poniedziałek, 30 marca 2026

NOWE EPIFANIE 2026: TRĄBKA DO SŁUCHANIA WROCŁAWSKI TEATR WSPÓŁCZESNY

 

TRĄBKA DO SŁUCHANIA wyreżyserowana przez Weronikę Szczawińską, z adaptacją, dramaturgią, współpracą reżyserską i opracowaniem muzycznym Piotra Wawera jr zrealizowano na podstawie książki Leonory Carrington we Wrocławskim Teatrze Współczesnym. Spektakl zaskakuje estetyką  uzyskaną z materiałów pochodzących z second handu, jakby podkreślał, że życie kobiet w sędziwym wieku, dotąd całkowicie spacyfikowane przez mężów i dzieci, to ostatnia szansa, by w pełni być sobą, już tylko dla siebie. Zesłane przez rodziny do domu starców (Przybytek Światła prowadzony silną ręką przez doktora Gambita i jego żonę), zaczynają ich second live. Wyrwane z dotychczasowego życia, muszą się najpierw przystosować, stworzyć na nowo i funkcjonować społecznie. Poddane opresyjnemu rygorowi ośrodka buntują się, walczą o siebie i wygrywają. Nie poddały się, nie odpuściły i otwiera się okres, gdy nareszcie mogą robić, co chcą i jak chcą. Ratują i siebie, i świat, któremu grozi zagłada. Dlatego zarówno scenografia, jak i kostiumy to sublimacje patchworkowych wariacji uwolnionych charakterów i osobowości bohaterek, skomponowane dzięki ich nieposkromionej wyobraźni ze skrawków tego, co wcześniej zaistniało w innej rzeczywistości. 

Tu starość jest zwariowana, kolorowa i wesoła jakby w opozycji do jej stereotypu. Na pewno nie jest nudna, statyczna, choć naznaczona bywa ograniczeniami kondycji ducha i ciała. Przeszłość wdziera się do teraźniejszości, pamięć szwankuje, wyobraźnia hula. Miesza się prawda ze zmyśleniem, skojarzeniem, wspomnieniami. Wyobraźnia i pomysły staruszek rozsadzają skostniały porządek miejsca i czasu. Nikt się nie nudzi, bo świat, w którym żyją i ich wiek stwarzają sytuacje niezwykłe, nieprzewidywalne. Na oczach widzów kreuje się mimowolnie rzeczywistość fantastyczna, lecz w jakiś szczególny sposób bardzo realna, bliska, rozpoznawalna. Wszystkie wątki historii, opowieści, zdarzeń skądś znamy, ale tu, dzięki bohaterkom, przyjmują nową formę, wydumane rozwinięcia. Kobiety przeżywają  najgorszy okres w ich życiu, bo zostały wyrwane z korzeniami ze światów sobie dobrze znanych, ukochanych, bezpiecznych i wrzucone do tygla społeczności o podobnej, ale jednak obcej proweniencji. 

Tworzą bajkę o starości, która ulega metamorfozie (od lęku do spokoju ducha). Rozsądnie się przystosowującej, niezwykle aktywnej, przedsiębiorczej i stanowczej, bo wbrew warunkom i i kondycji psychofizycznej kobiet w wieku 70 +, akceptującej narzucone warunki, ale potrafiącej jednak robić wszystko po swojemu. Tu starość nie jest zakompleksiona, a śmierć nie jest straszna. Udziwnia oczywiście swoje ofiary, odrealnia je i maskuje. Przeżywa nadal bardzo intensywnie i choć poddaje się opresji podejrzeń, obsesji teorii spiskowych, lękom, katastroficznym hipotezom, to tworzy niezwykłe opowieści. Poszukuje więc Świętego Gralla, prowadzi śledztwo w sprawie śmierci koleżanki, która okazuje się być mężczyzną, dokonuje rewolty w ośrodku, organizuje życie w czasie katastrofy ekologicznej, bierze sprawy w swoje ręce. Nie próżnuje. Nie czeka na śmierć. Ciągle intensywnie w swoim wyimaginowanym świecie żyje. Nie milknie, nie alienuje się, nie zamyka, nie ucieka przed problemami wstydliwie i z poczuciem winy. 

Publiczność nadal lubi historie, ich szczęśliwe zakończenia, które zna ze swojego życia. Dobrze bawi się oswajaniem lęku przed niesprawiedliwym wykluczeniem (bez rodziny, przyjaciół), uciążliwą starością (choroby, niepełnosprawności), bliskością śmierci (wszyscy wokół umierają). Podoba jej się, gdy oddala się od niej perspektywa nieuniknionych zmian na gorsze. Pocieszające są dla niej, że beznadziejne sytuacje można przekuć w doskonałą zabawę, a najgorsze zmiany życiowe można znieść dzięki szczególnemu rodzajowi poczucia humoru, wyobraźni, fantazji. Sile wewnętrznej, pewności siebie, barwnej osobowości, aktywności. To nie starość jest straszna, ale to jak jej się boimy.

