piątek, 6 września 2013

Konstelacje : Nick Payne, Adam Sajnuk, Grzegorz Małecki, Teatr Polonia, Widzowie



Każdy teatr czeka na takich widzów, którzy przybyli  5.09.2013r. do Teatru Polonia na melodramat „Konstelacje” Nicka Payne'a w reżyserii Adama Sajnuka.  Wiernych teatrowi, w napięciu oczekujących na przedstawienie, żywo reagujących, wypełniających wszystkie miejsca na widowni, łącznie ze schodami.  Czy dostali to, po co przyszli? Gdyby chcieli odpowiedzieć! Oklaski świadczyły o satysfakcji. Owacji nie było.

I słusznie. To zgrabnie napisane, sprawnie wyreżyserowane i, jak Bóg przykazał, zagrane przedstawienie.  W pomysłowych dekoracjach z muzyką wykonywaną na żywo. Chciałoby się powiedzieć wzór, norma, kanon teatralnego poziomu rozrywki z nienachalnym morałem. Propozycja wariacji na temat wielowariantowego , potencjalnego scenariusza zdarzeń życiowych. Zabawy formalne, interpretacyjne i aktorsko-warsztatowe oparte na kontraście, to źródło ich inspiracji. Można się poczuć jak w szkole. Szkole teatralnej, dramatopisarskiej, reżyserskiej, aktorskiej. Szkole życia. Szkole uczuć. Szkole kosmiczno-pszczelarskich odniesień: pewne- przypadkowe, razem- osobno, skomplikowane- proste, naukowe- życiowe, męskie- żeńskie, zdrowie- choroba, życie- śmierć. Nie zatrzymujcie się, szukajcie dalej. Konfiguracji jest nieskończenie wiele. Nie ustawajcie w wysiłkach!

To może być nudne, upierdliwe, zapętlające się , namolne ćwiczenie. Męczące w powtarzalności modeli, konfrontujących się symulacjach możliwych układów zdarzeń, testujących tę samą sytuację ze zmiennym składnikiem cząstkowym, po uwzględnieniu zmiany parametrów. Puśćmy wodzę wyobraźni, skierujmy ją w kierunku  układu ziemia- niebo, ludzie- gwiazdy, ograniczenia- nieskończoność pod hasłem: ”co by było gdyby”. Otrzymamy wariacje na temat własnego życia. Nic więcej. Nic mniej.  Na około godzinę i pół.  Przećwiczmy to razem. Pobawmy się. Pożonglujmy zmiennymi we wszechświecie. Twórzmy konstelacje, układy zdarzeń, sytuacji. Konstruujmy modele architektoniczne życia. I skonfrontujmy ze sobą. Życie stanowi jednak konfigurację zdarzeń trudnych do przewidzenia. Można przygotowywać się, uczyć, próbować, ćwiczyć, a i tak życie okaże się bogatsze, silniejsze, nieprzewidywalne. Bo my  jesteśmy zmienni , słabi, ograniczeni, uwikłani w sytuacje, które nas przerastają, które nas zaskakują, dopadają. Z których nie ma wyjścia.  Którym trzeba się bezwzględnie poddać. Ulec. Przeżyć.  
"Wiesz, dlaczego nie można polizać czubków swoich łokci? One mają w sobie tajemnicę nieśmiertelności". W ilu konfiguracjach trzeba to powtórzyć, by to sprawdzić? Może nie trzeba. Wiemy, że to niemożliwe. Powtarzanie  jest czarowaniem rzeczywistości, zaklinaniem szczęścia , wiarą w cuda. Jest buntem przeciw nieuniknionemu. Nieustępliwością, walką, poszukiwaniem. Czystym wariactwem. Może więc nie trzeba dzielić po wielokroć włosa na czworo, by poznać i doświadczyć prawd podstawowych i oczywistych.  
Ale, ale! To popis możliwości teatru. W życiu nic dwa razy się nie zdarza. W teatrze możemy ćwiczyć, doświadczać, symulować w nieskończoność.  Bezpiecznie, bez ryzyka porażki i rozczarowania. Każdy prawdopodobny układ jest dozwolony. Ilość kombinacji jest nieograniczona. Autor sztuki ograniczył się do kilkunastu. I tak daje nam to wyobrażenie możliwości wyboru, jako takiego przygotowania się do reagowania w momentach przełomowych, kryzysowych, granicznych. Możemy pomyśleć wcześniej. Możemy przynajmniej spróbować przewidzieć te lub inne ograniczenia, uwarunkowania, konsekwencje. A jednak nie wyeliminujemy znaczenia przypadku i skutków wszelkich możliwych wyborów. Dopada nas nieuniknione , bez znieczulenia, nieodwołalnie.

