poniedziałek, 9 grudnia 2024

ALICJI NIE BĘDZIE COLLEGIUM NOBILIUM


Niby nie ma w tym spektaklu Alicji, tej z Krainy Czarów Lewisa Carrolla, a jednak tylko deklaratywnie. Bowiem w sposób metaforyczny, przewrotny, no cóż, teatralny - na oczach widzów bystra i zdolna młoda dziewczyna (Julia Ćwian), na początku jakby wbrew sobie, podąża jej tropem, na swój sposób nią się staje. Kaśka docieka, stawia pytania i stara się znaleźć na nie odpowiedzi. AWARIA (neon nad sceną) jest tylko impulsem, sposobnością, wielowariantowym przewodnikiem w jej drodze poszukiwania sensów. Jest wyzwalaczem tematów, które musi poruszyć, by dotrzeć do celu swych wysiłków- do istoty samej siebie, relacji z matką, do rozpoznania świata sztuki, teatru, zawodu aktora. Zrozumienia, kim jest i dlaczego. Pomaga jej w tym otoczenie, nowe wcielenia postaci z książki Lewisa Carrolla, które wspaniale grają studenci IV roku Aktorstwa i Wokalistyki Akademii Teatralnej w Warszawie (Bogumiła Bajor, Jakub Cendrowski, Jędrzej Czerwonogrodzki, Magdalena Dąbkowska, Angelika Jasińska, Karol Osentowski i Żaneta Rus) z udziałem wymarzonego mentora i autorytetu - wspaniałej Anny Seniuk.

Scenariusz Bartosza Porczyka i Michała Pabiana w sposób konsekwentny i metodyczny snuje błyskotliwą opowieść o dojrzewaniu (do zawodu aktora, do życia), a bogata choreografia Eweliny Adamskiej-Porczyk bardzo dynamicznie ilustruje jej kontekst. Pusta, mroczna scena z olbrzymią taflą lustra, z krzesłami, barwną mini garderobą daje pole toczącej się akcji, organizuje budzącą wyobraźnię teatralną przestrzeń dla młodości prężącej się w jednolitych czarnych garniturach, by w końcu indywidualnie mogła założyć tylko sobie przypisany rolą osobowościowy kostium (dekoracja i kostiumy Bartosza Porczyka). W tych warunkach światło budzi do życia, wydobywa z nicości, wzmacnia sens i wyraz wyczarowane osobliwości (reżyseria światła Katarzyny Łuszczyk). Ale bardzo ważna przecież jest w tym spektaklu muzyka (Łukasz Damrych, Mariusz Obijalski, Bartosz Porczyk) oraz teksty piosenek (Rafał Dziwisz, Bartosz Porczyk) - niosące emocjonalny ładunek narracji.

ALICJI TU NIE BĘDZIE to kolejna muzyczna propozycja Teatru Collegium Nobilium, która widzów bawi, zajmuje, rozwija. W pełni satysfakcjonuje. Nie daje chwili wytchnienia. Angażuje. Zaskakuje pomysłowością ujęcia tematu, aranżacjami piosenek, ich pięknym wykonaniem, przykuwającymi uwagę układami tanecznymi. Spełnia w sposób wzorcowy swoje zadanie prezentacji potencjału warsztatowego i zdolności indywidualnych studentów, dbając przy tym o atrakcyjność widowiska, wyrażanej w scenicznej realizacji artystycznej wizji. Brawo!

Pomysł spektaklu jest bardzo dobry, mądrze przeprowadzony, doskonale wokalnie, tanecznie i aktorsko przygotowany, z elementami starej konwencji, ale w nowej formie i w nowoczesnym duchu, choć z bajkowym morałem i życiowym przesłaniem. Z klasą, z elegancją. No cóż, teatr to kraina czarów. Aktorzy to cudowni czarodzieje. Scena to miejsce zaczarowane, gotowe na najbardziej karkołomne próby, na zaskakująco szalone eksperymenty. Wszystko jest tu możliwe, wszystko może się zdarzyć. Jawa spotyka się z fikcją. Prawda z jej odbiciem po drugiej stronie lustra. ALICJA z Alicją/Kaśką/tobą/nami. Ze mną.





