piątek, 5 grudnia 2014

WIŚNIOWY SAD NIKOŁAJ KOLADA




Jeżeli byliście kiedykolwiek ma spektaklu w reżyserii Mikołaja Kolady, wiecie czego mniej więcej się spodziewać. Na osnowie uproszczonego tekstu, który jest sprowadzony do roli koniecznego komunikatu, niezbędnej informacji, by całkowicie nie zgubić łączności z bazą dramatu, reżyser brutalnie przeplata krzykliwy, ckliwy, rzewny śpiew, chaotyczny, głośny rumor i sceny z życia codziennego wynaturzone karykaturalnym, zgrzebnym, charakterystycznie niedbałym aktorstwem. Kostiumy jak zwykle stanowią absolutnie lumpeksowy, przypadkowy zbiór rzeczy na powrót odnalezionych i wykorzystanych. Jakby komunikowały: nic nie może się zmarnować a w nowej konfiguracji też jesteśmy mocnym akcentem przekazu. Mam wrażenie, ze Kolada odnosi się do tego, co już wiemy i hula po swojemu według zasady: łatwo, lekko i przyjemnie. Jakby przetrącał sztywność teatralnej konwencji, jej koturnowość, wyniosłość i konieczność traktowania teatru poważnie. Jakby uwalniał scenę od napuszonej wzniosłości nabzdyczenia dramatycznego. Przekłuwał balon zadęcia proponując ogląd z przymrużeniem oka. I  w tym przymrużeniu, pomiędzy jednym ziewem a drugim, złapaną drzemką, bezkarnie, swobodnie poddajemy się nastrojowi będącemu ekstraktem tej teatralnej kołomyi. Jakbyśmy sięgali do źródła. 

By poczuć, poczuć WIŚNIOWY SAD, symbol matuszki Rosii. Utopiony w wódce, żyjący na krótkim kacu, szalony przywiązaniem do ziemi jak do osoby, którą się kocha na zabój po grobową deskę.  Za którą się tęskni. Bez której nie wyobraża się życia. Która cała jest żywym wspomnieniem dzieciństwa, szczęśliwego, bogatego życia i kochających, oddanych ludzi. Przywiązanie, sentyment, wspomnienie ciężkiej, wydajnej pracy, która przynosiła zadowolenie, poczucie dobrze spełnionej powinności, wiernej służby. Wiśniowy sad to arkadia. Jak można ją stracić? Jak można się od niej uwolnić? Jak można bez niej dalej żyć? To stan nie do wyobrażenia. Nie do zaakceptowania.

A jednak konieczny. To, co było staje się mityczną przeszłością, rajem utraconym. Przyszłość to nowe wyzwania dla przystosowania umożliwiającego przetrwanie. Kara za rozpasany styl życia. Nie znający ograniczeń, nie akceptujący powściągliwości i pracy. Stary świat musi zniknąć, wypalić się w swym niezadowoleniu, nieprzystosowaniu, marzeniach, do końca na wyjeździe, gdziekolwiek by to nie było; Moskwa czy Paryż. 

Bardziej czujemy to niż rozumiemy. Cepeliowska ludowość mieni się, wiruje. Rzewność nuty bólu istnienia łka, wyje. Pomieszanie  pragnienia, marzenia z koniecznością wymuszoną zagłuszana jest tańcem, śpiewem, modlitwą. Tak jak i cierpienie po stracie. I panaceum na wszelkie stany wzlotów i upadków-wódka, wódka, wódka.  

Maligno to jakie przerysowane, wyostrzone, karykaturalnie wynaturzone. Niby naprawdę, niby na poważnie. Niby żartem, niby patosem. Spontaniczne, szerokim gestem, zaśpiewem, grubą kreską, językiem rosyjskim, rodzimym autorowi wybrzmiałym. Poza wszystkim pozostaje wrażenie, powidok, przeczucie. Niepoważne, niegłębokie. A jednak podskórnie dojmujące. Niedoskonałe.Pospolite. Przaśne.Proste. Ludzkie. Prawdziwe.

To może być atrakcyjny teatralny zawrót głowy. Swoją egzotycznością. Swoim bezwstydem. Swoim rozpasaniem. Trafia w punkt prostoty czucia. Tak, że nieznacznie poniewiera i ciepło współczuje. Działa jak ta wódka. Mąci umysł, język rozwiązuje, oszałamia. Otwiera serce i duszę. Wywleka na powierzchnie wszystko. Codzienny, banalny brud bezowocnego filozofowania, użalania się nad sobą, narzekania. Zdziera poprawność, zasypuje głębię wszystkimi śmieciami życia. W kolorowym rosyjskim chocholim tańcu, w swojskim zaśpiewie, we wspólnocie beznadziei upadku, którego żadne marzenie nie może zagłuszyć, stłumić, skompensować. 