Ale, ale! To tylko zabawa kreacją, umownością, iluzją zaproponowana przez młodego/28 lat/ dramatopisarza, Nicka Payne'a /autor dziesięciu sztuk teatralnych/.  Popis umiejętności aktorskich Grzegorza Małeckiego. Lekcja dla nas. Wizualizacja tego, czym aktorstwo może być i jakie ma możliwości ekspresji. Warto kolekcjonować role  Grzegorza Małeckiego.  Dyplomowa rola w  "Dziadach". Później  w „Tangu” Mrożka, „Bezimiennym dziele” Witkacego, „Mrocznym, mrocznym domu” w Teatrze Narodowym/do obejrzenia/.  To kolejne konstelacje artystycznych kreacji. Maria Seweryn to przy nim pilna uczennica, siłowe rozwiązanie praktyk aktorskich możliwości. Poprawność wypracowana , wycyzelowana, wyrazista, domknięta. Słowa, kwestie wypowiadane z nienaganną dykcją,  ale jakby z trudem , z niezrozumiałym oporem się uwalniające. Wszystko jest czytelne, zróżnicowane ale doskonale opakowane w raz opracowanej interpretacji. Powściągliwość i praca Seweryn w porównaniu z lekkością, finezją , naturalnością perfekcyjnych wariacji  Małeckiego, oto co dostajemy. Patrzcie i uczcie się! Wyciągajcie wnioski z tej konstelacji. Satysfakcja gwarantowana.

Ale, ale! To też popis umiejętności reżyserskich Adama Sajnuka. Nie dziwi, bo potwierdza   po nagrodzonym "Kompleksie Portnoya" w Teatrze Konsekwentnym/nagroda FELIKSA /,  "Pocałunku" w Ateneum, "Zaklętych rewirach" w Studiu swoją klasę. To interesujący , wspaniale rozwijający się artysta. To człowiek, który swoją pasją i miłością do teatru , uporem i konsekwencją/nomen omen założył i prowadzi od 15 lat niezależny Teatr Konsekwentny obecnie przekształcający się w Teatr WARSawy/ , siłą woli i talentu potrafił wybić się na niepodległość , by robić w sztuce swoje. Znam wielu fanów Adama Sajnuka, którzy uporczywie konsekwentnie, po wielokroć chodzą na jego spektakle. Wierni jego zapałowi i wrażliwości podążają za nim , również do innych teatrów, które zyskują nowych widzów. Oto jak miłością do teatru można żyć i zarażać nią innych, mimo niesprzyjających konstelacji: finansów, polityki, wszelkich przeciwności losu brutalnego, bezwzględnego, ślepego. Z tego szaleństwa sajnukowego, okupionego pracą, konsekwencją działania, wyłoniła się wspaniała metoda przyciągania ludzi do teatru, i to w taki sposób, że do niego wracają, że go odnajdują  w innych teatrach warszawskich.

Nie zatrzymujmy się na propozycji Teatru Polonia. To może być doskonały początek. Lekcja zaliczona, czas na kolejne konstelacje teatralne. Czekają. Powodzenia!


KONSTELACJE  Nick Payne

tłumaczenie: Elżbieta Woźniak
reżyseria: Adam Sajnuk

Marianne: Maria Seweryn
Roland: Grzegorz Małecki /aktor Teatru Narodowego/

wtorek, 3 września 2013

Witaj szkoło czyli nowy sezon teatralny

Gdy zapytałam swojego brata jaki teatr lubi, odpowiedział, że oczywiście rozrywkowy, bo dramat  przeżywa codziennie w pracy.  Jest lekarzem, pracuje  w szpitalu. Podobnie jest z każdym z nas. Myśląc o teatrze, kinie, wystawie oczekujemy, że czas tam spędzony przyniesie nam wytchnienie, spowoduje, że nabierzemy dystansu do rzeczywistości i nas samych. Przeważnie chcemy się zrelaksować, miło spędzić czas, często  w towarzystwie osób, z którymi dobrze się czujemy, bawimy, które znamy. Często wystarczy dobra rozrywka na przyzwoitym poziomie dająca poczucie dobrze wykorzystanego czasu.