ALICJI NIE BĘDZIE

reżyseria: Bartosz Porczyk, Ewelina Adamska-Porczyk
scenariusz: Bartosz Porczyk, Michał Pabian
muzyka: Łukasz Damrych, Mariusz Obijalski, Bartosz Porczyk
zespół muzyczny: Jacek Kita – fortepian, Jakub Szydło – perkusja, Marcel Marcin Piszczorowicz – perkusja
teksty piosenek: Rafał Dziwisz, Bartosz Porczyk
reżyseria światła: Katarzyna Łuszczyk
choreografia: Ewelina Adamska-Porczyk
dekoracja i kostiumy: Bartosz Porczyk
asystent dekoracji i kostiumów: Łukasz Kubiak
przygotowanie wokalne: Anna Serafińska, Natalia Kujawa, Małgorzata Majerska
reżyseria dźwięku: Jakub Zaczkowski,Juliusz Gadaj, Szymon Nalepa
reżyseria video i projekcji: Michał Mazurek, Marcin Almert
asystentka: Jowita Kropiewnicka

Głos: Anna Seniuk
.
OBSADA:
Motyl/Elka – Bogumiła Bajor
Serce/Piotrek – Jakub Cendrowski
Niekapelusznik/Mirek – Jędrzej Czerwonogrodzki
Alicja/Kaśka – Julia Ćwian
Dodo/Cześka – Magdalena Dąbkowska
Kot/Ola – Angelika Jasińska
Pan TIK TAK/Bartek – Urszula Rossowska (III rok)
Pan TIK TAK/Bartek – Karol Osentowski
Królowa/Gośka – Żaneta Rus

Fot. Bartek Warzecha i Michał Mazurek

wtorek, 26 listopada 2024

MARY POPPERS TEATR IM. J.SZANIAWSKIEGO W WAŁBRZYCHU

 


Angelika Cegielska w roli Mary Poppers najpierw olśniewa w złotym szlafroku i czerwonych szpilkach a później w czerwonej, długiej, bufiastej sukni. Jednak to opowiedziana przez nią i Mirellę Burcewicz historia jest najważniejsza. Odkrywa mało znany nurt życia miasta, tęczowego Wałbrzycha, stolicy gejów na Śląsku. 

Paweł Soszyński, przedwcześnie zmarły krytyk teatralny, pisarz i dramaturg, napisał poetyczny tekst o Wałbrzychu dla Angeliki Cegielskiej. Nie wiem, co go do tego skłoniło. Może jej aktorstwo o dużym dramatycznym potencjale, które od pierwszych chwil przykuwa uwagę, utrzymuje narastające skupienie, uruchamia silne emocje. Aktorka potrafi swoją obecnością sceniczną zainteresować opowiadaną historią. Stworzoną przez siebie postacią wzbudza w widzach silną empatię. Niepostrzeżenie wciąga w głąb, w sedno opowieści. Jej Mary Poppers wzrusza od pierwszych chwil spektaklu. Już wtedy, gdy jako bardzo młoda dziewczyna z jedną walizką przybywa do Wałbrzycha - nie wiadomo dlaczego i po co. Tu wysiadła. Samotna, zagubiona, z nieznaną przeszłością, z niejasną przyszłością. Gotowa na wszystko, skazana na wykonywanie każdej, nawet najprostszej pracy w miejscu gdzie ją zechcą. Płynie z nurtem przeznaczenia, które kieruje ją do środowiska żyjącego w ukryciu. Wkrótce poznaje je bardzo dobrze, zarówno jego tęczowe blaski, jak i mroczne cienie, a z czasem staje się jego integralną częścią. I tak historia Mary Poppers w interpretacji Angeliki Cegielskiej jest opisem drogi przystosowania się do tego, co się na niej spotyka. Drogi prowadzącej do czerpania radości z obecności osób sobie nieznanych, działań niepozornych, najprostszych, błahych. Angelika - Mary emanuje ciepłem afirmacji smutku istnienia. Łagodnością i kruchością oswajania trudnego losu. Życiodajna energia, która się udziela wszystkim, którzy poznają historię alternatywnego Wałbrzycha. Bo jest ona jego oddaną opiekunką, czułym kompanem, łącznikiem skrajnie różnych światów, biegunowo odmiennych sposobów ekspresji siebie.  

Czy o to autorowi chodziło?  O wprowadzenie widzów do wykreowanego z przeczucia i rzeczywistości sztuki stylu życia, który odbiega od tego, co jest dla nich normą i co znają. A może o otwarcie ich na  inność, uznanie jej istnienia, oddanie jej pola do życia, na warunkach, które sama określa, wybiera i akceptuje. 