A jednak musimy pożałować, jak proszą. I chcemy marzyć o posadzeniu nowego sadu, choć majaczą; do Moskwy, do Moskwy, do Moskwy. I zapijamy smutek teatralną wódką chociaż białą ale zaczerniającą reputację i czerwieniącą nos. Śnimy ten sen banalny a bolący niewydarzonym, nieszczęśliwym życiem, wołając:mama, mama, ja czajka. Męczymy się bez pracy . A gdy pracujemy myśl nasza lżejsza. Po takim spektaklu lżejsza, lżejsza, lżejsza.

Tego spektaklu już nie zobaczymy. Chyba, że w Jekaterenburgu. Chyba, że gdzie w realu. Pospolita tłuszcza obżera się, dławiąc i dusząc. Bełkocze, coś jakby mówi. Wygłodniała,  niezaspokojona. Zachłanna. Prostacka. Rozkrzyczana. Wódką otumaniona stale. Pobożna wiarą prymitywną, pogańską, egzaltowaną. Ubrana na cebulę we wszystko, co ma, co przypadkowe. Co udało się zebrać, ocalić z jakiegoś kataklizmu, wojny, upadku. Twarze osmolone, wokół oczu zaczernione. Włosy nie znające grzebienia i wody. Zęby brudne, wybite. Ciała w strzępach. Dusze śmiertelnie okaleczone.To raczej duchy jakie nie ludzie. Niespokojne, czyśćcowe mary. Rozedrgane, nerwowe, zastraszone, niepewne. Nawet te, które mają pieniądze i przyszłość. Ale jednak ciągle na głębokim głodzie w niezaspokojonym pragnieniu. Marzeniu powrotu do przeszłości. Jasnej. Czystej. Bogatej. Dostatniej. Szczęśliwej. Bezpiecznej. Bo to Rosyjski Człowiek. Ducha tchnienie. W kryzysie. Na przetrwaniu. Genotyp bólu i cierpienia. Kompleksów i niemożności. Minimalizmu potrzeb życiowych i kulturalnych. Dziś znów puka do bram zachodu. A na zachodzie bez zmian. Bez zmian. Bez zmian.



http://teatrstudio.pl/spektakle/221,wi%C5%9Bniowy-sad-festiwal-kolady/

środa, 3 grudnia 2014

PRZYGODA JAN ENGLERT TEATR TELEWIZJI


Peter Brooke-Bal 


Ten spektakl widziałam w Teatrze Polonia, teraz w Teatrze Telewizji. Dwa różne oglądy, jedno wrażenie. To spektakl wzorcowy realizacyjnie, wybitny artystycznie. Teatr komunikacji i dla komunikacji. Ważny temat, istotne wartości, trudne wybory i postawy bohaterów. To teatr z treścią  nie będącą w konflikcie z formą. Dający do myślenia. Mądry, spokojny, spójny. Taki, który się nie zestarzeje, nie straci na ważności. Bo miłość, dojrzałość, odpowiedzialność, konsekwencja, konieczność sprostania problemom, ponoszenie skutków swego postępowania nigdy nie wypadną z obiegu naszych ludzkich zainteresowań. Dylematy niełatwych wyborów, weryfikacja listy tego, co jest dla nas, ludzi, najważniejsze w życiu, nie ominą nas nigdy. Nie ma co się oszukiwać. Ignorować spraw fundamentalnych dla naszego szczęścia i spełnienia w poczuciu dobrze wypełnianego obowiązku, powinności, poświęcenia dla tych, których kochamy. Jeśli kochamy głęboko, odpowiedzialnie, naprawdę. Nie dla chwili zapomnienia, kompensaty, krótkiej fascynacji, egoistycznej zabawy, przeżycia niezobowiązująco przyjemnej przygody.

Ten spektakl, głównie dzięki autorowi tekstu, Sandorowi Maraiemu, oraz wirtuozerii aktorstwa klasy mistrzowskiej Jana Englerta, proponuje nam system wartości i takie jego wprowadzanie w czyn, że czujemy głęboką tęsknotę za doświadczaniem go w swoim życiu. Intuicyjnie czujemy, my- dziś tacy indywidualni, samowystarczalni, butni w tym i pyszni- że potrzebny jest nam drugi człowiek na dobre i na złe. Tęsknimy za czułym, empatycznym, mądrym postępowaniem w zawirowaniach miłości. Chcielibyśmy rozmawiać ze sobą tak jak mąż z żoną w gabinecie. I choć wiemy, że może być na wszystko za późno, bo sami nie możemy, nie umiemy reagować na bieżąco i ratować, co dla nas ważne, decydujące o sensie życia, poczuciu szczęścia, to takiego kontaktu nam brakuje. Takiej miłości nam brakuje.

To bardzo wnikliwe studium relacji międzyludzkich, silnie osadzone w realiach życia, znajomości natury ludzkiej ale też proponujące mocny dekalog wartości, który pozwala postępować właściwie. Na pewno nie egoistycznie, samolubnie. Czujemy to tak mocno!! Bo sami marzymy o prawdziwej, odpowiedzialnej miłości. Oczekujemy uczciwości, prawdy, honorowego postępowania, które zwycięży oszustwo, wiarołomność, kradzież, zdradę. Bez odwetu, bez złości, bez zemsty. I postępowania dla dobra drugiego człowieka w poczuciu dokonania właściwego wyboru. Chcemy, gdy zajdzie konieczność, by ktoś zaopiekował się nami bez względu na okoliczności i koszty /osobiste, finansowe, wszelkie/, z myślą nie o sobie, tylko o nas. By potrafił właściwie wybrać pomiędzy koniecznością a powinnością. Miłością do pracy a miłością do człowieka. Tak,  by ratował obcych ludzi, mimo że najbliższemu człowiekowi już nie potrafi pomóc.