Jesteśmy tego warci. Dużo pracujemy. Ciężko pracujemy. Mamy mało czasu. Interesujemy się teatrem. Stąd wysokie oczekiwania. Stąd dobre nasze przygotowanie do odbioru sztuki. Selekcji spektakli dokonujemy starannie i po namyśle. Tak, by minimalizować ryzyko rozczarowania  i koszty. Idąc do teatru , wiemy czego się mniej więcej możemy spodziewać. Znamy swoje preferencje. Wiemy, co i kogo lubimy. Chodzimy często do tych samych teatrów, na tych samych aktorów, reżyserów, autorów, artystów.  Oczywiście niespodzianki są mile widziane.

Powinno być miło. Powinno być rozluźniająco. Powinno być odprężająco. Zwłaszcza gdy spektakl jest grany w ciągu tygodnia. Wtedy często bezpośrednio z pracy idziemy do teatru. Bo późno pracę kończymy, bo jeszcze musimy po drodze, w międzyczasie, coś załatwić, bo na mieście korki. Spektakl nie może być zbyt długi. Przecież następnego dnia idziemy znów do pracy. Musimy być przytomni, wypoczęci, wyspani.

Nie zawsze udaje nam się z uwagą oglądać spektakl. Rzadko, ale zdarza się, że  ktoś przysypia w fotelu. Raczej częściej ze zmęczenia niż nudów. Żartów nie ma. Jedni przysypiają,  a niektórzy mają sensacje zdrowotne. Bywa, że wzywana jest karetka a pacjent po cichu , dyskretnie  jest do niej przenoszony. Dla pozostałych show must go on.

Gdy spektakl zawodzi pokładane w nim nasze nadzieje, rozczarowuje nas, nie mamy skrupułów  by wyjść w trakcie jego trwania. Cenimy swój czas, oszczędzamy nerwy, mamy wyraźnie zaznaczone granice wytrzymałości na eksperymenty teatralne. Ale nie stronimy od nich. Jesteśmy otwarci, ciekawi i cierpliwi. Szukamy sensu, znaczenia artystycznych wysiłków. Wierzymy, że zawsze za nimi kryje się ważne przesłanie, myśl, informacja. Czasem warto przyjść do teatru po jedną frazę, jedną scenę , jedną kreację aktorską. Zjawiamy się w teatrze z nadzieją, że coś się wydarzy, coś przeżyjemy, czegoś się dowiemy. Dla każdego może to być coś innego. I zazwyczaj bywa.

Wracamy do teatru. Po wzruszenie, przeżycie , olśnienie. Oczkujemy cudu, który nas poruszy, zachwyci, zmieni, oświeci. Liczymy na katharsis. Nie zadawalamy się byle czym. Nie damy sobie wmówić byle czego. Interesują nas wysokie rewiry sztuki. Najwyższe. Niezrażeni porażkami, wracamy do teatru. Mamy nadzieję, że może  tym razem się uda. Jeśli nie tym razem, to następnym. Mimo zmęczenia,  trudów dnia codziennego pędzimy do teatru na spotkanie ze sztuką, ze sobą, na wyższym poziomie czucia i rozumienia. Idziemy po nadzieję. Z nadzieją. Wiemy, że cuda się zdarzają. Wierzymy w to. Najważniejsze, by ich nie przegapić. Najważniejsze, by być na nie gotowym.

