wtorek, 7 czerwca 2022

42.WST DZIEWICA ORLEAŃSKA Teatr Narodowy w Mannheim


W czasie trwania 42.Warszawskich Spotkań Teatralnych mogliśmy obejrzeć projekcję spektaklu Teatru Narodowego w Mannheim pod tytułem DZIEWICA ORLEAŃSKA Friedricha Schillera w reżyserii Eweliny Marciniak. Jednak nagranie było bardzo dobrej jakości, napisy w języku polskim, dla tych, którzy nie znają języka niemieckiego a obraz obejmował przestrzeń całej sceny Teatru Dramatycznego w Warszawie. Było warto. 

Ten, wydawać by się mogło, anachroniczny tekst o historii młodej dziewczyny z Lotaryngii, Joanny d'Arc, prostej wieśniaczki, która poprowadziła wojska francuskie do zwycięstwa nad Anglikami, dzięki nowoczesnej interpretacji, kompozycji i oprawie wizualnej stał się opowieścią o kobiecości a także o teatrze, aktorach, czasach współczesnych. 

Już początek zapowiada poziom emocji.  Mężczyzna z furią, z impetem uderza młodą kobietę w twarz. Usta wydają niemy krzyk, oczy wyrażają przerażenie, lęk, zaskoczenie. Jej głowa z rozsypującymi się gwałtownie włosami tańczy jak płomień na tle czerwieni. To prolog/przemoc, jaką stosuje ojciec/  i epilog/spalenie na stosie/ w jednym obrazie zamknięty, ilustrujący władzę patriarchatu. Joanna nie jest pokorna, nie chce słuchać ojca, zwleka z wyjściem za mąż. Ubrana jest w jasną sukienkę w kwiaty ale srebrne skarpetki, mokasyny są dysonansem wieszczącym zmiany. Staną się później integralną częścią zbroi, gdy nastąpi przemiana w dziewczynie, gdy odnajdzie cel w życiu, by spełnić przeznaczenie. 

Ewelina Marciniak w sposób mocny, skondensowany, dosadny akcentuje, co zazwyczaj się przemilcza. Pokazuje bezwstydną, prowokującą seksualność /scena z ojcem/. Wplata ją w bardzo wielu momentach spektaklu, w zmieniającej formie dla osiągnięcia różnych celów. Z jednej strony jasno sugeruje wyuzdanie Joanny, z drugiej podkreśla jej dziewictwo. To ta niejednoznaczność będzie tym, co uruchamia akcję, mężczyzn, jest napędem przemiany Karola, króla Francji, na początku  pogrążonego w letargu, depresji przez co przegrywał wojnę z Anglikami. Pojawienie się Joanny, Lolity-dziewicy, prostej dziewczyny znikąd, wszystko zmieniło. To jej deklarowana czystość, niedostępność seksualna budziła wyobraźnię mężczyzn, ich chuć i jurność w walce. Joanna na stosie wyglądała glamour, pociągająco, kusicielsko. Jest statyczna, widzimy, że pozuje do zdjęcia. Zupełnie inaczej niż -przywoływana już prywatnie przez aktorkę-surowa, ekspresyjna, aseksualna, na skraju szaleństwa Renée Jeanne Falconetti w niemym filmie Carla Theodora Dreyera z 1928 roku. Tym samym Ewelina Marciniak ilustruje przemianę figury Joanny aż po dzień dzisiejszy. Najpierw kontrolowana przez reguły patriarchatu nie uległa mu, potem wdarła się na jego teren i zwyciężyła, by przez kolejne wieki inspirować i być wykorzystywana dla partykularnych celów. 

Żona Karola to inny typ seksualności. Wyzywająca/współczesny taniec w wodzie, we mgle/, przez cały czas skąpo ubrana, nienawidzi dzieci, otwarcie odrzuca rodzicielstwo/brutalnie rzuca do wody plastikowego niemowlaka/ w gruncie rzeczy jest bardzo samotna, krucha, głęboko nieszczęśliwa. Wzruszająca.  Mocno przeżywa odrzucenie męża. 

Jeszcze inaczej przedstawia się sfera intymna aktorki 60+  w opowieści o czułości, która mówi o czystej radości płynącej z bliskości, spontanicznego związku z mężczyzną oraz miłości, jaką czuje do dziecka. Piękne to rozwinięcie tematu, bo dotyczy wieku kobiety, który jest zazwyczaj przemilczany, pomijany, nieważny. A tu mamy zaskoczenie, doświadczona aktorka, stara kobieta w prywatnym wyznaniu odkrywa głęboką mądrość, wrażliwość, wielkie piękno. Ma tyle do zaoferowania, do powiedzenia. Wystarczy zwrócić na nią uwagę, wystarczy jej posłuchać.

W spektaklu tym mężczyźni są w większości brutalni, agresywni, napastliwi(ojciec, Anglicy). Tylko Karol jest aseksualny, pasywny, wycofany. Bracia Joanny, wyznający, że jest kochana, wspaniała, ubrani są w dziewczęce sukienki. Nie jest łatwo im uwierzyć. Przebrani, nie są wiarygodni. Ich opinia jest dwuznaczna. Świat męski stoi w opozycji do świata kobiet. Ale kobiecość nie musi oznaczać słabości, uległości, podporządkowania. Nie jest synonimem rezygnacji z siebie.

