja wybrzmiewa głosem, mimiką, gestem. Strumieniem świadomości doświadczonego człowieka. Naturalnie, spokojnie, statecznie rzeźbi w naszej wrażliwości, odwołując się do wyobraźni, empatii, wiedzy, zwracając się ku ludzkiej stronie mocy przeciwko tej nieludzkiej, zwierzęcej, intelektualnie przekombinowanej.

Gdy aktor skończył, jednomyślnie wszyscy słuchacze unieśli się do gromkich standing ovation. Sztuka działa. Jakby nie miał znaczenia ten czas, który upłynął od napisania tekstu przez Andrzeja Szczypiorskiego i  dwadzieścia lat, kiedy monodram grany był przez Janusza Gajosa w Teatrze Powszechnym po raz pierwszy. Czas się zatrzymał. Liczy się tylko opowieść, historia. Mistrzostwo wykonania.

I tak wszyscy oszołomieni, staliśmy gotowi do wejścia w scenograficzny asfaltowy, na ciemnym tle, kwadrat czy prostokąt, przypominający obraz Marka Rothko. Który w tym wypadku pulsował otwarty na ogarniającą nas w całości, jacy jesteśmy indywidualni i zbiorowi, prawdę. Czarny kanał łączący mroki przeszłego świata, także miasta Arras, z teraźniejszymi zmorami ciemnych zaułków, dróg bez wyjścia, współczesnymi zarazami, pogromami, eksterminacją zgotowaną ludziom przez ludzi. Obraz w kontekście opowieści zwrócony ku nam, zawsze wydawać by się mogło rozsądnych, po to mających umysł, by mocno stąpać po ziemi. Nie pozbawionych odrobiny wiary. Wiary, która nas, ciekawych wszystkiego, ku kontemplacji transcendencji unosi. Nie przestraszy, nie zniechęci. Nie pozbawi nadziei.


MSZA ZA MIASTO ARRAS
Andrzej Szczypiorski

adaptacja sceniczna: Igor Sawin 
współpraca: Piotr Cieplak, Paweł Czepułkowski 
aranżacja przestrzeni, kostium: Dorota Roqueplo 
obsada: Janusz Gajos 
Zdjęcie ze strony internetowej Teatru Narodowego w Warszawie

http://msza-za-miasto-arras.klp.pl/a-9147.html

niedziela, 24 maja 2015

250 LAT TEATRU PUBLICZNEGO W POLSCE


250 lat to kawał czasu, ile pokoleń? Ile sztuki na metry tekstu w kontekście teatru dla kontaktu z widzem? Publiczny dla publiczności szerokiej, jak najszerszej, jak najróżnorodniejszej, najlepiej na przyzwoitym artystycznie, komunikatywnym poziomie. Dostępny. A więc za publiczne pieniądze tworzony, możliwy do obejrzenia przez jak największą liczbę widzów. A jakie są ceny biletów? Ostatnio jubileuszowo rzucono za 250 groszy. Raz na 250 lat. Przepraszam bardzo.

Przepraszam, że nie potrafię zmusić widzów do chodzenia do teatru. Staram się i staram, werbalnie nachalnie i nic. Czytają ex post. Ex ante pytają znajomych:" Ile trzeba zapłacić za bilet?" Dlatego od czasu do czasu zakładam moherowy beret i protestuję przed teatrem, bo droga sztuka mi się nie podoba, choć jej nie znam. I nie chcę znać i idę w tym względzie w zaparte. Ale namawiam, zagaduję, krzyczę gdy trzeba, nie trzeba. Kontakt próbuję nawiązać, z bogiem a nawet przeciw bogu, ale co z tego, jeśli sztuka milczy jak zaklęta, nie przemawia do mnie, choć czasem też krzyczy i wierzga, na przykład z plakatu. I to wystarczy, nie tylko mnie ale i krytykowi, który nie widział a skrytykował. Niech i mnie, widza, teraz który spróbuje skrytykować. Nie trzeba być przecież alfą i omegą, by wiedzieć, że niektóre sztuki to sztuczki tylko z nami. Fiki miki.

