poniedziałek, 26 stycznia 2015

KRÓL EDYP DRAMATYCZNY



Mój Boże, tak wielki wysiłek na próżno! Pal sześć czas widzów i pieniądze, choć można by brutalnie powiedzieć, że mogły być z większym pożytkiem wydane. Gdzie indziej. A nawet w tym samym teatrze. Chyba, że widz chce zapłacić za degustację gorzkiej porażki. Teatru i swojego wyboru. Zafunduje sobie ogląd upadku. Rozłoży go na części pierwsze. I krok po kroku zechce przyjrzeć się mu z bliska. Taka analiza kumulującej się do absurdu artystycznej klęski  może być pouczająca. Bez epatowania poczuciem wyższości, że widz wie lepiej. Bez nagannej satysfakcji, że to by mu się na pewno nie przydarzyło. Bez niezdrowej egzaltacji, że pognębia samo upokarzającego się artystę. Jeśli już decyduje się pójść, to wybierze w tym wypadku wiwisekcję katastrofy, całkowite zaskoczenie. I niech nie dziwi się zanadto.  I nie żałuje zanadto. Tego czasu, pieniędzy, nerwów. Kontakt ze sztuką, to zawsze doświadczenie wysokiego ryzyka.




Problem w tym jednak, że ktoś to przedstawienie zdecydował się przygotować. Ktoś je wyreżyserował, ktoś zagrał. Ktoś pozwolił na puszczenie go w obieg. I nie przejął się krytyką. A odpowiedzialność z siebie przerzuca na widza. Gdy winnych jest długa lista. Dlaczego widz ma za nich płacić? Jeśli oczekuje nieskomplikowanej zagadki kryminalnej, zrozumie działanie nielogicznego wymiaru sprawiedliwości, jest w stanie pojąć, co robi na scenie pielgrzymka z księdzem na czele, odpowiada mu pokracznie karykaturalny, publicystyczny ogląd walki o władzę żywcem przeniesiony ze współczesnych mediów, akceptuje poprawnościowy proces unieważniania metafizyki i zgadza się, by oglądać parodię tragedii, to jest na właściwym spektaklu. Zagranym źle i bardzo źle, co sprawia, że widz czuje się jakby był na niezobowiązującej jeszcze do niczego próbie a nie dopracowanym, skończonym przedstawieniu. Poprawność Ferencego i Kowalskiego tłumaczy sobie klasą tych aktorów, a Łukaszewicza rozpozna dopiero w trakcie oklasków. To spotkanie widza z Edypem jest zaskakujące od początku do końca.


Sofokles  skonstruował tak skomplikowany, wielopoziomowy dramat, że uprościć go do jednowymiarowej, bezrefleksyjnej, prymitywnej narracji jest wielką sztuką. Edyp na naszych oczach rodzi się na nowo jakby wynurzył się z morza przelanej przez siebie krwi /goły i czerwony/. Dramatycznie dosłowna ilustracja walki o władzę, spowodowana  buntem, niewiarą i drwiną z fatum, pomieszania porządków:mitycznego z chrześcijańskim, antycznego ze współczesnym, w otoczeniu makabrycznych dekoracji, nagłośnienia, oślepiającego widownię światła, co ma sugerować, że to ona jest winna, jakby przesłuchiwana, jakby odpowiedzialna i podejrzana, wprowadza zamęt. Edyp i jego matka sami dobrowolnie sobie brutalnie wymierzają sprawiedliwość, nie biorąc pod uwagę okoliczności łagodzących, co w zderzeniu z dzisiejszą logiką postępowania polityków i celebrytów, jest w sprzeczności z naszą wiedzą i doświadczeniem. Jeśli bowiem reżyser chce, byśmy uwierzyli, że historia Edypa wydarza się współcześnie, co sugerują kostiumy, zachowanie bohaterów, bodyguardy, itd, to ma się to nijak do postępowania, charakterystyk bohaterów i treści dramatu. A motywacja i znaczenie doświadczenia Edypowego pozostaje niezrozumiałą kpiną z tajemnicy tragedii Sofoklesa.

Jeśli kolekcjonujemy wpadki teatralne, chcemy wiedzieć, jak nie należy pod żadnym pozorem wystawiać tragedii antycznej, jakie są pułapki płycizn interpretacyjnych,  jak brzmi pokraczna deklamacja trudnego tekstu, bo aktor ma warunki ale nie jest gotów do uniesienia roli albo za każdą cenę chcemy wysłuchać dramatu, bo nie lubimy sami czytać, to poznamy materializujący się na naszych oczach zaskakująco nowy wymiar rozumienia interpretacji Jana Kotta, będącej w tym wypadku adekwatną krytyką spektaklu, w której

„ ... Edyp jest sztuką o zasadzkach świata, które wykraczają ponad zwyczajne doświadczenie
i tak dalece się w nim nie mieszczą, że wydają się bezrozumne i bezsensowne. „Edyp"
jest sztuką o okrucieństwie przypadku, przed którym nie mogą zabezpieczyć ani najlepsze
dary natury i umysłu,ani najostrzejsze przewidywania..." /Przegląd Kulturalny 15.VI.1961r./.

I będziemy na dobrze wybranym przedstawieniu. Teatr czeka. Powodzenia.


KRÓL EDYP

autor:Sofokles
przekład: Antoni Libera
reżyseria: Jakub Krofta
scenografia i kostiumy: Marek Zakostelecky
muzyka: Patryk Zakrocki, Paweł Szamburski
przygotowanie wokalne chóru i dyrygent chóru: Bela Krynicka
choreograf: Maćko Prusak
reżyser światła: Olaf Tryzna
kierownik produkcji: Mateusz Karoń
konsultacja bokserska: Michał Zbrojewicz
asystent kostiumografa: Joanna Gawrońska
sufler: Jaga Dal
inspicjent: Tomasz Karolak
obsada: Sławomir Grzymkowski, Halina Skoczyńska, Adam Ferency, Olgierd Łukaszewicz, Waldemar Barwiński, Janusz R. Nowicki, Władysław Kowalski, Magdalena Smalara, Mariusz Drężek, Krzysztof Brzazgoń, Anna Próchniak, Julia Trembecka,  Marcin Wojciechowski, Tomasz Włosok
chór: Sebastian Boguszewski, Tomasz Budyta, Maria Dejmek, Zuzanna Grabowska, Mirosława Krajewska, Marta Król, Maciej Makowski, Jolanta Olszewska, Kamil Siegmund, Maciej Szary, Anna Szymańczyk, Bartosz Waga, Olga Wądołowska, Bartosz Wesołowski
premiera 4 lipca 2014 

fotografie: Sun Yuan and Peng Yu 


2 komentarze:

  1. No, miażdżąca to recenzja! Ale i tak się na tego "Króla Edypa" wybiorę, bo jednak ciekawość widza zżera zawsze po skrajnych - w którą bądź stronę - recenzjach!

    http://woleteatr.pl/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pójść czy nie pójść, decyzja zawsze należy do widza. Zawsze namawiam, by pójść i ocenić samodzielnie. Przykro mi, że moja opinia jest w odbiorze negatywna. Ale Grzymkowski się mylił,nie tylko w artykulacji ale i interpretacji tekstu. A scena golizny w tym wypadku była żenująca, niepotrzebna, zbędna. Jakby Edyp ukarał się niewspółmiernie do winy. Jakby nie był postacią tragiczną a świadomie, konsekwentnie, z premedytacją postępującą źle. Warto o tym pomyśleć.

      Usuń