Spektakl jest bardzo dobrze wyreżyserowany, brawurowo zainscenizowany, perfekcyjnie zagrany. Generuje pozytywną energię, która udziela się widzom. Optymizm zbudowany jest tu na przekonaniu, że cokolwiek się dzieje nie jest do końca zdefiniowane, przesądzone, ostateczne. Tyle się dzieje!!, ale też tyle można zmienić!! Wiek nie gra roli!!! Ważna jest afirmacja kolejnego etapu życia z jego ograniczeniami, bólem upokorzeniami, bliską perspektywą śmierci. Tematyka jest trudna, nieatrakcyjna, przytłaczająca, ale nie w tej interpretacji, bo okropieństwa starości pozostają na drugim planie, gdy ciało i umysł skoncentrowane są na działaniu. Bohaterkami są kobiety, również te rodzaju męskiego, z pozytywnym nastawieniem, silne, pozostające w relacjach z innymi. Jakby do końca dowodziły, że pozostają witalne, czułe, szczodre wobec świata i ludzi. Wbrew wszystkim i wszystkiemu, a zwłaszcza tendencji, by ludzi w pewnym wieku odstawić na boczny tor, zapomnieć o nich, za życia skazać ich na społeczne wykluczenie. Unieważnienie. Wymazanie.

Ten spektakl to dowód na to, że wiek nie jest problemem, gdy kondycja człowieka, jego nastawienie i kreatywność pozwala mu na  działanie. Obecnie starość jest passe. Dlatego ta sztuka przywraca miarę człowieczeństwa. Ośmiesza egocentryzm i wygodę tak zwanej młodości w obłędzie konsumpcji i przyjemności, koncentrowanie się na estetyce wyglądu, pełnosprawności, wszelkiej doskonałości bez najmniejszej skazy, bo tak naprawdę każdy jest ważny, cenny, potrzebny. Nawet ten najstarszy, ułomny,  nieatrakcyjny może ludzi i świat uratować. 




TRĄBKA DO SŁUCHANIA  na podstawie książki Leonory Carrington
 tłumaczenie Maryna Ochab

Reżyseria: Weronika Szczawińska
Adaptacja, dramaturgia, współpraca reżyserska, opracowanie muzyczne: Piotr Wawer jr
Scenografia, kostiumy, światło: Marta Szypulska
Kompozycje, aranżacje: Julia Gadzina
Choreografia: Alicja Czyczel
Inspicjentka: Katarzyna Krajewit
Asystentka reżyserki: Anna Kieca
Realizacja światła: Jan Sławkowski

Obsada:
Biskup – Mariusz Bąkowski
Marion – Anna Błaut
Maude, Weronika, Galahad, Muriel, Robert, chórzysta – Krzysztof Boczkowski
Christabel, chórzyst – Elżbieta Golińska
Dona Rozalinda, Zam Pollum, Noiram – Anna Kieca
Natasza, Pontefact, chórzysta – Dominika Probachta
Van Tocht, Anubet, chórzysta – Beata Rakowska
Anna, chórzysta – Irena Rybicka
Dr Gambit, Marlborough, chórzysta – Dominik Smaruj
Georgina, chórzysta – Jolanta Solarz-Szwed
Markiza, Dominico – Magdalena Taranta
Carmela, chórzysta – Lina Wosik
Pani Gambit, bard/listonosz Taliessin – Julia Gadzina


Fot.: Natalia Kabanow




sobota, 28 marca 2026

JESIEŃ TEATR POLSKI W PODZIEMIU WE WROCŁAWIU

 

Spektakl JESIEŃ w reżyserii Katarzyny Minkowskiej oparty jest na książce Ali Smith o tym samym tytule. Trzecia pora roku nasycona kolorami, nostalgicznymi dźwiękami wizualizuje na scenie okres podsumowań, refleksji, zmian. Kojarzona z jesienią życia, jest tym momentem, gdy wspomnienia - powidoki pamięci - weryfikują w nieubłaganie przyśpieszającym czasie walczące ze sobą różne perspektywy, ścierające się odmienne potrzeby, oczekiwania, marzenia, ambicje jednostek, wsobnych ludzkich kosmosów tworzących społeczno-polityczny krajobraz. Ale jest to też czas godzenia się z przemijaniem i moment, może nawet ostatniej szansy, na dokonanie zmian w życiu.

Obraz sceniczny - zbudowany ze strumieni świadomości i podświadomości, natury, narracji sztuki i jej interpretacji - tworzy żywy kolaż podlegający immanentnej zmianie. Z udziałem ludzi, którzy w szczególny sposób oddziałują na siebie: Daniela Glucka (Tomasz Lulek), starca, i jego młodzieńczego alter ego (Filip Szatarski), czy raz dziecka, innym razem dziewczyny, ale też młodej kobiety, Elisabeth Demand (Justyna Janowska) jako tej samej osoby w różnym wieku oraz jej matki, Wendy Demand (Halina Rosiakówna), dziennikarki Zoe Spencer-Barnes (Agnieszka Kwietniewska), dwóch urzędniczek, akuszerki (Michał Opaliński). Ważna jest też magiczna więź człowieka i przyrody (drzewo opowiadające kawały o krowach jedzących wiśnie na drzewie). Jakby jednym z głównych tematów sztuki było wzajemne oddziaływanie,  współistnienie z nieoczywistymi, tajemniczymi, ukrytymi często zależnościami. Jakby te, wydawać by się mogło, światy i byty równoległe, niezależne w alogiczny, a jednak znaczący w skutkach sposób się przecinały, łączyły, wpływały na siebie. Nie mogłyby zaistnieć i żyć jedne bez drugich.