Przepraszam więc za to, że mi to uchodzi bezkarnie, no może tylko się ze mnie pośmieją, ponabijają, przyjaźnie łatkę przykleją katola, ciepło od betonów wyzwą na przykład. Tyle ich. Mnie komedia zostaje najwyżej omyłek. Komedia ludzka. Ale nic to. Nic przecież nie zrobią, bo krytykom nie robią.  Chociaż z drugiej strony, co wolno krytykowi wojewodzie, to nie mnie, tobie, widzu. Ale i za nich mogę przeprosić. Przepraszam więc, że sami sobie krytycy rozbijają klawiaturę, wytrącają odtrąceniem zasad etyki zawodowej, argumenty koronne. A może i czego nie zrozumiałam, mentalny moherowy beret zmienia punkt widzenia, miesza w głowie.

Tak naprawdę nie mam kasy na bilet więc chcę zwrócić na siebie uwagę. Przecież ten, o którym się nie mówi, nie istnieje. Ja jeszcze jestem z teatrem, ale chyba niespełna rozumu, bo okupuję teatry, protestuję publicznie choć nie znajduję zrozumienia u kulturalnej publiki dla swych wartości świętych, najświętszych. Bo rozmawiać ze mną nikt nie chce. Przepraszam ale nie lubię być wystawiana do wiatru z teatru więc inicjuję performance widzowskie. I, o przepraszam, jestem aktywna, uczestniczę w ten sposób krytycznie, niekonformistycznie w dialogu ze sztuką. Może nawet zbyt ostro prowokuję sztukę do kolejnej wypowiedzi, jak i ona mnie prowokuje bez pardonu. Okazuje się, że jednak prowokować mogą tylko artyści. Widzowie odwinąć zwrotnie się nie mogą.

Przepraszam, że nie potrafię złożyć puzzli postdramatycznych w spójny obraz choć się natężam, naprężam. Ciągle mi jakieś dodatkowe fragmenty całości w ręku zostają. Coś do czegoś nie pasuje, choć powinno. Nie wiem, oj, nie wiem, co wtedy zrobić. Wyrzuciłabym ochoczo, ale artysta miał na pewno coś na myśli. Choćby, jak mnie zaskoczyć i poobserwować, co zrobię. Więc znów się buntuję przeciw własnym przyzwyczajeniom, bo nie chcę go rozczarować. Bawimy się więc w kotka i myszkę. Rozrywkę mamy. Ale przecież o to chodzi w teatrze publicznym. Otwartym szeroko, niekoniecznie głęboko i dumnie. Ja kocham post, bo sama jestem post poskładana. I rzeczywistość wokół. I przepraszam, że nie ze wzajemnością kocha mnie post, bo męczy, tumani, przestrasza wynosząc jednak ponad poziomy normy, przyzwyczajenia, rutyny. Krytycy, zdarza się, nie kochają post i chcą go pogrzebać jeszcze za życia. Wstydzą się pewnie, że sztuka żywi się sztuką, więc jest kanibalem. Hurtem i za to przepraszam.

I jeszcze za to, że jestem taka głupia i ciągle wracam do teatru, do sztuki, choć jej nie znam, nic nie wiem i czekam naiwna, że jaki cud się wydarzy. Jakie cudowne sztuki od czasu do czasu tchnienie. Co możliwe jest  w teatrze publicznym. Się zdarza. Przepraszam ale ostatecznie pozostaje westchnienie i ziew niekulturalny, i bywa też chwila drzemki. Ale teatr to oaza spokoju, siła emocji, nastroju. Miasto snu. Iluzji. Ogród rajskiej rozkoszy.