Czasem wystarczy być. Być w teatrze. Nawet w środku tygodnia, po pracy, między jednym zmęczeniem a drugim. Nawet na najbardziej uwierającej, trudnej do wytrzymania sztuce. Takiej, która trwa kilka godzin, bez przerwy. Takiej, która się kończy nawet po północy. Nawet ta najbardziej fizycznie męcząca potrafi nas zachwycić, oczarować, zainteresować. Może wiele nam zaoferować. Niekoniecznie musi nieść prawdę, piękno, doskonałość zbalansowanej  treści i formy. Czasem wystarczy złudzenie, iluzja, przybliżenie. Nie zawsze wszystko do nas od razu dociera i jest jasne, czytelne, rozpoznane, przeniknięte do końca. Taka sztuka w nas długo pozostaje, dojrzewając razem z nami. Wierci się w nas, nie daje spokoju, pobudza do poszukiwań, myślenia i zmusza do powrotu do teatru. Niektórzy z nas po wielokroć oglądają tę samą sztukę, odnajdując w niej za każdym razem coś nowego. Czar tajemnicy zaklęty w spektaklu działa. Przyciąga nas i uzależnia. Rozwija. Pobudza umysł i czucie. Wynosi życie na wyższy poziom, nadaje mu głębszy wymiar. Rozerwijmy kod codzienności, bo choć się od niego nie uwolnimy, to wszczepiając mu gen teatralnego nawyku obcowania ze sztuką, wzbogacimy go.
 
Spotkajmy się w teatrze. Ze sztuką , z artystami, ze znajomymi. Rozpoczyna się nowy sezon teatralny. Rozpoczyna się nowa przygoda z teatrem. Witaj teatralna szkoło życia!

piątek, 30 sierpnia 2013

Tomasz Janowski dyrektorem Biura Kultury w Warszawie

Czy obywateli, widzów teatralnych, winno interesować życie polityczne stolicy? Z pozoru nie, jednak decyzje polityków i nominowanych przez nich urzędników mają duży wpływ na kondycję i funkcjonowanie teatrów. Ważne jest, kto decyduje, jakie ma zdolności i kompetencje, jaką ma wizję sprawowania swojej misji. 

Najpierw to my wyborcy decydujemy w wyborach bezpośrednich kto będzie prezydentem miasta. Prezydent decyduje na jakich zasadach wybiera dyrektora Biura Kultury. Dyrektor określa finansowanie i zasady wyboru dyrektorów teatrów. Ci decydują kogo zatrudniają i co wystawiają. Na końcu jest artysta z kondycją talentu w bieżącej chwili.  Tu pojawia się krytyk spychany do kąta promocji i marketingu, mający coraz mniejszy wpływ na ocenę pracy artystów i teatrów. I znów pojawia się wyborca, widz, który decyduje do jakiego teatru pójść, na co/kogo kupić bilet. Mamy więc wpływ na to, co się dzieje w teatrach.
 

Biuro Kultury m.st. Warszawy ma nowego dyrektora, Tomasza Janowskiego. Pod presją referendum, mającego się odbyć 13 października 2013r., Hanna Gronkiewicz-Waltz zdecydowała się na zmiany personalne w ratuszu. Tak polityka wpływa na życie teatralne stolicy a nie tylko względy czysto merytorycznej oceny pracy Marka Kraszewskiego, dotychczasowego p.o. dyrektora Biura Kultury.

Czekano sześć lat, by w ciągu jednego dnia, raptem, stosując procedury konkursowe, w dodatku jasne, przejrzyste, skuteczne, wybrać przez wiarygodnych, akceptowanych jurorów/16-stu!!/, nominata z wyższym wykształceniem i to nie „pełniącego obowiązki” a o silnej pozycji już na wejściu. Fakt, że świetnie orientuje się w sprawach warszawskiej kultury, był wicedyrektorem TR Warszawa, ma doświadczenie w pracy w Instytucie Adama Mickiewicza /kierownik wydziału komunikacji/, był menedżerem programu Polska Arts Edinburgh, prezentującego polskie spektakle na edynburskim festiwalu Fringe, pracował w reklamie /agencje BBDO i Upstairs Young/ miał istotny wpływ na  wybór Tomasza Janowskiego na to stanowisko, które ten spodziewa się objąć już w październiku. Priorytetowym zadaniem będzie wdrożenie Programu Rozwoju Kultury 2020.