Nie wystarczy kochać tylko. Czuć, wiedzieć. To zobowiązuje do odpowiedzialności, wierności, pewnej uważności na siebie nawzajem, czujności, reakcji na nieprawidłowości, odwagi brania się z trudnościami za bary. I działania na czas. Nie wystarczy brać, należy dawać. I właściwie postępować, bo brak porozumienia, czasu, rozmowy rodzi konsekwencje nie do odwrócenia i doprowadzić może do bólu, do straty. Może być za późno na korektę. Na ratunek.

To piękna, mądra i czuła ilustracja psalmu świętego Pawła. Wzruszająca. Głęboka. Symulacja prawdziwa, wiarygodna. Taka, co musi być trudna i bolesna. Tym bardziej ważna. Konieczna do przemyślenia jak kochamy, co jest dla nas najważniejsze, ile możemy zrezygnować z siebie dla drugiego człowieka. Każdy z nas chce być tak kochany. Każdy chce tak kochać. Każdy chce tak być traktowany. Nie uwierzę, że nie.

A przecież tak łatwo jest zrezygnować z wysiłku podejmowania trudnych decyzji, tak lekko można pójść na łatwiznę, na skróty. Tak łatwo jest się poddać. Może gdy brakuje pewności, wiary w stałość uczuć a w obawie o bycie skrzywdzonym prewencyjnie zbroimy się we wszelką niezależność, ustalamy żelazne warunki jakbyśmy szykowali się na wojnę, nie na pokój. Przeżywamy przygodę po przygodzie, ale nawet nie w takim rozumieniu, jak w sztuce, ale dziecinnie, płytko, lekko. Na bieżąco zaspokajamy własne potrzeby, uczucia, zachcianki. Dlatego tak łatwo przychodzi pogodzić  się z zakończeniem kolejnej przygody, utratą użytego obiektu pożądania. Zabawa w związek staje się stylem życia bez zobowiązań, bez powinności, bez wyrzeczeń. Ale w konsekwencji i bez prawdziwego, mocnego uczucia. Takiego, który rozrasta się, pęcznieje, zmienia się w czasie, buduje poczucie sensu życia. Ofiarowuje wolność. Nie ogranicza, nie stawia warunków. I otrzymuje w zamian więcej i więcej. W innej formie, w innym czasie, postaci.

Postępowanie żony, podążającej za głosem serca, wydaje się szalone, impulsywne, gorące, choć ma swoje uzasadnienie a męża idącego drogą praktycznego, skutecznego rozsądku, logicznie zimne. I tu pojawia się kolejne marzenie. Pragnienie spolegliwej miłości, która wybacza wszelkie błędy. Potrafi być mądrzejsza, jedna za drugą.

Ważne by, jak ten granitowy kamień, nie wyjść poza formę prawdy. Pozostać niewzruszonym w swoim uczuciu, jeśli nawet serce niewidocznie krwawi, bo wokół niego zaciska się pętla. Sens życia nie kończy się wraz z utratą miłości, bo ta nigdy się nie wyczerpuje, jest zawsze oczekiwaniem na cud, jeśli nawet w cuda się nie wierzy.
IGOR MITORAJ


wtorek, 2 grudnia 2014

WALENTYNA TEATR TELEWIZJI


Walentyna Tiereszkowa. Fot. Wikimedia
Walentyna Tiereszkowa. Fot. Wikimedia

Pierwsza kobieta w kosmosie, Walentyna Tiereszkowa, czy jeszcze kogoś interesuje? Zwłaszcza, że wiemy, jak Związek Radziecki kreował swoich bohaterów, wynosił ponad poziomy absurdu i kłamstwa  zupełnie zwyczajnych ludzi i wykorzystywał kreowany wizerunek do manipulacji, interesu partii pod dyktando swojej polityki krajowej i światowej. Dojście do tego, co jest prawdą a co fikcją nie jest dziś do końca możliwe. Więcej można się domyślać, niż wiedzieć na pewno. Mimo dokumentów, pamiętników, znanych faktów. I całej czapy nadbudowy propagandowej, kontekstu ideologicznego, historycznego, itd., itp.