MARY POPPERS

tekst: Paweł Soszyński
reżyseria: Burcewicz, Cegielska, Mrozek
opieka artystyczna: Seb Majewski
dramaturgia: Witold Mrozek
kostiumy: Krystian Szymczak

obsada: Angelika Cegielska z gościnnym udziałem Mirelli Burcewicz

zdjęcie: Tomasz Papuczys

piątek, 22 listopada 2024

CZARODZIEJSKA GÓRA TR Warszawa

Spektakl CZARODZIEJSKA GÓRA na podstawie książki Tomasza Manna w adaptacji i dramaturgii Tomasza Śpiewaka oraz w reżyserii Michała Borczucha, wystawiony  w TR Warszawa, jest o życiu zmagającym się z lękiem przed śmiercią, z fizycznym i psychicznym jej doświadczaniem w świadomości podstępnego działania czasu, który jest w sposób indywidualny przeżywany. Zmusza widzów do poruszania się w intelektualnym chaosie, materialnym i duchowym zużyciu tego, co zdrowe i umierające w kontekście stanów normalnych, zaburzonych i ostatecznych, co konstytuuje kontekst wydarzeń - świat pogrążony w chorobie, w rozpadzie, przed katastrofą, zagładą. Sceniczny marazm dezorientuje, przytłacza, a mimo wszystko szuka nadziei. Odrodzenia. Analizuje negatyw rzeczywistości, która  dotyczyła w książce Manna młodych, pięknych i bogatych leczących się w ekskluzywnych warunkach przepięknego miejsca.

Świat w spektaklu Michała Borczucha stoi przed nieuniknionym. Ludzie uciekają w izolację od realnego życia (w domyśle pandemia, multimedia, niezgoda na świat, w którym się żyje). To zjawisko bardzo niebezpieczne w skutkach. Można się poczuć jak na śmietniku historii - w odosobnieniu, gdzieś na końcu zużytego, brzydkiego, rozpadającego się świata, choć wiadomo, że jest to Davos. A jednak miejsce, w którym toczy się akcja, jest zaczarowane. W jakimś niepojętym, jedynie po części zrozumiałym trybie więzi pacjentów, zmienia ich. Jest dobrowolnym przedpieklem śmierci, służącym oswajaniu jej poprzez porzucanie krok po kroku życia. Trzeba dodać, że z różnych przyczyn, bo nie tylko z powodu choroby, ale też ze świadomego wyboru. Hans Castorp  przybył tu z własnej woli i z własnej woli został. Co ważne na początku spektaklu przybiera postać dojrzałej, dobrze wykształconej, mądrej kobiety (Magdalena Kuta), a na jego końcu jest pięknym, infantylnym, zagubionym młokosem (Mateusz Górski), jakby wracał do łona matki. Jakby się na nowo miał narodzić, by zacząć wszystko od początku. Czas więc jakby się cofa i Castorp staje się dezerterem z życia, ulegającym dziwactwom ekscentrycznego Peeperkorna (Sebastian Pawlak), kochanka Kławdii Chauchat (Monika Niemczyk), który obnaża jego neurotyczny stan ducha. Dobrze, że Hans to w końcu dostrzega. Ma wyrzuty sumienia, że nie rozumiał Joachima (Monika Frajczyk), nie zgadzał się z jego wyborami (wyjazd z sanatorium, udział w wojnie, powrót do prawdziwego życia, przyjazd do Davos, bo właśnie tu chce umrzeć).  Szkoda, że dopiero po śmierci przyjaciela prosi go o przebaczenie, ale może nie jest istotne, kiedy to robi, ale że w ogóle do przeprosin dochodzi. Dobrze że przyznał mu rację dając prawo do wolnego wyboru w obliczu własnego wycofania, tchórzostwa, niedojrzałości. Młody Hans zauroczony jest też znacznie starszą od siebie Kławdią, co podkreśla, że wiek i płeć nie jest tu ważna a uczucie, to co przeżywa. Wobec niej też czuje się niezręcznie, traci pewność siebie, zwłaszcza, że ma konkurenta. Ostatecznie jedynie zbliża się do poznania sensu istnienia. 