Życzę nowemu dyrektorowi jak najlepiej. Poprzedniemu też życzyłam. Cóż z tego? Nie ma to żadnego znaczenia. I nie będzie miało. Ważne, co dyrektorzy na tym stanowisku robią lub czego nie robią. Jak są uwikłani w  politykę, w jakim stopniu ograniczeni reżimem budżetu, jakie mają przygotowanie do sprawowania stanowiska, jakie mają zdolności interpersonalne, jak są kreatywni, otwarci. Jaką mają wizję/czy w ogóle ją mają/, jakie zdolności organizacyjne wykazują, by służyć kulturze. By ratować i rozwijać teatr.

Zmiany w kulturze, teatrach następują już od dawna. Nowy dyrektor BK je tylko uwiarygodni. Uspokoi nastroje. Tak przedstawi argumenty, że unieważni szczebiotanie oponentów. Przecież to takie proste dla profesjonalisty! Należy obserwować wystąpienia Tomasza Janowskiego, analizować uzasadnienia podejmowanych decyzji. Najważniejszy, najlepiej „sprzedający się" argument to ten, że inaczej się nie da rozwiązać problemów, bo nie ma pieniędzy, środków, możliwości /już Janowski go puścił w obieg/. Pieniądze, przepisy, okoliczności, kontekst miejsca i czasu, polityka światowa- mapa drogowa wszelkich działań nowego dyrektora jest już wyznaczona. My obserwować będziemy tylko jej wirtualną, pijarowską wizualizację. Real już mamy. Chodzi o to, by się z nim opinia publiczna bezkrwawo pogodziła. Bo cięcia, ograniczenia, roszady , zmiany profilu widowni, repertuaru i obsad już się dokonują. Już krew się leje. Nowa krew w ratuszu ma przynieść skuteczne znieczulenie. Takie są oczekiwania. Z praktyki wiemy, że jest to możliwe. Czary pijaru działają.

Najważniejsze dla mnie wydaje się ocalenie teatru artystycznego, tego kulturotwórczego. Ten rozrywkowo- komercyjny sam się wyżywi/obecnie też jest dotowany/. Bulwersujące? Wcale nie. Bulwersujące do bólu jest kurczenie się  możliwości teatralnej kreacji. Wszystko karleje, łasi się i dusi osiągając poziom przeciętności i błahostki. Ale tak to jest gdy z dalekosiężnym planem, programem dla kultury wygrywa krótkotrwała polityka. Zamiast poziomu artystycznego ważna jest pełna widownia i maksymalizacja wpływów z biletów. Gdy w teatrze zamiast artysty decyduje urzędnik. Zamiast krytyka o teatrze, sztuce wypowiada się/informuje, omawia, promuje, kłóci się z krytykami/ pijar teatru. I ma ostatnie słowo. Dekonstrukcja teatru dokonuje się nie tylko na scenie ale także na zapleczu administracyjnym, w sferze zarządzania na różnych szczeblach sprawowanych przez urzędników stanowisk.

Zaczyna się nowy sezon teatralny. Oczywiście teatry grają, niektóre nawet w czasie wakacji /to już na szczęście norma/. Jest na co do teatru pójść. Ale czy jest co przeżywać, o czym myśleć? Nie martwię się. My, widzowie, do teatru chodzimy. A urzędnicy? Czy chodzą do teatru? Jak często? Zaproszenia na pewno dostają. 



Warto przeczytać: Warszawa. Plany szefa Biura Kultury: Program Rozwoju Kultury, reforma teatrów  http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/167861.html






 


 


niedziela, 25 sierpnia 2013

Wysocka zamiast fortepianu, Zadara zamiast Chopina, "Chopin bez fortepianu"


Michał Zadara: "Chopin bez fortepianu” to bezczelność
fragment plakatu zapowiadającego spektakl "Chopin bez fortepianu"