Spektakl jest nowoczesny, obraz czysty, umowny. Bohaterka jest raczej z naszego, nie z tego zaprzeszłego czasu, miejsca, systemu. Z innej gliny ulepiona. Doszło tu do pomieszania przez uogólnienie. Wyniesienie Tiereszkowej na wyżyny współczesnego spojrzenia na kobietę z okresu radzieckiej manii wielkości i wyjątkowości. Otóż myślimy, że ona myślała, jak my teraz myślimy. Opowiadamy o Walentynie naszą mentalnością. Z naszego dzisiejszego punktu widzenia. Wysublimowana współczesna forma  nie przystaje do treści, sytuacji, problemów. Pozostaje w dystansie, zgrzycie formalnym. Zamiarem było skrótowe, punktowe uogólnienie na bazie jednostkowych szczególnych przeżyć wyimków z życia pierwszej kosmonautki w związku z wyjątkową misją. Pokazanie instrumentalnego używania ludzi do celów partii, nieświadomość skutków eksperymentów, na które jednostka zgadzała się nie do końca świadomie, nie mając pojęcia, jak będzie wyglądało jej życie w trakcie i po misji.

Monolog napisany jest, między innymi, na podstawie pamiętników Walentyny. Ale nie to wybija się na plan pierwszy oglądu sztuki a cała warstwa oprawy scenicznej, sposób artykulacji tekstu przez Julię Kijowską, śpiewający chór kobiet, kosmonautek. I sugestia, ze jesteśmy na miejscu zbrodni/obrysowywany kredą skafander, ubrania, przedmioty/, gwałtu dokonanego na osobie kobiety w celach wyższych -naukowych eksperymentów w kosmosie, badanie wytrzymałości psychicznej i fizycznej człowieka w warunkach nieważkości w służbie ideologii. Kręcąca się scena i bieg aktorki pokazują kontekst całej sytuacji. Pośpiech, wysiłek, wyścig. Pierwsza kobieta kosmonautka, pierwszy lot kobiety i mężczyzny w kosmosie, pierwsze zwierzę w kosmosie /pieski  zabawki symbolicznie zmultiplikowane na scenie/ pokazują drugą, ciemną stronę tego w gruncie rzeczy politycznego eksperymentu. Jego koszty i straty. Wysiłek przygotowania. Pracę całej armii osób a namaszczenie na bohatera jednostki przez samego Chruszczowa.  W wyścigu o palmę pierwszeństwa w kosmosie pomiędzy USA a ZSRR. Zapis aktorki na scenie kredą tego, co osobiście relacjonuje, łatwy do usunięcia, wymazania, zniszczenia sygnalizuje jego nieważność, usunięcie w cień oficjalnego przekazu. A jednak się ostaje. Wybrzmiewa i uzupełnia, dopowiada, rozszerza pole widzenia.

Wybór kandydatki spośród wielu, opis rzeczywistego, prawdziwego przebiegu projektu poznawczego w kosmosie poprzez osobistą relację kosmonautki, poznanie realiów po zakończonym locie, konsekwencji zdrowotnych i społecznych Walentyny oraz jej osobistego życia po misji to treść sztuki. Ale jest to słaby, niespójny materiał dramaturgiczny; paczwork nieskładnie sklecony ze szczątków, fragmentów, symboli. Pomysł na wypraną z emocji, uczuć, tonu osobistego relację nie działa. Krzykliwy, monotonny, napastliwy zagłuszał to, co najważniejsze; niedopowiedzenia , tajemnice, charakter Walentyny, jej osobowość, rys szczególny, osobisty, wyjątkowy. Choć sztuka porusza intymne tematy, sytuacje, doznania, portret kobiety pozostaje nieodgadniony jakby był szczególnie chroniony. Jakbyśmy nadal mieli tylko dostęp do propagandowego stereotypu i informacji uprzednio poddanej ostrej cenzurze. Do archetypu. Symbolu. Wzorca. Punktu odniesienia. A fenomen jej popularności, sztucznie stworzony, promowany, podtrzymywany, jest raczej oczywisty, naznaczony stygmatem propagandowych potrzeb .

Ani tekst, ani to co poza nim, ani gra aktorska nie przybliżyły do poznania fenomenu kobiety radzieckiej, pierwszej kosmonautki. Jądro ciemności pozostało nietknięte. Niedostępne. Poza zasięgiem. Z jednej strony szczegółowość, pietyzm symbolicznego gestu scenicznego, z drugiej niekomunikatywny, intencjonalny przekaz tekstu. Forma i treść nie są komplementarne. Dowiedzieliśmy się tylko tego, co pozwolono nam zobaczyć, dowiedzieć się, dotknąć. Dane nam było tylko poznać model doskonały; bez skazy, bez rysy, bez pęknięcia, które umożliwiłoby wniknięcie w głąb prawdziwego człowieka, w żywą, czującą, myślącą kobietę. Otrzymaliśmy produkt systemu. Ofiarę specjalnej misji. Kosmiczną super bohaterkę, najbardziej wpływową kobietę w kraju, dowód na wielkość partii i systemu. Triumf ideologii stwarzająceJ człowieka na swój obraz i podobieństwo.