Czas, ruch/zmiana/przemiana, człowiek w swojej złożoności i współzależności z innymi ludźmi (coraz bardziej samotny, indywidualny, wolny) w porze jesieni (w momencie największej dojrzałości i samoświadomości) i w bezczasie mentalnym to główni bohaterowie tego spektaklu. Przenikanie się indywidualnych światów czy to bohaterów, czy ich związków i wzajemnych relacji, siła oddziaływania sfery zjawisk wyobrażonych i sytuacji realnych, łączenie różnych gatunków sztuki, wpływ rozmaitych czynników na stany emocjonalne, presja polityki na jednostkę, jednostki na politykę (Wielka Brytania po BREXICIE) są treścią spektaklu. Siła tego obrazu przejawia się w przedstawieniu nakładania się w równoległym przebiegu poszczególnych zdarzeń, sytuacji, relacji oraz w płynności stanów mentalnych, również tych niedookreślonych, niejasnych, tajemniczych, co pozwala uchwycić proces kształtowania się losów i charakterów poszczególnych bohaterów. Umiejętność komponowania przenikających się działań scenicznych, ujawnianie przez to ich potencjalnych sensów i możliwych znaczeń to największy walor pracy reżyserskiej Katarzyny Minkowskiej. Fascynujący.

Wnikamy w świat rozpoznawalny, ale nieoczywisty, nie do końca dający się zdefiniować, nazwać, uporządkować, ocenić. Mamy szansę objąć całokształt zjawisk, które pozwalają poznać świat wewnętrzny i zewnętrzny człowieka, proces tworzenia, kształtowania, przemiany. Oddziaływanie na siebie umysłów, emocji, wrażliwości, wyobraźni. Obecności/uczestnictwa lub nieobecności/bierności. Przepływów energii dużych i tych małych. Temat relacji międzyludzkich (rodzice - dziecko, mentor - uczeń, zwykły obywatel - urzędnik, pacjent - jego opiekun) ich przebieg w czasie, wpływ dorosłych (sąsiad), bliskich (matka), autorytetów na rozwój osobowy człowieka w formie poszarpanej, alinearnej, gdy sen łączy się z jawą, przeszłość z teraźniejszością, realizm z metaforą, powaga z jej pastiszem, a życie ze śmiercią jest bogactwem tej sztuki. Uchwycenie, połączenie i pokazanie jednocześnie czegoś nieuchwytnego, niewidzialnego, tajemniczego - co jest przeczuciem, tchnieniem, praprzyczyną i skutkiem wydaje się niemożliwe do przekazania. A jednak  w końcu wnikamy nie tylko w to, co widzialne i zrozumiałe, przejrzyste i logiczne, ale też i w to, co zazwyczaj dzieje się w podświadomości, wyobraźni, wspomnieniu, czy w sferze emocjonalno-umysłowej człowieka. W tle pokazano krajobraz polityczno-społeczny (migracje), dobitnie podkreślono rolę medialnej moderacji, manipulacji w kształtowaniu światopoglądów (tu: wywiady, filmowe relacje zajść ulicznych), co w sumie wpływa na życie i postawę bohaterów. Rytm i tempo tworzy muzyka Wojciecha Frycza, formę narzuca choreografia Krystyny Lamy Szydłowskiej- co odkrywa kolejny nurt życia wizualizujący nieustanny ruch, ciągłą przemianę, akcentuje konieczność współuczestnictwa (w tle taniec przemieszczającej się grupy młodych ludzi, ale też ekspresja ruchu młodego Daniela Glucka pojawiającego się raz za razem).

Zamysł sztuki wymaga niesłychanej dyscypliny, precyzji i warsztatowej maestrii. Sukces spektaklu jest wynikiem pracy zespołowej, ale wyjątkowe emocje budzi obecność sceniczna Michała Opalińskiego, Haliny Rosiakówny, Agnieszki Kwietniewskiej, bo w sposób bogaty, naturalny i dowcipny przedstawia bohaterów, którzy budują transowy klimat i wypracowują przenicowane magią realistyczne konteksty. Spektakl jest więc wymagający zarówno dla aktorów, jak i widzów. Jego złożoność i wielorakość środków wyrazu, które ilustrują narracje na wielu poziomach w różnych obszarach czasowych, powoduje, że może wydawać się zagmatwany, niejasny, skomplikowany. A jednak uważność, zaangażowanie i wysiłek twórczy pozwalają uchwycić zjawiska kształtujące się równolegle, nakładające się, przenikające w ich niejednoznaczności i złożoności. Jest to piekielnie trudne, ale jednak wykonalne. Efekt jest spektakularny. Wspaniały. 