Ewelina Marciniak wykorzystuje środki teatru postdramatycznego/wideo, brak linearnej fabuły, ciągłości, wtręty narracji współczesnych, komentarze aktorów, ich prywatne teksty, nowoczesna, super dizajnerska scenografia z przestrzenią dobitnie sygnalizującą nawiązanie do współczesności/, by połączyć tekst Schillera ze swobodną wypowiedzią, refleksją współczesnej perspektywy. Analizuje życiorys Joanny, tworzy jej profil psychologiczny, stara się ją poznać, odkryć tajemnicę fenomenu tej postaci, opisać żywotność jej legendy, wykorzystywanie jej przez artystów, intelektualistów, polityków. Ten spektakl też ją w jakiejś mierze eksploruje, bo Joanna służy uzasadnieniu pewnej tezy. Stanowi bazę wyjściową do rozważań na temat kobiecości, procesu kształtowania się tożsamości, tego, co po latach zostaje w pamięci. Spekuluje, co by było, gdyby Joanna dożyła późnej starości. Stawia pytania, zastanawia się, dlaczego brakuje odpowiedzi. Konstatuje, że trudno jest przywrócić do życia to, co dawno umarło, ale niesie nadal potężny potencjał. Spektakl jest próbą takiej transfuzji. Tym boleśniejszą, że kobiety nie są w stanie o sobie samych wiele powiedzieć, nie potrafią wiele zrobić, by zdezawuować stereotypy, pozbawić je siły nośnej, żywotnej, zakłamującej rzeczywistość. Zawsze pozostaje jakaś wersja, nowa perspektywa mniej lub bardziej przybliżona do prawdy. Wariacja na temat. Naznaczona subiektywizmem, skażona emocjami, osłabiana brakiem pewności siebie. Ukształtowana spuścizną historyczną, presją wychowania, siłą patriarchatu. Ale, jak udowadnia historia Joanny, zmiana jest możliwa. Zwycięstwo kobiety, mimo że nie dożyła późnej starości, jest niepodważalne. Dziś i w przyszłości wybór alternatywnych dróg prowadzących do spełnienia, może mieć szczęśliwe zakończenie.

Warto więc podejmować kolejne próby. Jest o co walczyć. Sztuka Eweliny Marciniak walczy.



DZIEWICA ORLEAŃSKA   Friedrich Schiller
PROJEKCJA SPEKTAKLU

reżyseria: Ewelina Marciniak
choreografia: Dominika Knapik
scenografia i światło: Mirek Kaczmarek
kostiumy: Natalia Mleczak
muzyka: Jan Duszyński
reżyseria wideo: Ewelina Marciniak, Przemysław Chojnacki
produkcja wideo: YANKI FILM
dramaturgia: Joanna Bednarczyk, Anna-Sophia Güther, Sascha Hargesheimer

OBSADA:
Annemarie Brüntjen, Boris Koneczny, Christoph Bornmüller, Sophie Arbeiter, Vassilissa Reznikoff, Maria Munkert, Arash Nayebbandi, Matthias Breitenbach, László Branko, Ragna Pitoll

fot. Christian Kleiner/Natalia Mleczak

poniedziałek, 6 czerwca 2022

42.WST WUJASZEK WANIA Teatr Ludowy w Krakowie

 


Małgorzata Bogajewska proponuje WUJASZKA WANIĘ Antoniego Czechowa w formie kameralnego teatru. Płynącego od motywacji, czucia, przeżywania do zrozumienia, oswojenia, akceptacji. Reżyseruje spektakl skupiony na budowaniu napięcia, gęstniejący emocjonalnie. To sztuka najwyższej, najszlachetniejszej próby.

Wnętrze domu jest klaustrofobiczne, stare, zużyte, w nieustającym remoncie. Skrzydłami ścian otwiera się na cały świat. Nie zdradza, że jest więzieniem, klatką, schronieniem. Uprzedmiotowionym marzeniem, samotnością, koniecznością bez alternatywy, bez możliwości wyboru. Jasny, ciepły kolor ścian, przykrytych cienką, ochronną folią, buduje atmosferę tego domu, rozświetla wnętrze. Mieszkańcy doskonale się wpisują w to otoczenie. Nie wiadomo, czy świat ich ukształtował, czy to oni świat na własne podobieństwo stworzyli i nieustannie, bez końca go remontują, zmieniają. I tak obraz zwykłej, normalnej, przeciętnej rodziny trwa poza konkretnym miejscem, poza czasem. Choć mówi się o nim, nie ma samowara. Jakby nie ma Czechowa. Jest człowiek, świat w kryzysie. Jego świadomość, czucie, udręka życia. Krystaliczne człowieczeństwo.

Bohaterowie są w fazie schyłkowej, na końcu drogi, która decyduje o kształcie, przeznaczeniu, sensie życia. Każdy z indywidualnym programem ale też już z bagażem porażek, klęsk, rozczarowań. Ze zdiagnozowaną ich przyczyną. Sztuka prezentuje końcówkę rozpoznania. Definiuje podsumowanie. Gdy się wszystko rozstrzyga, decyduje, kończy, a potem już będzie tylko zmierzało do ostatecznego rozwiązania-śmierci. Bez zmian, bez fajerwerków, bez walki. Ale z jakimś nieokreślonym do końca wrażeniem, że  nieważny jest ten ujemny bilans życia, brak miłości, brak szczęścia, spełnienia, rozczarowania.  To właśnie w tych usiłowaniach, próbach, syzyfowej pracy jest sens życia. W zapale, intencji, konieczności. W upokorzeniu, poświęceniu, samotności i świadomości daremności wszelkiego wysiłku. Bo nie o samo przeżycie tu chodzi. Życie samo w sobie ma wartość i sens. I wszystko, co ze sobą niesie. Dobro i zło. I wszelkie ich niuanse, odcienie. Wszystko.