Oczywiście wysiłek artystów jest wielki, widoczny. Ciekawy pomysł, formalnie przemyślany, żelazna dyscyplina, konsekwencja wykonania. Koloryt, nastrój, ruch sceniczny. Tempo, nasycenie znaczeń ruchu i gestu. Chór kobiet śpiewa pięknie. Julia Kijowska gra genialnie. Z niebywałą ekspresją, w morderczym tempie. Przedstawienie zrealizowane jest świetnie. Nowocześnie, pomysłowo, z niebywałą pieczołowitością, w monochromatyzmie z akcentami bieli , czerwieni, pomarańczu, co świetnie się ogląda. Ale nadal nic więcej nie rozumiem, nie czuję, nie dowiaduję się. Braki dramaturgiczne, słaba kompozycja tekstu, jednowymiarowy kontekst powodują, że nic z tego nie wynika poza tym, co już dawno znamy, wiemy. Wieje chłodem, obcością, nieprzystępnością uszczelnionego portretu pierwszej kobiety kosmonautki komunistki. Relacja przygotowań do lotu, wrażenia z pobytu w kosmosie, konsekwencje eksperymentu, skutki dla wizerunku i życia osobistego pozostaje tylko informacyjną pulpą.

Sami realizatorzy spektaklu chyba dostrzegli słabą komunikatywność spektaklu, bo uznali, że wymaga dodatkowych wyjaśnień, informacji po zakończeniu emisji. Teksty w mediach też rozjaśniały konteksty zdarzeń scenicznych. I bardzo dobrze. Ale nie o to przecież w przekazie teatralnym chodzi.

Spektakl stanowi przykład zdarzenia artystycznego, które narodziło się z interesującego pomysłu, zostało zrealizowane w perfekcyjnym kształcie, w dodatku zagrane brawurowo w imponującym tempie i natężeniu wymagającym doskonałej kondycji fizycznej  i dyspozycji artystycznej mogącej sprostać galopującej  narracji.  I pokazuje problem wkręcania jednostki w tryby polityki, ideologi, medialnej histerii popularności. Ale jest absolutnie obojętne emocjonalnie. Pozostała garść informacji ogólnie dostępnych, ciekawe pomysły inscenizacyjne, piękne brzmienie chóru kobiet i doskonała gra aktorska.Ale nawet ostatnie wzruszające ujęcie rozedrganej, zdezorientowanej twarzy bohaterki z łzami w oczach nie mógł zatrzeć ogólnego wrażenia. W dalszym ciągu nie znam WALENTYNY. Gorzej, nawet nie chcę jej poznać. Nie poczułam jej. Nie rozumiem. Pozostała mi zupełnie obojętna. Mogłaby nie istnieć.


 „Walentyna" - nagroda Platinum Remi w podkategorii 357 Film&Video Art w kategorii Independent Experimental Film&Videos/Festiwal WORLDFEST w Houston to Międzynarodowy Festiwal Filmów Niezależnych. Jest jednym z najstarszych festiwali tego typu na świecie./


http://www.teatrtelewizji.tvp.pl/teatr_tv/aktualnosci/artykul/walentyna_17818010/
http://wyborcza.pl/1,75400,14106690,Walentyna_Tierieszkowa__Chce_umrzec_na_Marsie.html
https://www.youtube.com/watch?v=d1MvYE2Pjz8

niedziela, 30 listopada 2014

TRAMWAJ ZWANY POŻĄDANIEM NATIONAL THEATRE LIVE




Po raz kolejny obejrzałam w Multikinie spektakl transmitowany do polskich kin w ramach   National Theatre Live. To jasne, że wolałabym być w teatrze w Londynie ale nie żałuję. Gdy nie ma możliwości /odległość, koszty, czas, język/, ten filmowy kontakt ze sztuką teatralną jest równie ważny. Inaczej przepadłby dla mnie na zawsze, byłby niedostępny, poza zasięgiem. Rozważania na temat, czy oglądać transmisje teatralne czy nie, jest, moim zdaniem, bezprzedmiotowy. Liczy się ogląd. Zawłaszczenie dla siebie sztuki. To, co w nas pozostaje i co dla nas znaczy. 


Równie dobrze można by  kwestionować 61 letni dorobek Teatru Telewizji. W kinie mamy olbrzymi ekran, dający złudzenie naturalnych wymiarów scenę. Ekran telewizora jest mały, znikomy w porównaniu z przestrzenią teatralną. To namiastka. W realu to ja jestem okiem kamery, reżyserem tv, operatorem kamery rejestrującym w pamięci obraz przekazu scenicznego. Realizacja i reżyseria filmowa narzuca nam punkt widzenia. Dodatkowo interpretuje selekcjonując obraz. Ale nadal jest to teatr. Dobrze, że jest. I to nieprawda, że te substytuty teatralne są mniej ważne. Nieprawdą jest też stwierdzenie, że widzowie nie pójdą do teatru żywego. Ogląd filmowy, telewizyjny rozbudza apetyty. Przyciąga uwagę. Wzmaga ciekawość. Rozszerza pole widzenia, rozumienia, przeżywania. To działa. Zauważam coraz większy  udział widzów, rosnące  zainteresowanie emisjami kinowymi, telewizyjnymi. W teatrach też widownia jest pełna. Nadkomplety częste. Chodzimy do teatru, chodzimy na teatr do kina, oglądamy Teatr Telewizji nawet trzy, cztery razy w tygodniu. Im szersza będzie oferta, tym lepiej. Im więcej możliwości, tym bogatszy, zróżnicowany repertuar. Niech nas od przybytku głowa nie boli. Niech nie obraża czy oburza nas szansa dostępu do sztuki. Jaka by nie była. Ocenę pozostawmy krytykom i widzom. Ale obejrzeć zawsze warto. Nie obśmiewajmy, nie deprecjonujmy alternatywnych form kontaktu z teatrem. Nie wybrzydzajmy, nie upierajmy się, że jeśli teatr, to tylko i wyłącznie bezpośrednie, żywe, realne tu i teraz. 