JESIEŃ Ali Smith

przekład Jerzy Kozłowski

Reżyseria: Katarzyna Minkowska
Dramaturgia: Joanna Połeć
Adaptacja: Joanna Połeć, Katarzyna Minkowska
Scenografia: Łukasz Mleczak
Reżyseria świateł: Monika Stolarska
Wideo: Marek Kozakiewicz
Kostiumy: Jola Łobacz
Muzyka: Wojciech Frycz
Choreografia: Krystyna Lama Szydłowska
Asystent reżyserki: Maciej Ćwieluch
Pianista: Marcel Baliński

Obsada:

Justyna Janowska — Elisabeth Demand
Halina Rasiakówna — Wendy Demand
Tomasz Lulek — Daniel Gluck
Filip Szatarski — Młody Daniel Gluck
Agnieszka Kwietniewska — Zoe Spencer-Barnes
Michał Opaliński — Charlotte (pocztmistrz, rejestratorka, pocztmistrzyni, człowiek-drzewo, akuszerka)
Igor Kujawski — Czytelnik (lekarz/promotor)
Katarzyna Wuczko — Pauline Boty
Lokalna społeczność:
Maciej Ćwieluch, Jan Dusza, Mateusz Guzowski, Anastazja Kowalska, Olga Mleczko, Jakub Sendek

Fot. Natalia Kabanow

poniedziałek, 23 marca 2026

TROJANKI TEATR POWSZECHNY W WARSZAWIE


Spektakl Teatru Powszechnego w Warszawie TROJANKI według dramatu Eurypidesa w reżyserii Aleksandry Bielewicz nie opowiada o wojnie trojańskiej, ale o tym, co się dzieje przed i po niej, a więc o jej przyczynach i skutkach z perspektywy kobiet, ze strony, która najwięcej traci, bo jest instrumentalnie traktowana w procesie polityki patriarchatu. Kobiety nie walczą a są używane jako bezpośrednia przyczyna konfliktu (piękna Helena - obiekt pożądania i posiadania), a jako ofiary przegranej wojny mężczyzn idą z dziećmi w niewolę, na śmierć. I to one dociekają, przeżywają, opłakują nędzę swojego i Trojan położenia. Dostosowują się i akceptują narzucone im ubezwłasnowolniające je status quo. Na ich przykładzie można zrozumieć, co to znaczy płacić za nie swoje porażki, przegrane, klęski. Wiedzieć wszystko zawczasu i żyć świadomie z tym jarzmem do samego końca. Bo tu każda kobieta jest na własny sposób Kasandrą próbującą przebić się przez mur niemożności i niezrozumienia, co dramatycznie wyraża się w straceńczym rzucaniu się na szaniec -w kolejnych próbach przekroczenia niemożliwego czy ucieczki. Los Trojanek jest straszny i z góry przesądzony. Kobiety istnieją dla cierpienia i śmierci. Żadna nie ma szans na samostanowienie. Każda wypełnia przypisaną jej rolę. Uwięzione w swoim losie nie mają wyjścia. 

W swej istocie spektakl jest o tych wszystkich, którzy nie uczestniczą bezpośrednio w walce, nie są żołnierzami, dowódcami, politykami, osobami, które mają jakikolwiek wpływ na rozpoczęcie, zakończenie,  przebieg wojny, ale ponoszą jej konsekwencje. Trojanki to ofiary wojny i tych, którzy decydują. Czy cicha, bierna większość osób im podobnych w innych okolicznościach i czasie też nie może nic zrobić? 

Język dramatu Eurypidesa jest niezniszczalny. Szlachetny w prostocie i celności, ostry jak cierpienie, którego nie da się wyrwać z serca i pamięci. Trzeba je tylko przyjąć i przeżyć, by dotrwać do śmierci, która staje się dzięki temu bezbolesna, bo jest wyzwoleniem od bólu nie do wyrażenia, nie do nazwania, nie do opisania (otwierający spektakl wiersz Wisławy Szymborskiej). A jednak spektakl przemilczając sprawczość boską, nieuniknioność niezrozumiałego losu dotykającego ludzi pozwala go poczuć, przeżyć. Im bardziej wina pochodzi od ludzi, tym silniej dotyka głupota okrucieństwa, bestialstwa, premedytacji. Bezsens wojny, słabość polityki.  Jej ostentacyjny bezwstyd, bo odpowiedzialności nie ma. Zawsze chodzi o dominację, władzę, interes. Przetrwanie. Reszta to środki prowadzące do celu - krwawe zbrodnie igrzysk i prymitywne frazesy, które jednak na gawiedź skutecznie działają. Zwłaszcza że zwycięzca bierze wszystko. Gdy rozum uda się uśpić, prym wiodą żądze jako nagroda dla coraz to wyższego poziomu barbarzyństwa. Wojna jest swoistym resetem przeszłości. To mentalne narkotyczne katharsis pozwalające przejść do bardziej wyrafinowanego, zawoalowanego totalitaryzmu, psychopatycznego transu człowieka - boga. Zawsze się udaje, dlatego wojny wciąż wybuchają i redefiniują człowieczeństwo.

Scena jest metaforycznym miejscem doświadczania upokorzenia i pogardy (scenografia Łukasza Misztala). Pułapką. Klatki z kamieniami, które nie przedarły się przez jej kraty nie są bezpiecznym miejscem, a więzieniem. Skrzynie z okaleczonymi antycznymi rzeźbami przygotowane są do przesłania w bezpieczne miejsce, w przyszłość. Podobnie jak Helena otulona w miękki pakunek, która ma w ten sposób ocaleć. Coś zawsze przetrwa, choćby okaleczone, uszkodzone, zranione. Pozbawione świeżości, czystości i piękna - tym cenniejsze i bardziej wymowne, choć w swojej istocie wypalone i martwe. Po wypełnieniu swojej roli zostaje wyrzucone w niebyt, na śmietnik historii. I tak tragedia jednostek, grup społecznych, narodów się dopełnia w lamencie, cierpieniu, śmierci. W przemilczeniu obojętności.