Sam spektakl wydaje się być nieprzenikalny. Wiele zmienia w pierwowzorze. Może być rebusem dla tych, którzy lubią tropić sens, odgadywać znaczenia poszczególnych postaci, scen, konstrukcji dramaturgicznej, zaskakujących rozwiązań, które winny się w końcowym efekcie układać w spójną całość. Ale jeśli celem jest dekonstrukcja i dezorientacja pewnej rzeczywistości, bo może być tak a priori, pozostaje pytanie dlaczego i po co. Spektakl jest poszarpany, w wyrazie chropowaty, ostentacyjnie brzydki, jak jego bohaterowie. Tylko tytuł przyciąga jak magnes - drażni, ciekawi, intryguje. Skonstruowany na tym, co zużyte, niepotrzebne, odpychające drażni wyobraźnię. Tego teatru nie sposób przeżywać, można jedynie go rozszyfrowywać. Doświadczać nastroju upadku, tęsknoty za harmonią, pięknem, logiką świata. Interesująca gra aktorska dokonuje tu brutalnej, sprzecznej z oczekiwaniami widzów, dekonstrukcji postaci. Nadaje im inną wymowę, nowe znaczenie.  

Spektakl jest bogaty w zagadki narracyjne, interpretacyjne, logiczne. W zmiany portretów bohaterów (wiek, płeć, tożsamość), co jeszcze bardziej gmatwa wątki, komplikuje odczytanie myśli artystów. Przy czym nie pozwala odbiorcom przekazu całkowicie oderwać się od książki Manna, która tu bardziej ciąży odniesieniami w odczytywaniu intencji, w przebiegu akcji. Sugestia, że każdy czyta swoje wydanie CZARODZIEJSKIEJ GÓRY (aktorzy na scenie czytają), nie znaczy że inne, ale, że jest indywidualnie interpretowane. Każdy tworzy własne imaginarium jej tajemnicy. Wiadomo, że nie musi być przez wszystkich tak samo postrzegana. Michał Borczuch zaprasza widzów do zapoznania się z jego wizją. I nic dziwnego, że ta wizja może wydać się dla wielu dziwna, czy trudna do zrozumienia. W końcu każdy człowiek to odrębny kosmos, który tworzy własne światy. Każdy ma swoją czarodziejską górę, symbol choroby, rozpadu i kryzysu duchowego, poprzez który dojrzewa. Własne Davos. 


CZARODZIEJSKA GÓRA 

Na podstawie „Czarodziejskiej góry” Tomasza Manna w tłumaczeniu Józefa Kramsztyka i Jana Łukowskiego (pseudonim Władysława Tatarkiewicza)

adaptacja i dramaturgia: Tomasz Śpiewak
reżyseria: Michał Borczuch
scenografia i kostiumy: Doris Nawrot
muzyka: Bartosz Dziadosz
wideo: Krzysztof Bagiński
światło: Robert Mleczko

piątek, 15 listopada 2024

KIEDY STOPNIEJE ŚNIEG TR WARSZAWA

 


Mówi się, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach. Łatwo się przekonać, że tak jest i tym razem, w spektaklu KIEDY STOPNIEJE ŚNIEG Katarzyny Minkowskiej. Ci, którzy z rodziny się "wypisali", najlepiej wiedzą w czym rzecz. Nie chcą być komponentem nieszczerego zadowolenia, udawania, że wszystko jest w porządku, że wszystko gra. Spektakl dowodzi końcowym akordem, że tak jest wszędzie. Każda rodzina to konstrukcja krucha, zbudowana na płytkich fundamentach, scementowana słabymi więziami, bez ducha zrozumienia, prawdziwej miłości i troski. Przy pierwszym podmuchu tragedii, gdy wszyscy się spotykają, jest to boleśnie widoczne, emocjonalnie nie do zniesienia. Porażające. Ale czy to prawda? 