Mówi się o tym, że spektakl teatralny żyje krótko. Za każdym razem jest inny, emanuje różnym natężeniem energii. Akcenty mogą się zmieniać, gra aktorska, sceny, ich ujęcie. To wszystko prawda. Teatr to ciało żywe. Ale trzeba też pamiętać, że widz nie jest w stanie być na każdym przedstawieniu, by uczestniczyć w tych zmianach, przeobrażeniach. Dostaje zawsze, nawet jeśli jest wielokrotnie na tej samej sztuce, obraz cząstkowy, na dany dzień,wieczór z całego życia spektaklu, od premiery do pożegnania z tytułem. Rejestracja pozwala wracać do dzieła skończonego, zamkniętego. W jakimś szczególnym momencie jego ujęcia. Ale czy nie sięgamy wielokrotnie po ulubione książki, filmy? Można wracać więc i do teatru. I tak możliwe jest za każdym razem odnajdywanie nowych treści, interpretacji, znaczeń. Bo to my się zmieniamy, nasz punkt widzenia i rozumienia, zarówno samego życia jak i sztuki. 

W londyńskim TRAMWAJU ZWANYM POŻĄDANIEM jedzie głównie jedna pasażerka, Gillian Anderson. Reszta jest komplementarna. To ona dominuje, narzuca bieg zdarzeń, tworzy gorącą, duszącą atmosferę. Sobą wypełnia a w końcu rozsadza przestrzeń. Zagadana, mówiąca do siebie, do wszystkich, do nas na jednym męczącym, monotonnie brzmiącym tonie zaciska pętlę. Mówienie trzyma ją przy życiu, buduje sytuacje uzasadniające jej rację stanu, ujawnia prawdziwe i zmyślane motywacje,  pozorne i realne działania, iluzje przemieszane z faktami. Słowotok ją ratuje i gubi. Podkręcany alkoholem, podkręcany słabnącą wolą życia. Jest orężem, objawem choroby, od którego ginie. Pozostaje w pamięci pulsujący podskórną frustracją, desperacją monolog wewnętrzny skierowany do wyimaginowanego odbiorcy. Bo nikt, kto jest obok niej, nie może , nie chce, nie jest w stanie jej pomóc. Oglądamy ostatni zryw cierpiącej duszy i zużytego ciała do życia poza zasięgiem. Blanche sama umieszcza się w smudze cienia. Otumaniona staje na skraju możliwości, na krawędzi akceptowania, na ostrzu wytrzymałości a jej nieustające mówienie to jedyny sposób dowodu na istnienie. Bo Blanche płonęła zawsze ogniem pożądania podtrzymującym ją przy życiu. Ale nie zaspokajała pragnienia miłości. Poczucie winy i niespełnienia doprowadził ją do samotności topionej w alkoholu, znieczulaniu przygodnym seksem. Alkoholizm z seksoholizmem to zabójcza mieszanka. Szczególnie dla kobiet. Im się nie wybacza. Nie traktuje ulgowo. Nie daje kolejnej szansy.

Wszystko jest skończone, zanim się zaczęło. Szaleństwo budowane krok po kroku przez błędnie podejmowane decyzje. Decyzje uwolnienia  impulsu, emocji, uczuć. Co się nie udaje, przynosi klęskę po klęsce. Doprowadza w końcu do usunięcia, wykluczenia, przegranej. Stanley Kowalski, rewers Blanche- równie niezrównoważony, szalony, głośny, apodyktyczny, brutalny, podporządkowujący sobie wszystko i wszystkich na swoich warunkach- zwycięża. Dzika, nieokiełznana żywiołowość, męska fizyczna siła. Mroczny przedmiot pożądania. Kobiet i mężczyzn. To on daje życie, zarabia na życie, uzasadnia sens życia. Ostatecznie rządzi, pozwala przetrwać. Pozostali są tłem, kontekstem, uzupełnieniem. Blanche jest tym ciałem obcym, który musi zgwałcić, wyeliminować, bo przeszkadza mu żyć po swojemu. Za bardzo mu przypomina siebie. Jest zwierciadłem, w którym się przegląda. Wyrzutem i zarzutem. Dyskomfortem. Przeciwnikiem. Balastem. Zawalidrogą. Mężczyzna za każdym razem zgarnia całą pulę, kobieta traci wszystko.