W takim punkcie granicznym jest Niania(Jadwiga Lesiak). Ma demencję. Siedzi milcząca, nieobecna, wycofana. Już się nie krząta, nie robi na drutach, reaguje nieadekwatnie do sytuacji. Gaśnie. Robi wstrząsające wrażenie. Ale wystarczy być. Wiemy, kim była, co robiła. Czujemy, że odchodzi. I choć jest to widok bolesny, przejmujący, trudny do zniesienia, to mamy świadomość, że jej życie pełne pracy, oddania, służbie, jest spełnione. Jadwiga Lesiak pozwala nam w pełni odczuć tę intensywną, choć prawie milczącą obecność. 

Maria Wojnicka, wdowa i matka, pozostaje zamknięta w swoim świecie. Powtarza jak mantrę, że należy wierzyć i słuchać profesora. Ukształtowana przez przeszłość, w niej tkwi ubezwłasnowolniona. Jak pozostałe kobiety nie ma wiele do powiedzenia. Barbara Szałapak gra osobę, która ma wszystko za sobą. Niczego już nie dokona, niczego nie zmieni. Tym bardziej samej siebie. Upiera się tylko przy swoim ślepym oddaniu fałszywemu, męskiemu autorytetowi. 

Profesor Seriebriakow(Kajetan Wolniewicz), zdziecinniały hipochondryk jako naukowiec jest skończony, czeka na śmierć terroryzując otoczenie z zaciekłością, zaborczością stetryczałego starca, który boi się bólu, a tak naprawdę śmierci. Nic nie osiągnął, nic nie znaczy a jednak próbuje wpływać na życie innych. Irytuje swoją pewnością siebie, mimo że wie doskonale jak jest słaby, bezsilny. Nie sprzeda domu, nie kocha żony. Jest całkowicie bezużyteczny a jednak to jego obecność tak mocno elektryzuje otoczenie, powoduje, że wszyscy się zmieniają i mają szansę spojrzeć na siebie z innej, podsumowującej ich życie perspektywy. To starość histeryczna, zdziecinniała, bez godności, ale ponieważ taka jest, dopomina się uwagi, troski i w końcu ujmuje, wzrusza. Żona przy nim zostaje. 

Tielegin (Tadeusz Łomnicki), rozbitek życiowy ośmieszony przez żonę, do końca robi wszystko, by nie stracić radości i wiary w życie. Nie przeszkadza mu, że gra na ukulele. A gdy jeszcze śpiewa, rozbraja smętki, choć na moment, na mgnienie. Dowodzi, że może nie trzeba zbyt głęboko rozpamiętywać swego cierpienia, nie rozszarpywać ran. Bo to zabija, niszczy. Wybaczenie, a przynajmniej dystans do tych, którzy nas krzywdzą, pomoc im przynosi ulgę, daje poczucie, że robi się, co trzeba. Tadeusz Łomnicki z powodzeniem gra ciepłą postać, która naiwną, ufną wiarą kocha życie i swoją obecnością niepostrzeżenie wprowadza spokój, równowagę, radość. 

Wujaszek Wania(Piotr Pilitowski ) żył zawsze dla innych, nigdy dla siebie. Ze świadomością, że inaczej nie można. Zrezygnował z siebie i nic dziwnego, że nic mu na koniec nie zostało. Może poza uczuciem, że inne wybory, byłyby dla niego lepsze, szczęśliwsze. Ale taka myśl nie dawała mu żyć tylko przez chwilę. Wystrzeliła i zgasła. Pozostał do końca, kim był zawsze-dobrym, pracowitym człowiekiem. Wszystko przyjmował z pokorą. Ból skrywał. Scena, kiedy wchodzi z kwiatami i widzi Astrowa z Heleną, jest tym momentem, w którym wiemy co czuje, gdy cierpi z powodu straty/ nie tylko  kobiety, którą, wydaje się mu, że kocha ale wszystkich innych życiowych możliwości, z których zrezygnował/. Piotr Pilitowski doskonale potrafi oddać skalę dramatu tej postaci.

Doktor Astrow(Piotr Franasowicz) młodszy a już zmęczony życiem i sobą mężczyzna, też ciężko pracował przez całe życie. Jego miłość do ludzi, świata, piękna nie potrafiła go jednak ocalić. Kochał deklaratywnie (Helena),  nie chciał być z osobą, która była mu bezgranicznie oddana(Sonia).  Tylko pragnął, całe życie pragnął, nawet wiedział czego pragnie a ponieważ nie wierzył w siebie i starał się za mało, pozostał z niczym. Świadomość, że życie w swej istocie nie ma sensu, zagłuszał pijaństwem na umór. Piotr Franasowicz gra młodego, pełnego werwy, energii Astrowa. Dynamicznie, sugestywnie. Tym bardziej dramatycznie odczuwa się brutalnie cyniczne zachowanie jego bohatera. Szczere wyznania. Samooskarżenia. I końcowe wycofanie. 

Piękna, namiętna Helena(Roksana Lewak) wszystkich rozpala ale nikogo nie zaspokaja. Jest  tajemniczym przedmiotem pożądania, jednak zmarnowała wszystkie atuty: talent muzyczny, urodę, zmysłowość. Szansę na szczęście straciła w momencie wyboru profesora Seriebriakowa na męża. Kolejne jej decyzje były konsekwencją pierwszej. Cały potencjał zaprzepaściła. Pogrążona w melancholii, bez miłości traci chęć do życia. Rezygnuje z oferty Astrowa, znosi humory męża, który staje się coraz bardziej uciążliwy, próbuje nawiązać bliższe relacje z Sonią. Rozumiemy ją, bo Roksana Lewak dokładnie swoją grą odkrywa motywacje, wyjaśnia wybory, ilustruje zachowanie Heleny. Żal nam tej młodości straconej, tej urody tylko do kontemplowania, podziwiana.  I tego, że się poświęca, choć każda inna decyzja byłaby złym wyborem(Astrow, Wujaszek Wania). Tragizm tej postaci polega na tym, że nie może żyć dla siebie. Pozostaje, jak inni, w sytuacji bez wyjścia. Marnotrawi potencjał, jest nieszczęśliwa i mimo że jest młoda, jej życie się skończyło. Nic się w nim już nie zmieni. Po kres.