Reżyserka spektaklu nie interesuje się przyczynami takiego stanu rzeczy, nie ujawnia źródeł, nie analizuje zaistniałych czy rysujących się na przyszłość skutkach a proponuje widzom przestudiowanie obrazu rodziny z zasygnalizowaniem pęknięć, mielizn jej funkcjonowania, oczywistego rozpadu. Dysfunkcji. To sekwencja ujęć fotografa/filmowca/artysty na dany moment, dająca złudzenie dokumentu. I jest to studium fascynujące. W sposób niezwykle naturalny, autentyczny, reporterski pokazuje spotkanie rodzinne po stracie dziecka, 15- letniej dziewczyny, która prawdopodobnie (wiele na to wskazuje) popełniła samobójstwo. Jakby jeden do jednego obraz przeniesiony z rzeczywistego domu na scenę. Ten rumor, galimatias, krzątanie się wokół stołu, poszarpane rozmowy (jak ta na temat niedogotowanego, bo ciągle twardego mięsa), samopoczucia tej czy innej osoby, gra na gitarze, wspomnienia stanowiły kamuflaż dla emocji, uczuć, myśli, tematów, których za nic nikt nie chce poruszać, a gdy już zacznie mówić, to nie chce myśli rozwijać. Jeśli padną zaczepne, trudne pytania, zbywane są szybko i skutecznie wymówką, wykrętem, milczeniem. Inaczej spowodują lawinę oskarżeń, pretensji, otworzą zabliźnione rany. Spowodują jeszcze głębsze podziały, pognębią jeszcze bardziej już pognębionych. 

O tym, co się dzieje z bohaterami mówi widzom przede wszystkim wymowa ich ciał. Dlatego tak ważne jest ekspresyjne aktorstwo, które wyraża bezsilność, niemożność porozumienia, brak bliskości i więzi, ukrywanie głębokiego bólu, maskowanie wielkiego napięcia. Matka (Aleksandra Popławska) w depresji popada w niegroźne szaleństwo. Milczący, załamany ojciec (Tomasz Tyndyk) wygląda jak śmierć a jego średni brat (Rafał Maćkowiak) ma z kolei luzacki styl bycia i obraca wszystko w żart, ironizuje, gra na gitarze, śpiewa. Dziadek (Mirosław Zbrojewicz) próbuje dominować, wprowadzać porządek, ale jest całkowicie przez wszystkich ignorowany, a przez to bezsilny. Babcia (Maria Maj) to ciepła osoba, która wciąż krząta się, gotuje obiad. Jej najmłodszy syn (Jan Dravnel), farmaceuta nie rozstaje się z saszetką z pigułkami, stara się pomóc wszystkim, czym ukrywa poddenerwowanie, psychiczne rozbicie, brak koncentracji (doprowadza do wypadku). Ciotka (Małgorzata Kuta) narzuca się córce (Justyna Wasilewska), która ją brutalnie ignoruje, milcząco zbywa, koncentruje się na analizowaniu sytuacji pod kątem zawodowym (co i jak kadrować, jak najlepiej utrwalić obraz na taśmie filmowej). Jedynie siostra ofiary (Izabella Dudziak), ubrana jak ona, chciałaby porozmawiać o tym, co się stało, potrzebuje bliskości rodziny i zrozumienia tragedii, która się wydarzyła. Nadaremno. Duch nastolatki (Antonina Marcysiak) pojawia się i znika, nie rozwikła zagadki, nie wyjaśni tajemnicy. Ciągle z rodziną, nieobecna, milcząca, jest.

Uderzające jest, że podczas tego spotkania mówi się jedynie o rzeczach błahych a o istotnych tylko napomyka, okazując nieumiejętność wyrażania uczuć, formułowania myśli, prowadzenia konstruktywnej rozmowy, jakby wszyscy byli skompromitowani, jakby każdy znał każdego na wylot i tylko gestem, milczeniem, fukaniem i uciszaniem wyrażał swoją dezaprobatę. Doprawdy diagnoza Minkowskiej jest porażająca. Każdy z bohaterów jest przedstawiony jako obiekt-konstrukt o naturze na tyle ogólnej, pozbawionej właściwości, można by rzec abstrakcyjnej, że każdy widz może nań dokonać w określonym stopniu projekcji, opartej na własnych doświadczeniach, wiedzy, spekulacji. To bardzo ciekawy zabieg otwierający temat na wielość interpretacji. Zwłaszcza, że aktorzy swoją grą potrafią wytworzyć duże napięcie między niewypowiedzianym a sygnalizowanym komunikatem. Bohaterowie też prowadzą rozmowy, w których wspominając starają się ustalić, jak było naprawdę z tym czy innym zdarzeniem, wyglądem osoby, jej zachowaniem, obecnością, kolejnością sekwencji. Relacje są zgodne, ale też bardzo często różnią się nie tylko szczegółami. Dodatkowym filtrem spojrzenia na to, co się dzieje jest zawodowa perspektywa kontekstu obserwacji, weryfikacji i wyboru tego, co i jak się utrwali (chodzi w tym wypadku o proces twórczy decydujący o ostatecznym kształcie zapisu rzeczywistości). To bardzo ciekawy zabieg pokazujący jak wybiórcza i indywidualna jest pamięć, jak często zawodzi, jak może zniekształcać, a nawet zakłamywać prawdę. Dlatego może portrety psychologiczne bohaterów i ich relacje z poszczególnymi członkami rodziny są na tak wysokim poziomie ogólności. Ale jednak pozostają osobne, mocne i wyraziste. 