Kostiumy (Kamil Wesołowski) to symboliczne zbroje, pancerze ochronne, jakże nieskutecznie broniące ciała przed opresją zewnętrznego świata. Nie odstraszają złego losu, nie mamią obietnicą przeżycia, nie uwodzą urodą, nie ratują tych, którzy jeszcze żyją. Wtapiają się w osobowości, społeczne role, losy bohaterów. Jakby powłoka człowieka cierpiała razem z nim. I tylko ruch sceniczny (Maria Bijak) zdradza, że ludzie żyją, odsłania rodzaj i charakter relacji, oddaje dramatyzm sytuacji, która staje się nie do zniesienia (dziecięcy kocyk).

Muzyka Szymona Sutora oraz zespołu The Freuders (Aleksander Adamski, Piotr Wiśnioch, Maciej Witkowski) wykonywana jest na żywo i odgrywa znaczącą rolę w budowaniu atmosfery spektaklu. To jego mocna strona. Intensywność dźwięku, melodyjność doskonale podkreślają narrację, ilustrują emocje, dają od nich wytchnienie. To nowoczesny ton. Nam współczesny. W końcu chodzi o przeanalizowanie, dlaczego do wojny dochodzi (nikt nie jest zainteresowany, by ją powstrzymać) oraz o poznanie jej skutków (nikt się z nimi nie liczy). A te są przerażające. Niewyobrażalnie przygnębiające i głęboko smutne. Przekonujący jest w swych wywodach sprytny Odyseusz (Tomasz Nosiński), bezradny Hektor (Oskar Stoczyński), okrutny, cyniczny Parys i Agamemnon (w obu rolach Grzegorz Artman). Kobiety: Aleksandra Bożek (Hekabe), Natalia Lange (Helena), Karina Seweryn (Andromacha), Julia Latosińska (Atena), Jowita Kropiewnicka (Poliksena) i Katarzyna Obidzińska (Kasandra), choć każda jest inna, to stanowią monolit cichej mądrości i rozdzierającego cierpienia. To nie siła zbiorowości kobiet, ale bezsiła instynktu natury ludzkiej, która tak naprawdę nic nie znaczy, bo los ofiar nigdy nic nie znaczył, inaczej coś by się zmieniło. Lament kobiet odziera wojnę z patosu wzniosłości, słuszności, konieczności, z jej naigrywania się z jednostek, kobiet, dzieci, starców, słabych osób, które nie są w stanie na nic wpłynąć. Dlatego przesłanie sztuki nie daje żadnej nadziei. Wybrzmiewa tylko gromadny żałobny skowyt śmiertelnie zranionego stada. Bo znów człowiek człowiekowi zgotował nieludzki los.

Perspektywa antycznej wizji i motywacji prowadzenia wojen, ponoszenia ich konsekwencji jest ciekawa, ale chyba świat potrzebuje mocniejszego uderzenia w jego instynkt samozachowawczy i sumienie. Świat jest już inny i wojny są inne. Nie ma się już do czego odnieść, nie ma przekonywującej narracji, która zohydziłaby wojnę, powstrzymałaby ją. Bogów, na których można
by zrzucić winę, nie ma. Nie ma skutecznych strategii rozwiązywania konfliktów. Może z tej prostej przyczyny, że tak naprawdę nikt pokoju nie chce. Bo jest on - podobnie jak dobro, piękno, prawda - zbędne, banalne, nudne, nieskuteczne w osiąganiu politycznych celów. Bogaty, syty, zblazowany agresor w amoku samozadowolenia wypiera fakt, że wszystko (każda potęga, cywilizacja) przemija. Nie pomoże silny, oświecony umysł, żadna racja z wykastrowaną empatią. Eskalacja chaosu, ekspansja dezinformacji, brak autorytetów i hierarchii wartości, człowiek z rozbuchanym ego zwiastuje upadek. Zdaje się, że wojna i pokój to synonimy zła, które zmienia tylko formę. W każdym człowieku drzemie jego podstępna natura. Kusząca, zazwyczaj tłumiona świadomość, że wszystkie chwyty są dozwolone. I bezkarne. Z góry wiadomo, jak się to skończy. A więc wojna. Potem pokój szykujący się do wojny. I znów wojna. 

Kasandruję w kontekście spektaklu, choć jak Trojanki wiem, że niczego to nie zmieni. Serce krwawi, umysł wariuje, a i tak będzie, co będzie.