Środa, 21sierpnia 2013roku. Deszczowy, letni wieczór. Studio koncertowe Polskiego Radia im. Witolda Lutosławskiego. IX Międzynarodowy  Festiwal Muzyczny "Chopin i jego Europa". To był trzeci spektakl jaki się w ogóle odbył. I być może ostatni. Zaistniał jako artystyczny event eksperymentalny, chopinowska ciekawostka teatralno-muzyczna, szalony performans w postdramatycznym guście. Monodram. Ale udało się, zobaczyliśmy "Chopina bez fortepianu" w Warszawie z wybrzmiewającymi koncertami /e-moll op.11 i f-moll op.21/ w tle w wykonaniu Polskiej Orkiestry Radiowej pod batutą Jacka Kaspszyka. Tak, najpierw widzieliśmy szalejącą na scenie Barbarę Wysocką, dopiero potem docierały do nas słowa przez nią modulowane intonacyjnie z mocą brzmienia fortepianu. Tak, słowo było najważniejsze. To ono przykuwało uwagę, kierowało myśl, pobudzało czucie.  Barbara Wysocka wystąpiła w roli dynamicznego instrumentu dekonstruującego dotychczasowy konwencjonalny, percepcyjny kontakt z muzyką.

 
foto: fot. Natalia Kabanow


Fortepian statysta milczał jak zaklęty, ubezwłasnowolniony niewolnik słowa, które odebrało mu głos. Jak wyrwane, martwe serce Chopina z Koncertów fortepianowych. Nie wydobyto z niego ani jednego dźwięku. Pozostał sprzętem scenicznym, nieporuszonym, połyskującym, czarnym , pokonanym monstrum. Cóż znaczy bez Chopina? Trupem się jawił smutnym, pokonanym widmem, powidokiem muzyki , zjawą fortepianu Chopina roztrzaskanego o warszawski bruk. Wykorzystany instrumentalnie, choć personifikująco, stał się symbolem, punktem odniesienia, ekranem, sprzętem, postumentem, obiektem opresji. Nie był źródłem muzyki ale niemą kolubryną jak grób ciemny, połyskujący tajemnicy czarem. Jak trumna. Pułapka. Świadek eksperymentu. Ofiara. Ofiara słów. Ofiara artystycznego ego.



Słowa, słowa, słowa. Słowa Chopina. Słowa o Chopinie. Słowa o jego muzyce. Słowa o jej roli, znaczeniu, odbiorze. Historyczne klisze interpretacyjne. Słowem przegadane, zanudzone, w poprzek muzyce. Słowa unieważniające muzykę, dekonstruujące koncerty Chopina koncertowo. Scenariusz - literacką transkrypcję partii fortepianu - napisali wspólnie Zadara i Wysocka. Tekst powstał na podstawie wywiadów z pianistami, prac muzykologicznych, biografii i korespondencji Chopina oraz dzieł filozoficznych i teoretycznych.  Jest werbalnym odpowiednikiem partii fortepianowej, przewodnikiem po koncertach, ich opisem i komentarzem do nich. Struktura tekstu tego spektaklu odpowiada kompozycji koncertów.



W efekcie muzyka została ubezwłasnowolniona przez słowo o brzmieniu na tym samym nudnym, monotonnym , wysokim tonie patosu. Słowo ośmieszyło patos interpretacyjny muzyki Chopina. Słowo nie wyśpiewane. Słowo wypowiedziane, wykrzyczane jako dźwięk zapisu nutowego.  Słowo jako nośnik informacji dla komunikacji. Słowo triumfowało. A tam, gdzie słowo triumfuje , muzyka mu się podporządkowuje.


Multimedialna Instalacja "Upadły fortepian" autorstwa Aleksandra Janickiego na skwerze obok Teatru Słowackiego


Karkołomny to pomysł, ale jak rozwojowy! I optymistyczny w przekazie. Nie trzeba umieć grać na fortepianie, by móc przedstawić swoją interpretację. Można to zrobić inaczej. Jak? Możliwości jest mnóstwo.  Dźwięk nut może zastąpić dźwięk słów, to już wiemy.  Drzwi wszelkich konwenansów, kanonów zostały wyważone. W kolejce czekają inni. Też chcą zagrać Chopina na instrumencie swojego zawodu. Też chcą zwrócić na siebie uwagę. Czemu nie.  Chopin byłby z nas dumny! Polak potrafił! Ale nie tylko Polak. 30 sierpnia w Filharmonii Narodowej w Warszawie odbędzie  recital Diny Yoffe /laureatka konkursu chopinowskiego/, która wykona oba Koncerty fortepianowe Chopina w wersji na fortepian solo. Muzyka koncertu  zostanie zredukowana do jednego instrumentu. Jeśli zobaczyliśmy Chopina bez fortepianu, trzeba zobaczyć Chopina bez orkiestry.