Dobroduszna, ufna, oddana Sonia(Maja Pankiewicz) ujmuje swoją skromnością i skrywaniem bólu, na który nie zasłużyła. Przyjmuje cios za ciosem z pokorą, spokojem, godnością. Przemilcza te razy od ludzi, których kocha nad życie. Wybacza. Zakłamuje rzeczywistość, by nie stracić resztki radości, energii, siły niezbędnej do życia. Ona też jest młoda/jak Helena, Astrow/ ale wszystkie wątki jej życia już się domknęły. Życie Soni jest wypadkową decyzji niezależnych od niej samej. Będzie, jak było. Świadomość tego nie zabija jej a wzmacnia. Jest naturalna. Tak więc dalej uporczywie będzie pracować, trwać, żyć i to jest jej wybór. Maja Pankiewicz w subtelny, delikatny sposób pokazuje przemianę nieporadnej, nieśmiałej, zakompleksionej Soni w osobę, która przejmuje inicjatywę i bierze odpowiedzialność za siebie i innych. Z jakąś nadludzką dyscypliną, determinacją, akceptacją. Z wiarą. 

I w końcu mała dziewczynka, piękna jak aniołek, gra na skrzypcach. Ona jest początkiem, który może rozwinąć się w spełnione, szczęśliwe ciągi dalsze. Ma talent, potencjał, czas. Jej życie może przynieść to wszystko, czego zabrakło lub co stracili, zaprzepaścili bohaterowie Czechowa. Za czym tęsknili, za czym śnili, co naprawdę prawdziwie, mocno by ze wzajemnością pokochali. Bez duchowego cierpienia, bez zawodu, rozczarowania, zwątpienia. Czy jednak jest to możliwe? Warto pomarzyć, że tak. Warto pomyśleć, że wszystko jest możliwe.

Piękny, mądry, prawdziwy spektakl o ludziach, o życiu, o trudnym człowieczeństwie wyczarowała swoją sztuką Małgorzata Bogajewska. Przedstawia nam ludzi, którzy żyją wyłącznie dla innych, spragnionych miłości, szczęścia, spokoju. Daje odczuć klęskę tych wysiłków. Aktorzy z najwyższą maestrią oddali jej wizję  na scenie. Energia popłynęła ku widzom. Ci byli zachwyceni. Bo taka sztuka krzepi, wzrusza, uszczęśliwia. Nadal mocno działa. 


WUJASZEK WANIA  Antoni Czechow

tłumaczenie: Agnieszka Lubomira Piotrowska
reżyseria: Małgorzata Bogajewska
scenografia: Anna Maria Karczmarska
muzyka: Bartłomiej Woźniak
reżyseria światła: Dariusz Pawelec
inspicjent, sufler: Manuela Nowicka

OBSADA:
Kajetan Wolniewicz(Seriebriakow), Roksana Lewak(Helena), Maja Pankiewicz(Sonia) (gościnnie), Barbara Szałapak(Maria Wojnicka), Piotr Pilitowski(Iwan Wojnicki), Piotr Franasowicz(Astrow), Tadeusz Łomnicki(Tielegin), Jadwiga Lesiak (Niania)(gościnnie), Piotr Piecha(Robotnik), Pola Galica-Galoch / Gabriela Sarbiewska (gościnnie)(dziewczynka)

fot. Klaudyna Schubert

czwartek, 2 czerwca 2022

42.WST KOMEDIA. WUJASZEK WANIA TEATR ZAGŁĘBIA W SOSNOWCU



To Czechow z innej bajki. Słowo KOMEDIA, usytuowane na początku tytułu, do czegoś zobowiązuje i twórcy spektaklu się z tego metodycznie wywiązują. Ale nie bez konsekwencji. Nie bez strat.

Humor, dowcip, piosenka disco polo, kolorowe baloniki, różowa imprezowa peruka, sztuczne kwiaty, mocna charakteryzacja i kostium kojarzący się ze strojem klauna, gra aktorska na pograniczu pastiszu, groteski, zabawy konwencją, wywołują śmiech, ocieplają wizerunek bohaterów, usprawiedliwiają ich psychologiczny portret ale jednocześnie go spłycają, upraszczają, pozbawiają wieloznaczności, egzystencjalnej tajemnicy, głębi. Wszystko jest oczywiste, uproszczone, przewidywalne. Dla łatwego zrozumienia, przeżycia, uhahania.  Poruszamy się po powierzchni, ignorując bardziej złożone analizy. Gruba kreska charakterystyk postaci wzmacnia nieznośną lekkość bagatelizowania sytuacji życiowych, realnych problemów, klęsk, emocjonalnych porażek. W efekcie wszystko, co najważniejsze a więc prawdziwy obraz  społeczności w kryzysie, zamazany intensywnymi kolorami karykaturalnej gry aktorskiej, oprawy plastycznej, blaknie, ginie. Obśmiany, staje się nieważny. 