Podobnie jest z kontekstem, w którym znajduje się rodzina. To przestrzeń neutralna z aneksem kuchennym w kącie, pozbawiona charakteru, jakby była projekcją wewnętrznego świata rodziny, jej członków. Olbrzymi stalowy stół, zimny, jak w prosektorium, wygląda tak, jakby nikt go nigdy nie sprzątał. Z boku kanapa, krzesła, a w głębi okna zasłonięte roletami, na których  wyświetlane są filmy (rozmowy podczas jazdy samochodem). Pojawia się też gigantyczna pralka- z portretem nieżyjącej córki, potem wirująca z jej ojcem lub matką otuloną uściskiem olbrzymiego węża-zabawki.  

Katarzyna Minkowska mierzy się tym spektaklem z rodziną, przeżywaną w indywidualny sposób przez jej członków stratą, przebiegiem i sensem żałoby w sytuacji, gdy więcej wszystkich dzieli niż łączy. Gdy każdy na własny sposób ucieka w swój własny świat, w chorobę, w śmierć choć paradoksalnie pragnie być blisko najbliższych, bo bardzo ich potrzebuje, bardzo za nimi tęskni, jednocześnie wiedząc, że nie otrzyma tego, na czym mu zależy. Z dokonanej wiwisekcji relacji nie wynika nic dobrego. Wspólna przeszłość rodzinna rzutuje na teraźniejszość, w której bohaterowie nie mogą siebie nawzajem znieść, zaakceptować, zwłaszcza w kontaktach międzypokoleniowych. Jakby nie byli w stanie się ze sobą komunikować, bo nie znają się, nie rozumieją, każdy na swój sposób definiuje i wyraża uczucia lub je całkowicie przemilcza. Jakby rodzice nie wiedzieli, co spowodowało rozdźwięk, który uniemożliwia nawet wspólną obecność, bo staje się ona niezręczna, jakikolwiek kontakt, bo nic nie wnosi, przeprowadzenie rozmowy, bo kończy się spięciem, wysłuchanie wyjaśnień, bo nic nie zmieniają -  to wszystko działania bolesne, bezsensowne, daremne. I choć więzów krwi nie da się wyprzeć, tak naprawdę nic tu nie znaczą. Wspólne zdjęcie staje się obrazem zafałszowanej wspólnoty, ludzi sobie obcych. Gorzej, ludzi, którym przebywanie razem tak naprawdę ciąży, jest obojętne albo sprawia ból. 



KIEDY STOPNIEJE ŚNIEG

reżyseria, scenariusz, scenografia: Katarzyna Minkowska
scenariusz, dramaturgia: Tomasz Walesiak
scenografia: Łukasz Mleczak
kostiumy: Jola Łobacz
wideo: Agata Rucińska
kompozytor: Wojciech Frycz
choreografia: Krystyna Lama Szydłowska
reżyseria światła: Paulina Góral
operator kamery live, autor zdjęć i wideo do spektaklu: Janusz Szymański
asystent reżyserki: Wojciech Sobolewski
inspicjent: Piotr Piotrowicz
kierowniczka produkcji: Aleksandra Szklarczyk
asystent kompozytora: Maciej Synowiec


OBSADA: Jan Dravnel-najmłodszy, Izabella Dudziak-siostra, Małgorzata Kuta-ciotka, Rafał Maćkowiak-średni, Antonina Marcyniak-dziewczyna, Aleksandra Popławska/Natalia Kalita-matka, Tomasz Tyndyk-najstarszy, ojciec, Justyna Wasilewska-kuzynka, Mirosław Zbrojewicz-dziadek, Maria Maj-babcia


fot. Wojtek Sobolewski

niedziela, 10 listopada 2024

WENUS W FUTRZE TEATR COLLEGIUM NOBILIUM

 