TROJANKI  
na podstawie tragedii EURYPIDESA

Reżyseria – Aleksandra Bielewicz
Scenografia – Łukasz Misztal
Kostiumy – Kamil Wesołowski
Muzyka – Szymon Sutor oraz zespół The Freuders (Aleksander Adamski, Piotr Wiśnioch, Maciej Witkowski)
Muzyka na żywo – The Freuders (Aleksander Adamski, Piotr Wiśnioch, Maciej Witkowski)
Reżyseria światła i wideo – Robert Mleczko
Ruch sceniczny – Maria Bijak
Asystentki reżyserki – Marta Twardowska, Patrycja Wysokińska (staż w ramach stypendium Krajowego Planu Odbudowy)
Inspicjentka – Sandra Milošević

Obsada:
Grzegorz Artman
Aleksandra Bożek
Natalia Lange
Karina Seweryn
Oskar Stoczyński
Julia Latosińska
Tomasz Nosinski
Jowita Kropiewnicka
Katarzyna Obidzińska


Fot. Karolina Jóźwiak

sobota, 21 marca 2026

23 i pół godziny TEATR WSPÓŁCZESNY W WARSZAWIE


Człowiek człowieka nie jest w stanie poznać do końca. Zaufanie, nawet do osób, które wszyscy doskonale znają, cenią i lubią ma delikatną i kruchą naturę, nie jest dane raz na zawsze. Łatwo je stracić. Już same wątpliwości wywołane bardziej lub mniej uzasadnionymi podejrzeniami mogą je zniszczyć. Te ostatecznie potwierdzone i osądzone  stają się najboleśniejszym piętnem. Uruchamiają destrukcyjny proces dla relacji i więzi międzyludzkich, bo niszczą wiarę w prostoduszność człowieka, w pokładane w nim nadzieje, w to, że nie zawiedzie i pozostanie takim, jakim się przedstawiał dotychczas. Tak naprawdę nikt do końca nie wybacza popełnionych błędów, zawsze o nich pamięta i nawet gdy nieszczęśnik dostaje szansę na rehabilitację, dalsze kontakty nacechowane są szczególną ostrożnością. Raz rozbudzona wątpliwość nie umiera nigdy i pozostaje poważną skazą na tych, których dotyczy, nawet jeśli wynika z błędnych przesłanek. Odbyta kara przez obwinianego również nie gwarantuje, że zostanie całkowicie wymazana. Wątpliwość zamyka okres niewinności i beztroski w relacjach, otwiera piekło podejrzeń i kontroli. Niszczy spokój. Zatruwa życie. Czyni je nieznośnym. Bolesnym. Uruchamia w otoczeniu mechanizmy obronne, asekuracyjne, zapobiegawcze. Przewraca dotychczasowy świat obwinianego i jego najbliższych do góry nogami. 

Temat ten poruszał film "Wątpliwość" z 2008 roku w reżyserii Johna Patricka Stanleya. Zajmuje się nim też spektakl "23 i pół godziny" w reżyserii Jarosława Tumidajskiego, zrealizowany w Teatrze Współczesnym w Warszawie na podstawie sztuki Carey Crim w tłumaczeniu Bogusławy Plisz-Góral. W nim szczęśliwe, bezpieczne, normalne życie rodziny zostaje poważnie zagrożone z powodu utarty zaufania spowodowanego oskarżeniem o niemoralne zachowanie charyzmatycznego, empatycznego nauczyciela, wniesionym przez uczennicę, co doprowadziło w konsekwencji do poszlakowego procesu sądowego, skazującego wyroku, pobytu w więzieniu. Po odbytej karze kłopoty całej rodziny się nie skończyły. Wręcz przeciwnie, pojawiły się trudności najpierw ze znalezieniem, potem utrzymaniem pracy. Nasilił się konflikt z z nastoletnim synem, który zmagał się z nękaniem przez rówieśników, spowodowanym historią ojca. Coraz bardziej napięte stawały się jego relacje z przeciążoną całą sytuacją żoną (praca, dom, syn, kredyt, zagrożenie straty domu) i starymi, oddanymi przyjaciółmi, którzy po skandalu stali się nieufni i zaczęli zachowywać dystans. Kryzys całkowicie zburzył spokój rodziny, skomplikował jej kontakty z otoczeniem. Wątpliwości co do niewinności nauczyciela nie zostają do końca rozwiane, nie gasną. A przecież wszyscy członkowie rodziny żyć muszą nadal. Jak mają naprawić to, co się rozpadło? Jak ratować to, co pozostaje dobre, ważne, prawdziwe? Sytuacja jest trudna - nieprzyjemna, uciążliwa, kryzysowa. 

Ta sztuka sugestywnie przedstawiając przebieg zdarzeń, precyzyjnie argumentując postawę każdej osoby mocno angażuje, bo prawdziwie i szczerze pokazuje życie zwykłych ludzi, trudną sytuację, w której się znaleźli. Dlatego łatwo przychodzi widzom zrozumienie problematyki zaufania osobom, które się doskonale zna, szanuje, podziwia wobec oskarżeń dotyczących naruszenia etyki zawodowej (tu relacje małoletnich z nauczycielem). Pokazuje spektrum trudności z ostracyzmem otoczenia, problemy radzenia sobie z własnymi emocjami. Ale to co ważne i budujące, sugeruje że podstawowym zadaniem jest utrzymanie kontaktu, wzmacnianie więzi poprzez wspólne rozmowy, wzajemne wsłuchanie się w siebie - w to, co ma się do powiedzenia. Pozostaje pytanie, czy bohaterowie winni budować nowe życie na starym, czy kontynuować je samotnie bez wzajemnego wsparcia. Na co dzień zapomina się o tym, że w życiu nie ma nic pewnego, wszystko jest zmienne a rzeczy i ludzie nie są w istocie takimi, jakimi się przedstawiają, jakimi się je zna. Mimo żywionych do nich uczuć. Mimo dużej wiedzy i doświadczenia. Pamięć jest zawodna, wybiórcza, ale nie sposób jej ignorować. Wierzyć można każdemu, ale gdy zawiedzie, warto być ostrożnym, warto mądrze ufać. Wątpliwość jest jak trucizna, której kropla zatruwa relacje i może zniszczyć wszystko. Pewność przeszłą, teraźniejszą i przyszłą. 