A przecież scenografia celnie podkreśla całkowity rozkład. Właściwie dom przestał istnieć. Nie ma ścian, sufitów, okien-przestrzeni ważnej dla życia rodziny. To, co jest przyczyną kłótni /majątek, dom/ już nie istnieje. Tylko przesuwane 3xdrzwi zbite w trójkąt stanowią przestrzeń intymną, skrywaną, wstydliwą. Ale do bólu umowną. Przez nie przetaczają się bohaterowie, w ich obrębie przycupnięci, ukryci zwierzają się, dzielą się swoimi tajemnicami/Sonia mówi o swej miłości do doktora, gdy ten pochłania żarłocznie suchą bułkę, Sonia z Heleną piją bruderszaft, zbliżają się do siebie/, przeżywają swoje smutki. Te poruszające się, często centralnie usytuowane drzwi-przejścia są wspaniałym pomysłem łączącym bohaterów. Tylko tyle zostało z domu, kapsuła czasu z samymi wyjściami awaryjnymi służącymi do ucieczki w nieograniczoną niczym przestrzeń wolności. Kilka mobilnych kolorowych ławek z poduszkami, samotny żyrandol z różowym misiem, nieśmiertelny samowar, teatralne rekwizyty/sztuczny, różowy tort, filiżanki przyklejone do tacy, czego się nie ukrywa, narysowana na papierze karafka z wódką, kieliszki/,  podkreślają umowność, pozory  prawdy, życia i to, że członkowie rodziny, jej znajomi są życiowymi rozbitkami, wydaje się, bezdomnymi biedakami, bankrutami życiowymi. Marną imitacją bohaterów ze sztuk Czechowa. To nieudacznicy, którym nie współczujemy, to ofiary losu, których upadkiem się nie przejmujemy, to nieszczęśnicy, których nie polubimy. I nie chcemy widzieć w nich siebie. Ta komedia nie ociepla wizerunku a dystansuje, nie śmieszy. 

Wujaszek Wania/Tomasz Muszyński/ wygląda jak jedno wielkie nieszczęście/białe skarpetki, sandały, spodnie mocno zielone pod pachy, kolorowy szlafrok, włosy przetłuszczone, twarz przemęczona, zwiędła/. Budzi litość. Doktor Astrow/Aleksander Blitek/ już nie młody, ale też nie stary, niestety sterany znojem codzienności, własnych słabości i niemocy, pozostaje do końca bez nadziei, radości i chęci do zmian. Pije. Nawet jego zaangażowanie w sadzenie lasu, zainteresowanie ekologią, troska o ludzkość jest mało wiarygodna, fasadowa. Profesor Sieriebriakow/Przemysław Kania/ stetryczały hipochondryk terroryzuje wszystkich, potrafi tylko nękać żonę, wzbudzać litość, odciąga uwagę od swoje bezużyteczności. Oprócz matki/Maria Bieńkowska/, siostry/Joanna Połeć/ i młodej żony/Mirosława Żak/, które nie mają w ogóle nic do powiedzenia, nikt go nie szanuje, nie ceni. Pasożytuje. Robi dużo hałasu wokół własnej osoby. Matka zachowuje się jak upiór, z innego porządku, z innej imprezy. Tylko niania/Ryszarda Bielicka-Celińska krząta się, robi na drutach/ i Sonia nosi kalosze, sprzęty do pracy na roli/ są normalne. Pracują cały czas. Myślą zdroworozsądkowo. 

Ciekawe, że nikt tu naprawdę nie kocha nikogo, choć każdy o tym marzy. Ciągle umierający, słaby Profesor nie kocha żony, ona, wycofana, zimna, obojętna, zadowala się jego obecnością. Doktor kocha deklaratywnie, bo interesuje go wyłącznie kontemplacja piękna. Nie pragnie Heleny lecz jej urody, młodości, świeżości. Wujaszkowi też wydaje się, ze kocha Helenę ale on tęskni za utraconą młodością, za życiem, z którym kompletnie nic nie zrobił. Helena już w przeszłości mogła być jego. Sonia, jak twierdzi sama, brzydka choć dobra, pracowita, kocha doktora lecz platonicznie, bo on jest poza jej zasięgiem. Naiwna, infantylna, dziecięca, nijaka cierpi w samotności.

Wszystkie emocje, uczucia, działania są pozbawione energii. Profesor po całych nocach markuje pracę naukową. Jest starym dzieckiem. Jego młoda żona próżnuje, nie widzi sensu w robieniu czegokolwiek. Jak mąż nie ma już w sobie życia. Reszta towarzystwa przy nich gnuśnieje. Słabnie. Popada w depresję. Może oprócz pełnokrwistej, wiarygodnej, jak z obrazka klasycznej Niani. Sonia jest naiwną, głupiutką gąską. Wujaszek Wania, mimo kolorowej powierzchowności, pozostaje bezbarwny. Nie można o nim myśleć ze współczuciem, szacunkiem. Doktora pomysł na ratowanie siebie, ludzi i świata jest tylko pozą. Pragnie piękna. Wyłącznie udaje, że chce czegoś dokonać, że żyje. Atmosfera nie gęstnieje od grozy, przygnębienia i beznadziei, bo jest rozbrajana gagami, żartami, wesołymi opowieściami, humorystycznie  użytymi teatralnymi rekwizytami, obecnością gadającej wielkiej kury/Beata Deutschman/. Niepokój płynie podskórnym nurtem, ale kontrolowany jest przez dowcip, neutralizowany przez śmiech. Tylko samowar, stojący na scenie, wygląda poważnie.  

Na koniec wszystko wraca do starego porządku i wydaje się, że taki obrót sprawy bohaterów zadawala. I ożywia, i uspokaja. Znieczula. Nic się nie zmieni, nie wydarzy. Przebłyski świadomości własnej kondycji zostały na powrót zgaszone. Mozół życia, praca, jak niezaspokojony wampir, będzie wysysała z nich  radość życia po kres. A nadzieja na nagrodę- szczęście i odpoczynek- możliwa będzie dopiero w życiu po niby życiu. Jeśli wystarczy wiary. Kiepskie to pocieszenie. Marny powód do śmiechu.