"Przedstawiamy Tomasza i Wandę, bohaterów spektaklu „Wenus w futrze”.
Inspirując się postmodernizmem filmowym stworzyliśmy dla nich świat, który nazwaliśmy dzikim realizmem. Jest wulgarny, brutalny i pozbawiony nadziei - po prostu pracują w teatrze". Tak o spektaklu i jego bohaterach mówią sami twórcy i wykonawcy: Julia Banasiewicz i Adam Stasiak. Wkraczamy więc w sferę tworzenia sztuki, ścierania się osobowości artystycznych, konfrontacji wizji tego, co i jak konkretnie powinno być przedstawione, o co chodzi w procesie twórczym, który ma doprowadzić do powstania spektaklu. I jest to rzeczywiście bezpardonowa, podstępna, pełna pasji gra nie tylko kobiety z mężczyzną o dominację, ale i ekspansywna walka - aktorki starającej się za wszelką cenę dostać rolę w projekcie z autorem sztuki i jednocześnie jej reżyserem - o kształt i wymowę dzieła, ale też gra teatru, w ogóle sztuki w celu uwiedzenia widza. Przebieg spotkania pokazuje, jak wszechstronnie trzeba być przygotowanym, by móc osiągnąć swoje cele, bo praca w teatrze wymaga całkowitego zaangażowania, niesie ogromne ryzyko porażki, łączy życie prywatne z zawodowym więzami najintymniejszych, często niewidocznych dla osób postronnych, relacji. 

Spektakl jest dynamiczny, z ciągłymi zwrotami akcji, zmianami perspektywy na sens i kształt tworzonego dzieła, co pozwala zaskakiwać, uwodzić, przykuwać uwagę widza. Nie ma mowy o nudzie, bo aktorzy cały czas balansują między improwizacją i grą a prywatnymi rozmowami, zmieniają kostiumy, scenografię, oświetlenie, ciągle modyfikują treść i formę sztuki, nad którą pracują. Między aktorką a reżyserem iskrzy. W ferworze ciągłych tarć, spięć, dyskusji, uzgodnień zacierają się całkowicie granice, co jest prywatne, co jest grą, co prawdą, co interpretacją. Do puli walki o kształt i wymowę sztuki wchodzi wszystko - oboje idą na całość. A ponieważ jest to teatr w teatrze, więc dodatkowo temperatura rośnie, atmosfera gęstnieje. Emocje pikują, napięcie sięga zenitu. A zakończenie zaskakuje. 

Może to tylko wariacja na temat relacji aktor - autor, reżyser, gdy jedne drugiego stymuluje, inspiruje. Tego, czego artysta potrzebuje w procesie twórczym. W końcu, tak naprawdę Wanda nie była umówiona na casting o 14.30, bo nie było jej na liście zgłoszeń. Jej pojawienie się i zniknięcie jest tajemnicze jak pomysł, jak myśl, jak tchnienie, jak nagłe uderzenie pioruna (było ich w sztuce kilka). Oto reżyser rozczarowany castingiem, w wyniku którego nie wyłoniła się kandydatka, mająca grać  główną bohaterkę, wyobraża sobie idealną aktorkę-muzę, wymarzoną Wandę.   

Julia Banasiewicz w roli Wandy rozsadza małą scenę Teatru Collegium Nobilium, Adam Stasiak w roli Tomasza, pewnego siebie autora sztuki i władczego reżysera, dzielnie jej w tym sekunduje. Aktorka ma ogromny potencjał dramatyczny i świadoma tego, na szczęście bezpiecznie szarżuje. Ma urok, wdzięk, temperament. Ma to coś, co od pierwszej chwili przykuwa uwagę i do końca ją utrzymuje. To się nazywa chyba talent. Tak, nie ma wątpliwości , ona tu rządzi, dominuje. W końcu gra Wenus. Nie, ona jest WENUS W FUTRZE! 

Najlepiej przekonać się o tym osobiście. Zanurzyć się w tym żywiole i wyciągnąć wnioski. Materiał jest imponujący. Powodzenia:)




WENUS W FUTRZE 
Na podstawie dramatu: “Venus in Fur” Davida Ivesa

Przekład tekstu na język polski: Jacek Kaduczak
Reżyseria, adaptacja tekstu, obsada: Julia Banasiewicz, Adam Stasiak
Opieka artystyczna: Michał Walczak
Scenografia i reżyseria świateł: Julia Pakuszewska, Oliwia Pakuszewska, Jakub Wiązowski

fot. Tomasz Jakub Motyka