Spektakl jest pasjonujący i ważny za sprawą udanej reżyserii i opracowania muzycznego Jarosława Tumidajskiego. Funduje ogląd niejednoznacznej sytuacji życiowej z bezkompromisową konsekwencją w realistycznej scenografii Katarzyny Kornelii Kowalczyk i kostiumach Krystiana Szymczaka. Można odnieść wrażenie, że obserwuje się przebieg kryzysu  rodziny z sąsiedztwa. Napięcie rośnie, kolejne problemy potęgują je i nie pozwalają widzom odetchnąć. Może dlatego, że wychodzą na jaw nowe okoliczności sprawy, dotąd nieznane fakty, a pojawiające się przeczucia, przebłyski pamięci, podszepty intuicji burzą spokój i harmonię, eskalują emocje. Aktorstwo Katarzyny Dąbrowskiej, Moniki Pikuły, Szymona Mysłakowskiego, Szymona Roszaka i Macieja Bisiorka - komunikatywne, naturalne -tworzy bliskie życiu sytuacje, doskonale odzwierciedla armagedon napięć poddających trudnej próbie ratowania tego, co rodzinę i przyjaciół łączy i wzmacnia. W ich postawach i działaniach jest wiele życzliwości, ciepła, dobrej woli. Bohaterowie odnoszą się do tych zdarzeń, sytuacji, uczuć i rytuałów, które pozwalają im nadal wspólnie, na ile jest to możliwe, normalnie żyć. Wydaje się, że to lepsze rozwiązanie niż całkowity rozpad relacji, bo bardziej dla wszystkich bezpieczny i wzajemnie wspierający. Sztuka dowodzi, że łatwiej walczyć o prawdę, o przetrwanie z rodziną, przyjaciółmi niż samotnie.  


23 i pół godziny  Carey Crim

reżyseria i opracowanie muzyczne: Jarosław Tumidajski 
tłumaczenie: Bogusława Plisz-Góral 
scenografia: Katarzyna Kornelia Kowalczyk 
kostiumy: Krystian Szymczak 
reżyseria świateł: Katarzyna Łuszczyk

obsada: Katarzyna Dąbrowska, Monika Pikuła, Szymon Mysłakowski, Szymon Roszak, Maciej Bisiorek


fot. Katarzyna Gouda/facebook

poniedziałek, 16 marca 2026

SŁABI TEATR COLLEGIUM NOBILIUM

 

SŁABI Magdaleny Drab w adaptacji i reżyserii Marcina Hycnara to mniaturka teatralna. Minimalna forma dla oszczędnej treści kreuje kontekst do pokazania kruchości ludzkiej natury, delikatności konstrukcji psychicznej, samotności w głębokim kryzysie. Dotyczy osób przyjmujących postawy obronne. Jedni wybierają ucieczkę i wycofanie w stadium chorobowym, drudzy agresję i ostentacyjność dla odwrócenia uwagi od tego, że nie dają rady dostosować się do zasad narzuconych przez otoczenie. Wszyscy próbują się ratować, tworzą własne rytuały pozwalające im przetrwać. Wyczerpani z powodu opresji doświadczanego bólu egzystencjalnego trwają w stuporze własnej niemocy. Bezskutecznie, bo instynktownie, nieporadnie walczą z nim albo ulegają mu. Nie są w stanie się bronić, przystosować, nie potrafią nadążyć za wymogami ról, jakie są im przypisywane, nie są w stanie sprostać oczekiwaniom, obowiązkom. To ich dodatkowo osłabia, bo rodzi konsekwencje. Owładnięci obsesją lęku, zagubieni w sprzecznych emocjach, pozostawieni sami sobie tracą przebojowość, kreatywność, pewność siebie. Przemykają przez życie nie mając się czego uchwycić - pogubieni, zrezygnowani, smutni. Grzęzną w niemocy. Czasem tylko podejmują próbę zwrócenia na siebie uwagi, ale bez wzajemnej miłości, bliskości, czułości nie są w stanie odczuwać radości, czerpać sił z tego, co mają, czego doświadczają. Boleśnie zawiedzeni i rozczarowani pozostają nieszczęśliwi. W tym spektaklu słabość nie jest stanem przejściowym, elementem okresu dojrzewania, impulsem, który może spowodować zmianę. Nic dziwnego, że źle się to kończy, co jeszcze bardziej przytłacza nie tylko bohaterów, ale i widzów. Pozbawia bowiem wszystkich nadziei, że cokolwiek może się zmienić na lepsze. Kryzys nie mija i permanentnie przytłacza. Pogłębia traumę. Ostatecznie niszczy resztki tego, co było w bohaterach na tyle silne, by mogli się odbić od dna.