Przepraszam za dyrektorów mówiących do publiki w publicznym teatrze WON i przepraszam za publikę w teatrze publicznym, że jest taka głupia jak ja i śmie o tym komunikować publicznie. No wstyd mi, że kultura z kulturą w teatrze się nie spotyka.  Do więzienia może jej brak doprowadzić. Bo jest kara za zbrodnie widza w teatrze. Wysoki sąd nie rozumie, że skandale z GOLGOTĄ PICNIC, jak i nieznajomość Grotowskiego przez Wendzikowską, tylko teatr rozsławia, publice przybliża.  Na kulturze, przepraszam, sąd się nie zna. Choć ja też. Nadal nie wiem literalnie, dlaczego Grotowski wielkim artystą był. I jest. Na wiarę to biorę.I już. No, przepraszam, nie będę kłamać, mącić, ściemniać. Nie znam Grotowskiego, teatr to tylko i wyłącznie żywa sztuka jest. A Wendzikowskiej też nie znam, bo co ma wspólnego z teatrem?

Przepraszam wolnych artystów za sąd, który musi skazać wolnego widza winowajcę, że się z nim sztuka nie jest w stanie porozumieć lub on ze sztuką. I jeden do drugiego nie może kulturalnie dotrzeć, choć bez siebie nie mogą istnieć. Doprawdy wstyd mi, że się tak mijają i zwalczają a przez te 250 lat teatr publiczny nie przebił się do publiki z podstawowym przesłaniem, że sztuka jest fałszem, fałszem w poszukiwaniu prawdy a wolność ekspresji artystycznej i wolność odbioru sztuki egzekwować musi sąd z opcją kary więzienia i nie dzieje się to w świecie iluzji a realu. Wstyd mi, że widzowie nie byli w stanie sobie uzmysłowić sami, że są wolni, publiczni a mimo to nie mają prawa wyrazić swojej wolnej ekspresji widzowskiej.  Przykro mi, że wszyscy odpowiedzialnie o tym zapomnieli. A wychowanie, edukacja, zdrowy rozsądek solidarnie z nimi milczą. Przepraszam za nich. I za siebie. I za wszystkich.

Przepraszam za porażkę teatru publicznego, że w kontakcie z widzem potrzebuje arbitra, sądu. Że nie wystarczy przestrzeń, dobro sztuki, by się porozumieć. Nauczyć, wychować, wykształcić.
Nawet ci, którzy powinni z racji swojej misji wiedzieć co i jak, zachowują się niegodnie i pozostają całkowicie obojętni, tj.np. nie reagują na zachowania łamiące zasady etyki zawodowej, łamania prawa. I to nie jest jedyny zarzut. Widza nie obowiązuje etyka zawodowa widza. Nieźle się wzajemnie namęczyliśmy, by po takim długodystansowym wysiłku tworzenia teatru publicznego, nadal o tym czym jest a czym nie jest wolność ekspresji artystycznej, również w teatrze, decydował sąd. Widz prowokowany przez sztukę nie ma prawa się poczuć sprowokowany, obrażony, w każdym razie musi powściągnąć swoją ekspresję sprzeciwu, zachować ją dla siebie i nie może okazywać swojego sztuką sprowokowania. Bo w tym wypadku sąd również decyduje co jest a co nie jest dopuszczalnym zachowaniem w przestrzeni publicznej. Przepraszam.

Przepraszam za polityków, że politykę własną przed kulturalną w swym władczym działaniu przedkładają, tak, że nikt nic z tego, co stanowią, jak się zachowują, jakie decyzje podejmują, nie rozumie. Przeciętny, statystyczny, normalny widz na pewno. Do tego stopnia politycznie się zachowują, że prawdy i sprawiedliwości nie sposób dociec. Usprawiedliwia ich uporczywa nieobecność nieusprawiedliwiona w teatrze. I skołowanie polityczne, które mówi, ze dobry polityk nigdy nie mówi nigdy. Najskuteczniej niewiele lub nic nie mówi. A decyduje. A ma decydujący wpływ być albo nie być teatru. A więc i nas,widzów, w teatrze.