Jędrzej Piaskowski z pomocą dramaturga Huberta Sulimy reżyseruje na wesoło. Scenografia/Anna Met/, która dekonstruuje i kostiumy/też Anna Met/, które obnażają groteskowość sytuacji, postaci bardzo pomagają w zilustrowaniu bohaterów żałosnych, słabych, skazanych tylko na siebie. Bez cienia szans na lepsze, znośniejsze życie. Monotonna, przygaszona muzyka Jacka Sotomskiego pogłębia uczucie beznadziei. Pomysł był dobry, tylko środki nie sprostały wytyczonemu celowi. Bo to nie jest ten rodzaj poczucia humoru, który rozczula, pomaga zrozumieć zły los bohaterów, patrzeć na ich niedolę ze współczuciem, zrozumieniem, z przymrużeniem oka. Nie jest nam żal bohaterów, śmiechem zagłuszamy zażenowanie, czujemy litość, bo myślimy że sami sobie są winni, że na swoją marną egzystencję ciężko zapracowali swoimi wyborami, zgodą na poddanie się losowi. Bo tacy po prostu są.

Zwraca uwagę w tej reżyserii umiejętność rozsadzenia, unieważnienie zarówno przestrzeni, w której poruszają się bohaterowie, jak i konsekwentna dekonstrukcja charakterystyk postaci. Rezygnacja z rodzajowości obrazu, zrzucenie kolejnych warstw interpretacyjnych, do których przez przeszłe inscenizacje byliśmy przyzwyczajani, pokazuje całkowitą mizerię egzystencjonalną, niewydolność intelektualną, śmierć emocjonalną człowieka. Tym samym Piaskowski stawia przed nami społeczność, rodzinę, jednostkę całkowicie bezsilną nie tylko wobec własnych problemów ale i wyzwań teraźniejszych i przyszłych świata. Król jest nagi. Z materią w takim stanie psycho-fizycznym,  nieświadomą swego rzeczywistego położenia, kompletnie nie radzącą sobie z czymkolwiek, na pewno żaden problem nie zostanie rozwiązany. W tym kontekście wyobrażenie, że praca, praca, syzyfowa praca pozwoli ludziom przetrwać a spełnienie nastąpi dopiero w przyszłym życiu rzeczywiście może wydać się śmieszne. Mnie nie jest do śmiechu.


Komedia. Wujaszek Wania  Anton Czechow

reżyseria: Jędrzej Piaskowski
dramaturgia i opracowanie tekstu: Hubert Sulima
scenografia i kostiumy: Anna Met
muzyka: Jacek Sotomski
światła: Monika Stolarska

obsada: Maria Bieńkowska, Ryszarda Bielicka-Celińska, Beata Deutschman, Joanna Połeć, Mirosława Żak, Aleksander Blitek, Kamil Bochniak, Przemysław Kania, Tomasz Kocuj, Tomasz Muszyński

środa, 1 czerwca 2022

42.WST HALKA Narodowy Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie

 

HALKA, spektakl Starego Teatru z Krakowa, w reżyserii Anny Smolar przedstawia  rozbudowaną wersję  libretta opery Stanisława Moniuszki. Twórcy dekonstruują je, na nowo interpretują. Przepisują tekst pierwotny lecz nie zmieniają tytułu. Tworzą wariacje na temat przemiany przedstawicieli władzy i reszty społeczeństwa, ewolucji ról jakie pełnią w życiu kobiety i mężczyźni, wywlekają to, co zawsze było ukryte, wstydliwe, przemilczane/niechciana ciąża, aborcja, wulgaryzmy/. Obserwujemy obraz współczesnego układu społecznego w opozycji do tradycyjnego kanonu, który wydaje się naiwny, płytki, jednowymiarowy. Już obcy. Ta inscenizacja to jego jawna demistyfikacja. Alternatywna propozycja. Z wyraźnym wskazaniem, że przeszłość jest zła, niesprawiedliwa, anachroniczna a współczesność jest naturalnie dobra, wyzwalająca. Do wynegocjowania. To ma przekonać wszystkich, że zmiany są konieczne, zmierzają w dobrym kierunku. Inaczej być nie może. Wystarczy chcieć. Wystarczy spróbować.

Artyści koncentrują się na modyfikowaniu treści, zmianie formy, wypracowaniu spójnego przesłania. Bawią się językiem, charakterystykami bohaterów, ich tożsamością. Rozsadzają kanon, dopisują sceny, znaczenia, konteksty, komentarze. Nie tykają muzyki Moniuszki, ale w końcu tworzą zrąb własnej. Spektakl pokazuje proces przekształcania się starego świata w nowy, nam współczesny. I to od pierwszej do ostatniej sceny. 

W pierwszej części spektaklu aktorzy mówią w trzeciej osobie tekstem z didaskaliami. Od początku tworzony jest dystans do granych postaci, dążenie do maksymalnego ich dookreślenia, scharakteryzowania i zdyskredytowania. Ośmieszenia. Demaskowany jest infantylizm historii, płytkość motywacji, brak tragizmu. Halina /Aleksandra Nowosadko/, będąc w ciąży nie wie, czy urodzi dziecko, co z nim ewentualnie zrobi. Zosia/Magda Grąziowska/ jest wycofana, ubezwłasnowolniona, zagubiona. Przyszły teść Janusza, Stolnik,/Roman Gancarczyk/ sugeruje Halinie aborcję, dla dobra Zofii, dla jej szczęścia.  Chroni swoje dziecko, pragnąc pozbyć się cudzego. Okrutna to propozycja wyrażona wprost w ciepłym, dobrotliwym tonie. Dziewczyna rodzi dziecko i nie popełnia samobójstwa. To pierwsza scena zmiany operowej narracji, która była możliwa. Dowód  buntu przeciw patriarchatowi, który rządzi, podporządkowuje i gnębi nie tylko kobiety. Krok po kroku twórcy spektaklu budują wrażenie, że każda wariacja na temat rozbijania  kanonu jest możliwa. Tak, by uzasadnić konieczność zmian. Bo alternatywne życie jest możliwe, czego przykładem jest opowiedziana prawdziwa historia Teofilii Pytko/żona Wyspiańskiego/.