W sztuce Gillian Anderson aktorsko zwycięża. Na koniec trudno ją znieść. Ma się jej dość. Chce się od niej uwolnić. Razem z całą resztą pragnie się ją odrzucić. Tak, jak problem, którego nie można rozwiązać. Ból, który trudno zaakceptować. Ciężko wypracowaną porażkę, którą nie sposób obrócić w sukces szczęśliwego zakończenia. Odrzucamy, co nie jest w stanie zadbać o siebie samego, co ciągle przypomina nas samych, co paraliżuje normalne życie i infekuje je bakcylem  zepsucia, słabości, niemożności. Pragnienie spokoju silniejsze jest od pożądania miłości niemożliwego do spełnienia. Dla Blanche pobyt u siostry jest stacją końcową, dla Stanleya kolejną. Ona zakończyła podróż, on wysiadł na przystanku Blanche, by za chwilę ruszyć dalej i dalej. 

Blanche wsiadła do tramwaju zwanego pożądaniem w wieku 16-tu lat, kiedy opuściła dom idąc za miłością do  chłopaka w jej wieku, który okazał się gejem. Podążała za nim dalej do żywego dotknięta, boleśnie zraniona, w poczuciu zawodu, winy i niespełnienia aż w końcu powiedziała mu zazdrosna w złości, że się nim brzydzi i kolejną jej stacją było jego samobójstwo. Podążała dalej w poszukiwaniu miłości, którą straciła, a wina w niej i żal rósł w miarę kumulacji kolejnych pomyłek. Coraz bardziej pożądała, straceńczo  łaknęła miłości. Zawiedziona, znalazła się w ślepym zaułku niespełnienia. Obciążona koniecznością opieki swoją rodziną, zmagała się samotnie z bólem, cierpieniem, stratą najbliższych jej osób, skazana na porażkę. Całkowicie niezaradna życiowo, finansowo niewydolna, miotająca się w pułapce niemożności, piękna i młoda ale samotna kobieta przegrywa. Nie daje rady. Zawodzi. Niszczy siebie. I ma tego świadomość. Z takim bagażem, garbem negatywnych doświadczeń, emocji, na skraju wyczerpania, trafia do swojej siostry. To jej kolejny przystanek. I tu zaczyna się kolejna walka, sama czuje, że ostatnia, szaleńczego pożądania, podkręcanego alkoholem i wyczerpującą się wolą życia o przetrwanie. To przystanek końcowy. Bo inni ludzie, bliscy czy dalecy, kierują się tym samym, równie niezaspokojonym głodem miłości i trwania. Ale tylko silniejszy, bardziej bezwzględny, brutalny, działający z dziką siłą prymitywnego instynktu przetrwa. I ci, którzy są mu potrzebni, niezbędni, bliscy. Reszta musi odejść. Za wszelka cenę.




TRAMWAJ ZWANY POŻĄDANIEM
The Young Vic Theatre

Autor: Tennessee Williams
Reżyseria: Benedict Andrews
W roli Blanche DuBois: Gillian Anderson 
W roli Stanleya Kowalskiego: Ben Foster 
W roli Stelli Kowalski: Vanessa Kirby 
Zobacz zwiastun: http://www.youtube.com/watch?v=dwf4X6O-EPM
Więcej informacji (w tym pełna obsada): http://ntlive.nationaltheatre.org.uk/productions/ntlout7-a-streetcar-named-desire
czas trwania: ok. 195 min. + ok. 20 min. materiałów dodatkowych (wywiady, reportaże).

wtorek, 25 listopada 2014

REWIZOR NIKOŁAJ GOGOL JERZY STUHR TEATR TELEWIZJI




REWIZOR Nikołaja Gogola to klasyka niosąca wartości uniwersalne a dzięki temu i współczesne. Mamy się przejrzeć w lustrze prawdy, przejść przez piekło bezlitosnej krytyki, by poprzez wiedzę o sobie i rzeczywistości jaka jest, dojrzeć do niezbędnej korekty. I to w przyjaznym dydaktycznym ujęciu. Poprzez śmiech, poprzez komedię. Karykaturalny obraz stosunków karykaturalnie wyostrzonych portretów psychologicznych postaci w karykaturalnych sytuacjach. Jako żywo doskonale wszystkim znanych.

Ale tak się ostatnio składa, że Gogol nie śmieszy. U Kolady w Teatrze Studio odnieść można wrażenie, że mamy do czynienia ze światem prymitywnym w okresie kształtowania się cech człowieczych i relacji międzyludzkich wyłaniających się dopiero z prehistorycznej zupy wszelkiego śmiecia, błota, przypadku. To obraz przytłaczający. Przerażający. Prymitywny. Ułomny. Przaśny. Przypadkowy. Będący zaczątkiem człowieczeństwa. Chlestakow to element mobilizujący, opresyjny, mroczny i demaskujący. Kolada powinien był wyciąć zdania:" Z kogo się śmiejecie? Sami z siebie się śmiejecie", bo wybrzmiały niewiarygodnie. Początek świata z jego kiczu, chaosu, hałasu, migotliwości, niestabilności i najniższych instynktów oraz niemożność wydobycia się z tego brudu błota-oto obraz, od którego nie można się uwolnić. Irytująco odrażający, brudny, zły. To nie śmieszy.