Przepraszam, że  nie słyszałam o podpisanych przez setki autorytetów listach poparcia dla widzów, petycjach i innych sposobach wyrażania solidarności z widzami, których obrażono lub chciano obrazić za to, że nie rozumieją tego, co autor miał na myśli. A nie czują, że nie muszą tego rozumieć, że wystarczy, że się z nią zetkną, spróbują skomunikować, choćby emocjonalnie, intuicyjnie. Przepraszam, przepraszam.

Przepraszam, że nic nowego nie mogę wymyślić i jestem hochsztaplerką. Plagiatuję młodą artystkę, która też za wszystko przeprasza, jakby nie wiedziała, co robi i po co. Przeprasza wszystkich i protestuje przeciwko sobie samej. Bo czara goryczy i osamotnienia artysty o status quo się przelała. Ale się udało, bo sztuka nie ma ograniczeń, jest wolna. A im bardziej zaskakująca, kontrowersyjna, tym większe zainteresowanie budzi. Nawet ta, co nie obraża a przeprasza. Przepraszam więc i za nią. Bo za mieszanie ludziom w głowach swoim własnym pomieszaniem nie odpowie w sądzie. I nie pójdzie do więzienia. I za to ja, widz, widzów przepraszam, że cała odpowiedzialność za kontakt ze sztuką zawsze i wszędzie, na ich koszt niemały, leży a priori po ich stronie i jest ich ryzykiem tylko.

250 lat teatru publicznego płonie ze wstydu w konfrontacji z kilkoma bieżącymi szczegółami. Przepraszam. Serdecznie przepraszam. I życia wiecznego teatrowi publicznemu życzę. Bo jest potrzebny, ważny i różnorodny. I wielki w swej misji. I wielki w swej artystycznej spuściźnie i potencjale. Mimo błędów i wypaczeń. Mea, widza, culpa.

http://wpolityce.pl/spoleczenstwo/245592-haniebny-wyrok-za-protest-przeciwko-golgota-picnic-skazana-licealistka-bronilam-wartosci-ktore-sa-wazne-dla-polakow



piątek, 22 maja 2015

POWAŻNY PROBLEM NATIONAL THEATRE LIVE



W polskim kinie znów brytyjski teatr. Tradycyjna, solidna inscenizacja Nicholasa Hytnera. Zgodna z przesłaniem, intencją autora dramatu, Toma Stopparda/oskar za "Zakochanego Szekspira"/. Wierna mu, rzetelna. Z bardzo interesującym, erudycyjnym, ważnym tekstem, świetnie zagranym, w prostej, przejrzystej, umownej dekoracji z pięknym żyrandolem konstelacją iluminowaną muzyką Bacha . Dramat godny zapoznania. Wart przemyślenia. Współcześnie futurystyczny. Zderzający dynamicznie rozwijający się świat nauki ze sferą intymnych, osobistych uczuć, emocji i potrzeb. Tego, co materialne z tym, co intuicyjne. Tego, co można dotknąć, poznać, udowodnić z tym, co  pozostaje poza doświadczeniem empirycznym a wiadomo, że istnieje. Porusza problem finansowania badań naukowych, stosowanych metod zatrudniania pracowników naukowych, zagadnienie  manipulacji przy prowadzanych badaniach, wiary w cuda, wiary w dobro. I tego, że są sfery, dziedziny, zagadnienia,  nad którymi ani człowiek, ani nauka, ani maszyna nie jest w stanie zapanować.  Bez możliwości popełnienia błędu. Problemy, których nie jest jeszcze w stanie rozpoznać, rozwiązać. Na przykład altruizm, empatia, przeczucie, miłość, w tym miłość matki do dziecka. Nie ma logarytmów, systemów, które by sferę uczuć, emocji, podświadomości matematycznie rozpisały, tak, by były całkowicie przewidywalne, z góry wiadome. Które wyeliminowałyby rolę przypadku i ryzyka w każdej dziedzinie życia, zarówno jednostkowego, jak i zbiorowego. Ludzkość tworzy modele, zbiera wiedzę, przetwarza dane ale panowanie nad światem, w pełnej kontroli i  pewności, że jest to niezawodne, doskonałe, prawdziwe działanie, jest jeszcze poza jej zasięgiem. Ale na pewno pozostaje w sferze fascynacji, marzeń, wyzwań.