Muzyka zredukowana do słów, nieudacznych argumentów konkretu, redukuje Chopina do pomysłu inscenizacyjnego Wysockiej i Zadary. Wiem, to żart, dowcip. Bezczelny i obrazoburczy. Szalony, artystyczny event. Jeden jedyny w Warszawie. To nie był tylko Chopin i jego muzyka. To była wariacja na temat   Chopina i jego muzyki.


Michał Zadara o koncepcji spektaklu powiedział: „Oba koncerty uwodzą słuchacza swoją elegancją i wdziękiem. W Polsce są one świętością narodową. (…) Chciałem podjąć rozmowę z tymi utworami, nie niszcząc ich: stąd pomysł zastąpienia fortepianu ludzkim głosem i tekstem. Fortepian u Chopina jest ważny jak u żadnego innego kompozytora, jest on centrum całego kosmosu chopinowskiego. Zastępując fortepian tekstem i głosem, fundamentalnie zmieniamy te utwory, ciągle pozostając blisko oryginału.” Nie wierzmy artystom. Zawsze sprawdzajmy ich deklaracje, pomysły, realizacje. A to wymaga naszej aktywności, zaangażowania, swoistej odwagi. Myślę, że warto. Warto konfrontować naszą wrażliwość, naszą wiedzę, nasze oczekiwania z propozycją artystów. W tym wypadku pozornie wszystko jest "blisko oryginału", ale niestety nie brzmi jak oryginał. W żadnym razie. Pomysł formalny nie przełożył się na rozszerzenie percepcyjnego odbioru muzyki Chopina. Stała się ona jedynie pretekstem do prezentacji poglądów artystów na jej temat i roli jaką pełni w obiegu społecznym, ujęciu historycznym, artystycznym. Zadara z Wysocką nie tylko eliminują fortepian, jego brzmienie, zapis nutowy. Kastrują muzykę Chopina , pozbawiają serca i ducha, proponując w zamian wybiórczy, autorski zapis słowny. To tylko wypowiedź Zadara-Wysocka z brzmieniem okaleczonych koncertów fortepianowych w tle.    


Donoszę, że się podobało. Klaskano, skandowano, przywoływano po wielokroć artystów na scenę. Rzeczywiście, wysiłek aktorki był ogromny, tytaniczny. Aby zagłuszyć, zneutralizować  koncerty fortepianowe Chopina trzeba było wykazać nie byle jaki determinizm ideowy i siłowy. Praca została wykonana i zaliczona. Barbara Wysocka w srebrnej sukni koncertowej sprofanowanej puchową krwistą kurteczką , w czarnych lakierowanych szpilkach wbijała się w partyturę Chopina. Dominowała, podobnie jak wypowiadane przez nią słowa. Donoszę, że reżyser Michał Zadara nie zmienił swojego wizerunkowego status quo: jak zwykle najbardziej zadowolony widz na scenie, w T-shircie, dżinsach i adidasach /ale bez puszki z napojem/. Dyrygent  Jacek Kasprzyk z Orkiestrą Polskiego Radia, drugoplanowi wykonawcy z przyzwolenia, pozostali w cieniu. Fortepian, pozbawiony głosu, nie miał nawet możliwości wyboru, nie mógł się buntować, zaprotestować. Muzyka Chopina okaleczona , bez serca, tym bardziej. Słowo jej nie wyniosło na nowy, interpretacyjniy wyższy poziom. Jednak słowa muszą zamilknąć, by Chopin ze swoją dla nas muzyką pozostał sobą. By nie stał się swoją karykaturą , wynaturzeniem, namiastką. Błahostką. Fałszem, fanaberią nowatorskiego pomysłu mamiącym. No może na jeden wieczór. I dosyć.




Festiwal "Chopin i jego Europa"

foto: fot. Natalia Kabanow/Centrala




7.11.2013r. Krakowskie Biuro Festiwalowe poinformowało, że w programie 6. Boskiej Komedii /8-15.12.2013r./znalazł się eksperymentalny performance "Chopin bez fortepianu" Michała Zadary. Tak więc kolejny raz będzie można obejrzeć, usłyszeć, przeżyć ten wyjątkowy spektakl. 