Jerzy Stuhr zafundował nam zupełnie obojętnego nam REWIZORA. Publicystyczną relację reporterską. Lub materiał dziennika telewizyjnego. Może też materiał demaskujący, zebrany  i przedstawiony publicznie w TV przez dziennikarza śledczego. Albo spot przedwyborczy; krytyczny, ośmieszający, tendencyjny, karykaturalny. Konflikt matki z pretensjami z córką z kompleksami. Jak Horodniczego z Chlestakowem, bezradnego, przestraszonego ojca z rozwydrzonym synem. Obraz pokazujący podwójne standardy etyczne, moralne. Trochę polityki lokalnej, trochę o bałaganie zarządczym, korupcji, układach lokalnych władzy, kłopotach z bezstresowo wychowywaną młodzieżą, z którą obchodzić się trzeba jak z jajkiem. Zupełna bezsilność dojrzałości wobec nieobliczalnej młodości. Kumulacja głupoty młodych i starych. Portret mentalny małej, zakompleksionej społeczności prowincjonalnej. Albo  sensacyjna informacja o sfrustrowanym notablu, który zaczął strzelać z broni automatycznej z balkonu do wyimaginowanego obiektu.

To nie jest Gogol spójny, konsekwentny, śmieszny. To jest uproszczony Gogol naszych czasów. Przeciętny, opóźniony, niezdecydowany, zawieszony pomiędzy starym a nowym światem. Zaścianek małych, osobistych interesów, prywaty, głupoty, ograniczonych horyzontów, wybujałych ambicji. Mikrokosmos społeczny prowincji. Polski, jaką jesteśmy.

Stuhr umieszcza akcję w plenerze Starego i Nowego Sącza i jest to przestrzeń kolorowa, przaśna, rozświetlona słońcem. Wysprzątana z brudu, bałaganu i ludzi. Zupełnie sterylna, na gwałt wyszorowana ze zbędnego elementu w oczekiwaniu na przyjazd dygnitarza, mocarza, pana i władcy potrzebnego do zachowania status quo, tak, by się nic a nic nie zmieniło. Wnętrza sali konferencyjnej, knajpy, domu weselnego, kostiumy z balu przebierańców. Nie chce się płakać ani śmiać. Ot, nuda, nuda, nic nowego. No może złość, dlaczego nikt nie przywoła do porządku tego głośnego, pazernego, pijanego, gnuśnego, pyszałkowatego gówniarza z wyciągniętą po wszystko ręką. Chwytającego okazję w lot. Bezwzględnie drenującego kieszenie każdego. Rozpuszczonego jak dziadowski bicz. Dają mu, to bierze. Czy chodzi o przekaz, że dorośli boją się dzieci? Nie wychowują a finansują ich wszystkie zachcianki. Nie z lęku ale dla świętego spokoju. Młodzi biorą wszystko!

Ten spektakl jest rozdarty pomiędzy elementem klasycznym a 
współczesnymnowym  a starym, dojrzałym a młodym. W kontraście aktorstwa; poziomu, stylu, pomysłu na rolę, na postać. Doświadczeni aktorzy grają w innym świecie, młodzi są ponad nim. Wyjadacze są charakterystyczni, wypracowani, odrębni. Narybek poszukuje, błądzi, gubi się z braku doświadczenia i wyczucia, w niedostosowaniu do pozostałych. Jak zwykle doskonały Jerzy Stuhr, wspaniała Agata Kulesza. Manieryczny Marek Kalita, przerysowany perfekcyjnie Piotr Cyrwus.

I tak Rewizorem 
powszednim, bez epatowania, zadęcia, wypuszczonym na świeże powietrze, uwolnionym choć nawiązującym do tradycji, bez ścigania się z genialną, ortodoksyjną realizacją z Tadeuszem Łomnickim, nawiązuje Jerzy Stuhr zbyt dosłownie do współczesności, którą doskonale w jego realizacji rozpoznajemy. Może dlatego tak drażni, jątrzy i i się nam, widzom, nie do końca podoba. No i nie śmieszy. Ani, ani.

Horodniczy z blond wąsikiem Hitlera, sympatyczny portret psychologiczny Jerzego Stuhra, jaki nosimy w pamięci z poprzednich ról, nie pasuje nam do frustrata 
strzelającego histerycznie na oślep  do nieobecnego Chlestakowa, czy kogo tam widzi na placu. Jego: "Z czego się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie" wybrzmiewa jak ostrzeżenie. Ale nie można się śmiać z nikczemności, zła, głupoty, bezsilności, które mogą uchodzić bezkarnie. Nie można śmiać się z frustracji, która może generować tragiczne skutki, wcześniej zupełnie nie do przewidzenia.  Ciąg dalszy Rewizora, który możemy sobie tylko wyobrazić, na pewno nie będzie śmieszny. Bo z wizyty na wizytę Rewizor niebezpiecznie przybliża się od czasów współczesnych Gogolowi do naszej rzeczywistości. Gdzieś już tu jest z nami. Tuż, tuż. 


http://www.teatrtelewizji.tvp.pl/teatr_tv/aktualnosci/artykul/rewizor-rez-j-stuhr_17314037/