Tylko dwie osoby mają imiona - ANINA Katarzyny Łubik o genotypie depresyjnym, na skraju załamania nerwowego mężatka i młoda matka oraz JAN Aleksandra Sajewskiego, zamknięty w sobie, we własnym świecie sprzedawca w sklepie mięsnym. ANINA stara się zwrócić na siebie jego uwagę, nawiązać kontakt - bezskutecznie. Oboje boją się lub nie wiedzą, jak się do siebie zbliżyć, jak okazać uczucia. Budzą obojętność, litość lub irytację. Są zalęknieni i smutni. Wycofani. Kontakt z nimi jest trudny, ich kontakt ze światem równie skomplikowany. Mąż ANINY, grany przez Piotra Zaperta, jest wobec niej jakby nieobecny, zdystansowany, wymagający. Gdy żona pyta go czy ją nadal kocha, tak naprawdę nie musi odpowiadać. Jego zachowanie mówi samo za siebie. ANINA jest mu obca, i choć MĄŻ daje jej pieniądze, nic go nie obchodzi. Nie przyjmuje do wiadomości, że żona potrzebuje wsparcia, mimo że widać to gołym okiem. Jednak jej nie opuszcza. Jego bierność przyczynia się do nieszczęścia. Pieczętuje los ANINY, która do wszystkich swych niedoli dokłada kolejne - piętno złej, wyrodnej, obojętnej na to, co się dzieje z dzieckiem, matki. Inaczej okazują swoją słabość pozostali bohaterowie. INNA TAKA Oliwi Hołozubiec jest zaczepna, nieustępliwa, zadziorna. Budzi niechęć. Uległej TAKIEJ JEDNEJ Neli Maciejewskiej, choć próbuje, też się nie udało niczego zmienić, poddaje się, płynie z prądem. TAKA TAM Mai Szkutnik, terapeutyczna frustratka, czy TAKI JEDEN Michała Lupy/Hugo Tarresa znaleźli sobie właściwy sposób, by funkcjonować społecznie.

Spektakl jest skromny w formie, lapidarnej treści, co jedynie sugeruje niewypowiedziane rozwinięcia i otwiera się na olbrzymie możliwości interpretacji aktorskiej. I studenci maksymalnie z tej szansy skorzystali. Z dużym sukcesem. To każdy z nich stwarza swojego bohatera, buduje dla niego konteksty, które charakteryzują stany emocjonalne, określają dyspozycje psychologiczne, uzasadniają zachowanie i postawy. Przytłaczający nastrój, konieczność koncentrowania się artystów jedynie na tym, co jest słabe, ułomne, niedoskonałe, pozbawione perspektyw na jakąkolwiek zmianę, kreśli losy ich bohaterów jakby były z góry przesądzone. Tu słabość nie jest stanem przejściowym a permanentnym. Pogrążającym. Przejmująca kreacja smutku egzystencjalnej zapaści dotykającej młodych ludzi budzi uznanie, jednak nie daje większej nadziei, że po takim rozpoznaniu i przepracowaniu na scenie problemów wypalenia, samotności, oziębłości emocjonalnej pojawi się szansa, by móc ich uniknąć we własnym, widzowskim życiu, bo będzie można skutecznie im zaradzić zawczasu, by nie spowodowały nieszczęścia.

Ogromne brawa należą się Katarzynie Łubik, która jeszcze przed rozpoczęciem spektaklu jest już ANINĄ, niepewną siebie, zagubioną, roztrzęsioną wewnętrznym niepokojem i bólem osobą w kryzysie, skupioną na tym, by się nie rozpaść na oczach obojętnego wobec niej otoczenia. Język ciała mówi wszystko - mimowolnie zwraca uwagę i woła o pomoc. Komunikuje, że cierpi i wymaga natychmiastowego wsparcia. Widzowie wchodzą, siadają - już są z nią. To dobry początek - być razem, by wsłuchać się w jej próby nawiązania kontaktu, walki o siebie i przeżyć jej kolejne porażki, dobrnąć do dramatycznego finału. Być z nią nie na dobre a na złe. Być. I reagować na czerwone rajstopy.

Aleksander Sajewski przedstawia nam JANA w równie przejmującej interpretacji. Jego bohater jest też zdefiniowany głównie poprzez wymowę ciała, strażnika jego tajemnicy słabości, pogodzenia się z nią, reakcji defensywnych. Jakby wszedł w tryb katatonicznej obojętności wobec tego, co się z nim i wokół niego dzieje. Smutek i milczenie, postawa szczelnie zamknięta wyraża jego znieczulone akceptacją status quo umysł i ciało już na poziomie, gdy nic w nim nie walczy, nie domaga się, niczemu się nie sprzeciwia. JAN jest pogodzony z losem, ale w tak rozdzierający obserwatora sposób, że ten też czuje się bezradny. Mimo prób rozbicia zbudowanego przez niego kokonu bezpieczeństwa przez ANINĘ, przez INNĄ TAKĄ, TAKĄ JEDNĄ, TAKIEGO INNEGO. JAN przeraża, bo jest stabilnie niewzruszalny. Wydaje się, że absolutnie nic nie można w jego przypadku zmienić. Nie sposób go uratować.




SŁABI Magdalena Drab
 
adaptacja i reżyseria: Marcin Hycnar

obsada:
INNA TAKA - Oliwia Hołozubiec
ANINA - Katarzyna Łubik
TAKA JEDNA - Nela Maciejewska
TAKA TAM - Maja Szkutnik
JAN - Aleksander Sajewski
TAKI JEDEN - Hugo Tarres/Michał Lupa
MĄŻ - Piotr Zapert