Cele twórców podkreśla scenografia i kostiumy Anny Met. Są jakby poza czasem. Zarówno przestrzeń z plastikowym wodospadem, landszaftem z przetaczającymi się tabunami chmur, księżycem w pełni, kamieniem jako góry szczytu, ze starymi meblami, jak i przerysowane, jaskrawe kostiumy, karykaturalne stylizacje  pomysłowo wzmacniają zmiany zachodzące w czasie, podkreślają przemianę bohaterów.  Podobny efekt daje tańcząca postać, Tancerka/ Karolina Kraczkowska- dobry duch dokonujących się zmian, opiekunka, przewodniczka kobiet/, muzyka Enchanted Hunters /Magdalena Gajdzica, Małgorzata Penkalla/, układy choreograficzne Pawła Sakowicza, postać Dudziarza/Alicja Wojnowska/, figura bez właściwości. Konstrukcja wypowiedzi bohaterów, język, jakim się posługują jest szczególną, bardzo ważną charakterystyką postaci. Wszystko to odzwierciedla zawirowanie w czasie, chaos, element obcości. Symbolizuje przemianę. Potęguje wrażenie jakby nic do siebie nie pasowało, bo pochodzi z różnych porządków, kłócących się perspektyw, racji. 

Druga część spektaklu to inny świat. Kobiety są wyzwolone, pewne siebie, silne. Empatyczne. To zupełnie inne osobowości. Przestają być ofiarami, uzyskują podmiotowość. Ich wzajemne relacje są serdeczne, bliskie, ciepłe. Mężczyźni przejmują ich role. Opiekują się dzieckiem, uzgadniają warunki jego wychowania /Radosław Krzyżowski w roli Janusza, Łukasz Stawarczyk jako Jontek/. Ci, którzy byli słabi, biedni, wykluczeni uzyskują wyższy status. Wiodą lepsze życie. Są hardzi, wymagający, walczą o swoje. Podziały społeczne nie są widoczne. Zgromadzeni tworzą patchworkową społeczność, rodzinę.  Zachowują autonomię. Wyrazistość. Mają większą świadomość siebie, własnej tożsamości, siły z niej płynącej. Wiedzą, że porozumienie można wypracować, konsensus osiągnąć, rozwiązania alternatywne zaakceptować, zmiany  przeprowadzić, swoje podejście do świata, innych ludzi ciągle modyfikować. Choć nie jest łatwo, dochodzi do spięć, ostrej dyskusji. Ale wszystko jest możliwe. Najdobitniej ilustruje to końcowy taniec bohaterów z krzesłami. Wspólny śpiew w nowej HALCE, ich HALCE. Starej w ogóle nie usłyszymy, jakbyśmy mieli ją zapomnieć, wymazać, zagłuszyć. Unieważnić.

Spektakl jest nierówny. Łączenie różnych estetyk, tak wielu perspektyw może wydawać się nieuzasadnione, trudne do zrozumienia. Dłużyzny drugiej części męczą. Zaburzona dynamika, nierówne tempo, słabnące napięcie sprawia, że pojawia się momentami nuda. Imponuje natomiast pomysł sam w sobie: intrygujący, buńczuczny, ambitny. Bardzo ciekawe są rozwiązania inscenizacyjne, sposób dekonstrukcji anachronizmów i teatralna konstrukcja nowego ładu społecznego, nowego bohatera.  

Teatr Anny Smolar i Natalii Fiedorczuk to przygoda. Podróż w nieznane. Propozycja powiązania czasu przeszłego z teraźniejszym, w nim konfrontowania relacji międzyludzkich, uchwycenia  zmian mentalnych, podkreślenia różnic światopoglądowych, zniesienia podziałów społecznych. Nie jest to łatwe zadanie, nie jest to prosta układanka. Spektakl przeprowadza dowód postawionej tezy.  Wierzy w siłę argumentów.  Rozumem się posługuje i do niego odwołuje. Nie do intuicji, przeczucia, emocji. To w gruncie rzeczy teatr wykalkulowany. Ale nie bez poczucia humoru, lekkości, polotu. Programowo modeluje człowieka. Poważny ma cel do osiągnięcia-przyzwyczajenie widza do spoglądania na sztukę z różnej , nawet najbardziej karkołomnej, szalonej perspektywy. Bo to otwiera go na nowe doznania, przygotowuje na zmiany, nieoczekiwane doświadczenie. Zwłaszcza, że doskonała gra aktorów Starego Teatru zachwyca, bawi, zaskakuje a ogromna praca, zaangażowanie w projekt całego zespołu twórców imponuje. Teatralna HALKA rozsadza i na powrót scala. Za każdym razem jest to inna układanka, obraz życia tych samych bohaterów ale jednak innych, uwolnionych od stereotypu, pełnokrwistych postaci. 