Bohaterka sztuki, Hilary, pracująca w instytucie neurologii  stawia poważny problem  natury fundamentalnej na styku psychologii i biologii: jeśli nie ma nic prócz materii, to czym jest podświadomość. Czy mózg można utożsamiać z umysłem, gdzie właściwie kryje się świadomość. Rozwój nauki jest faktem, jest nieunikniony i otwiera ciągle nowe możliwości, rozszerza pole eksperymentu, prowadzenia badań, sięgania coraz częściej tam, gdzie wyobraźnia tylko sięga. Tego procesu już się nie zatrzyma, będzie tylko ciągle przyśpieszał. Ale czy wszystko rozstrzyga i nie generuje nowych problemów, poważnych zagrożeń. Czy człowiek jest w stanie wszystko przewidzieć, nad wszystkim zapanować. Czy może to mu zagwarantować pełne bezpieczeństwo, godne życie, pozwoli zachować czyste reguły gry, relacji. Czy wyeliminuje przypadek, zbieg okoliczności. Czy uczyni człowieka szczęśliwym, mogącym bez lęku realizować swoje ambicje i potrzeby zawodowe łącząc je z udanym życiem prywatnym. Czy wyeliminuje cud. Modlitwę, która umacnia wiarę, nadzieję, miłość.

Tekst galopował, zawłaszczał całą uwagę widza. Naszpikowany był terminologią naukową, zagadnieniami z różnych dziedzin: biznesu, psychologii, finansów, matematyki, filozofii, wiary. Konstrukcje myślowe, wywody wymagały dużej koncentracji, skupienia. Tworzyły idealny, mocny kontrast z tym, co się działo w uczuciowym, motywacyjnym świecie bohaterów. Pomiędzy materią a psyche. Pomiędzy marzeniem a realnym życiem. Pragnieniem a faktami. Nieuniknionym a możliwym. Etyką a żądzą.

Spektakl zaoferował bogactwo komplikacji na styku nauki z życiem. Pokazał ogrom dylematów w jakie uwikłany jest człowiek współczesny. Z perspektywą na jeszcze większe splątanie w przyszłości. Bo proces pogoni myśli ludzkiej za jej marzeniem trwa od bardzo dawna, wpisany jest w genotyp ludzkości, przynajmniej świata zachodniego. Ścigamy się z własną kreatywnością i możliwościami od zawsze. Sięgamy po niemożliwe różnymi, nie zawsze uczciwymi metodami. A człowiecza PSYCHE jest constans. Niepoznana, świadomość niezgłębiona, nieprzenikniona. Dusza ma inne potrzeby. Żywi się inną, chyba nie z tego świata materią. Nad którą nie mamy jeszcze żadnego pakietu kontrolnego. Bo błądzimy w ciemnościach, poruszamy się po omacku. I choć wiele wiemy, to lista pytań się jeszcze długo nie skończy.

W salach kinowych obok toczyły się walki Avengersów, Mad Maxów związane nieodmiennie z koniecznością ratowania świata. Słychać było muzykę, łomot, rumor. Wizualizowała się wokół POWAŻNEGO PROBLEMU rzeczywistość wirtualna na bardzo wysokim poziomie technologicznego, filmowego przetworzenia i abstrakcji. Podtrzymująca wiarę w to, że ludzkość, cokolwiek stanie się, zostanie ocalona.  A poważne problemy dzięki wierze w cuda, również cuda techniki, będą rozwiązane.


http://ntlive.nationaltheatre.org.uk/productions/49358-the-hard-problem





POWAŻNY PROBLEM
Autor: Tom Stoppard
Reżyseria: Nicholas Hytner
Obsada: Olivia Vinall, Kristin Atherton, Anthony Calf