12.04.2014 r. Spktakl otrzymał Grand Prix KONTRAPUNKTU w Szczecinie
6.10.2014 r. Główna nagroda PRAPREMIER w Bydgoszczy

11.11.2014r. udział w Festiwal Sztuki Reżyserskiej Interpretacje

wtorek, 20 sierpnia 2013

„Chopin bez fortepianu” zagra na „Chopin i jego Europa”




Już jutro, 21 sierpnia 2013r. o godz. 21.00 w Studiu Koncertowym Polskiego Radia imienia Witolda Lutosławskiego w Warszawie w ramach IX Międzynarodowego Festiwalu Muzycznego "Chopin i jego Europa" będzie można obejrzeć wykreowany przez dyrygenta Jacka Kaspszyka, aktorkę Barbarę Wysocką i reżysera Michała Zadarę w marcu tego roku spektakl "Chopin bez fortepianu". Na scenie towarzyszyć im będzie Polska Orkiestra Radiowa.

Myślę, że warto obejrzeć ten eksperymentalny, nowatorski i jedyny w swoim rodzaju performance zastępujący nuty słowami, grą aktorską, kreacją teatralną. Partie fortepianu obu koncertów Chopina zostaną wypowiedziane, zagadane, słowem wyrażone, dopowiedziane. Trudno w to uwierzyć, dlatego trzeba samemu to zobaczyć. Mówi się, że tam gdzie słowa się kończą, zaczyna się muzyka. Tym razem tak prawdopodobnie nie będzie. Jaki to przedstawienie ma sens, jakich emocji dostarczy, jakie uczucia wzbudzi? Jestem ciekawa. I bardzo sceptycznie do tego eksperymentu nastawiona. A jednak się wybieram, chcę się przekonać osobiście. Chcę sama to sprawdzić, by nie przegapić doświadczenia wyjątkowego, karkołomnego już w samym zamyśle.

Koncerty Chopina grają we mnie, bo je znam. A jednak za każdym razem, kiedy je słyszę budzą równie intensywne emocje. Nigdy mi się nie znudzą. Być może ta teatralna ekspozycja będzie kolejną interpretacją, wariacją na temat. Być może poszerzy mój sposób odbierania , odczuwania muzyki. Być może mnie nie zdenerwuje, nie zirytuje, nie rozsierdzi. Nuty inspirujące słowa, przywołujące konteksty, zdarzenia z przeszłości, nadające rozszerzone znaczenia. Oby nie wydarły serca muzyce Chopina. Nie okaleczyły jej, nie pozbawiły mocy piękna i nieśmiertelności. Nie stały się skazą, zgrzytem , obciążeniem pamięci.

Ech, te eksperymenty teatralne! Kompozycyjno-formalne. Czy niosą nowe, świeże spojrzenie, ważną informację, nowe czucie na nowe czasy? Czy są nowoczesnym szkiełkiem i okiem  mającym wzmocnić naszą duchowość nadszarpniętą, sponiewieraną i wypieraną z naszego wiecznie pięknego i młodego ciała, ze słownika pojęć? Czy coś znaczą poza znaczeniem nowych czasów, nowej percepcji i recepcji?

Intuicyjnie czuję i myślę, że nic nie zastąpi mi tylko muzycznego brzmienia koncertów Chopina. Żadne cudne, mądre słowo. Żadna kreacja aktorska, koncepcja reżyserska. Bo na początku była muzyka Chopina we mnie. Wynosząca na takie poziomy emocji, przyjemności jakby nie potrzebowała już niczego więcej do wyrażenia czucia kompozytora i samej siebie.  Zapis nut, kontekst tego zapisu wydaje się przy tej pojemności interpretacyjnej muzyki zbędnym balastem, wariactwem scenicznym, eksperymentem na dziele dopiętym, skończonym, żyjącym bytem niezależnym.

Chopin bez fortepianu? Brzmienie nut zastąpione brzmieniem słów? Tak, wiem, bez miłości też można żyć.