HALKA
autor: Natalia Fiedorczuk, Anna Smolar we współpracy z zespołem aktorskim
reżyseria: Anna Smolar
asystentki reżyserki: Ewa Galica, Kalina Dębska
scenariusz: Natalia Fiedorczuk, Anna Smolar we współpracy z zespołem aktorskim
scenografia, kostiumy: Anna Met
asystentka scenografki: Stefania Jabłońska
choreografia: Paweł Sakowicz
muzyka: Enchanted Hunters (Magdalena Gajdzica, Małgorzata Penkalla)
reżyseria światła, wideo: Liubov Gorobiuk
inspicjent, sufler: Zbigniew S. Kaleta

obsada:
Aleksandra Nowosadko/Halka/, Magda Grąziowska/Zosia/, Karolina Kraczkowska (gościnnie)/Tancerka/, Alicja Wojnowska/Dudziarz/, Roman Gancarczyk/Stolnik/, Radosław Krzyżowski/Janusz/, Michał Majnicz/Dziemba/, Łukasz Stawarczyk/Jontek/

fot. Magda Hueckel

poniedziałek, 30 maja 2022

42.WST CUDZOZIEMKA Teatr Polski w Poznaniu


CUDZOZIEMKA, spektakl wyreżyserowany przez Katarzynę Minkowską na podstawie książki Marii Kuncewiczowej w Teatrze Polskim w Poznaniu, poraża siłą swego oddziaływania. Za sprawą tematu, dramaturgii, ekspansywnego aktorstwa. Magii teatru.

Osnową jest życie głównej bohaterki, Róży Żabczyńskiej, opowiedziane z perspektywy jej pogrzebu, kiedy poznajemy zmarłą, jej bliskich, którzy wspominają, podsumowują, analizują zjawisko jakim jest  matka, żona, artystka-demon psychologicznego terroru,  destrukcji, zniszczenia.  Jej portret psychologiczny kreślony poprzez  Alonę Szostak demaskuje kobietę silną, ambitną, dominującą. Cudzoziemkę, zarówno w kraju swego urodzenia, Rosji, gdzie jest później traktowana jako Polka, i w Polsce, gdzie jest, postrzegana przez akcent jako Rosjanka. Jest w tej tożsamościowej niejednoznaczności, dziecięcej samotności, braku zakorzenienia przyczyna wiecznych kompleksów,  poczucie lekceważenia, zagrożenia, swoistej bezdomności. Na Różę działa to jednak mobilizująco. W swych działaniach  za wszelką cenę prze do przodu, jest perfekcyjna, bardzo wymagająca. Pragnie w pełni panować nad sobą, własnym życiem, życiem dzieci, męża. Staje się zaborcza, agresywna, histeryczna. Kreuje się na osobę o wysokich aspiracjach, narzuca swoją wolę wszystkim, bo manipuluje sugestywnie, szantażuje emocjonalnie, nie uznaje sprzeciwu, wywiera ogromną presję. Konfabulacje, wariacje niespełnionych aspiracji, marzenia,  fantazje stają się w jej opowieściach szczerą prawdą. Dopina swego. Jest przekonywująca, atrakcyjna, silna. Kształtuje otoczenie  na swoją modłę, uzależnia je od siebie, jakby cały czas w ogromnym zagrożeniu walczyła o przetrwanie. I łamie wszystkim wolę, możliwość odkrywania, tworzenia siebie. Nie pozwala na samodzielność, błędy. Niszczy poczucie bezpieczeństwa, funduje lęk, depresję, załamanie  nerwowe- toksyczna matka, zaborcza kobieta, niespełniona artystka. A robi to, jak twierdzi, z miłości, troski, szczerej woli uszczęśliwiania.

To za sprawą świetnego scenariusza, doskonałej dramaturgii, pomysłowej choreografii, perfekcyjnie przemyślanej reżyserii udało się twórcom spektaklu zbudować potęgujące się napięcie, które niepostrzeżenie wzbierało, potężniało ku kulminacji dzięki fenomenalnej, sugestywnej, nieprzerwanej, niebywale intensywnej obecności Róży, granej wspaniale przez Alonę Szostak. Stopniowo ujawniana prawda, coraz bliższy kontakt bohaterki z widownią, którą najpierw informowała, później uwodziła, w końcu podbiła, co niebywale skutecznie pokazało, jak Róża osaczała, uzależniała od siebie innych, w konfrontacji zachowania i relacji dzieci, synowej, męża, jego nowej partnerki, Michała, młodzieńczej miłości Róży, zdemaskowało ją brutalnie, całkowicie obnażyło. W końcu stłumiło ten samonapędzający się, ciągle rosnący w siłę, emocjonalny gejzer. Uśmierciło. 

Bo Róża nawet po śmierci żyła, tak mocarną była osobowością. Zdefiniowaną przez brak akceptacji, lęk, niespełnienie. Nie sposób było się od niej uwolnić. Mimo pomocy lekarza, partnera, prawdy. Infekowała sobą wszystkich, z którymi się zetknęła. Potęga sztuki aktorskiej, siła teatru pozwoliła widzom w ciągu jednego wieczoru poczuć tę zaciskającą się pętlę destrukcji na własnej skórze. 



CUDZOZIEMKA Maria Kuncewiczowa

reżyseria: Katarzyna Minkowska
scenariusz: Katarzyna Minkowska, Tomasz Walesiak
dramaturgia: Tomasz Walesiak
muzyka: Wojciech Frycz
choreografia: Aneta Jankowska
scenografia: Katarzyna Minkowska, Łukasz Mleczak
kostiumy: Łukasz Mleczak
światło: Paulina Góral
asystent światła: Maciej Kaszyński
wideo: Agata Rucińska
kierownictwo muzyczne: Adam Domurat
asystent kierownika muzycznego: Jakub Czerski

OBSADA:
Barbara Krasińska, Monika Roszko, Alona Szostak, Kornelia Trawkowska, Mariusz Adamski, Michał Kaleta, Michał Sikorski, Andrzej Szubski
 
fot. Karolina Jóźwiak